Ostatni most - Dominika Eijkelenborg - ebook
lub
Opis

Holenderska policja na tropie tajemnicy śmierci młodej matki

Policjantka Marieke van Haan zawsze bała się wody i tego, co kryje się pod jej powierzchnią. Niestety musiała pokonać swój lęk, bo właśnie w wodzie znaleziono samochód z ciałem młodej dziewczyny. Wbrew pierwszym hipotezom ofiara nie utonęła, a przyczyną śmierci był krwotok wewnętrzny po niedawnym porodzie. Zagadka dotycząca tego, gdzie jest dziecko, wyjaśnia się, kiedy pewna kobieta znajduje na śmietniku żywego noworodka.

Jednak policjanci z holenderskiej policji nie będą mieli łatwego zadania do wykonania, ponieważ krąg potencjalnych osób związanych ze sprawą bardzo się poszerza. Okazuje się, że dziewczyna miała wielu kochanków i trudno jest wytypować ojca dziecka. Marieke van Haan jednocześnie ze sprawą zmarłej dziewczyny prowadzi także własne prywatne śledztwo. Chce się dowiedzieć, kim jest tajemnicze dziecko z fotografii jej zmarłego dziadka. Wkrótce się dowie, że są na świecie mosty, do których nie da się dotrzeć.

Autorka nietuzinkowych „Tkanek” wraca z nową powieścią!

__

O autorce:

Dominika van Eijkelenborg to polska autorka pochodząca z Suwalszczyzny; studiowała i pracowała w Krakowie. Autorka trzymających w napięciu thrillerów „Kiedy będziemy deszczem” oraz „Tkanki”. Z wykształcenia jest pedagogiem, z zamiłowania łuczniczką, entuzjastką jogi i pisarką. Mama dwóch córek – owoców szalonego romansu, który przerodził się w wielką miłość i zawiódł ją do Holandii, gdzie obecnie mieszka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 397

Popularność


Pamięci mojej Babci. Okruchy wspomnień, z których można upiec chleb.

Było za późno. Wiedziała to, gdy ujrzała swoje dłonie aż do nadgarstków pokryte krwią, której nawet woda nie była w stanie zmyć. Purpurowe smugi unosiły się w niej jak czerwona mgła. Nie mogła już nic zrobić. Do jej uszu dobiegał huk wiatru wyjącego za oknami. Uderzał w szyby z siłą nieokiełznanego żywiołu. Chciała krzyczeć. Bronić się przed rzeczywistością. W ostateczności może nawet uciec. Wkrótce wszystko wokół niej zaczęło cichnąć. Jęki bólu. Kwilenie dziecka. Szum wiatru. I obraz stał się mętny, choć nie wiedziała już, czy to łzy, woda, a może krew.

To on przytrzymywał jej dłonie, które mimowolnie wciąż jeszcze walczyły, jakby posiadały własną wolę i ukryte zasoby życiowej energii. Przeraził ją spokój w jego spojrzeniu. Poddała się. Przymknęła powieki i bezwolnie osunęła się w ciemną toń. Nic już nie mogła zrobić. Nic. Wszystko było stracone.

1.

Marieke van Haan leżała w swoim łóżku. W otaczających ją ciemnościach wsłuchiwała się w szalejący na zewnątrz wiatr. Jej oczy rejestrowały zmieniające się cyfry na wyświetlaczu elektronicznego zegarka. Druga trzydzieści. Noc ciągnęła się bez końca. Nie podnosząc głowy z poduszki, zerknęła na telefon. Za oknem mieszkania świat zdawał się rozpadać na kawałki, które porywiste podmuchy wiatru unosiły i rozrzucały wokół. Już w ciągu dnia media ostrzegały przed zbliżającą się pierwszą jesienną wichurą. Informowano, że w związku z siłą wiatru, osiągającą w porywach nawet do stu kilometrów na godzinę, cała prowincja od godziny czternastej została objęta kodem pomarańczowym. W godzinach wieczornych zmieniono go na czerwony. Tereny nadmorskie i wyspy miały się zmierzyć z jeszcze bardziej ekstremalną wichurą. Obowiązywał zakaz zbliżania się do nadbrzeży, zamknięto Afsluitdijk, drogę wiodącą przez zaporę wodną między jeziorem IJsselmeer a Morzem Północnym. Marieke zastanawiała się, ile zgłoszeń o zniszczeniach, szkodach i wypadkach przyjęła w ciągu dnia komenda policji w Sneek, w której pracowała. W innych okolicznościach Marieke byłaby jak zawsze w pełnej gotowości. Dla niej jednak miniony dzień był zupełnie inny niż poprzednie i pozostawił ślad w postaci dziwnego ciężaru w klatce piersiowej.

Paręnaście godzin wcześniej Marieke stała nad świeżo usypaną mogiłą dziadka na cmentarzu przy ulicy Kerkhoflaan w Sneek, niewielkim miasteczku, gdzie się urodziła i wychowała. Wiatr szarpał jej włosy, wyrywając z kucyka pojedyncze kosmyki. Ludzie rozchodzili się powoli, garbiąc się pod naporem wichru. Składali ostatnie kondolencje rodzinie zmarłego i śpiesznie zmierzali w kierunku otwartych bram cmentarza, za którymi czekały zaparkowane wzdłuż pobocza auta. Byli wśród nich starzy koledzy dziadka z policji, część z nich rozpoznawała Marieke i z ciepłym uśmiechem, obrzucając spojrzeniem jej policyjny mundur, ściskała jej dłoń. Sąsiedzi, znajomi, przyjaciele, ludzie znający dziadka z czasów jego służby policyjnej, ci, którzy poznali go już po przejściu na emeryturę. Były też osoby będące bezpośrednimi świadkami jego powolnej śmierci, a wśród nich pielęgniarka z domu opieki, Amanda Wagenaar. Jej postać mignęła Marieke przed oczyma. Wśród wielu twarzy od czasu do czasu rozpoznawała jedną, czasami nawet nie wiedząc, skąd ją zna. Każdemu z żałobników uścisnęła dłoń oraz skinęła głową. Wkrótce jedynie nieliczni zostali jeszcze przy mogile. Rodzina ruszyła ku bramie jako ostatnia.

Ojciec położył dłoń na jej ramieniu.

– Czas na nas, Marieke – powiedział.

Skinęła głową.

– Jeszcze chwilę – odparła.

Jej dziadek, również od urodzenia mieszkaniec tego miasteczka, zmarł we śnie. I choć minęły jedynie trzy dni od wiadomości o jego śmierci, Marieke miała wrażenie, że upłynęło dużo więcej czasu, odkąd odszedł. W ostatnich miesiącach życia gasł powoli, stawał się coraz bardziej nieobecny. Jego demencja odcinała go od rzeczywistości kawałek po kawałku. Niegdyś błyskotliwy i bystry umysł zaszedł mgłą, zza której co jakiś czas wydobywały się przypadkowe urywki wspomnień, z których trudno było wyłapać jakiś sens. Choroba postępowała coraz szybciej, szczególnie po tym, jak rok wcześniej Marieke, zajmując się poszukiwaniem zaginionej kobiety, odnalazła sprawcę jedynej nierozwiązanej sprawy dziadka sprzed pięćdziesięciu lat. Od tego czasu prześladowała ją dręcząca myśl, którą jej własne życie uparcie potwierdzało: że nic nie dzieje się przez przypadek, a zdarzenia powiązane są ze sobą skomplikowaną siecią niewidocznych dla ludzkiego oka nici. Nici tak lepkich, że gdy raz wpadnie się w ich plątaninę, już nigdy nie można pozbyć się wrażenia, że ich fragmenty pozostały na skórze. Marieke zastanawiała się, czy jedynie śmierć była w stanie na dobre uwolnić człowieka z tej sieci.

Przykucnęła, czując wzmagającą się siłę wiatru, który napierał na nią, jakby próbował ją przewrócić albo zepchnąć do tego grobu. Dotknęła palcami niewielkiej tabliczki i po raz kolejny przeczytała wypisany po fryzyjsku tekst.

Na zawsze w naszych sercach,

najukochańszy tata, dziadek, mąż, brat, policjant zawsze na służbie. 14.07.1932-21.10.2015

Theo Douwe van Haan

Wiatr zaczął przemocą wdzierać się pod policyjny mundur, który celowo włożyła na tę okoliczność. Odkąd pamiętała, wiedziała, że będzie go kiedyś nosić. Nikt zresztą nie miał co do tego wątpliwości. Życiowe powołanie dziadka, jego pasja do zawodu i służby zaszczepione zostały w Marieke niemalże od narodzin. Tylko to chciała w życiu robić i od wczesnych lat dziecięcych z podziwem obserwowała dziadka, wysłuchiwała jego historii, z dumą chwaliła się wszędzie jego policyjną czapką, którą po służbie wkładał jej na głowę, choć zaraz zsuwała się jej na oczy.

