Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 45 min Lektor: Maria Peszek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 45 min Lektor: Maria Peszek

Opis ebooka Ostatni, który umrze - Tess Gerritsen

To już drugi zamach na życie Teddy’ego Clocka. Dwa lata temu nieznany sprawca zastrzelił na jachcie jego rodziców i dwie siostry. Teraz zostaje zamordowana rodzina zastępcza Teddy’ego, a on sam jest świadkiem zbrodni. Chłopiec trafia pod opiekę detektyw Jane Rizzoli, która prowadzi śledztwo w sprawie koszmarnych morderstw. Po kolejnej próbie zamachu na życie nastolatka Jane

decyduje się umieścić go w Evensong, prywatnej szkole dla dzieci z urazami psychicznymi. Otoczone hektarami lasu i wysokim żelaznym ogrodzeniem, chronione przez systemy alarmowe, Evensong wydaje się miejscem bezpiecznym. Dziwnym zbiegiem okoliczności w szkole przebywa dwójka nastolatków, Claire i Will, których tragiczna przeszłość szokująco przypomina losy Teddy'ego. Czy rzekomo przypadkowe spotkanie trójki młodych ludzi stanowi kolejne ogniwo w precyzyjnym planie okrutnego zabójcy? Niebezpieczeństwo czai się bardzo blisko, może nawet wewnątrz murów szkoły...

Opinie o ebooku Ostatni, który umrze - Tess Gerritsen

Fragment ebooka Ostatni, który umrze - Tess Gerritsen

Wydanie elektroniczne

TESS GER­RIT­SEN

Współ­cze­sna pi­sar­ka ame­ry­kań­ska, z za­wo­du le­karz in­ter­ni­sta. Po stu­diach prak­ty­ko­wa­ła w Ho­no­lu­lu na Ha­wa­jach, wraz z mę­żem, tak­że le­ka­rzem. W 1987 opu­bli­ko­wa­ła pierw­szą po­wieść, ro­mans z wąt­kiem kry­mi­nal­nym, a po­tem ko­lej­no osiem ksią­żek o po­dob­nej te­ma­ty­ce. Ka­rie­ra pi­sar­ska Ger­rit­sen na­bra­ła roz­pę­du w 1996, gdy uka­zał się jej pierw­szy thril­ler me­dycz­ny Daw­ca (pra­wa fil­mo­we za­ku­pił Pa­ra­mo­unt). Dzię­ki od­nie­sio­ne­mu suk­ce­so­wi mo­gła zre­zy­gno­wać z prak­ty­ki le­kar­skiej. Ko­lej­no wy­szły m.in. Gra­wi­ta­cja (1 mln do­la­rów za pra­wa fil­mo­we!), Grzesz­nik, So­bo­wtór, Klub Me­fi­sta, Ogród ko­ści, Mu­mia, Do­li­na umar­łych i Mil­czą­ca dziew­czy­na. Naj­now­sza po­wieść nosi ty­tuł Ostat­ni, któ­ry umrze. Prze­kła­dy ksią­żek Ger­rit­sen pu­bli­ko­wa­ne są w 20 ję­zy­kach i re­gu­lar­nie po­ja­wia­ją się na li­stach be­st­sel­le­rów w USA i Eu­ro­pie. Ste­phen King uznał ją za naj­cie­kaw­szą au­tor­kę thril­le­rów me­dycz­nych – „lep­szą od Co­oka, Pal­me­ra, a na­wet Mi­cha­ela Crich­to­na”.

www.tess­ger­rit­sen.com

Tej au­tor­ki

DAW­CA

CIA­ŁO

IN­FEK­CJA

NO­SI­CIEL

GRA­WI­TA­CJA

OGRÓD KO­ŚCI

Jane Riz­zo­li & Mau­ra Is­les

CHI­RURG

SKAL­PEL

GRZESZ­NIK

SO­BO­WTÓR

AU­TOP­SJA

KLUB ME­FI­STA

MU­MIA

DO­LI­NA UMAR­ŁYCH

MIL­CZĄ­CA DZIEW­CZY­NA

OSTAT­NI, KTÓ­RY UMRZE

RIZ­ZO­LI I IS­LES

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LAST TO DIE

Co­py­ri­ght © Tess Ger­rit­sen 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Je­rzy Że­brow­ski 2013

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Zdję­cia na okład­ce: Yolan­da de Kort (dziew­czy­na), Ri­chard She­pherd (tło)

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ar­can­gel Ima­ges

ISBN 978-83-7885-090-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci mo­jej mat­ki, Ruby Jui Chiung Tom

Na­zy­wa­li­śmy go Ika­rem.

Nie było to oczy­wi­ście jego praw­dzi­we imię. Spę­dziw­szy dzie­ciń­stwo na far­mie, na­uczy­łem się, że nig­dy nie na­le­ży nada­wać imie­nia zwie­rzę­ciu prze­zna­czo­ne­mu na rzeź. Mó­wi­ło się o nim ra­czej Świ­nia Nu­mer Je­den lub Świ­nia Nu­mer Dwa i za­wsze uni­ka­ło się pa­trze­nia mu w oczy, by nie do­strzec w nich prze­bły­sku świa­do­mo­ści, in­te­li­gen­cji czy przy­wią­za­nia. Kie­dy zwie­rzę ci ufa, dużo trud­niej po­de­rżnąć mu gar­dło.

Nie mie­li­śmy ta­kie­go pro­ble­mu z Ika­rem, któ­ry ani nam nie ufał, ani nie do­my­ślał się, kim je­ste­śmy. Ale my spo­ro o nim wie­dzie­li­śmy. Wie­dzie­li­śmy, że miesz­ka za wy­so­kim mu­rem w wil­li na wzgó­rzu na przed­mie­ściach Rzy­mu. Że on i jego żona Lu­cia mają dwóch sy­nów, w wie­ku ośmiu i dzie­się­ciu lat. Że mimo bo­gac­twa gu­stu­je w pro­stym je­dze­niu i nie­mal w każ­dy czwar­tek jada w swo­jej ulu­bio­nej miej­sco­wej re­stau­ra­cji La Non­na.

I że jest po­two­rem. Wła­śnie dla­te­go przy­by­li­śmy tam­te­go lata do Włoch.

Po­lo­wa­nie na po­two­ry nie jest dla lu­dzi o sła­bym cha­rak­te­rze. Ani dla tych, któ­rzy czu­ją się ogra­ni­cze­ni tak try­wial­ny­mi po­ję­cia­mi, jak pra­wo czy gra­ni­ce państw. Po­two­ry nie prze­strze­ga­ją prze­cież za­sad, więc my też nie mo­że­my, je­śli mamy na­dzie­ję je po­ko­nać.

Ale kie­dy re­zy­gnu­jesz z cy­wi­li­zo­wa­nych re­guł po­stę­po­wa­nia, po­no­sisz ry­zy­ko, że sam sta­niesz się po­two­rem. I to wła­śnie zda­rzy­ło się tam­te­go lata w Rzy­mie. Wów­czas so­bie tego nie uświa­da­mia­łem. Po­dob­nie jak ża­den z nas.

Aż było za póź­no.

Rozdział pierwszy

Tej nocy, gdy trzy­na­sto­let­nia Cla­ire Ward po­win­na była umrzeć, sta­ła na pa­ra­pe­cie okna na dru­gim pię­trze w swo­jej sy­pial­ni w mia­stecz­ku Itha­ca, za­sta­na­wia­jąc się, czy sko­czyć. Sześć me­trów ni­żej ro­sły splą­ta­ne krza­ki for­sy­cji, kwia­ty daw­no już prze­kwi­tły. Za­mor­ty­zo­wa­ły­by jej upa­dek, ale za­pew­ne mia­ła­by po­ła­ma­ne ko­ści. Spoj­rza­ła na klon, na so­lid­ny ko­nar, wy­gię­ty w łuk za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od niej. Nig­dy do­tąd nie pró­bo­wa­ła ta­kie­go sko­ku, bo nie mu­sia­ła. Do tego wie­czo­ru uda­wa­ło jej się wy­my­kać nie­po­strze­że­nie fron­to­wy­mi drzwia­mi. Ale noce ła­twych ucie­czek się skoń­czy­ły, bo Nud­ny Bob się na nią uwziął. „Od te­raz, mło­da damo, bę­dziesz sie­dzia­ła w domu! Ko­niec z bie­ga­niem po mie­ście po zmro­ku jak dzi­ka kot­ka”.

Je­śli ska­cząc, skrę­cę kark, po­my­śla­ła, to bę­dzie wina Boba.

Tak, ten ko­nar klo­nu jest zde­cy­do­wa­nie w jej za­się­gu. Musi od­wie­dzić parę miejsc, spo­tkać się z kil­ko­ma oso­ba­mi i nie mo­gła tkwić tu­taj wiecz­nie, oce­nia­jąc swo­je szan­se.

Sku­li­ła się, przy­cza­jo­na do sko­ku, lecz na­gle za­mar­ła, gdy za ro­giem roz­bły­sły świa­tła nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du. Luk­su­so­wy SUV prze­śli­zgnął się jak czar­ny re­kin pod jej oknem i je­chał po­wo­li pu­stą uli­cą, jak­by w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś kon­kret­ne­go domu. Nie na­sze­go, po­my­śla­ła. W re­zy­den­cji jej przy­bra­nych ro­dzi­ców, Nud­ne­go Boba i Rów­nie Nud­nej Bar­ba­ry Buc­kley, nig­dy nie po­ja­wia­ły się in­te­re­su­ją­ce oso­by. Na­wet ich na­zwi­ska były nud­ne, nie wspo­mi­na­jąc o roz­mo­wach przy ko­la­cji. „Jak ci mi­nął dzień, ko­cha­nie?”. „A to­bie?”. „Robi się ład­na po­go­da, praw­da?”. „Mo­żesz mi po­dać ziem­nia­ki?”.

W ich przy­ziem­nym, książ­ko­wym świe­cie Cla­ire była ob­cym przy­by­szem, dzi­ku­sem, któ­re­go nig­dy nie zro­zu­mie­ją, cho­ciaż się sta­ra­li. Na­praw­dę się sta­ra­li. Po­win­na miesz­kać z ar­ty­sta­mi, ak­to­ra­mi albo mu­zy­ka­mi, ludź­mi, któ­rzy pro­wa­dzą noc­ne ży­cie i po­tra­fią się ba­wić. Ludź­mi ta­ki­mi jak ona.

Czar­ny sa­mo­chód znik­nął. Musi zro­bić to te­raz.

Ode­tchnę­ła głę­bo­ko i sko­czy­ła. Prze­ci­na­jąc mrok, czu­ła w dłu­gich wło­sach świsz­czą­cy po­wiew noc­ne­go po­wie­trza. Wy­lą­do­wa­ła mięk­ko­jak­kot, a ko­nar za­drżał pod jej cię­ża­rem. Ła­two po­szło. Opu­ści­ła się na niż­szą ga­łąź i już mia­ła ze­sko­czyć na zie­mię, gdy znów po­ja­wił się czar­ny sa­mo­chód i prze­mknął z war­ko­tem sil­ni­ka. Ob­ser­wo­wa­ła go, aż znik­nął za ro­giem. Po­tem ze­sko­czy­ła na mo­krą tra­wę.

Spoj­rza­ła w kie­run­ku domu, spo­dzie­wa­jąc się, że Bob wy­pad­nie jak bu­rza przez fron­to­we drzwi i za­cznie na nią wrzesz­czeć: „Na­tych­miast wra­caj, mło­da damo!”. Ale ga­nek po­zo­stał ciem­ny.

Te­raz może za­cząć się noc.

Za­su­nę­ła za­mek blu­zy z kap­tu­rem i ru­szy­ła w kie­run­ku pod­miej­skich bło­ni, gdzie coś się dzia­ło – o ile moż­na to tak okre­ślić. Z po­wo­du póź­nej pory uli­ca była pu­sta, a okna w więk­szo­ści ciem­ne. Dziel­ni­cę tę, z wil­la­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi baj­ko­we dom­ki z pier­ni­ka, za­miesz­ki­wa­li pro­fe­so­ro­wie uni­wer­sy­te­tu i ma­mu­sie we­gan­ki na bez­glu­te­no­wej die­cie, na­le­żą­ce do klu­bów czy­tel­ni­czych. „Dzie­sięć mil kwa­dra­to­wych, któ­re ota­cza rze­czy­wi­stość” – jak czu­le ma­wiał o tym mie­ście Bob, ale on i Bar­ba­ra do nie­go na­le­że­li.

