Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 4 min Lektor: Marek Lelek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 4 min Lektor: Marek Lelek

Opis ebooka Ostatni dzień lipca - Bartłomiej Rychter

Czekamy Ciebie, czerwona zarazo / Byś wybawiła nas od czarnej śmierci - ten wiersz z sierpnia 1944 roku w pełni oddaje nastroje warszawiaków w dniach, w których zaczyna się akcja powieści kryminalnej Bartłomieja Rychtera. Z kolei niemieccy okupanci ze strachem myślą o Armii Czerwonej, której czołgi dotarły na przedpola Pragi. W takiej scenerii rozgrywają się dwie historie kryminalne. Dwaj nieznający się bohaterowie, Polak i Niemiec, ostatniego dnia lipca rozpoczynają prywatne śledztwa. Starszy strzelec Klaus Enkel usiłuje rozwiązać zagadkę domniemanego samobójstwa swojego przyjaciela, a adwokat Antoni Chlebowski, członek ruchu oporu, wyjaśnia okoliczności śmierci umarłej na jego oczach telegrafistki. Obaj bohaterowie w swoich przełożonych mają raczej wrogów niż sprzymierzeńców i bardzo wiele ryzykują...

 

Najnowsza książka Bartłomieja Rychtera to dynamiczna opowieść o przyjaźni czasów wojny. Mimo przeniesienia akcji do lat 40. ubiegłego wieku wnioski nasuwające się po lekturze są aktualne także dziś. Ostatni dzień lipca łączy w sobie solidną dawkę historii, intrygującą fabułę, realizm psychologiczny i zręcznie budowane napięcie.

 

Z recenzji "Złotego wilka":

Niniejszym pragnę poinformować, że kryminał ma się w Polsce coraz lepiej i śmiało może konkurować z zagranicznymi bestsellerami. Przykładem na to jest najnowsza książka Bartłomieja Rychtera, Złoty wilk.

Anna „Eruana" Zasadzka, katedra.nast.pl

 

W kilku miejscach utworu miałem dosłownie wrażenie, jakbym siedział w sądzie i przysłuchiwał się prawnikowi, który wszystko wyjaśnia krok po kroku - jedno wydarzenie pociąga za sobą konsekwencje w postaci drugiego.

tworczosc.unreal-fantasy.pl

Opinie o ebooku Ostatni dzień lipca - Bartłomiej Rychter

Fragment ebooka Ostatni dzień lipca - Bartłomiej Rychter

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Fiat iustitia, pereat mundus.

Sprawiedliwości musi się stać zadość,

choćby miał zginąć świat.

NIEDZIELA, 30 LIPCA 1944

Warszawa pachniała lipcowym skwarem, świeżo wypastowaną podłogą, nadchodzącym wieczorem i kwitnącą lawendą. Anna często powtarzała, że to prawdziwy cud: w szóstym roku okupacji mieszkańcy stolicy zamienili każdy wolny od bruku skrawek ziemi w poletko ziemniaków lub warzywny inspekt, a tuż pod oknami ich kamienicy, na rogu Długiej i Bielańskiej, niespełna dwieście metrów od budynku Banku Polskiego ocalał całkiem spory, choć nieco zapuszczony trawnik, obsiany lawendą, maciejką i nagietkami.

Antoni Chlebowski zamknął oczy i spojrzał na żonę.

Anna stała w otwartym oknie, jasnowłosa, uśmiechnięta. Wokół niej powiewały kołysane wiatrem firany. Wyglądała jak anioł z rozpostartymi skrzydłami. Gotowa do lotu.

– Powinieneś bardziej na siebie uważać.

Chlebowski uśmiechnął się, poprawił okulary o grubych szkłach, rozsiadł się wygodniej na krześle, nogi wyciągnął przed siebie. Nie mógł oderwać oczu od żony, wyglądała tak samo dziewczęco jak w dniu, kiedy się poznali. Wydawało się, że upływające lata w żaden sposób nie naruszyły jej urody, że ciężkie okupacyjne zimy, brak opału i niedostatek pożywienia, groza łapanek, aresztowań, donosów i ulicznych egzekucji przeszły gdzieś obok niezauważone.

– Powinieneś bardziej na siebie uważać – powtórzyła. – Musisz się lepiej odżywiać. Pani Waleria tak bardzo się stara, nawet nie wiesz, jakich sztuczek musi używać każdego dnia, aby zdobyć warzywa na obiad. Powinieneś częściej wychodzić na spacery, zażywać ruchu. Wiem, masz tu wszystko, czego potrzebujesz – Anna spojrzała na równe rzędy książek ułożonych za szybą zajmującej całą ścianę biblioteczki – nie możesz jednak spędzać całych dni przy biurku. Cieszę się, że wciąż wertujesz kodeksy, niedługo to wszystko się skończy i będziesz mógł wrócić do swojej praktyki, ale co komu z przygarbionego i wychudzonego adwokata, który nie będzie w stanie wypowiedzieć trzech zdań bez ataku kaszlu?

Umilkła. Podeszła do biurka, poprawiła kryształowy abażur lampki, przez chwilę bawiła się nożykiem do papieru, końcem ostrza przesuwając równo ułożone akta starych spraw sądowych.

– Sam zobaczysz, już niedługo to się skończy.

Chlebowski znów uśmiechnął się do żony, przytaknął ruchem głowy. Nie przestawał przyglądać się jej biodrom opiętym sięgającą kolan spódnicą. Nie chciał jej martwić uwagami, że kamienica, w której mieściła się jego kancelaria, spłonęła w trzydziestym dziewiątym, że jego partner, przez którego nie został dopuszczony przez Niemców do wykonywania zawodu adwokata, Izaak Stock, został wywieziony do obozu w czterdziestym pierwszym, a większość klientów zginęła w getcie. Nie chciał jej niczym martwić. Chciał tylko na nią patrzeć i słuchać jej głosu.

Ciche pukanie sprawiło, że oderwał wzrok od Anny i spojrzał przez ramię w stronę drzwi. Postanowił nie reagować, w nadziei, że natręt znajdzie sobie inne mieszkanie, ale pukanie rozległo się po raz kolejny, tym razem dłuższe i mocniejsze. Chlebowski z westchnieniem podniósł się z krzesła. Przekręcił klucz i nacisnął klamkę.

W korytarzu, przysłonięta półmrokiem, stała młoda kobieta o gładko zaczesanych do tyłu włosach, z torebką przewieszoną przez ramię. Otworzył szerzej drzwi i niechętnie wpuścił ją do środka.

Kobieta przekroczyła próg mieszkania, rozejrzała się po ścianach, z których zwisały strzępy tapety, spojrzała na samotnie stojące pośrodku pokoju krzesło i stłuczoną szybę biblioteczki. Skrzywiła się, wciągnąwszy w płuca zapach stęchlizny i ostrożnie chwytając lepką od brudu framugę, uchyliła okno. Wyjrzała na zewnątrz, wprost na ciasne i ciemne podwórko. Z otwartego okna na parterze unosił się zapach duszonej cebuli i starej koniny.

– Znów z nią rozmawiałeś.

Chlebowski skrzywił się, poprawił okulary. Był zmęczony. Czuł, że w jednej chwili przybyło mu dziesięć lat. Nie chciał z nikim rozmawiać, nie chciał, aby ktokolwiek na niego patrzył.

– Antoni, ona odeszła. Nie możesz wciąż rozmawiać sam ze sobą. Jej już nie ma.

Spojrzała na przygaszonego mężczyznę o smutnych oczach schowanych za grubymi szkłami okularów. Wiedziała, że ma nieco ponad czterdzieści lat, ale zmęczony, nieco melancholijny wyraz twarzy, odwykłe od uśmiechu usta i gładko ogolona, wychudzona twarz sprawiały, że wyglądał, jakby był o dekadę starszy. Od samego początku, kiedy otrzymała rozkaz nawiązania i utrzymania kontaktu z Chlebowskim, musiała się nim opiekować: to ona znalazła mu ciche i czyste mieszkanie, odpowiednie do pracy, którą miał wykonywać. To ona wciągnęła go na listę pracowników Zakładu Przetwórstwa Warzywnego Loska i Synowie, to ona odbierała jego wynagrodzenie, opłacała komorne u pani Walerii, kwitowała i realizowała przydział kartek żywnościowych. Początkowo myślała, że niepraktykujący już adwokat jest zbyt nieporadny, by samemu odnaleźć się w okupacyjnej rzeczywistości. Po kilku miesiącach odkryła, że Chlebowski po prostu jest już gdzieś indziej, że jego myśli uciekają daleko, że rzeczywistość zupełnie go nie interesuje. Nie zwracał uwagi na warunki, w których mieszkał, na chłód czy brak jedzenia, po prostu siadał w ciemności i spędzał kolejne godziny sam na sam ze swoimi wspomnieniami.

