Ostatni moment. Jak wspólnie możemy ocalić nasz świat - Scilla Elworthy - ebook
Opis

Świat jest w kryzysie. Niszczymy naszą planetę w takim tempie, że przetrwanie ludzkości jest zagrożone. Mimo postępu i rozwoju miliony wykluczonych żyją w ubóstwie. Ludzie czują niepokój i boją się o przyszłość swoich dzieci. Światowi przywódcy wydają się bezradni lub niezainteresowani tym, co dzieje się wokół nas.

Dr Scilla Elworthy, trzykrotnie nominowana do pokojowej Nagrody Nobla, udowadnia, że kryzys można zatrzymać, a Ziemię da się jeszcze uratować. Kluczem do tego ma być nowy rodzaj przywództwa. Zainspirowana postaciami aktywistów, działaczek, duchowych przywódców czy mniszek, Elworthy pokazuje, jak zwykli ludzie mogą zmierzyć się z wyzwaniami XXI wieku.

Podstawowym warunkiem uratowania naszej planety jest całkowite przewartościowanie tego, czym jako kierujemy się jako ludzkość. Rozprawiając się z przestarzałym systemem wartości nastawionym na podbój, walkę i eliminację słabszych, Elworthy proponuje zupełnie nową opowieść o świecie. Co wydarzyłoby się – pyta autorka – gdyby kobiety mogły odgrywać większą niż dotychczas rolę w światowym przywództwie? Jak wyglądałaby rzeczywistość, gdybyśmy porzucili konkurencję i rywalizację na rzecz otwarcia się na drugiego człowieka? Czy troska o dobro wspólne mogłaby zatrzymać wyniszczającą środowisko pogoń za wzrostem gospodarczym?

Dr Scilla Elworthy – aktywistka społeczna i pisarka, trzykrotnie nominowana do pokojowej Nagrody Nobla. Jej działania mają zasięg międzynarodowy. W 1982 roku założyła Oxford Research Group, co umożliwiło prowadzenie światowego dialogu na temat broni jądrowej z udziałem Chin, Rosji oraz zachodnich naukowców i wojskowych. W 2002 roku z jej inicjatywy powstała Peace Direct – organizacja wspierającą lokalnych działaczy na rzecz pokoju w rejonach ogarniętych konfliktami. W 2013 roku otrzymała nagrodę za całokształt pracy od Voice of a Woman.

Ta książka pomoże ci odkryć swoją wewnętrzną siłę – zdolność tak potrzebnego dziś działania na rzecz rozwiązania globalnych problemów i budowy świata dla wszystkich.

arcybiskup Desmond Tutu, laureat Pokojowej Nagrody Nobla

To godna uwagi pozycja, która jest jednocześnie intensywnym kursem odpowiedzialnego rozwoju w czasach głębokiej zmiany społecznej i ekologicznej.

dr Jean Houston, konsultantka ONZ ds. rozwoju społecznego

Potrzebujemy osób takich jak dr Elworthy, żeby powstrzymać wybuch wojny. To moje wieloletnie i osobiste marzenie.

Dalajlama

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PODZIĘKOWANIA

Andrew Harvey zainicjował powstanie serii „Sacred Activism” i poznał mnie z zespołem z wydawnictwa North Atlantic Books. Jestem głęboko poruszona jego pełną współczucia gotowością do poświęcenia czasu na zrozumienie, co chciałam wyrazić w tej książce. Andrew ma nie tylko doskonałe wyczucie języka i rytmu, potrafi także zobaczyć kształt i strukturę książki – są to umiejętności budzące najwyższy podziw. Jego pełna pasji odwaga była dla mnie wielkim źródłem inspiracji. Współpraca z Andrew, jak z nikim innym ze znanych mi osób, jest też po prostu doskonałą zabawą.

Zespół z wydawnictwa North Atlantic Books zawsze chętnie mi pomagał, a porady były praktyczne i profesjonalne. Chciałabym szczególnie podziękować Dougowi Reilowi, który od początku uznał, że ta książka jest potrzebna, Hisae Matsudzie za jej spokój, wskazówki, głęboką znajomość tematu i sprawność w znajdywaniu odpowiednich rysunków i fotografii, a także Jennifer Eastman za wrażliwą, uważną i mądrą redakcję, opartą na głębokim zrozumieniu tekstu.

Nie uda mi się tutaj podziękować wszystkim osobom, które zainwestowały swój czas i wiedzę w powstanie tej książki. Chciałabym jednak wyrazić szczególną wdzięczność: Anne Baring, za jej przyjaźń, czujne i mądre komentarze do pierwszych kilku wersji tekstu, za to, że pozwoliła mi użyć fragmentów ze swoich książek Dream of the Cosmos i Awaking the Feminine, i za płynącą od niej niekończącą się rzekę pomysłów; Ramy Mani za ciepło, współczucie i niegasnącą wiarę we mnie, za to jak wspaniałą jest współpracowniczką i poetką i za jej wizjonerskie pomysły; Gabrielle Rifkind za szczerość i głębokie wglądy, za weekendowe spacery, które tak bardzo przysłużyły się mojemu pisaniu, i za fragmenty z The Fog of Peace; Rohanowi Narse’owi za jego dokładną lekturę tekstu i praktyczne uwagi płynące z wiedzy zdobytej podczas pracy we władzach Londynu; Karen Downes za szczegółowe, czułe i mądre uwagi do tekstu; Francis Wilson za kluczowy pomysł przeorganizowania kolejności rozdziałów; Florianowi Hoffmannowi za możliwość uczestniczenia w Do School i za wskazówki dotyczące rozdziału 4; Kalypso Nicolaïdis za możliwość zaprezentowania wcześniejszej wersji tekstu na Wydziale Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu w Oksfordzie i pracę nad nią; Lisie Braun Dubbels za jej umiejętności i ciężką pracę przy promocji książki; Felii Salim za podzielenie się ze mną szczegółami historii dotyczącej zmieniania praktyk bankowych w Indonezji; Sujacie Khandekar i zespołowi Leaders’ Quest za ich pracę w Bombaju i Rajasthanie; Sarah Ingamells i Yvonne Blankeley z Sherborne Village Shop za wywiad, którego udzieliły mi u siebie w kuchni; Anupamie Jalote za to, że pokazał mi komorę fermentacyjną pod Dżajpurem w Indiach; Johnowi Bunzlowi za możliwość użycia jego tekstu o Simpolu; Maude Barlow za fragmenty jej mającej się wkrótce ukazać książki Blue Future, Protecting Water for People and the Planet Forever; Hazel Henderson za fragmenty Encacting and Telling the New Story; Monice Sharmie za fragmenty jej tekstów na temat przyszłości; Jean Houston za natychmiastowy i niegasnący entuzjazm dla tej książki i za fragmenty The Possible Human and the Possible World; Thais Corral i Vicki Robin za fragmenty Women Strengthening Local Food Systems; Elisabet Sahtouris za jej pracę nad tarczami imaginalnymi i fragmenty z jej książki Ecosophy – Nature’s Guide to a Better World; Annie MacIntyre za fragmenty jej tekstów o ajurwedzie; Alexandrowi Schiefferowi za jego wsparcie moralne i zgodę, żebym zacytowała jego artykuł na temat Sekem; Wei Liu i Ruiqi Zeng za pierwsze prace redaktorskie nad tekstem; Sally Dearman-Cummings za jej odkrycia dotyczące sposobu funkcjonowania prawej i lewej półkuli mózgu; Vandanie Shivie za osobistą relację na temat dewastacji Uttarakhandu; Walterowi Linkowi za opis ruchu Sarvodaya; Bev Reeler za jej wiersz o słoniach i opis The Tree of Life z Zimbabwe; Lawrence’owi Bloomowi za nieustanne wsparcie i wizje dotyczące miast przyszłości; Gulalai Ismael za jej niesamowitą pracę w Pakistanie; Ashy Hagi Elmi za odwagę w Somalii; Thomasowi Hüblowi za jego pracę nad Zjednoczonym Polem i za możliwość użycia elementów jego nauczania; Alison Yiangou za dobre pomysły i wsparcie; Deirdre Burton za mądrość i rozsądne rady dotyczące zgłębiania energii; Liz Kingsnorth za to, że próbowała nauczyć mnie, jak traktować siebie samą mniej poważnie, i za to, że mnie przedstawiła swoim studentom w Chennai; Lornie Collins, Sorai Abouleishi i Paulowi Kingowi za lekturę i uwagi do kolejnych wersji tekstu; Nicholasowi Janniemu za ciągłe poszturchiwanie, dzięki któremu nie zatrzymuję się na ścieżce samorozwoju, i za świetne pomysły; Andrew Powellowi za sugestie dotyczące zdrowia i możliwość wykorzystania fragmentów Technology and Soul in the Twenty-First Century; Allegrze Wint za podzielenie się ze mną wiedzą na temat medycyny chińskiej, mądrością i umiejętnościami; Shelley Reciniello za zgodę na cytowanie jej prac; Mimi Quaife, asystentce Ellen MacArthur z Ellen MacArthur Foundation; moim współpracownikom z Peace Direct i Oxford Research Group za wszystko, dla czego byli inspiracją, i wreszcie, dla mojej córki Polly, za to, że zawsze zachęca mnie do budowania szczerej relacji, za jej miłość i nieustające wsparcie.

Przedmowa Desmonda Tutu

Świat jest w kryzysie. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią połączyć budowanie wewnętrznej siły z działaniem na zewnątrz. Wewnętrzna siła pochodzi z opanowania samego siebie, obserwacji i kontroli ego, ze wzmacniania wewnętrznej spójności poprzez codzienną praktykę refleksji lub medytacji. Dzięki temu zyskujemy nie tylko zdolność transformowania konfliktów, słuchania innych, jasnego komunikowania i budowania zaufania, lecz również twórczą moc i energię, by rozwiązywać lokalne i globalne problemy.

Tak wygląda trwający obecnie proces ewolucji, którego większość ludzi jeszcze nie widzi: upragnione zewnętrzne zmiany nie mogą zaistnieć bez przemiany wewnętrznej, jak powiedział Einstein. Jakość twojej świadomości ma bezpośrednie przełożenie na jakość rezultatów, które osiągasz. Ta książka pokazuje – w sposób mocny i rozsądny – jak każdy z nas może rozwinąć w sobie wewnętrzną siłę, dzięki której będzie w stanie przysłużyć się przyszłości i lepiej dla wszystkich działającemu światu. Otworzy ci oczy na wyzwania, przed którymi stoi planeta, i zainspiruje błyskotliwymi opowieściami o tym, co ludzie już robią, by stawić czoła tym wyzwaniom. Pokaże ci, jak tworzyć wizję przyszłości, której pragniesz dla swoich dzieci, i jak pobudzić energię, by wizja stała się rzeczywistością. Proponuję potraktować tę książkę jako przewodnik, dzięki któremu ty także staniesz się dwudziestopierwszowiecznym pionierem lub pionierką tego, co możliwe.

