Ostatni kojot - Michael Connelly - ebook

36 osób właśnie czyta

Opis

Po potężnej awanturze z szefem Harry Bosch zostaje wysłany na przymusowy urlop. W tym czasie postanawia wrócić do nierozwiązanej sprawy śmierci swojej matki. Kobieta trudniła się prostytucją i została brutalnie zamordowana, kiedy Harry miał dwanaście lat. Bosch wygrzebuje akta sprzed po­nad trzydziestu lat, składa wizyty kilkorgu znajomym matki, odwiedza też policjantów prowadzących przed laty tę dochodzenie. Wyniki prywatnego śledztwa wykazują, że – prawdopodob­nie przez połączenie ze znanymi postaciami ze świata polityki – za­tuszowano całkiem sporo faktów. Kolejne odkryte zbrodnie pozwalają sądzić, że ktoś bardzo nie chce, by prawda wyszła na jaw. Zwłaszcza że rozwiązanie okazuje się niezwykle zaskakujące… Genialna książka, która umacnia rosnącą reputację Connelly'ego jako zdolnego i pomysłowego pisarza. „Houston Chronicle”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


THE LAST COYOTE Copyright © 1995 by Michael Connelly All rights reserved.
Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Amber Sp. z o.o. under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga. Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa Amber Sp. z o.o.
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Zdjęcie autora: Mark DeLong Photography
Redakcja: Mariusz Kulan
Korekta: Marta Chmarzyńska, Joanna Rodkiewicz
ISBN: 978-83-8110-956-7
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail:info@soniadraga.plwww.soniadraga.plwww.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.
.
TEGO AUTORA:
Czarne echo
Czarny lód
Betonowa blondynka
Płonący pokój

Książkę dedykuję Marcusowi Grupie

1

– Może na początek podzieli się pan ze mną swoimi myślami?

– Myślami? Jakimi myślami?

– Wszystko jedno. Na przykład, co pan myśli o tym incydencie?

– O incydencie? Coś tam myślę.

Czekała na jakieś wyjaśnienia, ale on milczał. Jeszcze przed przyjazdem do Chinatown postanowił, że tak właśnie będzie się zachowywał. Zmusi ją, by wyciągała z niego każde słowo.

– Może więc powie mi pan, detektywie Bosch, co pan myśli? – spytała wreszcie. – Przecież to właśnie jest celem...

– Myślę, że to bez sensu. Kompletna bzdura. Poza tym nie mam nic do powiedzenia.

– Zaraz, zaraz. Co to znaczy: bez sensu?

– Zgoda, odepchnąłem go. Zdaje się, że go uderzyłem. Nie jestem pewien, co się dokładnie stało, ale też nie mówię, że tego nie zrobiłem. W porządku, niech mnie zawieszą, przeniosą, postawią przed komisją dyscyplinarną, wszystko mi jedno. Jednak to, co zrobili, jest bez sensu. Przymusowy urlop, głupie gadanie o stresie... Dlaczego mam przychodzić tu trzy razy w tygodniu, żeby rozmawiać z panią, jak jakiś... nawet mnie pani nie zna, nic pani o mnie nie wie. Dlaczego muszę z panią rozmawiać? Po co mi pani podpis?

– Przecież sam pan odpowiedział na te pytania. Zamiast pana ukarać, wydział chce panu pomóc. Wysłano pana na przymusowy urlop, co oznacza, że...

– Wiem, co to oznacza, i właśnie dlatego uważam to za kompletną bzdurę. Ktoś podejmuje arbitralną decyzję, że jestem zestresowany, i dzięki temu może pozbawić mnie pracy na tak długo, jak zechce, lub przynajmniej dopóty, dopóki nie przejdę testów, które pani przygotuje.

– W tej decyzji nie było nic arbitralnego. Podjęto ją na podstawie pańskiego zachowania, które wyraźnie wskazuje, że...

– To, co się stało, nie miało nic wspólnego ze stresem. Rzecz w tym, że... Nieważne. Jak już mówiłem, nie ma w tym żadnego sensu. Dlatego nie traćmy czasu i przejdźmy do rzeczy. Co muszę zrobić, żeby wrócić do pracy?

W jej oczach zapłonął gniew. Dotknęło ją lekceważenie, z jakim wyrażał się o nauce, której poświęciła całe życie. Szybko się jednak opanowała. Musiała się do tego przyzwyczaić – w końcu bez przerwy ma do czynienia z glinami.

– Nie rozumie pan, że wszystko to dla pańskiego dobra? Kierownictwo wydziału najwyraźniej uważa pana za wartościowego pracownika, w przeciwnym razie nie byłoby pana tutaj. Po prostu zostałby pan zwolniony. Tymczasem pańscy szefowie robią co mogą, żeby wrócił pan na swoje stanowisko. Chcą korzystać z pańskiego doświadczenia.

– Uważają mnie za wartościowego pracownika? Jestem po prostu gliną. Tam, na ulicy, nikt nie myśli o czymś takim jak wartości. I cóż to miałoby znaczyć? Czy te wizyty są po to, żebym wysłuchiwał takich komunałów?

Odkaszlnęła i stwierdziła cierpkim tonem:

– Detektywie Bosch, to poważna sprawa. I nie chodzi tylko o incydent, w wyniku którego znalazł się pan na urlopie. To coś o wiele bardziej złożonego. I właśnie z tego powodu się spotykamy. Rozumie pan? Tu nie chodzi tylko o ten jeden incydent. Już wcześniej miał pan problemy. Zanim będę mogła wydać pozytywną opinię na temat pańskiego powrotu do służby, muszę zmusić pana do spojrzenia na samego siebie. Co pan robi? O co panu chodzi? Czemu ma pan takie problemy? Chcę, żeby nasze sesje były szczerą rozmową, w której ja zadaję pytania, a pan na nie odpowiada, nie starając się upokarzać mnie ani kierownictwa wydziału. Tu chodzi tylko o pana.

Harry Bosch spojrzał na nią bez słowa. Chciał zapalić, ale gdyby przyznał się, że jest nałogowcem, zaraz zaczęłaby gadać o psychicznych fiksacjach oralnych lub nikotynowym napędzie. Westchnął więc tylko głęboko i spojrzał na kobietę siedzącą po drugiej stronie biurka. Carmen Hinojos była filigranową osobą o miłej twarzy i przyjaznym usposobieniu. Bosch nie uważał jej za złą. Prawdę mówiąc, słyszał o niej wiele dobrego od tych, którzy przed nim trafili do Chinatown. Ona tylko wykonywała swój zawód i tak naprawdę to nie na nią był wściekły. Wiedział, że jest na tyle rozsądna, by zdawać sobie z tego sprawę.

– Przepraszam – powiedziała – nie powinnam była zaczynać od tak bezpośredniego pytania. Wiem, że to dla pana drażliwy temat. Spróbujmy inaczej. Jeśli pan chce, może pan zapalić.

– To też jest w aktach?

– Nie. Nie musiało być. Zdradził pana ten gest – ciągle unosi pan dłoń do ust. Próbuje pan rzucić palenie?

– Nie, ale to biuro podlega władzom miasta. Przecież zna pani przepisy.

Naiwne tłumaczenie. W komisariacie w Hollywood codziennie je łamał.

– Tutaj nie obowiązują. Nie chcę, żeby pan uważał, że jesteśmy w Parker Center albo w urzędzie miasta. Dlatego właśnie mamy siedzibę tutaj, z dala od całej reszty. Tamte przepisy nas nie obowiązują.

– Nieważne, gdzie jesteśmy. Przecież pracuje pani dla policji Los Angeles.

– Niech pan spróbuje uwierzyć, że policja nie ma z tym nic wspólnego, że przychodzi pan tutaj, by spotkać się z przyjacielem. Porozmawiać. Może pan mówić ze mną o wszystkim.

On jednak wiedział, że nie może jej traktować jak przyjaciela. W żadnym wypadku. Stawka była zbyt wysoka. Mimo to skinął głową, żeby ją zadowolić.

– Niezbyt to przekonujące.

Wzruszył ramionami, co miało znaczyć, że nie stać go na nic lepszego.

– Jeśli pan chce, mogę pana zahipnotyzować i wyleczyć z uzależnienia nikotynowego.

– Gdybym chciał rzucić palenie, zrobiłbym to sam. Ludzie albo są palaczami, albo nie. Ja jestem.

– Tak. Być może to najbardziej typowy przejaw natury autodestrukcyjnej.

– Przepraszam, ale czy jestem na urlopie dlatego, że palę? Czy o to w tym wszystkim chodzi?

– Wydaje mi się, że wie pan, o co tu chodzi.

Przypomniał sobie, że miał mówić jak najmniej, dlatego też się nie odezwał.

– No to kontynuujmy – powiedziała – jest pan na urlopie od... chyba od zeszłego wtorku, prawda?

– Zgadza się.

– I czym się pan w tym czasie zajmował?

– Głównie wypełnianiem formularzy Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego.

– Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego?

– Mój dom ma zostać wyburzony.

– Od trzęsienia ziemi upłynęły trzy miesiące. Dlaczego czekał pan z tym tak długo?

– Byłem zajęty. Pracowałem.

– Rozumiem. Był pan ubezpieczony?

– Niech pani nie mówi „rozumiem”, bo to nieprawda. Pani nie jest w stanie spojrzeć na świat tak jak ja. Odpowiedź brzmi: nie, nie byłem ubezpieczony. Jak prawie wszyscy, próbowałem uciec od rzeczywistości. Tak to nazywacie, prawda? Założę się, że pani była ubezpieczona.

– Tak, byłam. Czy pański dom bardzo ucierpiał?

– Zależy, kogo pani zapyta. Inspektorzy z urzędu miasta twierdzą, że jest całkowicie zniszczony, i nie pozwalają mi nawet do niego wejść. Ja uważam, że wystarczy mały remont i wszystko będzie w porządku. W sklepie żelaznym już pamiętają moje nazwisko. Wynająłem ludzi do pracy. Niedługo skończę remont i złożę wniosek o odwołanie nakazu wyburzenia. Mam adwokata.

– Nadal pan tam mieszka?

Kiwnął głową.

– A to już jest typowa ucieczka od rzeczywistości, detektywie Bosch. Sądzę, że nie powinien pan tego robić.

– A ja sądzę, że to, co robię po pracy, jest moją sprawą i nie powinno pani obchodzić.

Uniosła ręce w pojednawczym geście.

– No, może nie jest to postępowanie, które aprobuję, ale dobrze, że czymś się pan zajął. Co prawda wolałabym, żeby był to jakiś sport, hobby, turystyka, ale uważam, że trzeba ciągle coś robić, by nie myśleć o tym incydencie.

Uśmiechnął się ironicznie.

– O co chodzi?

– Sam nie wiem. Wszyscy mówią na to „incydent”. Przypomina mi się, jak wojnę w Wietnamie nazywano „konfliktem”.

– No to jak nazwałby pan to, co się stało?

– Nie wiem. Jednak incydent... to brzmi jakoś... antyseptycznie. Pani doktor, wróćmy do tego, co mówiła pani wcześniej. Nie chcę wyjeżdżać. Pracuję w Wydziale Zabójstw. To jest moje zajęcie. I chciałbym do niego wrócić. Mogę zrobić jeszcze coś dobrego dla ludzi.

– O ile szefostwo wyrazi zgodę.

– O ile pani wyrazi zgodę. Przecież to zależy od pani.

– Być może. Mówi pan o swojej pracy, jakby to była jakaś misja.

– Bo właściwie tak jest. Jak poszukiwanie Świętego Graala.

W jego głosie zabrzmiał sarkazm. Była to dopiero pierwsza sesja, a rozmowa z nią już stawała się niestrawna.

– Tak pan uważa? Jest pan przekonany, że pańską misją życiową jest ściganie morderców, wsadzanie za kratki złych ludzi?

Wzruszył ramionami. Wstał, podszedł do okna i spojrzał w dół na Hill Street.

Na chodnikach jak zawsze kłębił się tłum przechodniów. Zauważył kilka białych kobiet, które wyróżniały się w morzu azjatyckich twarzy niczym rodzynki w cieście. Minęły sklep mięsny prowadzony przez chińskiego rzeźnika. W oknie wystawowym Bosch dostrzegł wiszące rzędem wędzone kaczki.

Nieco dalej zobaczył estakadę Hollywood Freeway, ciemne okna starego więzienia, a za nim budynek sądu karnego. Po lewej stronie wyrastała wieża ratusza, której wyższe piętra spowijał czarny brezent. Wyglądało to jak oznaka żałoby, ale Bosch wiedział, że brezent ma zapobiec spadaniu gruzu na ulicę podczas usuwania zniszczeń spowodowanych przez trzęsienie ziemi. Za ratuszem stał Szklany Dom. Inaczej mówiąc, Centrum Parkera – komenda główna policji.

– Proszę mi powiedzieć, jaką misję pan spełnia – usłyszał za sobą cichy głos Hinojos. – Chciałabym usłyszeć, jak pan ją opisze własnymi słowami.

Usiadł. Próbował wymyślić odpowiednie wyjaśnienie, ale w końcu potrząsnął głową.

– Nie potrafię.

– Chciałabym, żeby pan się nad tym zastanowił. Nad pańską misją. O co w niej tak naprawdę chodzi? Proszę o tym pomyśleć.

– A jaką pani spełnia misję?

– To nie ma żadnego związku z naszymi spotkaniami.

– Jak to nie? Oczywiście, że ma.

– Detektywie Bosch, to jedyne osobiste pytanie, na które udzielę odpowiedzi. Tematem tych rozmów ma być pan, nie ja. Wierzę, że moją misją jest niesienie pomocy ludziom pracującym w tym wydziale. To robię bezpośrednio. Natomiast pośrednio w ten sposób pomagam również społeczności, mieszkańcom tego miasta. Im lepsi policjanci patrolujący ulice, tym lepsi jesteśmy my wszyscy. Czujemy się bezpieczniej. Wystarczy?

– W porządku. Chce pani, żebym przemyślenia na temat mojej misji ujął w paru zdaniach i nauczył się ich na pamięć, tak żeby brzmiało to jak hasło z encyklopedii?

– Panie... Detektywie Bosch, jeśli przez cały czas zamierza pan dowcipkować i prowokować mnie do kłótni, do niczego to nie doprowadzi, co oznacza, że w najbliższym czasie nie będzie pan miał szans na powrót do pracy. Czy o to właśnie panu chodzi?

Uniósł ręce, jakby chciał pokazać, że się poddaje. Zajrzała do żółtego notesu leżącego na biurku. Dzięki temu, że nie patrzyła na niego, mógł się jej dokładniej przyjrzeć. Carmen Hinojos miała drobne brązowe dłonie, które trzymała przed sobą, na blacie biurka. Żadnego pierścionka ani obrączki. W prawej ręce elegancki długopis. Bosch zawsze uważał, że takimi drogimi długopisami posługują się ludzie przesadnie troszczący się o swój wygląd. W jej wypadku chyba tak nie było. Miała ciemnobrązowe włosy związane z tyłu i okulary w cienkich rogowych oprawkach. W dzieciństwie powinna była nosić aparat ortodontyczny, ale najwyraźniej o to nie zadbała. Podniosła głowę znad notatnika i ich spojrzenia się spotkały.

– Powiedziano mi, że ten incydent... to zdarzenie zbiegło się w czasie z rozpadem pana związku z pewną kobietą.

– Kto to pani powiedział?

– Dowiedziałam się z dostarczonych mi materiałów. Mniejsza o to, skąd pochodziły.

– Przede wszystkim wprowadzono panią w błąd. To nie miało nic wspólnego z tym, co się stało. Rozpad związku, jak to pani określiła, nastąpił prawie trzy miesiące temu.

– Można to przeżywać o wiele dłużej. Wiem, że to osobista sprawa i jest panu trudno, ale sądzę, że powinniśmy o tym porozmawiać. Będę wtedy mogła spróbować odtworzyć pański stan psychiczny w momencie napaści. Czy ma pan coś przeciwko temu?

Bosch machnął ręką na znak, żeby mówiła dalej.

– Jak długo trwał ten związek?

– Mniej więcej rok.

– Czy było to małżeństwo?

– Nie.

– A rozmawialiście o takiej możliwości?

– Nie, raczej nie. Nie mówiliśmy o tym otwarcie.

– Mieszkaliście razem?

– Czasami. Obydwoje mieliśmy własne mieszkania.

– Czy decyzja o rozstaniu jest nieodwołalna?

– Tak mi się wydaje.

Wypowiadając te słowa głośno, Bosch chyba po raz pierwszy przyznał, że Sylvia Moore odeszła z jego życia na zawsze.

– Czy rozstanie nastąpiło za obopólną zgodą?

Odkaszlnął. Wolałby o tym nie mówić, ale chciał mieć to z głowy.

– Chyba można powiedzieć, że zgoda była obopólna, ale nie wiedziałem o tym, dopóki się nie spakowała. Wie pani, trzy miesiące temu tuliliśmy się do siebie w łóżku, a dom trząsł się w posadach. Można by powiedzieć, że odeszła, zanim skończyły się te wstrząsy.

– Jeszcze się nie skończyły.

– To tylko przenośnia.

– Chce pan przez to powiedzieć, że przyczyną zerwania było trzęsienie ziemi?

– Nie, tego nie powiedziałem. Mówię tylko, że właśnie wtedy to się stało. Zaraz po trzęsieniu ziemi. Ona jest nauczycielką, pracuje w Dolinie. Jej szkoła uległa zniszczeniu. Kiedy przeniesiono dzieciaki do innych szkół, okazało się, że jest za dużo nauczycieli. Zaproponowano im urlopy. Sylwia skorzystała z tego i wyjechała.

– Bała się kolejnego trzęsienia ziemi czy pana? – Spojrzała na niego znacząco.

– A dlaczego miałaby się mnie bać?

Wiedział, że zabrzmiało to tak, jakby się bronił.

– Nie wiem. Może dał jej pan jakiś powód ku temu?

Bosch się zawahał. Właściwie nigdy nie zastanawiał się nad tym.

– Jeśli chodzi pani o jakieś fizyczne zagrożenie, nie, nie bała się i nie dałem jej ku temu powodu.

Hinojos skinęła głową i zapisała coś w notatniku. Bosch odczuł lekkie zaniepokojenie na ten widok.

– Proszę mnie posłuchać, to nie ma nic wspólnego z tym, co w zeszłym tygodniu stało się w komisariacie.

– Dlaczego odeszła? Jaki był prawdziwy powód?

Odwrócił się wściekły. Będzie go wypytywać, o co tylko zechce.

Zaatakuje go, kiedy tylko na chwilę opuści gardę.

– Nie wiem.

– W tym pokoju nie można udzielać takich odpowiedzi. Sądzę, że pan wie, a przynajmniej domyśla się pan powodu jej odejścia.

– Dowiedziała się, kim jestem.

– Dowiedziała się, kim pan jest? Co to znaczy?

– Musiałaby pani ją o to zapytać. To jej słowa. Ale ona jest w Wenecji, we Włoszech.

– A jak pan sądzi, o co jej poszło?

– Nieważne, co ja sądzę. Ona to powiedziała i to ona mnie opuściła.

– Detektywie Bosch, niech pan ze mną nie walczy. Ja naprawdę bardzo chcę, żeby pan wrócił do pracy. Jak już mówiłam, na tym właśnie polega moja misja. Trudno się jednak z panem dogadać.

– Może właśnie o to jej chodziło.

– Wątpię, żeby sprawa była taka prosta.

– A ja nie.

Spojrzała na zegarek i pochyliła się nad biurkiem. Na jej twarzy odmalowało się niezadowolenie.

– No dobrze, rozumiem, jakie to dla pana nieprzyjemne. Przejdziemy do innego tematu, ale chyba jeszcze do tego wrócimy. Chcę, żeby pan się nad tym zastanowił. Niech pan spróbuje wyrazić słowami swoje uczucia. – Zapadła długa cisza. – Jeszcze raz spróbujmy porozmawiać o tym, co stało się w ubiegłym tygodniu. Wiem, że prowadził pan wtedy śledztwo w sprawie zabójstwa prostytutki.

– Zgadza się.

– Czy to było brutalne zabójstwo?

– Słowo „brutalne” może mieć różne znaczenie.

– Owszem, ale przyjmijmy, że chodzi nam o to, jak pan je rozumie. Czy wobec tego nazwałby pan to morderstwo „brutalnym”?

– Tak, było brutalne. Uważam, że prawie wszystkie zabójstwa są brutalne. Dla tych, którzy umierają.

– I aresztował pan podejrzanego?

– Tak, ja i mój partner. To znaczy podejrzany przyszedł komisariatu odpowiedzieć na parę pytań.

– Czy ta sprawa miała dla pana większe znaczenie niż, powiedzmy, te, które rozpracowywał pan w przeszłości?

– Może, nie wiem.

– Dlaczego?

– Dlaczego przejąłem się jakąś prostytutką? Nie, nie przejąłem się. Nie bardziej niż którąkolwiek z innych ofiar. Mam jednak pewną zasadę, której pozostaję wierny podczas każdego śledztwa.

– Jaka to zasada?

– Liczą się wszyscy albo nikt.

– Niech pan to wyjaśni.

– A co tu jeszcze można wyjaśnić? Liczą się wszyscy albo nikt i tyle. To znaczy, że haruję jak wół w każdym śledztwie, bez względu na to, czy ofiarą jest prostytutka czy żona burmistrza. Taką mam zasadę.

– Rozumiem. A teraz przejdźmy do sprawy, o której mówiliśmy. Chciałabym, żeby opowiedział mi pan o tym, co stało się po aresztowaniu podejrzanego i co było przyczyną pańskiego zachowania w komisariacie w Hollywood.

– Czy nasza rozmowa jest nagrywana?

– Nie, to, co pan mi powie, pozostanie prawnie chronioną tajemnicą. Po zakończeniu naszych sesji przekażę swoją opinię zastępcy komendanta Irvingowi. Nie ujawnię mu przebiegu rozmów. Moje opinie zwykle zajmują mniej niż pół strony i nie zawierają żadnych szczegółów.

– Z tym że to pół strony ma dla kogoś takiego jak ja wielkie znaczenie.

Nie odpowiedziała. Bosch spojrzał na nią i pomyślał przez chwilę.

Odniósł wrażenie, że mógłby jej zaufać, ale instynkt i doświadczenie podpowiadały mu, że nie powinien ufać nikomu. Ona wyraźnie zdawała sobie sprawę z dręczącego go problemu i czekała cierpliwie.

– Chce pani usłyszeć moją wersję wydarzeń?

– Tak.

– Zgoda, powiem pani, co się stało.

2

W drodze do domu Bosch palił papierosa. Wiedział jednak, że bardziej przydałby mu się drink na uspokojenie nerwów. Spojrzał na zegarek i uznał, że na wizytę w knajpie jest za wcześnie. Zapalił więc jeszcze jednego papierosa.

Wjechał na ulicę Woodrowa Wilsona, zaparkował wóz przy krawężniku i ruszył pieszo do swojego domu, oddalonego o pół przecznicy. Dobiegały skądś ciche dźwięki pianina, coś z klasyki. Nie wiedział, czy któryś z jego sąsiadów ma pianistę w rodzinie. Schylił się pod żółtą taśmą rozciągniętą przed domem i wszedł do środka przez drzwi garażu.

Postępował tak co dzień – zostawiał samochód nieco dalej, aby ukryć fakt, że nadal mieszka w swoim własnym domu, który został uznany za nienadający się do użytku i zakwalifikowany przez miejskiego inspektora do zburzenia. Jednak Bosch zignorował nakaz, przepiłował kłódkę na skrzynce z bezpiecznikami i mieszkał tu już od trzech miesięcy.

Jego mały, obłożony sekwoją dom wznosił się na stalowych podporach zakotwiczonych w skale osadowej utworzonej w mezozoiku i kenozoiku podczas formowania się gór Santa Monica. Gdy zatrzęsła się ziemia, stalowe podpory domu nawet nie drgnęły, jednak on sam przesunął się na nich o kilka centymetrów. I to wystarczyło. To niewielkie przesunięcie spowodowało wielkie szkody. Drewniany szkielet domu wygiął się, okna i framugi drzwi straciły regularne kształty. Szyby się potłukły, a drzwi frontowe zatrzasnęły na dobre, ściśnięte we framudze, która wraz z resztą budynku przechyliła się w kierunku północnym. Gdyby Bosch chciał je otworzyć, musiałby wypożyczyć policyjny wóz pancerny wyposażony w taran. Wyważył więc łomem drzwi do garażu – stanowiły teraz jedyne wejście do domu.

Bosch zapłacił firmie budowlanej pięć tysięcy dolarów za podniesienie domu i przesunięcie go z powrotem o te kilka centymetrów. Budowlańcy ustawili go na właściwym miejscu i przymocowali do podpór. Następnie Bosch sam zabrał się do reperacji ram okiennych i framug. Kiedy skończył szklić, powstawiał wewnątrz nowe drzwi. Wszystko robił według książek o stolarstwie i często się zdarzało, że dopiero po kilku próbach osiągał pożądany rezultat. Praca fizyczna okazała się jednak przyjemnością, swoistą terapią, wytchnieniem od pracy w Wydziale Zabójstw. Frontowych drzwi nie ruszył. Uznał, że tak już powinny zostać, jako hołd złożony potędze natury. A poza tym nie miał nic przeciwko wchodzeniu drzwiami bocznymi.

Jednak cały jego wysiłek nie uratował domu przed umieszczeniem na liśćie budynków przeznaczonych do wyburzenia. Gowdy, inspektor budowlany, którego rewir obejmował tę część wzgórz, nie zmienił swojej decyzji, mimo że Bosch włożył tak wielką pracę w remont. Rozpoczęła się więc zabawa w chowanego. Bosch wchodził i wychodził z domu potajemnie, niczym szpieg wślizgujący się do obcej ambasady.

Okna wychodzące na ulicę zasłonił czarnym brezentem, żeby na zewnątrz nie wydostawał się najmniejszy promyk światła mogący go zdradzić. I zawsze sprawdzał, czy nie nadchodzi Gowdy. Gowdy był jego nemezis.

Bosch wynajął też adwokata, aby odwołać się od decyzji inspektora.

Drzwi z garażu prowadziły bezpośrednio do kuchni. Bosch wszedł i otworzył wysłużoną lodówkę. Poczuł płynący z jej wnętrza odświeżający chłód. Pochylił się, wyjął puszkę coca-coli i przejrzał półki w poszukiwaniu czegoś, co mógłby zjeść na kolację. Dobrze wiedział, co jest w lodówce, ale i tak nie rezygnował. Jakby miał nadzieję, że nieoczekiwanie natknie się na zapomniany stek albo pierś kurczaka. Często zdarzało mu się tak zachowywać.

Wiedział, że to typowe dla samotnego mężczyzny.

Wyszedł na tylną werandę. Wypił colę i zjadł kanapkę przyrządzoną z chleba kupionego przed pięcioma dniami i plastrów mięsa z foliowych opakowań.

Żałował, że nie ma chipsów – wiedział, że wkrótce będzie głodny, bo jedna kanapka nie wystarczy.

Stanął przy poręczy. Z werandy rozciągał się widok na Hollywood Freeway, która o tej porze była niemal całkowicie zapchana samochodami – nic dziwnego, ludzie wracali z pracy do domu. Udało mu się wydostać z centrum tuż przed godziną szczytu. Będzie musiał pilnować, żeby sesje z psychologiem policyjnym nie trwały zbyt długo. Były wyznaczone na piętnastą trzydzieści w poniedziałki, środy i piątki. Zastanawiał się, czy Carmen Hinojos czasem przedłuża sesje, czy też realizuje swoją misję tylko w ustalonych godzinach?

Z werandy widział niemal całe pasmo autostrady, które prowadziło na północ – przecinało przełęcz Cahuenga i docierało do San Fernando Valley. Przypominał sobie, o czym rozmawiali w czasie sesji. W pewnej chwili zaczął obserwować punkt, w którym autostrada wyłaniała się z przełęczy. Nieświadomie wybierał dwa samochody, które jechały mniej więcej obok siebie, i śledził je aż do oddalonego o półtora kilometra punktu, w którym znikały z pola widzenia.

Obserwował wyścig, o którym nie mieli pojęcia sami kierowcy. Metą był zjazd na Lankershim Boulevard.

Po kilku minutach zdał sobie sprawę z tego, co robi, i natychmiast odwrócił się plecami do autostrady.

– O Jezu! – powiedział głośno.

Właśnie wtedy uznał, że zajęcie się pracą fizyczną nie wystarczy. Potrzebował czegoś jeszcze, czegoś, co pomogłoby mu przetrzymać dni dzielące go od powrotu do wydziału. Wszedł do domu i wyjął z lodówki butelkę piwa Henry’s. Gdy tylko ją otworzył, zadzwonił telefon. Usłyszał głos partnera, Jerry’ego Edgara. Ucieszył się, bo miał już dość ciszy.

– Harry, jak poszło w Chinatown?

Wszyscy policjanci skrycie odczuwali ten sam lęk – bali się, że któregoś dnia nie wytrzymają napięcia związanego z pracą i zostaną skierowani do Sekcji Nauk Behawioralnych, podlegającej wydziałowi poradni psychologicznej, której pełną nazwę rzadko wymawiano. Uczestniczenie w sesjach najczęściej określano mianem „pobytu w Chinatown”, ponieważ poradnia znajdowała się właśnie w tej dzielnicy, na Hill Street, kilka przecznic od Centrum Parkera. Gdy rozchodziła się wieść, że któryś z gliniarzy ma tam trafić, mawiano, że „przenoszą go na posterunek przy Hill Street”.

Sześciokondygnacyjny budynek banku, w którym mieściła się poradnia, nazywano „51-50”. Nie był to adres. W policyjnym kodzie radiowym liczby te oznaczały szaleńca. Takie nazewnictwo stanowiło część struktury ochronnej, za pomocą której policjanci bagatelizowali sytuację i dzięki temu opanowywali lęk.

– Świetnie – odparł Bosch z sarkazmem w głosie. – Wybierz się tam kiedyś. Polecam. Tak mi to dobrze zrobiło, że siedzę sobie i liczę samochody na autostradzie.

– No to przynajmniej masz zajęcie na dłużej.

– Tak. A co u ciebie?

– Pounds w końcu to zrobił.

– Co?

– Wcisnął mi kogoś nowego.

Bosch zamilkł na chwilę. Z tej wiadomości wynikało, że jego sytuacja robi się coraz bardziej beznadziejna. Myśl, że może już nigdy nie uda mu się wrócić do pracy, nagle zaczęła się stawać przerażająco realna.

– Tak?

– Tak, w końcu to zrobił. Dziś rano dostałem nową sprawę, więc przydzielił mi jednego z tych wazeliniarzy. Burnsa.

– Burnsa? Od kradzieży aut? On nigdy nie pracował w Wydziale Zabójstw. Czy w ogóle kiedykolwiek miał do czynienia z przestępstwami przeciwko zdrowiu i życiu?

Detektywi pracujący w wydziale zwykle wybierali jedną z dwóch specjalności: przestępstwa przeciwko mieniu lub przeciwko zdrowiu i życiu. Do tej drugiej należały: zabójstwo, gwałt i rozbój. Specjalizujący się w niej detektywi rozpracowywali głośniejsze sprawy i zwykle uważali ludzi od przestępstw przeciwko mieniu za zwykłych biurokratów. Wykroczenia tego typu zdarzały się tak często, że prowadzący śledztwo tracili większość czasu na sporządzanie raportów i rejestrowanie nielicznych aresztowań. Właściwie nie zajmowali się robotą detektywistyczną. Nie mieli na to czasu.

– Do tej pory grzebał się w papierkach – powiedział Edgar – ale Poundsa to nie obchodzi. Zależy mu tylko na tym, żeby mieć podwładnych, którzy nie będą mu podskakiwać. Burns to właśnie taki typ. Pewnie zaczął starać się o przeniesienie, kiedy tylko rozeszły się wieści o tobie.

– Pieprzę go. Jak tylko wrócę, przeniosą go z powrotem do kradzieży samochodów.

Edgar odezwał się dopiero po dłuższej chwili. Jakby uznał, że to, co powiedział Bosch, nie ma sensu.

– Harry, naprawdę tak uważasz? Pounds nie zgodzi się na twój powrót po tym, co zrobiłeś. Kiedy mi przekazał, że mam pracować z Burnsem, powiedziałem mu: wiesz, nie obraź się, ale poczekałbym z tym, aż Harry Bosch wróci do roboty. A on mi na to, że gdybym chciał to załatwić w ten sposób, musiałbym czekać do starości.

– Tak powiedział? Mniejsza o to. Mam jeszcze kilku przyjaciół w wydziale.

– Irving też jest ci coś winien, nie?

– Pewnie niedługo się dowiem.

Nie ciągnął tego. Chciał zmienić temat. Edgar był jego partnerem, ale ich współpraca nie przerodziła się w przyjaźń. Z nich dwóch Bosch był bardziej doświadczony. Wiedział, że gdyby coś mu groziło, może liczyć na partnera, ale tylko w czasie służby. Co innego po jej zakończeniu. Bosch nigdy nikomu nie ufał, nigdy nie był od nikogo zależny i nie zamierzał zmienić swoich zasad.

– No, a co to za sprawa? – spytał, żeby sprowadzić rozmowę na bezpieczniejsze tory.

– A, tak, miałem ci o tym opowiedzieć. Stary, to było naprawdę niesamowite. Samo zabójstwo i to, co stało się potem. Dzwoni do nas ktoś z domu na Sierra Bonita. Około piątej rano. Melduje, że usłyszał coś, co brzmiało jak wystrzał, tyle że przytłumiony. Wyciągnął więc sztucer z szafy i wyszedł się rozejrzeć. Wiesz, ostatnio narkomani całkowicie opanowali tę okolicę. W tym miesiącu były już cztery włamania w najbliższym sąsiedztwie tego faceta. Dlatego miał broń w pogotowiu. Idzie więc po swoim podjeździe ze sztucerem w ręku – garaż jest na tyłach domu – i nagle widzi nogi wystające z otwartych drzwi jego samochodu. Wóz stał przed garażem.

– I co? Zastrzelił go?

– Nie, i właśnie to jest dziwne. Podchodzi z wycelowaną bronią do auta, a tu okazuje się, że gość już nie żyje. Został dźgnięty śrubokrętem w klatkę piersiową.

Bosch ciągle jeszcze nie rozumiał, o co chodzi.

– Zabiła go poduszka powietrzna, Harry.

– Jak to, poduszka powietrzna?

– Ten cholerny złodziej próbował wyjąć ją z kierownicy i sama się włączyła. Błyskawicznie się napełniła, tak jak powinna, i wcisnęła mu śrubokręt prosto w serce. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Pewnie uderzał rączką śrubokręta w kierownicę. Do tego jeszcze nie doszliśmy. Sprzedawca od Chryslera powiedział, że jeśli zdejmie się osłonę, tak jak zrobił to ten złodziej, nawet elektryczność statyczna może uruchomić poduszkę. Ten truposz miał na sobie sweter. Nie wiem, może to dlatego. Burns twierdzi, że to pierwszy przypadek śmierci spowodowanej taką poduszką.

Bosch przypomniał sobie zeszłoroczny wydziałowy biuletyn informacyjny, w którym była mowa o kradzieży poduszek powietrznych. Stały się niezwykle pożądanym towarem na czarnym rynku; pozbawieni skrupułów właściciele warsztatów samochodowych płacili złodziejom trzysta dolarów za sztukę.

Tymczasem od klientów żądali dziewięciuset dolarów za ich zainstalowanie.

Dzięki temu mieli dwukrotnie większy zysk, niż gdyby zamawiali poduszki u producenta.

– Czyli w aktach napiszecie, że to wypadek? – spytał Bosch.

– Tak. Jednakże to nie wszystko. Drzwi były otwarte z obydwu stron.

– Nieboszczyk miał wspólnika.

– Tak sądzimy. I jeśli znajdziemy tego skurwiela, będziemy go mogli oskarżyć o nieumyślne zabójstwo. Dlatego powiedzieliśmy ludziom z laboratorium, żeby zdjęli laserem wszystkie odciski palców, jakie znajdą wewnątrz wozu. Zabrałem je do kartoteki i namówiłem jednego z chłopaków, żeby je zeskanował i puścił przez AFIS. Strzał w dziesiątkę.

– Znalazłeś wspólnika?

– Otóż to. Ten system ma ogromne zasoby, Harry. W sieci jest między innymi Wojskowe Centrum Identyfikacji w Saint Louis. Tam natrafiliśmy na naszego złodzieja. Dziesięć lat temu był w wojsku. Zdobyliśmy jego dane personalne, potem dostaliśmy adres z Wydziału Komunikacji i dzisiaj go zgarnęliśmy. W drodze do komisariatu wyśpiewał wszystko. Posiedzi sobie trochę.

– Czyli wygląda na to, że miałeś dobry dzień.

– To jeszcze nie koniec. Nie powiedziałem ci, co w tym wszystkim jest najbardziej niesamowite.

– No to gadaj.

– Pamiętasz, sprawdziliśmy samochód laserem i zebraliśmy wszystkie odciski palców.

– Tak.

– Komputer znalazł jeszcze jednego właściciela odcisków. Ten był w wykazie przestępców. Sprawa z Missisipi. Mówię ci, wszystkie dni powinny wyglądać tak jak ten.

– No i co dalej? – spytał Bosch. Irytowało go, że z Edgara tak trudno wyciągnąć wszystkie informacje.

– Odciski trafiły do sieci siedem lat temu poprzez coś o nazwie Kryminalna Baza Danych Południa. Obejmuje pięć stanów, w których łącznie mieszka o połowę mniej ludzi niż w Los Angeles. W każdym razie jeden z wprowadzonych odcisków palców odpowiadał temu zostawionemu przez sprawcę podwójnego morderstwa w Biloxi w siedemdziesiątym szóstym roku. Gazety nazwały go Rzeźnikiem Dwusetlecia, jako że czwartego lipca[1] zabił dwie kobiety.

– To właściciel samochodu? Ten gość ze sztucerem?

– Właśnie. Zostawił odciski palców na tasaku wbitym w czaszkę jednej z ofiar. Trochę się zdziwił, kiedy pojawiliśmy się u niego dziś po południu i powiedzieliśmy: „Wiesz co? Mamy wspólnika tego gościa, który wykitował w twoim aucie. Jesteś aresztowany za podwójne morderstwo, skurwysynu”. Chyba nieźle go to zaskoczyło. Szkoda, że tego nie widziałeś.

Edgar wybuchnął śmiechem i Bosch zdał sobie sprawę, jak bardzo tęskni do swojej pracy. A upłynął dopiero tydzień.

– Przyznał się?

– Nie, siedzi cicho. Nie jest głupi, skoro udało mu się ukrywać przez dwadzieścia lat. Niezłe osiągnięcie.

– Czym się zajmował?

– Wygląda na to, że się po prostu przyczaił. Prowadzi sklep żelazny na Santa Monica, ma żonę, dziecko i psa. Całkowicie odmieniony człowiek. No, ale teraz wróci do Biloxi. Mam nadzieję, że lubi południową kuchnię, bo tutaj nieprędko się pojawi.

Edgar znowu zaczął się śmiać. Bosch się nie odezwał. Opowieść, której wysłuchał, przypomniała mu o tym, czego już nie robi. Przypomniała mu też o pytaniach Hinojos dotyczących zdefiniowania charakteru jego misji.

– Jutro przyjadą po niego policjanci stanowi z Missisipi – powiedział Edgar. – Przed chwilą z nimi rozmawiałem. Strasznie się ucieszyli.

Bosch się nie odzywał.

– Harry, jesteś tam jeszcze?

– Tak, zamyśliłem się... Wygląda na to, że miałeś niezły dzień. A jak przyjął to wszystko nasz nieustraszony wódz?

– Pounds? Usiłuje tak to rozegrać, żeby jemu przypisano rozwiązanie tych trzech spraw. Chce włączyć morderstwa z Biloxi do naszych statystyk.

Bosch się nie zdziwił. Dopisywanie rozwiązanych spraw tam gdzie tylko się dało, powszechnie praktykowali szefowie wydziałów i policyjni statystycy. W sprawie z poduszką powietrzną nie było morderstwa. Zgon nastąpił w wyniku wypadku, jednakże stało się to podczas popełniania przestępstwa, a prawo obowiązujące w Kalifornii stanowiło, że wspólnik może wówczas zostać oskarżony o spowodowanie śmierci. Bosch wiedział, że Pounds dzięki temu mógł dopisać tę sprawę do rejestru wykrytych morderstw. Równocześnie nie zamierzał wyrównywać bilansu przez wpisanie jej do rejestru popełnionych morderstw, ponieważ przyczyną śmierci ofiary był wypadek. Ten niewielki szwindelek mógł nieco poprawić statystykę wykrywalności zabójstw w Hollywood, której ostatnio zagrażał spadek poniżej pięćdziesięciu procent.

Jednakże taki niewielki wzrost Poundsowi nie wystarczał. Zamierzał więc zaryzykować i dodać do rejestru wykrytych morderstw również dwa zabójstwa z Biloxi. Przecież można uznać, że to jego ludzie zakończyli tę sprawę. Dopisanie trzech rozwikłanych spraw do jednego z rejestrów i pominięcie ich w drugim skutkowałoby sporym wzrostem wykrywalności, jak również wydatnie poprawiłoby wizerunek szefa Wydziału Zabójstw. Bosch wiedział, że Pounds musi być niezwykle zadowolony z siebie i z tego, co przyniósł mu dzisiejszy dzień.

– Powiedział, że statystyka poprawi się o sześć punktów – ciągnął Edgar. – Był bardzo zadowolony, Harry. A mój nowy partner cieszył się, że tak zadowolił swojego szefa.

– Wystarczy. Nie chcę więcej o tym słyszeć.

– Też tak sądzę. Czym się zajmujesz, poza liczeniem samochodów na autostradzie? Pewnie cholernie się nudzisz, Harry.

– Nie, nie bardzo – skłamał Bosch. – W zeszłym tygodniu skończyłem remont werandy. W tym zamierzam...

– Harry, mówię ci, tracisz czas i pieniądze. Kiedy inspektorzy cię tam znajdą, wylecisz jak z procy. Potem zburzą dom i w dodatku każą ci za to zapłacić. Twoja weranda i cała reszta trafią do śmieciarki.

– Wynająłem prawnika, żeby wziął się za to.

– A cóż on może zrobić?

– Nie wiem. Chcę, żeby cofnęli nakaz rozbiórki. Ten gość zajmuje się sprawami związanymi z użytkowaniem ziemi. Powiedział, że może to załatwić.

– Mam nadzieję. Tak czy inaczej uważam, że powinieneś zburzyć ten dom i postawić nowy.

– Jeszcze nie wygrałem na loterii.

– Możesz wziąć pożyczkę na remont i...

– Złożyłem podanie, Jerry, ale na razie wystarczy mi dom w takim stanie, w jakim jest.

– No dobrze, Harry. Mam nadzieję, że twój adwokat coś załatwi. Muszę już kończyć. Burns zaprosił mnie na piwo do Short Stop. Czeka tam na mnie.

Kiedy Bosch ostatnim razem odwiedził Short Stop, mały policyjny bar w pobliżu akademii i stadionu Dodgersów, nadal wisiały w nim naklejki z napisem POPIERAM SZEFA POLICJI GATESA. Dla większości gliniarzy Gates[2] był tylko mglistym wspomnieniem, ale do Short Stopu przychodziła stara gwardia i przy drinkach wspominała dawne porządki, które odeszły w przeszłość.

– No dobra, to baw się tam dobrze, Jerry.

– Trzymaj się.

Bosch oparł się o stół kuchenny i wypił resztę piwa. Doszedł do wniosku, że telefon od Edgara był sprytnie zamaskowanym sposobem poinformowania go, że jego partner przechodzi na drugą stronę i pozostawia go swojemu losowi. Cóż, trudno. Edgar był lojalny przede wszystkim wobec siebie, kierowała nim chęć przetrwania w zdradliwym otoczeniu. Trudno go za to potępiać.

Bosch spojrzał na swoje odbicie w szybie piekarnika. Z cienia wyłaniały się oczy i zarys szczęki. Miał czterdzieści cztery lata, ale wyglądał na więcej. Kręcone brązowe włosy wciąż jeszcze były gęste, ale zarówno one, jak i wąsy wkrótce posiwieją. Piwne oczy wydawały się zmęczone i bez życia, a skóra przybrała blady odcień, charakterystyczny dla nocnych stróżów. Bosch był dobrze zbudowany, ale czasem ubranie wisiało na nim, jakby przeszedł ciężką chorobę.

Wyjął z lodówki następne piwo. Po wyjściu na werandę zauważył, że niebo rozświetlają pastelowe barwy zmierzchu. Wkrótce zapadnie mrok.

Biegnąca w dole autostrada wyglądała jak jasna rzeka ruchomych świateł, której nurt nie zwalnia ani na chwilę.

Kiedy tak się wpatrywał w sznur samochodów powracających do domów w poniedziałkowy wieczór, cała okolica wydała mu się mrowiskiem, w którym robotnice wędrują równymi szeregami.

Ktoś lub coś zniszczy kiedyś ten kopiec mrówek. Autostrady się zapadną, domy runą, a mrówki odbudują to wszystko i zajmą swoje miejsce w szeregu.

Nagle odczuł jakiś niepokój. Po głowie krążyły mu rozmaite nieuporządkowane myśli. W kontekście rozmowy z Hinojos zaczął się zastanawiać nad tym, co Edgar opowiedział mu o swoim zakończonym śledztwie. Wyczuwał jakiś związek, coś, co łączyło te dwie sprawy.

Wysączył resztkę piwa i uznał, że już mu wystarczy. Usiadł na jednym z krzeseł stojących na werandzie. Chciał oderwać się od wszystkiego, dać odpocząć ciału i umysłowi. Spojrzał w górę. Zachodzące słońce zabarwiło chmury na pomarańczowo. Wyglądały teraz niczym lawa przesuwająca się powoli po niebie.

Zanim zasnął, przez lawę przebiła się myśl. Liczą się wszyscy albo nikt. I właśnie wtedy, tuż przed chwilą, w której umysł spowiła zasłona snu, odkrył, co jest nicią łączącą jego myśli. Wiedział już, co jest jego misją.

3

Następnego ranka Bosch nie wziął prysznica. Od razu się ubrał. Chciał popracować nad remontem i zapomnieć o nękających go myślach.

Jednak nie było to łatwe. Kiedy wkładał stare dżinsy pobrudzone lakierem, jego wzrok padł na pęknięte lustro wiszące nad szafką. Zauważył, że założył koszulkę tyłem na przód. Na jego piersi widniało motto Wydziału Zabójstw: „Nasz dzień zaczyna się wtedy, kiedy wasz się kończy”.

Ten napis powinien znajdować się na plecach. Zdjął koszulkę i włożył ją tak, jak należało. Teraz wszystko było w porządku. Widział w lustrze po lewej stronie piersi nadruk odznaki detektywa i mały napis WYDZIAŁ ZABÓJSTW.

Zaparzył kawę i wyszedł z kubkiem na werandę. Potem wyciągnął skrzynkę z narzędziami i nowe drzwi do sypialni, które kupił w sklepie z wyposażeniem wnętrz. Kiedy był już gotowy do pracy, z kubkiem parującej czarnej kawy w ręku usiadł na podnóżku jednego z foteli.

Stare drzwi podczas trzęsienia ziemi rozleciały się przy zawiasach. Przed kilkoma dniami próbował wstawić nowe, ale okazały się za duże – nie pasowały do framugi.

Obliczył, że wystarczy spiłować nie więcej niż parę milimetrów, żeby zniwelować różnicę. Cienkie jak papier, pozwijane wióry spadały spod struga na podłogę. Od czasu do czasu robił przerwę, patrzył na efekt swojej pracy, gładząc dłonią obrabianą powierzchnię. Lubił takie zajęcie. Rzadko zdarzało się, żeby coś, czego się podjął w swoim życiu, dawało tak widoczne rezultaty.

Nie mógł się jednak skupić na tej czynności. Powróciła natrętna myśl, która nawiedziła go poprzedniego wieczoru. Liczą się wszyscy albo nikt. To właśnie powiedział Hinojos. Powiedział jej, że to zasada, którą się kieruje. Czy było tak naprawdę? Co znaczyły dla niego te słowa? Czy był to zwykły slogan, jak ten widniejący z tyłu koszulki, czy też maksyma, którą kierował się w swoim życiu?

Te pytania przeplatały się echami wczorajszej rozmowy z Edgarem.

Ustawił drzwi pionowo na drewnianym klocku i włożył na zawiasy. Parę stuknięć młotkiem wystarczyło, żeby utkwiły w nich wystarczająco mocno.

Wcześniej naoliwił zawiasy i teraz drzwi sypialni otwierały się niemal bezszelestnie. Jednak najważniejsze, że idealnie się domykały, były dobrze dopasowane do framugi. Kilka razy otworzył je i zamknął, zadowolony ze swego dzieła.

Radość trwała krótko, ponieważ zakończenie pracy oznaczało, że znów zacznie rozmyślać. Wyszedł na taras. Kiedy zaczął zmiatać wióry, powróciły tłumione myśli.

Hinojos kazała mu się czymś zająć. Teraz wiedział już, co to będzie. I natychmiast zdał sobie sprawę, że bez względu na to, jakimi zajęciami wypełni czas, było jeszcze coś, czego musiał się podjąć. Oparł miotłę o ścianę i wszedł do domu, żeby się przygotować.

4

Archiwum policji i siedziba oddziału lotniczego o nazwie Piper Tech znajdowały się w centrum miasta, na Ramirez Street, niedaleko Centrum Parkera.

Bosch, w garniturze i krawacie, przyjechał przed jedenastą. Wystawił przez okno kartę identyfikacyjną i strażnik machnięciem ręki pozwolił mu wjechać. Została mu tylko ta karta. Kiedy wysłano go tydzień temu na urlop, musiał oddać kartę wraz ze złotą odznaką i pistoletem, ale później zwrócono mu ją, by mógł wchodzić do poradni psychologicznej na sesje terapeutyczne z Carmen Hinojos.

Zaparkował samochód i podszedł do beżowego budynku, którego ściany kryły historię przemocy w mieście. Znajdowały się tu akta wszystkich spraw prowadzonych przez policję Los Angeles, zarówno wyjaśnionych, jak i niewyjaśnionych. Trafiały tutaj dokumenty, które nikogo już nie obchodziły.

Przy ladzie stała urzędniczka ubrana po cywilnemu i ładowała akta na wózek, którymi wywożono je w głąb labiryntu półek, by tam zostały zapomniane. Z tego jak na niego patrzyła, Bosch wywnioskował, że rzadko zdarza się, by ktoś fatygował się tu osobiście. Wszystko załatwiano telefonicznie bądź za pośrednictwem kurierów.

– Jeśli szuka pan protokołów z zebrań rady miejskiej, to proszę przejść do budynku A, po drugiej stronie parkingu. To ten z brązowym zwieńczeniem. Bosch wyjął swoją kartę identyfikacyjną.

– Nie, chodzi mi o akta jednej ze starszych spraw.

Włożył rękę do kieszeni marynarki. Kobieta podeszła do lady i pochyliła się nad jego kartą. Była drobną Murzynką z siwiejącymi włosami, na nosie miała okulary. Na wizytówce wpiętej w jej bluzkę widniało nazwisko: Geneva Beaupre.

– Z Hollywood – powiedziała. – Czemu po prostu nie poprosił pan, żeby je panu przysłali? Te akta tyle czasu tu leżały, mógł pan jeszcze trochę poczekać. W tych sprawach nie ma pośpiechu.

– Akurat byłem w centrum, w Centrum... W każdym razie chciałem je jak najszybciej przejrzeć.

– No cóż, ma pan ich numer?

Wyjął z kieszeni kartkę z zapisanym numerem 61-743. Urzędniczka pochyliła się nad nią. Po chwili gwałtownie podniosła głowę.

– Rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty pierwszy? Chce pan akta sprawy z roku... nie wiem, gdzie one leżą.

– Są gdzieś tutaj. Już je przeglądałem. Chyba wtedy pracował tu ktoś inny, ale akta były na pewno.

– No to poszukam. Zaczeka pan?

– Tak, zaczekam.

Ta odpowiedź najwidoczniej ją rozczarowała. Bosch uśmiechnął się do niej najmilej jak potrafił. Wzięła kartkę i zniknęła w labiryncie stert dokumentów.

Bosch przeszedł się po małej poczekalni, a potem ruszył na zewnątrz zapalić. Sam nie wiedział, czemu jest taki zdenerwowany. Nie mógł ustać w miejscu.

– Harry Bosch!

Odwrócił się na pięcie. Od strony hangaru helikopterów nadchodził jakiś mężczyzna. Wiedział, że skądś go zna, ale dopiero po chwili przypomniał sobie, że to kapitan Dan Washington, były szef wydziału patrolowego z Hollywood, który teraz dowodził oddziałem lotniczym. Wymienili serdeczny uścisk dłoni. Bosch miał nadzieję, że Washington nie wie o jego kłopotach w wydziale.

– Co słychać w Hollywood?

– Nic nowego, kapitanie.

– Wiesz, często żałuję, że już z wami nie pracuję.

– Nie ma czego żałować. A jak panu leci?

– Nie narzekam, ale czuję się raczej jak kierownik lotniska niż policjant. Dobre miejsce, żeby się przyczaić.

Bosch przypomniał sobie, że Washington miał jakiś zatarg z szefostwem wydziału i żeby jakoś przeżyć, przeniósł się tutaj. W policji było mnóstwo takich właśnie „cichych” miejsc pracy, które pozwalały się przyczaić i zaczekać na zmianę klimatu politycznego.

– A co ty tu robisz?

No i co teraz? Jeśli Washington wie, że go wysłano na urlop, to odpowiedź, że przyszedł po stare akta, będzie przyznaniem się do złamania przepisów. Z drugiej strony stanowisko zajmowane przez niego w oddziale lotniczym wskazywało, że nie był w najlepszych stosunkach z kierownictwem. Bosch postanowił zaryzykować.

– Chciałem zajrzeć do akt jednej ze starszych spraw. Mam trochę wolnego czasu i pomyślałem, że sprawdzę parę rzeczy.

Washington zmrużył oczy i Bosch od razu zdał sobie sprawę, że on wie o wszystkim.

– Taaak... no dobra, muszę lecieć. Trzymaj się, stary. Nie pozwól, żeby cię tam zadziobali.

Mrugnął do Boscha porozumiewawczo i ruszył w swoją stronę.

– Nie pozwolę, kapitanie. Pan też niech na siebie uważa.

Bosch był niemal pewien, że Washington nie powie nikomu o tym spotkaniu. Przydeptał niedopałek i wrócił do budynku, zły na siebie, że tak bezmyślnie wyszedł na zewnątrz. Zupełnie jakby chciał ogłosić światu, że jest właśnie tutaj.

Po pięciu minutach usłyszał skrzypienie dobiegające z przejścia między rzędami półek. Zaraz potem pojawiła się Geneva Beaupre pchająca przed sobą wózek, na którym leżała gruba niebieska teczka.

Była to tak zwana księga morderstwa. Miała około pięciu centymetrów grubości, pokrywał ją kurz. Gumka przytrzymywała stary zielony kwit, taki jaki wypełniano przy odbiorze akt.

– Znalazłam.

W głosie urzędniczki zabrzmiała nuta triumfu. „To będzie dla niej największe osiągnięcie dzisiaj” – pomyślał Bosch.

– Świetnie.

Rzuciła ciężką teczkę na ladę.

– Marjorie Lowe. Zabójstwo, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty pierwszy rok. – Wzięła do ręki kwit i obejrzała dokładnie. – Tak, to pan ostatni zaglądał do tych akt. Pięć lat temu. Pracował pan wtedy w Wydziale Rozbojów i Zabójstw.

– Tak. A teraz pracuję w Hollywood. Mam się znowu podpisać?

Położyła przed nim kwit.

– Tak. I niech pan tam też wpisze numer identyfikacyjny.

Szybko zrobił to, co chciała. Podczas wypełniania kwitu czuł na sobie jej wzrok.

– Pan jest mańkutem.

– Zgadza się.

Przesunął kwit w jej stronę.

– Dziękuję, Genevo.

Spojrzał na nią. Chciał powiedzieć coś więcej, ale uznał, że byłby to błąd. Odwzajemniła jego spojrzenie, a na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech.

– Detektywie Bosch, nie wiem, co pan robi, ale życzę panu powodzenia. To musi być dla pana ważne, skoro wraca pan do tego po pięciu latach.

– To wydarzyło się dawniej, Genevo, znacznie dawniej.

5

Bosch zdjął ze stołu starą pocztę i książki o stolarstwie, po czym położył na nim teczkę i notes. Podszedł do zestawu stereo, włączył kompakt Clifford Brown with Strings. Wziął z kuchni popielniczkę, usiadł przy stole i wbił wzrok w niebieską teczkę. Ostatnim razem, kiedy miał ją w ręku, poprzestał na pobieżnym przejrzeniu licznych akt – wtedy uznał, że jeszcze za wcześnie na zajęcie się sprawą, i oddał ją do archiwum.

Tym razem chciał być pewien, że jest gotowy, więc przez dłuższy czas siedział bez ruchu, wpatrzony w pękniętą plastikową okładkę, tak jakby miała go w jakiś sposób o tym przekonać. Obudziło się w nim wspomnienie: jedenastoletni chłopiec przytrzymujący się stalowej drabinki na brzegu basenu, zadyszany i zapłakany – jego łzy mieszały się z wodą ściekającą z mokrych włosów. Ten chłopiec się bał. Był sam. Basen wydawał mu się oceanem, który musi przebyć.

Z głośników płynęło właśnie Willow Weep for Me. Gra Browniego na trąbce była subtelna niczym muśnięcie pędzla portrecisty. Bosch zdecydował się zdjąć gumkę, którą założył na teczkę pięć lat temu. Ledwie jej dotknął, pękła.

Zawahał się przez chwilę, po czym zdmuchnął kurz i otworzył teczkę. Zawierała akta śledztwa w sprawie morderstwa popełniononego dwudziestego ósmego października tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku. Ofiarą była Marjorie Phillips Lowe. Jego matka.

Kartki pożółkły i zesztywniały ze starości. Po ich przejrzeniu Boscha uderzyło to, że tak niewiele się zmieniło przez niemal trzydzieści pięć lat. Wiele z formularzy umieszczonych w tych aktach wciąż jeszcze nie wyszło z użytku. Formularze raportu wstępnego i chronologicznych rejestrów prowadzonych przez oficera śledczego były niemal takie same jak obecnie. Wyjątki stanowiły niektóre słowa, które zmieniono zgodnie z przepisami sądowymi i polityczną poprawnością. Słowo MURZYN zostało zastąpione najpierw słowem CZARNOSKÓRY, a później terminem AFROAMERYKANIN. Lista motywów, umieszczonych w tabeli ustaleń wstępnych, nie zawierała wtedy takich pozycji jak PRZEMOC w RODZINIE czy UPRZEDZENIA RASOWE. Na arkuszach protokołu przesłuchania nie było miejsca na zaznaczenie faktu udzielenia ostrzeżenia Mirandy[3].

Jeśli nie liczyć tego typu zmian, ówczesne raporty wyglądały tak samo jak współczesne. Bosch uznał, że śledztwo toczyło się wtedy identycznie jak teraz. Co prawda przez trzydzieści pięć lat technika poszła do przodu, ale pewne rzeczy się nie zmieniły i nigdy się nie zmienią. Sposób prowadzenia śledztwa, sztuka przesłuchiwania, wiedza, kiedy zaufać instynktowi bądź przeczuciu – wszystko to nie zmieniało się, bo nie mogło się zmienić.

Sprawę prowadzili dwaj śledczy z Wydziału Zabójstw Hollywood – Claude Eno i Jake McKittrick. Sporządzone przez nich protokoły były ułożone w porządku chronologicznym. Już we wstępnych wymieniali ofiarę z nazwiska – stąd wniosek, że zidentyfikowano ją natychmiast po odnalezieniu. Według opisu zwłoki odkryto w bocznej uliczce na tyłach północnej części Hollywood Boulevard, między Vista i Gower. Spódnica i bielizna ofiary były porwane, najprawdopodobniej przez napastnika. Przypuszczalnie zgwałcił ją, a następnie udusił. Zwłoki wrzucił do pojemnika na śmieci obok tylnego wejścia do sklepu z pamiątkami o nazwie Startime Gifts & Gags. O godzinie siódmej trzydzieści pięć znalazł je policjant patrolujący bulwar, który miał zwyczaj rozpoczynać zmianę od zaglądania w boczne uliczki. Torebka ofiary zniknęła, ale funkcjonariusz od razu zidentyfikował zwłoki – znał tę kobietę.

Na następnej stronie znajdowało się wyjaśnienie, skąd ją znał.

Ofiara była wielokrotnie zatrzymywana za włóczęgostwo w Hollywood (zob. raporty AR 55-002, 55-913, 56-111, 59-056, 60-815 i 60-1121). Detektywi Gilchrist i Stano z obyczajówki określili ofiarę jako prostytutkę, która pomimo wielu ostrzeżeń od czasu do czasu pracowała na terenie Hollywood. Mieszkała w El Rio Efficiency Apartments, oddalonych o dwie przecznice w kierunku północnym od miejsca zbrodni. Podobno w ostatnim okresie ofiara pracowała jako call girl. Policjant o numerze identyfikacyjnym 1906 zdołał ją rozpoznać dlatego, że często widywał ją w okolicy w ostatnich kilku latach.

Bosch spojrzał na numer identyfikacyjny funkcjonariusza, który złożył meldunek o znalezieniu zwłok. Wiedział, że 1906 obecnie oznacza jednego z najważniejszych ludzi w policji. Irvina S. Irvinga, zastępcę komendanta. Kiedyś przyznał się Boschowi, że znał Marjorie Lowe i znalazł jej zwłoki.

Bosch zapalił papierosa i czytał dalej. Raporty były lakoniczne, niedbale sporządzone, pełne głupich błędów ortograficznych. Bosch nie miał wątpliwości, że Eno i McKittrick nie poświęcili tej sprawie zbyt wiele czasu. Ot, zabójstwo jakiejś prostytutki. Ryzyko zawodowe. Oni mieli co innego do roboty.

W raporcie na temat przyczyn zgonu znajdowało się miejsce na dane członków rodziny. Widniało tam:

Hieronymus Bosch (Harry), syn, 11 lat, Dom Dziecka McCIaren. Powiadomiony 28/10 o 15.00. Pozostaje pod opieką służb socjalnych od 7/60 – NOM (zob. raporty z zatrzymań ofiary 60-815 i 60-1121). Ojciec nieznany. Syn przebywa w domu dziecka do czasu znalezienia dla niego rodziny zastępczej.

Bosch nie miał najmniejszych trudności z odcyfrowaniem wszystkich skrótów i przełożeniem tego, co zawierała notatka, na normalny język. NOM oznaczało – nieodpowiednia opieka matki. Po tylu latach wciąż pojmował ironię sytuacji. Chłopiec został pozbawiony nieodpowiedniej opieki matki i trafił w tryby równie nieodpowiedniego systemu ochrony dzieci. Z tego okresu najbardziej pamiętał hałas. Zawsze było tam głośno. Jak w więzieniu.

Bosch przypominał sobie, że to McKittrick powiedział mu, co się stało. Był wtedy na pływalni. Stu chłopców pływało, pluskało się i wrzeszczało. Wyciągnięto go ze spienionej wody. Narzucił na siebie biały ręcznik, sztywny jak tektura od wielokrotnego prania. Kiedy McKittrick powiedział mu, co się stało, Harry wskoczył z powrotem do wody. Plusk zagłuszył jego krzyk.

Szybko przejrzał raporty dotyczące wcześniejszych zatrzymań ofiary i trafił na protokół z autopsji. Przerzucił kartki – szczegóły nie były mu potrzebne, postanowił przeczytać streszczenie. Według ustaleń lekarza zgon nastąpił na siedem do dziewięciu godzin przed odnalezieniem ciała. Około północy. Zaskoczyła go oficjalna przyczyna śmierci – uderzenie tępym narzędziem w głowę. W raporcie znalazł się opis rozległego siniaka za prawym uchem. Cios spowodował powstanie opuchlizny, ale skóra nie została rozcięta. Zabójca prawdopodobnie myślał, że tylko ogłuszył ofiarę, a dopiero potem ją udusił, jednak lekarz sądowy stwierdził, że Marjorie Lowe już nie żyła, kiedy napastnik zacisnął na jej szyi jej własny pasek. Raport stwierdzał również, że chociaż w pochwie znaleziono ślady spermy, obrażenia nie należały do typowych dla ofiar gwałtu.

Przeczytał streszczenie jeszcze raz. Tym razem spojrzał na nie oczami śledczego. Nietrudno było zauważyć, że wnioski wysnute przez lekarza prowadzącego autopsję tylko skomplikowały sprawę dwóm detektywom, którym ją przydzielono. Wygląd zwłok zdawał się wskazywać na to, że Marjorie Lowe padła ofiarą napaści na tle seksualnym. Pojawiała się więc możliwość, iż jakieś przypadkowe spotkanie – tak przypadkowe, jak dobór klientów w zawodzie wykonywanym przez ofiarę – skończyło się jej śmiercią. Jednak fakt, że duszenie nastąpiło po jej śmierci, oraz brak przekonujących dowodów świadczących o gwałcie prowadziły do innych wniosków. Można było przypuszczać, że morderca próbował ukryć prawdziwy motyw zbrodni. Dlaczego miałby to robić? Boschowi przychodził do głowy tylko jeden powód – zabójca znał swoją ofiarę. Ciekaw był, czy McKittrick i Eno doszli do takiej konkluzji.

Pod protokołem z autopsji znajdowała się koperta. Widniała na niej informacja, że zawiera ona zdjęcia z miejsca przestępstwa i sekcji zwłok. Bosch zastanawiał się przez dłuższą chwilę, po czym odłożył kopertę na bok. Podobnie jak poprzednim razem, kiedy zabrał akta z archiwum, nie zdołał się zmusić do ich obejrzenia.

Do następnej koperty była podpięta lista dowodów. Bardzo krótka.

POZYSKANE DOWODY

Sprawa 61-743

Odciski palców zdjęte ze skórzanego paska ze srebrnymi muszelkami.

Raport z laboratorium kryminalistycznego nr 1114 6/11/61

Narzędzie zbrodni – czarny skórzany pasek z muszelkami. Własność ofiary.

Ubranie ofiary, przedmioty do niej należące. Oddane magazynierowi – szafka 73B Kwatera Główna Policji Los Angeles:

1 bluzka, biała – plama krwi,

1 czarna spódnica – rozerwana na szwie,

1 para czarnych butów na wysokim obcasie,

1 para zwykłych czarnych pończoch – porwana,

1 komplet bielizny – porwany,

1 para kolczyków koloru złotego,

1 bransoleta koloru złotego,

1 złoty łańcuszek z krzyżem.

I to wszystko. Bosch długo wpatrywał się w ten spis, zanim zaczął zapisywać szczegóły w swoim notatniku. Coś mu się tu nie podobało, ale nie wiedział co. Jeszcze nie wiedział. Wchłonął zbyt wiele informacji naraz i musiał poczekać, aż wszelkie anomalie same wypłyną na powierzchnię.

Odłożył listę i otworzył kopertę z dowodami. Należało w tym celu oderwać kawałek popękanej ze starości czerwonej taśmy, która stanowiła jedyne zabezpieczenie. W środku znajdowała się pożółkła karta z pełnymi odciskami dwóch palców – kciuka i palca wskazującego, oraz kilkoma niekompletnymi, zdjętymi z paska za pomocą czarnego proszku. W kopercie był też różowy kwit na ubranie ofiary, umieszczone w szafce z dowodami. Nigdy nie zostało stamtąd wyjęte, ponieważ sprawa nie trafiła do sądu. Bosch odłożył kartę i kwit na bok i zaczął się zastanawiać, co mogło się stać z tym ubraniem. W połowie lat sześćdziesiątych wybudowano Centrum Parkera i policja przeniosła tam swoją komendę główną. Stary budynek został wyburzony dawno temu. Co zrobiono z dowodami pochodzącymi ze spraw, które pozostały niewyjaśnione?

Pod kopertami leżały protokoły z przesłuchań przeprowadzonych w pierwszych dniach śledztwa. Większość przesłuchiwanych słabo znała ofiarę i niewiele miała do powiedzenia na temat samego morderstwa. Byli pośród nich mieszkańcy El Rio Apartments oraz kobiety pracujące w tym samym zawodzie co zmarła. Uwagę Boscha przykuła krótka notatka. Sporządzono ją na podstawie rozmowy przeprowadzonej trzy dni po morderstwie z niejaką Meredith Roman. W raporcie przedstawiono ją jako towarzyszkę i niegdysiejszą współlokatorkę ofiary. Kiedy sporządzano raport, również mieszkała w El Rio, piętro wyżej niż zamordowana. Autorem notatki był Eno. Nie ulegało wątpliwości, że z dwóch przesłuchujących to on dzierżył palmę pierwszeństwa w niepoprawnym pisaniu.

Rozmowa z Meredith Roman (ur. 9.10.30) odbyła się w tym dniu w jej mieszkaniu w El Rio Efficiencies, gdzie mieszkała piętro wyżej nad ofiarą.

Panna Roman dostarczyła niżej podpisanemu bardzo mało użytecznych informacji na temat ostatniego tygodnia życia Marjorie Lowe.

Panna Roman przyznała, że brała udział w czynach prostytucyjnych w towarzystwie ofiary wiele razy na przestrzeni ostatnich ośmiu lat, ale jak do tej pory nie jest notowana (zweryfikowane później). Powiedziała niżej podpisanemu, że umawjaniem takich spotkań zajmował się mężczyzna o nazwisku Johnny Fox (ur. 2.02.33), zamieszkały na 1110 Ivar w Hollywood.

Fox, 28 lat, nie jest notowany, ale z danych zebranych przez wydział obyczajowy wynika, że był podejrzany o strenczycielstwo, napad z bronią w ręku i sprzedarz heroiny.

Panna Roman twierdzi, że ostatnim razem widziała ofiarę na pszyjęciu na drugim piętrze Hotelu Roosevelt 21 października. Panna Roman nie towarzyszyła zmarłej, ale widziała ją tam przez chwilę i krutko rozmawiały.

Panna Roman twierdzi, że teraz planuje zrezygnować z uprawiania prostytucji i wyjechać z Los Angeles. Powiedziała, że poda detektywom adres i numer telefonu, pod którym w razie potrzeby będzie można się z nią skontaktować. W czasie rozmowy wykazała się chęcią wspułpracy z niżej podpisanym.

Bosch natychmiast przerzucił wszystkie sprawozdania w poszukiwaniu raportu dotyczącego Johnny’ego Foxa. Nie było takiego. Wrócił na początek akt, do rejestru chronologicznego i zaczął szukać notatki wskazującej, czy Fox w ogóle był przesłuchiwany. Rejestr składał się z krótkich wpisów, z reguły nieprzekraczających jednej linijki i nawiązujących do innych raportów. Na drugiej stronie znalazł jeden zapisek.

3.11

8.00–20.00 Obserwacja mieszkania Foxa. Bez skutku.

W rejestrze nie było nic innego na jego temat. Jednak po chwili Bosch natrafił na kolejną interesującą notatkę.

5.11

9.40 Telefon od A. Conklina w sprawie umówjenia terminu spotkania.

Bosch znał to nazwisko. W latach sześćdziesiątych Arno Conklin był prokuratorem okręgowym w Los Angeles. Z tego co pamiętał, w sześćdziesiątym pierwszym jeszcze nie zajmował tego stanowiska, ale już wtedy musiał należeć do najlepszych prokuratorów w mieście. To, że zainteresował się sprawą zabójstwa prostytutki, wydało się Boschowi dziwne.

Jednakże w aktach nie było niczego, co mogłoby pomóc w rozwianiu wątpliwości.

Żadnej wzmianki o rozmowie z Conklinem. Nic.

Bosch zauważył, że ten sam błąd ortograficzny w słowie „umówienie” pojawił się wcześniej, w podsumowaniu rozmowy z Roman, napisanym przez Eno. Na tej podstawie doszedł do wniosku, że Conklin zadzwonił właśnie do niego, by umówić się na spotkanie. Jednak nie wiedział, czy coś z tego wynikało, a jeśli tak, to co. Zapisał nazwisko Conklina na górze kartki w notesie.

Poza tym Bosch nie mógł zrozumieć, dlaczego Eno i McKittrick nie odnaleźli i nie przesłuchali Foxa. Wydawałoby się, że jako alfons ofiary powinien być głównym podejrzanym. A jeśli go przesłuchali, dlaczego akta nie zawierają raportu dotyczącego tak kluczowej części śledztwa? Nie potrafił tego zrozumieć.

Usiadł wygodniej i zapalił papierosa. Wszystko wskazywało na to, że coś tu nie gra. Czuł, jak budzi się w nim złość – im dłużej czytał, tym większe odnosił wrażenie, że śledztwo w tej sprawie od samego początku było niewłaściwie prowadzone.

Ponownie pochylił się nad stołem i nie wyjmując papierosa z ust, przystąpił do dalszego studiowania zawartości teczki. Znalazł jedynie kolejne protokoły z przesłuchań, niemające żadnego znaczenia. Wszystko to tylko generowało dodatkowe dokumenty. Każdy średnio rozgarnięty glina z Wydziału Zabójstw potrafił produkować dziesiątki takich raportów, by zapełnić teczki i sprawić wrażenie, że rzetelnie prowadzi śledztwo. Najwyraźniej McKittrick i Eno opanowali tę sztukę do perfekcji. Równocześnie każdy średnio rozgarnięty glina potrafił wyczuć, które z notatek są właśnie takimi zbędnymi dodatkami. Tak jak te wpisy, które Bosch właśnie miał przed sobą. Poczuł, że ssanie w żołądku staje się coraz większe.

Wreszcie dotarł do pierwszego raportu dotyczącego wyników prowadzonego śledztwa. Data wskazywała, że powstał tydzień po morderstwie, a jego autorem był McKittrick.

Zabójstwo Marjorie Philips Lowe pozostaje niewyjaśnione, nie ustalono żadnych podejrzanych.

Na tym etapie śledztwa wiadomo, że ofiara zajmowała się uprawianiem prostytucji na terenie Hollywood i przypuszczalnie została zamordowana przez jednego z klientów.

Podejrzewany we wstępnej fazie śledztwa John Fox zaprzeczył, jakoby miał jakikolwiek związek z tym wydarzeniem, i został oczyszczony z wszelkich podejrzeń na podstawie porównania odcisków palców i zeznań świadków potwierdzających jego alibi.

Do tej pory nie udało się zidentyfikować jakichkolwiek innych podejrzanych. John Fox twierdzi, że w piątek, 30.10, około godziny 21.00 ofiara wyszła ze swojego mieszkania w El Rio Apts i udała się w nieznane miejsce celem uprawiania prostytucji. Fox zapewnia, że ofiara umówiła się ze swoim klientem osobiście i w związku z tym nie zna szczegółów tego spotkania. Fox powiedział, że nie było to niczym niezwykłym, ponieważ ofiara często ustalała terminy i miejsca schadzek bez jego wiedzy.

Bielizna ofiary była porwana. Jednak zauważono, że pończochy, które również do niej należały, nie były uszkodzone i mogły zostać zdjęte dobrowolnie.

Doświadczenie i instynkt śledczych prowadzą do wniosku, że ofiara została zamordowana w nieznanym miejscu, gdzie przybyła dobrowolnie i zdjęła z siebie część ubrania. Ciało zostało następnie przetransportowane do pojemnika ze śmieciami w bocznej uliczce między Vista a Gower. Tam też zostało odnalezione następnego poranka.

Świadek Meredith Roman została ponownie przesłuchana i częściowo zmieniła zeznania. Poinformowała, że z tego co jej wiadomo, wieczorem, w dniu poprzedzającym odnalezienie zwłok, ofiara udała się na przyjęcie do Hancock Park. Przesłuchiwana nie była w stanie podać dokładnego adresu ani charakteru przyjęcia. Panna Roman stwierdziła, że zamierzała wziąć w nim udział razem z zamordowaną, ale poprzedniego wieczoru została pobita przez Johna Foxa podczas kłótni o pieniądze i wydawało jej się, iż siniec na twarzy zbyt ją szpeci. (Fox w czasie rozmowy telefonicznej przyznał się do uderzenia Roman, ona jednak nie chciała złożyć na niego skargi).

Śledztwo utknęło w miejscu, ponieważ nie udało się uzyskać żadnych nowych informacji. Obecnie są prowadzone konsultacje z policjantami z wydziału obyczajowego celem odszukania podobnych incydentów w przeszłości i wytypowania nowych podejrzanych.

Bosch raz jeszcze przejrzał cały tekst, usiłując wyczytać między wierszami to, co było najważniejsze. Niewątpliwie Johnny Fox został przesłuchany przez McKittricka i Eno, nieistotne, czy sporządzili protokół przesłuchania czy nie. I oczyścili go z wszelkich podejrzeń. Teraz Boscha nurtowało pytanie, dlaczego nie spisali protokołu przesłuchania. A może spisali, tylko ktoś wyjął go z akt i zabrał? Jeśli tak, to kto to zrobił i dlaczego?

Ponadto zaciekawiło Boscha, dlaczego w żadnym z protokołów, nie licząc rejestru chronologicznego, nie wspomniano o Arnie Conklinie. A może nie tylko zeznania Foxa zostały zabrane z akt?

Bosch wstał i otworzył aktówkę, którą trzymał na stoliku przy drzwiach do kuchni. Wyjął notatnik z numerami telefonów. Okazało się, że nie ma w nim telefonu do archiwum policji. Zadzwonił więc do działu akt i poprosił, by go tam przełączono. Po dziewiątym sygnale odezwał się kobiecy głos.

– Pani Beaupre?

– Tak. Słucham.

– Dzień dobry, tu Harry Bosch. Byłem dzisiaj u pani po akta.

– Tak, pan z Hollywood. Chodziło o tę starą sprawę.

– Zgadza się. Czy ma pani jeszcze pod ręką kwit z tej teczki?

– Proszę zaczekać, już go odłożyłam na miejsce.

Po chwili wróciła do telefonu.

– Tak, mam go.

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, kto poza mną brał te akta?

– Dlaczego chce pan to wiedzieć?

– W aktach brakuje kilku stron. Chciałbym się dowiedzieć, u kogo mógłbym je znaleźć.

– No, ostatnio to pan je wypożyczał. Mówiłam już o tym...

– Tak, wiem. Około pięciu lat temu. Czy brał je ktoś wcześniej albo później? Kiedy wypełniałem kwit, nie zwróciłem na to uwagi.

– Niech pan zaczeka, sprawdzę. – Po chwili powiedziała: – W porządku, mam. Z tego kwitu wynika, że akta wypożyczano jeszcze tylko raz, w siedemdziesiątym drugim roku. Dawno, dawno temu.

– Kto je wtedy wziął?

– Trudno odczytać. Wygląda to jak Jack... Jack McKillick.

– Jake McKittrick.

– Możliwe.

Bosch nie wiedział, co o tym sądzić. Ostatnią osobą, która miała te akta w rękach, był McKittrick, w dodatku ponad dziesięć lat po morderstwie. Co to mogło znaczyć? Bosch poczuł konsternację. Nie wiedział, czego się spodziewać, ale miał nadzieję, że zdobędzie coś więcej niż tylko nazwisko nabazgrane ponad dwadzieścia lat temu.

– To wszystko, pani Beaupre, bardzo pani dziękuję.

– Jeśli w aktach, które pan wziął, brakuje stron, będę musiała powiedzieć o tym panu Aguilarowi.

– Nie sądzę, żeby to było konieczne. Może się mylę. Skoro nikt po mnie nie miał ich w rękach, to jak mogły zginąć?

Podziękował jej jeszcze raz i odłożył słuchawkę, mając nadzieję, że Beaupre nie zgłosi niczego swoim przełożonym. Otworzył lodówkę i zajrzał do środka, bez przerwy myśląc o sprawie, po czym zamknął ją i usiadł przy stole.

Ostatnie strony księgi zawierały raport sporządzony zgodnie ze zwyczajem przez dwóch detektywów niezwiązanych ze sprawą. Widniała na nim data 3 listopada 1962 roku. Wszystkie nierozwikłane sprawy trafiały po roku do ludzi, którzy mogli znaleźć w aktach coś, co umknęło uwadze prowadzących śledztwo.

Taka możliwość istniała jednak tylko na papierze. Policjantom niezbyt podobał się pomysł wyszukiwania błędów swoich kolegów, a ponadto byli zajęci własną robotą. Zwykle poprzestawali więc na przejrzeniu akt, przeprowadzeniu kilku rozmów telefonicznych ze świadkami i przesłaniu teczki do archiwum.