Cla­ire nie wie­dzia­ła, gdzie jest jej miej­sce.

Prze­szła przez uli­cę, roz­trą­ca­jąc zdar­ty­mi bu­ta­mi ze­schnię­te li­ście. Prze­czni­cę da­lej sta­ła w świe­tle ulicz­nej la­tar­ni trój­ka na­sto­lat­ków, dwóch chło­pa­ków i dziew­czy­na, pa­ląc pa­pie­ro­sy.

– Hej! – za­wo­ła­ła do nich.

Wyż­szy chło­pak po­ma­chał.

– Cześć, Cla­ire. Po­dob­no znów cię uzie­mi­li.

– Na ja­kieś trzy­dzie­ści se­kund. – Wzię­ła od nie­go za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa, za­cią­gnę­ła się głę­bo­ko i z ra­do­snym wes­tchnie­niem wy­pu­ści­ła dym. – Więc ja­kie mamy pla­ny na wie­czór? Co ro­bi­my?

– Sły­sza­łem, że jest im­pre­za przy wo­do­spa­dzie. Ale mu­si­my ja­koś tam do­je­chać.

– A two­ja sio­stra? Mo­gła­by nas pod­rzu­cić.

– Nie, tata za­brał jej klu­czy­ki od wozu. Po­kręć­my się tu tro­chę, zo­ba­czy­my, kto jesz­cze się po­ja­wi. – Chło­pak za­milkł, nie­ru­cho­mie­jąc obok Cla­ire. – No, no, zo­bacz, kogo tu mamy.

Cla­ire od­wró­ci­ła się i jęk­nę­ła, gdy za­trzy­mał się koło niej przy kra­węż­ni­ku ciem­no­nie­bie­ski saab.

– Cla­ire, wsia­daj do sa­mo­cho­du – po­wie­dzia­ła Bar­ba­ra Buc­kley zza opusz­czo­nej szy­by po stro­nie pa­sa­że­ra.

– Je­stem z przy­ja­ciół­mi.

– Już pra­wie pół­noc, a ju­tro idziesz do szko­ły.

– Prze­cież nie ro­bię nic nie­le­gal­ne­go.

– Na­tych­miast wsiądź do auta, mło­da damo! – ode­zwał się Bob Buc­kley roz­ka­zu­ją­cym to­nem.

– Nie je­ste­ście mo­imi ro­dzi­ca­mi!

– Ale za cie­bie od­po­wia­da­my. Mamy obo­wią­zek wy­cho­wać cię jak na­le­ży i to wła­śnie sta­ra­my się ro­bić. Je­śli nie wró­cisz z nami do domu… będą kon­se­kwen­cje.

Tak się boję, że aż się trzę­sę. Za­czę­ła się śmiać, ale na­gle za­uwa­ży­ła, że Bar­ba­ra ma na so­bie płaszcz ką­pie­lo­wy, a Bo­bo­wi z jed­nej stro­ny ster­czą wło­sy. Tak bar­dzo się spie­szy­li, żeby ru­szyć za nią w po­goń, że na­wet nie zdą­ży­li się ubrać. Obo­je wy­glą­da­li na star­szych i bar­dziej zmę­czo­nych niż za­zwy­czaj. Byli parą za­spa­nych lu­dzi w śred­nim wie­ku, któ­rych wy­rwa­no z łóż­ka i któ­rzy z jej po­wo­du obu­dzą się ju­tro nie­wy­spa­ni.

Bar­ba­ra wes­tchnę­ła cięż­ko.

– Wiem, że nie je­ste­śmy two­imi ro­dzi­ca­mi, Cla­ire. Wiem, że nie lu­bisz z nami miesz­kać, ale sta­ra­my się jak mo­że­my.

Więc pro­szę, wsiądź do sa­mo­cho­du. Tu nie je­steś bez­piecz­na.

Cla­ire po­sła­ła przy­ja­cio­łom zroz­pa­czo­ne spoj­rze­nie, po czym wsko­czy­ła na tyl­ne sie­dze­nie sa­aba i za­trza­snę­ła drzwicz­ki.

– W po­rząd­ku? – spy­ta­ła. – Za­do­wo­le­ni?

Bob spoj­rzał na nią.

– Tu nie cho­dzi o nas. Cho­dzi o cie­bie. Przy­rze­kli­śmy two­im ro­dzi­com, że za­wsze bę­dziesz pod do­brą opie­ką. Gdy­by Isa­bel żyła, bar­dzo by cier­pia­ła, zo­ba­czyw­szy cię te­raz. Po­zba­wio­ną kon­tro­li, wciąż zbun­to­wa­ną. Cla­ire, do­sta­łaś dru­gą szan­sę i to jest dar. Pro­szę, nie od­rzu­caj go. – Wes­tchnął cięż­ko. – Za­pnij pas, do­brze?

Gdy­by był zły, gdy­by na nią krzy­czał, po­ra­dzi­ła­by so­bie z tym. Ale pa­trzył na nią z ta­kim smut­kiem, że czu­ła się win­na. Była kre­tyn­ką, od­pła­ca­jąc bun­tem za ich do­broć. Buc­kley­owie nie są win­ni, że jej ro­dzi­ce zgi­nę­li. Że ma spa­pra­ne ży­cie.

Gdy ru­szy­li, sku­li­ła się na sie­dze­niu, skru­szo­na, ale zbyt dum­na, by się uspra­wie­dli­wiać. Ju­tro będę dla nich mil­sza, po­my­śla­ła. Po­mo­gę Bar­ba­rze na­kryć do sto­łu, może na­wet umy­ję Bo­bo­wi auto. Bo, do dia­bła, już naj­wyż­szy czas je umyć.

– Bob – ode­zwa­ła się Bar­ba­ra – co tam robi ten sa­mo­chód?

Roz­le­gło się wy­cie sil­ni­ka. Zo­ba­czy­li pę­dzą­ce w ich kie­run­ku świa­tła re­flek­to­rów.

– Bob! – krzyk­nę­ła Bar­ba­ra.

Siła ude­rze­nia rzu­ci­ła Cla­ire na pas bez­pie­czeń­stwa. Noc eks­plo­do­wa­ła po­twor­ny­mi od­gło­sa­mi. Tłu­czo­ne­go szkła. Zgnia­ta­nej sta­li.

Ktoś krzy­czał i ję­czał. Otwo­rzy­ła oczy i zo­ba­czy­ła, że świat wy­wró­cił się do góry no­ga­mi, i zda­ła so­bie spra­wę, że to ona ję­czy.

– Bar­ba­ro? – wy­szep­ta­ła.

Usły­sza­ła stłu­mio­ny od­głos wy­strza­łu, po­tem ko­lej­ny. Po­czu­ła za­pach ben­zy­ny. Wi­sia­ła na pa­sie bez­pie­czeń­stwa, któ­ry wbi­jał się tak moc­no w jej że­bra, że z tru­dem od­dy­cha­ła. Wci­snę­ła po omac­ku klam­rę. Pas roz­piął się i spa­dła gło­wą w dół, czu­jąc w kar­ku prze­ni­kli­wy ból. Zdo­ła­ła się ja­koś od­wró­cić, tak że le­ża­ła pła­sko, ma­jąc przed ocza­mi roz­trza­ska­ną szy­bę. Za­pach ben­zy­ny był co­raz in­ten­syw­niej­szy. Za­czę­ła peł­znąć w kie­run­ku okna, my­śląc o pło­mie­niach, pie­kiel­nym ża­rze i cie­le pa­lą­cym się na jej ko­ściach. Wy­do­stań się stąd! Póki jesz­cze jest czas, by ura­to­wać Boba i Bar­ba­rę! Roz­bi­ła pię­ścią ostat­nie odłam­ki szkła, roz­sy­pu­jąc je z brzę­kiem na jezd­ni.

Zo­ba­czy­ła przed sobą czy­jeś sto­py. Pod­nió­sł­szy wzrok, uj­rza­ła męż­czy­znę, któ­ry za­stą­pił jej dro­gę uciecz­ki. Nie wi­dzia­ła jego twa­rzy, tyl­ko syl­wet­kę. I broń.

Usły­sza­ła pisk opon pę­dzą­ce­go w ich kie­run­ku sa­mo­cho­du.

Wpeł­zła do sa­aba, ni­czym żółw kry­ją­cy się w bez­piecz­nej sko­ru­pie. Sku­lo­na jak naj­da­lej od okna, za­sła­nia­ła gło­wę rę­ka­mi, za­sta­na­wia­jąc się, czy tym ra­zem kula spra­wi jej ból. Czy po­czu­je, jak eks­plo­du­je w jej czasz­ce. Skur­czy­ła się tak, że sły­sza­ła tyl­ko swój od­dech i pul­so­wa­nie krwi.

Z tru­dem do­tar­ło do niej, że ktoś ją woła.

– Cla­ire Ward?! – Był to głos ko­bie­ty.

Chy­ba nie żyję. A to jest anioł, któ­ry do mnie prze­ma­wia.

– Jego już nie ma. Mo­żesz bez­piecz­nie wyjść – oznaj­mił anioł. – Ale mu­sisz się po­spie­szyć.

Cla­ire otwo­rzy­ła oczy i spoj­rza­ła przez pal­ce na twarz wi­docz­ną w roz­bi­tym oknie. Gdy szczu­płe ra­mię wy­cią­gnę­ło się w jej stro­nę, dziew­czyn­ka znów się sku­li­ła.

– On wró­ci, więc się po­spiesz – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Cla­ire chwy­ci­ła wy­cią­gnię­tą dłoń i ko­bie­ta wy­do­by­ła ją na ze­wnątrz. Po­tłu­czo­ne szkło grze­cho­ta­ło jak grad, gdy Cla­ire wy­to­czy­ła się na jezd­nię. Usia­dła zbyt szyb­ko i noc za­wi­ro­wa­ła wo­kół niej. Do­strze­gła jak przez mgłę prze­wró­co­ne­go sa­aba i mu­sia­ła opu­ścić gło­wę.

– Mo­żesz wstać?

Cla­ire pod­nio­sła po­wo­li wzrok. Ko­bie­ta była ubra­na na czar­no. Blond wło­sy zwią­za­ła w koń­ski ogon, a ich ko­smy­ki były na tyle ja­sne, że od­bi­ja­ły sła­be świa­tło ulicz­nej la­tar­ni.

– Kim pani jest? – wy­szep­ta­ła Cla­ire.

– Nie ma zna­cze­nia, jak się na­zy­wam.

– Bob… Bar­ba­ra… – Cla­ire spoj­rza­ła na prze­wró­co­ne­go sa­aba. – Mu­si­my wy­do­stać ich z sa­mo­cho­du! Niech mi pani po­mo­że! – Pod­czoł­ga­ła się do drzwi­czek od stro­ny kie­row­cy i otwo­rzy­ła je moc­nym szarp­nię­ciem.

Bob Buc­kley wy­padł na jezd­nię. Miał otwar­te, nie­wi­dzą­ce oczy. Cla­ire wpa­try­wa­ła się w otwór po kuli na jego skro­ni.

– Bob – jęk­nę­ła. – Bob!

– Nie mo­żesz mu po­móc.

– A Bar­ba­ra?… Co z Bar­ba­rą?

– Za póź­no. – Ko­bie­ta chwy­ci­ła ją za ra­mio­na i moc­no po­trzą­snę­ła. – Oni nie żyją, ro­zu­miesz? Obo­je nie żyją.

Cla­ire po­krę­ci­ła gło­wą, wciąż wpa­tru­jąc się w Boba. W ka­łu­żę krwi, roz­le­wa­ją­cą się jak ciem­na au­re­ola wo­kół jego kar­ku.

– To nie może dziać się na­praw­dę – wy­szep­ta­ła. – Nie po raz dru­gi.