Marieke podniosła się i rozejrzała wokół. Teren cmentarza był porośnięty trawą i ukryty w cieniu wysokich drzew, które przybrały już jesienne kolory. Ich gałęzie tańczyły wściekle, jakby odprawiały jakiś magiczny rytuał, sypiąc liśćmi na nagrobki. Marieke miała wrażenie, że wiatr zaraz zerwie całą wierzchnią warstwę ziemi i obnaży pogrzebane pod nią kości. Zerknęła w stronę bramy, gdzie cierpliwie czekał na nią ojciec, próbując osłonić się od wiatru wysoko postawionym kołnierzem płaszcza. Ruszyła w jego stronę, rzucając jeszcze ostatnie spojrzenie na kopiec czarnej ziemi. Dziadek mógł wreszcie odpocząć po trwającej większość jego życia służbie. Jej służba z kolei niedawno się rozpoczęła, ale Marieke zamierzała pełnić ją z dumą, tak jak została nauczona.

W aucie, na siedzeniu pasażera, czekało na nią kartonowe pudło odebrane tego poranka z domu spokojnej starości, w którym dziadek Marieke spędził ostatnie lata, od momentu gdy demencja stała się zagrożeniem dla niego samego. Ponad osiemdziesiąt lat życia i tyle zostało po człowieku. Marieke poczuła gorzki smutek. Ze wszystkich rzeczy, które gromadzimy przez długie lata, tylko tyle w końcu opiera się czasowi. Pudełko pełne starych rupieci. Ulubione książki, pośród których znalazła stary tomik wierszy z pożółkłymi kartkami, pięknie wydaną powieść Wojna i pokój, Wielki leksykon snów z reprodukcją jakiegoś sławnego obrazu na okładce i parę albumów dotyczących historii kraju, z których Wzburzone wody były w najbardziej opłakanym stanie. Kiedy Marieke sięgnęła po książkę, luźne kartki wypadły jej pod stopy. Podniosła je i zerknąwszy na czarno-białe zdjęcia, które się na nich znajdowały, na chwilę zatrzymała wzrok na postaciach młodych policjantów i żołnierzy w łodziach, na ich poważnych, choć jeszcze chłopięcych twarzach, na śladach powodzi, która pochłonęła krajobraz w tle. Wsunęła kartki do książki i odłożyła ją do pudła obok innych przedmiotów. Leżało tam parę zdjęć w drewnianych ramkach, naszyjnik i obrączka po zmarłej żonie, babci Marieke, oraz stary, wysłużony wełniany sweter w niebieskim kolorze. Rzeczy, które przetrwały próbę czasu i przeżyły swoich właścicieli. Marieke położyła dłoń na przedmiotach i zanim przekręciła kluczyk w stacyjce, jeszcze raz spojrzała w kierunku cmentarza, gdzie wciąż szalał wiatr, z każdą minutą rosnąc w siłę.

Nie rozpakowała pudła z pamiątkami po dziadku. Postawiła karton przy szafce nocnej, gdzie widziała go, gdy walczyła z bezsennością. Wstawała dwukrotnie, ale ani ciepłe mleko, ani książka nie pomogły jej zasnąć. O północy obejrzała jeszcze ostatnie wiadomości, nie do końca skupiając się na podawanych informacjach, po czym wróciła do łóżka.

O trzeciej nad ranem przysnęła, ale już godzinę później znów leżała z szeroko otwartymi oczyma, próbując w otaczających ją ciemnościach rozróżnić kontury znajomych przedmiotów. Czekała, aż ogarnie ją senność, zmieniała pozycję, naciągała kołdrę aż po sam nos tylko po to, by chwilę później znów się odkryć. Wreszcie, poirytowana, zsunęła nogi z łóżka i usiadła, otulając ramiona kołdrą. Za oknem wiatr na zmianę to świszczał, to cichł. Nie uderzał już wściekle w każdą napotkaną przeszkodę, i Marieke wiedziała, że wichura zbliża się ku końcowi. Westchnęła ciężko i z rezygnacją zapaliła lampkę nocną. Zaparzyła kubek herbaty, ciągnąc za sobą po mieszkaniu kołdrę. Usiadła na ziemi, opierając opatulone nakryciem plecy o łóżko, i przyciągnęła do siebie karton z rzeczami dziadka. Powoli wyjęła leżący na wierzchu starannie złożony niebieski sweter. Oczyma duszy ujrzała dziadka, na którym wisiał pulower, jakby rozciągnął się przez te lata. Choć tak naprawdę to postać starego policjanta zdawała się kurczyć i zwijać jak wyschnięty jesienny liść. Dziadek przesiadywał w fotelu przed oknem w swoim pokoju w domu spokojnej starości, niemal zatapiając się w nim całkowicie, i patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Marieke wiedziała, że śledził obrazy z przeszłości, że nie rejestrował kaczek zataczających koła na wodzie, czapli czujnie i cierpliwie stojącej na brzegu ani ludzi wędrujących z psami ścieżką wzdłuż kanału. Rzadko mówił, a kiedy już coś powiedział, niezrozumiałą mieszanką słów i zdań wprawiał ją w konsternację. Ostatnio nie rozpoznawał jej już wcale, jego spojrzenie zdawało się prześlizgiwać po twarzy Marieke, jakby jego umysł już dawno stracił kontakt z teraźniejszością. Zsunęła kołdrę z ramion i powoli włożyła sweter. Poczuła zapach dziadka zmieszany z tą specyficzną wonią domów starości. Pulower kupili na wyspie Texel w czasie wakacji, na które wybrali się zaraz po tym, jak dziadek przeszedł na emeryturę. Babcia powtarzała, że wełna pochodziła od najlepszych owiec na wyspie. Skąd mogła wiedzieć, że to były ich ostatnie wakacje. Rok później w wyniku rozległego wylewu nie była już w stanie funkcjonować normalnie i mimo wysiłku lekarzy i rodziny oraz nieustannej opieki dziadka nie wróciła już nigdy do formy. Dwa lata po ich wakacjach na Texel babcia doznała kolejnego, tym razem śmiertelnego wylewu. Marieke sięgnęła po zdjęcia w drewnianych ramkach i z czułością przetarła szkło przydługim rękawem swetra. Uchwycone na kawałku papieru szczęśliwe chwile, zamknięte bezpiecznie za szybką. Czy to pośród nich znikał powoli dziadek? Czy zagubił się w piękniejszym świecie dobrych, ciepłych wspomnień, skąd trudno było znaleźć drogę powrotną do rzeczywistości, w której królowały starość, choroby i kolejne pożegnania?

Dziadek został pochowany w swoim służbowym mundurze. Jego odznaczenia i policyjna czapka spoczęły wraz z nim w ciemnych czeluściach ziemi.

Pod fotografiami leżały książki, jedynie kilka, które zabrał ze sobą do domu spokojnej starości, a także metalowa piersiówka z wygrawerowanymi imieniem i nazwiskiem dziadka, prezent, który dostał od swojego syna na urodziny, jeszcze zanim trafił do domu opieki. Nie pijał często, ale od czasu do czasu dał się skusić na kieliszek ulubionego likieru ziołowego Berenburg, typowego dla Fryzji trunku. Marieke w kartonie znalazła też kilka przedmiotów należących niegdyś do żony dziadka. Na dnie leżała porcelanowa figurka psa, ostatnia z kolekcji babci, album ze zdjęciami z dzieciństwa ojca Marieke, niewielki obskubany pluszowy królik z jednym okiem oraz pudełko wyłożone czerwonym aksamitem z pierścionkami babci, które odziedziczyła po swojej matce. Podobnie jak kamienicę, w której teraz mieszkała jej wnuczka. Przez wiele lat budynek był wynajmowany różnym przedsiębiorcom, po wylewie babci parter sprzedano, a piętro wynajęto jako pomieszczenia mieszkalne. Kiedy Marieke skończyła studia i rozpoczęła pracę w Sneek, mieszkanie zostało wyremontowane za pieniądze ze sprzedaży domu dziadków i zgodnie z testamentem babci i wolą dziadka oddane w ręce ich jedynej wnuczki.

Owinęła się szczelniej swetrem i włożyła przedmioty do kartonu stojącego przy jej stopach. Na zewnątrz wichura jakby zelżała i wkrótce przestała przypominać rozwścieczoną bestię szalejącą na ulicach. Jednostajny szum wiatru wciąż jeszcze odzywał się za oknem. W oddali wyły syreny karetki pogotowia, echo niosło dźwięk dzwonu wybijającego piątą nad ranem. Marieke dopiła jeszcze ciepłą herbatę i czując, że już nie zaśnie, podniosła się z podłogi. Wciągnęła granatowe spodnie sportowe, na sweter dziadka narzuciła kurtkę, wsunęła stopy w adidasy i wyszła z mieszkania. Miasto zdawało się pogrążone we śnie. Ciemne okna kamienic, których zasłony i rolety wciąż jeszcze były szczelnie zasunięte, przypominały Marieke zamknięte powieki. Wszystko trwało w zupełnym bezruchu, pogrążone w mroku, jedynie niewidzialny wiatr sunął pustą ulicą, marszcząc wody kanału.

Mieszkanie Marieke mieściło się na poddaszu kamienicy przy Grootzand, w samym centrum miasta. Na parterze znajdował się sklep z odzieżą. Okna wychodziły na ulicę, której środkiem biegł kanał przecinany od czasu do czasu urokliwymi mostkami. Po drugiej stronie ciągnął się rząd starych kamienic z ozdobnymi dachami, oknami z ornamentami i historycznymi tabliczkami informującymi o roku budowy lub ich przeznaczeniu. Większość była zajmowana przez sklepy lub organizacje. Naprzeciw mieszkania Marieke swoją siedzibę miało biuro informacji turystycznej, a tuż obok biuro podróży.

Przeszła kamiennym mostkiem na drugą stronę kanału i ruszyła w prawo, dochodząc do miejsca, w którym kończyła się Grootzand. Drogę znała na pamięć. Mogła przejść tę trasę z zamkniętymi oczyma. Skręciła w Zuidend w kierunku Waterpoort i wkrótce stała na ulicy Oude Koemarkt, biegnącej częściowo nad kanałem. Spojrzała na strzeliste wieżyczki budynku Waterpoort, ale jej uwagę natychmiast przyciągnęły błyskające światła radiowozów i ambulansów zaparkowanych w uliczce po lewej stronie tuż przed mostem przy Lemmerweg. Dziadek opowiadał jej, że stary most w tym miejscu był kiedyś ręcznie podnoszony. Wartownik kręcił dźwignią, chodząc w kółko, żeby go unieść, a potem z wędką, na której końcu wisiała sakiewka, stał przy otwartym moście, a przepływające łodzie zwalniały, by wrzucić drobne i w ten sposób podziękować wartownikowi.

Bez wahania skierowała się w tamtą stronę. Wspomnienia związane z dziadkiem umknęły, jakby porwane kolejnym podmuchem wiatru, a ich miejsce zajęły przypuszczenia na temat sytuacji, którą próbowała ocenić z odległości. Wypadek? Pobicie? Dopiero gdy stanęła przy moście, dojrzała stojący za rogiem wóz strażacki i policyjną łódź kołyszącą się na wodzie. Reflektory i lampy radiowozów rzucały długie smugi jaskrawego światła.

Wiatr zwiewał jej włosy na twarz, gdy zmierzała w tamtym kierunku. Już z odległości paru metrów rozpoznała wśród umundurowanych policjantów rosłą sylwetkę, szerokie barki i łysą głowę kolegi, z którym dzieliła policyjne biurko. Roland Kempen stał z rękoma w kieszeniach kurtki i ze zmarszczonym czołem przyglądał się nurkom wskakującym w ciemną toń wody. Wymieniał uwagi z jednym z młodszych mundurowych. Jego zwykła nonszalancja i poczucie humoru o piątej nad ranem, wśród szumu nadal porywistego wiatru, najwyraźniej uleciały i ustąpiły miejsca posępnej powadze.

Młoda policjantka, która zabezpieczała taśmą teren zdarzenia, przepuściła ją z uśmiechem. Marieke skinęła jej głową i ruszyła w stronę Rolanda. Omiotła wzrokiem młodego mężczyznę opatulonego kocami. Stał przy otwartych drzwiach karetki pogotowia i odpowiadał na pytania dwójki umundurowanych policjantów. Z jego przydługich włosów wciąż jeszcze kapała woda. W palcach trzymał papierosa, którym co chwila nerwowo się zaciągał. Sprawiał wrażenie, jakby dopiero co zobaczył ducha. Nawet z daleka Marieke widziała, że od czasu do czasu wstrząsał nim dreszcz, choć nie była pewna, czy z zimna, czy z przerażenia, które było wypisane na jego twarzy.

– Cześć. – Stanęła wreszcie obok Rolanda.

– Marieke? Co ty tu robisz? Nie miałaś być na pogrzebie? – Spojrzał na nią z uniesionymi brwiami. Ledwo słyszała jego słowa ponad szumem wiatru.

– O piątej nad ranem? – odpowiedziała mu pytaniem, wciąż jeszcze analizując sytuację.

– Wiesz, co mam na myśli – żachnął się i potarł dłonią czoło. – Wzięłaś przecież wolne do jutra.

– Już jest jutro, Roland – odparła sucho i szybko skierowała rozmowę na inny temat, unikając niepotrzebnej przepychanki słownej, która dość często im się zdarzała. – Co się stało? Ktoś utonął?

– Nie uwierzysz… Znowu auto w kanale.

– Ofiary?

Roland skinął głową.

– Jedna osoba. Kobieta.

– Świadkowie? Ktoś coś widział? – Marieke popatrzyła na budynki ciągnące się po obu stronach kanału biegnącego wzdłuż ulicy Rienck Bockemakade. Za ich plecami mieściła się kafejka Niebo, jedyne miejsce w mieście, gdzie można było legalnie kupić marihuanę, o tej porze już od wielu godzin nieczynne. Nad wejściem do niskiego budynku wisiała tabliczka z nazwą pubu i wizerunek anioła z rozpostartymi skrzydłami, który zdawał się obserwować wszystko niczym niemy świadek zajścia.

– Tamten facet. Przejeżdżał tędy rowerem. To on dokonał zgłoszenia, po czym wskoczył do wody. Nie dał rady dostać się do wnętrza auta. Właśnie składa zeznania.

– Komendant też jest tutaj? – Marieke wskazała ruchem głowy na ich szefa, który stał na uboczu i z bardzo niezadowoloną miną rozmawiał przez telefon.

– Daj spokój. To czwarte auto w tym roku. Pytanie, komu dobiorą się do dupy: policji czy miastu. Więc robimy widowisko, że się niby tak staramy.

– Dużo zgłoszeń było tej nocy? – spytała.

– Nie mam pojęcia. Spałem jak niemowlę, dopiero do tej sprawy wezwali mnie z powodu ofiary śmiertelnej.

Roland wypuścił powoli powietrze z płuc i popatrzył posępnie w kierunku policyjnej łodzi i wozu straży pożarnej. Wkrótce nadjechał żółty dźwig, używany zwykle w takich sytuacjach do wyciągania pojazdów z wody. W kilku oknach budynków po drugiej stronie kanału rozbłysły światła i mieszkańcy zza szyb obserwowali darmowe przedstawienie rozgrywające się tuż przed świtem przy ich ulicy.

Gdy nurkom udało się uwolnić ofiarę, Marieke podeszła bliżej krawędzi kanału i przyglądała się, jak wyciągano ciało z ciemnej toni wody na łódź tylko po to, by chwilę później zniknęło w czeluściach plastikowego worka. W mroku nocy, przecinanym jaskrawym światłem policyjnych reflektorów, ciało kobiety wydawało się Marieke nienaturalnie blade, niczym postać białej syreny wypływającej na powierzchnię. Otrząsnęła się z dziwnego wrażenia i skupiła wzrok na poczynaniach straży pożarnej i nurków.

