Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni, który umrze - Tess Gerritsen

To już drugi zamach na życie Teddy’ego Clocka. Dwa lata temu nieznany sprawca zastrzelił na jachcie jego rodziców i dwie siostry. Teraz zostaje zamordowana rodzina zastępcza Teddy’ego, a on sam jest świadkiem zbrodni. Chłopiec trafia pod opiekę detektyw Jane Rizzoli, która prowadzi śledztwo w sprawie koszmarnych morderstw. Po kolejnej próbie zamachu na życie nastolatka Jane
decyduje się umieścić go w Evensong, prywatnej szkole dla dzieci z urazami psychicznymi. Otoczone hektarami lasu i wysokim żelaznym ogrodzeniem, chronione przez systemy alarmowe, Evensong wydaje się miejscem bezpiecznym. Dziwnym zbiegiem okoliczności w szkole przebywa dwójka nastolatków, Claire i Will, których tragiczna przeszłość szokująco przypomina losy Teddy'ego. Czy rzekomo przypadkowe spotkanie trójki młodych ludzi stanowi kolejne ogniwo w precyzyjnym planie okrutnego zabójcy? Niebezpieczeństwo czai się bardzo blisko, może nawet wewnątrz murów szkoły...

Opinie o ebooku Ostatni, który umrze - Tess Gerritsen

Fragment ebooka Ostatni, który umrze - Tess Gerritsen

Wydanie elektroniczne

TESS GERRITSEN

Współczesna pisarka amerykańska, z zawodu lekarz internista. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach, wraz z mężem, także lekarzem. W 1987 opublikowała pierwszą powieść, romans z wątkiem kryminalnym, a potem kolejno osiem książek o podobnej tematyce. Kariera pisarska Gerritsen nabrała rozpędu w 1996, gdy ukazał się jej pierwszy thriller medyczny Dawca (prawa filmowe zakupił Paramount). Dzięki odniesionemu sukcesowi mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. Kolejno wyszły m.in. Grawitacja (1 mln dolarów za prawa filmowe!), Grzesznik, Sobowtór, Klub Mefista, Ogród kości, Mumia, Dolina umarłych i Milcząca dziewczyna. Najnowsza powieść nosi tytuł Ostatni, który umrze. Przekłady książek Gerritsen publikowane są w 20 językach i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie. Stephen King uznał ją za najciekawszą autorkę thrillerów medycznych – „lepszą od Cooka, Palmera, a nawet Michaela Crichtona”.

www.tessgerritsen.com

Tej autorki

DAWCA

CIAŁO

INFEKCJA

NOSICIEL

GRAWITACJA

OGRÓD KOŚCI

Jane Rizzoli & Maura Isles

CHIRURG

SKALPEL

GRZESZNIK

SOBOWTÓR

AUTOPSJA

KLUB MEFISTA

MUMIA

DOLINA UMARŁYCH

MILCZĄCA DZIEWCZYNA

OSTATNI, KTÓRY UMRZE

RIZZOLI I ISLES

Tytuł oryginału:

LAST TO DIE

Copyright © Tess Gerritsen 2012

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Jerzy Żebrowski 2013

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcia na okładce: Yolanda de Kort (dziewczyna), Richard Shepherd (tło)

Projekt graficzny okładki: Arcangel Images

ISBN 978-83-7885-090-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pamięci mojej matki, Ruby Jui Chiung Tom

Nazywaliśmy go Ikarem.

Nie było to oczywiście jego prawdziwe imię. Spędziwszy dzieciństwo na farmie, nauczyłem się, że nigdy nie należy nadawać imienia zwierzęciu przeznaczonemu na rzeź. Mówiło się o nim raczej Świnia Numer Jeden lub Świnia Numer Dwa i zawsze unikało się patrzenia mu w oczy, by nie dostrzec w nich przebłysku świadomości, inteligencji czy przywiązania. Kiedy zwierzę ci ufa, dużo trudniej poderżnąć mu gardło.

Nie mieliśmy takiego problemu z Ikarem, który ani nam nie ufał, ani nie domyślał się, kim jesteśmy. Ale my sporo o nim wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy, że mieszka za wysokim murem w willi na wzgórzu na przedmieściach Rzymu. Że on i jego żona Lucia mają dwóch synów, w wieku ośmiu i dziesięciu lat. Że mimo bogactwa gustuje w prostym jedzeniu i niemal w każdy czwartek jada w swojej ulubionej miejscowej restauracji La Nonna.

I że jest potworem. Właśnie dlatego przybyliśmy tamtego lata do Włoch.

Polowanie na potwory nie jest dla ludzi o słabym charakterze. Ani dla tych, którzy czują się ograniczeni tak trywialnymi pojęciami, jak prawo czy granice państw. Potwory nie przestrzegają przecież zasad, więc my też nie możemy, jeśli mamy nadzieję je pokonać.

Ale kiedy rezygnujesz z cywilizowanych reguł postępowania, ponosisz ryzyko, że sam staniesz się potworem. I to właśnie zdarzyło się tamtego lata w Rzymie. Wówczas sobie tego nie uświadamiałem. Podobnie jak żaden z nas.

Aż było za późno.

Rozdział pierwszy

Tej nocy, gdy trzynastoletnia Claire Ward powinna była umrzeć, stała na parapecie okna na drugim piętrze w swojej sypialni w miasteczku Ithaca, zastanawiając się, czy skoczyć. Sześć metrów niżej rosły splątane krzaki forsycji, kwiaty dawno już przekwitły. Zamortyzowałyby jej upadek, ale zapewne miałaby połamane kości. Spojrzała na klon, na solidny konar, wygięty w łuk zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od niej. Nigdy dotąd nie próbowała takiego skoku, bo nie musiała. Do tego wieczoru udawało jej się wymykać niepostrzeżenie frontowymi drzwiami. Ale noce łatwych ucieczek się skończyły, bo Nudny Bob się na nią uwziął. „Od teraz, młoda damo, będziesz siedziała w domu! Koniec z bieganiem po mieście po zmroku jak dzika kotka”.

Jeśli skacząc, skręcę kark, pomyślała, to będzie wina Boba.

Tak, ten konar klonu jest zdecydowanie w jej zasięgu. Musi odwiedzić parę miejsc, spotkać się z kilkoma osobami i nie mogła tkwić tutaj wiecznie, oceniając swoje szanse.

Skuliła się, przyczajona do skoku, lecz nagle zamarła, gdy za rogiem rozbłysły światła nadjeżdżającego samochodu. Luksusowy SUV prześlizgnął się jak czarny rekin pod jej oknem i jechał powoli pustą ulicą, jakby w poszukiwaniu jakiegoś konkretnego domu. Nie naszego, pomyślała. W rezydencji jej przybranych rodziców, Nudnego Boba i Równie Nudnej Barbary Buckley, nigdy nie pojawiały się interesujące osoby. Nawet ich nazwiska były nudne, nie wspominając o rozmowach przy kolacji. „Jak ci minął dzień, kochanie?”. „A tobie?”. „Robi się ładna pogoda, prawda?”. „Możesz mi podać ziemniaki?”.

W ich przyziemnym, książkowym świecie Claire była obcym przybyszem, dzikusem, którego nigdy nie zrozumieją, chociaż się starali. Naprawdę się starali. Powinna mieszkać z artystami, aktorami albo muzykami, ludźmi, którzy prowadzą nocne życie i potrafią się bawić. Ludźmi takimi jak ona.

Czarny samochód zniknął. Musi zrobić to teraz.

Odetchnęła głęboko i skoczyła. Przecinając mrok, czuła w długich włosach świszczący powiew nocnego powietrza. Wylądowała miękkojakkot, a konar zadrżał pod jej ciężarem. Łatwo poszło. Opuściła się na niższą gałąź i już miała zeskoczyć na ziemię, gdy znów pojawił się czarny samochód i przemknął z warkotem silnika. Obserwowała go, aż zniknął za rogiem. Potem zeskoczyła na mokrą trawę.

Spojrzała w kierunku domu, spodziewając się, że Bob wypadnie jak burza przez frontowe drzwi i zacznie na nią wrzeszczeć: „Natychmiast wracaj, młoda damo!”. Ale ganek pozostał ciemny.

Teraz może zacząć się noc.

Zasunęła zamek bluzy z kapturem i ruszyła w kierunku podmiejskich błoni, gdzie coś się działo – o ile można to tak określić. Z powodu późnej pory ulica była pusta, a okna w większości ciemne. Dzielnicę tę, z willami przypominającymi bajkowe domki z piernika, zamieszkiwali profesorowie uniwersytetu i mamusie weganki na bezglutenowej diecie, należące do klubów czytelniczych. „Dziesięć mil kwadratowych, które otacza rzeczywistość” – jak czule mawiał o tym mieście Bob, ale on i Barbara do niego należeli.

Claire nie wiedziała, gdzie jest jej miejsce.

Przeszła przez ulicę, roztrącając zdartymi butami zeschnięte liście. Przecznicę dalej stała w świetle ulicznej latarni trójka nastolatków, dwóch chłopaków i dziewczyna, paląc papierosy.

– Hej! – zawołała do nich.

Wyższy chłopak pomachał.

– Cześć, Claire. Podobno znów cię uziemili.

– Na jakieś trzydzieści sekund. – Wzięła od niego zapalonego papierosa, zaciągnęła się głęboko i z radosnym westchnieniem wypuściła dym. – Więc jakie mamy plany na wieczór? Co robimy?

– Słyszałem, że jest impreza przy wodospadzie. Ale musimy jakoś tam dojechać.

– A twoja siostra? Mogłaby nas podrzucić.

– Nie, tata zabrał jej kluczyki od wozu. Pokręćmy się tu trochę, zobaczymy, kto jeszcze się pojawi. – Chłopak zamilkł, nieruchomiejąc obok Claire. – No, no, zobacz, kogo tu mamy.

Claire odwróciła się i jęknęła, gdy zatrzymał się koło niej przy krawężniku ciemnoniebieski saab.

– Claire, wsiadaj do samochodu – powiedziała Barbara Buckley zza opuszczonej szyby po stronie pasażera.

– Jestem z przyjaciółmi.

– Już prawie północ, a jutro idziesz do szkoły.

– Przecież nie robię nic nielegalnego.

– Natychmiast wsiądź do auta, młoda damo! – odezwał się Bob Buckley rozkazującym tonem.

– Nie jesteście moimi rodzicami!

– Ale za ciebie odpowiadamy. Mamy obowiązek wychować cię jak należy i to właśnie staramy się robić. Jeśli nie wrócisz z nami do domu… będą konsekwencje.

Tak się boję, że aż się trzęsę. Zaczęła się śmiać, ale nagle zauważyła, że Barbara ma na sobie płaszcz kąpielowy, a Bobowi z jednej strony sterczą włosy. Tak bardzo się spieszyli, żeby ruszyć za nią w pogoń, że nawet nie zdążyli się ubrać. Oboje wyglądali na starszych i bardziej zmęczonych niż zazwyczaj. Byli parą zaspanych ludzi w średnim wieku, których wyrwano z łóżka i którzy z jej powodu obudzą się jutro niewyspani.

Barbara westchnęła ciężko.

– Wiem, że nie jesteśmy twoimi rodzicami, Claire. Wiem, że nie lubisz z nami mieszkać, ale staramy się jak możemy.

Więc proszę, wsiądź do samochodu. Tu nie jesteś bezpieczna.

Claire posłała przyjaciołom zrozpaczone spojrzenie, po czym wskoczyła na tylne siedzenie saaba i zatrzasnęła drzwiczki.

– W porządku? – spytała. – Zadowoleni?

Bob spojrzał na nią.

– Tu nie chodzi o nas. Chodzi o ciebie. Przyrzekliśmy twoim rodzicom, że zawsze będziesz pod dobrą opieką. Gdyby Isabel żyła, bardzo by cierpiała, zobaczywszy cię teraz. Pozbawioną kontroli, wciąż zbuntowaną. Claire, dostałaś drugą szansę i to jest dar. Proszę, nie odrzucaj go. – Westchnął ciężko. – Zapnij pas, dobrze?

Gdyby był zły, gdyby na nią krzyczał, poradziłaby sobie z tym. Ale patrzył na nią z takim smutkiem, że czuła się winna. Była kretynką, odpłacając buntem za ich dobroć. Buckleyowie nie są winni, że jej rodzice zginęli. Że ma spaprane życie.

Gdy ruszyli, skuliła się na siedzeniu, skruszona, ale zbyt dumna, by się usprawiedliwiać. Jutro będę dla nich milsza, pomyślała. Pomogę Barbarze nakryć do stołu, może nawet umyję Bobowi auto. Bo, do diabła, już najwyższy czas je umyć.

– Bob – odezwała się Barbara – co tam robi ten samochód?

Rozległo się wycie silnika. Zobaczyli pędzące w ich kierunku światła reflektorów.

– Bob! – krzyknęła Barbara.

Siła uderzenia rzuciła Claire na pas bezpieczeństwa. Noc eksplodowała potwornymi odgłosami. Tłuczonego szkła. Zgniatanej stali.

Ktoś krzyczał i jęczał. Otworzyła oczy i zobaczyła, że świat wywrócił się do góry nogami, i zdała sobie sprawę, że to ona jęczy.

– Barbaro? – wyszeptała.

Usłyszała stłumiony odgłos wystrzału, potem kolejny. Poczuła zapach benzyny. Wisiała na pasie bezpieczeństwa, który wbijał się tak mocno w jej żebra, że z trudem oddychała. Wcisnęła po omacku klamrę. Pas rozpiął się i spadła głową w dół, czując w karku przenikliwy ból. Zdołała się jakoś odwrócić, tak że leżała płasko, mając przed oczami roztrzaskaną szybę. Zapach benzyny był coraz intensywniejszy. Zaczęła pełznąć w kierunku okna, myśląc o płomieniach, piekielnym żarze i ciele palącym się na jej kościach. Wydostań się stąd! Póki jeszcze jest czas, by uratować Boba i Barbarę! Rozbiła pięścią ostatnie odłamki szkła, rozsypując je z brzękiem na jezdni.

Zobaczyła przed sobą czyjeś stopy. Podniósłszy wzrok, ujrzała mężczyznę, który zastąpił jej drogę ucieczki. Nie widziała jego twarzy, tylko sylwetkę. I broń.

Usłyszała pisk opon pędzącego w ich kierunku samochodu.

Wpełzła do saaba, niczym żółw kryjący się w bezpiecznej skorupie. Skulona jak najdalej od okna, zasłaniała głowę rękami, zastanawiając się, czy tym razem kula sprawi jej ból. Czy poczuje, jak eksploduje w jej czaszce. Skurczyła się tak, że słyszała tylko swój oddech i pulsowanie krwi.

Z trudem dotarło do niej, że ktoś ją woła.

– Claire Ward?! – Był to głos kobiety.

Chyba nie żyję. A to jest anioł, który do mnie przemawia.

– Jego już nie ma. Możesz bezpiecznie wyjść – oznajmił anioł. – Ale musisz się pospieszyć.

Claire otworzyła oczy i spojrzała przez palce na twarz widoczną w rozbitym oknie. Gdy szczupłe ramię wyciągnęło się w jej stronę, dziewczynka znów się skuliła.

– On wróci, więc się pospiesz – powiedziała kobieta.

Claire chwyciła wyciągniętą dłoń i kobieta wydobyła ją na zewnątrz. Potłuczone szkło grzechotało jak grad, gdy Claire wytoczyła się na jezdnię. Usiadła zbyt szybko i noc zawirowała wokół niej. Dostrzegła jak przez mgłę przewróconego saaba i musiała opuścić głowę.

– Możesz wstać?

Claire podniosła powoli wzrok. Kobieta była ubrana na czarno. Blond włosy związała w koński ogon, a ich kosmyki były na tyle jasne, że odbijały słabe światło ulicznej latarni.

– Kim pani jest? – wyszeptała Claire.

– Nie ma znaczenia, jak się nazywam.

– Bob… Barbara… – Claire spojrzała na przewróconego saaba. – Musimy wydostać ich z samochodu! Niech mi pani pomoże! – Podczołgała się do drzwiczek od strony kierowcy i otworzyła je mocnym szarpnięciem.

Bob Buckley wypadł na jezdnię. Miał otwarte, niewidzące oczy. Claire wpatrywała się w otwór po kuli na jego skroni.

– Bob – jęknęła. – Bob!

– Nie możesz mu pomóc.

– A Barbara?… Co z Barbarą?

– Za późno. – Kobieta chwyciła ją za ramiona i mocno potrząsnęła. – Oni nie żyją, rozumiesz? Oboje nie żyją.

Claire pokręciła głową, wciąż wpatrując się w Boba. W kałużę krwi, rozlewającą się jak ciemna aureola wokół jego karku.

– To nie może dziać się naprawdę – wyszeptała. – Nie po raz drugi.

– Chodź, Claire. – Kobieta wzięła ją za rękę i pomogła wstać. – Chodź ze mną. Jeśli chcesz żyć.

Rozdział drugi

Tej nocy, gdy czternastoletni Will Yablonski powinien był umrzeć, stał w ciemnościach na polu w New Hampshire, wypatrując kosmitów.

Zgromadził cały niezbędny do ich tropienia sprzęt. Miał dziesięciocalowy teleskop Dobsona, który zrobił własnoręcznie trzy lata temu, gdy miał zaledwie jedenaście lat. Zajęło mu to dwa miesiące. Początkowo formował, wygładzał i polerował szkło gruboziarnistym papierem ściernym, potem coraz delikatniejszym. Z pomocą taty zastosował montaż azymutalny.

Dwudziestopięciomilimetrowy okular Plossla dostał w prezencie od wuja Briana, który po kolacji, gdy tylko niebo było przejrzyste, pomagał mu wyciągać cały ten sprzęt na pole. Ale wuj Brian był typem skowronka, nie sowy, i przed dwudziestą drugą zawsze stwierdzał, że jest już późno, i szedł spać.

Tak więc Will stał samotnie na polu za wiejskim domem ciotki i wuja, jak robił to prawie każdej nocy, gdy niebo było czyste i nie świecił księżyc, i wypatrywał na niebie puszystych kul z kosmosu, zwanych inaczej kometami. Gdy odkryje kiedyś nową kometę, wie, jak ją nazwie: kometą Neila Yablonskiego, na cześć swojego zmarłego ojca. Astronomowie amatorzy wciąż odkrywają nowe komety, dlaczego nie miałby dokonać tego czternastolatek? Tata powiedział mu kiedyś, że potrzeba tylko poświęcenia, wprawnego oka i dużo szczęścia. „To jest jak poszukiwanie skarbów, Will. Wszechświat przypomina plażę, a gwiazdy są ziarenkami piasku, które ukrywają to, czego szukasz”.

Willowi poszukiwanie skarbów nigdy się nie znudziło. Wciąż czuł takie samo podniecenie, gdy z wujem Brianem wyciągali z domu sprzęt i ustawiali go pod ciemniejącym niebem, zawsze oczekiwał, że może tej nocy odkryje Kometę Neila Yablonskiego. Nagrodziłoby to cały jego trud, niezliczone godziny nocnego czuwania, gdy wzmacniał się gorącą czekoladą i batonikami. Zrekompensowałoby nawet zniewagi, jakich doznawał od dawnych szkolnych kolegów w Marylandzie: Grubas. Piankowy Marynarzyk.

Tropienie komet nie sprzyjało temu, by być opalonym i szczupłym.

Tej nocy, jak zwykle, zaczął swoje poszukiwania tuż po zmierzchu, bo komety były najlepiej widoczne zaraz po zachodzie słońca lub przed wschodem. Ale słońce zaszło przed wieloma godzinami, a on nadal nie dostrzegł żadnych puszystych kul. Zobaczył kilka przelatujących satelitów i świecących przez chwilę meteorytów, ale niczego, czego nie widziałby wcześniej w tym sektorze nieba. Obrócił teleskop w kierunku innego sektora i w polu widzenia pojawiła się dolna gwiazda Canes Venatici. Polujące Psy. Pamiętał noc, gdy ojciec wymienił tę nazwę. Zimną noc, gdy obaj nie spali do świtu, popijając gorący napój z termosu i coś podjadając…

Nagle wyprostował się i odwrócił. Co to za hałas? Jakieś zwierzę czy tylko wiatr w gałęziach drzew? Stał nieruchomo, nasłuchując, ale noc zrobiła się nienaturalnie cicha, tak cicha, że wyraźnie słyszał własny oddech. Wuj Brian zapewniał go, że w tych lasach nic mu nie grozi, ale stojąc samotnie w ciemnościach, Will wyobrażał sobie różne stwory z ostrymi zębami. Czarne niedźwiedzie. Wilki. Pumy.

Wrócił zaniepokojony do teleskopu i zmienił pole obserwacji. Nagle w samym centrum obrazu pojawiła się mglista kula. Znalazłem ją! Kometa Neila Yablonskiego!

Nie, nie, głupcze, to nie kometa. Westchnął rozczarowany, zdawszy sobie sprawę, że patrzy na gromadę kulistą M3. Rozpoznałby ją każdy szanujący się astronom. Dzięki Bogu, że nie obudził wuja Briana, by mu ją pokazać. To byłoby żenujące.

Trzask gałązki sprawił, że znów się odwrócił. Coś poruszało się wśród drzew. Coś tam musiało być.

Eksplozja wyrzuciła go do przodu. Upadł twarzą na wyścieloną darnią ziemię i leżał, oszołomiony uderzeniem. Dostrzegł błysk światła, potem coraz większą jasność.

Podniósł głowę i zobaczył, że kępa drzew lśni pomarańczową łuną. Czuł na karku ciepło, jak oddech potwora. Odwrócił się.

Dom stał w ogniu, płomienie strzelały w górę jak szpony.

– Wujku Brianie! – krzyczał Will. – Ciociu Lynn!

Pobiegł w stronę domu, ale ściana ognia zagrodziła mu drogę, a żar zmusił do odwrotu, żar tak intensywny, że paliło go w gardle. Cofnął się na chwiejnych nogach, krztusząc się i czując swąd swoich przypalonych włosów.

Sprowadź pomoc! Sąsiadów! Skierował się na drogę i przebiegłszy dwa kroki, stanął.

W jego stronę szła jakaś kobieta. Była ubrana na czarno i smukła jak pantera. Jasne włosy związała w koński ogon, a migocące płomienie ognia wydobywały ostre kontury jej twarzy.

– Niech mi pani pomoże! – krzyknął. – Moja ciocia i wujek są w środku!

Spojrzała na dom trawiony płomieniami.

– Przykro mi. Dla nich jest już za późno.

– Wcale nie! Musimy ich uratować!

Pokręciła smutno głową.

– Nie mogę im pomóc, Will. Ale mogę ocalić ciebie. – Wyciągnęła do niego rękę. – Chodź ze mną. Jeśli chcesz żyć.

Rozdział trzeci

Niektórym dziewczynom ładnie w różowym. Lubią stroić się w kokardy i koronki, szeleścić jedwabnymi taftami i wyglądać czarująco i kobieco.

Jane Rizzoli do nich nie należała.

Stała w sypialni matki, spoglądając na swoje odbicie w dużym lustrze, i myślała: Zastrzelcie mnie. Zastrzelcie mnie od razu.

Sukienka w kształcie dzwonu, w kolorze różowej gumy do żucia, miała kryzę szeroką jak kołnierz klauna, a na dole rzędy groteskowych marszczeń. W talii przewiązana była szarfą z ogromną różową kokardą. Nawet Scarlett O’Hara byłaby wstrząśnięta.

– Och, Janie, spójrz na siebie! – wykrzyknęła Angela Rizzoli, klaszcząc z zachwytem. – Jesteś taka piękna, odbierzesz mi widownię. Czyż nie wyglądasz cudownie?

Jane zamrugała, zbyt oszołomiona, by cokolwiek powiedzieć.

– Oczywiście musisz mieć wysokie obcasy, by wszystko pasowało. Satynowe szpilki, jak sądzę. Do tego bukiet z różowych róż i gipsówki. Czy to zbyt staromodne? Myślisz, że powinnam wybrać modniejsze kalie czy coś takiego?

– Mamo…

– Będę musiała zwęzić ci ją trochę w talii. Jakim cudem schudłaś? Za mało jesz?

– Mówisz poważnie? Chcesz, żebym to włożyła?

– O co ci chodzi?

– Ona jest… różowa.

– I wyglądasz w niej pięknie.

– Widziałaś mnie kiedykolwiek w czymś różowym?

– Szyję taką samą sukienkę dla Reginy. Będziecie ślicznie razem wyglądały! Mama i córka w jednakowych sukienkach!

– Reginie jest w niej ślicznie. Mnie stanowczo nie.

Angeli zaczęła drżeć warga. Był to znak równie złowróżbny, jak pierwsze drgnięcie ostrzegawczej tarczy reaktora jądrowego.

– Pracowałam nad tą sukienką przez cały weekend. Wykonałam własnoręcznie każdy szew, każde marszczenie, a ty nie chcesz jej włożyć nawet na moje wesele?

Jane z trudem przełknęła ślinę.

– Tego nie powiedziałam. Niezupełnie.

– Widzę to po twojej twarzy. Nie podoba ci się.

– Nie, mamo, to wspaniała sukienka, ale pieprzonej Barbie.

Angela opadła na łóżko, wzdychając jak umierająca bohaterka sztuki.

– Wiesz, może Vince i ja powinniśmy pobrać się potajemnie? Wszyscy byliby szczęśliwsi, prawda? Nie musiałabym borykać się z Frankiem. Nie musiałabym się martwić, kogo umieścić na liście gości, a kogo nie. A ty nie musiałabyś wkładać sukienki, której nie cierpisz.

Jane usiadła na łóżku obok niej, a tafta wydęła się na jej kolanach jak wielka kula waty cukrowej. Przyklepała ją ręką.

– Mamo, jeszcze się nawet nie rozwiodłaś. Masz mnóstwo czasu, żeby wszystko zaplanować. Na tym polega cała przyjemność wesela, nie sądzisz? Nie musisz z niczym się spieszyć. – Podniosła wzrok, słysząc dźwięk dzwonka u drzwi.

– Vince jest niecierpliwy. Wiesz, co mi powiedział? Że chce nabyć prawa do swojej narzeczonej. Czyż to nie słodkie? Jak w tej piosence Madonny: Znów czuję się dziewicą.

Jane zerwała się z łóżka.

– Otworzę drzwi.

– Powinniśmy pobrać się w Miami! – krzyknęła Angela, gdy Jane wyszła z sypialni. – Byłoby o wiele prościej. I taniej, bo nie musiałabym żywić całej rodziny!

Jane otworzyła drzwi. W progu stali dwaj mężczyźni, których w ten niedzielny poranek w ogóle nie miała ochoty oglądać.

Jej brat Frankie roześmiał się, wchodząc do domu.

– Jak tam twoja brzydka sukienka?

Jej ojciec, Frank senior, wszedł za nim, oznajmiając:

– Chcę pomówić z twoją matką.

– Tato, to nie jest odpowiednia pora – powiedziała Jane.

– Jak najbardziej. Gdzie ona jest? – spytał, rozglądając się po salonie.

– Nie sądzę, żeby chciała z tobą rozmawiać.

– To konieczne. Musimy położyć kres temu szaleństwu.

– Szaleństwu? – powtórzyła Angela, wyłaniając się z sypialni. – I kto to mówi!

– Frankie twierdzi, że się zdecydowałaś – rzekł ojciec Jane. – Naprawdę zamierzasz wyjść za tego człowieka?

– Vince mi się oświadczył. Zgodziłam się.

– A co z tym, że nadal jesteśmy małżeństwem?

– To tylko kwestia papierów.

– Nie zamierzam niczego podpisywać.

– Co?

– Powiedziałem, że nie podpiszę żadnych papierów. A ty nie wyjdziesz za tego faceta.

Angela zaśmiała się z niedowierzaniem.

– To ty mnie rzuciłeś.

– Nie sądziłem, że odwrócisz się ode mnie i zechcesz wyjść za mąż!

– A co mam robić? Siedzieć i usychać z tęsknoty, gdy zostawiłeś mnie dla niej? Jestem jeszcze młoda, Frank! Mężczyźni mnie pożądają. Chcą ze mną sypiać!

Frankie jęknął.

– Chryste, mamo…

– I wiesz co? Nigdy nie miałam lepszego seksu! – dodała Angela.

Jane usłyszała, że w sypialni dzwoni jej komórka. Zignorowała to i złapała ojca za ramię.

– Chyba powinieneś wyjść, tato. Chodź, odprowadzę cię.

– Cieszę się, że mnie zostawiłeś, Frank – oznajmiła Angela. – Odzyskałam swoje życie i wiem, co znaczy być docenianą.

– Jesteś moją żoną. Nadal należysz do mnie.

Komórka Jane, która na chwilę zamilkła, znowu się odezwała, i trudno było dłużej ją ignorować.

– Frankie – powiedziała błagalnym tonem – na Boga, pomóż mi! Zabierz go stąd.

– Chodź, tato – powiedział Frankie, poklepując ojca po plecach. – Napijemy się piwa.

– Jeszcze nie skończyłem.

– Owszem – stwierdziła Angela.

Jane popędziła do sypialni i wyjęła z torebki komórkę. Starając się nie zwracać uwagi na dobiegające z korytarza odgłosy kłótni, rzuciła: „Rizzoli”.

Dzwonił detektyw Darren Crowe.

– Potrzebujemy cię. Jak szybko możesz tu dotrzeć? – Żadnych uprzejmych wstępów, żadnego „proszę” ani „czy zechciałabyś”, cały czarujący Crowe.

Odparła równie opryskliwie:

– Nie mam dyżuru.

– Marquette sprowadza trzy ekipy. Ja kieruję dochodzeniem. Frost właśnie się zjawił, ale przydałaby nam się kobieta.

– Czy dobrze usłyszałam? Naprawdę powiedziałeś, że potrzebujesz pomocy kobiety?

– Posłuchaj, nasz świadek jest zbyt zaszokowany, by cokolwiek nam powiedzieć. Moore próbował już rozmawiać z tym dzieciakiem, ale uważa, że ty lepiej sobie poradzisz.

„Dzieciak”. Słysząc to słowo, Jane znieruchomiała.

– Wasz świadek to dziecko?

– Ma jakieś trzynaście, czternaście lat. Tylko on ocalał.

– Co się stało?

Usłyszała w tle inne głosy: staccato rozmów funkcjonariuszy przybyłych na miejsce zbrodni i echa kroków ludzi chodzących po twardej podłodze. Wyobrażała sobie Crowe’a, paradującego w samym centrum wydarzeń z wyprężoną piersią, wyprostowanymi ramionami i hollywoodzką fryzurą.

– Mamy tu cholerną jatkę – oznajmił. – Pięć ofiar, w tym troje dzieci. Najmłodsze miało najwyżej osiem lat.

Nie chcę tego oglądać, pomyślała Jane. Nie dzisiaj. Nigdy. Zdołała jednak odpowiedzieć:

– Gdzie jesteś?

– W rezydencji przy Louisburg Square. Pełno tu pieprzonych wozów transmisyjnych, więc pewnie będziesz musiała zaparkować ze dwie przecznice dalej.

Zamrugała ze zdziwienia.

– To się stało na Beacon Hill?

– Tak. Nawet bogacze umierają.

– Kim są ofiary?

– Bernard i Cecilia Ackermanowie, pięćdziesiąt i czterdzieści osiem lat. I ich trzy adoptowane córki.

– A chłopak, który ocalał, był ich synem?

– Nie. Nazywa się Teddy Clock. Mieszkał z Ackermanami od dwóch lat.

– Mieszkał z nimi? Był ich krewnym?

– Nie – odparł Crowe. – Adoptowanym dzieckiem.

Rozdział czwarty

Gdy Jane weszła na Louisburg Square, zauważyła znajomego czarnego lexusa, zaparkowanego pomiędzy pojazdami bostońskiej policji, i wiedziała, że lekarz sądowy Maura Isles jest już na miejscu. Sądząc po wozach transmisyjnych, były tam również ekipy wszystkich bostońskich stacji telewizyjnych. I nic dziwnego. Mało która z luksusowych dzielnic miasta dorównywała temu placowi, z zadbanym parkiem i mnóstwem drzew. Neoklasyczne rezydencje z widokiem na park zamieszkiwali zarówno posiadacze starych, jak i nowych fortun, korporacyjni potentaci, bostońscy jajogłowi i były amerykański senator. Ale i w tej okolicy dochodziło do przemocy. „Nawet bogacze umierają”, jak powiedział Crowe, jednak kiedy im się to przydarza, wszyscy się tym interesują. Za kordonem policyjnej taśmy zebrał się tłum gapiów. Beacon Hill było popularnym celem wycieczek i dziś turyści z pewnością mieli poczucie, że dobrze wydali swoje pieniądze.

– Hej, zobaczcie! To detektyw Rizzoli.

Jane spostrzegła reporterkę telewizji i kamerzystę, zmierzających w jej kierunku, i uniosła rękę, by zapobiec jakimkolwiek pytaniom. Oczywiście zignorowali ten gest i podążyli za nią przez plac.

– Pani detektyw, podobno jest jakiś świadek!

Jane przepychała się przez tłum, mrucząc:

– Policja. Proszę mnie przepuścić.

– Czy to prawda, że system alarmowy był wyłączony? I że niczego nie ukradziono?

Ci przeklęci reporterzy wiedzą więcej niż ona. Przeszła pod taśmą policyjną i podała swoje nazwisko i numer jednostki dyżurnemu policjantowi. Była to tylko formalność. Wiedział dokładnie, kim ona jest, i odznaczył już jej nazwisko na liście.

– Szkoda, że pani nie widziała, jak ta dziewczyna ścigała detektywa Frosta – powiedział ze śmiechem. – Wyglądał jak przerażony królik.

– Frost jest w środku?

– I porucznik Marquette także. Komisarz już jedzie i spodziewam się, że Jego Wysokość też się pojawi.

Spojrzała na imponującą czterokondygnacyjną rezydencję z czerwonej cegły i mruknęła: „O rany!”.

– Podejrzewam, że jest warta jakieś piętnaście, dwadzieścia milionów – ocenił policjant.

Ale to było, zanim wprowadziły się do niej duchy, pomyślała, wpatrując się w eleganckie wykuszowe okna i misternie rzeźbione trójkątne zwieńczenie nad masywnymi frontowymi drzwiami. Za nimi czekał koszmar, który przyprawiał o mdłości. Troje martwych dzieci. Oto przekleństwo rodzicielstwa. Każde martwe dziecko ma naszą twarz. Wkładając rękawiczki i papierowe ochraniacze na buty, starała się wznieść emocjonalną barierę. Jak robotnik na budowie, który zakłada kask, włożyła swoją zbroję i weszła do środka.

Spojrzała na schody pnące się na wysokość czterech kondygnacji, aż do szklanej kopuły dachu, przez którą wpadało złotym strumieniem słoneczne światło. Z górnych pięter dobiegały głosy, w większości męskie. Choć wykręcała szyję, nie dostrzegła z holu nikogo, słyszała tylko te głosy, jak pomruki duchów w domu, który w ciągu stulecia musiało zamieszkiwać wielu ludzi.

– Rzut oka na to, jak żyją inni – powiedział męski głos.

Odwróciwszy się, zobaczyła w progu detektywa Crowe’a.

– I jak umierają – dodała.

– Umieściliśmy chłopca u sąsiadów. Sąsiadka była na tyle miła, że pozwoliła mu u siebie zostać. Chłopak ją zna, więc pomyśleliśmy, że będzie mniej zestresowany, jeśli tam go przesłuchamy.

– Najpierw muszę się dowiedzieć, co zdarzyło się w tym domu.

– Próbujemy to ustalić.

– Dlaczego zjawiły się tu wszystkie grube ryby? Podobno komisarz jest w drodze.

– Spójrz tylko na to miejsce. Pieniądze mają swoją wymowę, nawet gdy jesteś martwy.

– Skąd miała je ta rodzina?

– Bernard Ackerman był emerytowanym bankierem inwestycyjnym. Ten dom należał do jego rodziny od dwóch pokoleń. Byli wielkimi filantropami. Wspierali chyba wszystkie organizacje charytatywne.

– Dlaczego zginęli?

– Może się rozejrzysz? – Zaprosił ją gestem ręki do pokoju, z którego właśnie wyszedł. – I powiesz mi, co o tym sądzisz.

Tak naprawdę Darren Crowe wcale nie liczył się z jej opinią. Kiedy zaczęła pracować w wydziale zabójstw, dochodziło między nimi do ostrych spięć i odnosił się do niej z wyraźnym lekceważeniem. Nadal wyczuwała je w jego śmiechu, w tonie głosu. Jeśli zasługiwała w jego oczach na szacunek, zawsze było to tylko chwilowe, a teraz znów miała okazję, by go stracić.

Poszła za nim przez salon, wysoki na sześć metrów, którego sufit zdobiły namalowane cherubiny, winorośl i rozety ze złotymi liśćmi. Nie miała szansy dłużej podziwiać sufitu ani olejnych obrazów, gdyż Crowe podążył wprost do biblioteki, gdzie Jane zobaczyła porucznika Marquette’a i doktor Maurę Isles. W ten ciepły czerwcowy dzień Maura miała na sobie brzoskwiniową bluzkę, co było niezwykłe, bo preferowała czernie i szarości. Z geometryczną fryzurą i subtelnymi rysami twarzy Maura wyglądała na kobietę, która mogłaby mieszkać w takim domu, w otoczeniu obrazów i perskich dywanów.

Stali wśród książek, wypełniających od podłogi do sufitu mahoniowe półki. Kilka tomów spadło na podłogę, gdzie leżał twarzą w dół siwy mężczyzna, z ręką wyciągniętą w kierunku regału, jakby nawet po śmierci sięgał po książkę. Był w piżamie i kapciach. Kula przeszyła jego rękę i czoło. Grzbiety oprawionych w skórę książek na półce nad zwłokami opryskane były krwią. Uniósł rękę, aby osłonić się przed kulą, pomyślała Jane. Widział, co mu grozi. Wiedział, że zginie.

– Przybliżony czas zgonu zgodny z tym, co mówi świadek – powiedziała Maura do Marquette’a.

– A więc po północy.

– Tak.

Jane przykucnęła nad ciałem i przyjrzała się ranie wlotowej.

– Dziewięć milimetrów?

– Albo magnum trzy pięć siedem – odparła Maura.

– Nie wiecie? Nie mamy łusek?

– Ani jednej w całym domu.

Zaskoczona Jane podniosła wzrok.

– Rany, pedantyczny zabójca. Sprząta po sobie.

– Pedantyczny pod wieloma względami – stwierdziła Maura, wpatrując się z namysłem w martwego Bernarda Ackermana. – To była szybka i skuteczna robota. Minimum bałaganu. Podobnie na górze.

Na górze, pomyślała Jane. Dzieci.

– Czy pozostali członkowie rodziny zginęli mniej więcej w tym samym czasie co pan Ackerman? Czy później? – spytała Jane rzeczowym tonem, choć była wstrząśnięta.

– Moje szacunki są tylko przybliżone. Żeby określić to precyzyjniej, będziemy potrzebowali dokładniejszej informacji od świadka.

– Którą zdobędzie dla nas detektyw Rizzoli – oznajmił Crowe.

– Skąd wiesz, że poradzę sobie z tym chłopcem? – spytała Jane. – Nie zdziałam cudów.

– Liczymy na ciebie, bo nie mamy na czym się oprzeć. Tylko kilka odcisków palców na klamce kuchennych drzwi. Żadnych śladów włamania. A system alarmowy został wyłączony.

– Wyłączony? – Jane spojrzała na zwłoki. – Wygląda na to, że pan Ackerman wpuścił zabójcę.

– Albo po prostu zapomniał włączyć alarm. Potem usłyszał jakiś hałas i zszedł na dół, by sprawdzić, co się dzieje.

– Rabunek? Czy coś skradziono?

– Szkatułka z biżuterią pani Ackerman wydaje się nienaruszona – odparł Crowe. – Jego portfel i jej portmonetka leżą na toaletce w sypialni.

– Czy zabójca w ogóle wszedł do sypialni?

– O, tak. Wszedł. Do wszystkich sypialni. – Usłyszała w głosie Crowe’a złowieszczy ton. Wiedziała, że na górze zastanie coś o wiele gorszego niż te zachlapane krwią książki.

– Mogę zaprowadzić cię na piętro, Jane – rzekła cicho Maura.

Jane podążyła za nią do holu. Obie milczały, jakby takie doświadczenie najlepiej było przeżywać w ciszy. Wchodząc po szerokich schodach, Jane wszędzie widziała skarby. Antyczny zegar. Obraz kobiety w czerwieni. Rejestrowała automatycznie te szczegóły, zbierając równocześnie siły na to, co czeka ją na górnych piętrach. W sypialniach.

Maura skręciła w prawo i poszła do pokoju na końcu korytarza. Jane zobaczyła przez otwarte drzwi swojego partnera, detektywa Barry’ego Frosta. Miał na rękach fioletowe lateksowe rękawiczki. Stał z łokciami przyciśniętymi do boków, w pozycji, jaką przyjmuje instynktownie na miejscu zbrodni każdy policjant, by niczego nie zanieczyścić. Zobaczywszy Jane, pokręcił smętnie głową, jakby chciał powiedzieć: „Ja też nie mam ochoty być tutaj w tak piękny dzień”.

Jane weszła do pokoju i na chwilę oślepiło ją słońce wpadające przez okna sięgające od podłogi do sufitu. Zasłony nie były potrzebne, by zapewnić prywatność, gdyż okna wychodziły na otoczony murem dziedziniec z japońskim klonem o pięknych bordowych liściach i różami w pełnym rozkwicie. Ale uwagę Jane przykuło ciało kobiety. Cecilia Ackerman, ubrana w beżową koszulę nocną, leżała na plecach w łóżku przykryta do ramion kołdrą. Z wymyślnymi jasnymi pasemkami we włosach wyglądała na mniej niż czterdzieści osiem lat. Miała zamknięte oczy i dziwnie pogodną twarz. Kula weszła tuż nad lewą brwią, a krąg prochu na skórze świadczył o tym, że była to rana kontaktowa: naciśnięto spust, przyłożywszy jej lufę do czoła. Spałaś, kiedy zabójca strzelił, pomyślała Jane. Nie krzyczałaś ani nie stawiałaś oporu, nie stanowiłaś dla niego zagrożenia. A jednak napastnik wszedł do tego pokoju i strzelił ci w głowę.

– Będzie jeszcze gorzej – uprzedził Frost.

Spojrzała na swojego partnera, który w porannym świetle wydawał się wykończony. Ale w jego oczach dostrzegła coś więcej niż zmęczenie: był wstrząśnięty tym, co zobaczył.

– Sypialnie dzieci są na drugim piętrze – powiedziała Maura tonem tak beznamiętnym, jakby zajmowała się sprzedażą nieruchomości i opisywała ten wielki dom klientce. Jane usłyszała na górze skrzypienie, odgłosy kroków innych członków ekipy, poruszających się po pokojach nad nimi, i przypomniała sobie nagle, jak któregoś roku pomagała zaprojektować na Halloween szkolny gabinet grozy. Spryskali wszystko czerwoną farbą i zrobili groteskowo makabryczną inscenizację, która wyglądała o wiele straszniej niż ta sypialnia z leżącą spokojnie ofiarą. Prawdziwe życie nie wymaga krwawej jatki, by budzić przerażenie.

Maura wyszła z pokoju, dając do zrozumienia, że zobaczyły już wszystko co istotne i należy iść dalej. Jane podążyła za nią na schody. Przez świetlik wpadało złotawe światło, jakby szły do nieba, ale te schody prowadziły zupełnie gdzie indziej. Do miejsca, którego Jane nie chciała odwiedzać. Jasna bluzka Maury, tak dla niej nietypowa, wydawała się rażąco niestosowna, jak jaskrawy róż na pogrzebie. Był to drobny szczegół, ale Jane czuła dyskomfort, a nawet złość, że Maura musiała ubrać się tak kolorowo akurat tego ranka, gdy zamordowano troje dzieci.

Kiedy dotarły na drugie piętro, Maura ominęła zwinnie jakąś przeszkodę na podeście, unosząc nad nią osłonięty papierem but. Dopiero pokonawszy najwyższy stopień, Jane dostrzegła przykryte folią przerażająco małe zwłoki. Maura przykucnęła i uniosła róg folii.

Dziewczynka leżała na boku, skulona w pozycji embrionalnej, jakby szukała schronienia w bezpiecznym łonie. Miała skórę koloru kawy i czarne włosy zaplecione w cienkie warkoczyki, ozdobione jasnymi koralikami. W odróżnieniu od białoskórych ofiar na dole, wyglądała na Afroamerykankę.

– Ofiara numer trzy to Kimmie Ackerman, osiem lat – wyjaśniła Maura bezbarwnym, beznamiętnym głosem, który coraz bardziej drażnił Jane, gdy patrzyła na dziewczynkę na podeście. Była jeszcze dzieckiem. Miała różową piżamkę w tańczące koniki. Na podłodze obok ciała widniał odcisk szczupłej bosej stopy. Ktoś wdepnął w kałużę jej krwi i zostawił ślad, uciekając z domu. Był zbyt mały, by należał do mężczyzny. Teddy.

– Kula przebiła kość potyliczną, ale nie na wylot. Kąt wskazuje, że napastnik był wyższy i strzelał z tyłu.

– Ona się poruszała – powiedziała cicho Jane. – Próbowała uciec.

– Sądząc z jej pozycji, gdy ją zabito, biegła w kierunku jednej z sypialni na drugim piętrze.

– Strzałem w tył głowy.

– Tak.

– Kto, kurwa, robi coś takiego? Zabija dziecko?

Maura zaciągnęła folię i wstała.

– Może widziała coś na dole. Na przykład twarz zabójcy. To byłby motyw.

– Do cholery z twoją logiką! Ktokolwiek to zrobił, wszedł do tego domu gotowy zabić dziecko. Wymordować całą rodzinę.

– Nie znam motywu.

– Tylko przyczynę śmierci.

– Zabójstwo.

– Tak sądzisz?

Maura ściągnęła brwi.

– Dlaczego jesteś na mnie zła?

– A dlaczego sprawiasz wrażenie, że wcale się tą sprawą nie przejmujesz?

– Myślisz, że się nie przejmuję? Że potrafię patrzeć na to dziecko i nie czuć tego co ty?

Patrzyły na siebie przez chwilę nad zwłokami dziewczynki. Było to kolejne przypomnienie, że ich przyjaźń przeżywa kryzys, odkąd Maura obciążyła niedawno bostońskiego policjanta zeznaniami, które posłały go do więzienia. Choć zdradę w policji trudno zapomnieć, Jane bardzo chciała zasypać przepaść między nimi. Ale o usprawiedliwienia nie było łatwo i minęło już zbyt wiele tygodni, podczas których krawędzie tej przepaści stwardniały jak beton.

– Chodzi o to… – Jane westchnęła ciężko – nie cierpię, gdy giną dzieci. Chcę wtedy kogoś udusić.

– Ja także. – Choć Maura powiedziała to cicho, Jane dostrzegła w jej oczach stalowy błysk. Tak, był w nich gniew, tyle że lepiej maskowany i kontrolowany, jak prawie wszystko w jej życiu.

– Rizzoli! – zawołał od drzwi detektyw Thomas Moore. Podobnie jak Frost wydawał się przybity, jakby z powodu trudów tego dnia postarzał się o dziesięć lat. – Rozmawiałaś już z tym chłopcem?

– Jeszcze nie. Chciałam najpierw zobaczyć, z czym mamy tu do czynienia.

– Spędziłem z nim godzinę. Prawie nic nie powiedział. Pani Lyman, sąsiadka, mówi, że kiedy zjawił się w jej domu około ósmej rano, był jak sparaliżowany.

– Zdaje się, że potrzebuje psychiatry.

– Zawiadomiliśmy doktora Zuckera i jest już w drodze pracownica opieki społecznej. Ale pomyślałem, że może Teddy porozmawia z tobą. Jesteś matką.

– Wiesz, co ten chłopiec widział?

Moore pokręcił głową.

– Mam nadzieję, że nie to, co jest w tym pokoju.

To ostrzeżenie wystarczyło, by palce Jane zlodowaciały w lateksowych rękawiczkach. Moore był wysokim mężczyzną i szerokimi ramionami zasłaniał widok sypialni, jakby chciał oszczędzić jej tego, co miała zobaczyć. W milczeniu odsunął się na bok, by mogła przejść.

W kącie kucały dwie laborantki z wydziału kryminalnego. Gdy weszła, podniosły wzrok. Były to młode kobiety, należące do nowej generacji adeptek kryminalistyki, które dominowały teraz w tej branży. Obie wyglądały zbyt młodo, by mieć dzieci, by wiedzieć, jak to jest, gdy przykłada się z niepokojem wargi do rozgorączkowanego policzka albo panikuje na widok otwartego okna i pustego łóżeczka. Z macierzyństwem wiąże się całe mnóstwo koszmarów. W tym pokoju jeden z nich się ziścił.

– Przypuszczamy, że te ofiary to córki Ackermanów, Cassandra, dziesięć lat, i Sarah, dziewięć. Obie adoptowane – powiedziała Maura. – Ponieważ wyszły z łóżek, coś musiało je obudzić.

– Strzały? – spytała cicho Jane.

– Sąsiedzi nie słyszeli strzałów – zaznaczył Moore. – Musiano użyć tłumika.

– Ale coś te dziewczynki zaalarmowało – stwierdziła Maura. – Coś skłoniło je do wyjścia z łóżek.

Jane nie ruszyła się od drzwi. Przez chwilę nikt się nie odzywał i zdała sobie sprawę, że wszyscy czekają, aż podejdzie do zwłok i zrobi, co do niej należy. A właśnie na to nie miała ochoty. Zmusiła się, by podejść do splecionych w uścisku ciał i przykucnęła. Zginęły, trzymając się w objęciach.

– Sądząc z ich pozycji, Cassandra próbowała osłonić młodszą siostrę – wyjaśniła Maura. Dwie kule przeszyły najpierw jej ciało, zanim trafiły Sarah. Dobito je pojedynczymi strzałami w głowy. Ubrania nie są poszarpane, więc nie widzę ewidentnych dowodów przemocy seksualnej, ale potwierdzi to autopsja. Wykonamy ją dzisiaj po południu, gdybyś chciała popatrzeć, Jane.

– Nie, nie chcę popatrzeć. Nie powinnam nawet tu być. – Odwróciła się i wyszła z pokoju, szeleszcząc papierowymi ochraniaczami i uciekając od widoku dwóch dziewczynek, splecionych w uścisku śmierci. Ale idąc w kierunku schodów, znów zobaczyła ciało najmłodszej ofiary, ośmioletniej Kimmie. Gdziekolwiek spojrzę, pomyślała, pęka mi serce.

– Jane, dobrze się czujesz? – spytała Maura.

– Pomijając fakt, że chciałabym rozszarpać tego drania na strzępy?

– Czuję dokładnie to samo.

Ale potrafisz lepiej to ukryć. Jane spojrzała na zakryte folią ciało.

– Patrząc na to dziecko, widzę moje własne – powiedziała cicho.

– Jesteś matką, więc to naturalne. Posłuchaj, Crowe i Moore będą przy autopsji. Nie musisz tam być. – Maura spojrzała na zegarek. – To będzie długi dzień. A ja jeszcze nawet się nie spakowałam.

– Czy to w tym tygodniu odwiedzasz szkołę Juliana?

– Choćby się waliło i paliło, jutro wyruszam do Maine. Dwa tygodnie z nastolatkiem i jego psem. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać.

Maura nie miała dzieci, więc skąd mogła wiedzieć?

Z szesnastoletnim Julianem Perkinsem łączyło ją tylko tyle, że poprzedniej zimy przeżyli wspólnie koszmar, walcząc o przetrwanie na pustkowiu w Wyoming. Zawdzięczała temu chłopcu życie i teraz była zdecydowana zastąpić mu matkę, którą stracił.

– Zobaczmy, co mogę ci powiedzieć o nastolatkach? – Jane chciała być pomocna. – Moi bracia mieli śmierdzące buty. Sypiali do południa. I jadali dwanaście razy dziennie.

– Męski metabolizm okresu dojrzewania. Nic na to nie poradzą.

– Rany! Naprawdę stałaś się mamuśką.

Maura się uśmiechnęła.

– To w sumie miłe uczucie.

Ale macierzyństwu towarzyszą koszmary, przypomniała sobie Jane, odwracając się od ciała Kimmie. Czuła ulgę, schodząc na dół i uciekając z tego domu grozy. Gdy wyszła na dwór, wciągnęła głęboko powietrze, jakby chciała pozbyć się z płuc tchnienia śmierci. Tłum reporterów jeszcze bardziej zgęstniał, ustawione rzędem kamery telewizyjne otaczały jak tarany obszar zaznaczony taśmą policyjną. Crowe stał w centrum sceny, hollywoodzki detektyw grający dla publiczności. Nikt nie zwrócił uwagi na Jane, gdy przemknęła bokiem i weszła do sąsiedniego domu.

Policjant, który stał na straży na ganku, uśmiechał się drwiąco na widok Crowe’a występującego przed kamerami.

– Kto, pani zdaniem, zagra go w filmie? – spytał. – Czy Brad Pitt jest wystarczająco przystojny?

– Nikt nie jest wystarczająco przystojny, by zagrać Crowe’a – prychnęła. – Muszę pomówić z tym chłopcem. Jest w środku?

– Z agentką Vasquez.

– Czekamy też na psychiatrę, więc jeśli zjawi się doktor Zucker, niech go pan przyśle.

– Tak jest.

Jane uświadomiła sobie, że nadal jest w rękawiczkach i ochraniaczach na buty, które założyła na miejscu zbrodni. Ściągnęła je, wsunęła do kieszeni i wcisnęła dzwonek. Po chwili w drzwiach pojawiła się elegancka siwowłosa kobieta.

– Pani Lyman? – spytała Jane. – Jestem detektyw Rizzoli.

Kobieta skinęła głową i zaprosiła ją do środka.

– Proszę się pospieszyć. Nie chcę, żeby zauważyli nas ci koszmarni kamerzyści. To takie naruszenie prywatności.

Gdy Jane weszła do domu, kobieta szybko zamknęła drzwi.

– Powiedziano mi, że pani przyjdzie. Chociaż nie jestem pewna, czy poradzi pani sobie z Teddym. Ten przemiły detektyw Moore okazał mu tyle cierpliwości.

– Gdzie jest Teddy?

– W oranżerii w ogrodzie. Biedny chłopiec prawie się do mnie nie odzywa. Pojawił się dziś rano przed moimi drzwiami, jeszcze w piżamie. Gdy tylko na niego spojrzałam, od razu wiedziałam, że stało się coś strasznego. – Odwróciła się. – Proszę tędy.

Jane podążyła za panią Lyman do holu, spoglądając na schody, dokładnie takie same jak w rezydencji Ackermanów. Ten dom był też równie pełen wyszukanych – i wyglądających na drogie – dzieł sztuki.

– Co powiedział? – spytała Jane.

– Powiedział: „Nie żyją. Wszyscy nie żyją”. I tylko tyle zdołał wydusić. Zobaczyłam krew na jego bosej stopie i natychmiast wezwałam policję. – Przystanęła przy drzwiach do oranżerii. – Cecilia i Bernard byli dobrymi ludźmi. A ona była taka szczęśliwa, bo w końcu miała to, czego pragnęła: dom pełen dzieci. Byli już w trakcie adoptowania Teddy’ego. A teraz znów został sam. – Przerwała. – Wie pani, mogę go tu zatrzymać. Zna mnie i ten dom. Cecilia by sobie tego życzyła.

– To wspaniała propozycja, pani Lyman, ale opieka społeczna ma rodziny zastępcze specjalnie przeszkolone do zajmowania się dziećmi po przejściach.

– No cóż, tak tylko pomyślałam… Ponieważ już go znam.

– Więc może mi pani coś o nim powie. Jak się z nim porozumieć? Czym się interesuje?

– Jest bardzo spokojny. Uwielbia książki. Gdy odwiedzałam sąsiadów, Teddy zawsze siedział w bibliotece Bernarda, otoczony książkami na temat historii Rzymu. Niech pani spróbuje przełamać lody, poruszając ten temat.

Historia Rzymu. Taak, to moja specjalność.

– Czym jeszcze się interesuje?

– Ogrodnictwem. Uwielbia egzotyczne rośliny w mojej oranżerii.

– A sport? Moglibyśmy porozmawiać o Boston Bruins? Albo Patriots?

– Och, tym się nie interesuje. Jest zbyt wyrafinowany.

A więc ja wychodzę na troglodytkę.

Pani Lyman zamierzała otworzyć drzwi do oranżerii, gdy Jane spytała:

– A co z jego biologiczną rodziną? Jak trafił do Ackermanów?

Pani Lyman odwróciła się do Jane.

– Nie wie pani tego?

– Słyszałam, że jest sierotą i nie ma żyjących krewnych.

– Dlatego właśnie to taki szok, szczególnie dla Teddy’ego. Cecilia tak bardzo pragnęła, by mógł zacząć od nowa i zaznał szczęścia. Nie sądzę, by miał jeszcze taką szansę. Teraz gdy znowu się to zdarzyło.

– Znowu?

– Dwa lata temu Teddy był z rodziną na jachcie, zakotwiczonym w pobliżu wyspy Saint Thomas. Nocą, gdy wszyscy spali, ktoś wszedł na pokład. Rodziców Teddy’ego i jego siostry zamordowano. Zostali zastrzeleni.

Jane nagle zdała sobie sprawę, jaka cisza panuje w domu. Było tak cicho, że następne pytanie zadała szeptem:

– A Teddy? Jak ocalał?

– Cecilia wspominała, że znaleziono go w wodzie. Unosił się na powierzchni w kamizelce ratunkowej. I nie pamiętał, jak się tam znalazł. – Pani Lyman spojrzała na zamknięte drzwi do oranżerii. – Teraz pani rozumie, dlaczego to dla niego taki wstrząs. Stracić rodzinę raz to wystarczająco ciężkie doświadczenie. Ale dwukrotnie? – Pokręciła głową. – To nie powinno się przydarzyć żadnemu dziecku.

Rozdział piąty

Nie mogli wybrać bardziej uspokajającego miejsca dla dziecka, które przeżyło szok, niż oranżeria pani Lyman. Za taflami szkła widać było otoczony murem ogród. Przez okna wpadały promienie porannego słońca, stanowiące pokarm dla wilgotnej dżungli winorośli, paproci i drzewek w doniczkach. Jane nie dostrzegła w tym bujnym gąszczu chłopca, zobaczyła tylko policjantkę, która podniosła się szybko z ratanowego ogrodowego krzesła.

– Detektyw Rizzoli? Jestem agentka Vasquez – oznajmiła.

– Jak się czuje Teddy? – spytała Jane.

Vasquez spojrzała w kąt, gdzie pnąca się winorośl utworzyła gęsty baldachim i szepnęła:

– Nie odezwał się do mnie ani słowem. Siedzi skulony i pojękuje.

Dopiero w tym momencie Jane zauważyła patykowatą postać przycupniętą pod okapem z winorośli. Chłopiec obejmował ramionami podkurczone nogi, przyciskając je do piersi. Powiedziano jej, że ma czternaście lat, ale wyglądał na mniej. Był w niebieskawej piżamie, a jego twarz przesłaniał lok jasnobrązowych włosów.

Jane przyklęknęła i podczołgała się w jego kierunku, zanurzając się w cień winorośli. Chłopiec nie poruszył się, gdy usiadła przy nim w jego kryjówce w dżungli.

– Teddy, jestem Jane. Chcę ci pomóc.

Nie podniósł wzroku, nie odpowiedział.

– Siedzisz tu już jakiś czas, prawda? Musisz być głodny.

Pokręcił głową? Czy to było wzdrygnięcie, sejsmiczny wstrząs spowodowany bólem, nagromadzonym w tym kruchym ciele?

– Co powiesz na mleko z czekoladą? Albo lody? Założę się, że pani Lyman ma jakieś w lodówce.

Chłopiec jakby jeszcze bardziej się skurczył, zwinął w kłębek tak mocno, że Jane zastanawiała się, czy uda im się kiedykolwiek rozprostować jego kończyny. Spojrzała przez gąszcz winorośli na agentkę Vasquez, która stała w pobliżu, przyglądając się jej.

– Może nas pani zostawić? – poprosiła. – Myślę, że to dla niego trochę za dużo, gdy jesteśmy tu obie.

Vasquez wyszła z oranżerii, zamykając za sobą drzwi. Przez dziesięć, piętnaście minut Jane nic nie mówiła i nawet nie spojrzała na chłopca. Siedzieli obok siebie w milczeniu i słychać było tylko delikatny plusk wody w marmurowej fontannie. Oparta o słup altanki, spojrzała w górę na łuki gałęzi. W tym rajskim ogrodzie, osłoniętym od zimna, kwitły nawet bananowce i drzewa pomarańczowe. Wyobrażała sobie, jak wchodzi tu w zimowy dzień, gdy na dworze pada śnieg, i wdycha zapach ciepłej ziemi i zielonych roślin. Oto co można kupić za pieniądze, pomyślała. Wieczną wiosnę. Wpatrując się w słońce, słyszała obok siebie oddech chłopca. Był wolniejszy i spokojniejszy niż parę chwil wcześniej. Usłyszała szelest liści, gdy sadowił się wśród winorośli, ale oparła się pokusie, by na niego spojrzeć. Przypomniała sobie, jaki wrzask podniosła w zeszłym tygodniu jej dwuletnia córeczka Regina. „Przestań się na mnie gapić! Przestań!”. Jane i jej mąż Gabriel roześmiali się, co rozjuszyło Reginę jeszcze bardziej. Nawet dwulatki nie lubią, gdy ktoś im się przygląda, i mają za złe, że narusza się ich prywatność. Starała się więc, by Teddy Clock nie uznał jej za intruza, i w milczeniu dzieliła z nim liściastą kryjówkę. Nawet usłyszawszy jego westchnienie, nadal skupiała uwagę na przeświecających przez gałęzie promieniach słońca.

– Kim pani jest? – wyszeptał. Zmusiła się, by trwać w bezruchu, by nie zakłócić spokoju.

– Mam na imię Jane – odparła równie cicho.

– Ale kim pani jest?

– Przyjaciółką.

– Nieprawda. Nawet pani nie znam.

Zastanowiła się nad jego słowami i musiała przyznać, że ma rację. Nie jest jego przyjaciółką. Jest policjantką, która potrzebuje czegoś od niego i gdy tylko to dostanie, przekaże go opiece społecznej.

– Masz rację, Teddy – przyznała. – Nie jestem prawdziwą przyjaciółką. Jestem detektywem. Ale chcę ci pomóc.

– Nikt nie może mi pomóc.

– Ja mogę. I zrobię to.

– Więc pani też zginie.

Powiedział to tak beznamiętnie, że Jane przeszły ciarki po plecach. „Pani też zginie”. Spojrzała na chłopca. Nie patrzył na nią, spoglądał posępnie w przestrzeń, jakby widział przyszłość pozbawioną wszelkiej nadziei. Miał szkliste niebieskie oczy, jak z innej planety. Jego rzadkie jasnobrązowe włosy były rozwichrzone jak wąsy kukurydzy, a pojedynczy lok opadał na blade, wydatne czoło. Miał bose stopy i gdy kołysał się w przód i w tył, dostrzegła pod palcami jego prawej nogi plamy zaschniętej krwi. Przypomniała sobie ślady pozostawione na podeście schodów, w pobliżu ciała ośmioletniej Kimmie. Teddy musiał przejść przez kałużę krwi, by uciec z domu.

– Naprawdę mi pani pomoże? – spytał.

– Tak. Obiecuję.

– Nic nie widzę. Zgubiłem je i teraz boję się wrócić, żeby ich poszukać.

– Czego poszukać, Teddy?

– Okularów. Chyba są w moim pokoju. Musiałem je tam zostawić, ale nie pamiętam…

– Znajdę ci je.

– To dlatego nie mogę pani powiedzieć, jak on wyglądał. Nie widziałem go.

Jane zamilkła, bojąc się mu przerwać. Bojąc się, by z powodu tego, co powie lub zrobi, chłopak znów nie zamknął się w swojej skorupie. Czekała, ale słyszała tylko plusk wody w fontannie.

– O kim mówisz? – spytała w końcu.

Popatrzył na nią, a w jego oczach zalśnił błękitny płomień.

– O człowieku, który ich zabił. – Głos mu się załamał, a słowa więzły w gardle, gdy mówił coraz bardziej piskliwym głosem. – Chciałbym pani pomóc, ale nie mogę. Nie mogę…

Wiedziona instynktem macierzyńskim rozłożyła nagle ręce i chłopak przylgnął do niej, przyciskając twarz do jej ramienia. Obejmowała go, czując, że jego ciało jest jak worek kości, wstrząsany tak potężnymi konwulsjami, że mógłby się rozsypać, gdyby go nie trzymała. Mógł nie być jej synem, ale w tym momencie, gdy do niej przywierał, a jego łzy wsiąkały w jej bluzkę, czuła się jego matką, gotową ochronić go przed wszystkimi potworami tego świata.