Ostatni dzień roku - Katarzyna Misiołek - ebook + książka
BESTSELLER

Ostatni dzień roku ebook

Katarzyna Misiołek

3,5

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Był mroźny, zasypany śniegiem Ostatni dzień roku, kiedy Monika wyszła z domu tylko na chwilę i już do niego nie wróciła… Gdzie przepadła szczęśliwa młoda mężatka? Jakie sekrety skrywała przed bliskimi? Magda, jej młodsza siostra, rzuca się w wir poszukiwań wierząc, że szybko odnajdzie właściwy trop. Najpierw blisko domu, wśród znajomych, w końcu niemal wszędzie – w sektach, szemranych spelunach, za granicą. Bo przecież Monika może być zarówno w Iławie, czy Szczecinie, jak i w Hamburgu… Zdesperowana rodzina coraz rozpaczliwej czepia się ostatnich resztek nadziei; perfidnie oszukiwana przez naciągaczy, nękana przez żądne sensacji media i podejrzewana przez policję. A Moniki wciąż nie ma… Mija rok i kolejne miesiące bez żadnych wieści. Magda wciąż nie traci nadziei, ale jej własne życie całkowicie się rozpada. Któregoś dnia zdaje sobie sprawę, że gdzieś po drodze zakochała się w mężu zaginionej siostry. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Zrobiłaby przecież wszystko, żeby ją odnaleźć. Nawet, jeśli wiedziała, że w ten sposób raz na zawsze straci Jakuba…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

 

 

 

Dzień, w którym zaginęła moja siostra, był mroźny i ponury. Sinogranatowe chmury, wróżące rychłe opady śniegu, wisiały nad miastem; lodowaty wiatr przenikał do szpiku kości. Wracając piechotą do mieszkania mojego chłopaka, potwornie zmarzłam. Kiedy weszłam na górę, musiało być koło dziewiętnastej.

Bartek powitał mnie w progu i, biorąc ode mnie kurtkę, zapytał, czemu jestem tak późno.

– Zasiedziałam się na uczelni – mruknęłam, zdawkowo całując go w usta. – Powinnam zaraz wskoczyć do kąpieli, inaczej się spóźnimy – dodałam, z ulgą rozpinając zamszowe kozaczki na wysokich koturnach.

– Może umyję ci plecy? – rzucił Bartek z wymownym uśmieszkiem.

– Może zrobisz mi herbatę? – odpowiedziałam pytaniem, ściągając dżinsy, gruby czerwony golf i czarny podkoszulek.

W łazience było chłodno. „Nie znoszę starego budownictwa” – pomyślałam i skrzywiłam się, nachylając nad wanną. Bartek jak zawsze zbyt mocno zakręcił mosiężny kurek, co za każdym razem doprowadzało mnie do szału. Kiedy w końcu odkręciłam wodę, gdzieś z przedpokoju odezwał się mój telefon. Zignorowałam go, pospiesznie zabierając się za zmywanie makijażu. Stałam boso na zimnych kafelkach, chociaż byłam przemarznięta. Zapomniane pantofle zostały w korytarzu…

– Wiesz, czego się dzisiaj dowiedziałem? Moja szefowa ma romans. – Bartek pojawił się w łazience z kubkiem gorącej mandarynkowej herbaty dla mnie. – Nie zapytasz z kim? – Przysiadł na brzegu wanny, przyglądając się mojej krzątaninie.

Tonik, krem, korektor… Gdzie ja to wszystko posiałam?

– Cholera, spóźnimy się! – syknęłam, sprawdzając, co z wanną. Upiłam kilka łyków herbaty i oddałam mu kubek. – Nie znam zbyt dobrze twojej szefowej, Bartek. Mogę tylko powiedzieć, że to atrakcyjna babka. Z klasą.

– I z kasą. Wiesz, że firma wyciągnęła w tym półroczu ponad pół miliona na czysto?

– Miśku, błagam cię! Muszę się przygotować do wyjścia! – jęknęłam, ściągając stanik.

– Mmm, jesteś pewna, że nie potrzebujesz pomocy? – Bartek przyciągnął mnie do siebie, całując w szyję, i dopiero kiedy poirytowanym tonem kazałam mu się wynosić, zostawił mnie samą.

Spinałam sięgające ramion włosy, kiedy po raz kolejny z korytarza usłyszałam melodyjkę mojego telefonu. Pamiętam, że przez moment się zawahałam – odebrać czy zanurzyć się w pachnącej karmelem pianie?Wciąż było mi zimno, spieszyłam się. Wybór wydał mi się oczywisty – kąpiel. Czy mogłam przewidzieć,że dzwonił spanikowany mąż mojej starszej siostry i że mój poukładany świat właśnie z hukiem miał się zawalić?

Woda w wannie była tak cudownie gorąca…

Kilka chwil później Bartek zapukał do drzwi, pytając, czy zjem z nim szybką kolację. Dodał, że właśnie obsmaża kurczaka w jarzynach.

– Chyba że wolisz mięso w tajskim sosie?! Wczoraj kupiłem! – krzyknął.

Skłamałam, że nie jestem głodna. Tak naprawdę od rana nie miałam w ustach niczego oprócz kawałka precla… Ale przecież był sylwester, a ja przez całą noc miałam się bawić w idiotycznie obcisłej kremowej kiecce, bezlitośnie podkreślającej każdy mankament figury.

– Twoja komórka znowu dzwoni! – krzyknął po chwili Bartek gdzieś z głębi mieszkania.

Nie odpowiedziałam. Przymknęłam oczy, na jeden krótki moment ignorując cały świat dookoła. Tyle się ostatnio działo, zbyt wiele… Uczelnia i zbliżająca się sesja zimowa. Przeprowadzka do Bartka i konflikt z rodzicami, którzy nie zaakceptowali mojej – jak mówili – pochopnej decyzji; niedawna operacja mamy. Poczułam się zmęczona. Przytłoczona nadmiarem wrażeń, decyzji, obowiązków.

Pomimo pośpiechu siedziałam w wannie chyba z kwadrans. W końcu niechętnie wyszłam z kąpieli, owijając się frotowym ręcznikiem. Spryskując wysuszone włosy lakierem, zastawiałam się, czy nie zadzwonić do rodziców, ale zdecydowałam, że tego nie zrobię.„Na noworoczne życzenia przyjdzie czas jutro” – postanowiłam i po latach, kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się to szczególnie upiorne. Stałam przed zaparowanym lustrem, kombinując, czy pociągnąć paznokcie malinowym odcieniem rimmela, czy może odważną czernią, tymczasem moja siostra już wtedy przepadła, jakby rozpłynęła się we mgle.

Zawsze naiwnie wierzyłam, że złe wieści poprzedzają jakieś ponure przeczucia, ale tamtego wieczoru nie czułam niczego szczególnego. Myślałam o kiecce z H&M-u,którą udało mi się kupić w promocyjnej cenie, o planowanej nocnej zabawie w gronie znajomych, z którymi mieliśmy zamiar hucznie powitać Nowy Rok. Żadnych czarnych myśli, żadnego przebiegającego po plecach dreszczu upiornego przeczucia…

Dzwonek do drzwi odezwał się, kiedy gorączkowo szykowaliśmy się do wyjścia.

– Kto to może być? – szepnął Bartek, przyciągając mnie do siebie. – Zapraszałaś kogoś? – zapytał, przy okazji przygryzając płatek mojego ucha.

Posłałam mu pełne politowania spojrzenie.

– Przecież wychodzimy – syknęłam, na palcach ruszając w stronę drzwi.

Zgasiłam boczne światło i poprawiłam kolorowy szalik. Dzwonek zaterkotał jeszcze raz, chwilę później ktoś niecierpliwie załomotał w drzwi.

– Nie otwieraj, i tak jesteśmy spóźnieni – wymruczał Bartek w moje włosy i przez chwilę staliśmy objęci w ciasnym przedpokoju, oboje z trudem tłumiąc śmiech. – To może być ta koszmarna baba z dołu. Pewnie znowu chce coś pożyczyć…

– Magda, jesteście tam?! Widziałem światło w oknach! – dopiero zachrypnięty, zdenerwowany głos mojego szwagra Kuby sprawił, że poczułam pierwsze ukłucie niepokoju.

Dopadłam drzwi i otworzyłam je, niemal wciągając szwagra do środka. Pamiętam, że pierwsza myśldotyczyła taty. Niedawno ojciec zasłabł w pracy. Kardiolog zdiagnozował u niego arytmię i pomyślałam, że…

– Coś z tatą? – wyszeptałam.

Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Miał taki obcy, zamglony wzrok.

– Była tu dziś Monika? – zapytał, siadając na niskiej drewnianej skrzyni w kącie przedpokoju.

– Nie – powiedział Bartek. – No chyba że wpadła, kiedy nas nie było…

– Wątpię, czy w ogóle zna ten adres – weszłam mu w słowo.

– Dzwoniła do ciebie? Pisała na WhatsAppie, może na komórkę? – drążył Kuba, wbijając we mnie uważne spojrzenie.

Zaprzeczyłam. Szwagier poderwał się na równe nogi i zaczął nerwowo krążyć po ciasnym przedpokoju. Zauważyłam, że ma przekrzywiony krawat i podpuchnięte oczy. Płakał? O Boże, jeśli płakał, to naprawdę działo się coś złego. Coś strasznego…

– Coś musiało się stać! – powiedział w tym samym momencie Kuba. – O dwudziestej mieli do nas przyjść pierwsi goście. Monika wróciła z pracy koło szesnastej i zadzwoniła do mnie, żebym po drodze dokupił puszkę ananasa do sałatki. Dzwoniła ze stacjonarnego, widziałem nasz domowy numer na wyświetlaczu mojej komórki. Obiecałem, że kupię, dodając, że będę za jakąś godzinę. A kiedy wróciłem, mieszkanie było puste. Na kuchennym stole leżała jej torebka. W środku telefon, kosmetyczka, kluczyki od fiata, jakieś drobiazgi. Brakowało jedynie kluczy od mieszkania i portfela. Tego śmiesznego, fioletowego, który kupiłem jej w zeszłym roku na imieniny. Pomyślałem, że skoczyła na moment do delikatesów na parterze naszego bloku, i wszedłem pod prysznic, jednak kiedy minęło czterdzieści minut, a Moniki wciąż nie było, zacząłem jej szukać. I nagle okazało się, że nikt jej nie widział, nikt nie ma pojęcia, dokąd mogła pójść.

Cicho zasugerowałam, że może do rodziców, od razu czując się jak idiotka. Przecież Kuba na pewno już do nich dzwonił! Dokąd siostra wybrałaby się bez torebki i samochodu?

– Zawiadomiłeś policję? – zapytał Bartek, ściągając płaszcz. – Wejdźmy do pokoju, trzeba się zastanowić, co robimy.

– Policję?! – prychnął Kuba, posyłając Bartkowi niechętne spojrzenie. – I co miałem im powiedzieć? Monika jest dorosła, minęły jakieś cztery godziny od jej zniknięcia. Dodatkowo jest przeklęty sylwester. Kto mi uwierzy, że dzieje się coś złego? Usłyszę pewnie, że zasiedziała się u jakichś przyjaciół – warknął, dodając, że zamiast tego zaczął obdzwaniać szpitale.

– I co? – zapytałam, siadając na brzegu starego, wytartego fotela.

– W tych najbliższych jej nie ma – powiedział cicho Kuba.

Wyjęłam z torebki komórkę, dopiero teraz zauważając wiadomości o czterech nieodebranych połączeniach. Przez chwilę miałam nadzieję, że chociaż jeden z tych telefonów wykonała moja siostra przed wyjściem z domu, ale wszystkie były od Jakuba. Czułam, że zaraz się rozpłaczę. Ze wszystkich sił walczyłam z napływającymi do oczu łzami – przecież gdybym się rozkleiła, przyznałabym, że naprawdę coś sięstało.

Kuba z ponurym zacięciem na twarzy siedział przy stole i, mrużąc zmęczone oczy, przeglądał smartfona mojej siostry. Najpewniej po raz setny…

– Chodźcie, pojedziemy do pozostałych szpitali – zdecydował Bartek. – Przebierz się, Magda. Będzie ci wygodniej.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że przecież mam na sobie cienką wieczorową sukienkę, siatkowe pończochy i zamszowe botki na niebotycznie wysokim obcasie. A do tego idiotycznie fioletowe sztuczne futerko…

Zamknęłam się w sypialni, nerwowo rozpinając futro. Rzuciłam je na podłogę i pospiesznie ściągnęłam sukienkę, szarpiąc się z bocznym zamkiem. Bielizna – półprzezroczysty koronkowy komplecik, który upolowałam na jesiennej wyprzedaży – wydała mi się w tych okolicznościach dość niestosowna, jednak nie chciałam marnować czasu na poszukiwania czegoś zwykłego, bawełnianego. Zresztą jakie to miało znaczenie? Po prostu wskoczyłam w dżinsy, wsuwając je na siatkowe rajstopy, i założyłam jakąś spraną bluzę z kapturem. Wychodząc z sypialni, przelotnie spojrzałam w duże ścienne lustro. Krzykliwy fioletowo-srebrny makijaż w połączeniu z opadniętymi kącikami ust i przygaszonym spojrzeniem sprawiał dość upiorne wrażenie.

– Chodźmy! – rzuciłam, pospiesznie przesypując moje rzeczy z wysadzanej kryształkami Swarovskiego torebki do małego granatowego plecaka, z którym na co dzień chodziłam na uczelnię.

– Telefon, portfel, notes, chusteczki – mruczałam pod nosem, biorąc od Bartka moją puchową kurtkę.

Ręce trzęsły mi się tak, że zamykając mieszkanie, ledwo trafiłam kluczem do zamka. Dopiero na schodach przypomniałam sobie, że mam we włosach wysadzaną sztucznymi czarnymi diamencikami opaskę, która razem z wytartymi dżinsami, puchową kurtką i znoszonym plecakiem musiała wyglądać żałośnie, ale nie znalazłam w sobie nawet tyle siły, żeby po prostu wyjąć ją z utrwalonych lakierem włosów…

Szliśmy parkingiem w stronę starego terenowego opla Kuby, kiedy zadzwoniła do mnie mama.

– Co to za sprawa z tą Moniczką? Podobno zasiedziała się gdzieś w sklepie czy coś? Kuba dzwonił, ale zasięg był taki słaby, że słyszałam piąte przez dziesiąte – powiedziała.

Przez chwilę myślałam, że się rozpłaczę, ale tak się nie stało. Jakaś nieprzyjemna gula tkwiła w moim gardle, jednak głos miałam zaskakująco spokojny.

– Nie słyszę cię, mamo! – krzyknęłam, dodając, że chyba pada mi telefon.

Potem skłamałam, że wszystko jest już w porządku i rozłączyłam się. Pomyślałam, że nie potrafię jej tego powiedzieć, że przecież właściwie nic jeszcze nie wiadomo. „Może Monika rzeczywiście się gdzieś zasiedziała?” – wmawiałam sobie, chociaż sama nawet przez sekundę w to nie wierzyłam.

– Dokąd najpierw? – zapytał Kuba, kiedy wszyscy wsiedliśmy do samochodu.

– Do szpitala uniwersyteckiego. Jest najbliżej – stwierdziłam.

– Już tam dzwoniłem – zaprotestował Kuba, jednak chwilę później tylko wzruszył ramionami i wykręcił w stronę centrum.

 

* * *

 

Trudno opisać, co czujesz, kiedy cały świat się bawi, a ty tracisz grunt pod nogami. Niewiele pamiętam z tamtej nocy. Wspomnienia są jakieś zamglone, niewyraźne. Jarzeniowe światło kolejnych szpitalnych korytarzy, zmęczone twarze lekarzy dyżurnych, tłumy w zapełnionych izbach przyjęć. Ofiary wybuchów petard, pijani i agresywni mężczyźni wykrzykujący obelgi pod adresem personelu medycznego, jakieś starsze małżeństwo rozczulająco trzymające się za naznaczone wątrobowymi plamami ręce. Jak w kalejdoskopie przewijały się twarze, miejsca, ulice, tylko Moniki nigdzie nie było… Jeździliśmy po całym mieście, wypatrując czerwonego płaszcza mojej siostry i jej śmiesznych futrzanych kozaków, ale żadna mijana dziewczyna nie była nią. Bartek – przemarznięty i cichy – siedział z przodu, na miejscu pasażera, obserwując rozbawionych ludzi na ulicach, placach i obrzeżach parków. Szwagier prowadził nerwowo, co chwilę gwałtownie hamując lub przyspieszając.

– Trzeba zawiadomić waszych rodziców – powiedział w końcu Kuba, kiedy przystanęliśmy na małym, pustym parkingu, żeby wypić kupioną wcześniej na stacji benzynowej kawę.

– Nie! – krzyknęłam histerycznie, wbijając palce w zagłówek nad siedzeniem kierowcy. – Nie! Nie potrafię im tego powiedzieć! Tato jest chory, a matka…

– Posłuchaj, Magda, nie ma już żadnych wątpliwości! Monice musiało przytrafić się coś złego – wszedł mi w słowo Kuba. – Prędzej czy później trzeba będzie im powiedzieć!

– Rano – powtarzałam w kółko i w końcu szwagier się poddał.

Może on też zapragnął podarować teściom jeszcze kilka godzin normalności, zanim ich bezpieczny świat zawali się nieodwracalnie?

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

 

 

 

Noworoczny ranek wstał siarczyście mroźny i wietrzny. Powalone całonocną zabawą zaśnieżone miasto przyczaiło się ciche i senne. Jeździliśmy ulicami – bez końca mijając równo poustawiane szeregowe domki na nowym osiedlu Kuby i Moniki, nieskończoną liczbę razy przejeżdżając obok ich apartamentowca i z nadzieją zerkając pod wiatę pobliskiego przystanku i na parking – tam, gdzie samotny i porzucony stał czerwony fiat punto mojej siostry.

– Przejrzałeś jej samochód, prawda? – zapytałam Kubę.

– Nie, jakoś na to nie wpadłem – warknął zgryźliwym tonem. – Jasne, że przejrzałem! Schowek, bagażnik, podłogę pod siedzeniami! Nie ma tam kompletnie nic, co mogłoby nam pomóc.

– Jest prawie piąta rano. Jedźmy to zgłosić policji – powiedziałam nieswoim, papierowym głosem.

Z głodu kręciło mi się w głowie, palce u stóp miałam zmarznięte na kość. Starałam się nimi ruszać, ale wąskie noski kozaków skutecznie to uniemożliwiały.

– Nie powinny minąć przynajmniej dwadzieścia cztery godziny od zaginięcia? – Kuba chyba wciąż się wahał.

Dodał, że lepiej najpierw wykluczyć wszystkie szpitale, ale Bartek powiedział, że policja ma obowiązek przyjąć zgłoszenie od razu. Jakub w końcu przyznał mu rację i zawróciliśmy, wjeżdżając w wąską, cichą uliczkę, na końcu której stał otynkowany na szaro niski budynek komisariatu. Na chodniku przed jedną z pobliskich kamienic kręciła się roześmiana grupka młodzieży w kolorowych czapkach. Pomimo siarczystego mrozu jeden z chłopaków siedział na krawężniku, paląc papierosa. Ktoś coś powiedział i młodzi wybuchli śmiechem. Pomyślałam, że dałabym wszystko, żeby jeszcze raz poczuć taką beztroskę, i w oczach zakręciły mi się łzy. Kiedy Kuba poszedł zgłosić zaginięcie żony, wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę roześmianej grupki.

– Odstąpisz mi fajkę? – zapytałam najwyższego chłopaka.

– Jeśli ładnie poprosisz. – Wyszczerzył się, dodając, że nic za darmo. – To jak będzie, kotku? – zapytał, podchodząc bliżej.

Z jego ust zajeżdżało przetrawioną wódką. Podszedł zdecydowanie zbyt blisko, niemal naparł na mnie ciałem. Obróciłam się bez słowa, szybkim krokiem wracając w stronę samochodu. Młodzi wydali z siebie przeciągłe „buuu” – najwyraźniej wyrażając podszytą rozbawieniem dezaprobatę. Zamknęłam za sobą drzwiczki od dżipa i wygrzebałam ze schowka paczkę truskawkowych gum.

– Czego od nich chciałaś? – zapytał Bartek, odrywając wzrok od wyświetlacza swojej komórki.

– Kuba wraca – powiedziałam, ignorując jego pytanie.

Szwagier ze ściągniętą, poszarzałą twarzą wsiadł do samochodu i przez dłuższą chwilę milczał. W końcu powiedział, że policja przyjęła zgłoszenie i niedługo zjawią się w ich mieszkaniu.

– Będą chcieli przejrzeć jej rzeczy. Laptop, telefon… – mruknął Kuba, chowając do schowka jakieś otrzymane na komendzie zaświadczenie.

– I tyle? – zapytałam, nawet nie ukrywając rozczarowania.

Miałam raczej mgliste pojęcie o tym, jak szuka się ludzi, którzy przepadli bez śladu. Należałam do tych osób, które na co dzień bały się nawet pomyśleć o tym, że ktoś im bliski może tak po prostu zniknąć. Ale teraz… teraz, kiedy Monika przepadła, chciałabym poruszyć niebo i ziemię, zajrzeć w każde miejsce, dotrzeć do każdego człowieka, który mógłby coś zrobić!

– Nie będą jej szukać policjanci z wyszkolonymi psami, nie użyją śmigłowca?! Podobno mają kamery termowizyjne, sprzęt, możliwości… I nikt nawet nie kiwnie palcem?! – wybuchłam.

– Uspokój się – poprosił Kuba. – Muszę wracać do mieszkania, policja ma tam być za jakieś pół godziny. I nie masz racji – będą jej szukać. Powiedziałem im, że jest podejrzenie… – Szwagier przerwał w pół zdania, walcząc z łamiącym się głosem. – Powiedziałem, żeMonika mogła chcieć popełnić samobójstwo.

– Co? – wyjąkałam kompletnie osłupiała.

Szumiało mi w głowie, przed oczyma latały jakieś czerwone plamy. Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia, o czym on mówił. Czułam się tak, jakby wszyscy dookoła kompletnie poszaleli!

– Monika nie miała skłonności samobójczych! Nigdy by nie…

– Pół roku temu Monika poroniła – wszedł mi w słowo szwagier. – Dwa miesiące po stracie dziecka usiłowała się zabić. Gdybym nie wrócił się do mieszkania po zapomniane dokumenty i nie znalazł jej spanikowanej po zażyciu opakowania tabletek… Gdybym jej nie znalazł… Kurwa mać! – warknął Kuba, waląc pięścią w deskęrozdzielczą.

– Nie rozumiem… O czym ty mówisz? To bez sensu – mamrotałam.

Wbiłam sobie paznokcie w dłonie, żeby nie krzyczeć.

– Czego tutaj, kurwa, nie rozumiesz?! Monika chciała się zabić i tylko przypadek sprawił, że ją znalazłem! Część wyrzygała od razu, resztę załatwili lekarze! – Kuba stracił panowanie nad sobą.

Skuliłam się na tylnym siedzeniu. Świadomość, że w ogóle nie znałam własnej siostry, była boleśniejsza, niż kiedykolwiek mogłabym to sobie wyobrazić. Monika była w ciąży?! Poroniła i nie powiedziała nam nawet słowa?! Ani mamie, ani mnie?! A potem nałykała się jakichś tabletek?! Była w szpitalu, chciała ze sobą skończyć, a my nic nie wiedzieliśmy? Nic?!

– Powinieneś nam o tym powiedzieć! – krzyknęłam. – Mieliśmy prawo wiedzieć! Mieliśmy prawo, słyszysz?!

– Twoja matka była świeżo po operacji, pamiętasz?! Nie chcieliśmy jej dokładać zmartwień. Monika błagała mnie, żebym milczał, zgodziła się na terapię. Od paru miesięcy chodziła do psychiatry, świetnego lekarza. Brała antydepresanty, wydawało się, że wszystko jest w porządku.

– Wydawało ci się, tak?! – wrzasnęłam. – Ty dupku, nigdy ci tego nie wybaczę! – Rozpłakałam się.

– Chciałem was chronić. Jest moją żoną, zdecydowałem, że potrafię się nią zająć – powiedział cicho Kuba.

– I moją siostrą! Miałam prawo wiedzieć! – upierałam się.

– Nie powiedziała ci. To była jej decyzja. Może powinnaś ją uszanować? Magda, ona nie była gotowa, żeby o tym z wami rozmawiać! Zrozum ją, przynajmniej się postaraj.

– Może jeśli przeszukają jej rzeczy, coś znajdą? Musi być jakiś ślad, jakaś nadzieja – wtrącił cicho Bartek.

– Myślisz, że ja nie szukałem?! – warknął Kuba. – Laptop, notes, torebka, komórka! Czego się spodziewasz?! SMS-ów od tajemniczego wielbiciela, pogróżek od jakiegoś wariata?! Nic tam nie ma, człowieku… Moja żona wróciła wczoraj z pracy do domu, chwilę później wyszła z niego z kluczami i portfelem w kieszeni, a potem ślad po niej zaginął. Jak kamień w wodę. Obdzwoniłem wszystkich naszych znajomych, przepytałem sąsiadów, a nawet sprzedawców z pobliskich sklepów. Nikt jej nie widział, nikt nic nie wie.

Potem ukrył twarz w dłoniach i zaczął rozdzierająco szlochać. Pomyślałam wtedy, że mało jest bardziej poruszających rzeczy od widoku płaczącego mężczyzny. Wyciągnęłam rękę, chcąc pogłaskać go po głowie, jednak w ostatnim momencie zrezygnowałam, jakby ten gest wydał mi się zbyt intymny, za bardzo poufały. Jakub wysiadł z samochodu na mróz i z furią kopnął w stojący obok śmietnik, który przewrócił się i poturlał z łoskotem.

– Jedźmy do nas – powiedział chwilę później, zatrzaskując drzwiczki od strony kierowcy.

Po łzach nie było już śladu – teraz na jego twarzy gościło złowrogie zacięcie, zupełnie jakby wyrzucił z siebie wszystkie rozchwiane emocje, dopuszczając jedynie to, co racjonalne, skuteczne i potrzebne. Kiedy weszliśmy do ich mieszkania położonego na piątym piętrze nowego apartamentowca Kuba wrzucił klucze do okrągłej glinianej miski w przedpokoju, kilkakrotnie wołając Monikę po imieniu. Ciszę, która nam odpowiedziała, przerwał czyjś głośny śmiech na klatce schodowej, brzęk tłuczonego szkła i soczyste przekleństwo.

– Nie wróciła – powiedział mój szwagier zawiedzionym tonem czterolatka, który wraca do domu po pierwszym dniu pobytu w przedszkolu i zdaje sobie sprawę, że mama na niego nie czeka…

Przez chwilę milczeliśmy, a potem przyszło mi do głowy jeszcze jedno.

– Skoro wiedziałeś, że Monika jest w takim marnym stanie psychicznym, czemu nie zawiadomiłeś policji wcześniej? Wiedziałeś, że mogła chcieć się zabić i milczałeś?! – krzyknęłam, oskarżycielsko celując w szwagra palcem wskazującym.

– Widziałem ją rano, była w rewelacyjnym nastroju. Zrobiła mi kawę, opowiedziała o nowych sąsiadach. Zjedliśmy razem śniadanie, żartowała, siedziała mi na kolanach. Po południu zadzwoniła, żebym dokupił ananasa. Myślisz, że ktoś, kto planuje swoją śmierć, może jednocześnie myśleć o pieprzonej sałatce?! Magda, widziałem ją rano i uważnie jej się przypatrywałem przez ostatnie tygodnie! Nie ma mowy, żeby chciała się zabić! Powiedziałem policji o jej próbie samobójczej, żeby potraktowali jej sprawę poważnie, ale nie uwierzę, że o to tutaj chodzi! Cholera, planowaliśmy wypad na narty, malowanie sypialni, naszą kolejną rocznicę! Chciała jechać do Wenecji i obiecałem, że ją tam zabiorę! Myślisz, że mimo tego wszystkiego mogłaby… Że mogłaby znowu coś zażyć i zostawić mnie tutaj? Uwierzyła, że jeszcze będziemy mieć dziecko, była dobrej myśli! Kobiety przechodzą czasem nawet kilka poronień, zanim w końcu zostają matkami, wiedziała o tym! Przecież to bez sensu, przecież mnie kochała…

– Kochała nas wszystkich. Co nie znaczy, że nie mogła być zagrożeniem dla siebie samej – powiedziałam, znów bliska łez.

– Winisz mnie? Tak jest najprościej, prawda? – Kuba spojrzał mi prosto w twarz.

Z jego ciemnych oczu wyzierał ból, niedowierzanie i strach.

– Nie wiem – ucięłam, ruszając w stronę jednego z pokojów, który zamierzałam przeszukać.

Moja siostra zawsze marzyła o przestronnej garderobie i w końcu się doczekała. Cały najmniejszy pokój w ich nowym mieszkaniu zajmowały szafy wnękowe i komody, do granic możliwości wypchane rzeczami. Miałam migrenę i piekły mnie oczy, ale zajęcie czymś rąk było wybawieniem dla głowy udręczonej coraz bardziej ponurymi wizjami. Pomyślałam, że zanim przyjedzie policja, przejrzę chociaż kieszenie i kilka szuflad. Przeczesywałam rzeczy siostry dokładnie i metodycznie, starając się nie myśleć o tym, że Monika może już nigdy nie założyć tych ciuchów, które tak lubiła. Wspomnienia były tak bolesne, że aż zapierało mi dech. W jednej z komód znalazłam łańcuszek, który tata kupił Monice w Darłówku, w innej – srebrną bransoletkę wysadzaną turkusami, którą razem upolowałyśmy w Chorwacji po naprawdę śmiesznej cenie.

Świetnie pamiętałam tamten sierpień, chociaż minęło już ładnych kilka lat. Monika, opalona na mahoń i roześmiana, strzelała oczyma w stronę Tomasso – przystojnego młodego Włocha z pobliskiego namiotu, a ja – wtedy jeszcze niepełnoletnia – całe lato błagałam rodziców, żeby czasem pozwolili mi napić się odrobinę piwa do pizzy. To były nasze ostatnie rodzinne wakacje. Rok później Monika poznała Kubę i to z nim zaczęła wyjeżdżać latem. Ja zajęłam się swoim życiem, imprezując z przyjaciółmi z liceum, i z nimi planując wszelkie wypady. Rodzice, zapaleni fani karawaningu, jeszcze kilkakrotnie usiłowali gdzieś nas wyciągnąć, ale obie z siostrą stanowczo odmawiałyśmy. Ja w tamtym czasie jeździłam zazwyczaj na obozy żeglarskie, Monika najchętniej wybierała się z Kubą w Bieszczady. W końcu zniechęcony naszą postawą tato sprzedał przyczepę, kolejnego lata zabierając mamę do pensjonatu w Międzyzdrojach, a wspólne wakacyjne włóczęgi po Europie stały się dla mnie jedynie wspomnieniem radosnego dzieciństwa.

– Znalazłaś coś? – Głos szwagra wyrwał mnie z zamyślenia.

– Nic. – Odłożyłam do szuflady trzymaną w ręku bransoletkę.

– Przepatrzyłem albumy ze zdjęciami, przejrzałem wszystko, co Monika trzyma w laptopie. Też nic – powiedział Kuba cicho, dodając, że zaparzy nam kawy.

Do przyjazdu policji grzebałam w kieszeniach siostry, ale oprócz kilku zmiętych rachunków z sieci marketów Carrefour i paru niepotrzebnych drobiazgów, takich jak oderwane guziki i miętowe cukierki, nie znalazłam niczego. Przeczesując szuflady, też nie odkryłam żadnych rewelacji. Stare ołówki proszące się o zatemperowanie, kolorowe gumki do włosów i zrobiony z modeliny motyl, którego dałam Monice, jeszcze będąc w podstawówce. Nie miałam pojęcia, że siostra wciąż go ma…

Zaparzona przez szwagra kawa była przesłodzona i gorąca, ale i tak łapczywie ją wypiłam, boleśnie parząc sobie język. Przeszliśmy do salonu, w którym ślęczący przed laptopem Bartek szukał czegoś w sieci. Usiadłam na sofie i zdałam sobie sprawę, że na przeciwległej ścianie wisi powiększona ślubna fotografia Kuby i Moniki, na której moja siostra z promiennym uśmiechem wpatruje się w swojego świeżo poślubionego męża. Na myśl o tym, że może już nigdy nie zobaczę tego uśmiechu, wybuchłam płaczem. Bartek odłożył trzymany na kolanach laptop i usiadł obok. Objął mnie i tulił, dopóki nie uspokoiłam się na tyle, żeby zapytać stojącego przy oknie Kubę, co dalej. Wstając, potrąciłam filiżankę z resztką kawy, która wylała się na jasnobeżowy dywan, zostawiając na nim brzydki ślad po fusach.

– Co teraz? – zapytałam ponownie, starając się zetrzeć plamę wyjętą z kieszeni chusteczką.

– Zostaw, później się sprzątnie – mruknął szwagier, dodając, że w końcu musimy jechać do moich rodziców. – Twoja matka dzwoniła do mnie wczoraj trzy razy. Musiałem skłamać, że wszystko jest okay, że Monika pojechała do znajomych i zapomniała telefonu. Wiesz, jak się czułem?! – burknął Jakub.

Zrobiło mi się niedobrze, w gardle poczułam ohydny posmak żółci. Siedziałam przez chwilę, walcząc z zawrotami głowy. W końcu zmusiłam się, żeby wstać i wziąć od Kuby kurtkę, którą mi podał. Dwie wypite na czczo kawy zaowocowały tępym bólem żołądka, ale najgorszy był ucisk w gardle. Narastał z minuty na minutę i chwilami miałam wrażenie, że zaraz zwyczajnie się uduszę. Jakby kłębiące się we mnie emocje szukały drogi ujścia, nie zważając na to, że wcale nie chcę ich wypuszczać, że jeszcze nawet ich nie poukładałam…

– Jedźcie tam z Bartkiem, ja muszę zostać tutaj. – Kuba ruchem głowy wskazał mały pokój komputerowy, w którym dwóch młodych policjantów przeszukiwało laptop mojej siostry.

Pomyślałam, że to przerażające. Wiedziałam, że to dla niej, że to wszystko dla dobra Moniki, ale na myśl o tych ludziach, zaglądających w każdy zakamarek jej życia, grzebiących w jej szafach i szufladach, znowu poczułam mdłości. Przeglądną jej bieliznę? Prywatne zapiski, zdjęcia, notesy? Szafkę z lekami? Sypialnię? Czy trzymała tam coś żenująco intymnego? Napoczęte tampaxy? Gigantyczny różowy wibrator? Pamiętnik? Nie, pamiętnika na pewno nie pisała. Nawet w liceum śmieszyły ją takie infantylne zabawy, jednak cała reszta… Na myśl o buszujących w mieszkaniu Moniki intruzach znowu zachciało mi się płakać.

Szwagier ujął moją twarz w dłonie.

– Musicie powiedzieć twoim rodzicom, Magda. Nie rozumiesz? – zapytał jakimś nieswoim, zbyt delikatnym tonem.

– Jedźmy – powiedziałam, zakładając kurtkę.

Wyszliśmy z Bartkiem na zewnątrz. Mroźne powietrze aż kłuło w płucach. W pośpiechu nie zabrałam rękawiczek ani szalika, zapomniałam nawet śmiesznej kolorowej czapki z pomponami, którą zazwyczaj noszę. Zadrżałam z zimna, wsuwając ręce do kieszeni, ale zaraz potem je wyjęłam. Monika też mogła teraz gdzieś marznąć. „Czy mam prawo się nad sobą rozczulać?” – pomyślałam, ruszając w stronę przystanku. Oblodzony chodnik był zdradziecko śliski, więc chwyciłam Bartka za rękę i szłam, uważnie patrząc pod nogi.

– Wezwę taryfę – powiedział Bartek, wyjmując komórkę z kieszeni.

Kiedy czekaliśmy na taksówkę, przyszła mi do głowy idiotyczna myśl: „Może wszystko wyglądałoby lepiej, gdyby było lato? Gdyby teraz zamiast tego mroźnego, ciemnego poranka wstawał właśnie letni, słoneczny dzień?”. Zaraz potem zaśmiałam się głośno, chrapliwie. Czy mi kompletnie odjebało?! Jakie to miało znaczenie? Monika przepadła! Co za różnica czy w słońcu, czy w ciemnościach?

Bartek objął mnie mocno i tulił, dopóki nie nadjechał czerwony mercedes z logo korporacji taksówkowej na drzwiach. Pomyślałam, że troskliwość chłopaka zaczyna mnie drażnić. Znaliśmy się dopiero cztery miesiące.Myślałam, że jest dla mnie wszystkim, że go kocham i pragnę z nim być, ale teraz, kiedy naszą rodzinę dotknęła taka tragedia, jego obecność wydała mi się nie na miejscu. Przecież on nawet nie znał Moniki. Widział ją może ze trzy razy przy okazji paru pompatycznych rodzinnych uroczystości.

– Pojadę tam sama – powiedziałam nagle, dodając, żeby wracał do naszego mieszkania i zajął się drukowaniem plakatów z zawiadomieniem o zaginięciu.

– Jesteś pewna? – zapytał.

Byłam. Wsiadając do taryfy, pomyślałam, że mój facet wyglądał tak, jakby mu ulżyło, ale nie zastanawiałam się nad tym długo. W końcu jakie to miało znaczenie?

 

 

 

 

 

 

3.

 

 

 

 

 

Należąca do moich rodziców połówka bliźniaka z późnych lat siedemdziesiątych stała na samym końcu cichej, wąskiej ulicy. Za domem były już tylko rozległe tereny zieleni – w tym park z opuszczonym, na wpół zrujnowanym dworkiem, mieszczącym kiedyś szpital psychiatryczny. Kilkaset metrów dalej znajdowało się odgrodzone wysoką siatką wyrobisko, w którym pomimo zakazów okoliczne dzieciaki uwielbiały się kąpać. Siatka notorycznie była niszczona i mimo kilku tragicznych przypadków utonięć okolica jeziorka wciąż cieszyła się dużą popularnością.

Wysiadłam z taksówki i pchnęłam skrzypiącą furtkę, z bijącym sercem wchodząc do ogrodu rodziców. Wyprowadziłam się do Bartka niecały miesiąc wcześniej i wciąż nosiłam przy sobie trzy klucze na infantylnej pluszowej zawieszce w kształcie banana. Zanim wsunęłam klucz do górnego zamka, wzięłam głęboki oddech. „Jak mam im to powiedzieć?” – głowiłam się, otwierając drzwi. W środku było zaskakująco chłodno. „Pewnie tata przykręcił na noc ogrzewanie” – pomyślałam. W przedpokoju pachniało pastą do podłóg i mieszanką potpourri, którą mama trzymała w kryształowym wazoniku na komodzie. Przystanęłam, zastanawiając się, czy rodzice jeszcze śpią, i wtedy z kuchni dobiegł mnie głośny, irytująco sztuczny śmiech ciotki Renaty, siostry mojej mamy. Szlag! Tylko tej wiedźmy tu teraz trzeba! Skrzywiłam się, ruszając w stronę jasnej, przestronnej kuchni, która od lat stanowiła rodzinne „centrum dowodzenia”. Głos ciotki – doniosły i irytująco wysoki – niósł się po domu.

– Powiedziałam tej bidulce, że szanse na dogadanie się zodiakalnego Raka ze Strzelcem są mniej więcej takie, jak na szóstkę w lotto przy pierwszym skreśleniu, ale nie chciała słuchać! Świata poza tym facetem nie widzi, więc co ja się będę wtrącać? Tak czy inaczej…

Weszłam do kuchni. Ciotka na mój widok przerwała w pół zdania. Zaraz potem śmiesznie przerysowanym gestem otwarła ramiona, gruchając, że przyszła jej ulubiona siostrzenica. Mama odłożyła trzymaną w ręku salaterkę, posyłając mi czujne spojrzenie. Jedno z tych, jakimi lustrowała mnie w moich licealnych czasach, kiedy podejrzewała, że paliłam zioło albo piłam coś mocniejszego niż karmelowe piwo. Mustafa, stary i schorowany bernardyn rodziców, podniósł się ociężale i przydreptał w moim kierunku. Trącił mnie mokrym nosem w rękę, a chwilę później wrócił do kąta, w którym zazwyczaj leżał.

– Nie powinnaś teraz odsypiać sylwestra? – zainteresowała się ciotka, dodając, że w moim wieku balowała zazwyczaj do południa następnego dnia. – Ach, stare, dobre czasy. – Westchnęła, zapalając cienkiego papierosa.

– Nie pal tutaj, ciociu – warknęłam, ruszając w stronę mamy.

Trzęsły mi się kolana, w głowie łomotały tysiące kowalskich młotów.

– Mamo… – zaczęłam cicho, usiłując zebrać się na odwagę, wyrzucić to z siebie, wypłakać…

Przytuliła mnie, głaszcząc po głowie, co kompletnie mnie rozwaliło. Nagle poczułam się jak ośmiolatka wierząca w to, że rodzice mogą rozwiązać każdy problem. Miałam ochotę wejść pod kuchenny stół – ten sam, pod którym bawiłam się jako dzieciak – i schować się tam przed całym światem. Zrobiłam krok w tył, lekko się odsuwając. Twarz mamy stężała – chyba od razu wyczuła, że mam jej do powiedzenia coś złego.

– Była u was Monika? – zapytałam.

Nie potrafiłam powiedzieć prosto z mostu tego, z czym do nich przyjechałam…

– Kiedy? Przecież wczoraj Kuba mi powiedział, że już wszystko w porządku – zdziwiła się mama.

– A co ty tu właściwie robisz przed siódmą rano? – ciotka wtrąciła swoje trzy grosze, nawet nie zauważając, że coś się stało. – Nie powinnaś spać teraz z tym twoim przystojniaczkiem? Jak mu jest? Bartek? Pamiętam, że jest spod Barana, wspaniały znak! Męski, waleczny! Mój pierwszy mąż był zodiakalnym Baranem, Boże jedyny, co to był za mężczyzna! – Ciotka z błogością zaciągnęła się dymem, taksując mnie wzrokiem.

Poczułam, że wściekłość rośnie gdzieś w dole mojego brzucha i podchodzi wyżej. Odbiera oddech, zaciska żelazną obręcz na moim gardle.

– Ciociu, daj nam chwilę. Chcę porozmawiać z mamą na osobności – wycedziłam.

„Chwilę, kurwa, spokoju od tego twojego jazgotu!”– pomyślałam, ciężko opadając na kuchenny taboret. Uraziłam ją do żywego. Prychnęła, mrużąc oczy. Przypominała rozwścieczoną kocicę szykującą się z pazurami do ataku. Przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała zaprotestować i zostać, w końcu jednak wyszła z kuchni, ciągnąc za sobą smugę piżmowych perfum i woń papierosowego dymu.

– Nie wiem, jak ci to powiedzieć, mamo…

Mama pobladła w jednej sekundzie, zupełnie jakby cała krew odpłynęła jej z twarzy.

– Monika nie wróciła na noc do domu, nie wiemy, gdzie jest. W tym momencie szuka jej już policja. Kuba przed chwilą dzwonił, zaczęli przeczesywać teren na jej osiedlu, przepytywać ludzi… Nie płacz, mamo. Ona się znajdzie.

Chciałam utulić mamę, dodać jej otuchy, obiecać, że wszystko będzie dobrze, ale przecież sama w to nie wierzyłam, więc rozszlochałam się tylko…

Wtedy tato zszedł na dół, zaspany, w spranej flanelowej piżamie.

– Renatę słychać pewnie na drugim końcu miasta – mruknął, podchodząc do dzbanka ze świeżo zaparzoną kawą.

Sięgnął po filiżankę i dopiero wtedy spojrzał na mamę.Siedziała za stołem, naprzeciwko mnie, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Nie płakała, zdawała się nawet nie oddychać. Patrzyła gdzieś ponad moją głową, mnąc w dłoniach chusteczkę. Nagle zerwała się na równe nogi, krzycząc, że powinniśmy zacząć jej szukać na własną rękę.

– Monisia nie wróciła na noc – wyjaśniła oniemiałemu ojcu, dodając, że pewnie pokłócili się z Kubą i śpi u jakiejś koleżanki.

„Wiesz, że to nieprawda, mamo!” – chciałam krzyknąć, ale nie miałam serca. Tato ze świeżo zdiagnozowaną arytmią, cukrzycą i stałymi problemami ze zdrowiem musiał przyswoić to na spokojnie. Zostawiłam ich samych w kuchni i poszłam na górę. Pokój, w którym siostra mieszkała w dzieciństwie, był duży i słoneczny. Położone od południowej strony okna wpuszczały masę światła, teraz jednak, w ten zimowy ranek, pierwsze piętro domu tonęło w ciemnościach. Zapaliłam światło, wchodząc do środka. Przypomniała mi się Monika siedząca za swoim biurkiem. „Zjeżdżaj, mam gościa!” – warczała na mnie czasem, kiedy odwiedzała ją jakaś koleżanka.

Rodzice od czasu naszej wyprowadzki nie zmienili tu niczego – zielona włochata kapa, tapeta w różyczki i lampa ze śmiesznie kraciastym abażurem… Nawet pluszowy misiek Moniki samotnie siedział w fotelu – smutny i zapomniany. Przysiadłam na brzegu łóżka siostry i przymknęłam oczy. Wyobraziłam sobie Monikę wchodzącą do pokoju, a potem wtuliłam się w ozdobną, wyhaftowaną przez babcię poduszkę.

Komórka zadzwoniła w mojej kieszeni, kiedy przeglądałam jedną z szuflad w jej pamiętającym jeszcze czasy podstawówki biurku. Dzwonił Kuba. Na widok jego numeru na wyświetlaczu serce podeszło mi do gardła…

– Znaleźli ją? – zapytałam, od razu zdając sobie sprawę, jak źle to zabrzmiało.

Czemu nie zapytałam, czy się znalazła? Przecież to „znaleźli ją” sugerowało, że… W myślach zobaczyłam bezwładne ciało siostry, podobne do porzuconej przez znudzone dziecko szmacianej lalki, i zabrakło mi tchu.

– Nie – powiedział Kuba. – Ale znaleźli pierwszy ślad. Kamera monitorująca stację benzynową w pobliżu naszego bloku „złapała” Monikę. Wygląda na to, że weszła na chwilę do środka, kupiła gorzką czekoladę i kupon lotto, a potem ruszyła w stronę krańca osiedla.

– Tam, gdzie kończą się domki i jest droga na Warszawę? – zapytałam, kompletnie zdezorientowana. – Po co szłaby w tamtą stronę, piechotą, w taki mróz? Samochód stał przed blokiem, gdyby chciała coś załatwić, to przecież…

– Magda, wiem tyle co ty! – warknął Kuba, dodając, że na razie nic więcej nie jest jasne. – Policja przeszukuje teren, przepytuje ludzi. Pomagają im strażacy, straż miejska, taksówkarze. Za godzinę lub dwie poproszę o pomoc sąsiadów, a na razie muszę być w mieszkaniu. Monika może zadzwonić na domowy numer, ktoś może zadzwonić…

– Ktoś? – zapytałam, ale szwagier nie odpowiedział.

– Trzymaj się, mała – rzucił tylko i przerwał połączenie.

Przez następny kwadrans samotnie siedziałam na łóżku siostry, starając się przetrawić wszystko to, co się stało. Wiedziałam, że Monika była z Kubą szczęśliwa – co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.

Poznali się kilka lat wcześniej, podczas jednego z koncertów w plenerze, zakochali się w sobie już tamtej nocy. Przed nim był jeszcze rozwód – jego żona robiła problemy, nie chciała iść na żadne ustępstwa, ale Moniki nic nie mogło wtedy zniechęcić. Powiedział jej, że od dłuższego czasu nic go z żoną nie łączy, a ona mu uwierzyła. Nie czuła się winna, uparcie nam powtarzała, że nie rozbiła jego małżeństwa. Po prostu się poznali – ona wolna, on na życiowym zakręcie… Pamiętam, że początkowo rodzice nie byli zachwyceni, marzył im się inny zięć. Kawaler bez tak zwanych przejść. Jednak z czasem zaakceptowali Kubę. Być może dostrzegli po prostu szczęście w oczach starszej córki. Bo Monika była z nim szczęśliwa. Od samego początku byli z Jakubem nierozłączni – kochali te same filmy, muzykę, kuchnię. Oboje mieli dobrą pracę, powodziło im się. Urządzili mieszkanie, planowali dziecko – tyle wiedziałam.Reszta robiła się coraz bardziej niepewna, mętna jak mulista woda na dnie zastałego jeziorka. Poronienie mojej siostry, jej próba samobójcza, godziny spędzane u psychiatry, o którego istnieniu ani ja, ani rodzice nie mieliśmy zielonego pojęcia…

Kochałam Monikę, zawsze była moim ideałem. Niedoścignionym, prawdę mówiąc, jak większość idealnych starszych sióstr. Jednak czy kiedykolwiek byłyśmy ze sobą naprawdę blisko? Zdawałam sobie sprawę, że osiem lat różnicy między nami może być przepaścią, nie miałam jednak pojęcia, że życie siostry aż tak się ostatnio skomplikowało. Zastanawiałam się, gdzie mogła się podziać i stało się jasne, że nie mam nawet cienia pomysłu, w którym z miejsc moglibyśmy zacząć jej szukać.

– Jak myślisz, Madziu, co się stało? – Mama pojawiła się w pokoju z tacą pełną posypanych cukrem pudrem orzechowych ciasteczek i kubkiem kawy dla mnie. – Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale coś powinnaś zjeść. – Położyła tacę na krześle obok łóżka i usiadła koło mnie.

Twarz miała bladą i ściągniętą, jednak już nie płakała. Widziałam, że stara się trzymać – dla mnie, dla taty – i to poruszyło mnie jeszcze bardziej.

– Zjedz coś, córciu. Przecież widzę, że padasz ze zmęczenia – poprosiła tym swoim matczynym tonem, który zazwyczaj tylko mnie drażnił, ale teraz zwyczajnie rozczulił.

Sięgnęłam po ciastko i mechanicznie odgryzłam pierwszy kęs, który ledwo udało mi się przełknąć.

– Czemu nie wierzysz w to, że się z Kubą pokłócili? Wkurzyła się na niego, wyszła, zapomniała telefonu…

– „Zapomniała” też torebki, kosmetyków, samochodu… Mamo, naprawdę uważasz, że tak mogło być?! – krzyknęłam. – Zresztą pomijając już wszystko inne – przecież widziałam Kubę tej nocy! On nie ma pojęcia, gdzie jest Monika, mamo! Nikt nie potrafiłby aż tak dobrze grać, nawet cholerny Pacino!

– Więc gdzie ona jest? – zapytała mama łamiącym się głosem.

Bałam się, że znowu zacznie płakać. W dzieciństwie czułam się bezradna wobec rodzicielskich łez i, jak się okazało, jeszcze z tego nie wyrosłam…

– Znajdziemy ją na pewno w jakimś szpitalu. Może zasłabła, upadła, ktoś wezwał karetkę… Pamiętasz, jak zemdlała kiedyś w liceum, tuż przed maturą? Tak się wtedy z tatą o nią baliście, a to była tylko silna anemia…

– I ty to pamiętasz? Miałaś jakieś dziesięć lat, żyłaś w swoim własnym świecie – zdziwiła się mama.

Nie odpowiedziałam i przez chwilę siedziałyśmy w całkowitym milczeniu. Dopiero kiedy mama wybuchła rozdzierającym szlochem, przytuliłam ją, powtarzając, że wszystko będzie dobrze.

– Na pewno zemdlała, tak właśnie musiało być! – powiedziałam z naciskiem.

– Ze szpitala już by się pewnie odezwali. Zresztą podobno sprawdziliście wszystkie najbliższe? – wyszeptała mama.

– Sprawdziliśmy i co z tego?! Może gdzieś mają zwykły bajzel?! Może pomylili pacjentów, karty czy diabli wiedzą co?! – krzyknęłam.

I jakbym chciała przekonać zrozpaczoną matkę, że naprawdę w to wierzę, z udawanym apetytem zjadłam jeszcze dwa ciastka, popijając je kawą.

– Gdzie tato? – zapytałam, podchodząc do okna.

– Z Renatą w kuchni. Chyba szukają czegoś w Internecie – odpowiedziała mama, przestawiając jedną z porcelanowych balerin na regale siostry.

W końcu wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. Siedziałam niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, chwilę później położyłam się na łóżku siostry, zmuszając się do myślenia. Analizowałam we wspomnieniach ostatnie rozmowy z Moniką, jej SMS-y, maile do mnie, aluzje i żarciki, jednak chociaż we wszystkim doszukiwałam się ukrytego znaczenia, nie znalazłam dosłownie nic. Nic nie wskazywało na to, że Monika była w gorszej formie psychicznej, a przynajmniej nic, o czym ostatnio nam wszystkim mówiła… Więc albo po mistrzowsku kłamała, udając, że wszystko z nią okay, albo do jej zaginięcia przyczyniły się osoby trzecie. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Godzinę później założyłam wygodniejsze buty, które znalazłam w moim dawnym pokoju, i wyszłam na miasto, szukać siostry.

Co chwila sprawdzałam telefon, mając nadzieję, że Kuba da mi znać, jak mają się sprawy, ale szwagier milczał. Nie licząc jednego lakonicznego SMS-a, w którym poinformował mnie, że Monika wciąż nie wróciła, nie działo się nic. Chodziłam więc po zaśnieżonych ulicach, wypatrując siostry wśród roześmianych ludzi witających nowy rok, jednak nie było jej nigdzie, a czas uciekał. Rodzice szukali na własną rękę, krążąc samochodem ojca po mieście, Kuba czekał w mieszkaniu, Bartek przygotowywał kolejne ulotki z informacją o zaginięciu mojej siostry. Robiliśmy co w naszej mocy, miałam jednak takie upiorne wrażenie, że wciąż robimy za mało.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Copyright © by Katarzyna Misiołek, 2015

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce: © LOGVINYUK YULIIA/Shutterstock

 

Redakcja: Anna Seweryn-Sakiewicz

Korekta: Editio

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-471-6

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.