Desmond Tutu

Przedmowa Andrew Harveya

Scilla Elworthy jest jedną z wielkich przedstawicielek współczesnej starszyzny i świętego aktywizmu naszych czasów, kobietą o cichym głosie, której głupio byłoby nie słuchać. Trzykrotnie nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla, była „pionierką tego, co możliwe”, działając na rzecz nuklearnego rozbrojenia, angażując się w The Elders i zakładając Peace Direct, organizację wspierającą lokalną pracę na rzecz pokoju na obszarach ogarniętych konfliktami. Scilla blisko współpracowała zarówno ze światowymi przywódcami, takimi jak Desmond Tutu, jak i z niezwykłymi „zwykłymi” ludźmi, uparcie i bohatersko walcząc z przeciwnościami na całym świecie. Już od czterdziestu lat ofiarowuje całą siebie i całą swoją pracę na rzecz przebudzenia się ludzkości: żeby ludzie odzyskali rozum i zaczęli budować świat pokoju, radości, sprawiedliwości i współczucia.

Wszystkie cechy, które charakteryzują Scillę, taką jaką znam i kocham, rozświetlają Ostatni moment, zbiór jej życiowych doświadczeń w znajdowaniu i urzeczywistnianiu pragmatycznych, wizjonerskich rozwiązań pozornie nierozwiązywalnych problemów. Scilla jest pełna elegancji; powściągliwa, ale precyzyjna jak laser; współczująca, lecz pozbawiona sentymentalizmu; niesiona wizją, a jednocześnie mocno stojąca na ziemi; zawsze ciekawa i otwarta na perspektywę innych, choć pewna tego, czego nauczyła się dzięki własnym doświadczeniom i czujnej świadomości. Oto książka o nowym przywództwie, na którą wszyscy czekaliśmy, nie tylko dlatego, że jest mądra i napisana w przystępny sposób, lecz również dlatego, że jest autentyczna tym rodzajem autentyczności, jaki rodzi się tylko w ogniu zaangażowanego działania i ma swoją ukrytą, wysoką cenę.

W książce są cztery główne, przeplatające się ze sobą tematy: 1) wizja nowego przywództwa jako umocowanego w Obecności – połączeniu ucieleśnionej wiary, szczodrości, odwagi i radykalnego człowieczeństwa, które uosabiał Nelson Mandela; 2) wykazywanie potrzeby nieustannego podtrzymywania tego rodzaju obecności dzięki pracy wewnętrznej – duchowej i psychicznej; 3) opis działań obecnego na całym świecie, mającego wiele twarzy ruchu bohaterskich aktywistów, zwyczajnych świętych, którzy w każdym obszarze życia odkrywają nowe, pragmatyczne alternatywy dla naszego przepełnionego pychą szaleństwa; 4) uświadamianie wyzwania, jakim jest pogłębienie szacunku dla Świętego Pierwiastka Kobiecego, umocnienie kobiet na wszystkich płaszczyznach życia społecznego oraz pomoc kobietom i mężczyznom w zintegrowaniu w sobie tego, co głęboko męskie, i tego, co w pełni kobiece. Do każdego z tych tematów Scilla wnosi swoje troskliwe spojrzenie, cztery dekady walki w szeregach świętego aktywizmu i lekkość, która porusza zarówno swoją odmową teatralności, jak i dziwną zdolnością powodowania uniesienia.

Miałem zaszczyt współpracować ze Scillą na wszystkich etapach powstawania Ostatniego momentu. Dowiedziałem się niewiarygodnie dużo o zakorzenieniu, spokoju i rozwiązywaniu problemów, a także o tym, co wszyscy możemy zrobić w czasach, które nastały. Ty także. Kup tę książkę i podziel się jej prostą i głęboką mądrością z tymi, którzy są gotowi obudzić się, zobaczyć, w jak strasznym znaleźliśmy się niebezpieczeństwie. Którzy chcą wiedzieć, jakie działania musimy natychmiast podjąć i ile potrzeba dojrzałej, pełnej akceptacji radości, żeby to zrobić.

Andrew Harvey

Rozdział 1

UJARZMIĆ SMOKA

Kiedy umarł Nelson Mandela, cały świat pogrążył się w żałobie. Na bardziej lub mniej świadomym poziomie każdy wiedział, że utraciliśmy niezwykłego przywódcę. Człowiek ten, w trakcie dwudziestu siedmiu lat spędzonych w więzieniu, przeżył głęboką przemianę: zaczynał od przekonania, że apartheid w Republice Południowej Afryki należy zwalczyć przemocą, by wkroczyć później na znacznie bardziej wymagającą drogę medytacji i negocjacji z reżimem, który więził jego i jego współpracowników. Mandela zainspirował naszą wyobraźnię nie tylko swoimi wielkimi osiągnięciami, ale także tym, co przenikało wszystkie jego działania – potężną siłą obecności i uczciwości. Sama jego postawa emanowała pewnością, pogodą i skromną, niezachwianą godnością.

Nigdy nie zapomnę namacalnego, fizycznego wpływu jego obecności, jakiego doświadczyłam przy okazji rozwijania inicjatywy The Elders (Starsi). Mandela, już wtedy dobrze po osiemdziesiątce, wszedł do pokoju w jednej ze swoich jasnych, kolorowych koszul i choć nie zrobił wokół siebie żadnego szumu, wszyscy obecni natychmiast odczuli jego moc. Usiadł z nieco tajemniczym uśmiechem i zaczął mówić: prosto, bez retorycznych ozdobników, lekko zachrypniętym głosem. Poczułam w ciele drżenie, które utrzymywało się przez całe czterdzieści minut jego wystąpienia – coś, czego nie doświadczyłam nigdy wcześniej ani później. Było to doznanie nie tylko fizyczne, ale także mentalne, emocjonalne i duchowe – całe moje istnienie odpowiedziało wibracją na energię płynącą z jego głębokiej szlachetności i spójności.

W tamtej chwili wykrystalizowało się we mnie zrozumienie, że autentyczne przywództwo – takie, jakiego najbardziej teraz potrzebujemy – zaczyna się od pełnego zapanowania nad tym, kim sami jesteśmy. Błyskotliwość, charyzma, elokwencja, wizja – to wspaniałe dary, które mogą cechować lidera, jednak zyskują one prawdziwą spójność i moc dopiero wtedy, kiedy opierają się na wewnętrznej sile. Wewnętrzna siła to diament wyszlifowany przez lata pracy nad samoświadomością, praktykowania bezinteresowności, obserwacji i kontroli ego. Jest wynikiem rozwijania niezbędnej empatii – nawet w stosunku do tych, którzy stoją po przeciwnej stronie – i pokornego uczenia się umiejętności uważnego słuchania i medytacji.

To, o czym teraz mówię, było znane wielkim tradycjom duchowym, jednak należy to powtórzyć zsekularyzowanemu światu, który znalazł się w kryzysie, powtórzyć, używając języka zrozumiałego dla wszystkich. Bez autentycznych przywódców w każdym obszarze i każdej instytucji naszego świata mamy marne szanse na przetrwanie. Z takimi przywódcami ty i ja możemy zbudować świat, z którego nasze wnuki będą dumne. Temu właśnie ma służyć moja książka.

Dlaczego ta książka i dlaczego właśnie teraz?

Żyjemy w świecie, który dla większości jego mieszkańców jest smutny i przerażający. Trzystu najbogatszych ludzi na świecie ma dziś więcej niż trzy miliardy najbiedniejszych, czyli prawie połowa ludzkości. Niszczymy planetę w takim tempie, że dużo szybciej niż większość z nas sobie to wyobraża na znacznych jej obszarach nie będzie można żyć. Ziemie uprawne i lasy znikają, a oceany są ogołacane z ryb. Niestabilnymi rynkami finansowymi wstrząsają kryzysy, pozbawieni praw walczą z opresyjnymi rządami, system ekonomiczny nagradza tylko najbardziej chciwych i niemoralnych, a ponad milion ludzi – nie mogąc utrzymać się z rolnictwa – przenosi się do miast, gdzie nie ma dla nich pracy. Świat znalazł się w kryzysie.

Jednak ten kryzys to także wielka szansa.

U podstaw mojej książki leży pewność, że inna przyszłość ludzkości jest możliwa, jeżeli ludzie się przebudzą. Oznacza to zwiększenie wiedzy o samych sobie w drodze refleksji, uważności i wewnętrznej pracy. Staniemy się wówczas bardziej otwarci na innych i ich potrzeby, bardziej zdolni przejść od własnych trosk do współczucia dla świata, a także silniejsi i bardziej świadomi tego, co i jak musimy zrobić.

Przez pół wieku pracy w świecie najważniejszą rzeczą, jakiej się nauczyłam, jest to, że praca wewnętrzna stanowi niezbędny warunek skuteczności działania – jakość naszej świadomości bezpośrednio wpływa na jakość rezultatów. Liderzy, którzy potrafią stawić czoła dzisiejszym wyzwaniom i poprowadzić nas ku dobrej przyszłości – znają i rozumieją związek między pracą nad sobą i działaniem na zewnątrz. Jeżeli chcemy się jasno komunikować, rozwiązywać konflikty, wytwarzać dobrą energię, budować zaufanie w rodzinie i w pracy, musimy zacząć od pracy wewnętrznej. To jest potrzeba ewolucyjna, której większość ludzi jeszcze sobie nie uświadamia. Upragnione zmiany na zewnątrz nie przyjdą bez wewnętrznej przemiany.

Jeżeli takiej przemiany dokona jednocześnie znacząca część ludzkości, być może narodzi się zupełnie nowy sposób życia. Moglibyśmy żyć w bezpiecznym świecie, na zregenerowanej ziemi, przez którą znowu płynęłyby strumienie, a wodę można by było pić z dowolnego źródła. Oddychalibyśmy czystym powietrzem. Stworzenia byłyby chronione przed krzywdą i wyginięciem. Dzieci byłyby bezpieczne, a nie przerażone. Ludzie rozmawialiby, a nie walczyli ze sobą. Kobiety byłyby wykształcone i otoczone szacunkiem. Pieniądz miałby swoją wartość, a firmy konkurowałyby o to, która jest bardziej godna zaufania, bo tego wymagaliby klienci. Znaleźlibyśmy także sposób, by w rządach zasiadali ludzie, którzy chcą służyć innym, a nie nadużywać władzy.

To nie utopia. To się dzieje. Przykłady znajdziemy na całym świecie. Zaczyna się ogólnoświatowy twórczy ruch, którego ty także możesz być częścią.

Ta książka pokazuje wizję przyszłości, którą możemy stworzyć, i docieka, jakie kroki należy poczynić. Ma na celu dotarcie do ludzi, pokazanie, że przyszedł moment na zmianę. Zachęca do budowania przyszłości, która jest nie tylko upragniona i ekscytująca, ale także możliwa.

Budowanie nowej przyszłości będzie jednak wymagało przebudzenia się, przemiany świadomości. Tylko dzięki przemianie świadomości zyskamy nową perspektywę, konieczną do rozwiązania problemów, które sami stworzyliśmy. Zgodnie ze słynnymi słowami Einsteina: „problemy naszego życia nie mogą być rozwiązywane na tym samym poziomie myślenia, na jakim byliśmy, kiedy je tworzyliśmy”.

Istnieją wielcy ludzie, którzy pokazali nam drogę, i musimy się przyjrzeć temu, co i jak robili. Oni już spróbowali, przetestowali i wprowadzili w czyn. To pozwoli nam porównać systemy wartości, na podstawie których teraz podejmujemy decyzje, z systemami wartości, które zainspirują nas do podejmowania lepszych decyzji – takich, które uwolnią świat od chaosu, w jakim dziś żyjemy.

W perspektywie nowych wartości i norm możemy zobaczyć, jaka przyszłość jest możliwa, wychylić się i spojrzeć, jakie mogłoby być życie. I część praktyczna: należy stworzyć listę kolejnych kroków, które nas tam zaprowadzą. W ostatnich rozdziałach książki powrócimy do koniecznej przemiany świadomości i zobaczymy, jak wielu ludzi potrafi już jej dokonać. Poznamy różne drogi, którymi podążają, by budować wewnętrzną siłę, zwiększać samoświadomość, brać odpowiedzialność za planetę – i znajdować w tym zaraźliwą radość. Dzięki swoim metodom zdobyli umiejętność bycia dla innych, bycia częścią zmiany prowadzącej do bezpiecznej i satysfakcjonującej przyszłości.

Czy kiedykolwiek ośmieliłaś się wyobrazić sobie, jakie m o g ł o b y   b y ć życie… jeżeli użylibyśmy swoich umiejętności łagodzenia konfliktów, oczyszczania środowiska i stworzenia sprawiedliwej ekonomii? Jakie by było, gdybyśmy mieli mądre rządy i dawali medale ludziom, którzy zakazali korupcji? Gdyby między tym, co męskie, i tym, co kobiece, zapanowała równowaga, gdyby kobiety zostały uwolnione od trwającej wieki opresji i mogły korzystać ze swojej zdolności tworzenia? A gdyby udało się nam żyć w takim tempie, jakiego potrzebuje dusza? Ta książka jest zaproszeniem dla ciebie.

Jak zbudowana jest książka

Najważniejszym tematem książki jest przemiana świadomości. W rozdziale pierwszym wyjaśniam, co skłoniło mnie do jej napisania, i opowiadam o własnej drodze. W rozdziale drugim próbuję opisać, na czym polega przemiana świadomości. W rozdziale trzecim przedstawiam sylwetki żyjących osób, którym udało się takiej przemiany dokonać – wielkich ludzi, którzy poznali siebie samych i pracują na rzecz zmiany w świecie ze znaczącymi efektami. To ludzie, którzy zmagali się z wątpliwościami i wyzwaniami towarzyszącymi pionierom, którzy bili na alarm i podnosili się z upadków. Poznali, kiedy pomocny bywa sceptycyzm i kiedy najbardziej bezsensowny i szkodliwy jest cynizm. Jedni stali się sławni, ale inni są lokalnymi bohaterami, o których świat nigdy nie słyszał. Spróbujemy poznać niektóre z ich sekretów, przyjrzeć się ich doświadczeniom i czerpać z ich mądrości.

W rozdziale czwartym staram się zdefiniować system wartości leżący u podstaw decyzji, jakie podejmujemy, i przyjrzeć się wybranym skutkom tych decyzji. Zbadanie przekonań i norm, które przez stulecia kierowały naszym sposobem działania, pozwoli nam zobaczyć, co przyczyniło się do obecnego stanu naszej planety. Te przekonania są ważne, ponieważ tworzą założenia, na podstawie których podejmuje się decyzje w wielu dużych instytucjach, firmach, a także rządach.

W rozdziale piątym popatrzymy na drugą stronę medalu: zajmiemy się wartościami, które pozwoliłyby nam podejmować lepsze decyzje – decyzje, dzięki którym wydostalibyśmy się z bałaganu, w jakim się znaleźliśmy. W rozdziale szóstym pomyślimy o strategiach, dzięki którym możemy w praktyce odbyć drogę stąd – tam, czyli stworzyć lepszą przyszłość.

W rozdziale siódmym ponownie wrócimy do siebie – zobaczymy, jak można obudzić swój energetyczny potencjał i uzyskać dostęp do samoświadomości, co jest kluczową kwestią w budowaniu dobrej przyszłości. W tym rozdziale znajdziesz jedenaście wskazówek, które pomogą ci wejść na tę ścieżkę.

W rozdziale ósmym odkryjesz proces, który pozwoli ci pozostawić za sobą założenia i uprzedzenia z przeszłości, uwolnić głęboką naturalną kreatywność i stworzyć własną wizję upragnionej przyszłości. I wreszcie w rozdziale dziewiątym przyjrzymy się, w jakim jesteś towarzystwie: jak „przebudzenie” następuje na całym świecie i jak zaczyna się wyłaniać radykalnie odmienne jutro.

Moja droga

Potrzeba zrobienia czegoś dla świata i cierpiących ludzi – i przekonanie, że bez tego nigdy nie poczuję się spełniona – towarzyszyły mi od dzieciństwa. Miałam czterech starszych braci, którzy nauczyli mnie strzelać, kiedy skończyłam jedenaście lat. Poszłam ze strzelbą do lasu niedaleko domu i zobaczyłam siedzącego w gnieździe wysoko na drzewie ptaka. Stanęłam pod gniazdem, wycelowałam w górę i strzeliłam. Czułam się odważna i żądna przygód. Poleciał na mnie deszcz patyczków, potem kawałki skorupki, fragmenty pisklęcych embrionów i błękitne jak niebo pióra ptaka-matki. To była, teraz już martwa, przepiękna sójka błękitna. Byłam tak zdruzgotana tym, co zrobiłam, że odniosłam strzelbę do domu i nie dotknęłam jej nigdy więcej.

Jakieś dwa lata później oglądałam w salonie ziarnisty czarno-biały obraz na ekranie telewizora. Był rok 1956, sowieckie czołgi wjeżdżały do Budapesztu, żeby stłumić powstanie. Dzieci w moim wieku rzucały się na czołgi. Pobiegłam na górę i zaczęłam się pakować. Przyszła moja mama i zapytała, co robię.

– Jadę do Budapesztu – powiedziałam (choć nie miałam pojęcia, gdzie to jest).

– Ale po co?

– Zabijają tam dzieci, muszę jechać.

– Nie bądź niemądra.

Zaczęłam płakać.

Na szczęście mama zrozumiała, jak wielkie miało to dla mnie znaczenie.

– Jesteś jeszcze za mała i jeśli masz się w czymś przydać, musisz nauczyć się wielu rzeczy. Pomogę ci, jeżeli rozpakujesz walizkę.

I rzeczywiście pomogła. Kiedy miałam szesnaście lat, poszłam pracować do ośrodka wczasowego dla osób mieszkających w ośrodkach przesiedleńców po drugiej wojnie światowej. Niektóre z nich przeżyły obozy koncentracyjne. Obierałam ziemniaki i słuchałam opowieści starszego mężczyzny o tym, jak strażnik, stawiając mu nogę na szyi, wgniatał jego twarz w śnieg. Zrozumiałam wtedy skalę ludzkiej brutalności, której wcześniej nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić.

W 1961 roku pojechałam do Dublina studiować nauki społeczne. W czasie wakacji po pierwszym roku pracowałam w obozie dla wietnamskich uchodźców we Francji, gdzie zajmowałam się przerażonymi dziećmi z rodzin, którym udało się uciec przed coraz straszniejszą wojną. Stamtąd pojechałam do Algieru – podnoszącego się po latach tortur, terroru i wojny partyzanckiej – opiekować się dziećmi, które straciły oboje rodziców w wyniku działań wojennych. Na uniwersytecie nie dowiedziałam się, jak na ludzi wpływa wojna ani o desperacji uchodźców, ani co dzieje się z opuszczonymi dziećmi. To, co zobaczyłam, sprawiło, że codziennie czułam się chora i zrozpaczona, wściekła, że nie zrobiono nic, co skutecznie zapobiegłoby niszczeniu życia i przyszłości dzieci.

Po studiach postanowiłam podążyć za swoją fascynacją Afryką, wyzwalającą się właśnie spod kolonialnej władzy. Kiedy miałam dziewięć lat, mama zabrała mnie do Afryki Wschodniej, której historia i wielkość porwały moją duszę – nie mogłam zapomnieć aromatu gigantycznych stosów ananasów w porcie w Mombasie ani widoku ogromnych dzikich lilii porastających wzgórza i spacerujących między nimi goryli. Dlatego po skończeniu studiów wsiadłam na pokład łodzi towarowej, która ruszała z Bordeaux do zachodnich wybrzeży Afryki, żeby w tamtejszych portach wyładować szampana i steki dla francuskich emigrantów. Zacumowaliśmy w Conakry w Gwinei, gdzie widziałam, jak nowy prezydent Ahmed Sékou Touré przemawiał do tysięcznego tłumu ze słupa na głównym placu. Rozejrzałam się naokoło i zrozumiałam, że oto jestem świadkiem historii.