Nie chciała się do tego przyznać, ale miała pewną słabość do tego wysokiego, melancholijnego mężczyzny, lubiła jego milczące towarzystwo, lubiła patrzeć na jego smukłe, silne dłonie, kiedy pisał na swojej starej maszynie, lubiła patrzeć na jego mądrą, skupioną twarz i wysokie czoło, otoczone niedbale zaczesaną falą pszenicznych włosów. Uważała, aby uczucia, jakie żywi do Chlebowskiego, pozostały tajemnicą dla pani Walerii, choć obawiała się, iż energiczna gospodyni odkryła już, że jej wizyty w kamienicy na Długiej są zbyt częste, nawet jeśli wynikające z charakteru jej służby.

Przychodziła co kilka dni. Chlebowski nie mówił zbyt wiele, najchętniej przebywał w swoim własnym towarzystwie, przez długie godziny potrafił patrzeć w dal, na coś, co tylko on sam potrafił dostrzec, ale nie stracił nic ze swojej lekkości pióra i precyzji wypowiedzi przedwojennego adwokata. Jako podoficer rezerwy zaraz po klęsce wrześniowej rozpoczął poszukiwania kontaktu z tworzącym się ruchem oporu. Udało mu się to po kilku miesiącach, dzięki wstawiennictwu znajomego z warszawskiej palestry, podobnie jak on sam wykluczonemu z grona praktykujących adwokatów z powodu przedwojennej współpracy z żydowskimi prawnikami. Poważna wada wzroku, efekt wybuchu bomby zapalającej zrzuconej na stolicę we wrześniu, wykluczyła Chlebowskiego z walki zbrojnej, jednak umiejętność swobodnego pisania oraz jasny i przejrzysty styl uczyniły go przydatnym na innym froncie. Co kilka dni, czasem co kilka tygodni, kobieta przynosiła mu nowe zadanie: strzępy materiałów do zredagowania w jeden spójny artykuł poświęcony niemieckim klęskom na froncie wschodnim, sformułowanie odezwy do robotników kolejowych, czy napisanie felietonu podtrzymującego na duchu ludność okupowanego miasta. Czasem to on proponował tekst, wręczał go jej, a kiedy znalazł uznanie przełożonych, publikowano go w „Biuletynie Informacyjnym” bądź w którymś z niemieckojęzycznych tytułów podrzucanych w miejsca, gdzie bywali żołnierze Wehrmachtu. Odwiedzała go w podchodzącej wilgocią klitce na tyłach kamienicy przy ulicy Zbożowej, w końcu – mając dość wszechobecnej stęchlizny, którą za każdym razem długo jeszcze czuła na swoim płaszczu – zdecydowała się znaleźć mu inne lokum. Przypadek sprawił, że u znajomej gospodyni zwolniło się poddasze, małe pomieszczenie z oknem wychodzącym na podwórko.

Nie było wielu chętnych na ten pokój. Wszyscy w okolicy pamiętali historię sprzed dwóch lat, kiedy to na Długiej Niemcy urządzili obławę na Żydów. Pokój na poddaszu zajmował przedwojenny kupiec tytoniowy, mieszkający pod przybranym nazwiskiem i na fałszywych papierach, z dwiema córkami i żoną. Żyd, obawiający się obozu i tortur, pozbawił życia obie córki, wieszając je na sznurze umocowanym pod żyrandolem. Po córkach podciągnął pod sam sufit swoją żonę, a w końcu sam nałożył na szyję pętlę. Niestety, żyrandol nie wytrzymał jego ciężaru i mężczyzna runął na podłogę wraz ze sporym kawałkiem tynku, czego śladem była niedokładnie zaszpachlowana blizna na suficie. Słysząc kroki na schodach, Żyd przywiązał sznur do klamki, przerzucił go ponad drzwiami i zanim gestapo wdarło się na poddasze, zawisł w wejściu, mając u stóp zwłoki żony i dwóch córek. Chlebowski nie zastanawiał się długo, po prostu skinął głową i wzruszył ramionami, jakby sprawa, gdzie będzie mieszkał i pracował, zupełnie go nie dotyczyła. Odtąd nie musiała wybierać się po teksty na Zbożową, tylko wychodziła na znajomą klatkę schodową i wspinała się na poddasze.

– Antoni, musisz wziąć się w garść. Tak nie można.

– Tekst jest już skończony – cichym głosem odpowiedział Chlebowski. – Leży na biurku. Przepisałem go na maszynie, po polsku i niemiecku.

– Antoni, nie możesz wciąż żyć wspomnieniami o niej...

– Irenko, tekst jest gotowy. Jeżeli nie masz nic przeciwko, zakończmy naszą rozmowę.

Irena podeszła do biurka, sięgnęła po dwa arkusze papieru, leżące wśród resztek suchego chleba i starych egzemplarzy „Kuriera Warszawskiego”. Przebiegła wzrokiem po równych linijkach maszynopisu. Jak zawsze tekst był zwięzły i zrozumiały, przekazywał ważne treści językiem przystępnym dla prostego odbiorcy.

– Świetnie. Już daję ci święty spokój. Zobaczymy się na kolacji u pani Walerii lub za kilka tygodni, przy jakiejś okazji, jeżeli nadal nie będziesz chciał opuszczać swojej celi. Biorąc pod uwagę twój stan, myślę, że potrzebujesz samotności i odpoczynku. Niepotrzebnie wspominałam Czarnemu, że może na ciebie liczyć w sprawach niekoniecznie związanych z pisaniem.

Chlebowski drgnął, co nie uszło uwadze Ireny, ale nie dała po sobie poznać, że dostrzegła jego reakcję. Schowała maszynopis do torebki i odwróciła się w stronę drzwi.

– Zaczekaj chwilę! Rozmawiałaś w mojej sprawie z Czarnym?

Skinęła głową.

– Zgodził się?

– Antoni. – Irena uśmiechnęła się smutnym, pozbawionym radości uśmiechem. – To wcale się nie kończy. To się dopiero zaczyna. Niemcy wstrzymali ewakuację wojsk na zachód. Cywile wciąż uciekają w stronę Łodzi, ale urzędy podjęły pracę. Znów zaczęły się aresztowania i łapanki. Podobno wczoraj gestapo wpadło na nasze składy broni. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale faktem jest, że aresztowania dosięgły też kilku z naszej grupy. Każda para rąk jest nam potrzebna. Jutro planujemy akcję, brakuje nam ludzi do zabezpieczenia, Czarny poprosił mnie o kontakt z kimś zaufanym.

– Wiesz, że możecie na mnie liczyć.

– Nie, Antoni, nie wiem. Siedzisz tu i całymi dniami rozmawiasz sam ze sobą lub... Bóg raczy wiedzieć z kim. Świetnie piszesz, i to jest twoja rola, robisz to, w czym jesteś dobry, ale na ulicy... Nie wiem, czy w twoim stanie można na ciebie liczyć.

Chlebowski zerwał się z krzesła.

– Daj mi szansę, Irenko! Zobaczysz, nadaję się do czegoś więcej niż pisanie! Udowodnię, że może jeszcze być ze mnie pożytek.

Irena uśmiechnęła się, tym razem w jej oczach malowało się rozbawienie.

– Antoni, z ciebie wciąż jest pożytek. Twoje pisanie jest ważne, to twój wkład w naszą walkę, wcale nie mniejszy niż tych, co walczą z bronią w ręku. Narażasz swoje życie każdego dnia, tak samo jak każdy z nas.

Chlebowski złapał ją za rękę.

– Proszę, pozwól mi udowodnić samemu sobie, że jeszcze się do czegoś nadaję.

Westchnęła cicho i skinęła głową.