– Chodź, Cla­ire. – Ko­bie­ta wzię­ła ją za rękę i po­mo­gła wstać. – Chodź ze mną. Je­śli chcesz żyć.

Rozdział drugi

Tej nocy, gdy czter­na­sto­let­ni Will Yablon­ski po­wi­nien był umrzeć, stał w ciem­no­ściach na polu w New Hamp­shi­re, wy­pa­tru­jąc ko­smi­tów.

Zgro­ma­dził cały nie­zbęd­ny do ich tro­pie­nia sprzęt. Miał dzie­się­cio­ca­lo­wy te­le­skop Do­bso­na, któ­ry zro­bił wła­sno­ręcz­nie trzy lata temu, gdy miał za­le­d­wie je­de­na­ście lat. Za­ję­ło mu to dwa mie­sią­ce. Po­cząt­ko­wo for­mo­wał, wy­gła­dzał i po­le­ro­wał szkło gru­bo­ziar­ni­stym pa­pie­rem ścier­nym, po­tem co­raz de­li­kat­niej­szym. Z po­mo­cą taty za­sto­so­wał mon­taż azy­mu­tal­ny.

Dwu­dzie­sto­pię­cio­mi­li­me­tro­wy oku­lar Plos­sla do­stał w pre­zen­cie od wuja Bria­na, któ­ry po ko­la­cji, gdy tyl­ko nie­bo było przej­rzy­ste, po­ma­gał mu wy­cią­gać cały ten sprzęt na pole. Ale wuj Brian był ty­pem skow­ron­ka, nie sowy, i przed dwu­dzie­stą dru­gą za­wsze stwier­dzał, że jest już póź­no, i szedł spać.

Tak więc Will stał sa­mot­nie na polu za wiej­skim do­mem ciot­ki i wuja, jak ro­bił to pra­wie każ­dej nocy, gdy nie­bo było czy­ste i nie świe­cił księ­życ, i wy­pa­try­wał na nie­bie pu­szy­stych kul z ko­smo­su, zwa­nych in­a­czej ko­me­ta­mi. Gdy od­kry­je kie­dyś nową ko­me­tę, wie, jak ją na­zwie: ko­me­tą Ne­ila Yablon­skie­go, na cześć swo­je­go zmar­łe­go ojca. Astro­no­mo­wie ama­to­rzy wciąż od­kry­wa­ją nowe ko­me­ty, dla­cze­go nie miał­by do­ko­nać tego czter­na­sto­la­tek? Tata po­wie­dział mu kie­dyś, że po­trze­ba tyl­ko po­świę­ce­nia, wpraw­ne­go oka i dużo szczę­ścia. „To jest jak po­szu­ki­wa­nie skar­bów, Will. Wszech­świat przy­po­mi­na pla­żę, a gwiaz­dy są zia­ren­ka­mi pia­sku, któ­re ukry­wa­ją to, cze­go szu­kasz”.

Wil­lo­wi po­szu­ki­wa­nie skar­bów nig­dy się nie znu­dzi­ło. Wciąż czuł ta­kie samo pod­nie­ce­nie, gdy z wu­jem Bria­nem wy­cią­ga­li z domu sprzęt i usta­wia­li go pod ciem­nie­ją­cym nie­bem, za­wsze ocze­ki­wał, że może tej nocy od­kry­je Ko­me­tę Ne­ila Yablon­skie­go. Na­gro­dzi­ło­by to cały jego trud, nie­zli­czo­ne go­dzi­ny noc­ne­go czu­wa­nia, gdy wzmac­niał się go­rą­cą cze­ko­la­dą i ba­to­ni­ka­mi. Zre­kom­pen­so­wa­ło­by na­wet znie­wa­gi, ja­kich do­zna­wał od daw­nych szkol­nych ko­le­gów w Ma­ry­lan­dzie: Gru­bas. Pian­ko­wy Ma­ry­na­rzyk.

Tro­pie­nie ko­met nie sprzy­ja­ło temu, by być opa­lo­nym i szczu­płym.

Tej nocy, jak zwy­kle, za­czął swo­je po­szu­ki­wa­nia tuż po zmierz­chu, bo ko­me­ty były naj­le­piej wi­docz­ne za­raz po za­cho­dzie słoń­ca lub przed wscho­dem. Ale słoń­ce za­szło przed wie­lo­ma go­dzi­na­mi, a on nadal nie do­strzegł żad­nych pu­szy­stych kul. Zo­ba­czył kil­ka prze­la­tu­ją­cych sa­te­li­tów i świe­cą­cych przez chwi­lę me­te­ory­tów, ale ni­cze­go, cze­go nie wi­dział­by wcze­śniej w tym sek­to­rze nie­ba. Ob­ró­cił te­le­skop w kie­run­ku in­ne­go sek­to­ra i w polu wi­dze­nia po­ja­wi­ła się dol­na gwiaz­da Ca­nes Ve­na­ti­ci. Po­lu­ją­ce Psy. Pa­mię­tał noc, gdy oj­ciec wy­mie­nił tę na­zwę. Zim­ną noc, gdy obaj nie spa­li do świ­tu, po­pi­ja­jąc go­rą­cy na­pój z ter­mo­su i coś pod­ja­da­jąc…

Na­gle wy­pro­sto­wał się i od­wró­cił. Co to za ha­łas? Ja­kieś zwie­rzę czy tyl­ko wiatr w ga­łę­ziach drzew? Stał nie­ru­cho­mo, na­słu­chu­jąc, ale noc zro­bi­ła się nie­na­tu­ral­nie ci­cha, tak ci­cha, że wy­raź­nie sły­szał wła­sny od­dech. Wuj Brian za­pew­niał go, że w tych la­sach nic mu nie gro­zi, ale sto­jąc sa­mot­nie w ciem­no­ściach, Will wy­obra­żał so­bie róż­ne stwo­ry z ostry­mi zę­ba­mi. Czar­ne niedź­wie­dzie. Wil­ki. Pumy.

Wró­cił za­nie­po­ko­jo­ny do te­le­sko­pu i zmie­nił pole ob­ser­wa­cji. Na­gle w sa­mym cen­trum ob­ra­zu po­ja­wi­ła się mgli­sta kula. Zna­la­złem ją! Ko­me­ta Ne­ila Yablon­skie­go!

Nie, nie, głup­cze, to nie ko­me­ta. Wes­tchnął roz­cza­ro­wa­ny, zdaw­szy so­bie spra­wę, że pa­trzy na gro­ma­dę ku­li­stą M3. Roz­po­znał­by ją każ­dy sza­nu­ją­cy się astro­nom. Dzię­ki Bogu, że nie obu­dził wuja Bria­na, by mu ją po­ka­zać. To by­ło­by że­nu­ją­ce.

Trzask ga­łąz­ki spra­wił, że znów się od­wró­cił. Coś po­ru­sza­ło się wśród drzew. Coś tam mu­sia­ło być.

Eks­plo­zja wy­rzu­ci­ła go do przo­du. Upadł twa­rzą na wy­ście­lo­ną dar­nią zie­mię i le­żał, oszo­ło­mio­ny ude­rze­niem. Do­strzegł błysk świa­tła, po­tem co­raz więk­szą ja­sność.

Pod­niósł gło­wę i zo­ba­czył, że kępa drzew lśni po­ma­rań­czo­wą łuną. Czuł na kar­ku cie­pło, jak od­dech po­two­ra. Od­wró­cił się.

Dom stał w ogniu, pło­mie­nie strze­la­ły w górę jak szpo­ny.

– Wuj­ku Bria­nie! – krzy­czał Will. – Cio­ciu Lynn!

Po­biegł w stro­nę domu, ale ścia­na ognia za­gro­dzi­ła mu dro­gę, a żar zmu­sił do od­wro­tu, żar tak in­ten­syw­ny, że pa­li­ło go w gar­dle. Cof­nął się na chwiej­nych no­gach, krztu­sząc się i czu­jąc swąd swo­ich przy­pa­lo­nych wło­sów.

Spro­wadź po­moc! Są­sia­dów! Skie­ro­wał się na dro­gę i prze­bie­gł­szy dwa kro­ki, sta­nął.

W jego stro­nę szła ja­kaś ko­bie­ta. Była ubra­na na czar­no i smu­kła jak pan­te­ra. Ja­sne wło­sy zwią­za­ła w koń­ski ogon, a mi­go­cą­ce pło­mie­nie ognia wy­do­by­wa­ły ostre kon­tu­ry jej twa­rzy.

– Niech mi pani po­mo­że! – krzyk­nął. – Moja cio­cia i wu­jek są w środ­ku!

Spoj­rza­ła na dom tra­wio­ny pło­mie­nia­mi.

– Przy­kro mi. Dla nich jest już za póź­no.

– Wca­le nie! Mu­si­my ich ura­to­wać!

Po­krę­ci­ła smut­no gło­wą.

– Nie mogę im po­móc, Will. Ale mogę oca­lić cie­bie. – Wy­cią­gnę­ła do nie­go rękę. – Chodź ze mną. Je­śli chcesz żyć.

Rozdział trzeci

Nie­któ­rym dziew­czy­nom ład­nie w ró­żo­wym. Lu­bią stro­ić się w ko­kar­dy i ko­ron­ki, sze­le­ścić je­dwab­ny­mi ta­fta­mi i wy­glą­dać cza­ru­ją­co i ko­bie­co.

Jane Riz­zo­li do nich nie na­le­ża­ła.

Sta­ła w sy­pial­ni mat­ki, spo­glą­da­jąc na swo­je od­bi­cie w du­żym lu­strze, i my­śla­ła: Za­strzel­cie mnie. Za­strzel­cie mnie od razu.

Su­kien­ka w kształ­cie dzwo­nu, w ko­lo­rze ró­żo­wej gumy do żu­cia, mia­ła kry­zę sze­ro­ką jak koł­nierz klau­na, a na dole rzę­dy gro­te­sko­wych marsz­czeń. W ta­lii prze­wią­za­na była szar­fą z ogrom­ną ró­żo­wą ko­kar­dą. Na­wet Scar­lett O’Hara by­ła­by wstrzą­śnię­ta.

– Och, Ja­nie, spójrz na sie­bie! – wy­krzyk­nę­ła An­ge­la Riz­zo­li, klasz­cząc z za­chwy­tem. – Je­steś taka pięk­na, od­bie­rzesz mi wi­dow­nię. Czyż nie wy­glą­dasz cu­dow­nie?

Jane za­mru­ga­ła, zbyt oszo­ło­mio­na, by co­kol­wiek po­wie­dzieć.

– Oczy­wi­ście mu­sisz mieć wy­so­kie ob­ca­sy, by wszyst­ko pa­so­wa­ło. Sa­ty­no­we szpil­ki, jak są­dzę. Do tego bu­kiet z ró­żo­wych róż i gip­sów­ki. Czy to zbyt sta­ro­mod­ne? My­ślisz, że po­win­nam wy­brać mod­niej­sze ka­lie czy coś ta­kie­go?

– Mamo…

– Będę mu­sia­ła zwę­zić ci ją tro­chę w ta­lii. Ja­kim cu­dem schu­dłaś? Za mało jesz?

– Mó­wisz po­waż­nie? Chcesz, że­bym to wło­ży­ła?

– O co ci cho­dzi?

– Ona jest… ró­żo­wa.

– I wy­glą­dasz w niej pięk­nie.

– Wi­dzia­łaś mnie kie­dy­kol­wiek w czymś ró­żo­wym?

– Szy­ję taką samą su­kien­kę dla Re­gi­ny. Bę­dzie­cie ślicz­nie ra­zem wy­glą­da­ły! Mama i cór­ka w jed­na­ko­wych su­kien­kach!

– Re­gi­nie jest w niej ślicz­nie. Mnie sta­now­czo nie.

An­ge­li za­czę­ła drżeć war­ga. Był to znak rów­nie zło­wróżb­ny, jak pierw­sze drgnię­cie ostrze­gaw­czej tar­czy re­ak­to­ra ją­dro­we­go.

– Pra­co­wa­łam nad tą su­kien­ką przez cały week­end. Wy­ko­na­łam wła­sno­ręcz­nie każ­dy szew, każ­de marsz­cze­nie, a ty nie chcesz jej wło­żyć na­wet na moje we­se­le?