Nigdy nie lubiła wody. Posiadała wszelkie niezbędne dyplomy pływackie, a jednak kontakt z ciemną tonią był dla niej od zawsze nieprzyjemnym doświadczeniem. Nie wynikał z żadnej traumy związanej z pływaniem i czasem miała wrażenie, że nie pochodził z niej samej, lecz sięgał głębiej, choć nie potrafiłaby wyjaśnić, co to konkretnie oznaczało. Samo patrzenie na lśniącą powierzchnię sprawiało, że czuła się niekomfortowo. Była przekonana, że pozornie spokojne wody kanałów, które skomplikowaną siecią wrosły w codzienność miasta, skrywały więcej tajemnic i zagrożeń, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

To był czwarty taki wypadek w tym roku. W styczniu, w czasie strasznej gołoledzi, przy ulicy Zwarteweg samochód zsunął się z miejsca parkingowego przy brzegu kanału wprost do wody. Kierowcy udało się wydostać. Cienka warstwa lodu na powierzchni zamortyzowała upadek. Takiego szczęścia nie miała para starszych ludzi, która spędzała weekend w Sneek w maju tego roku. Nikt dokładnie nie wiedział, jak to się stało, że w środku dnia wjechali z impetem tyłem wprost do wody przy Westersingel. Niestety oboje utonęli. Ostatnią ofiarą miasteczkowych kanałów okazał się mężczyzna, który wsiadł za kierownicę pod wpływem alkoholu. Chciał odjechać z pobocza, ale według zeznań świadków prowadził niestabilnie i zbyt blisko skraju chodnika. Jedno z tylnych kół nagle obsunęło się z krawędzi, a mężczyzna, próbując w panice wysiąść z auta, pogorszył sytuację i pojazd wpadł do wody, przygniatając kierowcę. Przy Woudvaartkade, podobnie jak w kilku innych rejonach miasta, brzegów kanału nie chroniła żadna balustrada. Najczęściej były to miejsca przeznaczone do cumowania łodzi i jachtów.

Roland miał rację. Prasa nie omieszka podliczyć strat i wystawić rachunku. Na kogo spadnie wina za wypadki, za niebezpieczne miejsca w mieście, za niedostatecznie oznakowane zagrożenia w ruchu drogowym?

Marieke skuliła się przed kolejnym chłodnym porywem wiatru. Wsunęła ręce do kieszeni swetra dziadka, by ochronić je przed zimnem ciągnącym od wody. Palce prawej dłoni natrafiły na kawałek twardego papieru, który powoli wyjęła i uniosła ku twarzy. W świetle policyjnych reflektorów jej oczom ukazała się stara, kolorowa fotografia mężczyzny z dwójką dzieci. Marieke rozpoznała w nim swojego zmarłego dziadka. Nie miała też wątpliwości, że stojącą obok niego dziewczynką, którą trzymał za rękę, była ona sama sprzed lat. Pochyliła się nad zdjęciem i w skupieniu przyjrzała niemowlęciu leżącemu w zagłębieniu ramienia dziadka jak w kołysce. Nie miała pojęcia, kim było to drugie dziecko. Nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek pozowała do tego zdjęcia.

– Marieke? Słuchasz mnie? – Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że Roland stał obok niej i próbował przekazać jej informacje, które skutecznie zagłuszał wiatr, jakby uwziął się, by porwać słowa i unieść je ku ciemnemu jeszcze niebu.

– Tak, słucham – odparła szybko, wsunąwszy fotografię do kieszeni swetra.

– Gość twierdzi, że kobieta w aucie była nieprzytomna, kiedy do niej dotarł. Ale nie jest całkowicie pewien. Było ciemno.

– Masz na myśli świadka zdarzenia?

– Niezupełnie świadka. Facet nie widział, co się stało. Jechał tędy rowerem i zauważył tonące już auto.

– A co robił o tej porze na ulicy? I to w taką wichurę na rowerze?

– Marieke, jest noc z piątku na sobotę. Wracał z imprezy.

Skinęła głową i odgarnęła z oczu kosmyki włosów, które wiatr uparcie zwiewał jej na twarz.

– Wiadomo już, kim jest kobieta?

– Musimy poczekać, aż wyciągną auto, może tam będą jakieś papiery. Na komendzie już sprawdzają numer rejestracyjny samochodu.

– Myślisz, że przyczyną utonięcia była wichura?

Roland wzruszył ramionami i potarł oczy wierzchem dłoni.

– Trudno powiedzieć. Równie dobrze mogła coś zażyć. Może to nie przypadek, że jej auto wpadło do wody tuż przy pubie Niebo?

Marieke pokiwała głową.

– Trzeba będzie popytać tam ze zdjęciem kobiety. Zobacz. – Wskazała na kafejkę. – Przy drzwiach są kamery.

Pokręcił głową.

– Monitorują tylko wejście, pytałem już.

– Słuchaj, Roland… A nagranie z kamery internetowej miasta?

– Nie sięga tutaj. Niestety. Kamera jest umieszczona od strony De Kolk. – Obrócił się i wskazał ręką na przeciwną stronę budynku Waterpoort, gdzie kanał się rozszerzał.

– W takim razie musimy poczekać na identyfikację ofiary i wyniki postępowania ekipy technicznej.

– Ja poczekam, ty masz jeszcze wolne.

– Już jest jutro, mówiłam ci przecież – odparła lekko poirytowana.

Nim Roland zdążył zareagować, rozległ się metaliczny dźwięk. Oboje odwrócili się w stronę, z której dobiegł ich zgrzyt łańcuchów. Obserwowali, jak z wody powoli wynurzało się auto osobowe. Gdy srebrną mazdę umieszczono na poboczu, do pracy ruszyła ekipa techniczna. Z miejsca zdarzenia odjechał ambulans, zabierając ze sobą ofiarę w celu dokonania standardowej diagnozy przyczyny śmierci. Marieke stała nadal, obserwując w milczeniu zamieszanie wokół niej. Wiedziała, że nim wstanie słońce, teren zostanie oczyszczony ze śladów tragicznych nocnych zdarzeń i przechodnie, którzy za parę godzin ruszą tymi ulicami, będą musieli sięgnąć po lokalną prasę, by się dowiedzieć, że mijali miejsce wypadku. Jej dłoń od razu powędrowała do kieszeni. Palce odnalazły fotografię, na której lekko się zacisnęły. Chłodny powiew wiatru wdarł się pod warstwy ubrań między połami rozpiętej kurtki. Marieke poczuła nagle, że ani wspomnienia, ani wełniany sweter dziadka nie mogą jej ogrzać.

2.

Alie van der Molen miała wrażenie, że tamtej nocy nie zmrużyła oka. Szalejący na zewnątrz wiatr sprawiał, że wszystko zdawało się poruszać, ożywać, wydawać odgłosy. Podejrzane skrzypienia, niepokojące stukanie, wyjące w oddali syreny karetki pogotowia. I mały Sem, któremu dokuczał hałas i ząbkowanie. Kiedy zegarek pokazał godzinę siódmą, chłopiec znów zaczął pojękiwać i wiercić się niespokojnie. Dokładnie wtedy, gdy wiatr wreszcie ucichł i Alie poczuła ogarniającą ją senność, która jak ciężar nieprzespanych godzin przyciskała ją do materaca. Sem miał osiem miesięcy i Alie dopiero zaczęła dochodzić do siebie po niezwykle intensywnym okresie opieki nad niemowlęciem. Mimo powrotu do pracy na dwa dni w tygodniu udało się jej utrzymać pokarm i choć w oczach koleżanek stanowiła bohaterkę, przerwy na lunch w godzinach pracy spędzała z laktatorem. Mimo prób wyciszenia i ukołysania Sem już nie zasnął i około wpół do ósmej Alie wyjęła go z łóżeczka i po cichu, nie budząc męża, zeszła na dół. Był sobotni poranek. Choć jedno z nich dwojga powinno się wyspać. Z okien salonu rozciągał się widok na obszerne wody kanału, na którego drugim brzegu do wczoraj drzewa mieniły się jesiennymi kolorami jak na impresjonistycznym obrazie. Wichura z poprzedniej nocy odarła je z barwnych szat i pozostawiła obrabowane i smętne, wyraźnie dając do zrozumienia, że czas listopadowej szarugi zbliża się nieubłaganie. Pierwsze słoneczne promienie odbijały się od tafli wody. Wiatr ucichł, pozostawiając po sobie ślady w postaci połamanych gałęzi rozrzuconych po trawnikach, zerwanych dachówek i poprzewracanych śmietników, których zawartość walała się po ulicy. Alie ubrała dziecko i upiła parę łyków gorącej kawy, parząc przy tym język. Wrzuciła do wózka kocyk, mus jabłkowy, łyżeczkę, wafle ryżowe i dwa banany. Potrzebowała świeżego powietrza, żeby dojść do siebie po bezsennej nocy. Wsunęła bawełnianą czapeczkę na głowę syna i włożyła go do spacerówki. Mały zaszczebiotał z radości i natychmiast zatopił palce w buzi, żeby ulżyć swędzącym dziąsłom. Kiedy pierwszy haust chłodnego porannego powietrza wypełnił jej płuca, odetchnęła głęboko. Mieszkali przy spokojnej ślepej uliczce Waterhoenstraat. Ogródki domów ciągnęły się nad samą wodą. Alie rozejrzała się wokół. Wydało się jej prawie niemożliwe, że po takiej nocy natura serwowała im zwykły słoneczny, trochę chłodny dzień. Jakby wyszalała się nocą i teraz niemal pulsowała jesiennym spokojem. Zaraz za szeregiem budynków mieściła się stacja benzynowa przy ruchliwej Bolswarderweg. Po drugiej stronie ulicy rozciągał się Park Wilhelminy, ulubione miejsce na weekendowe rodzinne spacery. Tam właśnie skierowała swe kroki Alie. Pchała wózek alejkami, próbując omijać konary, które pozostawiła po sobie nocna wichura. Piekły ją oczy, głowa ciążyła, ale promienie słońca i cisza wokół sprawiały jej przyjemność. Niewiele pozostało już tak ładnych dni, nim wszystko ogarnie szarość. Mostek prowadzący na położony na maleńkim półwyspie plac zabaw okazał się skutecznie zablokowany wielkim konarem, Alie obeszła więc park i wkrótce znalazła przyjemne miejsce na postój w zakolu drogi nad wodą, gdzie kaczki czyściły pióra na trawie, a ostatnie kolorowe liście spadały powoli z drzew. Wydawało się, że świat po nawałnicy zapadł w przyjemną drzemkę i tylko ich dwoje wędrowało przez uśpione alejki. Sem piszczał z radości na widok ptaków, Alie oparła głowę o rączkę wózka i przymknęła oczy. Z błogiej chwili wyrwało ją ujadanie psa. Po drugiej stronie wody, tuż za okrągłą wysepką z pojedynczym cienkim drzewem i paroma krzewami, jakiś dziwnie wyglądający osobnik rzucał kaczkom kawałki chleba. Mały pies przy jego stopach obszczekiwał donośnie wszystko wokół jak szalony. Alie przez chwilę przyglądała się tej scenie, próbując ustalić, czy ma przed sobą mężczyznę przebranego za kobietę, czy brzydką kobietę wyglądającą na podstarzałego mężczyznę. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że zza słonecznych okularów obserwuje ją dwoje oczu. Szybko odwróciła wzrok i skupiła się na szperaniu w wózku, poszukując przekąski dla Sema. Kiedy znów spojrzała w kierunku trawnika nad wodą, mężczyzny już tam nie było. Otrząsnęła się z nieprzyjemnego wrażenia, które spojrzenie pozostawiło na jej skórze. Otworzyła plastikowe opakowanie z musem jabłkowym, na którego widok Sem momentalnie rozchylił usta, i zaczęła karmić go łyżeczką, robiąc przy tym głupie miny. Powoli ciężar w jej głowie zelżał i poczuła się obudzona. Jadła ryżowego wafla, którego kawałki podawała synkowi. Rzucał je kaczkom, te zaś biegły z wrzaskiem w stronę wózka, po czym ku wielkiej radości Sema urządzały kłótnię o każdy okruch. Dochodziła dziewiąta, gdy Alie podniosła się z ławki. Kaczki odpłynęły, spłoszone jej nagłym ruchem. Wrzuciwszy plastikowe opakowanie po przekąsce do stojącego obok kosza na śmieci, pchnęła wózek przed siebie. Przystanęła jednak, gdy do jej uszu dotarł dziwny dźwięk. Nie była pewna, czy się nie przesłyszała. Bliżej nieokreślony odgłos, przypominający cichutkie stęknięcie, zabrzmiał ponownie. Odruchowo przycisnęła stopą hamulec wózka i zerknęła w stronę śmietnika. Już miała odejść, gdy w ciszy poranka dobiegł ją tym razem szelest dochodzący z wnętrza ciemnozielonego metalowego pojemnika. Pomyślała, że może kot sposób dostał się do środka i nie mógł teraz wyjść. Pochyliła się i ostrożnie zajrzała przez podłużny otwór.

Przez ułamek sekundy była pewna, że to lalka, choć kolor malutkiej dłoni wystającej spomiędzy śmieci miał dziwnie fioletowy odcień. Alie ściągnęła brwi i przywarła twarzą do śmietnika, żeby zajrzeć głębiej. Niemal odskoczyła w odruchu przerażenia, gdy zwinięte w ciasną piąstkę drobne paluszki nagle się rozczapierzyły.

– Boże… – szepnęła, zdając sobie sprawę, że to, co wzięła za lalkę, było żywym dzieckiem.

Jej serce, którego rytm zatrzymał się na chwilę z przestrachu, biło teraz mocno. Pochyliła się i instynktownie wsunęła ramię przez otwór kontenera. Wejście było długie i na tyle szerokie, że udało się jej włożyć drugą rękę. Musiała zanurzyć ramiona aż po łokcie. Po omacku, ostrożnie zbadała palcami położenie małego ciała. Było chłodne i aksamitnie miękkie. Potem wsunęła pod nie dłonie i powoli je uniosła. Choć wlepiała wzrok w zionący ciemnością otwór w koszu, nie mogła się przyjrzeć dziecku. Bała się, że zrobi mu krzywdę, próbując je wyjąć. Prawie nie oddychała, usiłując manipulować dłońmi, tak by nie upuścić maleństwa i bezpiecznie wysunąć je przez wnękę. Okazało się jednak tak drobne, że bez trudu wyjęła ręce, nie ocierając jego nagiej skóry o metalową krawędź. Nie mogła uwierzyć, że jej dłonie były tak stabilne i spokojne, podczas gdy głowa i serce drżały z podniecenia, strachu i zaskoczenia. Odruchowo przytuliła fioletowe ciałko do siebie. Odblokowała hamulec wózka i wolną ręką chwytając za rączkę, obróciła go tak, by synek mógł ją widzieć. Sięgnęła po kocyk leżący w koszu pod wózkiem. Usiadła na ławce. Działała jak w dziwnym transie, instynktownie. Rozpięła kurtkę, szamocząc się ze swetrem, i przycisnęła chłodne ciałko do swojego obnażonego brzucha. Opatuliła je kocykiem, pocierając wolną dłonią plecki.

– No, skarbie, proszę cię… – powtarzała drżącym głosem, nie zwracając uwagi na gaworzenie Sema, nieświadomego powagi sytuacji.

Czuła, że dziecko jakby drgnęło i jego fioletowe wargi lekko się rozchyliły. Pod ręką, którą przytrzymywała niemowlę, jego klatka piersiowa uniosła się lekko pod naporem głębszego oddechu. Trzęsąc się z emocji, kontynuowała masowanie. Dziecko nie płakało. Jego powieki pozostały przymknięte i Alie poczuła, że spod jej własnych zaczynają kapać gorące łzy. Rozejrzała się wokół, ale parkowe alejki świeciły pustkami. Niemowlę w jej ramionach znów drgnęło i z jego maleńkich ust wydobyło się ciche kwilenie. Wolną ręką Alie uwolniła pierś i przysunęła do niej drobną twarz niemowlęcia. Lekko nacisnęła i pierwsza kropla, sprawiająca wrażenie nienaturalnie dużej, zwilżyła wargi dziecka.

Z ust Alie wyrwało się westchnienie ulgi, gdy dziecko poruszyło się już wyraźnie i parę sekund później przyssało do piersi. Dopiero wtedy zaczęła badać je czujnym wzrokiem. Nie miała wątpliwości, że musiało być noworodkiem. Dziewczynka była zupełnie naga i czysta. Sem ważył w chwili narodzin trzy kilo i czterysta gramów. Wydawał się jej maleńki, ale niemowlę, które trzymała teraz, było nawet w porównaniu z nim niemal miniaturowe, nie mogło ważyć więcej niż dwa kilo. Alie odsunęła delikatnie kocyk z główki, którą próbowała chronić przed zimnem, ale nie zauważyła żadnych zewnętrznych zranień. Dziecko było sine z wyziębienia. Zbyt długi fragment pępowiny sterczał niezabezpieczony klamerką. Sięgnęła do wózka, żeby wyjąć telefon z torebki, którą zwykle zawieszała na ramieniu. Dopiero wtedy zorientowała się, że tym razem po prostu zapomniała jej zabrać. Rozejrzała się po opustoszałym parku. Wtedy usłyszała gdzieś blisko chłopięce głosy i brzęk rowerów, które chwilę później wyjechały z impetem z alejki.

– Stop! Zatrzymajcie się! Halo! – Alie uniosła wolną rękę i krzyknęła nienaturalnie wysokim, alarmującym głosem, którego się nie spodziewała.

Widziała, że spojrzeli po sobie zdumieni, ale opony ich rowerów szurnęły po asfalcie, gdy ostro zahamowali. Mieli może po dwanaście lat, sportowe ubrania, plecaki i buty do gry w piłkę nożną.

– Musicie mi pomóc! Trzeba wezwać karetkę! Znalazłam to dziecko tutaj, w tym śmietniku. Macie przy sobie telefon? – Alie mówiła szybko, wciąż jeszcze delikatnie masując drobne ciało dziecka, które zdawało się teraz trochę cieplejsze.

Wyższy z dwójki chłopców rzucił rower na trawę i podchodząc do Alie, wyjął telefon z kieszeni.

– Jeden, jeden, dwa, prawda? – zapytał, wstukując numer.

Sięgnęła po komórkę, którą jej podał, gdy usłyszał sygnał. Obaj chłopcy stali teraz przed nią z twarzami pełnymi napięcia, wpatrując się w odsłoniętą pierś, do której przyciskała dziecko.

3.

– Lisa Kloostra, dwadzieścia jeden lat, studentka ogrodnictwa na Nordwin College w Sneek. Pracowała w jednym z lokalnych marketów. Zamieszkała przy Furmerusstraat w Sneek. Samochód jest zarejestrowany na nazwisko jej matki, Riki van Hulsen, z tym samym miejscem zameldowania. – Marieke odczytywała informacje z wydruków, które odebrali na komendzie. Trzymała w dłoni kopię zdjęcia młodej kobiety z jej prawa jazdy, a w drugiej dłoni fotografię wykonaną przez lekarza dokonującego oględzin zwłok.

Wsiedli do auta i Roland przekręcił kluczyk w stacyjce.

– Świetny początek weekendu. Lepiej być nie może – sapnął.

– Dla ciebie, dla ofiary czy jej rodziny? – spytała Marieke z przekąsem.

Roland rzucił jej niezbyt szczęśliwe spojrzenie i pojazd ruszył z parkingu pod komendą policji w Sneek. Dochodziło wpół do dziewiątej rano.

Marieke pochyliła się nad zdjęciami młodej kobiety o szczupłej twarzy zakończonej nieco zadziornie ostrym podbródkiem. Nie było jednak nic zawadiackiego w jej poważnych dużych oczach, które patrzyły z kopii zdjęcia paszportowego. Na fotografiach jasne włosy sięgały ledwie za ucho. I choć na obu wyglądała na młodszą, niż wskazywała data urodzenia, jej poważne oczy zdawały się liczyć więcej lat.

Zaparkowali pod potężnym blokiem przy ulicy Furmerusstraat. Odnaleźli właściwą klatkę, której drzwi okazały się otwarte. Roland zerknął na domofon umieszczony na ścianie przy wejściu, po czym bez wahania ruszył do środka. Winda długo nie przyjeżdżała i w rezultacie musieli wejść schodami. Mieszkanie mieściło się na szóstym piętrze i nim dotarli na długi korytarz, Marieke miała zadyszkę i policzki czerwone z wysiłku. Roland zdawał się pokonywać piętra bez najmniejszego trudu, więc kobieta musiała zdusić ciężki oddech oraz uczucie wstydu.

– Myślisz, że jeszcze śpią? – spytała, gdy odzyskała siły. Zmierzali w stronę drzwi mieszczących się na końcu korytarza.

Roland wzruszył ramionami.

– Nie wiem, w końcu jest sobota. Jeśli śpią, to współczuję im pobudki.

Zza drzwi dobiegły ich jednak donośne dźwięki, które jednoznacznie wskazywały na to, że mieszkańcy już nie śpią. Roland wcisnął przycisk dzwonka i po chwili ponad rykiem telewizora i dziecięcymi krzykami usłyszeli wyraźnie, że ktoś biegnie w stronę wejścia.

W drzwiach stanęła młodsza wersja Lisy Kloostry. Jasnowłosa chuda dziewczynka o oczach, które zdawały się zbyt duże przy jej drobnej twarzy, nie siliła się nawet na żadne powitanie. Obrzuciła ich krótkim zmęczonym spojrzeniem i odwróciwszy głowę w stronę wnętrza mieszkania, krzyknęła:

– Mamo! Świadkowie Jehowy!

Marieke otworzyła usta, ale nim zdążyła coś powiedzieć, w ciemnym korytarzyku stanęła niska chuda kobieta z niezbyt starannie upiętymi włosami. Wraz z jej przygarbioną sylwetką pojawiła się chmura tytoniowego dymu. Dziewczynka wciąż stała przy drzwiach z dłonią na klamce, patrząc na Marieke i Rolanda znudzonym wzrokiem.

– No i po co otwierałaś? Mówiłam ci, że o tej porze to tylko oni mogli się przywlec, Lisa ma przecież klucze. – Miała typowy dla palaczy schrypnięty głos i mimo wczesnej pory mocny makijaż na twarzy. Odepchnęła dziewczynkę lekko od drzwi i spojrzała niechętnie na stojącą przed nią parę. – Nie, dziękuję. Do widzenia.

Marieke i Roland jak na zawołanie zaprezentowali swoje legitymacje.

– Rika van Hulsen? – upewniła się, choć nie miała wątpliwości, że kobieta musiała być matką ofiary. Kiedy ta skinęła głową, Marieke kontynuowała. – Nazywam się Marieke van Haan, a to mój kolega, Roland Kempen z komendy policji w Sneek. Czy możemy porozmawiać na osobności?

Zerknęła w stronę korytarza. Zza rogu bacznie obserwowały ich oczy dziewczynki. Rika odsunęła się, wpuszczając ich do ciemnego pomieszczenia. Jej szczupła twarz, na której czas odcisnął już wyraźnie swój ślad, napięła się nagle w widocznym zdenerwowaniu.

Zza lekko otwartych drzwi łazienki dobiegł ich dziewczęcy głos.

– Mamo! Emma znowu rozpaćkała moją szminkę! Ile razy mam ci powtarzać, ty mała zmoro, żebyś nie dotykała moich rzeczy! Masz zabawki!

Z łazienki wyszło małe dziecko i ze skruszoną miną stanęło w holu.

– Emma, chodź tutaj! – kobieta przywołała dziewczynkę. Chwyciła ją za umazaną szminką dłoń. Z wnętrza mieszkania nadal rozbrzmiewał ryk programu telewizyjnego. Prezenterka rozemocjonowanym głosem opowiadała plotki ze świata wielkich sław.

Rika westchnęła i złapała za ramię starszą córkę, która nadal stała w tym samym miejscu, oparta o ścianę. Miała chłopięcą sylwetkę i za luźne, znoszone ubrania. Przyglądała się gościom wnikliwie.

– Ścisz ten telewizor, Sterre, i zabierz siostrę do pokoju – poinstruowała ją ostrym tonem.

Hol prowadził do kuchni, gdzie się zatrzymali, a Rika zamknęła za nimi drzwi. Marieke rozejrzała się po zabałaganionym pomieszczeniu. Na blacie leżały brudne talerze i kubki, skrawki sera i piętki od chleba. W zlewie piętrzyły się nieumyte garnki. Kosz na śmieci nie domykał się z powodu góry zgniecionych puszek po piwie. Na środku stołu, między talerzami z resztkami jedzenia stała popielniczka pełna petów. Roland chrząknął i Marieke wróciła spojrzeniem do kobiety, która patrzyła na nich wyczekująco. Podała jej kopię fotografii paszportowej Lisy Kloostry.

– Pani van Hulsen, czy może pani potwierdzić, że osoba na zdjęciu to pani córka, Lisa Kloostra?

Kobieta rzuciła okiem na zdjęcie i skinęła bez słowa.

– Jest nam bardzo przykro, ale musimy przekazać pani złą wiadomość. Nad ranem ciało Lisy zostało wyłowione z kanału przy ulicy Rienck Bockemakade. Nie wiemy jeszcze dokładnie, jak auto znalazło się w wodzie, ale będziemy panią informować na bieżąco, jeśli pojawią się nowe informacje. Ciało pani córki znajduje się w kostnicy szpitala Antonius w Sneek, gdzie zostanie wstępnie ustalona przyczyna zgonu.

Rika van Hulsen nie była piękna. Czas wyżłobił na jej czole bruzdy, które sprawiały, że wyglądała na rozzłoszczoną. Pod oczami widniały sine kręgi, a skóra na policzkach nie była w najlepszym stanie. A jednak wiadomość o śmierci córki na parę sekund wygładziła jej twarz jakimś niemym smutkiem, by zaraz potem ściągnąć rysy w pełnym złości grymasie.

– Jak to? – zapytała i trzęsącymi się rękoma zaczęła przerzucać rzeczy na parapecie w poszukiwaniu papierosów, które wreszcie wyjęła spod sterty gazet. Wzięła z blatu zapalniczkę i bezskutecznie próbowała ją zapalić. Wreszcie rzuciła ją zrezygnowana na stół i nerwowo zaczęła rozglądać się za inną.

– Naprawdę bardzo mi przykro. Rozumiem, że to dla pani szok. Dołożymy wszelkich starań, żeby ustalić, co dokładnie się stało.

Kobieta zakasłała i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. W tym momencie jednak drzwi do kuchni się otworzyły. W niewielkim zabałaganionym pomieszczeniu zrobiło się ciasno, gdy pojawił się w nim tęgi mężczyzna około pięćdziesiątki. Miał na sobie czarne dresowe spodnie i rozciągnięty podkoszulek. Na jego ramionach widniały stare pojaśniałe tatuaże. Potargane włosy, zarost i zaspane oczy wskazywały na to, że ledwie się obudził. Wyciągnął dłoń w stronę policjantów i uścisnął mocno ich ręce. Kiedy się przedstawiał, Marieke poczuła intensywną woń czosnku, która o tak wczesnej porze wywołała w jej żołądku nieprzyjemny skurcz.

– Gabriel van Hulsen – sapnął mężczyzna i mimo że wszyscy stali, odsunął sobie krzesło, na które ciężko opadł. – Sterre mnie obudziła, bo niby coś się stało.

Z kieszeni spodni wyjął zgniecioną paczkę papierosów. Sięgnął po zapalniczkę, którą Rika rzuciła na stół, i bez problemu zapalił papierosa.

– Lisa. – Kobieta tylko tyle zdołała z siebie wyrzucić.

– Jeszcze nie wróciła? Szlaja się po nocach, a potem wszyscy się muszą zrywać o poranku.

– Panie van Hulsen, obawiam się, że Lisa utonęła. Jej ciało zostało wyłowione z kanału przy ulicy Rienck Bockemakade. Bardzo mi przykro – powtórzyła Marieke.

Mężczyzna podniósł na nią wzrok i przez chwilę w jego spojrzeniu było coś, co sprawiło, że Marieke miała ochotę się cofnąć, jak przed odorem przetrawionego czosnku. Gabriel van Hulsen potarł dłonią nieogolony policzek i wrzucił ledwo napoczętego papierosa do popielniczki.

– Tego jeszcze brakowało – powiedział cicho.

Zapadła cisza. Marieke i Roland skorzystali z niej, by się ostrożnie pożegnać i opuścić kuchnię. Wyszli na ciemny, wąski korytarz. Drzwi do jednego z pokojów były otwarte. Spojrzenie Marieke spotkało się z dużymi oczyma dziewczynki, która wcześniej im otworzyła. Siedziała na zarzuconym pościelą tapczanie. Na kolanach trzymała młodszą siostrę. Marieke skinęła w jej stronę z lekkim uśmiechem, ale twarz dziewczynki ani drgnęła.

Już prawie zamknęli za sobą drzwi, gdy nagle usłyszeli głos Riki.

– Halo! Przepraszam! – Wypadła za nimi na klatkę. – A auto? Co się stało z autem?

– Zostanie zatrzymane do dyspozycji policji do czasu wyjaśnienia sprawy. Później może zostać odebrane przez właściciela. Obawiam się jednak, że nadaje się jedynie do kasacji.

Rika zaniosła się brzydkim kaszlem, po czym pokiwała głową. Pożegnała się szybko i zniknęła za drzwiami mieszkania, zostawiając ich na klatce.

– Winda? – Roland machnął głową w stronę korytarza.

Marieke wzruszyła ramionami. Zastanawiała się, czy zauważył, ile wysiłku kosztowało ją wejście po schodach, i próbował jej teraz dopiec, czy po prostu nie miał ochoty schodzić tyle pięter.

– Skoro weszliśmy na górę schodami, możemy nimi też zejść – powiedziała.

Marieke z uczuciem ulgi wyszła na świeże październikowe powietrze. Po nocnej wichurze natura postanowiła okazać światu swą łaskę i ponad nimi rozpościerało się błękitne niebo, a promienie słońca tańczyły wśród ostatnich kolorowych liści między gałęziami wysokich drzew. Wsiedli do samochodu.

– Słyszałeś to? Jej córka właśnie utonęła, a ona martwi się o auto?

– No wiesz, córek ma, z tego co widziałem, jeszcze parę, a auto mieli najpewniej tylko jedno.

Marieke wydęła wargi z oburzenia na ten kiepski żart. Poczucie humoru Rolanda zawsze wydawało jej się nie na miejscu. Czasem miała wrażenie, że rzadko kiedy traktował coś naprawdę poważnie. Nie mogła mu jednak nawet odburknąć, zdając sobie sprawę, że jego słowa były jedynie komentarzem do uwagi, którą rzuciła niepotrzebnie, nim zdążyła się powstrzymać. Rozumiała przecież, że ludzie różnie reagują na wiadomość o śmierci kogoś bliskiego, nie zawsze płaczem i smutkiem, co nie znaczy, że pod ich dziwnym zachowaniem nie kryje się bezdenna rozpacz. Widziała, co żałoba po stracie tych, których się kochało, robiła z ludźmi. Nie wiedziała jednak jeszcze, że wkrótce przekona się o tym na własnej skórze.

Zmierzali w stronę szpitala Antonius w Sneek, w którym planowali uzyskać najświeższe informacje w sprawie zwłok Lisy Kloostry. Wyjechali właśnie z ulicy Worp Tjaardastraat na Bolswarderbaan, gdy telefon w kieszeni policjantki zawibrował. Marieke odebrała i z osłupiałą miną wysłuchała przekazanej jej informacji, a następnie potwierdziła, że niedługo będą na miejscu. Roland rzucił jej zaciekawione spojrzenie.

– Zawracaj – powiedziała, chowając telefon do kieszeni kurtki. – Szpital musi poczekać. Jedziemy do Parku Wilhelminy.

– Do parku? Naszła cię nagła ochota na spacer? – zażartował, ale posłusznie objechał rondo przy szpitalu i znów znaleźli się na Bolswarderbaan, tym razem zmierzając w przeciwnym kierunku.

– Nie wygłupiaj się. Znaleziono niemowlę w śmietniku.

– Chyba żartujesz? – Roland przyśpieszył, choć park znajdował się zaledwie dwie minuty drogi od szpitala. – Dwa ciała w jeden dzień. Mówiłem ci… lepszego początku weekendu nie mogliśmy sobie wymarzyć.

– Nie, Roland, nie ciało, żywe niemowlę. To dziecko żyje!

Uniósł brwi i skręcił w opustoszałą jeszcze w sobotni poranek Bolswarderweg. Po prawej znajdował się rząd willi, po lewej zaś rozciągał się teren parku. Skręcili obok baru szybkiej obsługi i wjechali na niewielki parking, który minęli bez zatrzymywania się. Od drugiej strony park okalała asfaltowa ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż kanału. Była zamknięta dla pojazdów osobowych, lecz na tyle szeroka, by służby miejskie w razie potrzeby mogły z niej korzystać. Roland bez wahania ruszył tą drogą i zatrzymał się dopiero przy wjeździe do parku, obok karetki pogotowia, której pracownicy zmierzali już w pośpiechu w stronę alejek.

– Noworodek w śmietniku, auto ze zwłokami w kanale… Czy ludzie naprawdę nie słyszeli o recyklingu? Albo o tym, że sobota to dzień wypoczynku? – mruknął Roland i tym razem Marieke rzuciła mu zniesmaczone spojrzenie.

4.

– Siedziałam tu prawie godzinę i niczego nie zauważyłam ani nie usłyszałam. Nie przyszłoby mi do głowy… Zresztą, kto normalny sprawdza każdy śmietnik, obok którego siedzi?! Wyrzuciłam kubeczek. Taki plastikowy pojemniczek po musie jabłkowym. I już chciałam odejść, ale wtedy coś usłyszałam. Taki dziwny… jęk? Stęknięcie? A potem szelest. Myślałam, że to kot. Kompletnie niedorzeczne, ale skąd mogłam wiedzieć. Trochę się bałam zajrzeć, ale ciekawość była silniejsza. Najpierw zobaczyłam maleńką rączkę – Alie van der Molen opowiadała po raz kolejny tę samą historię, za każdym razem z tym samym niesłabnącym ładunkiem emocjonalnym, który mógłby wysadzić w powietrze pół parku. Ręce jej nadal drżały, policzki były zarumienione, jakby doznała nagłego ataku gorączki. Z ogromną dokładnością relacjonowała każdy szczegół zdarzenia, który Marieke zapisywała w pamięci. Kątem oka obserwowała dwóch chłopców, którzy odpowiadali na pytania policjanta.

Kiedy Alie skończyła opowiadać i wyjęła z wózka swojego marudzącego synka, Marieke rozejrzała się po parku i podeszła do kosza na śmieci. Dwóch policjantów w gumowych rękawiczkach przeglądało jego zawartość. Przyjrzała się otworowi. Rzadko miewała styczność z niemowlętami i nie była typem kobiety zaglądającej do każdego napotkanego dziecięcego wózka, ale nie mogła sobie wyobrazić, jak noworodek miałby się tam zmieścić, a już kompletnie nie wiedziała, jak miałby przetrwać tak chłodną i wietrzną noc. Nie zauważyła, że Alie stanęła obok niej.

– Dokładnie to samo pomyślałam – powiedziała, jakby czytała w myślach policjantki. Mówiła teraz spokojnym głosem. Marieke obróciła się w stronę kobiety. Głowa synka spoczywała na jej ramieniu, powieki opadły i dziecko powoli odpływało w spokojny sen, nieświadome zamieszania. – Nie mogłam uwierzyć, że się tam zmieściło. Bałam się je wyjąć, ale myśl, że miałoby tam leżeć choćby sekundę dłużej, była nie do zniesienia. Dopiero kiedy je wyjęłam, zdałam sobie sprawę, jakie jest maleńkie.

Marieke skinęła głową.

– To dlatego wiedziała pani, że to noworodek.

Alie pokręciła głową.

– Niezupełnie. To znaczy oczywiście również z powodu nienaturalnie drobnych wymiarów, ale od razu rzucił mi się w oczy fragment pępowiny. I ten specyficzny kształt główki, jeszcze lekko wydłużony.

Roland, który do tamtej pory rozmawiał z innymi ludźmi zebranymi w alejce parkowej, podszedł teraz do nich z rękoma w kieszeniach.

– Puściłem tych chłopaków, oni i tak nic nie widzieli – powiedział do Marieke, a potem odwrócił się do Alie. – To pani synek? Ile ma? – Machnął kobiecie legitymacją przed oczyma i ruchem głowy wskazał śpiące w jej ramionach dziecko.

– Osiem miesięcy i tydzień – odparła, gładząc dłonią cienkie jasne włosy synka. – Źle spał w nocy. Ząbkuje.

Roland pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Tyle łez i nieprzespanych godzin przez te mleczaki, które później i tak im wypadną. – Uśmiechnął się do kobiety. – Ale żeby z tego powodu wyrzucać dzieciaka do śmieci. Jakim potworem trzeba być, żeby zrobić coś takiego?

Uśmiech na twarzy Alie zbladł i popatrzyła na Rolanda, jakby nagle urósł w jej oczach o głowę.

– Ma pan dzieci?

– Trójkę. – Skinął lekko, a potem rozejrzał się wokół. – Czy zauważyła pani coś podejrzanego dziś rano, cokolwiek, co przyciągnęło pani uwagę, jeszcze zanim znalazła pani niemowlę?

– Właściwie tak, ale… nie wiem, czy to ma znaczenie, nie wydaje mi się… – zaczęła niepewnie, ale Roland szybko jej przerwał.

– Wszystko może mieć znaczenie – odparł z naciskiem.

– Tam, po drugiej stronie wody, za tą malutką wysepką stał mężczyzna, to znaczy chyba mężczyzna, bo miał na sobie kobiece ubrania, więc tak naprawdę nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że to raczej mężczyzna. Miał ciemne okulary, sukienkę, sweter i takiego małego pieska w łaty, który okropnie szczekał.

– Widziała pani, co robił?

– Karmił kaczki, ale… zauważyłam, że dziwnie mi się przyglądał, choć… oczywiście pewna nie jestem, w końcu miał te okulary, ale wyglądał tak… inaczej.

– Bardzo pani dziękuję. Czy ktoś spisał pani dane na wypadek, gdybyśmy mieli więcej pytań? Ma pani coś przeciwko temu, żebyśmy w takim przypadku nawiązali z panią kontakt?

– Nie, oczywiście, że nie, a moje dane spisano na samym początku. Czy myśli pan, że to dziecko przeżyje?

Roland wzruszył ramionami i pokręcił głową.

– Przykro mi, ale nie jestem w stanie udzielić pani jednoznacznej odpowiedzi. Rozmawiałem z ratownikiem medycznym z karetki pogotowia, nim odjechali. Twierdził, że to cud, że dziecko przeżyło. Musi zostać poddane badaniom w szpitalu, wtedy będziemy wiedzieć więcej. Cokolwiek się dalej stanie, zrobiła pani, co w jej mocy, żeby je uratować.

Kiedy Alie odeszła wreszcie parkowymi alejkami, jedną ręką pchając wózek, a drugą przytrzymując śpiące dziecko, Marieke syknęła do Rolanda:

– Odbiło ci? Potworem? Tego typu uwagi raczej nie są wskazane w trakcie rozmowy ze świadkami zdarzenia! Nie masz pojęcia, co się tutaj wydarzyło!

– Słuchaj, ta kobieta właśnie wyjęła ze śmietnika dziecko, otuliła je, nakarmiła własną piersią i być może to właśnie dzięki niej przeżyje. Może to była jedyna chwila w jego krótkim życiu, że ktoś go w ogóle czule dotknął. Powiedziałem jej to, co potrzebowała usłyszeć. Myślisz, że gość w sukience coś widział?

Roland zmienił temat tak szybko, że Marieke, która całą noc nie zmrużyła oka, przez ułamek sekundy myślała, że to jeden z jego kretyńskich żartów.

– To, że ktoś nosi sukienki, nie oznacza od razu, że jest podejrzany – mruknęła, trochę zła na siebie za brak skupienia.

– Ale jeśli ktoś nosi sukienki, choć nie powinien, i przypadkiem spaceruje w okolicy śmietnika, do którego wyrzucono niemowlę, to jednak jest trochę podejrzane, nie uważasz? A tak na marginesie, rozmawiałem z pracownikiem parku, który przyjechał tu natychmiast po otrzymaniu wiadomości. Śmietniki opróżniane są w piątek rano, a potem dopiero po weekendzie w poniedziałkowy poranek. Ktoś, kto wyrzucił tam dziecko, zostawił je na pewną śmierć.

Marieke obejrzała się jeszcze za siebie. W parkowej alejce nadal trwało zamieszanie. Ludzie spacerujący z psami zatrzymywali się zdziwieni i przyglądali poczynaniom umundurowanych policjantów. Oczami rejestrowała ich oblicza, jakby próbowała wybadać z rysów twarzy, czy któreś z nich nie nosiło znamion skrywanej winy.

Dwadzieścia minut później Marieke i Roland znów siedzieli w aucie.

– Do szpitala? – Marieke zapięła pas.

– Skoczmy najpierw na jakieś śniadanie. Mój mózg nie działa sprawnie, kiedy żołądek domaga się jedzenia. – Roland przekręcił kluczyk w stacyjce.

Nie zdążył jednak opuścić parkingu. Dźwięk dzwonka jego telefonu przerwał ciszę. Sięgnął po aparat wciśnięty do schowka w drzwiach auta.

– Mam nadzieję, że nikt już niczego nie wyrzucił do kanału – mruknął, po czym odebrał połączenie. Przez chwilę słuchał, potakując i unosząc brwi. – Jesteśmy w drodze. Tak. Będziemy tam za pięć minut. – Rozłączył się i wrzucił telefon do schowka. Westchnął ciężko. – Śniadanie musi poczekać, kochanie – powiedział żartobliwym tonem. Marieke przewróciła oczami, co Roland skwitował mrugnięciem oka. – Jedziemy do szpitala.

– I tak jechaliśmy do szpitala – burknęła i dodała z przekąsem: – Kochanie.

– Nie chcesz wiedzieć, czemu dzwonili?

– Przecież dowiem się za pięć minut w szpitalu.

– Nie wiem, dlaczego tak lubisz odbierać mi tę przyjemność przekazywania ci najświeższych informacji.