– Dobrze. Masz się umyć i ogolić. Zejdziesz na dół, do pani Walerii, przeprosisz ją, że od dwóch dni nie wychodzisz. Ja muszę już iść. Od dziś obowiązuje nowa pora godziny policyjnej, a do dwudziestej muszę jeszcze załatwić kilka spraw. Jutro spotkamy się tutaj, w bramie, o ósmej. Rozumiemy się?

Skinął głową na potwierdzenie.

– Antoni, nie zawiedź mnie – poprosiła Irena cichym głosem. – Nie zawiedź nas wszystkich.

Piskliwy dźwięk gwizdka rozniósł się wśród nagich ścian korytarzy, wibrował wysoko pod sufitem, skutecznie zagłuszając wszystkie inne odgłosy. Klaus Enkel dopiął pasek, sprawdził mocowanie ładownicy, chwycił mauzera i szarpiąc się z paskiem hełmu, pobiegł w stronę schodów. Korytarz rozbrzmiewał pokrzykiwaniami kaprala Borowki i odgłosem ciężkich wojskowych butów. W ostatnich tygodniach, wraz z przesuwaniem się frontu na zachód, do linii Wisły, pojawiła się konieczność rozlokowania w Warszawie kolejnych wycofujących się oddziałów. Wszystkie pracownie i gabinety dawnego gimnazjum, od początku wojny zaadaptowanego na koszary, przeznaczone były na potrzeby wojska, teraz naprędce sklecone prycze wstawiono nawet do magazynów. Półpiętro i parter zagracone były starymi sprzętami, które usunięto z zajmowanych pomieszczeń: drewniany kościotrup z pracowni biologicznej, który ostatnie kilka lat spędził w magazynie, patrzył pustymi oczodołami na przeskakujących po dwa stopnie żołnierzy, pędzących przy dźwięku gwizdka w stronę holu.

Starszy strzelec Klaus Enkel dopiął ostatni guzik kurtki, przewiesił mauzera przez ramię i wybiegł z budynku. Po chwili cała kompania stała w przepisowym dwuszeregu. Sierżanci podzielili ich na kilkunastoosobowe sekcje dowodzone przez kaprali. Znów zabrzmiały gwizdki i żołnierze biegiem ruszyli w stronę dawnego boiska szkolnego, teraz pełniącego funkcję placu manewrowego, gdzie z zapalonymi silnikami stało kilka półciężarówek. Enkel wskoczył do pierwszej z nich, odwrócił się, wyciągnął rękę i pomógł wdrapać się pod plandekę Frinkowi. Usiedli obok siebie na wąskiej drewnianej ławce. Kapral Borowka poczekał, aż wszyscy zajmą miejsca na platformie, przeszedł do przodu i uderzył dłonią w tył kabiny, dając kierowcy sygnał do odjazdu.

– Sprawdzić broń – nakazał Borowka, z głową pochyloną pod plandeką samochodu, ledwo utrzymując równowagę na ugiętych nogach. Borowka był doświadczonym żołnierzem, walczył w lasach Białorusi, na stepach Ukrainy i ulicach Stalingradu. Zawsze troszczył się o swoich żołnierzy, robił wszystko, aby cali wychodzili spod ognia nieprzyjaciela, traktowali wojnę jak rzemieślnik swój zawód. – Sytuacja w mieście robi się coraz bardziej napięta. Nie wahajcie się strzelać, wróg może być w każdej bramie, w każdym oknie, może czaić się za najbliższym rogiem. Strzelajcie celnie, ale zawsze na rozkaz.

Enkel zerknął ukradkiem na Frinka, ten odwzajemnił spojrzenie przyjaciela. Zrozumieli się bez słów. To, czego obawiali się najbardziej, stawało się właśnie faktem. Rosjanie. Po raz kolejny. Cofali się od wielu tygodni, coraz szybciej, coraz mniej składnie, oddawali kolejne linie umocnień, kolejne miasta i miasteczka, aż dotarli do Warszawy. Wyglądało na to, że tu przyjdzie im stawić czoła nacierającej z coraz większym impetem Armii Czerwonej. Nocami od strony rzeki słychać było armatnie wystrzały, nad miastem zupełnie bezkarnie w biały dzień krążyły radzieckie samoloty rozpoznawcze. Starcie o linię Wisły było nieuniknione.

Stłoczeni w ciężarówce żołnierze w milczeniu czekali na rozwój wydarzeń. W połowie czterdziestego czwartego, w szóstym roku wojny, roku walk, rozłąki, wschodniego zimna, głodowych racji żywnościowych, wielokilometrowych przemarszów i frontowych nocy, w niemieckiej armii nie było już faszystów. Żaden ze zwykłych żołnierzy nie wierzył już w słowa o historycznym posłannictwie i dziejowej misji zdobywania przestrzeni życiowej należnej narodowi niemieckiemu. Nie wierzyli w swojego wodza, w swój kraj, w generałów, którzy wysyłali ich pod ogień rosyjskich dział. Front wschodni wyleczył ich z faszyzmu. Ciężarówka jechała powoli ulicami, żołnierze patrzyli tępo przed siebie, ze spokojem czekając na to, co będzie. Front wschodni wyleczył ich również ze strachu. Widzieli wokół siebie tak wiele śmierci, że już żadna śmierć, własna lub czyjakolwiek, nie robiła na nich wrażenia. Nie było już strachu, był tylko zwierzęcy instynkt przetrwania.

– Akcją dowodzi kapitan Rainer z gestapo – mówił dalej Borowka. – Mamy za zadanie zatrzymać wszystkich mężczyzn w wieku od szesnastu do pięćdziesięciu lat, przebywających w wyznaczonym kwartale. W razie jakiegokolwiek oporu macie prawo do użycia siły...

Enkel z Frinkiem znów wymienili spojrzenia. Mieli szczęście, to jeszcze nie Rosjanie, ale kolejna akcja pacyfikacyjna prowadzona bardziej dla utrzymania gotowości bojowej Wehrmachtu niż złamania ducha wyjątkowo niespokojnej w ostatnich dniach polskiej stolicy. Zatrzymywanie cywili na ulicach Warszawy, nawet pod dowództwem oficera gestapo, było lepsze niż stawianie czoła nacierającym radzieckim czołgom.

Enkel usłyszał ciche splunięcie, gęsta maź uderzyła w czubek jego buta. Podniósł wzrok. Na wprost niego siedział Bommel, arogancko uśmiechnięty, rozparty, z szyderstwem w oczach. Enkel zacisnął dłoń na lufie mauzera, wytrzymał bezczelną minę Bommela.

– Spokojnie – usłyszał syknięcie Frinka.

Bommel nie przestawał się uśmiechać, wysoki, barczysty, o szerokiej, okrągłej twarzy, wydawał się w wyśmienitym humorze. Trącił łokciem siedzącego obok Kohlera, nachylił się w jego stronę, powiedział coś cicho. Obaj wybuchli śmiechem, przerwanym dopiero karcącym spojrzeniem Borowki.

Enkel odwrócił wzrok. Spoglądając spod plandeki na ulice, usiłował rozpoznać, gdzie się znajdują. Był w Warszawie zbyt krótko, by mieć rozeznanie w topografii miasta. Po raz kolejny sprawdził broń, odbezpieczył zamek, przeładował mauzera.

Ciężarówka zatrzymała się gwałtownie, ktoś odchylił plandekę i zwolnił mocowanie burty. Enkel zmrużył oczy, oślepiony lipcowym słońcem. Znów rozległy się gwizdki kaprali. Żołnierze wyskoczyli z ciężarówki.

Dwa samochody zablokowały wylot ulicy, tamując cały ruch. Wystraszony rikszarz odskoczył od swojego roweru, ukląkł z wysoko uniesionymi ramionami. Żołnierze rozbiegli się na dwie strony i uformowali regularny szereg. Ktoś zaczął krzyczeć, ktoś uciekał, ale nikt jeszcze nie zdecydował się na strzał. Idącą chodnikiem parę obskoczyło czterech żołnierzy, jeden z nich zerwał z dziewczyny żakiet, przeszukał kilkoma gwałtownymi brutalnymi ruchami, odepchnął w tył, nakazując odejście, a mężczyznę uderzył lufą karabinu w pierś. Kobieta odeszła dwa kroki, odwróciła się w oczekiwaniu na swojego towarzysza, ale zobaczyła, że mężczyzna jest prowadzony pod bronią w kierunku ciężarówki. Rzuciła się w stronę żołnierzy, złapała jednego z nich za ramię, tłumacząc coś gorączkowo. Przeplatała polskie słowa niemieckimi. Żołnierz niecierpliwie strącił jej dłoń ze swojego ramienia, ale ona nie przestawała prosić. W końcu uderzył ją kolbą karabinu. Upadła, zaraz spróbowała wstać, chwyciła buty Niemca. Mężczyzna, dotąd spokojny, rzucił się w jej kierunku, ale kolejny z żołnierzy wbił lufę mauzera w jego brzuch. Ten zgiął się wpół, trzymając karabin Niemca. Padł strzał. Kobieta zaniosła się krzykiem.

Zza drugiej ciężarówki wyszedł wysoki blondyn w szarym mundurze gestapo. Nie zwalniając kroku, otworzył przymocowaną do paska kaburę, wyjął pistolet i płynnym ruchem przyłożył go do głowy płaczącej kobiety. Enkel przymknął oczy. Kolejny wystrzał.

Kapitan Rainer schował dymiący pistolet do kabury, gestem wydał rozkaz do przesunięcia się szeregu w głąb ulicy. Gdzieś w oddali padły kolejne strzały. Na ulicach wybuchła panika. Żołnierze, którzy kierowali zatrzymanych mężczyzn w stronę ciężarówek, naciskali spust pod byle pretekstem, ci z aresztowanych, którzy zachowali resztkę zimnej krwi, kładli się na ziemi, prosząc o litość. Kobiety krzyczały, rozpaczliwie biegały od jednej strony ulicy do drugiej.

Enkel przełknął ślinę, zacisnął spocone dłonie na karabinie, ruszył do przodu, ramię przy ramieniu ze swoją sekcją. Pozwolił zapłakanej dziewczynie przebiec obok siebie, wziął na cel starszego mężczyznę w naciągniętej na czoło czapce, ale zaraz doskoczył do niego inny żołnierz i dwoma ciosami kolbą powalił go na ziemię.

Enkel szedł dalej, wodząc lufą karabinu za miotającymi się ludźmi. Wymierzył w jasnowłosego mężczyznę w rozpiętej koszuli.

– Stój – krzyknął. – Stój, ręce do góry!

Mężczyzna, najwyżej dwudziestokilkuletni, zastygł, pochylony, z odrobinę uniesionymi ramionami. Enkel patrzył prosto w jego rozszerzone strachem, a może podnieceniem, oczy. Zobaczył coś, jakby błysk nagle podjętej decyzji. Wiedział, że tamten się nie podda, zanim jeszcze chłopak zerwał się do biegu.

Enkel uniósł karabin do oka, wycelował, usłyszał strzał. Palec zadrżał na spuście. Jasna czupryna zniknęła gdzieś w tłumie.

– Biegnij – usłyszał tuż przy uchu ryk kaprala Borowki. – Za nim, Enkel, za nim!

Opuścił mauzera i skoczył, wyminął dwóch żołnierzy przeszukujących grupę aresztantów i wpadł na chodnik. Wyraźnie widział białą, targaną pędem powietrza koszulę jasnowłosego chłopaka, ktoś strzelał, kule uderzyły o fasadę kamienicy tuż ponad ramieniem. Nagle uciekinier zniknął w jednej z bram.

Enkel puścił się biegiem w ślad za białą koszulą, przepchnął się przez grupę stłoczonych na chodniku kobiet, wpadł do bramy. Wprost z zalanej słońcem ulicy trafił w półmrok podwórka. Gdzieś za plecami został gwar łapanki. Enkel ostrożnie rozejrzał się, przeszedł przez wąskie podwórko, zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Chwycił za klamkę.

Gdzieś z lewej strony usłyszał szybkie kroki. Odwrócił się gwałtownie i podniósł broń. Pochylony, przebiegł przez podwórko, z plecami tuż przy murze, mierząc prosto w ciemny, wąski przesmyk między kamienicami.

– Stój, bo strzelam!

W półmroku zauważył biel koszuli. Podbiegł, zaczaił się za węgłem budynku.

– Zatrzymaj się – krzyknął po polsku. – Stój!

Mężczyzna stał w otwartych drzwiach, zdyszany, spocony, z jedną nogą już za progiem. Brakowało mu niespełna pół metra, by ukryć się w mroku starej kamienicy.

Enkel przycisnął kolbę mauzera do ramienia, ustawił muszkę i szczerbinkę, celując w pierś jasnowłosego mężczyzny.

Z tej odległości nie mógł nie trafić.

– Wyjdź. Powoli, tak abym widział twoje dłonie – znów odezwał się po polsku.

Widział wyraźnie, jak mężczyzna ciężko oddycha, ze zmęczenia i strachu, dostrzegł jego szeroko otwarte oczy i kosmyki zlepionych włosów. Patrzyli na siebie długą chwilę. Jasnowłosy wyprostował się i powoli, nie odrywając wzroku od oczu mierzącego doń Niemca, zniknął w głębi korytarza.

Enkel wciąż stał z uniesioną bronią, celując w brudne, odrapane drzwi.

– Pozwoliłeś mu uciec, zboczeńcu!

Enkel drgnął, spojrzał za siebie.

Bommel, z przewieszonym przez ramię pistoletem maszynowym wymierzonym w Enkela, szedł wolnym krokiem przez podwórko. Na jego ustach znów pojawił się szyderczy uśmiech. Gdzieś od ulicy rozległ się kolejny wystrzał.

– Zawsze wiedziałem, że do niczego się nie nadajesz – mówił dalej Bommel, zbliżając się niespiesznie. – Powinieneś już dawno trafić do obozu, jak cała reszta podobnej tobie hołoty. Żaden pedał nie zasługuje na mundur żołnierza Wehrmachtu.

Enkel spróbował się odwrócić, opuścił karabin, ale Bommel syknął ostrzegawczo.

– Nawet nie drgnij. – Zwilżył językiem wciąż wykrzywione w złym uśmiechu usta. – Wiesz, że mogę cię tu zastrzelić, a nikt nawet nie zapyta o twoją śmierć? Kto zainteresuje się śmiercią pedała, który hańbi niemiecki mundur? Zostaniesz kolejną ofiarą nieznanych sprawców, grasujących w tym przeklętym mieście. Kto wie, może nawet dostaniesz order?

Enkel próbował uspokoić rozbiegane myśli. Stał nieruchomo, wciąż wycelowany w drewniane drzwi mauzer coraz bardziej mu ciążył. Nie zdołałby się odwrócić, skierować długi, nieporęczny karabin w Bommela, który z odległości dziesięciu kroków ściąłby go jedną serią w mgnieniu oka.

– No jak, pedale – syczał Bommel – jak się teraz czujesz? Daj mi tylko pretekst...

– Odsuń się od niego!

Enkel drgnął. Bommel spojrzał za siebie.

– Proszę, co za niespodzianka... Frink, postanowiłeś uratować swoją narzeczoną?

– Spieprzaj stąd, Bommel! Spieprzaj stąd, zanim cię zastrzelę!

Enkel odwrócił się. Po drugiej stronie podwórka, z mauzerem wymierzonym w Bommela, stał Frink. Bommel opuścił automat, poprawił pasek, przesuwając broń na biodro. Patrzył raz na Enkela, raz na stojącego z wycelowanym karabinem Frinka. Cofnął się. Tyłem ruszył w kierunku bramy.

– Jeszcze was dostanę – warknął, patrząc z nienawiścią na Frinka. – Dostanę was obu!

Frink trzymał na muszce wycofującego się Bommela, aż tamten zniknął w bramie. Dopiero wtedy opuścił broń.

– Chodź – skinął głową na Enkela. – Musimy się spieszyć.

Klaus zdjął hełm, przetarł spocone czoło wierzchem dłoni. Patrzył, jak Frink spokojnie przewiesza pasek karabinu przez ramię, poprawia ładownicę i idzie w kierunku ulicy. Zawsze imponował mu jego spokój. Nigdy nie tracił zimnej krwi, nawet kiedy się poznali, na przedpolu linii obronnej ich dywizji, gdzie na zwiad wysłał ich pułkownik Gossler. Szli w sześciu, tyralierą, przez zorane pociskami pole, kiedy na nocnym niebie pojawił się niespodziewany ognik. Biały punkt szybko nabierający wysokości, który w pewnym momencie zastygł wśród gwiazd, rozbłysnął i jaskrawą wstęgą leniwie opadał ku ziemi, rozświetlając przedpole niemieckiej obrony. Radziecka rakietnica. Zwiadowcy spojrzeli po sobie, zobaczyli swoje wykrzywione przerażeniem twarze, ale zanim jeszcze upadli w błoto, usłyszeli przeraźliwy gwizd. Organy Stalina. Ogniste włócznie całą chmarą wyfrunęły zza pozycji Rosjan, przemknęły po nocnym niebie w stronę niemieckich stanowisk ogniowych. Zrobiło się jasno jak w dzień. Podmuch ognia zwalił ich z nóg. Oślepiony Enkel leżał i krzyczał z przerażenia, ale nie słyszał swojego głosu, powietrze wibrowało straszliwym gwizdem wystrzeliwanych pocisków. Radzieckie katiusze raz za razem wypluwały kolejne fale rakiet. Enkel podniósł się z ziemi, chciał biec gdzieś przed siebie, byle dalej od morza ognia i przeraźliwego gwizdu, ale ktoś powalił go z powrotem w błoto, chwycił za pas i wciągnął w wypełnioną wodą rozpadlinę. Ktoś objął go mocno, przytrzymał, otulił ramionami. Wokół płonął cały świat, a oni dwaj leżeli w błotnistej mazi, szukając ocalenia. Świt zastał ich wtulonych w siebie, pośrodku pustyni popiołów.

– Pospiesz się. – Frink klepnął Enkela w ramię. – Niedługo to wszystko się skończy – mruknął, kiedy przechodzili przez pogrążoną w półmroku bramę kamienicy.

– Masz na myśli Rosjan? Nie możemy cofać się bez końca...

– Mam na myśli całe to piekło. Wiem, jak nas stąd wyciągnąć.

Enkel spojrzał na przyjaciela.

– O czym ty mówisz?

– Daj mi dwa dni. – Frink uśmiechnął się. – Dwa dni i obaj się stąd zabieramy.

Na ulicy żołnierze spędzili grupkę młodych mężczyzn pod ścianę kamienicy. Kapitan Rainer powoli przechadzał się wzdłuż szeregu jeńców, wpatrując się w wykrzywione strachem twarze. W końcu zatrzymał się i wydał rozkaz do przegonienia Polaków na drugą stronę ulicy, gdzie na włączonym silniku stała ciężarówka przystosowana do przewozu więźniów.

– Nie wiem, po co ten cyrk z pakowaniem ich do samochodów. – Frink przewiesił karabin przez ramię, odpiął kieszeń na piersi i wyciągnął wymiętego papierosa. – Jeszcze dziś ich rozstrzelają. Równie dobrze mogą to zrobić tutaj.

– Może przerzucą ich w głąb Rzeszy. – Enkel patrzył, jak aresztowani, wśród krzyków i ponagleń, pędzeni są do ciężarówki. – Ktoś przecież musi produkować karabiny i samoloty dla dzielnych żołnierzy Adolfa.

Frink prychnął rozbawiony. Wsadził papierosa w usta i głęboko się zaciągnął.

– Chyba żartujesz. – Wypuścił chmurę dymu w stronę stojącego po drugiej stronie ulicy Bommela, uśmiechając się krzywo. – Kto ma organizować transporty przymusowych robotników, skoro cywilni urzędnicy w Warszawie oddadzą wszystko za rower lub miejsce na furmance jadącej w stronę Łodzi? Dokąd mamy ich wysłać, skoro tam, gdzie teraz stoją fabryki, niedługo wjadą ruskie czołgi? To, co robimy, to tylko demonstracja siły. Rainer i jemu podobni chcą pokazać, że nie oddadzą miasta bez walki, że z jego ulic i murów zrobią bunkier, w którym będą bronić się przed Iwanem. Te domy i ci ludzie będą naszą tarczą przed radzieckimi pociskami.

– Kompania! – rozległ się wrzask sierżanta Stedkego. – Formować szereg.

Chudy, o pociągłej twarzy i wyłupiastych rybich oczach, Stedke był kompletnym przeciwieństwem Borowki: porywczy i brutalny, brak doświadczenia bojowego nadrabiał krzykliwością i perfekcyjną znajomością regulaminów i instrukcji. Oddany sprawie narodowego socjalizmu, nie tracił wiary w końcowe zwycięstwo Rzeszy nawet w obliczu kolejnych porażek niemieckiej armii i załamania się linii obrony na Bugu.

Stedke przemaszerował sprężystym krokiem przed szeregiem żołnierzy. Zaczekał, aż kapitan Rainer ruchem głowy da mu znak, po czym zarządził powrót do samochodów.

W koszarach czekały na nich papierosy i podwójne racje żywnościowe, a sierżanci zorganizowali sobie nie wiadomo skąd wódkę. Widać było, że w obliczu stojącego na linii Wisły radzieckiego frontu dowództwo starało się podnieść ducha bojowego. Kuchnia wydała solidne porcje gulaszu z kluskami, chleb, podejrzanie pachnące konfitury i skondensowane mleko w puszkach.

Po kolacji, kiedy Enkel siedział już na łóżku, odwijając ze stóp onuce, w drzwiach sali pojawił się kapral Borowka. Kilkanaście par oczu spojrzało na niego.

– Frink. Dodatkowa służba porządkowa w magazynach. Poza kolejnością.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. W ciągu ostatniego tygodnia niemal co wieczór przerzucano ich na ufortyfikowane pozycje nad rzeką, gdzie wzmacniali skład osobowy 73. Dywizji Piechoty generała von Sauckena, do świtu słuchając huku radzieckiej artylerii. Tym razem wyglądało na to, że nadchodzącą noc spędzą w łóżkach.

Frink wstał, wciągnął na siebie kurtkę, zapiął pas. Nie wyglądał na zaskoczonego. Wymijając w drzwiach kaprala, odwrócił się i spojrzał na przyjaciela. Uśmiechnął się.

PONIEDZIAŁEK, 31 LIPCA 1944

Minęła dwunasta i większość stolików w kawiarni „Ewa” była jeszcze pusta. Kelnerka, szczupła kobieta o wysoko upiętych blond włosach, dokładnie wycierała świeżo umyte filiżanki, para stałych klientów, emerytów, od lat rozgrywających niekończące się partie domina w kącie niewielkiej salki, rozkładała właśnie swoje kostki, a siedzący przy oknie mężczyzna z wąsikiem czule gładził dłoń swojej towarzyszki. Na pierwszy rzut oka wyglądali na zakochanych, którzy nie bacząc na okupacyjną rzeczywistość, znaleźli chwilę wspólnego szczęścia przy kawiarnianym stoliku. Mężczyzna wydawał się typowym przedwojennym inteligentem, bez konkretnego zawodu i smykałki do handlu, w przyciasnej marynarce i niepasujących do niej spodniach, na nogach miał drewniaki oklejone filcem. Dziewczyna, w nieforemnej sukience, najprawdopodobniej uszytej z przerobionych spodni ojca lub brata, trzymała pod stolikiem płócienny plecak, jak każda warszawianka zawsze gotowa do zakupów, w razie gdyby na pobliskim targu pojawiły się tanie ziemniaki wykradzione z niemieckiego transportu bądź kapusta po niższej niż zwykle cenie. Oboje byli pogrążeni w rozmowie, jednak mężczyzna, wciąż pieszcząc dłoń towarzyszki, nie odrywał wzroku od bramy po drugiej strony ulicy, a dziewczyna zagryzała dolną wargę, zerkając na zawieszony na ścianie zegar.

– Nie jestem pewien, czy zaangażowanie Chlebowskiego to dobry pomysł. – Mężczyzna oderwał wzrok od witryny i spojrzał na kelnerkę, gestem prosząc o kolejną herbatę. – Nie mam uwag do kandydatury tego harcerza, Zakrzewskiego, ale Chlebowski nie nadaje się do tej roboty.

– Czarny, zgodziłeś się na niego.

– Dlatego że po ostatniej wsypie nie byłem w stanie zorganizować nikogo lepszego.

Irena cofnęła dłoń.

– Antoni wielokrotnie udowadniał, że można mu ufać.

Czarny skinął głową.

– Tak. Pisząc osłabiające morale odezwy do niemieckich żołnierzy jadących na front wschodni. Lub felietony do „Biuletynu”. Nigdy jednak nie brał udziału w prawdziwej akcji. Powtarzam, gdyby nie ostatnie aresztowania i konieczność realizacji dzisiejszego planu, nigdy nie zgodziłbym się na jego kandydaturę. Chlebowski ma być obserwatorem? Przecież on ledwo widzi swoje buty!

– Nie mów tak! W naszej sytuacji każdy się przyda! Chlebowski stracił żonę w trzydziestym dziewiątym, biegł w stronę mieszkania, chciał zabrać ją do schronu, kiedy na budynek spadła bomba zapalająca. Podmuch pozbawił go wzroku na dwa tygodnie...

– Nie jesteśmy tu po to, by mu pomagać – Czarny warknął cicho i uderzył kostkami palców o stolik. – Nie jesteśmy tu, aby pomagać komukolwiek! Jesteśmy tu, aby walczyć! Na ulicach toczy się wojna, jeden błąd decydować może o życiu lub śmierci. Niemcy niemal namierzyli naszą radiostację, a my nie mamy czasu na przeniesienie stanowiska nadawczego do nowego lokalu, nie rozwiązaliśmy tam problemu zasilania, nie przeprowadziliśmy testów łączności. Dziś między czternastą a czternastą trzydzieści jest przewidziany czas nadawania i musimy przesłać meldunek, nie bacząc na koszty. Niemieckie wozy nasłuchowe krążą po okolicy, od kilku tygodni zacieśniają wokół nas pętlę. Nie wiem, czy telegrafistka zdąży przesłać meldunek w trzydzieści minut, czy nie będziemy musieli bronić stanowiska w bezpośredniej walce, w czasie depeszowania. To sprawa ważniejsza od życia nas wszystkich.

– Antoni nas nie zawiedzie – odpowiedziała Irena. – Jest oficerem rezerwy. Potrafi obchodzić się z bronią.

– Chlebowski nie dostanie żadnej broni. Nie zaryzykuję dawania pistoletu komuś, kto nigdy nie brał udziału w akcji. Jest obserwatorem, zabezpieczy jedną z bram i na tym koniec. Dziś go potrzebujemy, ale to jego pierwszy i ostatni raz. – Czarny przerwał i spojrzał z uwagą w twarz łączniczki. – Będzie mógł dalej służyć naszej sprawie, ale w sposób, który jest dla nas najlepszy. Dalej będzie współpracował z naszymi wydawnictwami, będzie dla nas pisał. To użyteczny współpracownik, ale w tego rodzaju akcjach potrzebujemy innych ludzi. Dodatkowo oficerem łącznikowym został Klimowicz.

– Klimowicz? – Irena uniosła brwi. – Co z tego?

Czarny zawahał się.

– Teraz to i tak nie ma żadnego znaczenia. Za godzinę rozpoczynamy nadawanie.

Chlebowski chodził wzdłuż piętrowej kamienicy przy Ceglanej, zaczynał od sklepu papierniczego, mijał szeroką bramę, wiodącą na podwórko, dochodził do zakładu krawieckiego i tam zawracał, jeszcze raz pokonując wytyczoną trasę. Z kapeluszem zsuniętym na tył głowy, poluzowanym krawatem i z egzemplarzem „Kuriera” pod pachą wyglądał na urzędnika, który właśnie skończył pracę i pod oknami kamienicy czeka na przyjaciela, z którym zamierza wypić piwo lub dwa, zanim obaj nie wrócą do swoich domów i żon. Szedł powoli, pozornie bez celu, co jakiś czas wachlował się „Kurierem”, uważnie obserwując to, co działo się w głębi ulicy. Znów przemaszerował przed bramą, zatrzymał się i spojrzał wyżej, na okna budynku po drugiej stronie Ceglanej. Zmrużył oczy, wpatrując się z wysiłkiem w człowieka czytającego gazetę na jednym z balkonów. Mężczyzna siedział wygodnie oparty o ścianę, trzymając przed sobą rozpostartą płachtę na znak, że wszystko jest w porządku.

Minął młodą kobietę sprzedającą prosto z ręki stare koszule i używaną bieliznę. Przeszedł obok zakładu szewskiego, szewc siedział na krześle wystawionym na chodnik, pilnując ustawionych pod ścianą kamienicy męskich drewniaków obszytych filcem i ich kobiecych odpowiedników, obłożonych pilśnią z podartych kapeluszy, ze zdobieniami z gwoździ i wstążeczek, oraz drewnianych sandaletek dla mniej zamożnych klientek i kapców z wełny i skóry. Zdziwił się, gdy minęła go riksza wioząca mężczyznę schowanego za gazetą. W czerwcu dowództwo SS na okręg warszawski zakazało używania riksz do wożenia ludzi, konfiskując wytwarzane domowym sposobem pojazdy. Niemcy pozwalali działać tylko tym, którzy przewozili pakunki.

Od strony Ciepłej wyszło dwóch gazeciarzy, chłopcy z łobuzersko naciągniętymi na oczy kaszkietami rozdawali gazety, nie pobierając za nie opłaty. Powoli szli Ceglaną, a tłumek zainteresowanych bezpłatną prasą warszawian gęstniał wokół nich z każdą chwilą. Chlebowski zmrużył oczy. Nie wierzył w to, co widział. Wydawało mu się, że na dziecięcych ramionach dostrzega biało-czerwone opaski. To nie mogła być prawda. Spojrzał na balkon, upewniając się, że obserwator niedaje żadnych niepokojących znaków, szybkim krokiem podszedł do gazeciarzy. Rzeczywiście, obaj nosili opaski w kolorach polskiej flagi.

– Biuletyn dla szanownego pana. – Chłopiec podał mu płachtę gazety. Chlebowski przeleciał wzrokiem po szpaltach strony tytułowej i zdębiał. „Wojska radzieckie marszałka Rokossowskiego, które obchodzą stolicę Polski od południa, sforsowały Wisłę w okolicy Dęblina na długości ok. 80 kilometrów i przerzucają swe jednostki na zachodni brzeg Wisły, gdzie organizują silny przyczółek...”. Spojrzał na nagłówek. Miał w dłoniach „Biuletyn Informacyjny” nr 35, nielegalne i zwalczane przez Niemców pismo, z którym sam współpracował, roznoszone w biały dzień na ulicach północnego Śródmieścia przez gazeciarzy w biało-czerwonych opaskach.

– Skąd to macie?

Gazeciarz uśmiechnął się zawadiacko.

– Niech się szanowny pan nie troszczy. Pan z Krakowa, czy co? Proszę czytać i cieszyć oczy. Szkopy lada dzień zwijają się z Warszawy.

Chlebowski zerwał z ramienia chłopca opaskę, drugi z gazeciarzy odskoczył poza zasięg jego ramion.

– Zjeżdżać mi stąd, ale już! Pomyślcie, co zrobią wasze matki na wieść o tym, że zwinęli was Niemcy!

– Ja nie mam matki, proszę pana. – Gazeciarz hardo spojrzał w oczy Chlebowskiego. – Rozstrzelali ją w Palmirach.

– Zjeżdżać mi stąd, gówniarze! – Chlebowski uniósł dłoń, jakby chciał chłopakowi przyłożyć. Tamten zerwał się do biegu, szybko wmieszał się między przechodniów, ale zanim zniknął, zdążył jeszcze rzucić przez ramię:

– Parszywy okularnik! Folksdojcz!

Chlebowski poprawił marynarkę, uspokoił oddech. Skupił uwagę na tym, co działo się wokół niego. Uśmiechnął się do mijającej go dziewczyny, uprzejmie dotknął palcem ronda kapelusza, wolnym krokiem dotarł do kolejnej latarni, przystanął, podwinął rękaw koszuli, udając, że sprawdza czas. Odwrócił się na pięcie, spacerowym krokiem ruszył dalej. Spojrzał w górę. Mężczyzna na balkonie złożył gazetę i wstał. Coś było nie tak. Chlebowski zacisnął pięści i znów zmrużył oczy, zmuszając wzrok do większego wysiłku, ale wylot ulicy wciąż spowijała mgła. Ludzkie sylwetki były niewyraźne, widział ledwie ich zarysy, twarze pozostawały rozmazane. Człowiek, który wzbudził jego podejrzenie, z bliska okazał się kolejarzem wracającym z pracy z ciężką torbą przewieszoną przez ramię. Raz jeszcze spojrzał w górę. Obserwator na balkonie wciąż stał oparty o barierkę. Gdzieś czaiło się zagrożenie.

Zza rogu wyszedł oficer Wehrmachtu, szedł powoli, uważnie rozglądając się dokoła. Chlebowski zamarł, zatrzymał się na moment, przełknął ślinę i ruszył przed siebie, kontynuując swój spacer. Kiedy Niemiec zbliżył się na tyle, że mógł już dojrzeć rysy jego twarzy, przystanął, ukłonił się i ustąpił mu miejsca na chodniku. Oficer odwzajemnił spojrzenie, ale nie odpowiedział na powitanie. Bez słowa minął Chlebowskiego i poszedł dalej, po czym skręcił w Żelazną. Antoni odetchnął i dyskretnie starł ze skroni kropelkę potu. Spojrzał na balkon. Mężczyzna znów czytał gazetę.

Zdawał sobie sprawę, że wyznaczono mu miejsce pośrodku kilku rozstawionych po obu stronach ulicy obserwatorów. Zanim ktokolwiek mógł zbliżyć się do niego, obojętnie, czy od Żelaznej, czy od Ciepłej, musiał minąć jednego z ludzi Czarnego. Wiedział, że w pierwszej chwili Czarny chciał odesłać go do domu, że dowódca komórki, z którą współpracowała Irena, uznał, że wada wzroku uniemożliwia mu walkę z bronią w ręku. Postawili go w miejscu, które nie miało żadnego znaczenia, nikt nawet nie zwracał na niego uwagi. Chciał walczyć, chciał się do czegoś przydać, chciał czegoś więcej niż pisanie patriotycznych felietonów. Sądził, że kiedy będzie na ulicy, kiedy znajdzie się w samym środku prawdziwej akcji, poczuje dumę. Jedynym, co czuł, było upokorzenie.

Oparł się o latarnię, poprawił kapelusz, rozłożył gazetę. Przeleciał wzrokiem po nagłówkach artykułów, dyskretnie sprawdził godzinę. Do końca pracy radiostacji pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Złożył gazetę i znów wolnym krokiem ruszył swoją trasą. Doszedł do zakładu krawieckiego, spojrzał na stojące w witrynie drewniane manekiny obleczone różnokolorowymi sukienkami, najwyraźniej uszytymi z kilku innych, zbyt zniszczonych, by je wystawić do sprzedaży pojedynczo. Zakład przypomniał mu ten, do którego przed wojną chodził ze swoją żoną. Zwykle witał się z krawcem, a następnie siadał z gazetą pod ścianą, podczas gdy Anna znikała w przebieralni i całe kwadranse spędzała na mierzeniu sukien i wybieraniu materiałów z katalogów podsuwanych przez asystentkę. Pamiętał doskonale, jak wielką radość sprawiały Annie te wizyty. Szczególnie cieszyła się z ostatniej przymiarki sukni wieczorowej, w której miała wystąpić na Balu Adwokata. To było w trzydziestym ósmym. Po raz pierwszy szła na bal jako żona młodego prawnika, dumna ze swojego męża, który dopiero co został wspólnikiem w kancelarii, ale z miesiąca na miesiąc zdobywał coraz większe uznanie i coraz lepszych klientów. Promieniała ze szczęścia, wdzięcząc się przed lustrem w zielonej sukni ze sznurem pereł na szyi...

Chlebowski zmrużył oczy, skupiając wzrok na obrazie odbitym w witrynie. Odwrócił się. Mężczyzna, który zwrócił jego uwagę, właśnie przechodził na drugą stronę ulicy. Widział go słabo: ledwie rozmazaną sylwetkę na tle równie niewyraźnych przechodniów. Sam nie wiedział, dlaczego skoncentrował się właśnie na nim. Mężczyzna szedł powoli, nie kluczył, nie przystawał, nie rozglądał się na boki. Antoni zadarł głowę. Obserwator na balkonie spokojnie czytał gazetę. Nikt z członków obstawy nie sygnalizował niczego podejrzanego.

Mężczyzna przeszedł przez ulicę i powoli zbliżał się chodnikiem do Chlebowskiego. Ten widział już zarys jego sylwetki, nakrycie głowy i postawiony kołnierz marynarki. Po kolejnych kilku krokach tamtego zauważył, że to, co w pierwszej chwili wziął za kołnierz, było bandażem owijającym szczękę mężczyzny. A więc to o to chodzi. Z daleka owinięta opatrunkiem głowa przechodnia wydała mu się podejrzana. Uśmiechnął się w duchu i minął mężczyznę, który być może niedawno doznał urazu głowy bądź z zapaleniem zęba szedł na wizytę do dentysty. Antoni przystanął, odetchnął głęboko i odwrócił się.

Opatrunek był brudny.

To nic wielkiego, myślał, idąc kilka kroków z tyłu. Może po prostu ktoś dotknął brudną dłonią opatrunku, zostawiając na bandażu ciemny ślad. Ślad, który przypominał smar. Do końca nadawania pozostało niespełna pięć minut.

Mężczyzna dalej szedł przed siebie, nie za szybko, ale też niezbyt wolno, nie rozglądając się. Chlebowski postanowił, że odprowadzi nieznajomego do najbliższego skrzyżowania, a potem zawróci w stronę bramy. W pewnym momencie mężczyzna pochylił głowę i uniósł ramię, sięgając dłonią w stronę opatrunku. Antoni modlił się w duchu, aby tamten po prostu poprawił bandaż i dalej szedł w swoją stronę, ale palce mężczyzny zatrzymały się na wysokości ucha.

Chlebowski rzucił się do przodu, niby przez nieuwagę trącił mężczyznę ramieniem i zaszedł mu drogę.

– Dzień dobry, panie Wiśniewski – przywitał się głośno, łapiąc palcami dłoń nieznajomego. Uchylił kapelusza przesadnie uprzejmym gestem, uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie spotkał kogoś, kogo widok sprawił mu wielką przyjemność. – Co też się panu stało? Jakiś wypadek? Mam nadzieję, że to nic poważnego?

Tamten spróbował go wyminąć, burknął coś pod nosem, spróbował wyrwać dłoń z uścisku, ale Antoni nie dawał za wygraną.

– Ile to myśmy się nie widzieli. – Zaśmiał się głośno. – Kawał czasu żeś pan nie dał znaku życia! Wszyscyśmy się o pana martwili!

– Przepraszam – odparł zimno nieznajomy. – To jakaś pomyłka!

Chlebowski chciał powiedzieć coś jeszcze, ale poczuł, że zaschło mu w ustach. Nie mógł nie rozpoznać twardego, obcego akcentu, nie mógł nie zauważyć pod bandażem obłego kształtu słuchawek.

Zza rogu Żelaznej wyjechała furgonetka, na dachu, ponad kabiną kierowcy, miarowo poruszała się antena nasłuchująca sygnałów radiowych. Zza furgonetki wyłoniły się dwa motocykle z koszami, na których umocowano pistolety maszynowe. Jeden z motocyklistów przyspieszył, wyrwał do przodu, wyminął wlokącego się ulicą rikszarza i zatrzymał się, wjechawszy na chodnik tuż obok Chlebowskiego.

Antoni puścił dłoń wywiadowcy, cofnął się, unosząc dłonie w geście przeprosin.

– To pomyłka – stęknął żałośnie, pozwalając, by masywne okulary zsunęły mu się na czubek nosa. Patrzył tępym, niewidzącym wzrokiem krótkowidza raz na owiniętego bandażem agenta, raz na siedzącego w koszu żołnierza, który właśnie wymierzył w jego stronę pistolet maszynowy. – Przepraszam. Ja niczego nie zrobiłem – dalej mówił proszącym, płaczliwym tonem. – Tego pana widzę pierwszy raz w życiu. To jakaś pomyłka!

Niemcy wymienili wściekłe spojrzenia.

– Przez tego idiotę straciłem sygnał – warknął wywiadowca, poprawiając pod bandażem słuchawki. – Mam nadzieję, że nasłuch z samochodu wystarczy, by określić ich pozycję.

– Co z nim? – Żołnierz siedzący w koszu wskazał lufą w stronę Chlebowskiego.

Wywiadowca z odrazą spojrzał na niedowidzącego przechodnia, który przeszkodził mu w akcji.

– Zjeżdżaj stąd, baranie, ale to już! – warknął rozgniewany po polsku, ale z niemieckim akcentem. – Następnym razem zastrzelę cię bez słowa!

Chlebowski, nie przestając na przemian przepraszać i prosić o wybaczenie, cofał się krok za krokiem, aż dotknął plecami ściany. Dopiero wtedy obrócił się na pięcie i niemal biegiem ruszył ulicą. Zatrzymał się dopiero za następnym skrzyżowaniem, wszedł w pierwszą napotkaną bramę, zdjął mokry od potu kapelusz i długą chwilę łapał oddech.

Wśród wysokich korytarzy dawnego gimnazjum rozniósł się przeciągły gwizd. Klaus Enkel w jednej chwili wybudził się z płytkiego, nerwowego snu, otworzył oczy i niemal natychmiast wyskoczył z twardego wąskiego łóżka. Założył kalesony i koszulę, szybkim ruchem wygładził poduszkę, poprawił koc, naciągając materiał równo z krawędzią łóżka. Najdrobniejsze niedociągnięcie oznaczać mogło dodatkową służbę wartowniczą, zmniejszenie racji żywnościowej lub pozbawienie papierosów. Enkel ponownie poprawił koc i razem z resztą sekcji, z którą dzielił przerobioną na koszary pracownię geograficzną, ruszył na korytarz, w stronę łazienek. Drogę zagrodził mu kapral Borowka.

– Enkel, natychmiast zgłosisz się do sierżanta Stedke.

– Tak jest. – Enkel wyprężył się i skinął głową.

– Czeka na ciebie w magazynie za garażami.

Podczas gdy reszta kompanii tłoczyła się pod prysznicami, Enkel zbiegł schodami na parter i wyszedł z budynku. Minął wartowników, przeciął wysypany żwirem dziedziniec i skręcił w stronę garaży i magazynów. W miarę jak kolejne pułki wycofywały się do Warszawy pod naporem frontu białoruskiego, niemieckie dowództwo adaptowało na potrzeby wojska kolejne budynki. Ich kompania zajmowała dawne gimnazjum męskie, szkolny skład opału i salę gimnastyczną przerobiono na magazyny, służbowe mieszkania dla nauczycieli zajęli wyżsi oficerowie.

Enkel minął szereg ciężarówek i wyszedł wprost na wejście do prowizorycznych magazynów. Coś było nie tak. Zwykle składu pilnowało dwóch ludzi, teraz przy drzwiach czekało sześciu wartowników i nieznajomy sierżant.

– Starszy strzelec Klaus Enkel. – Stuknął obcasami i wyprężył się przed podoficerem.

Wartownicy rozsunęli się i Enkel wszedł do ciemnego magazynu. W półmroku widział tylko zarysy wielkich drewnianych skrzyń. Z prawej strony dostrzegł padający na ścianę słaby blask, jakby ktoś stojący pośród skrzyń posługiwał się latarką lub lampą. Przecisnął się między kartonami, których zawartości nie był w stanie rozpoznać.

– Kto tam?! – w półmroku rozległ się rozgniewany głos sierżanta Stedkego.

– Starszy strzelec Enkel!

– Zbliżcie się, żołnierzu.

Enkel wszedł w krąg światła rzucanego przez stojącą na skrzyni lampę. Sierżant Stedke czekał na niego w towarzystwie dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał na piersi ryngraf żandarmerii polowej. Drugi, w cywilnej marynarce, stał nieco z boku, kryjąc się w cieniu. Enkel zbliżył się i zasalutował, kiedy jego wzrok przykuł kształt widoczny w głębi pomieszczenia. Coś wisiało przywiązane do belki przy suficie. Zmrużył oczy.

– Żołnierzu, czy wiecie, kto to jest? – Stedke wskazał niedbale za siebie, w stronę wiszącego pod sufitem pakunku.

– Nie rozumiem...

– Do cholery, Enkel, macie rozpoznać tego parszywego zdrajcę!

Klaus spojrzał na wykrzywioną ze złości twarz sierżanta.

– Melduję, panie sierżancie, że w dalszym ciągu nie rozumiem, po co zostałem tu wezwany.

Mężczyzna w cywilnej marynarce stanął w kręgu światła, podszedł do Enkela i beznamiętnym wzrokiem spojrzał mu w twarz.

– Kapitan Gustaw Horst, tajna policja polowa. Dziś rano wartownicy ujawnili w magazynie zwłoki samobójcy. Zgodnie z procedurą do potwierdzenia w protokole tożsamości denata potrzebujemy dwóch świadków. Proszę przyjrzeć się zwłokom.

Enkel powoli zbliżył się do wiszącego pod sufitem kształtu. Dopiero teraz mógł dostrzec, że to, co w pierwszej chwili wziął za pakunek, było ludzkim ciałem, powoli obracającym się wokół własnej osi. Delikatnie ujął zwłoki poniżej kolan, ostrożnie, jakby bał się sprawić zmarłemu przykrość, obrócił go twarzą do siebie. Zadarł głowę do góry.

Pod belką, z szyją okręconą plecioną linką, wisiał Frink.

Enkel gwałtownie odskoczył do tyłu.

– Żołnierzu, czy rozpoznajecie tego człowieka?

– To nie człowiek, to bydlę – po raz pierwszy odezwał się ten z ryngrafem. – Samobójstwo w obliczu zbliżającego się wroga to czyn niegodny żołnierza! To czyn niegodny Niemca!

– Żołnierzu, zadałem wam pytanie?!

Enkel nie był w stanie odwrócić wzroku od twarzy przyjaciela. Szeroko otwarte oczy wpatrywały się gdzieś w ciemność, przez wpółotwarte usta wystawał gruby język. Enkel poczuł, że zaraz zwymiotuje. Chciał uciekać. Wybiec z tego śmierdzącego smarem magazynu, byle dalej od niemożliwie spokojnego głosu kapitana policji, byle dalej od przekleństw sierżanta Stedkego i widoku nabrzmiałej twarzy mężczyzny, który był jego ostatnim przyjacielem na tej ziemi. Enkel wielokrotnie widział trupy, widział młode dziewczęta przecięte na pół serią z cekaemu, widział brzuchy rozerwane bagnetem, widział efekt wybuchu granatu w ciasnym zatłoczonym okopie. Teraz jednak wpatrywał się w martwą twarz przyjaciela i czuł, że dłużej tego widoku nie zniesie.

– Żołnierzu! – W głosie kapitana policji usłyszeć można było cień zdenerwowania.

Enkel skinął głową.

– Tak – odpowiedział, całą swoją wolę skupiając na tym, aby spokojnie i wyraźnie wypowiadać poszczególne słowa. – To starszy szeregowy Herman Frink.

– Znacie tego człowieka?

– Służymy w jednej kompanii od czterdziestego trzeciego roku.

– Doskonale. Sierżancie, proszę notować: ciało rozpoznał również starszy strzelec Klaus Enkel, urodzony... Zresztą szczegóły uzupełnimy później.

Stedke mruknął coś pod nosem, przystawił do skrzyni mniejsze pudło, usiadł i zabrał się do uzupełniania protokołu.

Enkel przymknął oczy. To nie będzie trwało wiecznie. Nie każą mu przecież patrzeć na wiszące ciało w nieskończoność. Będzie koncentrował się na oddychaniu, pomyśli o czymś miłym, o czymś, co jest daleko stąd, daleko od linii frontu i tego przeklętego miasta, aż ten koszmar wreszcie się skończy i będzie mógł wyjść z magazynu.

– Co tak stoicie, żołnierzu? Odetnijcie ciało.

Enkel drgnął.