Jane z tru­dem prze­łknę­ła śli­nę.

– Tego nie po­wie­dzia­łam. Nie­zu­peł­nie.

– Wi­dzę to po two­jej twa­rzy. Nie po­do­ba ci się.

– Nie, mamo, to wspa­nia­ła su­kien­ka, ale pie­przo­nej Bar­bie.

An­ge­la opa­dła na łóż­ko, wzdy­cha­jąc jak umie­ra­ją­ca bo­ha­ter­ka sztu­ki.

– Wiesz, może Vin­ce i ja po­win­ni­śmy po­brać się po­ta­jem­nie? Wszy­scy by­li­by szczę­śliw­si, praw­da? Nie mu­sia­ła­bym bo­ry­kać się z Fran­kiem. Nie mu­sia­ła­bym się mar­twić, kogo umie­ścić na li­ście go­ści, a kogo nie. A ty nie mu­sia­ła­byś wkła­dać su­kien­ki, któ­rej nie cier­pisz.

Jane usia­dła na łóż­ku obok niej, a ta­fta wy­dę­ła się na jej ko­la­nach jak wiel­ka kula waty cu­kro­wej. Przy­kle­pa­ła ją ręką.

– Mamo, jesz­cze się na­wet nie roz­wio­dłaś. Masz mnó­stwo cza­su, żeby wszyst­ko za­pla­no­wać. Na tym po­le­ga cała przy­jem­ność we­se­la, nie są­dzisz? Nie mu­sisz z ni­czym się spie­szyć. – Pod­nio­sła wzrok, sły­sząc dźwięk dzwon­ka u drzwi.

– Vin­ce jest nie­cier­pli­wy. Wiesz, co mi po­wie­dział? Że chce na­być pra­wa do swo­jej na­rze­czo­nej. Czyż to nie słod­kie? Jak w tej pio­sen­ce Ma­don­ny: Znów czu­ję się dzie­wi­cą.

Jane ze­rwa­ła się z łóż­ka.

– Otwo­rzę drzwi.

– Po­win­ni­śmy po­brać się w Mia­mi! – krzyk­nę­ła An­ge­la, gdy Jane wy­szła z sy­pial­ni. – By­ło­by o wie­le pro­ściej. I ta­niej, bo nie mu­sia­ła­bym ży­wić ca­łej ro­dzi­ny!

Jane otwo­rzy­ła drzwi. W pro­gu sta­li dwaj męż­czyź­ni, któ­rych w ten nie­dziel­ny po­ra­nek w ogó­le nie mia­ła ocho­ty oglą­dać.

Jej brat Fran­kie ro­ze­śmiał się, wcho­dząc do domu.

– Jak tam two­ja brzyd­ka su­kien­ka?

Jej oj­ciec, Frank se­nior, wszedł za nim, oznaj­mia­jąc:

– Chcę po­mó­wić z two­ją mat­ką.

– Tato, to nie jest od­po­wied­nia pora – po­wie­dzia­ła Jane.

– Jak naj­bar­dziej. Gdzie ona jest? – spy­tał, roz­glą­da­jąc się po sa­lo­nie.

– Nie są­dzę, żeby chcia­ła z tobą roz­ma­wiać.

– To ko­niecz­ne. Mu­si­my po­ło­żyć kres temu sza­leń­stwu.

– Sza­leń­stwu? – po­wtó­rzy­ła An­ge­la, wy­ła­nia­jąc się z sy­pial­ni. – I kto to mówi!

– Fran­kie twier­dzi, że się zde­cy­do­wa­łaś – rzekł oj­ciec Jane. – Na­praw­dę za­mie­rzasz wyjść za tego czło­wie­ka?

– Vin­ce mi się oświad­czył. Zgo­dzi­łam się.

– A co z tym, że nadal je­ste­śmy mał­żeń­stwem?

– To tyl­ko kwe­stia pa­pie­rów.

– Nie za­mie­rzam ni­cze­go pod­pi­sy­wać.

– Co?

– Po­wie­dzia­łem, że nie pod­pi­szę żad­nych pa­pie­rów. A ty nie wyj­dziesz za tego fa­ce­ta.

An­ge­la za­śmia­ła się z nie­do­wie­rza­niem.

– To ty mnie rzu­ci­łeś.

– Nie są­dzi­łem, że od­wró­cisz się ode mnie i ze­chcesz wyjść za mąż!

– A co mam ro­bić? Sie­dzieć i usy­chać z tę­sk­no­ty, gdy zo­sta­wi­łeś mnie dla niej? Je­stem jesz­cze mło­da, Frank! Męż­czyź­ni mnie po­żą­da­ją. Chcą ze mną sy­piać!

Fran­kie jęk­nął.

– Chry­ste, mamo…

– I wiesz co? Nig­dy nie mia­łam lep­sze­go sek­su! – do­da­ła An­ge­la.

Jane usły­sza­ła, że w sy­pial­ni dzwo­ni jej ko­mór­ka. Zi­gno­ro­wa­ła to i zła­pa­ła ojca za ra­mię.

– Chy­ba po­wi­nie­neś wyjść, tato. Chodź, od­pro­wa­dzę cię.

– Cie­szę się, że mnie zo­sta­wi­łeś, Frank – oznaj­mi­ła An­ge­la. – Od­zy­ska­łam swo­je ży­cie i wiem, co zna­czy być do­ce­nia­ną.

– Je­steś moją żoną. Nadal na­le­żysz do mnie.

Ko­mór­ka Jane, któ­ra na chwi­lę za­mil­kła, zno­wu się ode­zwa­ła, i trud­no było dłu­żej ją igno­ro­wać.

– Fran­kie – po­wie­dzia­ła bła­gal­nym to­nem – na Boga, po­móż mi! Za­bierz go stąd.

– Chodź, tato – po­wie­dział Fran­kie, po­kle­pu­jąc ojca po ple­cach. – Na­pi­je­my się piwa.

– Jesz­cze nie skoń­czy­łem.

– Owszem – stwier­dzi­ła An­ge­la.

Jane po­pę­dzi­ła do sy­pial­ni i wy­ję­ła z to­reb­ki ko­mór­kę. Sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwa­gi na do­bie­ga­ją­ce z ko­ry­ta­rza od­gło­sy kłót­ni, rzu­ci­ła: „Riz­zo­li”.

Dzwo­nił de­tek­tyw Dar­ren Cro­we.

– Po­trze­bu­je­my cię. Jak szyb­ko mo­żesz tu do­trzeć? – Żad­nych uprzej­mych wstę­pów, żad­ne­go „pro­szę” ani „czy ze­chcia­ła­byś”, cały cza­ru­ją­cy Cro­we.

Od­par­ła rów­nie opry­skli­wie:

– Nie mam dy­żu­ru.

– Ma­rqu­et­te spro­wa­dza trzy eki­py. Ja kie­ru­ję do­cho­dze­niem. Frost wła­śnie się zja­wił, ale przy­da­ła­by nam się ko­bie­ta.

– Czy do­brze usły­sza­łam? Na­praw­dę po­wie­dzia­łeś, że po­trze­bu­jesz po­mo­cy ko­bie­ty?

– Po­słu­chaj, nasz świa­dek jest zbyt za­szo­ko­wa­ny, by co­kol­wiek nam po­wie­dzieć. Mo­ore pró­bo­wał już roz­ma­wiać z tym dzie­cia­kiem, ale uwa­ża, że ty le­piej so­bie po­ra­dzisz.

„Dzie­ciak”. Sły­sząc to sło­wo, Jane znie­ru­cho­mia­ła.

– Wasz świa­dek to dziec­ko?

– Ma ja­kieś trzy­na­ście, czter­na­ście lat. Tyl­ko on oca­lał.

– Co się sta­ło?

Usły­sza­ła w tle inne gło­sy: stac­ca­to roz­mów funk­cjo­na­riu­szy przy­by­łych na miej­sce zbrod­ni i echa kro­ków lu­dzi cho­dzą­cych po twar­dej pod­ło­dze. Wy­obra­ża­ła so­bie Cro­we’a, pa­ra­du­ją­ce­go w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń z wy­prę­żo­ną pier­sią, wy­pro­sto­wa­ny­mi ra­mio­na­mi i hol­ly­wo­odz­ką fry­zu­rą.

– Mamy tu cho­ler­ną jat­kę – oznaj­mił. – Pięć ofiar, w tym tro­je dzie­ci. Naj­młod­sze mia­ło naj­wy­żej osiem lat.

Nie chcę tego oglą­dać, po­my­śla­ła Jane. Nie dzi­siaj. Nig­dy. Zdo­ła­ła jed­nak od­po­wie­dzieć:

– Gdzie je­steś?

– W re­zy­den­cji przy Lo­uis­burg Squ­are. Peł­no tu pie­przo­nych wo­zów trans­mi­syj­nych, więc pew­nie bę­dziesz mu­sia­ła za­par­ko­wać ze dwie prze­czni­ce da­lej.

Za­mru­ga­ła ze zdzi­wie­nia.

– To się sta­ło na Be­acon Hill?

– Tak. Na­wet bo­ga­cze umie­ra­ją.

– Kim są ofia­ry?

– Ber­nard i Ce­ci­lia Ac­ker­ma­no­wie, pięć­dzie­siąt i czter­dzie­ści osiem lat. I ich trzy ad­op­to­wa­ne cór­ki.

– A chło­pak, któ­ry oca­lał, był ich sy­nem?

– Nie. Na­zy­wa się Ted­dy Clock. Miesz­kał z Ac­ker­ma­na­mi od dwóch lat.

– Miesz­kał z nimi? Był ich krew­nym?

– Nie – od­parł Cro­we. – Ad­op­to­wa­nym dziec­kiem.

Rozdział czwarty

Gdy Jane we­szła na Lo­uis­burg Squ­are, za­uwa­ży­ła zna­jo­me­go czar­ne­go le­xu­sa, za­par­ko­wa­ne­go po­mię­dzy po­jaz­da­mi bo­stoń­skiej po­li­cji, i wie­dzia­ła, że le­karz są­do­wy Mau­ra Is­les jest już na miej­scu. Są­dząc po wo­zach trans­mi­syj­nych, były tam rów­nież eki­py wszyst­kich bo­stoń­skich sta­cji te­le­wi­zyj­nych. I nic dziw­ne­go. Mało któ­ra z luk­su­so­wych dziel­nic mia­sta do­rów­ny­wa­ła temu pla­co­wi, z za­dba­nym par­kiem i mnó­stwem drzew. Neo­kla­sycz­ne re­zy­den­cje z wi­do­kiem na park za­miesz­ki­wa­li za­rów­no po­sia­da­cze sta­rych, jak i no­wych for­tun, kor­po­ra­cyj­ni po­ten­ta­ci, bo­stoń­scy ja­jo­gło­wi i były ame­ry­kań­ski se­na­tor. Ale i w tej oko­li­cy do­cho­dzi­ło do prze­mo­cy. „Na­wet bo­ga­cze umie­ra­ją”, jak po­wie­dział Cro­we, jed­nak kie­dy im się to przy­da­rza, wszy­scy się tym in­te­re­su­ją. Za kor­do­nem po­li­cyj­nej ta­śmy ze­brał się tłum ga­piów. Be­acon Hill było po­pu­lar­nym ce­lem wy­cie­czek i dziś tu­ry­ści z pew­no­ścią mie­li po­czu­cie, że do­brze wy­da­li swo­je pie­nią­dze.

– Hej, zo­bacz­cie! To de­tek­tyw Riz­zo­li.

Jane spo­strze­gła re­por­ter­kę te­le­wi­zji i ka­me­rzy­stę, zmie­rza­ją­cych w jej kie­run­ku, i unio­sła rękę, by za­po­biec ja­kim­kol­wiek py­ta­niom. Oczy­wi­ście zi­gno­ro­wa­li ten gest i po­dą­ży­li za nią przez plac.

– Pani de­tek­tyw, po­dob­no jest ja­kiś świa­dek!

Jane prze­py­cha­ła się przez tłum, mru­cząc:

– Po­li­cja. Pro­szę mnie prze­pu­ścić.

– Czy to praw­da, że sys­tem alar­mo­wy był wy­łą­czo­ny? I że ni­cze­go nie ukra­dzio­no?

Ci prze­klę­ci re­por­te­rzy wie­dzą wię­cej niż ona. Prze­szła pod ta­śmą po­li­cyj­ną i po­da­ła swo­je na­zwi­sko i nu­mer jed­nost­ki dy­żur­ne­mu po­li­cjan­to­wi. Była to tyl­ko for­mal­ność. Wie­dział do­kład­nie, kim ona jest, i od­zna­czył już jej na­zwi­sko na li­ście.

– Szko­da, że pani nie wi­dzia­ła, jak ta dziew­czy­na ści­ga­ła de­tek­ty­wa Fro­sta – po­wie­dział ze śmie­chem. – Wy­glą­dał jak prze­ra­żo­ny kró­lik.

– Frost jest w środ­ku?

– I po­rucz­nik Ma­rqu­et­te tak­że. Ko­mi­sarz już je­dzie i spo­dzie­wam się, że Jego Wy­so­kość też się po­ja­wi.

Spoj­rza­ła na im­po­nu­ją­cą czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ną re­zy­den­cję z czer­wo­nej ce­gły i mruk­nę­ła: „O rany!”.

– Po­dej­rze­wam, że jest war­ta ja­kieś pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia mi­lio­nów – oce­nił po­li­cjant.

Ale to było, za­nim wpro­wa­dzi­ły się do niej du­chy, po­my­śla­ła, wpa­tru­jąc się w ele­ganc­kie wy­ku­szo­we okna i mi­ster­nie rzeź­bio­ne trój­kąt­ne zwień­cze­nie nad ma­syw­ny­mi fron­to­wy­mi drzwia­mi. Za nimi cze­kał kosz­mar, któ­ry przy­pra­wiał o mdło­ści. Tro­je mar­twych dzie­ci. Oto prze­kleń­stwo ro­dzi­ciel­stwa. Każ­de mar­twe dziec­ko ma na­szą twarz. Wkła­da­jąc rę­ka­wicz­ki i pa­pie­ro­we ochra­nia­cze na buty, sta­ra­ła się wznieść emo­cjo­nal­ną ba­rie­rę. Jak ro­bot­nik na bu­do­wie, któ­ry za­kła­da kask, wło­ży­ła swo­ją zbro­ję i we­szła do środ­ka.

Spoj­rza­ła na scho­dy pną­ce się na wy­so­kość czte­rech kon­dy­gna­cji, aż do szkla­nej ko­pu­ły da­chu, przez któ­rą wpa­da­ło zło­tym stru­mie­niem sło­necz­ne świa­tło. Z gór­nych pię­ter do­bie­ga­ły gło­sy, w więk­szo­ści mę­skie. Choć wy­krę­ca­ła szy­ję, nie do­strze­gła z holu ni­ko­go, sły­sza­ła tyl­ko te gło­sy, jak po­mru­ki du­chów w domu, któ­ry w cią­gu stu­le­cia mu­sia­ło za­miesz­ki­wać wie­lu lu­dzi.

– Rzut oka na to, jak żyją inni – po­wie­dział mę­ski głos.

Od­wró­ciw­szy się, zo­ba­czy­ła w pro­gu de­tek­ty­wa Cro­we’a.

– I jak umie­ra­ją – do­da­ła.

– Umie­ści­li­śmy chłop­ca u są­sia­dów. Są­siad­ka była na tyle miła, że po­zwo­li­ła mu u sie­bie zo­stać. Chło­pak ją zna, więc po­my­śle­li­śmy, że bę­dzie mniej ze­stre­so­wa­ny, je­śli tam go prze­słu­cha­my.

– Naj­pierw mu­szę się do­wie­dzieć, co zda­rzy­ło się w tym domu.

– Pró­bu­je­my to usta­lić.

– Dla­cze­go zja­wi­ły się tu wszyst­kie gru­be ryby? Po­dob­no ko­mi­sarz jest w dro­dze.

– Spójrz tyl­ko na to miej­sce. Pie­nią­dze mają swo­ją wy­mo­wę, na­wet gdy je­steś mar­twy.

– Skąd mia­ła je ta ro­dzi­na?

– Ber­nard Ac­ker­man był eme­ry­to­wa­nym ban­kie­rem in­we­sty­cyj­nym. Ten dom na­le­żał do jego ro­dzi­ny od dwóch po­ko­leń. Byli wiel­ki­mi fi­lan­tro­pa­mi. Wspie­ra­li chy­ba wszyst­kie or­ga­ni­za­cje cha­ry­ta­tyw­ne.

– Dla­cze­go zgi­nę­li?

– Może się ro­zej­rzysz? – Za­pro­sił ją ge­stem ręki do po­ko­ju, z któ­re­go wła­śnie wy­szedł. – I po­wiesz mi, co o tym są­dzisz.

Tak na­praw­dę Dar­ren Cro­we wca­le nie li­czył się z jej opi­nią. Kie­dy za­czę­ła pra­co­wać w wy­dzia­le za­bójstw, do­cho­dzi­ło mię­dzy nimi do ostrych spięć i od­no­sił się do niej z wy­raź­nym lek­ce­wa­że­niem. Nadal wy­czu­wa­ła je w jego śmie­chu, w to­nie gło­su. Je­śli za­słu­gi­wa­ła w jego oczach na sza­cu­nek, za­wsze było to tyl­ko chwi­lo­we, a te­raz znów mia­ła oka­zję, by go stra­cić.

Po­szła za nim przez sa­lon, wy­so­ki na sześć me­trów, któ­re­go su­fit zdo­bi­ły na­ma­lo­wa­ne che­ru­bi­ny, wi­no­rośl i ro­ze­ty ze zło­ty­mi li­ść­mi. Nie mia­ła szan­sy dłu­żej po­dzi­wiać su­fi­tu ani olej­nych ob­ra­zów, gdyż Cro­we po­dą­żył wprost do bi­blio­te­ki, gdzie Jane zo­ba­czy­ła po­rucz­ni­ka Ma­rqu­et­te’a i dok­tor Mau­rę Is­les. W ten cie­pły czerw­co­wy dzień Mau­ra mia­ła na so­bie brzo­skwi­nio­wą bluz­kę, co było nie­zwy­kłe, bo pre­fe­ro­wa­ła czer­nie i sza­ro­ści. Z geo­me­trycz­ną fry­zu­rą i sub­tel­ny­mi ry­sa­mi twa­rzy Mau­ra wy­glą­da­ła na ko­bie­tę, któ­ra mo­gła­by miesz­kać w ta­kim domu, w oto­cze­niu ob­ra­zów i per­skich dy­wa­nów.

Sta­li wśród ksią­żek, wy­peł­nia­ją­cych od pod­ło­gi do su­fi­tu ma­ho­nio­we pół­ki. Kil­ka to­mów spa­dło na pod­ło­gę, gdzie le­żał twa­rzą w dół siwy męż­czy­zna, z ręką wy­cią­gnię­tą w kie­run­ku re­ga­łu, jak­by na­wet po śmier­ci się­gał po książ­kę. Był w pi­ża­mie i kap­ciach. Kula prze­szy­ła jego rękę i czo­ło. Grzbie­ty opra­wio­nych w skó­rę ksią­żek na pół­ce nad zwło­ka­mi opry­ska­ne były krwią. Uniósł rękę, aby osło­nić się przed kulą, po­my­śla­ła Jane. Wi­dział, co mu gro­zi. Wie­dział, że zgi­nie.

– Przy­bli­żo­ny czas zgo­nu zgod­ny z tym, co mówi świa­dek – po­wie­dzia­ła Mau­ra do Ma­rqu­et­te’a.

– A więc po pół­no­cy.

– Tak.

Jane przy­kuc­nę­ła nad cia­łem i przyj­rza­ła się ra­nie wlo­to­wej.

– Dzie­więć mi­li­me­trów?

– Albo ma­gnum trzy pięć sie­dem – od­par­ła Mau­ra.

– Nie wie­cie? Nie mamy łu­sek?

– Ani jed­nej w ca­łym domu.

Za­sko­czo­na Jane pod­nio­sła wzrok.

– Rany, pe­dan­tycz­ny za­bój­ca. Sprzą­ta po so­bie.

– Pe­dan­tycz­ny pod wie­lo­ma wzglę­da­mi – stwier­dzi­ła Mau­ra, wpa­tru­jąc się z na­my­słem w mar­twe­go Ber­nar­da Ac­ker­ma­na. – To była szyb­ka i sku­tecz­na ro­bo­ta. Mi­ni­mum ba­ła­ga­nu. Po­dob­nie na gó­rze.

Na gó­rze, po­my­śla­ła Jane. Dzie­ci.

– Czy po­zo­sta­li człon­ko­wie ro­dzi­ny zgi­nę­li mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie co pan Ac­ker­man? Czy póź­niej? – spy­ta­ła Jane rze­czo­wym to­nem, choć była wstrzą­śnię­ta.

– Moje sza­cun­ki są tyl­ko przy­bli­żo­ne. Żeby okre­ślić to pre­cy­zyj­niej, bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li do­kład­niej­szej in­for­ma­cji od świad­ka.

– Któ­rą zdo­bę­dzie dla nas de­tek­tyw Riz­zo­li – oznaj­mił Cro­we.

– Skąd wiesz, że po­ra­dzę so­bie z tym chłop­cem? – spy­ta­ła Jane. – Nie zdzia­łam cu­dów.

– Li­czy­my na cie­bie, bo nie mamy na czym się oprzeć. Tyl­ko kil­ka od­ci­sków pal­ców na klam­ce ku­chen­nych drzwi. Żad­nych śla­dów wła­ma­nia. A sys­tem alar­mo­wy zo­stał wy­łą­czo­ny.

– Wy­łą­czo­ny? – Jane spoj­rza­ła na zwło­ki. – Wy­glą­da na to, że pan Ac­ker­man wpu­ścił za­bój­cę.

– Albo po pro­stu za­po­mniał włą­czyć alarm. Po­tem usły­szał ja­kiś ha­łas i zszedł na dół, by spraw­dzić, co się dzie­je.

– Ra­bu­nek? Czy coś skra­dzio­no?

– Szka­tuł­ka z bi­żu­te­rią pani Ac­ker­man wy­da­je się nie­na­ru­szo­na – od­parł Cro­we. – Jego port­fel i jej port­mo­net­ka leżą na to­a­let­ce w sy­pial­ni.

– Czy za­bój­ca w ogó­le wszedł do sy­pial­ni?

– O, tak. Wszedł. Do wszyst­kich sy­pial­ni. – Usły­sza­ła w gło­sie Cro­we’a zło­wiesz­czy ton. Wie­dzia­ła, że na gó­rze za­sta­nie coś o wie­le gor­sze­go niż te za­chla­pa­ne krwią książ­ki.

– Mogę za­pro­wa­dzić cię na pię­tro, Jane – rze­kła ci­cho Mau­ra.

Jane po­dą­ży­ła za nią do holu. Obie mil­cza­ły, jak­by ta­kie do­świad­cze­nie naj­le­piej było prze­ży­wać w ci­szy. Wcho­dząc po sze­ro­kich scho­dach, Jane wszę­dzie wi­dzia­ła skar­by. An­tycz­ny ze­gar. Ob­raz ko­bie­ty w czer­wie­ni. Re­je­stro­wa­ła au­to­ma­tycz­nie te szcze­gó­ły, zbie­ra­jąc rów­no­cze­śnie siły na to, co cze­ka ją na gór­nych pię­trach. W sy­pial­niach.

Mau­ra skrę­ci­ła w pra­wo i po­szła do po­ko­ju na koń­cu ko­ry­ta­rza. Jane zo­ba­czy­ła przez otwar­te drzwi swo­je­go part­ne­ra, de­tek­ty­wa Bar­ry’ego Fro­sta. Miał na rę­kach fio­le­to­we la­tek­so­we rę­ka­wicz­ki. Stał z łok­cia­mi przy­ci­śnię­ty­mi do bo­ków, w po­zy­cji, jaką przyj­mu­je in­stynk­tow­nie na miej­scu zbrod­ni każ­dy po­li­cjant, by ni­cze­go nie za­nie­czy­ścić. Zo­ba­czyw­szy Jane, po­krę­cił smęt­nie gło­wą, jak­by chciał po­wie­dzieć: „Ja też nie mam ocho­ty być tu­taj w tak pięk­ny dzień”.

Jane we­szła do po­ko­ju i na chwi­lę ośle­pi­ło ją słoń­ce wpa­da­ją­ce przez okna się­ga­ją­ce od pod­ło­gi do su­fi­tu. Za­sło­ny nie były po­trzeb­ne, by za­pew­nić pry­wat­ność, gdyż okna wy­cho­dzi­ły na oto­czo­ny mu­rem dzie­dzi­niec z ja­poń­skim klo­nem o pięk­nych bor­do­wych li­ściach i ró­ża­mi w peł­nym roz­kwi­cie. Ale uwa­gę Jane przy­ku­ło cia­ło ko­bie­ty. Ce­ci­lia Ac­ker­man, ubra­na w be­żo­wą ko­szu­lę noc­ną, le­ża­ła na ple­cach w łóż­ku przy­kry­ta do ra­mion koł­drą. Z wy­myśl­ny­mi ja­sny­mi pa­sem­ka­mi we wło­sach wy­glą­da­ła na mniej niż czter­dzie­ści osiem lat. Mia­ła za­mknię­te oczy i dziw­nie po­god­ną twarz. Kula we­szła tuż nad lewą brwią, a krąg pro­chu na skó­rze świad­czył o tym, że była to rana kon­tak­to­wa: na­ci­śnię­to spust, przy­ło­żyw­szy jej lufę do czo­ła. Spa­łaś, kie­dy za­bój­ca strze­lił, po­my­śla­ła Jane. Nie krzy­cza­łaś ani nie sta­wia­łaś opo­ru, nie sta­no­wi­łaś dla nie­go za­gro­że­nia. A jed­nak na­past­nik wszedł do tego po­ko­ju i strze­lił ci w gło­wę.

– Bę­dzie jesz­cze go­rzej – uprze­dził Frost.

Spoj­rza­ła na swo­je­go part­ne­ra, któ­ry w po­ran­nym świe­tle wy­da­wał się wy­koń­czo­ny. Ale w jego oczach do­strze­gła coś wię­cej niż zmę­cze­nie: był wstrzą­śnię­ty tym, co zo­ba­czył.

– Sy­pial­nie dzie­ci są na dru­gim pię­trze – po­wie­dzia­ła Mau­ra to­nem tak bez­na­mięt­nym, jak­by zaj­mo­wa­ła się sprze­da­żą nie­ru­cho­mo­ści i opi­sy­wa­ła ten wiel­ki dom klient­ce. Jane usły­sza­ła na gó­rze skrzy­pie­nie, od­gło­sy kro­ków in­nych człon­ków eki­py, po­ru­sza­ją­cych się po po­ko­jach nad nimi, i przy­po­mnia­ła so­bie na­gle, jak któ­re­goś roku po­ma­ga­ła za­pro­jek­to­wać na Hal­lo­we­en szkol­ny ga­bi­net gro­zy. Spry­ska­li wszyst­ko czer­wo­ną far­bą i zro­bi­li gro­te­sko­wo ma­ka­brycz­ną in­sce­ni­za­cję, któ­ra wy­glą­da­ła o wie­le strasz­niej niż ta sy­pial­nia z le­żą­cą spo­koj­nie ofia­rą. Praw­dzi­we ży­cie nie wy­ma­ga krwa­wej jat­ki, by bu­dzić prze­ra­że­nie.

Mau­ra wy­szła z po­ko­ju, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że zo­ba­czy­ły już wszyst­ko co istot­ne i na­le­ży iść da­lej. Jane po­dą­ży­ła za nią na scho­dy. Przez świe­tlik wpa­da­ło zło­ta­we świa­tło, jak­by szły do nie­ba, ale te scho­dy pro­wa­dzi­ły zu­peł­nie gdzie in­dziej. Do miej­sca, któ­re­go Jane nie chcia­ła od­wie­dzać. Ja­sna bluz­ka Mau­ry, tak dla niej nie­ty­po­wa, wy­da­wa­ła się ra­żą­co nie­sto­sow­na, jak ja­skra­wy róż na po­grze­bie. Był to drob­ny szcze­gół, ale Jane czu­ła dys­kom­fort, a na­wet złość, że Mau­ra mu­sia­ła ubrać się tak ko­lo­ro­wo aku­rat tego ran­ka, gdy za­mor­do­wa­no tro­je dzie­ci.

Kie­dy do­tar­ły na dru­gie pię­tro, Mau­ra omi­nę­ła zwin­nie ja­kąś prze­szko­dę na po­de­ście, uno­sząc nad nią osło­nię­ty pa­pie­rem but. Do­pie­ro po­ko­naw­szy naj­wyż­szy sto­pień, Jane do­strze­gła przy­kry­te fo­lią prze­ra­ża­ją­co małe zwło­ki. Mau­ra przy­kuc­nę­ła i unio­sła róg fo­lii.

Dziew­czyn­ka le­ża­ła na boku, sku­lo­na w po­zy­cji em­brio­nal­nej, jak­by szu­ka­ła schro­nie­nia w bez­piecz­nym ło­nie. Mia­ła skó­rę ko­lo­ru kawy i czar­ne wło­sy za­ple­cio­ne w cien­kie war­ko­czy­ki, ozdo­bio­ne ja­sny­mi ko­ra­li­ka­mi. W od­róż­nie­niu od bia­ło­skó­rych ofiar na dole, wy­glą­da­ła na Afro­ame­ry­kan­kę.

– Ofia­ra nu­mer trzy to Kim­mie Ac­ker­man, osiem lat – wy­ja­śni­ła Mau­ra bez­barw­nym, bez­na­mięt­nym gło­sem, któ­ry co­raz bar­dziej draż­nił Jane, gdy pa­trzy­ła na dziew­czyn­kę na po­de­ście. Była jesz­cze dziec­kiem. Mia­ła ró­żo­wą pi­żam­kę w tań­czą­ce ko­ni­ki. Na pod­ło­dze obok cia­ła wid­niał od­cisk szczu­płej bo­sej sto­py. Ktoś wdep­nął w ka­łu­żę jej krwi i zo­sta­wił ślad, ucie­ka­jąc z domu. Był zbyt mały, by na­le­żał do męż­czy­zny. Ted­dy.

– Kula prze­bi­ła kość po­ty­licz­ną, ale nie na wy­lot. Kąt wska­zu­je, że na­past­nik był wyż­szy i strze­lał z tyłu.

– Ona się po­ru­sza­ła – po­wie­dzia­ła ci­cho Jane. – Pró­bo­wa­ła uciec.

– Są­dząc z jej po­zy­cji, gdy ją za­bi­to, bie­gła w kie­run­ku jed­nej z sy­pial­ni na dru­gim pię­trze.

– Strza­łem w tył gło­wy.

– Tak.

– Kto, kur­wa, robi coś ta­kie­go? Za­bi­ja dziec­ko?

Mau­ra za­cią­gnę­ła fo­lię i wsta­ła.

– Może wi­dzia­ła coś na dole. Na przy­kład twarz za­bój­cy. To był­by mo­tyw.

– Do cho­le­ry z two­ją lo­gi­ką! Kto­kol­wiek to zro­bił, wszedł do tego domu go­to­wy za­bić dziec­ko. Wy­mor­do­wać całą ro­dzi­nę.

– Nie znam mo­ty­wu.

– Tyl­ko przy­czy­nę śmier­ci.

– Za­bój­stwo.

– Tak są­dzisz?

Mau­ra ścią­gnę­ła brwi.

– Dla­cze­go je­steś na mnie zła?

– A dla­cze­go spra­wiasz wra­że­nie, że wca­le się tą spra­wą nie przej­mu­jesz?

– My­ślisz, że się nie przej­mu­ję? Że po­tra­fię pa­trzeć na to dziec­ko i nie czuć tego co ty?

Pa­trzy­ły na sie­bie przez chwi­lę nad zwło­ka­mi dziew­czyn­ki. Było to ko­lej­ne przy­po­mnie­nie, że ich przy­jaźń prze­ży­wa kry­zys, od­kąd Mau­ra ob­cią­ży­ła nie­daw­no bo­stoń­skie­go po­li­cjan­ta ze­zna­nia­mi, któ­re po­sła­ły go do wię­zie­nia. Choć zdra­dę w po­li­cji trud­no za­po­mnieć, Jane bar­dzo chcia­ła za­sy­pać prze­paść mię­dzy nimi. Ale o uspra­wie­dli­wie­nia nie było ła­two i mi­nę­ło już zbyt wie­le ty­go­dni, pod­czas któ­rych kra­wę­dzie tej prze­pa­ści stward­nia­ły jak be­ton.

– Cho­dzi o to… – Jane wes­tchnę­ła cięż­ko – nie cier­pię, gdy giną dzie­ci. Chcę wte­dy ko­goś udu­sić.

– Ja tak­że. – Choć Mau­ra po­wie­dzia­ła to ci­cho, Jane do­strze­gła w jej oczach sta­lo­wy błysk. Tak, był w nich gniew, tyle że le­piej ma­sko­wa­ny i kon­tro­lo­wa­ny, jak pra­wie wszyst­ko w jej ży­ciu.

– Riz­zo­li! – za­wo­łał od drzwi de­tek­tyw Tho­mas Mo­ore. Po­dob­nie jak Frost wy­da­wał się przy­bi­ty, jak­by z po­wo­du tru­dów tego dnia po­sta­rzał się o dzie­sięć lat. – Roz­ma­wia­łaś już z tym chłop­cem?

– Jesz­cze nie. Chcia­łam naj­pierw zo­ba­czyć, z czym mamy tu do czy­nie­nia.

– Spę­dzi­łem z nim go­dzi­nę. Pra­wie nic nie po­wie­dział. Pani Ly­man, są­siad­ka, mówi, że kie­dy zja­wił się w jej domu oko­ło ósmej rano, był jak spa­ra­li­żo­wa­ny.

– Zda­je się, że po­trze­bu­je psy­chia­try.

– Za­wia­do­mi­li­śmy dok­to­ra Zuc­ke­ra i jest już w dro­dze pra­cow­ni­ca opie­ki spo­łecz­nej. Ale po­my­śla­łem, że może Ted­dy po­roz­ma­wia z tobą. Je­steś mat­ką.

– Wiesz, co ten chło­piec wi­dział?

Mo­ore po­krę­cił gło­wą.

– Mam na­dzie­ję, że nie to, co jest w tym po­ko­ju.

To ostrze­że­nie wy­star­czy­ło, by pal­ce Jane zlo­do­wa­cia­ły w la­tek­so­wych rę­ka­wicz­kach. Mo­ore był wy­so­kim męż­czy­zną i sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi za­sła­niał wi­dok sy­pial­ni, jak­by chciał oszczę­dzić jej tego, co mia­ła zo­ba­czyć. W mil­cze­niu od­su­nął się na bok, by mo­gła przejść.

W ką­cie ku­ca­ły dwie la­bo­rant­ki z wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go. Gdy we­szła, pod­nio­sły wzrok. Były to mło­de ko­bie­ty, na­le­żą­ce do no­wej ge­ne­ra­cji adep­tek kry­mi­na­li­sty­ki, któ­re do­mi­no­wa­ły te­raz w tej bran­ży. Obie wy­glą­da­ły zbyt mło­do, by mieć dzie­ci, by wie­dzieć, jak to jest, gdy przy­kła­da się z nie­po­ko­jem war­gi do roz­go­rącz­ko­wa­ne­go po­licz­ka albo pa­ni­ku­je na wi­dok otwar­te­go okna i pu­ste­go łó­żecz­ka. Z ma­cie­rzyń­stwem wią­że się całe mnó­stwo kosz­ma­rów. W tym po­ko­ju je­den z nich się zi­ścił.

– Przy­pusz­cza­my, że te ofia­ry to cór­ki Ac­ker­ma­nów, Cas­san­dra, dzie­sięć lat, i Sa­rah, dzie­więć. Obie ad­op­to­wa­ne – po­wie­dzia­ła Mau­ra. – Po­nie­waż wy­szły z łó­żek, coś mu­sia­ło je obu­dzić.

– Strza­ły? – spy­ta­ła ci­cho Jane.

– Są­sie­dzi nie sły­sze­li strza­łów – za­zna­czył Mo­ore. – Mu­sia­no użyć tłu­mi­ka.

– Ale coś te dziew­czyn­ki za­alar­mo­wa­ło – stwier­dzi­ła Mau­ra. – Coś skło­ni­ło je do wyj­ścia z łó­żek.

Jane nie ru­szy­ła się od drzwi. Przez chwi­lę nikt się nie od­zy­wał i zda­ła so­bie spra­wę, że wszy­scy cze­ka­ją, aż po­dej­dzie do zwłok i zro­bi, co do niej na­le­ży. A wła­śnie na to nie mia­ła ocho­ty. Zmu­si­ła się, by po­dejść do sple­cio­nych w uści­sku ciał i przy­kuc­nę­ła. Zgi­nę­ły, trzy­ma­jąc się w ob­ję­ciach.

– Są­dząc z ich po­zy­cji, Cas­san­dra pró­bo­wa­ła osło­nić młod­szą sio­strę – wy­ja­śni­ła Mau­ra. Dwie kule prze­szy­ły naj­pierw jej cia­ło, za­nim tra­fi­ły Sa­rah. Do­bi­to je po­je­dyn­czy­mi strza­ła­mi w gło­wy. Ubra­nia nie są po­szar­pa­ne, więc nie wi­dzę ewi­dent­nych do­wo­dów prze­mo­cy sek­su­al­nej, ale po­twier­dzi to au­top­sja. Wy­ko­na­my ją dzi­siaj po po­łu­dniu, gdy­byś chcia­ła po­pa­trzeć, Jane.

– Nie, nie chcę po­pa­trzeć. Nie po­win­nam na­wet tu być. – Od­wró­ci­ła się i wy­szła z po­ko­ju, sze­lesz­cząc pa­pie­ro­wy­mi ochra­nia­cza­mi i ucie­ka­jąc od wi­do­ku dwóch dziew­czy­nek, sple­cio­nych w uści­sku śmier­ci. Ale idąc w kie­run­ku scho­dów, znów zo­ba­czy­ła cia­ło naj­młod­szej ofia­ry, ośmio­let­niej Kim­mie. Gdzie­kol­wiek spoj­rzę, po­my­śla­ła, pęka mi ser­ce.

– Jane, do­brze się czu­jesz? – spy­ta­ła Mau­ra.

– Po­mi­ja­jąc fakt, że chcia­ła­bym roz­szar­pać tego dra­nia na strzę­py?

– Czu­ję do­kład­nie to samo.

Ale po­tra­fisz le­piej to ukryć. Jane spoj­rza­ła na za­kry­te fo­lią cia­ło.

– Pa­trząc na to dziec­ko, wi­dzę moje wła­sne – po­wie­dzia­ła ci­cho.

– Je­steś mat­ką, więc to na­tu­ral­ne. Po­słu­chaj, Cro­we i Mo­ore będą przy au­top­sji. Nie mu­sisz tam być. – Mau­ra spoj­rza­ła na ze­ga­rek. – To bę­dzie dłu­gi dzień. A ja jesz­cze na­wet się nie spa­ko­wa­łam.

– Czy to w tym ty­go­dniu od­wie­dzasz szko­łę Ju­lia­na?

– Choć­by się wa­li­ło i pa­li­ło, ju­tro wy­ru­szam do Ma­ine. Dwa ty­go­dnie z na­sto­lat­kiem i jego psem. Nie mam po­ję­cia, cze­go się spo­dzie­wać.

Mau­ra nie mia­ła dzie­ci, więc skąd mo­gła wie­dzieć?

Z szes­na­sto­let­nim Ju­lia­nem Per­kin­sem łą­czy­ło ją tyl­ko tyle, że po­przed­niej zimy prze­ży­li wspól­nie kosz­mar, wal­cząc o prze­trwa­nie na pust­ko­wiu w Wy­oming. Za­wdzię­cza­ła temu chłop­cu ży­cie i te­raz była zde­cy­do­wa­na za­stą­pić mu mat­kę, któ­rą stra­cił.

– Zo­bacz­my, co mogę ci po­wie­dzieć o na­sto­lat­kach? – Jane chcia­ła być po­moc­na. – Moi bra­cia mie­li śmier­dzą­ce buty. Sy­pia­li do po­łu­dnia. I ja­da­li dwa­na­ście razy dzien­nie.

– Mę­ski me­ta­bo­lizm okre­su doj­rze­wa­nia. Nic na to nie po­ra­dzą.

– Rany! Na­praw­dę sta­łaś się ma­muś­ką.

Mau­ra się uśmiech­nę­ła.

– To w su­mie miłe uczu­cie.

Ale ma­cie­rzyń­stwu to­wa­rzy­szą kosz­ma­ry, przy­po­mnia­ła so­bie Jane, od­wra­ca­jąc się od cia­ła Kim­mie. Czu­ła ulgę, scho­dząc na dół i ucie­ka­jąc z tego domu gro­zy. Gdy wy­szła na dwór, wcią­gnę­ła głę­bo­ko po­wie­trze, jak­by chcia­ła po­zbyć się z płuc tchnie­nia śmier­ci. Tłum re­por­te­rów jesz­cze bar­dziej zgęst­niał, usta­wio­ne rzę­dem ka­me­ry te­le­wi­zyj­ne ota­cza­ły jak ta­ra­ny ob­szar za­zna­czo­ny ta­śmą po­li­cyj­ną. Cro­we stał w cen­trum sce­ny, hol­ly­wo­odz­ki de­tek­tyw gra­ją­cy dla pu­blicz­no­ści. Nikt nie zwró­cił uwa­gi na Jane, gdy prze­mknę­ła bo­kiem i we­szła do są­sied­nie­go domu.

Po­li­cjant, któ­ry stał na stra­ży na gan­ku, uśmie­chał się drwią­co na wi­dok Cro­we’a wy­stę­pu­ją­ce­go przed ka­me­ra­mi.

– Kto, pani zda­niem, za­gra go w fil­mie? – spy­tał. – Czy Brad Pitt jest wy­star­cza­ją­co przy­stoj­ny?

– Nikt nie jest wy­star­cza­ją­co przy­stoj­ny, by za­grać Cro­we’a – prych­nę­ła. – Mu­szę po­mó­wić z tym chłop­cem. Jest w środ­ku?

– Z agent­ką Va­squ­ez.

– Cze­ka­my też na psy­chia­trę, więc je­śli zja­wi się dok­tor Zuc­ker, niech go pan przy­śle.

– Tak jest.

Jane uświa­do­mi­ła so­bie, że nadal jest w rę­ka­wicz­kach i ochra­nia­czach na buty, któ­re za­ło­ży­ła na miej­scu zbrod­ni. Ścią­gnę­ła je, wsu­nę­ła do kie­sze­ni i wci­snę­ła dzwo­nek. Po chwi­li w drzwiach po­ja­wi­ła się ele­ganc­ka si­wo­wło­sa ko­bie­ta.

– Pani Ly­man? – spy­ta­ła Jane. – Je­stem de­tek­tyw Riz­zo­li.

Ko­bie­ta ski­nę­ła gło­wą i za­pro­si­ła ją do środ­ka.

– Pro­szę się po­spie­szyć. Nie chcę, żeby za­uwa­ży­li nas ci kosz­mar­ni ka­me­rzy­ści. To ta­kie na­ru­sze­nie pry­wat­no­ści.

Gdy Jane we­szła do domu, ko­bie­ta szyb­ko za­mknę­ła drzwi.

– Po­wie­dzia­no mi, że pani przyj­dzie. Cho­ciaż nie je­stem pew­na, czy po­ra­dzi pani so­bie z Ted­dym. Ten prze­mi­ły de­tek­tyw Mo­ore oka­zał mu tyle cier­pli­wo­ści.

– Gdzie jest Ted­dy?

– W oran­że­rii w ogro­dzie. Bied­ny chło­piec pra­wie się do mnie nie od­zy­wa. Po­ja­wił się dziś rano przed mo­imi drzwia­mi, jesz­cze w pi­ża­mie. Gdy tyl­ko na nie­go spoj­rza­łam, od razu wie­dzia­łam, że sta­ło się coś strasz­ne­go. – Od­wró­ci­ła się. – Pro­szę tędy.

Jane po­dą­ży­ła za pa­nią Ly­man do holu, spo­glą­da­jąc na scho­dy, do­kład­nie ta­kie same jak w re­zy­den­cji Ac­ker­ma­nów. Ten dom był też rów­nie pe­łen wy­szu­ka­nych – i wy­glą­da­ją­cych na dro­gie – dzieł sztu­ki.

– Co po­wie­dział? – spy­ta­ła Jane.

– Po­wie­dział: „Nie żyją. Wszy­scy nie żyją”. I tyl­ko tyle zdo­łał wy­du­sić. Zo­ba­czy­łam krew na jego bo­sej sto­pie i na­tych­miast we­zwa­łam po­li­cję. – Przy­sta­nę­ła przy drzwiach do oran­że­rii. – Ce­ci­lia i Ber­nard byli do­bry­mi ludź­mi. A ona była taka szczę­śli­wa, bo w koń­cu mia­ła to, cze­go pra­gnę­ła: dom pe­łen dzie­ci. Byli już w trak­cie ad­op­to­wa­nia Ted­dy’ego. A te­raz znów zo­stał sam. – Prze­rwa­ła. – Wie pani, mogę go tu za­trzy­mać. Zna mnie i ten dom. Ce­ci­lia by so­bie tego ży­czy­ła.

– To wspa­nia­ła pro­po­zy­cja, pani Ly­man, ale opie­ka spo­łecz­na ma ro­dzi­ny za­stęp­cze spe­cjal­nie prze­szko­lo­ne do zaj­mo­wa­nia się dzieć­mi po przej­ściach.

– No cóż, tak tyl­ko po­my­śla­łam… Po­nie­waż już go znam.

– Więc może mi pani coś o nim po­wie. Jak się z nim po­ro­zu­mieć? Czym się in­te­re­su­je?

– Jest bar­dzo spo­koj­ny. Uwiel­bia książ­ki. Gdy od­wie­dza­łam są­sia­dów, Ted­dy za­wsze sie­dział w bi­blio­te­ce Ber­nar­da, oto­czo­ny książ­ka­mi na te­mat hi­sto­rii Rzy­mu. Niech pani spró­bu­je prze­ła­mać lody, po­ru­sza­jąc ten te­mat.

Hi­sto­ria Rzy­mu. Taak, to moja spe­cjal­ność.

– Czym jesz­cze się in­te­re­su­je?

– Ogrod­nic­twem. Uwiel­bia eg­zo­tycz­ne ro­śli­ny w mo­jej oran­że­rii.

– A sport? Mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać o Bo­ston Bru­ins? Albo Pa­triots?

– Och, tym się nie in­te­re­su­je. Jest zbyt wy­ra­fi­no­wa­ny.

A więc ja wy­cho­dzę na tro­glo­dyt­kę.

Pani Ly­man za­mie­rza­ła otwo­rzyć drzwi do oran­że­rii, gdy Jane spy­ta­ła:

– A co z jego bio­lo­gicz­ną ro­dzi­ną? Jak tra­fił do Ac­ker­ma­nów?

Pani Ly­man od­wró­ci­ła się do Jane.

– Nie wie pani tego?

– Sły­sza­łam, że jest sie­ro­tą i nie ma ży­ją­cych krew­nych.

– Dla­te­go wła­śnie to taki szok, szcze­gól­nie dla Ted­dy’ego. Ce­ci­lia tak bar­dzo pra­gnę­ła, by mógł za­cząć od nowa i za­znał szczę­ścia. Nie są­dzę, by miał jesz­cze taką szan­sę. Te­raz gdy zno­wu się to zda­rzy­ło.

– Zno­wu?

– Dwa lata temu Ted­dy był z ro­dzi­ną na jach­cie, za­ko­twi­czo­nym w po­bli­żu wy­spy Sa­int Tho­mas. Nocą, gdy wszy­scy spa­li, ktoś wszedł na po­kład. Ro­dzi­ców Ted­dy’ego i jego sio­stry za­mor­do­wa­no. Zo­sta­li za­strze­le­ni.

Jane na­gle zda­ła so­bie spra­wę, jaka ci­sza pa­nu­je w domu. Było tak ci­cho, że na­stęp­ne py­ta­nie za­da­ła szep­tem:

– A Ted­dy? Jak oca­lał?

– Ce­ci­lia wspo­mi­na­ła, że zna­le­zio­no go w wo­dzie. Uno­sił się na po­wierzch­ni w ka­mi­zel­ce ra­tun­ko­wej. I nie pa­mię­tał, jak się tam zna­lazł. – Pani Ly­man spoj­rza­ła na za­mknię­te drzwi do oran­że­rii. – Te­raz pani ro­zu­mie, dla­cze­go to dla nie­go taki wstrząs. Stra­cić ro­dzi­nę raz to wy­star­cza­ją­co cięż­kie do­świad­cze­nie. Ale dwu­krot­nie? – Po­krę­ci­ła gło­wą. – To nie po­win­no się przy­da­rzyć żad­ne­mu dziec­ku.

Rozdział piąty

Nie mo­gli wy­brać bar­dziej uspo­ka­ja­ją­ce­go miej­sca dla dziec­ka, któ­re prze­ży­ło szok, niż oran­że­ria pani Ly­man. Za ta­fla­mi szkła wi­dać było oto­czo­ny mu­rem ogród. Przez okna wpa­da­ły pro­mie­nie po­ran­ne­go słoń­ca, sta­no­wią­ce po­karm dla wil­got­nej dżun­gli wi­no­ro­śli, pa­pro­ci i drze­wek w do­nicz­kach. Jane nie do­strze­gła w tym buj­nym gąsz­czu chłop­ca, zo­ba­czy­ła tyl­ko po­li­cjant­kę, któ­ra pod­nio­sła się szyb­ko z ra­ta­no­we­go ogro­do­we­go krze­sła.

– De­tek­tyw Riz­zo­li? Je­stem agent­ka Va­squ­ez – oznaj­mi­ła.

– Jak się czu­je Ted­dy? – spy­ta­ła Jane.

Va­squ­ez spoj­rza­ła w kąt, gdzie pną­ca się wi­no­rośl utwo­rzy­ła gę­sty bal­da­chim i szep­nę­ła:

– Nie ode­zwał się do mnie ani sło­wem. Sie­dzi sku­lo­ny i po­ję­ku­je.

Do­pie­ro w tym mo­men­cie Jane za­uwa­ży­ła pa­ty­ko­wa­tą po­stać przy­cup­nię­tą pod oka­pem z wi­no­ro­śli. Chło­piec obej­mo­wał ra­mio­na­mi pod­kur­czo­ne nogi, przy­ci­ska­jąc je do pier­si. Po­wie­dzia­no jej, że ma czter­na­ście lat, ale wy­glą­dał na mniej. Był w nie­bie­ska­wej pi­ża­mie, a jego twarz prze­sła­niał lok ja­sno­brą­zo­wych wło­sów.

Jane przy­klęk­nę­ła i pod­czoł­ga­ła się w jego kie­run­ku, za­nu­rza­jąc się w cień wi­no­ro­śli. Chło­piec nie po­ru­szył się, gdy usia­dła przy nim w jego kry­jów­ce w dżun­gli.

– Ted­dy, je­stem Jane. Chcę ci po­móc.

Nie pod­niósł wzro­ku, nie od­po­wie­dział.

– Sie­dzisz tu już ja­kiś czas, praw­da? Mu­sisz być głod­ny.

Po­krę­cił gło­wą? Czy to było wzdry­gnię­cie, sej­smicz­ny wstrząs spo­wo­do­wa­ny bó­lem, na­gro­ma­dzo­nym w tym kru­chym cie­le?

– Co po­wiesz na mle­ko z cze­ko­la­dą? Albo lody? Za­ło­żę się, że pani Ly­man ma ja­kieś w lo­dów­ce.

Chło­piec jak­by jesz­cze bar­dziej się skur­czył, zwi­nął w kłę­bek tak moc­no, że Jane za­sta­na­wia­ła się, czy uda im się kie­dy­kol­wiek roz­pro­sto­wać jego koń­czy­ny. Spoj­rza­ła przez gąszcz wi­no­ro­śli na agent­kę Va­squ­ez, któ­ra sta­ła w po­bli­żu, przy­glą­da­jąc się jej.

– Może nas pani zo­sta­wić? – po­pro­si­ła. – My­ślę, że to dla nie­go tro­chę za dużo, gdy je­ste­śmy tu obie.

Va­squ­ez wy­szła z oran­że­rii, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Przez dzie­sięć, pięt­na­ście mi­nut Jane nic nie mó­wi­ła i na­wet nie spoj­rza­ła na chłop­ca. Sie­dzie­li obok sie­bie w mil­cze­niu i sły­chać było tyl­ko de­li­kat­ny plusk wody w mar­mu­ro­wej fon­tan­nie. Opar­ta o słup al­tan­ki, spoj­rza­ła w górę na łuki ga­łę­zi. W tym raj­skim ogro­dzie, osło­nię­tym od zim­na, kwi­tły na­wet ba­na­now­ce i drze­wa po­ma­rań­czo­we. Wy­obra­ża­ła so­bie, jak wcho­dzi tu w zi­mo­wy dzień, gdy na dwo­rze pada śnieg, i wdy­cha za­pach cie­płej zie­mi i zie­lo­nych ro­ślin. Oto co moż­na ku­pić za pie­nią­dze, po­my­śla­ła. Wiecz­ną wio­snę. Wpa­tru­jąc się w słoń­ce, sły­sza­ła obok sie­bie od­dech chłop­ca. Był wol­niej­szy i spo­koj­niej­szy niż parę chwil wcze­śniej. Usły­sza­ła sze­lest li­ści, gdy sa­do­wił się wśród wi­no­ro­śli, ale opar­ła się po­ku­sie, by na nie­go spoj­rzeć. Przy­po­mnia­ła so­bie, jaki wrzask pod­nio­sła w ze­szłym ty­go­dniu jej dwu­let­nia có­recz­ka Re­gi­na. „Prze­stań się na mnie ga­pić! Prze­stań!”. Jane i jej mąż Ga­briel ro­ze­śmia­li się, co roz­ju­szy­ło Re­gi­nę jesz­cze bar­dziej. Na­wet dwu­lat­ki nie lu­bią, gdy ktoś im się przy­glą­da, i mają za złe, że na­ru­sza się ich pry­wat­ność. Sta­ra­ła się więc, by Ted­dy Clock nie uznał jej za in­tru­za, i w mil­cze­niu dzie­li­ła z nim li­ścia­stą kry­jów­kę. Na­wet usły­szaw­szy jego wes­tchnie­nie, nadal sku­pia­ła uwa­gę na prze­świe­ca­ją­cych przez ga­łę­zie pro­mie­niach słoń­ca.

– Kim pani jest? – wy­szep­tał. Zmu­si­ła się, by trwać w bez­ru­chu, by nie za­kłó­cić spo­ko­ju.

– Mam na imię Jane – od­par­ła rów­nie ci­cho.

– Ale kim pani jest?

– Przy­ja­ciół­ką.

– Nie­praw­da. Na­wet pani nie znam.

Za­sta­no­wi­ła się nad jego sło­wa­mi i mu­sia­ła przy­znać, że ma ra­cję. Nie jest jego przy­ja­ciół­ką. Jest po­li­cjant­ką, któ­ra po­trze­bu­je cze­goś od nie­go i gdy tyl­ko to do­sta­nie, prze­ka­że go opie­ce spo­łecz­nej.

– Masz ra­cję, Ted­dy – przy­zna­ła. – Nie je­stem praw­dzi­wą przy­ja­ciół­ką. Je­stem de­tek­ty­wem. Ale chcę ci po­móc.

– Nikt nie może mi po­móc.

– Ja mogę. I zro­bię to.

– Więc pani też zgi­nie.

Po­wie­dział to tak bez­na­mięt­nie, że Jane prze­szły ciar­ki po ple­cach. „Pani też zgi­nie”. Spoj­rza­ła na chłop­ca. Nie pa­trzył na nią, spo­glą­dał po­sęp­nie w prze­strzeń, jak­by wi­dział przy­szłość po­zba­wio­ną wszel­kiej na­dziei. Miał szkli­ste nie­bie­skie oczy, jak z in­nej pla­ne­ty. Jego rzad­kie ja­sno­brą­zo­we wło­sy były roz­wi­chrzo­ne jak wąsy ku­ku­ry­dzy, a po­je­dyn­czy lok opa­dał na bla­de, wy­dat­ne czo­ło. Miał bose sto­py i gdy ko­ły­sał się w przód i w tył, do­strze­gła pod pal­ca­mi jego pra­wej nogi pla­my za­schnię­tej krwi. Przy­po­mnia­ła so­bie śla­dy po­zo­sta­wio­ne na po­de­ście scho­dów, w po­bli­żu cia­ła ośmio­let­niej Kim­mie. Ted­dy mu­siał przejść przez ka­łu­żę krwi, by uciec z domu.

– Na­praw­dę mi pani po­mo­że? – spy­tał.

– Tak. Obie­cu­ję.

– Nic nie wi­dzę. Zgu­bi­łem je i te­raz boję się wró­cić, żeby ich po­szu­kać.

– Cze­go po­szu­kać, Ted­dy?

– Oku­la­rów. Chy­ba są w moim po­ko­ju. Mu­sia­łem je tam zo­sta­wić, ale nie pa­mię­tam…

– Znaj­dę ci je.

– To dla­te­go nie mogę pani po­wie­dzieć, jak on wy­glą­dał. Nie wi­dzia­łem go.

Jane za­mil­kła, bo­jąc się mu prze­rwać. Bo­jąc się, by z po­wo­du tego, co po­wie lub zro­bi, chło­pak znów nie za­mknął się w swo­jej sko­ru­pie. Cze­ka­ła, ale sły­sza­ła tyl­ko plusk wody w fon­tan­nie.

– O kim mó­wisz? – spy­ta­ła w koń­cu.

Po­pa­trzył na nią, a w jego oczach za­lśnił błę­kit­ny pło­mień.

– O czło­wie­ku, któ­ry ich za­bił. – Głos mu się za­ła­mał, a sło­wa wię­zły w gar­dle, gdy mó­wił co­raz bar­dziej pi­skli­wym gło­sem. – Chciał­bym pani po­móc, ale nie mogę. Nie mogę…

Wie­dzio­na in­stynk­tem ma­cie­rzyń­skim roz­ło­ży­ła na­gle ręce i chło­pak przy­lgnął do niej, przy­ci­ska­jąc twarz do jej ra­mie­nia. Obej­mo­wa­ła go, czu­jąc, że jego cia­ło jest jak wo­rek ko­ści, wstrzą­sa­ny tak po­tęż­ny­mi kon­wul­sja­mi, że mógł­by się roz­sy­pać, gdy­by go nie trzy­ma­ła. Mógł nie być jej sy­nem, ale w tym mo­men­cie, gdy do niej przy­wie­rał, a jego łzy wsią­ka­ły w jej bluz­kę, czu­ła się jego mat­ką, go­to­wą ochro­nić go przed wszyst­ki­mi po­two­ra­mi tego świa­ta.

– On nig­dy nie daje za wy­gra­ną. – Głos chłop­ca, któ­ry wtu­lał usta w jej bluz­kę, był tak przy­tłu­mio­ny, że pra­wie go nie sły­sza­ła. – Na­stęp­nym ra­zem mnie znaj­dzie.

– Nie­praw­da. – Wzię­ła go za ra­mio­na i de­li­kat­nie od­su­nę­ła od sie­bie, by spoj­rzeć mu w twarz. Jego dłu­gie rzę­sy rzu­ca­ły cień na bla­de jak kre­da po­licz­ki. – Nie znaj­dzie cię.