Łódź zakończyła trasę w Pointe-Noire, dawnym Kongo Francuskim, w tamtym czasie prowadzącym wojnę z dawnym Kongo Belgijskim. Przedostanie się z jednego do drugiego było prawie niemożliwe, jednak dowiedziałam się, że ambasador Francji, podobnie jak ja, potrzebował przekroczyć szeroką na kilka kilometrów rzekę Kongo. I że miał łódkę. Z powodu wojny musieliśmy płynąć w tajemnicy, pod osłoną nocy. Kiedy dopłynęliśmy do drugiego brzegu, w świetle brzasku zobaczyliśmy rząd wycelowanych w naszą stronę luf broni maszynowej. Bardzo ostrożnie wysiadłam z łódki i udałam się na lotnisko przez ulice pełne ciężarówek, które wiozły oszalałych żołnierzy strzelających w powietrze. Chciałam złapać samolot do Południowej Afryki, gdzie czekał na mnie chłopak. (Zawsze jest jakiś powód…).

REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI

Był rok 1966, kiedy premier Verwoerd, „architekt apartheidu”, zginął w Parlamencie od ciosów nożem. Stało się to zaledwie trzy lata po tym, jak Nelsona Mandelę skazano na dożywocie na Robben Island. W Afryce Południowej dość szybko zdałam sobie sprawę, że jeżeli znajdę pracę w opiece społecznej (jedyne wykształcenie, jakie miałam), w ciągu kilku tygodni wyląduję w więzieniu.

Dlatego na chwilę zrezygnowałam ze swojej potrzeby bycia użyteczną i poszłam w zupełnie innym kierunku: znalazłam pracę w przemyśle modowym. Zrobiłam to, co w Południowej Afryce robi tak wielu białych: zamknęłam oczy na to, co działo się wokół mnie, by prowadzić luksusowe życie, mieszkać na plaży Clifton i jeździć sportowym samochodem. Wprowadziłam do Afryki Południowej produkty Mary Quant, pozwalałam się fotografować i ignorowałam sytuację polityczną.

Po trzech latach spotkałam Murraya McLeana, który zajmował się sprzedażą sprzętu do czyszczenia ulic. Był najbardziej przedsiębiorczym i najbardziej czarującym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek poznałam. Wzięliśmy ślub. Przestałam pracować, poszłam na uniwersytet, żeby nauczyć się języka zulu, i wtedy zaczęłam coś rozumieć z otaczającej mnie rzeczywistości.

Podjęłam wolontariat w zajmującej się edukacją żywieniową organizacji Kupugani (Samopomoc), którego elementem była praca w tak zwanym kraju. Otworzyło mi to oczy na straszny głód, któremu zaprzeczał apartheidowy rząd. Dzieci z wzdętymi od kwashiorkoru brzuchami patrzyły, jak biali ludzie wylewają nadwyżki mleka do kopalni. Kupugani skupowała nadwyżki mleka, robiła z nich proszek i transportowała do miejsc, w których ratowały życie. Znaleźliśmy opuszczony budynek niedaleko głównej stacji Johannesburga, gdzie podróżujący przesiadali się do Soweto, i tam założyliśmy sklep. Sprzedawaliśmy zupy w proszku, masło orzechowe, nadwyżki pomarańczy i inne tanie, pożywne produkty spożywcze.

Kiedy zostałam szefową Kupugani, zrozumiałam, jak pilnie organizacja potrzebuje regularnego źródła dochodu, co uwolniłoby ją od ciągłego poszukiwania funduszy. W tamtym okresie mój mąż zatrudniał w różnych przedsiębiorstwach około pięciu tysięcy pracowników-migrantów, którzy przed świętami Bożego Narodzenia, zanim wyruszyli na świąteczne wakacje do domów, dostawali premię. Jednak często pieniądze nie docierały do rodzin, dlatego stworzyliśmy program, w którego ramach pracownicy w Johannesburgu dostawali, zamiast pieniędzy, skrzynkę z jedzeniem bogatym w wartości odżywcze. Przywoziliśmy dużo jedzenia, które pakowali biali wolontariusze, i sprzedawaliśmy je z zyskiem – klasyczna sytuacja wygrany–wygrany: jedzenie docierało do rodzin, pracownicy czuli się dobrze, a Kupugani miało regularne źródło dochodu. W pierwszym roku zarobiliśmy około dziewięćdziesięciu tysięcy dolarów (w przeliczeniu na dzisiejsze dolary amerykańskie), a suma ta powiększała się co roku, pozwalając nam sukcesywnie rozwijać działalność.

Napięcie polityczne w Południowej Afryce zaczęło zagrażać naszemu małżeństwu – mój mąż był pracodawcą (choć dość oświeconym), a ja zaczynałam organizować związki zawodowe czarnoskórych. Nie najszczęśliwszy układ. By ratować małżeństwo, opuściliśmy RPA i na pięć lat przenieśliśmy się do Francji.

Mój mąż znalazł w gazecie ogłoszenie o wolontariacie dla osoby, która pomogłaby założyć grupę chroniącą prawa mniejszości we Francji. Chwilę później byłam już głęboko zanurzona w problemach mniejszości. Pracowałam z pięcioma Arabkami i Afrykankami nad pierwszym merytorycznym raportem na temat obrzezania kobiet opublikowanym w 1980 roku, który doprowadził do pierwszej (zakończonej porażką) kampanii WHO mającej na celu ukrócenie tej praktyki.

ORGANIZACJA NARODÓW ZJEDNOCZONYCH

W 1979 roku zaczęłam pracę dla UNESCO i jako konsultantka do spraw kobiet zostałam wyznaczona do pracy nad raportem na odbywającą się w 1980 roku w Kopenhadze drugą światową konferencję ONZ w sprawie kobiet. Jego tytuł był niewiarygodnie długi – „Rola kobiet w badaniach na rzecz pokoju, negocjacjach pokojowych i umacnianiu stosunków międzynarodowych” – a ponieważ prawie nic na ten temat nie wiedziałam, zaczęłam rozmawiać z kobietami, które się na tym znały. Kobiety, które wtedy spotkałam, miały wybitny intelekt i łączyły odwagę wizji z pragmatyzmem. To jakie były i jak działały, ukształtowało resztę mojego życia.

Na początku lat osiemdziesiątych opinia publiczna zaczęła się interesować zbrojeniami nuklearnymi pod rządami Thatcher, Breżniewa i Reagana. Badania prowadzone dla UNESCO otworzyły mi oczy na niebezpieczeństwo przypadkowej wojny nuklearnej. Rząd brytyjski wystosował zawiadomienie, w którym zalecał, by w razie ataku nuklearnego założyć sobie na głowę papierową torbę i schować się pod stół. Nosił on tytuł „Protect and Survive” (Chroń i przetrwaj). Jego tytuł został natychmiast przerobiony przez działających na rzecz rozbrojenia aktywistów na „Protest and Survive” (Protestuj i przetrwaj).

Tak właśnie zrobiłam. W 1982 roku pojechałam do Nowego Jorku lobbować wśród delegatów drugiej specjalnej sesji ONZ w sprawie rozbrojenia. Po tygodniu moich bezskutecznych działań przez miasto przeszła olbrzymia demonstracja i zapełniła Central Park milionem ludzi domagających się rozbrojenia nuklearnego. „New York Times” poświęcił jej pięć stron. Ale następnego ranka okazało się, że żaden z delegatów na zjeździe ONZ nie zmienił swojej pozycji ani o milimetr.

Nie mogłam w to uwierzyć. To była największa demonstracja w historii. Co więcej mogli zrobić ludzie, żeby wpłynąć na władzę? Co jeszcze było potrzebne? Tego wieczora, jadąc autobusem przez Broadway, doznałam jednej z tych iluminacji, które odmieniają życie. Pomyślałam mniej więcej tak: „Decyzje w sprawie broni nuklearnej są podejmowane przez ludzi i to prawdopodobnie nie tych pracujących w ONZ. Jeżeli ludzie na ulicach – ci, którym tak bardzo zależy – uzyskaliby naprawdę rzetelne informacje i okazję, żeby porozmawiać spokojnie, twarzą w twarz, z tymi, którzy podejmują decyzje, być może coś by się zmieniło”.

Ale kim byli ludzie, którzy podejmowali decyzje w sprawie broni nuklearnej?

OXFORD RESEARCH GROUP

Żeby się tego dowiedzieć, wróciłam do Anglii i zorganizowałam przy swoim kuchennym stole zespół badawczy1. Nazwałam go po prostu Oxford Research Group [Oksfordzki Zespół Badawczy], ponieważ mieszkałam w Oksfordzie. Razem z innymi badaczami zaczęliśmy tworzyć mapę procesu decyzyjnego w sprawie broni jądrowej w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Rosji, Francji i Chinach – zadanie, o którym mówiono nam, że jest niemożliwe do wykonania. Zamierzaliśmy ustalić, kto projektował głowice, kto budował łodzie podwodne i samoloty, kto dostarczył danych potrzebnych do wyznaczania celów i rozmieszczenia broni i kto miał władzę, by wydawać rozkazy i podpisywać czeki.

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, kto podejmuje decyzje, musisz najpierw zidentyfikować istotne organizacje (ministerstwa, laboratoria, strategów wojskowych, firmy zajmujące się obronnością, instytucje wywiadu), a potem ich kluczowe grupy. Nie mieliśmy dostępu do tajnych danych, jednak na szczęście pomagały nam osoby pracujące w centrach badawczych i bibliotekach oficjalnych instytutów. Pracę dwóch pierwszych pracujących przy moim kuchennym stole badaczy sfinansowałam z własnych oszczędności. Kiedy skończyły mi się pieniądze, zwróciliśmy się o pomoc do kwakrów. Skorzystaliśmy z ich funduszy, żeby zatrudnić sześciu badaczy znających się na pięciu państwach, które nas interesowały. Pracowaliśmy bez przerwy i dobrze się przy tym bawiliśmy. Cztery lata później opublikowaliśmy pierwszą książkę zatytułowaną po prostu „Jak podejmowane są decyzje dotyczące broni jądrowej?”2.

Jednocześnie próbowaliśmy sprawdzić, czy grupy zaniepokojonych obywateli mogą wejść w owocny dialog z osobami podejmującymi decyzje dotyczące broni jądrowej. Skontaktowaliśmy się z różnymi grupami – organizacjami kobiecymi, kwakrami, organizacjami pokojowymi i kościelnymi – i przekazaliśmy im pakiet materiałów na temat jednej osoby podejmującej takie decyzje w Wielkiej Brytanii i jednej osoby w Chinach, ponieważ uważaliśmy, że należy potraktować problem jako dotyczący świata, a nie tylko Wielkiej Brytanii czy Zachodu.

Nauczyliśmy się, że grupy muszą mieć głęboką wiedzę, zanim zaczną rozmowę, tak żeby ich pierwszy list do osoby podejmującej decyzje miał dużą wagę i zawierał istotne, mocne argumenty. Nauczyliśmy się także, że nasze grupy muszą najpierw poradzić sobie z własnym gniewem i frustracją, ponieważ trudno oczekiwać, że ktoś, kto ma władzę, zechce cię słuchać, jeżeli zaczniesz od oskarżania go i będziesz mówić z pozycji moralnej wyższości.

Popełniliśmy wiele błędów, ale wyciągaliśmy z nich wnioski. Niektóre grupy, po burzliwych wewnętrznych dyskusjach, dopracowały swoje pomysły, zdobyły nowe informacje i nauczyły się prowadzić dialog. Gdy wyspecjalizowały się w jakimś obszarze, wkrótce okazywało się, że wiedzą o nim tyle samo, albo nawet więcej, od osoby odpowiedzialnej za decyzje, z którą się kontaktowały. Miało to ogromne znaczenie. Podważało przekonanie, że kwestie broni jądrowej są zbyt skomplikowane, by mogli je zrozumieć zwykli obywatele, i dlatego należy je zostawić władzy.

Projekt trwał dziesięć lat, dołączyli do niego obywatele Wielkiej Brytanii, Francji, Szwecji i Stanów Zjednoczonych. Nie mam żadnych twardych danych na temat jego skuteczności, ponieważ wszystkie rozmowy, które udało się przeprowadzić, były oczywiście tajne, jednak są pewne dowody na to, że udało się nam zwiększyć wśród osób blisko związanych z polityką obronną wsparcie dla postulatu istotnego zmniejszenia ilości broni jądrowej. Przede wszystkim jednak dał nam silniejszą niż kiedykolwiek pewność, że to, czego domaga się opinia publiczna, może – i powinno – docierać do osób podejmujących decyzje dotyczące obronności. I że odpowiadają one za swoje decyzje dotyczące przyszłości wszystkich ludzi.

Wkrótce znalazłam się w siedzibie NATO w Brukseli, gdzie, razem z Margaritą Papandreou, żoną premiera Grecji, i batalionem parlamentarzystek z Europy Wschodniej i Zachodniej, zadawałyśmy pytania przywódcom NATO, a później na Kremlu zadawałyśmy równie dociekliwe pytania Michaiłowi Gorbaczowowi. Chciałyśmy na przykład wiedzieć, dlaczego nie było wtedy (w latach 1986–1987) gorącej linii między NATO a Układem Warszawskim, chociaż zdarzyły się już błędy, które mogły doprowadzić do przypadkowego wybuchu wojny jądrowej. Dwudziestego szóstego września 1983 roku system wczesnego ostrzegania nuklearnego Związku Radzieckiego dwa razy zawiadomił o wystrzeleniu rakiet American Minuteman ICBM z baz w Stanach Zjednoczonych. Na szczęście dla całej ludzkości Stanisław Jefgrafowicz Pietrow, oficer Armii Radzieckiej, prawidłowo rozpoznał, że były to fałszywe alarmy. Jego czujność zapobiegła odwetowemu atakowi nuklearnemu na Stany Zjednoczone i sojuszników NATO, który pociągnąłby za sobą śmierć milionów ludzi. Przeprowadzona później kontrola potwierdziła, że satelitarny system ostrzegania się pomylił.

Wiedzieliśmy już wtedy wystarczająco dużo o możliwości przypadkowej wojny jądrowej (i o liczbie głowic, które zaginęły), żeby zdawać sobie sprawę z tego, jak paląca jest potrzeba rozmawiania z władzą. W ramach doktoratu, który wtedy pisałam, przeprowadziłam serię pogłębionych wywiadów z przedstawicielami władzy – ministrami, urzędnikami państwowymi, przywódcami wojskowymi, projektantami głowic i broni. Godzinami słuchałam tego, co mówili, i rysowałam mapy wyobrażeniowe ich sposobu myślenia, nad którymi później dyskutowaliśmy. To sprawiało, że mogliśmy lepiej zrozumieć także własne punkty widzenia, a mówienie wprost pomagało budować zaufanie.

Dzięki temu zaufaniu udało się nam zaprosić moich rozmówców na dwa dni do średniowiecznego majątku pod Oksfordem, żeby porozmawiali ze swoimi najlepiej poinformowanymi krytykami o kluczowych kwestiach dotyczących prawa atomowego. Doprowadziliśmy na przykład do spotkania czołowego projektanta broni z Los Alamos National Laboratory w Stanach Zjednoczonych z fizykiem, który zrezygnował z wysokiego stanowiska, jakie piastował w Aldermaston (brytyjskim laboratorium głowic), by stanąć na czele uznanego na arenie międzynarodowej działającego w Sztokholmie instytutu prowadzącego badania na rzecz pokoju. Przedmiotem rozmowy mogła być na przykład polityka No First Use [nie używać jako pierwszy] – zobowiązanie, że kraj użyje broni jądrowej jedynie wówczas, gdy zostanie taką bronią zaatakowany – albo kwestia kontroli materiałów rozszczepialnych. Gdy minęła początkowa podejrzliwość i nieufność (o czym opowiem więcej w rozdziale trzecim), uczestnicy zakasywali rękawy i zabierali się do opracowywania możliwych warunków traktatów.

Dojście do tego miejsca zajęło mniej więcej piętnaście lat. Jednym z podstawowych warunków działania była tajność – nie było wypowiedzi prasowych, komunikatów, wiadomości o spotkaniach nie przedostawały się do mediów. Budowanie zaufania między uczestnikami miało kluczowe znaczenie. Ta sama zasada dotyczy rozmów prowadzonych przez Oxford Research Group dzisiaj.

CHINY

W Chinach zawsze czułam się jak w domu. Pierwszy raz pojechałam tam w 1978 roku, niedługo po rewolucji kulturalnej, gdy udało mi się wślizgnąć z delegacją lekarzy badających znieczulenie akupunkturą. Później, w 1986 roku, poznałam w Genewie pana Shu, sekretarza generalnego założonego chwilę wcześniej Chińskiego Ludowego Stowarzyszenia na rzecz Pokoju i Rozbrojenia (Chinese People’s Association for Peace and Disarmament), chińskiej organizacji pozarządowej, która tak naprawdę była pod kontrolą ministerstwa spraw zagranicznych. Pan Shu był uroczy, zaprosiliśmy go do swojego oksfordzkiego domu i zabraliśmy na wycieczkę rowerową z naszymi dziećmi po parkach i kampusie.

Pan Shu zaprosił nas do Pekinu, żeby omówić możliwości rozmów między chińskimi a amerykańskimi i brytyjskimi politykami odpowiedzialnymi za obronność na najbardziej delikatne tematy dotyczące szybkiego wzrostu ilości broni nuklearnej i materiałów rozszczepialnych. Rozmowy stopniowo dochodziły do skutku i prowadzone były przez prawie dwadzieścia kolejnych lat: w Pekinie, gdzie gospodarzami byli Chińczycy, i w Anglii, gdzie gospodarzem była Oxford Research Group. Politycy z Wielkiej Brytanii, Europy i Stanów Zjednoczonych przyjeżdżający na nasze zaproszenie do Chin byli pod ogromnym wrażeniem tego, z jak ważnymi graczami zajmującymi się w Chinach polityką nuklearną potrafiliśmy ich skontaktować. Ludzkie mosty, które budowaliśmy nad ideologicznymi podziałami, okazały się trwałe i skuteczne.

Budowanie tych mostów wymagało długiego procesu uczenia się, jak zmobilizować w e w n ę t r z n ą siłę, która wytrzyma trudną pracę nad z e w n ę t r z n y m i kwestiami politycznymi. Powoli uczyliśmy się na przykład używać siły milczenia podczas sporów. W trakcie wizyty jednego z przedstawicieli Chin, na publicznej debacie w jednym z college’ów, dyskusja zrobiła się wyjątkowo gorąca. Jako prowadząca zaproponowałam, żebyśmy dali sobie trzy minuty całkowitej ciszy i przetrawili to, co zostało powiedziane; wszyscy się zgodzili i kiedy zaczęliśmy znowu rozmawiać, było już znacznie spokojniej. Uczestnicy rozmowy zaczęli widzieć wartość w słuchaniu siebie nawzajem.

Chociaż odczuwaliśmy duży gniew w związku z niebezpieczeństwami, na jakie broń nuklearna narażała ludzkość, musieliśmy wykształcić samoświadomość, która pozwalała nam nie podchodzić do rozmówców konfrontacyjnie, a jednocześnie pozostawać blisko własnego rozumienia faktów. Boleśnie doświadczyliśmy, że poczucie moralnej wyższości nie jest dobrym poziomem do zaczynania rozmowy. Bycie prawym nie zmienia świata, bo prawość łatwo staje się sceną dla ego. Gdy studiowaliśmy życie Gandhiego, Aung San Suu Kyi i Mandeli, zobaczyliśmy, że istnieje inna droga – droga cierpliwej siły, która z upływem czasu może przynieść głębszą zmianę niż niszczenie i demonizowanie. Dalej zajmę się bliżej tą cierpliwą siłą – głęboką świadomością i uważnością – i tym, jak każdy z nas może ją rozwinąć.

PEACE DIRECT

Na przełomie XX i XXI wieku zrozumieliśmy, jak wiele działa na świecie oddolnych inicjatyw pokojowych, które mają realny wpływ na najostrzejsze konflikty. Kierowali nimi mieszkańcy ogarniętych konfliktami obszarów, którzy najlepiej wiedzieli, co na ich terenach jest potrzebne dla zapobiegania przemocy i leczenia jej skutków. Nie brakowało im też odwagi, żeby coś zrobić. Chcieliśmy dowiedzieć się o nich więcej i sprawić, żeby poznał ich świat. Zwróciłam się do wspaniałego młodego badacza, Dylana Mathewsa, z prośbą, by zorientował się, jaka jest skala tych lokalnych działań na rzecz pokoju. Przez rok Dylanowi udało się zidentyfikować trzysta pięćdziesiąt skutecznie działających inicjatyw, z których pięćdziesiąt opisał w książce War Prevention Works. 50 Stories of People Resolving Conflict („Przeciwdziałanie wojnie działa. 50 opowieści o ludziach, którzy rozwiązują konflikty”). Jego relacje o tym, co zwyczajni ludzie potrafili osiągnąć w sytuacji wojny, były tak przejmujące, że wzbudziły w nas potrzebę wsparcia i nagłośnienia ich pracy. Właśnie po to w kilka osób założyliśmy Peace Direct.

Peace Direct wystartował we wrześniu 2002 roku, kiedy na trzy noce przejęliśmy Royal Opera House w Covent Garden, by świętować Transforming September 11th [Transformowanie 11 września]. Stworzyliśmy ten program, ponieważ słusznie przeczuwaliśmy, że pierwsza rocznica 11 września zostanie zawłaszczona przez obsesję wojny z terroryzmem. Chcieliśmy pokazać na żywo i przed dużą publicznością, jak ludzie w naszych czasach transformują konflikt bez użycia przemocy. Przy akompaniamencie wspaniałej muzyki Chloe Goodchild i śpiewu chóru zaprezentowaliśmy serię rozmów z osobami, które doświadczyły strasznych konfliktów w Kongo, Irlandii Północnej i Pakistanie. Najbardziej przejmujący był dla mnie moment, kiedy przedstawiłam Pata McGee, członka IRA, który zorganizował zamach bombowy podczas konferencji Partii Konserwatywnej w Brighton i odsiedział za to długi wyrok, oraz kobietę, której ojciec zginął w tym zamachu. Widzieli się wtedy trzeci raz w życiu, byliśmy więc świadkami odbywającego się początku pojednania, które doprowadziło do długiej współpracy na rzecz budowy pokoju w Irlandii Północnej.

W 2005 roku Peace Direct dostało nominację do nagrody Best New Charity w konkursie British Charity Awards. Przekazałam już wtedy kierowanie organizacją Carolyn Hayman, która nie tylko natychmiast zrozumiała, co chcieliśmy robić, ale także użyła całego swojego bogatego doświadczenia, żeby działać skutecznie. Dzisiaj na stronie internetowej Peace Direct czytamy:

Wierzymy, że ludność lokalna ma siłę, by znaleźć własne rozwiązania dla konfliktu. Naszą misją jest im w tym pomóc. Ludność lokalna jest kluczowa dla zapobiegania, rozwiązywania i łagodzenia skutków konfliktów. Ma możliwość przerwania spirali przemocy i zapewnienia trwałości pokoju. Coraz bardziej chce także uniezależnić się od pomocy zewnętrznej i budować własną przyszłość3.

Oto lista osiągnięć lokalnych działaczy na rzecz pokoju wspieranych przez Peace Direct w 2013 roku:

28 642 osoby wzięły udział w projektach na rzecz budowy pokoju na Sri Lance,

50 000 wiosek uzyskało dostęp do systemu sprawiedliwości w Demokratycznej Republice Konga,

965 kombatantów zostało zdemobilizowanych w Demokratycznej Republice Konga,

1258 wolontariuszy przeszło szkolenia w przeciwdziałaniu ekstremizmowi religijnemu i politycznemu w Pakistanie,

1257 młodych ludzi zostało przeszkolonych i wzięło udział w różnych wydarzeniach we wschodnim Londynie.

IRAK

Pod koniec 2002 roku było oczywiste, że George W. Bush był zdecydowany na wojnę w Iraku. Zadzwoniłam więc do najlepiej znającej się na polityce osoby, jak znałam – Margarity Papandreou, która jako wdowa po byłym premierze Grecji miała bardzo cenne kontakty w regionie. Zdecydowałyśmy, że jedyne, co możemy zrobić, to pojechać do Iraku i porozmawiać z jak największą liczbą przywódców. Chciałyśmy sprawdzić, czy jest jeszcze wyjście z tej sytuacji.

Po długiej walce o wizy i równie długiej walce o to, by dostać się do Bagdadu, udało się nam wreszcie tam znaleźć 3 stycznia 2003 roku. Do hotelu wchodziło się po mozaice przedstawiającej twarz George’a W. Busha – element irakijskiej ironii, który nie uszedł uwagi licznych mieszkających w hotelu dziennikarzy. Margarita przywiozła ze sobą liderki organizacji kobiecych z Turcji i Syrii, co było mądrą decyzją. Połączyłyśmy siły z kilkoma wysokimi funkcjonariuszami ONZ, do których miałyśmy zaufanie. Udało się nam spotkać z kilkoma ministrami rządu Iraku, między innymi z wicepremierem Tarikiem Azizem, ministrem spraw zagranicznych Nagim Sabrim i ministrem ds. ropy Amerem Mohammedem Rashidem, a także z lekarzami, nauczycielami i naukowcami. Miałyśmy też mnóstwo okazji do spotkań ze zwykłymi Irakijczykami i odwiedziłyśmy miejsca, w których przeprowadzono inspekcje w poszukiwaniu broni masowego rażenia.

Po siedmiu dniach, w trakcie których trakcie pisałam swojego pierwszego bloga4, zdobyłyśmy wystarczająco dużo informacji, by wrócić do domu i napisać dwustronicowe pismo do Tony’ego Blaira, w którym wyjaśniałyśmy, jak można uniknąć wojny. Kilka dni później przyjaciel wręczył Blairowi pismo. Podobno przeczytał je szybko i powiedział: „Jest już za późno”. Dla niego było za późno. Później dowiedziałyśmy się, że niemożliwa do zatrzymania maszyneria amerykańsko-brytyjskiej inwazji ruszyła już w październiku poprzedniego roku i że Blair ofiarował Bushowi swoje bezwarunkowe wsparcie dużo wcześniej.

Byłyśmy rozwścieczone tą dwulicowością, niepoinformowaniem parlamentu o decyzji pójścia na wojnę i sposobem, w jaki zmanipulowana i ostatecznie zlekceważona została olbrzymia antywojenna demonstracja z lutego 2003 roku. Inwazja na Irak miała miejsce 19 marca 2003 roku.

THE ELDERS

Pewnego dnia 2004 roku zadzwonił telefon, a głos w słuchawce powiedział „Richard Branson chciałby z panią rozmawiać”. Okazało się, że Branson, założyciel Virgin Group1, razem z Peterem Gabrielem, muzykiem i filantropem, wpadli na pomysł ustanowienia The Elders, grupy mądrych ludzi z całego świata, którzy mogliby pomóc w podejmowaniu lepszych decyzji w sprawach przyszłości rodzaju ludzkiego. Skoro świat był teraz globalną wioską, potrzebował globalnej starszyzny. Najpierw zwrócili się do Nelsona Mandeli, któremu pomysł się spodobał i który powiedział: „Idźcie i zastanówcie się, co dokładnie chcecie zrobić”. Wtedy zaczął się czas nazwany przez nich „okresem pralki”, kiedy przerzucali się pomysłami i trudno im było ustalić, czym tak naprawdę mają zajmować się The Elders. Dlatego zadzwonili do mnie – chcieli, żebym im pomogła.

Z fantastycznymi ludźmi z Virgin Unite udało się nam w końcu określić, jakie cechy powinni posiadać przedstawiciele The Elders, jakimi sprawami ma się zajmować organizacja i w jaki sposób powinna być finansowana. Nie było łatwo połączyć różne wizje i oczekiwania. Popełniłam przy tym liczne błędy, ale pojawiły się dobre pomysły i znaleźli się partnerzy. Stworzyliśmy listę trzystu potencjalnych Starszych, którą później zawęziliśmy, a ostatecznie Nelson Mandela wybrał z niej dwanaście osób. Ustanowiliśmy The Elders 18 lipca 2007, podczas obchodów osiemdziesiątych dziewiątych urodzin Mandeli. Przewodniczącym został arcybiskup Desmond Tutu, a wśród członków znaleźli się prezydent Jimmy Carter, działaczka na rzecz praw człowieka Mary Robinson i były sekretarz generalny ONZ Kofi Annan.

Przyszłość należy do tych, którzy potrafią ją zobaczyć

Praca nad rozwiązywaniem konfliktów oznacza bycie z ludźmi, których życie spustoszyła wojna, a także z ludźmi, którzy codziennie ryzykują życie, by chronić innych. Dzisiaj pracuję również z dyrektorami kilku dużych firm, które uświadomiły sobie, że system wartości, na jakim opierają swoje działania, musi się zmienić – przede wszystkim dlatego, że planeta nie wytrzyma już długo dzisiejszego poziomu wykorzystywania zasobów.

Gdy pracuję z ludźmi znajdującymi się na dwóch krańcach spektrum komfortu – tymi dobrze odżywionymi w eleganckich salach konferencyjnych i tymi zdesperowanymi – widzę, w jak silnym stresie są jedni i drudzy, jak utracili poczucie sensu życia i nie widzą, co pozytywnego mogłaby przynieść przyszłość. Kiedy pytam, jaka ich zdaniem ta przyszłość będzie, jedni patrzą na mnie bez wyrazu, inni mówią o lęku przed utratą pracy lub niemożnością jej znalezienia, jeszcze inni po prostu wzruszają ramionami.

Jednym z moich mentorów był fizyk jądrowy, profesor sir Joseph Rotblat, który dostał Pokojową Nagrodę Nobla, ponieważ odmówił dalszej pracy nad Projektem Manhattan, a zamiast tego razem z naukowcami ze Związku Radzieckiego zajął się pracą nad zmniejszeniem ryzyka wojny atomowej. Kiedyś Jo powiedział do mnie: „Przyszłość należy do tych, którzy potrafią ją zobaczyć”.

To proste zdanie uświadomiło mi, że – choć to niewiarygodne – nie mamy obrazów pozytywnej przyszłości, żadnych przekonujących wizji świata, w którym chcielibyśmy, żeby żyły nasze dzieci, pragmatycznych pomysłów, jakie m o g ł o b y   b y ć życie. Zamiast tego mamy niekończącą się serię filmów o zagładzie, w których toczone z użyciem skomplikowanych technologii bitwy niszczą ziemię i czynią ją niemożliwą do zamieszkania. Programy reality show w telewizji i kultura kręcąca się wokół celebrytów wprowadzają nas w stan odrętwienia. Przywódcy polityczni podejmują decyzje, kierując się słupkami poparcia i perspektywą zbliżających się wyborów. Są to decyzje o tak krótkich ramach czasowych, że nie służą interesom kolejnego pokolenia, nie wspominając już nawet o interesach planety czy przyrody. Można powiedzieć, że porzuciliśmy nadzieję.

Nadzieja, przekonaliśmy się już o tym, to żadna strategia. Potrzebujemy nie tylko nadziei, ale też wizji osadzonej w pragmatyzmie i skromnej otwartości na nowe pomysły. Ostatnio miałam szczęście spotykać ludzi, którzy praktykowali nowe sposoby życia, działające w teraźniejszości i tworzące lepszą przyszłość: farmerów zamieniających pustynie w oazy upraw organicznego jedzenia; biznesmenów budujących źródła odnawialnej energii na wielką skalę; ekonomistów tworzących nowe waluty i lepsze sposoby funkcjonowania ekonomii; lekarzy łączących wschodnią i zachodnią medycynę w pracy z pacjentami; mediatorów pomagających odbudować podzielone wojną społeczności; młode kobiety ryzykujące życie, żeby dziewczynki mogły chodzić do szkoły; nauczycieli pozwalających dzieciom być twórczymi i odnosić sukcesy; artystów używających swojej pasji, żeby pomagać ludziom się przebudzić; wspaniałych pisarzy rezygnujących z akademickiego życia i podejmujących wyzwanie tworzenia nowej wizji; dziennikarzy, którzy ryzykują swoje kariery, żeby nagłaśniać przypadki korupcji.

Dzięki tym bohaterskim innowatorom możemy rysować obraz przyszłości, która jest możliwa, i inspirować ludzi, żeby pomagali ją budować. O tym jest ta książka. Jej źródłem są opowieści pokazujące, jak dręczące świat problemy – przeludnienie, głód, analfabetyzm, korupcja czy przemoc – są rozwiązywane. Pokazuje także, jak te działania można poszerzyć. Identyfikuje systemy wartości leżące u podstaw sposobu, w jaki podejmujemy dzisiaj decyzje, i zadaje pytanie, czy można go zmienić. I przede wszystkim, zaczyna opisywać przemianę świadomości, konieczną, by zrozumieć tajemnicę, która otwiera drogę przyszłości.

Jak praca wewnętrzna stała się moim paliwem

Już jako trzynastolatka wiedziałam, kim mam być i co mam robić. Nie miałam wyboru. Musiałam pomagać ludziom skrzywdzonym przez skrajną przemoc. Musiałam zrozumieć, co się dzieje, i szukać rozwiązań. Pragnęłam prawdy.

Jak wielu ludzi próbujących zmienić świat, napotkałam olbrzymie przeszkody. Niektóre z nich to wyzwania zewnętrzne – potrzeba znalezienia pieniędzy, ciągłe rozczarowania, cynizm. Często byłam po stronie „przegranych” – grzęzłam w projektach, które musiałam odroczyć, bo wyprzedzały swój czas i nie zyskiwały zrozumienia. Wkładałam energię w książkę, sztukę albo plan, z których nic nie wychodziło – nie było żadnej odpowiedzi, nikt nie był zainteresowany (na końcu rozdziału siódmego znajduje się lista). Ludzie kwitowali moje pomysły, mówiąc: „To niemożliwe!” – i często ich brak wiary rzeczywiście to sprawiał. Ale czasem było inaczej. Czasem się udawało.

Kiedy pracowałam jako wolontariuszka w organizacjach pozarządowych, zauważyłam niepokojący spadek energii. Ludzie naokoło byli emocjonalnie wyczerpani i wykończeni. Często wynika to z presji, pod jaką pracują, mierząc się z najcięższymi problemami przy zupełnie niewystarczających środkach. Jednak widzę także, że spadek energii wynika często z nieporozumień wewnątrz organizacji, sporów, nieprawidłowej komunikacji, braku wiedzy o samych sobie. Jest to jedna z przyczyn, dla których piszę tę książkę. Jest dla mnie jasne, że praca w świecie, nawet ta najbardziej pełna zapału i szczera, jest dużo bardziej skuteczna, kiedy opiera się na wewnętrznej inteligencji, samoświadomości i wynikającej z nich zdolności rozumienia innych. Oznacza to umiejętność głębokiego słuchania i działania z empatią.

Zrozumienie tego zajęło mi całe lata. Zawsze byłam pod wrażeniem kwakrów, których odwaga w zajmowaniu się najcięższymi sprawami – niewolnictwem, przemocą w więzieniach, okrucieństwem wobec kobiet – była dla mnie źródłem inspiracji. Ich zdolność mówienia na głos prawdy jest niezwykła. Wymaga ciągłej pielęgnacji umiejętności milczenia i słuchania siły wyższej. Wymaga uczciwości i integralności najwyższej próby oraz zaangażowania siły wewnętrznej.

Jakieś dwadzieścia lat temu, robiąc porządki w szafie, natrafiłam na duży zwój. Nie widziałam go nigdy wcześniej i do dziś nie wiem, jak się tam znalazł. Przedstawiał dzikiego, czerwonego smoka przedzierającego się przez wzburzone morze. Na jego grzbiecie stała pogodna, ubrana na biało kobieta z wysoko upiętymi włosami, lekko opierając bose stopy na wyprężonym kręgosłupie smoka. Uderzyła mnie siła i moc tego tajemniczego obrazu równowagi.

Potrafiłam rozpoznać, że kobieta w bieli to Kwan Yin – święty kobiecy aspekt czczony przez buddystów Azji Wschodniej i taoistów w Chinach i Tajwanie. W lewej ręce trzymała gałązkę wierzby, symbol uzdrowienia, w prawej butelkę, z której wylewała na szalejące fale strumień współczucia. Kwan Yin to kochająca matka. W innych systemach religijnych matka pojawia się w osobie Marii, Isis, Kali czy Shakri.

Z początku nie wiedziałam, dlaczego zahipnotyzowała mnie moc płynąca z obrazu. Dowiedziałam się, że pełne imię Kwam Yin brzmi „Ta, która słucha płaczów świata” i że ślubowała pozostać na ziemi, dopóki wszystkie inne żywe istoty nie doznają oświecenia. Oprawiłam obraz i patrzyłam na niego, choć nie rozumiałam do końca, co mnie tak zafascynowało. Powoli zaczęłam pojmować, że obraz pogodnej kobiety stojącej na grzbiecie smoka przedstawiał archetypiczną równowagę między spokojną, skupioną, pełną wdzięku siłą Kwan Yin – jej głęboką kobiecą mocą – i męską energią, majestatem i odwagą smoka Yang.

To, co przyciągało mnie w tajemniczy sposób – i teraz uśmiecham się na tę myśl – prowadziło do odkrycia, że równowaga między pierwiastkiem głęboko kobiecym i głęboko męskim jest kluczem do skutecznej zmiany społecznej i prawdziwie twórczej pracy na rzecz świata. Dlaczego? Bo łączy refleksję z działaniem, psychologiczny wgląd z politycznym realizmem, empatię z analizą, wewnętrzną dojrzałość duchową z zewnętrznymi osiągnięciami. Po pół wieku pracy na pierwszej linii konfliktów i zmiany społecznej wiem, że ta równowaga jest ludzkości potrzebna, by pomóc ziemi się zregenerować, i że może – jeżeli zostanie pogłębiona i rozwinięta – być inspiracją dla stworzenia pięknej przyszłości.

Całe życie próbowałam jechać na smoku, czasem utrzymywałam równowagę, ale całkiem często spadałam. Zawsze znajduję się w roli osoby łączącej tych, którzy mówią „musimy więcej marzyć… musimy się uleczyć”, i tych, którzy mówią stanowczo „zobacz, co się dzieje, i zacznij działać!”. Czasami ta rola jest bolesna i męcząca – a także samotna, bo oznacza ciągłe próby tłumaczenia języka refleksji na narzędzia, które szanują aktywiści i których mogą użyć. Oznacza także ponaglanie osób idących ścieżką duchową, by zauważyły, jak bardzo gwałtownie świat potrzebuje ich świadomości i wglądu.

Chcę być w tej książce tak osobista i autentyczna, jak tylko potrafię. Niezależnie od tego, czy mówię o wyzwaniach i ciemności, czy o inspiracjach i świetle – chcę być tak samo szczera. Dzięki narodzinom mojej córki Polly i obserwowaniu, jak rośnie, nauczyłam się więcej o znaczeniu szczerości i otwartości niż kiedykolwiek w życiu. Polly jest żywym przykładem prawdy w działaniu, a przyjście na świat jej bliźniaków sprawiło, że stworzenie świata, w którym wszyscy będą bezpieczni, stało się dla mnie jeszcze bardziej pilną sprawą. Polly i ja wierzymy głęboko, że równoległe rozwijanie wewnętrznej świadomości i zewnętrznego działania – sojusz tych dwojga – jest jedynym skutecznym sposobem wprowadzenia pozytywnej zmiany. Wiem też z doświadczenia, że włączenie się w tworzenie bezpieczniejszej i lepszej przyszłości jest źródłem największej i najtrwalszej radości, jaką można sobie wyobrazić. Radości, która pozwoli ci przejść przez wszystkie trudy budowania nowego świata.

Marka Virgin to konglomerat około 400 brytyjskich firm (przyp. tłum.). [wróć]

Rozdział 2

PRZEMIANA ŚWIADOMOŚCI

Edgar Mitchell był pragmatycznym młodym kapitanem marynarki wojennej, pilotem modułu księżycowego Apollo 14, szóstym człowiekiem, który stanął na Księżycu. W drodze powrotnej, patrząc na Ziemię unoszącą się w bezkresnej przestrzeni, zrozumiał, że historia ludzkości opowiadana przez naukę była niekompletna i prawdopodobnie błędna. „Zobaczyłem, że Newtonowski opis rzeczy w świecie jako oddzielnych i niezależnych nie był całkowicie trafny. Potrzebny jest nowy opis tego, kim jesteśmy i kim możemy się stać”1. O czym mówi Mitchell? Kim mogą się stać ludzie?

Nie jestem filozofką ani ekspertką od świadomości, dlatego spróbuję możliwie najprościej opisać, czym może być przemiana świadomości, bazując na własnym doświadczeniu, studiach i pracy z liderami na całym świecie. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, jak ona wygląda, jak szybko następuje i czy rzeczywiście jest konieczna, by ludzkość przetrwała.

W moim przekonaniu nie chodzi o drobne przesunięcie, dodanie czegoś nowego, ale o wielką przemianę prowadzącą do zupełnie innego sposobu postrzegania siebie i świata, który zamieszkujemy. Wierzę, że przemiana ta nastąpi niedługo i wszystko odmieni.

W tym momencie muszę wyjaśnić, że to, o czym mówię, nie ma nic wspólnego z religią. Przemiana świadomości jest tak samo duchowa, jak i praktyczna, wynika z głębokiego ludzkiego pragnienia sensu w życiu i silnego związku z siłą wyższą, świętym źródłem Wszystkiego Co Jest.

Czym jest nowa świadomość?

Doświadczenie mówi mi, że przemiana świadomości ma wiele aspektów, a jej cztery najważniejsze elementy to: perspektywa, wzajemne połączenie, płomienna inteligencja i równowaga pomiędzy elementem męskim i kobiecym.

PERSPEKTYWA

Edgar Mitchel zobaczył z kosmosu naszą wspaniałą planetę w jej pełni. Widok naszego domu unoszącego się w kosmicznej przestrzeni pozwala nam, ludziom, zobaczyć go w całości – z systemami atmosferycznymi, które go otaczają, utrzymywanymi siłą grawitacji oceanami znajdującymi się na jego powierzchni i jego porażającym pięknem. Możemy zobaczyć siebie, żyjących na naszej planecie. Mamy świadomość, że jesteśmy aktywną częścią czegoś wielkiego – żywymi, połączonymi ze sobą komórkami olbrzymiego organizmu. Nie możemy dłużej utrzymywać, że jesteśmy milionem oddzielnych jednostek wirujących bez celu, ofiarami okoliczności pozostających poza naszą kontrolą. Nie trzeba już być naukowcem, żeby zacząć pojmować ogrom systemu, którego nasz dom jest częścią, i fakt, że wszystko jest ze sobą połączone.

Jako pierwsi mamy okazję spojrzeć na ludzkość sponad chmur. Możemy zobaczyć, gdzie i z kim żyjemy, i jak nasze działania wypływają na nasz dom2. Jesteśmy pierwszym gatunkiem na Ziemi, świadomym, że swoimi decyzjami możemy nie tylko zniszczyć samych siebie, ale też swoje środowisko. To powinno nam wystarczyć, żeby się obudzić, zobaczyć, w jak cudownym świecie żyjemy i jaka spoczywa na nas odpowiedzialność. Sygnał ten wzmacnia jeszcze Internet, dzięki któremu większość mieszkańców Ziemi może w kilka sekund dowiedzieć się, co dzieje się w dowolnym miejscu – i co dzieje się z naszą planetą.

Wielu ludzi doświadcza tego rodzaju perspektywy, gdy wejdzie na szczyt wysokiej góry. Mnie spotkało to w Himalajach, kiedy po serii dziwnych wydarzeń znalazłam się sam na sam z przygnębionym przewodnikiem i dwoma Ladakhijczykami poganiającymi kuce, na dwudziestoczterogodzinnym trekkingu, podczas którego wspinałam się w górę i w dół siedmiu przełęczy na wysokości od czterech i pół do pięciu tysięcy metrów. Był to początek duchowej podróży, która, jak każda ważna duchowa podróż, była chwilami strasznie ciężka. W połowie drogi – w zrujnowanej wiosce Padum – zapytano mnie, czy wolę iść dalej, czy złapać autobus. Usiadłam na pagórku, żeby się nad tym zastanowić. Kiedy otworzyłam oczy, tuż przed moją twarzą unosił się trzepoczący skrzydłami ptak. Nie siedziałam na jego gnieździe. Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam, ptak nadal tam był. Uznałam, że oznacza to „podnieś się i leć”, więc podniosłam się i poszłam dalej. Nie miałam pojęcia o tym, co miało się wydarzyć.

Kolejna przełęcz była najtrudniejszą, z jaką zmierzyliśmy się do tej pory – była też najwyższa. Po dwudziestu kilometrach stromego podejścia ostatni kawałek na szczyt pokonałam, idąc na czworakach. Gdy wreszcie na niego dotarłam, zobaczyłam tylko więcej tego samego – jałowe, spieczone, szpiczaste góry ciągnące się kilometrami. Żadnej kojącej zieleni. Nic, co przypominałoby znane mi fotografie dzikich, żyznych dolin Zanskari.

„Dokąd teraz?”, zapytałam.

„Na dół”, brzmiała odpowiedź. „A potem w górę”.

U moich stóp był prawie pionowy spadek prowadzący do odległego wąwozu, a na zboczu góry, po jego drugiej stronie, zobaczyłam zygzakowatą ścieżkę prowadzącą znacznie wyżej, niż byliśmy teraz.

„Nie chcę tam iść”, powiedziałam.

Tak naprawdę chciałam wrócić do domu. Płakałam, schodząc pionową ścieżką w dół góry, rozstawiłam namiot i łkając, zapadłam w sen.

Następnego dnia rozpoczęliśmy przerażającą wspinaczkę. W połowie drogi napotkaliśmy wierzby, co oznaczało, że jest tam woda. I faktycznie, znaleźliśmy szumiący strumień. Usiadłam, zanurzyłam nogi w lodowatej wodzie i zaśmiałam się. Uprałam ubrania i rozłożyłam je na kamieniach do wyschnięcia. Po raz pierwszy od kilku tygodni umyłam głowę, wspięłam się na skałę i położyłam na słońcu. Wieczorem ugotowałam dla całej naszej czwórki kolację z suszonych grzybów, które miałam ze sobą, i poczułam się dobrze. W dzienniku zapisałam:

Zdałam sobie sprawę, że jestem tutaj, żeby zrozumieć moc tego, co kobiece. Po pierwsze, to umiejętność ugięcia się. To właśnie wierzby rosną na tych poszarpanych wzgórzach. Po drugie, potrzebna jest raczej wytrzymałość, a nie fizyczna siła. Po trzecie, trzeba się poddać, bo zawsze, kiedy wydaje ci się, że jest naprawdę źle, może cię spotkać coś niesamowitego – w samym środku koszmaru. W tej chwili jestem całkowicie i zupełnie szczęśliwa. Pluskanie się w lodowatym strumieniu, w promieniach gorącego słońca jest cudowne, bryza na skórze po tych wszystkich dniach w przepoconych ubraniach. To przepiękne miejsce jest w samym środku góry, której tak strasznie bałam się i nienawidziłam wczoraj.

Kolejny ranek przyniósł prawdziwy cud. Szliśmy w górę wąwozem, po trzech godzinach otworzył się przed nami kamienny spadek o doskonale symetrycznych bokach. Idąc, zaczęłam czuć, że nie mam głowy. Było to dziwne, niemożliwe do opisania uczucie, pełne lekkości3. Z każdego miejsca docierała do mnie energia i wchodziła w moje ciało przez ramiona. Wkrótce zobaczyłam przełęcz – zawsze święte miejsce – ze stupą, na której flagi modlitewne ze słowami pełnymi miłości powiewały na górskim wietrze. Po dotarciu do stupy padłam na kolana z zamkniętymi oczami. Kiedy je otworzyłam, ujrzałam zapierający dech w piersiach widok. U moich stóp, przez setki kilometrów, ciągnęły się pokryte śniegiem Himalaje.

To doświadczenie dało mi inną perspektywę na życie; zobaczyłam wszystko na nowo, nie oczami umysłu, ale obudzonego serca. Chciałam, aby każdy na ziemi mógł doświadczyć tej przestrzeni i spokoju. Zachłysnęłam się nowym rozumieniem nieograniczonego piękna planety, widzianego z najwyższego miejsca, w jakim się kiedykolwiek znalazłam. Pokochałam wszystko, co stamtąd zobaczyłam.

WZAJEMNE POŁĄCZENIE

Jeżeli nie podpadliśmy w odrętwienie i nie odwróciliśmy wzroku od tego, co dzieje się na ziemi, dostrzegamy, że wszystko, co robimy, ma wpływ na naszą ewolucję. Dowiedzieliśmy się na przykład, że gaz produkowany przez lodówki niszczy warstwę ozonową, a jej zmniejszanie się powoduje przedostawanie się do naszych ciał szkodliwych promieni ultrafioletowych.

Ta świadomość może być wstrząsająca i trudna, ale jest rzeczywista. A także ekscytująca. Daje najbardziej niezwykłą okazję, by przejść w stronę tego, co niektórzy nazywają „zbiorową świadomością” – prostą, intuicyjną świadomością jedności świata. Przychodzi z tym, w sposób nieunikniony, wiedza, że to, co myślimy, jak reagujemy i co robimy, ma natychmiastowy, pozytywny lub negatywny, wpływ na innych. Nie tylko na tych, którzy są blisko nas, ale także na tych daleko, których nigdy nie poznaliśmy.

Nie jest to nowy pomysł; był podstawowym odkryciem wszystkich wielkich tradycji mistycznych. W Upaniszadzie Ćhandogja, jednym ze świętych hinduskich tekstów, mędrzec Uddalaka przekazuje podstawową tajemnicę relacji człowieka i Boga, swojemu synowi, Shvetaketu.

Na początku było tylko Istnienie

Jedno bez drugiego

Z samego siebie Istnienie wyprowadziło kosmos

I weszło w każdą jego część

Nie ma nic, co nie pochodzi z Istnienia

Istnienie jest istotą każdego Ja

Istnienie jest prawdą; Istnienie jest najwyższym Ja

Tym jesteś, Shvetaketu; tym jesteś4.

Tysiące lat później zachodni nauczyciele powtarzają tę naukę. „Boimy się utracić to, kim uważamy, że jesteśmy. Żeby naprawdę przyjąć «kocham cię», trzeba być miłością, która kocha, i nie ma w tym miejsca na to, kim wydaje ci się, że jesteś. Kiedy poddajesz się ogromowi miłości, unicestwieniu tego, kim sądzisz, że jesteś, doświadczasz prawdziwej intymności ze sobą jako tym, kto tu teraz jest, jako z całym światem”5.

Fritjof Capra jest fizykiem teoretycznym, który w 1975 roku pokazał uderzającą zgodność między wschodnimi i greckimi tradycjami mistycznymi a odkryciami dwudziestowiecznej fizyki6. Od tamtego czasu niektórzy wielcy mistycy i naukowcy współpracują, aby połączyć umysł świata z jego sercem. Niedawno dołączyli do nich również niektórzy najważniejsi urzędnicy organizacji międzynarodowych. Dr Robert Muller, były zastępca sekretarza generalnego ONZ, powiedział:

Zobacz świat oczami całego świata

Kochaj świat sercem całego świata

Zrozum świat umysłem całego świata

Połącz się ze światem duszą całego świata.7

Odkrycie próżni kwantowej, twierdzi analityczka jungowska, Anne Baring, dało naukową podstawę przekonaniu o istnieniu wspólnej duszy całego świata:

Wydaje się, że jesteśmy zanurzeni w morzu, polu lub sieci energii, która jest nierozerwalną częścią ogromu widzialnego świata i najmniejszych cząsteczek materii. Ta niewidzialna sieć łączy wszystkich nas ze sobą i z każdym aspektem życia w kosmosie. Dowiadujemy się dzisiaj, że świadomość jest rozprowadzona po wszystkich komórkach ciała, że może być obecna w każdym fotonie, w każdej cząsteczce światła wędrującej przez wszechświat. To odkrycie oznacza, że jesteśmy dosłownie zanurzeni w oceanie światła, niewidzialnego, ale przenikającego każdą komórkę naszej istoty8.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki