Opis

Było ich 316. Elita wyszkolona do zadań specjalnych. Został jeden. Po latach opowiada jak było naprawdę. Czy jesteśmy gotowi go usłyszeć?

– Zgadza się pan z sentencją wieńczącą monument Cichociemnych: “Słodko i pięknie jest umierać za ojczyznę”?

– Nie słyszałem gorszej sentencji. Życie jest piękne. Nie śmierć.

Dziewięćdziesięciopięcioletni Aleksander „Upłaz” Tarnawski – żołnierz Armii Krajowej wyszkolony w Wielkiej Brytanii i zrzucony do Polski 1941 roku w sam środek wojennego piekła – to ostatni żyjący cichociemny. Duet Emil Marat i Michał Wójcik, autorzy między innymi wywiadu rzeki ze Stanisławem Likiernikiem „Made in Poland”, przeprowadził z nim rozmowę w swoim stylu – zaangażowanym, bezpośrednim, ludzkim i nieco zaczepnym.

Tarnawskiego nie sposób nie polubić. Oto żołnierz-ikona, który mówi, że nie lubi zabijać. Sceptyczny bohater, który zamiast zastrzelić przypadkowo napotkanego sowieckiego pilota – rozmawia z nim i dzieli się jagodami. Legendarny wojownik, który nie znosi patosu. Kombatant uczulony na mitotwórstwo.

Towarzysząc Tarnawskiemu na wojennym szlaku ze Szkocji przez Nowogródczyznę do Warszawy, poznajemy kawałek wojennej rzeczywistości oczami człowieka trzeźwego i sceptycznego, który zarejestrował w pamięci nie tylko legendarne akcje jak z filmu, ale też przypadkowe śmierci, rozpacz, nudę i rezygnację. Dzięki temu „Ostatni” jest jak klisza cudem ocalała z wojennej pożogi – daje poczucie obcowania z namacalnym wręcz faktem, historycznym szczegółem. Jednym słowem – z prawdą: Nie atakowaliśmy. Tylko żeśmy uciekali. Mała różnica. Po ciemku nie widać.

Autorzy – mający już na koncie Nagrodę Historyczną Tygodnika Polityka (2015) za książkę „Made in Poland” – wypracowali własną, inteligentną formułę literacką, skutecznie odświeżającą nasze wyobrażenia o przełomowych wątkach polskiej historii wojennej. Oddając głos naszym narodowym bohaterom, przywracają ich losom ludzki wymiar i sprawiają, że żywy obraz minionego świata wyłania spod spiżowej powłoki mitów:

- Nie miał pan ochoty ginąć za Polskę?

- A wiecie, że jakoś nie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Pamięci generała Sławomira Petelickiego

oraz wszystkim byłym i obecnym żołnierzom

jednostki GROM

ALEKSANDER TARNAWSKI

7 września 2014 roku. Książenice

Pierwszy moment to oszołomienie. Nie można złapać tchu. A potem, gdy wraca orientacja, gdzie niebo, gdzie ziemia – wraca i spokój. To również nie trwa długo. Sekundy. A później mocne szarpnięcie, otwiera się spadochron. Lot po otwarciu czaszy trwa ponad minutę. Czysta przyjemność to opadanie. Człowiek intensywniej czuje, że jest. Przestrzeń, widać wszystko wokół, w dole... Jest dystans.

Czy życie przewijało mi się przed oczami? Nie, skądże. Nic z takiego romantyzmu. Przecież nie umierałem.

Skoczyłem, bo chciałem sprawdzić, co będę czuł; czy w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat jestem w „mentalnej sprawności”. Ciekawość i rodzaj ekscytacji. I odkryłem, że to duża radość. Skok bojowy, ten w czterdziestym czwartym, wykonałem z wysokości stu kilkudziesięciu, może dwustu metrów – szybko, w ciemności, w napięciu i skupieniu, nic z niego nie pamiętam – a ten teraz z dwóch i pół kilometra i w środku dnia. To jest różnica. Była piękna pogoda, świetna widoczność. O czym myślałem? Nie myślałem. Jak się już wyskoczy i spadochron się otworzy, to wiadomo, że wszystko w porządku i można się napawać chwilą, bez żadnego snucia piętrowych refleksji. Może tylko się czuje, że człowiek jest taki mały, stanowi jedynie punkcik na tym niebie i na ziemi, bo widać, jaka ona jest duża. Strach? Nie jestem żadnym herosem, ale się nie bałem. W ogóle. To nie był jakiś nadzwyczajny, wielki wyczyn. Skoro skoczyłem wtedy, ten skok teraz nie stanowił żadnego „przełamania”. Lądowanie było łagodne, mimo że w telewizji wyglądało na dość twarde. Ale ze szkolenia w czterdziestym trzecim pamiętałem o wiele gorsze. Choć jedno lądowanie miałem wtedy też niezwykłe, wyjątkowe: latem tuż po zachodzie słońca ziemia była nagrzana i prądy termiczne szły do góry. I w ogóle nie zdałem sobie sprawy, że usiadłem, tak było łagodnie. Pamiętam, że poczułem się lekki jak piórko. A ten dzisiejszy skok mógł być większym przeżyciem dla żołnierza GROM-u, który mnie asekurował – on pewnie czuł się odpowiedzialny za staruszka, bo na jego barkach spoczywało bezpieczne lądowanie. Ja – tylko nogi razem, lekko ugięte, gotowe do mocniejszego uderzenia o ziemię. Odruchowo – tyle lat, a w człowieku to zostało! To śmieszne, ale myślałem też o tym, żeby nie jęknąć.

Dlaczego cichociemni? Odpowiedzi jest kilka, ale każda wyjaśnia nazwę inaczej, jakby akt założycielski elitarnej polskiej formacji z czasów drugiej wojny światowej miał miejsce w różnych okolicznościach. Inaczej tłumaczyli tę nazwę twórcy jednostki, inaczej sami cichociemni zwerbowani do zadań w kraju. Przemysław Bystrzycki, który skoczył 23 listopada 1944 r., twierdził na przykład, że nazwa powstała somewhere in Scotland.

Bystrzycki pisał, że kandydaci na skoczków trenowali w ciemnościach nocy, a ich ćwiczenia instruktorzy nazywali silent killing – cichą robotą, zabijaniem. Stąd nazwa. Inną etymologię uznaje się za „oczywistą”: chodziło o warunki, w jakich agent przerzucany był do kraju. W ciszy i ciemności. Naprawdę? W ciemności – jak najbardziej: spadochroniarze lądowali o trzeciej–czwartej w nocy. Ale w ciszy? Ryk silników w momencie skoku był ogłuszający. Spadali jednak rzeczywiście w ciszy, a jedynym dźwiękiem towarzyszącym lądowaniu mogło być jakieś szczekanie psa w oddali, szelest gasnącej na polanie czaszy spadochronu, trzask łamanych suchych gałęzi w pobliskim zagajniku.

A może tak: „Nazywamy się cichociemni. Nazwa niejednemu wyda się może dziwaczna, ale spróbujcie znaleźć lepszą na określenie takiego charakternika, który potrafi znaleźć się niepostrzeżenie tam, gdzie go najmniej się spodziewają i pożądają, cicho a sprawnie narobić nieprzyjacielowi bigosu i wsiąknąć niedostrzegalnie w ciemność, w noc – skąd przyszli”. Tak napisali w 1954 r. we wstępie autorzy pierwszego zbioru wspomnień skoczków Drogi cichociemnych. Rzeczywiście blisko.

Alojzy Józekowski, autor Znowu się naraziłem. Wspomnienia cichociemnego, choć nigdy do kraju nie skoczył (z powodu kontuzji), przekonująco uzupełnił to wyjaśnienie. Było to w czasie, kiedy szkolił się z grupą kolegów z Polski w jednym z ośrodków w Wielkiej Brytanii. Pewnego razu po dość długim marszu dowodzący kursantami porucznik zostawił jego grupę w lesie na pagórku, a sam poszedł szukać innej drużyny. W tym czasie w to miejsce przyszli Brytyjczycy – inspektorzy ćwiczeń. Józekowski z kolegami położyli się na ziemi i leżeli bez ruchu. „Choć niemal deptali nam po głowach, nie zauważyli nas” – pisał. Brytyjczycy rozmawiali ze sobą, chodzili w tę i z powrotem. Po chwili pojawił się porucznik. Natychmiast padło pytanie, co się stało z jego oddziałem. Odpowiedział, że jest tutaj. „Ale gdzie?” – dopytywali się Anglicy. „No, tutaj”. „Ale gdzie konkretnie?”

Gdy porucznik dał komendę: „Powstań!” – inspektorów zatkało. Spod stóp wyrosła im grupa młodych chłopaków. Experienced troops – rzucił jeden ze szkoleniowców. Była to pochwała i uznanie Polaków za doświadczone wojsko, które w ciemnościach czuje się jak za dnia.

Według jeszcze jednej teorii, najbardziej zbliżonej do prawdy (jeżeli chodzi o etymologię), w „cichociemny” sposób znikali z macierzystych jednostek ci, których odwiedził tajemniczy werbownik. Pojawiał się niespodziewanie, by po chwili zniknąć, zostawiając zapach tytoniu z fajki. Według najczęstszych wersji był starszym, dystyngowanym panem, który zamieniał kilka słów z wyprężonym na baczność młodym człowiekiem i wyjeżdżał. Tydzień lub dwa tygodnie po nim, w ciszy i ciemnościach, znikał młody rozmówca. Koledzy rano znajdowali pustą pryczę.

Władysław Klemens Stasiak, żołnierz 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, miał jeszcze inną teorię, choć też związaną z wyjazdem z macierzystej jednostki. Według niego nazwa pojawiła się po tym, jak już przeszkoleni żołnierze zaczęli przyjeżdżać z kursów. Po pierwszych treningach, które zazwyczaj trwały do dwóch tygodni, żołnierz wracał do kolegów i czekał na kolejne wezwanie. W tym czasie obowiązywał go absolutny zakaz mówienia czegokolwiek. Tajemnica wojskowa. Cicho, sza! Ale przecież nieskierowani na kurs koledzy nie odpuszczą: „Przyszedł do mnie por. Józef Wija – znany w brygadzie dowcipniś i złośliwiec [...]; zaczął mnie męczyć pytaniami. Odpowiedziałem mu, że przecież dobrze wie, że mamy siedzieć cicho [...]. On, złośliwiec, rysując palcem kółko na czole, powiedział: «ty ciemniaku, nawet mnie nie ufasz? Taki jesteś cicho-ciemniak?!»”.

Tak czy inaczej „cichociemny” brzmi nieźle.

Nie spotkaliśmy się z opinią, by to określenie nie podobało się jakiemuś agentowi. Każdy z nich rozumiał, że to zdecydowanie lepsza nazwa od takiego, dajmy na to, „faraona” – jak ochrzczono Karpatczyków od gen. Kopańskiego, albo „czarnego diabła”, jak mówiono na pancerniaków gen. Maczka. A już zdecydowanie lepiej to brzmiało niż „lord”. Tym mianem określano żołnierzy nieprzechodzących intensywnego szkolenia na Wyspach, lecz jedynie biernie tam stacjonujących. Tych, którzy piją whisky i jedzą dorsze.

Dorsze?

Te ryby mogą pomóc w zrozumieniu, dlaczego tak wielu młodych ludzi z utęsknieniem czekało na tajemniczego starszego pana – werbownika. Najlepiej wyjaśnił to Alfred Paczkowski, słynny „Wania”, o którym będzie jeszcze sporo w tej książce. Gdy trzydziestojednoletni wówczas doktor medycyny zgłaszał się do cichociemnych, robił to, bo miał świadomość, że w przeciwnym razie będzie jeszcze „dziesięć lat forsownie odżywiać się dorszami”. Ryby są tu synonimem nudy. „Wania” się obawiał, że na Wyspach nie będzie nic robił, a wojna minie bez jego udziału. Innym razem, w rozmowie z dziennikarzem Janem Szatsznajderem, wypalił, że w kraju znalazł się dlatego, że nie znosił whisky.

O piciu whisky mówią wszyscy oczekujący na misję. Ci, którzy nigdzie się nie wybierali, również. Ale dorsze jako „zagryzka” do szkockiej? To mógł być argument za podjęciem najbardziej ryzykownej misji.

Cichociemni nie znosili nudy. Gdy analizuje się ich życiorysy, jedno uderza szczególnie: to nie byli zwykli żołnierze – karni, posłuszni, zdyscyplinowani. Powiedzieć o nich: dzielni i odważni to jakby nic nie powiedzieć. Byli to indywidualiści i liderzy, żołnierze kreatywni, którzy chcieli brać sprawy w swoje ręce. Z trudem znosili podporządkowanie. Woleli działać na swoich warunkach. Dobrze się czuli, mając jasno wytyczony cel czy zadanie do wykonania. A jak je mają wykonać – to już zależało tylko od ich fantazji.

Skakali, nie zawsze wiedząc, gdzie wylądują. Kilku zrobiło to na dziko, bo stacja odbiorcza nie była przygotowana bądź pilot nie zauważył sygnałów na ziemi i spadochroniarze skakali dosłownie i w przenośni „w ciemno”.

6 stycznia 1942 r. właśnie w ten sposób skoczyli por. Tadeusz Klimowski „Klon”, por. Jan Marek „Walka”, por. Zbigniew Piasecki „Orlik”, kpt. Jan Smela „Wir”, kurier ppor. Benedykt Moszyński „Andrzej” oraz ppłk Henryk Krajewski „Wicher”. Dziś nie robi to może wrażenia, ale wtedy – siedemdziesiąt lat temu – spadochroniarstwo nie było sportem, nawet zwykły przelot samolotem miało za sobą zaledwie kilku z nich. Pierwszy lot treningowy każdy wspomina jako prawdziwą udrękę: mdłości, zawroty głowy... Inna sprawa, że i samoloty nie przypominały dzisiejszych.

Kilku, zanim skoczyło na spadochronach nad terytorium Polski, musiało ją opuścić w równie karkołomny sposób: nie z uciekinierami po kampanii wrześniowej, jak dziesiątki tysięcy młodych Polaków, ale bardziej spektakularnie. Zanim Aleksander Stpiczyński wyskoczył 22 września 1944 r. z samolotu nad Polską, wyjechał z niej jako pułkownik baron Arnold von Luckner, „dystyngowany i elegancki, z małym ostrym wąsikiem i monoklem, w roli powołanego do służby oficera rezerwy, bogatego arystokraty i bon vivanta (którym zresztą, w dobrym tego słowa znaczeniu, był w rzeczywistości)” – jak opisał go Kazimierz Leski „Bradl”. Stpiczyński (faktycznie będący rotmistrzem) udawał niemieckiego oficera wysokiej szarży i miał nawet zaszczyt odbyć pogawędkę z feldmarszałkiem Wilhelmem Listem, tym samym, który w 1939 r. brał udział w najeździe na Polskę. Oczywiście feldmarszałek nie miał pojęcia, z kim rozmawia.

A inni? „[...] brawury uczył nas «Ponury»” – śpiewano o jednym z nich. O nim też będzie dużo w tej książce.

Grupa kpt. Stefana Ignaszaka „Nordyka” („Drozda”) odznaczyła się czymś innym: dostarczyła aliantom plany Wojskowego Instytutu Badawczego (Heeresversuchsanstalt) na wyspie Uznam, gdzie Niemcy prowadzili badania nad bezpilotowym samolotem-pociskiem Fi-103/V-1.

Kpt. Adam Borys „Pług” był zaś dowódcą „Parasola”, jego żołnierze wykonali trzynaście operacji bojowych wymierzonych w najgroźniejszych funkcjonariuszy niemieckiego terroru w Generalnym Gubernatorstwie. Nie wszystkie się udały. Gen. Wilhelm Koppe czy Stamm przeżyli. Ale Kutschera zginął.

Cichociemni mieli tupet. Adam Boryczka „Tońko”, jak pisał o nim Bronisław Krzyżanowski, „działał na ludzi, roztaczając przed nimi patetyczne widowisko swojej odwagi [...], kiedy w pociągu panoszył się, wymyślając frontowym podoficerom łamaną niemczyzną, przetykaną angielskimi wyrazami, wyrzucając ich z zajętego przez siebie przedziału – wtedy właśnie tworzył swój «rząd dusz» nad ludźmi”.

„Nie mieliśmy barw broni. Ani świętego patrona, ani tradycji, ani sztandaru. Nie mieliśmy szczególnych oznak ani własnego mundurowego sznytu, jak na przykład lotnicy: trzy guziki odpięte pod szyją; ani olbrzymich beretów obszytych czarną skórą i o stalowej barwie, jak nasi spadochroniarze; ani szczególnie krzywych nóg, jak Boże odpuść, kawaleria. Nawet przesądów czy maskotek. Wojsko bez podobnych atrybutów nie jest wojskiem. Czyli na dobrą wiarę nie było nas” – pisał o sobie i kolegach Przemysław Bystrzycki.

Do kraju wysłano trzystu szesnastu cichociemnych. Jeden – ppor. Tadeusz Chciuk – skakał dwa razy. Raz w towarzystwie pięćdziesięciosześcioletniego cywilnego kuriera Józefa Retingera, doradcy Władysława Sikorskiego i emisariusza Stanisława Mikołajczyka, najstarszego wiekiem skoczka.

Wśród nich była jedna kobieta, dwudziestu dziewięciu kurierów cywilnych, jeden Węgier i czterech agentów brytyjskich w składzie misji wojskowej SOE o kryptonimie „Freston”. Taki stan kadry oficerskiej – jak obliczył Antoni Rawicz-Szczerbo – pewnie by wystarczył do sformowania drugiej polskiej brygady spadochronowej.

Trzystu szesnastu agentów... nie jest to jednak obezwładniająca liczba...

Chętnych było znacznie, znacznie więcej. VI Oddział sztabu Naczelnego Wodza, czyli wywiad, zwerbował i namówił do szkoleń w zakresie działań do kraju: jednego generała (według Topolskiego, bo według Bystrzyckiego było ich dwóch), stu dwunastu oficerów sztabowych (w tym pięciu pułkowników, ośmiu podpułkowników, trzydziestu pięciu majorów, pięćdziesięciu dwóch kapitanów i rotmistrzów). Do tego dochodziło: ośmiuset dziewięćdziesięciu czterech oficerów młodszych, pięciuset dziewięćdziesięciu dwóch podoficerów, siedmiuset siedemdziesięciu jeden szeregowych, piętnaście kobiet i dwudziestu ośmiu kurierów politycznych, tzw. kotów. Razem dwa tysiące czterystu trzynastu ochotników. Szkolenie ukończyło sześciuset sześciu kandydatów, natomiast do przerzutu zakwalifikowano pięćset siedemdziesiąt dziewięć osób.

Po prostu nie wszyscy się nadawali, na wysłanie innych nie było czasu...

Ci, którzy wylądowali, przed przystąpieniem do pracy musieli przejść okres aklimatyzacji. Do pracy w ZWZ/AK przystąpiło trzystu pięciu cichociemnych. Sześciu zginęło w szczątkach zestrzelonych samolotów, trzech w trakcie skoku, dwóch bezpośrednio po wylądowaniu w strzelaninie z nieprzyjacielem. W sumie w zmaganiach wojennych poległo lub zaginęło stu jeden cichociemnych (według innych obliczeń – stu dwunastu). Ośmiu przeżyło wojnę, ale zostało zamordowanych przez komunistyczne władze. To rtm. Andrzej Czaykowski „Garda”, por. Hieronim Dekutowski „Zapora”, ppor. Stefan Górski „Brzeg”, mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin”, por. Aleksander Kułakowski „Rywal”, ppor. Czesław Rossiński „Kozioł”, kpt. Mieczysław Szczepański „Dębina”, kpt. Stanisław Winter „Przemytnik”. Gen. Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka” zamordowali Sowieci po „procesie szesnastu”.

Dopiero w 1957 r. na falach październikowej odwilży odbył się pierwszy zjazd cichociemnych w Poznaniu. Ale na dobre czasy dla kombatantów tej formacji przyszło czekać jeszcze długo. W 1981 r., gdy Przemysław Bystrzycki pisał przedmowę do pierwszego wydania Znaku cichociemnych, żyło jeszcze osiemdziesięciu ośmiu skoczków, z czego około pięćdziesięciu za granicą.

Gdy na rynku pojawiło się drugie wydanie, żyło siedemdziesięciu ośmiu. Z kolei gdy za pióro chwycił inny badacz cichociemnych Jan Szatsznajder, autor reportaży o tych żyjących w kraju, i w 1985 r. wydał Cichociemni: z Polski do Polski – żyło ich siedemdziesięciu siedmiu.

Kiedy zaczynaliśmy pracę nad tą książką, żyło jeszcze trzech cichociemnych. Teraz, gdy ją kończymy, żyje jeden – Aleksander Tarnawski.

Jego osobista historia wojennych przeżyć (jak sam podkreśla – historia przez małe „h”) w oczywisty sposób wpisała się w wydarzenia należące do Historii. Tarnawski jak mały punkt, piksel na obrazie współtworzył olbrzymią kompozycję, czasem będąc w środku, innym razem ocierając się zaledwie o główne elementy historycznego pejzażu: wrzesień 1939, Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, klęska operacji AK w Wilnie, zniszczona Warszawa, powojenny strach i jego skutki... Bagatelizuje swoją rolę, zaznacza, że prawie wszystko, co mu się przytrafiło, to kwestia przypadku, losu, że nie wykazywał się ani szczególną odwagą, ani zasługami, że to wszystko „samo się działo”. I że nie jest bohaterem.

– Zacznijmy od dokumentów.

– Od „kwitów”? To teraz modne.

– Kurs cichociemnych, jeden z paru, ukończył pan w czerwcu 1943 r. w „szkole nr 6”. 19 czerwca powstał raport końcowy – Para-military report. To dokładny opis pana kompetencji w jedenastu dziedzinach. Dokument pochodzi z mieszczącego się w Londynie Archiwum Studium Państwa Podziemnego.

– Nie czytałem tego. Pokażcie. Para-military report. Party 38 R 6. STS no. 25. Sporo tajnych oznaczeń, jak u szpiegów....

– To pewnie kryptonim szkoły i dane kursu, zaszyfrowane dane instruktorów. Autor raportu – podpis nieczytelny – w punkcie pierwszym opisuje pana wyniki w „przeszkoleniu fizycznym”. Wynik bardzo dobry, jest pan gotowy. Adnotacja: pracował dobrze, wykazał poprawę we wszystkich rodzajach ćwiczeń i jest bardzo wytrzymały.

– Byłem wytrzymały. Marsze, nawet z obciążeniem, to była dla mnie zabawa, a nie szkolenie. Czy wyróżniałem się na tle innych? Nie sądzę. W tym wieku, miałem wtedy dwadzieścia jeden lat, to się góry przenosi. Co mnie obchodziły jakieś zakwasy czy zmęczenie! Nic a nic.

– Kategoria „walka w zwarciu”. Instruktor napisał: „Jeden z najlepszych kursantów w tym zakresie – praktyka imponująca”. Zdał pan test z wynikiem 94 proc.

– Ciekawe, co to znaczy. Że dziewięćdziesiąt cztery razy na sto potrafiłem kogoś udusić?

– No właśnie, chcieliśmy o to zapytać.

– Chodzi o zapasy i szybkie unieszkodliwienie... no, można powiedzieć: eliminację przeciwnika. Jeśli ma się to odbyć bez broni, w grę wchodzi duszenie, łamanie karku... Tak, aby wartownik, którego zachodzi się od tyłu, nie zdążył nikogo zaalarmować. Było takie szkolenie.

– Czyli z duszenia wynik doskonały...

– Proszę pana! Ale ile według pana powinienem mieć punktów? Było szkolenie, to się szkoliłem.

– Trzecia dyscyplina: „Wspinanie się na linie, tor przeszkód, upadki”. Bardzo satysfakcjonujący standard.

– Rzeczywiście to lubiłem. W jednym z obozów treningowych w północnej Szkocji stała wysoka skała, mniej więcej dwudziestometrowa, i zwisała z niej lina. Trzeba było po tej linie wspiąć się na szczyt, byle szybko. A potem zaczynał się bieg z przeszkodami. Muszę powiedzieć, że zapamiętałem to jako igraszkę. Może nie przepadałem za skokiem z pierwszego piętra, bo i takie tam było zadanie. No, ale skakałem, co było robić.

– „Orientacja w terenie”. Piszą, że nie był pan asem. „Wymaga dalszego doskonalenia”. Gubił się pan w lesie?

– Nieee... nigdy. Nie przypominam sobie.

– Ale chwalą pana za umiejętność kamuflowania się w terenie.

– Ciekawe. Tego sobie nie przypominam.

– Doskonale udawał pan snopek siana.

– Żarty sobie stroicie, ale odpowiedni kamuflaż kilka razy uratował mi życie. I nie snopek, ale dupek! Chodzi o to, żeby wyglądać jak łajza. Łajza zawsze wygląda niegroźnie. Możecie to zapamiętać i stosować w praktyce. Takie drogie kurtki, jakie macie, za bardzo rzucają się w oczy.

– Nie są takie drogie.

– Czyli się kamuflujecie.

– Kolejna umiejętność, jak pisze autor raportu, jest pana największym atutem: „Ćwiczenia z bronią”. Pisze: „Strzela bardzo dobrze z pistoletu i broni maszynowej. Duża wiedza z zakresu broni nieprzyjaciela”.

– Umiałem i lubiłem. Rozkładanie broni na czas również było obligatoryjne. Szmajser i takie inne niemieckie pistolety maszynowe. Po ciemku też. Pistolety, rewolwery...

– Dziś też by pan potrafił rozłożyć broń na części?

– Dwa miesiące temu pojechałem tu niedaleko, do firmy ochroniarskiej, założonej przez byłych pracowników GROM-u. Zaprosili mnie na strzelnicę. I zdumienie, wyobraźcie sobie, no, nie ukrywam – zadowolenie też, kiedy zobaczyłem na takiej ladzie karabiny z czasów wojny. Postrzelałem sobie. Okazało się, że tego nie zapomniałem. Mówię to jako ciekawostkę. Oprócz tego dali mi też współczesną broń krótką. Celownik elektroniczny. Muszę powiedzieć, że nie ma porównania: żeby nie trafić z takiego pistoletu, to trzeba być zupełnie niewydarzonym. Doskonale się z tego strzela. Nie będę zanudzał panów, ale celność nowoczesnej broni jest taka, że gdyby przeciwnik w ogóle przeżył taką strzelaninę, tobym się zdziwił. Gdybyśmy mieli takie... Postęp technologiczny cholerny...

– „Materiały wybuchowe – przeszkolenie pirotechniczne”. Instruktor napisał, że dzięki wytrwałości zrobił pan w tym zakresie duży postęp. Teoria: 82 proc., praktyka: 62 proc. Cóż, tylko... trójka z plusem. Jak na chemika – średnio. Duży pociąg by pan uszkodził, ale nie wykoleił.

– Można tak powiedzieć.

– „Preparowanie dokumentów”. Również w tym zakresie nie był pan asem. „Stara się przygotowywać dokumenty i szkicuje odręcznie mapy bardzo starannie, jednak zawsze brakuje w nich istotnych szczegółów i informacji; wymaga dalszych szkoleń”.

– Widocznie nie byłem specjalistą. Ale zawsze mogłem liczyć na lepszych. Papiery zawsze miałem podrobione na zicher. Kiedyś podróżowałem sobie z żołnierzami Wehrmachtu w ich transporcie i nikt się nie domyślił, że coś ze mną nie tak. Później wam opowiem.

– „Czytanie map” – bez zarzutu. Z kolei w „planowaniu taktyki” okay, ale... „w realizowaniu zadań” wykazywał pan „brak inicjatywy i wyobraźni”.

– Nie pamiętam takiego przedmiotu. Ale chętnie bym porozmawiał z tym instruktorem, przypomniał sobie, o jakie braki chodzi.

– I chętnie by mu pan pokazał, że nie potrzebuje nowoczesnego celownika optycznego.

– Nie chodzi mi o jego oceny, guzik mnie to obchodzi. Po prostu nie przypominam sobie sprawdzianu z kartografii. Tyle lat...

– Z testu sprawnościowego ocena bardzo dobra. Zajął pan ósme miejsce. Nie wiemy tylko, na ilu uczestników kursu. Dwudziestu? Trzydziestu?

– Coś koło tego, nie pamiętam.

– Na koniec ankiety mamy uwagi instruktora. Pisze, że starał się pan, ale pana wyniki nie były bardzo dobre. Jest pan – cytujemy: „dużym indywidualistą, niezdolnym do stosowania w praktyce wszystkiego tego, czego udało mu się nauczyć. Działa całkiem dobrze, będąc pod dowództwem lidera, wtedy rozumie, co musi zrobić”.

– Skoro tak napisał, to nie mam nic do dodania.

– To może skomentuje pan adnotację komendanta tego ośrodka. On z kolei dopisał notkę na końcu raportu. Według niego był pan chętny i zainteresowany zajęciami, do tego nadaje się pan do dobrej pracy pod nadzorem. Ale potem jest zdanie, które nas zainteresowało szczególnie: „Osobowość raczej negatywna, choć działa niezawodnie i jest godny zaufania”. Co to znaczy: „osobowość negatywna”? Pesymista? Defetysta? Marudzący żołnierz? Czy może agresywny, arogant lub nawet łajdak?

– Proszę panów, nie wiem. Nie mam pojęcia, co oznacza określenie: negative w tej branży. Bo pesymistą na pewno nie byłem.

– To zacytujemy panu jeszcze jedną ankietę. To finishing report. Pochodzi z 9 lipca 1943 r. Komendant Grupy B. STS (Specjalnej Szkoły Treningowej), podpis nieczytelny, napisał, że oprócz standardowej procedury szkoleniowej przeszedł pan również kurs kryptografii. A potem znowu kilka zdań o pana osobowości: „Nie ujawnił wybitnej inteligencji, raczej brakuje mu wyobraźni i inicjatywy. Bardzo się starał i jego praca okazała się satysfakcjonująca. Raczej typ samodzielny, o spokojnej i negatywnej osobowości (negative personality). Jest wiarygodny. Najlepiej czuje się pod dobrą komendą”. Konsekwentnie podobna opinia!

– Ha, ha... Co ja mogę powiedzieć? Raport jest pewnie obiektywny. Nie wiedziałem, że tak mnie w nim opisano. No, nie powiem wam, o co chodzi.

– Zapytamy inaczej. Dlaczego akurat panu zaproponowano cykl szkoleń? Tylko ze względu na wysportowanie i dobrą kondycję?

– Nie zastanawiałem się. Nie wiem, dlaczego ja zostałem wybrany. Nie wyróżniałem się niczym. Dobry byłem ze strzelania. A poza tym? Nie wiem... kiedy byłem w podchorążówce we Francji, potem w Anglii, moi dowódcy zwrócili uwagę, że jestem po dobrym liceum, że już zacząłem studia. Nie skończyłem ich, ale to liceum wyróżniało mnie in plus. W podchorążówce byłem typowany na prymusa. Ale brak dyscypliny formalnej mi przeszkodził. Nie stukałem obcasami. Tak to widzę dziś. To był jeden z powodów, że nigdy nie byłem wzorowy. Ani w podchorążówce, ani nigdzie indziej. Może przez to odbierali mnie jako „negatywa”, czy jak tam było napisane...

– Ale właśnie takie cechy były u cichociemnych w cenie.

– Tak, instruktorzy kładli nacisk na niekonwencjonalne podchodzenie do zadań. Żadnej sztampy, więcej kreatywności, jak to się dziś mówi.

– Jak pan dziś ocenia siebie i swoich kolegów, wszystkich cichociemnych? Jaki był wasz wkład w drugą wojnę światową?

– Z militarnego punktu widzenia... no cóż... Może gdyby wszyscy cichociemni stanowili jeden oddział, miałoby to jakiś sens: taki superoddział partyzancki. Oczywiście to było niemożliwe, ja wiem. Tylko fantazjuję i mówię, co myślę. Chyba główne znaczenie cichociemnych to wsparcie propagandowo-psychologiczne kraju. Nie wiem, czy to przewidziało dowództwo, rząd w Londynie. Ale o „skoczkach” było wiadomo dość powszechnie: przecież w podziemiu się o tym mówiło, ci ludzie, którzy przyjmowali cichociemnych, mówili o tym rodzinom, „ciotki” też pewnie komuś to opowiadały, rodzinie, bo nie bardzo wierzę w aż taką konspirację. I summa summarum szła fama, że oto Londyn, że Zachód o nas w kraju nie zapomniał... I to było pozytywne. I to była zasadnicza rola cichociemnych, większa niż znaczenie militarne. Czytałem, że jakiś cichociemny zginął gdzieś pod Krakowem w obronie transportu broni... No to, drodzy panowie, z punktu widzenia ekonomii wojskowej było stracone przedsięwzięcie: dobrze wyszkolony człowiek zginął w sposób raczej bezsensowny... „Rzucono go na zły odcinek”, można powiedzieć.

– A pan? Pan został dobrze wykorzystany?

– Byłem tutaj bardzo krótko. Kiedy dotarłem na Nowogródczyznę, to w nocy już słyszałem sowiecką artylerię. Było za późno! Nie mogłem... nawet biorąc pod uwagę to, że miałem minimożliwości... nie bardzo mogłem cokolwiek zrobić...

– Pomysł był wtedy bardzo prosty: przed Armią Czerwoną przejąć tereny, z których wycofują się Niemcy. Każdy dobrze przeszkolony oficer był na wagę złota...

– To nie mogło się udać. Sowieci nie byli durniami i wiedzieli, o co chodzi. Nie mieli trudności z rozszyfrowaniem takich zamiarów. A nie mieli ochoty dzielić się zwycięstwem, zwłaszcza w kontekście ustaleń towarzysza Stalina z panami Churchillem i Rooseveltem...

– Twórca idei cichociemnych mjr Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” uważał, że wśród dowódców AK panowało przekonanie, iż cały świat czeka na to, kto zdobędzie Wilno... Naiwne przekonanie, że gdy Polacy zdobędą Wilno, to Amerykanie i Anglicy pokłonią się polskiemu bohaterstwu, a Stalin to uzna i uszanuje.

– To analogiczne do powstania w Warszawie! To też miała być demonstracja. Tylko przekaz był taki, że Polacy są nieodpowiedzialnymi desperatami. Zostawienie decyzji o powstaniu dowództwu w kraju, to, że gen. Sosnkowski tak powiedział, że ostatnie słowo mają szefowie AK w kraju – to było bezmyślne! Przecież Londyn lepiej orientował się w sytuacji militarno-politycznej w Europie niż Warszawa! Albo się jest dowódcą, albo się nie jest, bierze się odpowiedzialność albo nie. Nasz wódz tej odpowiedzialności nie wziął. Inna sprawa, czy gdyby wziął, toby udźwignął.

– A lokalni dowódcy, których pan spotkał po skoku do kraju? Czy mogli lepiej pana „wykorzystać”?

– Oceniam ich negatywnie. Trudno się dziwić... wszyscy, prawie wszyscy byli przedwojennymi oficerami armii. Intelektualnie to nie były wielkie jednostki. Pewnie byli jacyś wybitni ludzie, ale większość to raczej niskie loty, z przykrością to stwierdzam. Mentalność zupaków.

– Czyli autor raportu się mylił, pisząc, że pod dobrym dowódcą mógłby pan nieźle nabroić?

– Nawet gdyby moi dowódcy byli geniuszami, a ja supermenem – wojny byśmy nie wygrali. Byliśmy jak ziarenka piasku na pustyni albo jeszcze coś mniejszego.

To była misja. Misja specjalna. Można tak określić napływ na Śląsk młodych polskich inteligentów: nauczycieli, lekarzy, urzędników. Wśród nich było nauczycielskie małżeństwo z galicyjskiej wsi.

Królewska Huta została oficjalnie przyłączona do Polski w czerwcu 1922 r. Wcześniej mocarstwa kreślące w Wersalu granice nowego europejskiego porządku miały kłopot z przypisaniem Śląska: Francja optowała za tym, by większość bogatego w węgiel, uprzemysłowionego terenu oddać powstającej Polsce, Włochy i Anglia silnie „lobbowały” za pozostawieniem Śląska w granicach Niemiec. A późniejsza historia jest po tysiąckroć opisana: dwa polskie powstania śląskie (latem 1919 i 1920 r.), pod ich wpływem decyzja mocarstw o plebiscycie, który w oparciu o kryteria narodowościowe miał ostatecznie określić, komu przypadnie Śląsk. I określił: 20 marca 1921 r. 60 proc. głosujących opowiedziało się za przynależnością Górnego Śląska do Niemiec. Polacy nie godzą się z wynikami, wybucha trzecie powstanie: Korfanty, Góra Świętej Anny, dziwnie bierna postawa dyplomatyczna polskiego rządu, dwa miesiące mniej lub bardziej intensywnych walk. W końcu na mocy podjętej w Genewie decyzji mocarstw (październik 1921 r.) część terytorium Śląska przyznana Polsce zostaje powiększona o jedną trzecią, przy czym Rzeczypospolitej przypadają najbardziej uprzemysłowione, nowoczesne obszary, z Katowicami jako stolicą regionu. Linie geograficznego podziału bywają niefortunne: często przecięte na pół są podwórka, ulice, zdarza się, że szyb kopalniany jest po jednej stronie granicy, a złoża i hałdy po drugiej, podzielone zostają szkolne boiska, chaos i komplikacje dotyczą linii kolejowych i tramwajowych. Jednak sytuacja związana z tożsamością ludności jest jeszcze bardziej skomplikowana: po stronie niemieckiej zostało około pół miliona Polaków, w granicach nowego „polskiego Śląska” ćwierć miliona ludzi przyznawało się do narodowości niemieckiej – sto tysięcy z nich opuści swoje domy. W dużej części byli to ludzie stanowiący w ówczesnej skali elitę. Według danych, które przytacza w pracy Ludność napływowa na Górnym Śląsku Maria Wanatowicz, wstydliwie niewielka część śląskiej inteligencji przed plebiscytem oraz trzecim powstaniem deklarowała propolską postawę; na przykład wśród nauczycieli – a ta grupa interesuje nas szczególnie – zaledwie 6 proc.!

Naturalne i oczywiste, że w takiej sytuacji ruszyła zorganizowana akcja „spolszczania” Górnego Śląska: urzędnicy, nauczyciele, kandydaci na dyrektorów fabryk i kopalni są nakłaniani do przeprowadzki na Górny Śląsk. Akcja nie była jednak prowadzona subtelnie. Bardzo szybko pojawiły się podziały – Ślązacy, w większości ludzie prości: robotnicy, górnicy – zaczynają odczuwać napływ polskiej inteligencji jako coś upokarzającego. Gwara śląska, wcześniej tępiona przez Niemców, teraz bywa wyśmiewana przez Polaków. Inna obyczajowość, również inny status materialny – to wszystko sprawia, że rodzą się animozje i czasem bardziej, a czasem mniej widoczna staje się granica. Co mądrzejsi Polacy proces ten zauważają, źródeł podziałów szukając również w przeszłości. Zofia Kossak-Szczucka pisała: „Byliśmy dla nich obcy. Trzeba zrozumieć, że oni miłowali nad życie polskość, własną polską duszę, polską mowę, ale nigdy nie żywili żadnego sentymentu do Polaków, których nie znali, którzy się nigdy nimi nie interesowali. Trzeba płacić za błędy historii. To zamknięcie się w sobie, nieufność wobec każdego przybysza, były tyle wieków jedyną ich bronią, ratunkiem przed wynarodowieniem, że nie możemy wymagać, aby się od razu tych cech pozbyli. Wrosły one zbyt głęboko w psychikę Ślązaków”.

Czy dwoje młodych nauczycieli z galicyjskiej Słociny po przybyciu do Królewskiej Huty (od 1934 r. – Chorzowa) zdawało sobie sprawę ze stopnia skomplikowania misji, w której uczestniczy?

Dwójka dzieci, kilka walizek i skrzyń dobytku. Wynajęty wóz, potem pociąg, później znowu dorożka z woźnicą mówiącym po niemiecku, brukowane ulice, bliżej centrum kominy, dużo kominów, i kamienice z pałacowymi zdobieniami, wieżyczkami i półokrągłymi oknami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Tomasz „Waciak” Wójcik

Zdjęcia na okładce

Archiwum Aleksandra Tarnawskiego

Redakcja

Jerzy Lewiński

Korekta

Anna Kędziorek

Redaktornia.com

Copyright © by Emil Marat, Michał Wójcik, 2016

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2016

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-088-8

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl