Osobisty przewodnik po depresji - Tomasz Jastrun - ebook

Popularność


Redakcja: BARBARA DOMINIAK
Korekty: Melanż
Projekt okładki: MAGDALENA KUC
Projekt typograficzny oraz skład i łamanie: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN/www.panczakiewicz.pl
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2016 Text © copyright Tomasz Jastrun 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-65456-04-5
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.
.

Źle, źle zawsze i wszędzie

Ta nić czarna się przędzie:

Ona za mną, przede mną i przy mnie,

Ona w każdym oddechu,

Ona w każdym uśmiechu,

Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie...

„Moja piosnka”, C.K. Norwid[1]

To, co jest najbardziej dojmującym problemem w depresji, oprócz bólu i cierpienia, to samotność. Ma ona wiele wymiarów i odcieni, podobnie jak wiele barw ma smutek i rozpacz depresji. Większość naszego istnienia zapełniamy aktywnością, żeby nie zostać sam na sam ze sobą, depresja w każdej chwili mówi – jestem.

Dzielę się tu swoim doświadczeniem z wami, którzy cierpicie na depresję. Gdziekolwiek jesteście, na dnie czy w kręgach mniej dolegliwych, przypominam – to nie jest tylko wasz dramat. Przekazuję własne doświadczenia, ale też sięgam do przeżyć innych. Chcę opisać depresję z różnych stron, a ma ona niezliczoną ilość twarzy, postaci, form i stadiów, od łagodnych, poprzez poważne, do skrajnie dramatycznych. Nie ma jednej depresji, jest ich tak wiele, jak liczni są cierpiący, ale w swojej wielości ma dużo cech wspólnych.

Bywa ból, który czemuś służy. Tak boli rana po operacji. W depresji nie ma żadnych terminów i cierpienie wydaje się zupełnie bez sensu. Właściwie istotą i głównym objawem depresji jest cierpienie duszy, melancholia w nowym pojęciu to tylko smutek bez brzegu, depresja boli dokuczliwie lub potwornie.

Uważam, że wszyscy, którzy mieli lub mają takie doświadczenia, są jakby w klubie depresji, nazwijmy go „Klubem D”. To doświadczenie jest tak niezwykłe, że rodzi wspólnotę z tymi, którzy byli lub są w podobnej sytuacji. Jesteśmy jak bracia i siostry w nieszczęściu.

Trudno mi pisać o depresji, chociaż znamy się od tylu lat. Ona wymyka się słowom.

Stukam teraz w klawiaturę komputera, będąc na ziemi niczyjej, gdzieś między depresją a jej uśpioną formą, czuję jednak, jak bije we mnie kilka źródeł niepokoju. Jestem więc w stanie pośrednim, co sprzyja pisaniu o tej chorobie, mam już energię, ale też widzę i czuję jej zatruty oddech.

Depresja prawdziwa. Co to znaczy prawdziwa? Może lepiej powiedzieć – poważna, czyli dolegliwa lub głęboka, jest tak dojmującym doświadczeniem, tak wielkim cierpieniem, że kiedy minie, wraca się do niej w myślach niechętnie. W swojej skali jest nie do wiary, jak izba tortur. Można żyć po takim doświadczeniu, też dlatego, że się o nim zapomina. Depresja podobna jest do obozu koncentracyjnego czy kolonii karnej nie tylko dlatego, że ma się wrażenie, że chce nas unicestwić, ale też zamyka nas w sobie, nie dając szansy na ucieczkę. Jedno jest pewne – siła woli, spryt i mądrość nie pomogą uciec. Można liczyć na czas, na psychoterapię, ale przede wszystkim na lekarstwa, one są coraz lepsze, chociaż nadal niedoskonałe.

Pierwsza depresja jest szokiem szczególnym. Nie rozumiemy, co się dzieje z naszą duszą i z ciałem. Jeśli choroba wraca, a zwykle wraca, mając już jakieś z nią doświadczenia, radzimy sobie lepiej niż za pierwszym razem. Wtedy nowość i niezwykłość sytuacji budzi szczególną grozę. Nawet jeśli kolejne nawroty bywają cięższe, a taka jest niestety tendencja, i tak czujemy się już pewniej. Przeżyć depresję pomaga znajomość jej topografii. Im więcej o niej wiemy, tym większą mamy szansę przetrwać. Temu też ma służyć ta książka.

Pamiętajmy, że depresja z powodu samobójstw jest chorobą w 25% przypadków śmiertelną. To jedyna pewna od niej ucieczka. I jak ktoś trafnie zauważył, depresja bez wsparcia jest chorobą śmiertelną. Ze wsparciem też nią bywa.

Podobno alkoholika może zrozumieć tylko inny alkoholik, to samo dotyczy depresji. Chociaż trudno tu o pełne zrozumienie, przecież kiedy wychodzi się z depresji, przestaje się rozumieć swoje własne myślenie z epoki choroby.

Ten przekaz skierowany jest głównie do tych, którzy są już w „Klubie D”, do ich rodzin, ale też do ludzi, którzy chcą poznać ten pozornie odległy świat, który tak naprawdę jest blisko, za cienką ścianą, ale w uśpieniu. Może więc wy, szczęściarze nieznający depresji, dowiecie się przy okazji, co robić, żeby jej w sobie nie obudzić. Depresja może przytrafić się każdemu w jakimś momencie życia. Wtedy mówimy sami do siebie: dlaczego właśnie ja, nigdy nie spodziewałem się, że mnie coś takiego spotka.

Mamy dzisiaj do czynienia z uderzającym wzrostem przypadków depresji. Gdyby była to choroba zaraźliwa, można by mówić o epidemii. Skoro tak jest wszędzie, gdzie dotarła nasza cywilizacja, trzeba zastanowić się też nad socjologicznym i psychologicznym podłożem tej choroby. Niezwykle uciążliwej, to delikatne określenie, ale też niezwykłej w swojej skali i w objawach. Dotyka ona jakby rdzenia naszego istnienia w najbardziej bolesnym miejscu.

Moja opowieść to osobisty przewodnik i poradnik. Nie boję się używać metafory, poezji, relacji i cytatu także dlatego, że depresja wymyka się słowom.

Po tym wstępie następny rozdział to: „Moja krótka biografia z depresją w tle”. Potem są „Zapiski z dna”, gdzie przeniesiemy się w najbardziej mroczne rejony tej choroby. Następny rozdział to: „Osobista encyklopedia depresji”, składa się z małych fragmentów – haseł, skupionych wokół różnych tematów, które dotyczą depresji. Jest w nich silny wątek osobisty, ale też uogólnienie, tak, by każdy, kto cierpi na tę chorobę, mógł odnaleźć siebie. Hasła mają przypisy – to głosy fachowców na temat depresji oraz relacje ludzi znanych, ale też osób anonimowych, bliskich mi z powodu wspólnoty doświadczeń. Ich uwagi powstawały na gorąco w czasie tworzenia książki. Pisząc, byłem z nimi w stałym kontakcie. Moja własna wiedza i doświadczenie są więc konfrontowane z doświadczaniem innych, czasami od mojego odmiennym. Książkę kończy mój blog z 2013 roku, w którym opisałem krótki, ale dolegliwy depresyjny epizod, prawdopodobnie spowodowany odstawieniem leku. To jakby pospieszny dziennik z linii frontu.

Ostrzegam, ta książka ze względu na temat jest gęsta i toksyczna. Nie jest wskazane czytanie jej naraz w całości.

Ale jak optymistycznie kończy się „Księga Hioba”, pierwszy wielki opis depresji, tak i moja opowieść kończy się wyjściem z mroku w światło. Światło w depresji wydaje się bardzo daleko, a tak naprawdę jest w zasięgu ręki.

.

Czarna nić i rzeka podziemna

Są ludzie, w których zawsze wyczuwa się nutę smutku, nawet w uśmiechu. Już jako dziecko miałem skłonność do poważnej refleksji, a kiedy byłem młody, pytano mnie często, dlaczego jestem taki smutny. I piszę mroczne wiersze. Dziwiły mnie te pytania. Własnego smutku zwykle się nie czuje. Teraz, kiedy czytam swoją dawną poezję, widzę jednak tam depresyjną nutę.

Zostałem poczęty w domu wśród ruin, ale był to dom jak na tamte czasy luksusowy, mieszkali w nim pisarze. Stał więc wśród ruin po powstaniu i rozbrzmiewał stukotem maszyn do pisania. W lecie pachniało wokół bzami i śmiercią. Rodzice kochali mnie, ale miłością tamtych czasów, więc głównie zajmowała się mną babcia, matka mojej mamy. Ojciec był poetą z głową w chmurach, siedział przy swoim biurku, które teraz stoi za moimi plecami, już zabytek, i stukał na maszynie nie tylko wiersze, też eseje, książki biograficzne, genialnie przekładał poezję, słynne są jego przekłady Rilkego. Matka moja, Mieczysława Buczkówna, pisała książki dla dzieci i wiersze dla dzieci i dla dorosłych. Ojciec był o 21 lat starszy od mojej matki. Identyczna jest teraz różnica między mną i moją drugą żoną. Oboje rodzice mieli traumatyczne doświadczenia w czasie wojny. Przekazali mi zapewne swoją trwogę, musiała rzucić cień na moje życie. Nie tylko na moje. To jest klątwa całego pokolenia.

Urodziłem się w roku 1950, trudny to był czas społecznie i politycznie, ale w bliskiej historii były lata znacznie gorsze na urodzenie się. Do grozy niedawnej hitlerowskiej okupacji doszła groza stalinowskiego terroru i, jak potem mawiał mój ojciec, „odwrotnego myślenia”. On sam padł ofiarą fikcji, w czym na pewno pomógł mu zwykły strach i wcześniejsza okupacja, którą, mając żydowskie pochodzenie, przeżył dzielnie w Warszawie, ucząc nawet na tajnych kompletach. Przeżył cudem. Takie doświadczenia zostawiają trwałe blizny. W moim ojcu zawsze były wielkie wyrzuty sumienia ze względu na stalinizm, chociaż szybciej niż inni się z tego wycofał, ale też rozpacz istnienia, która dręczyła go szczególnie wcześnie rano, kiedy się budził. Już jako dziecko czasami słyszałem jego poranne jęki i skargi. Nie miał jednak nigdy depresji, ta rozpacz była metafizyczna, jak jego poezja. A też czuł się niedoceniony i pomijany jako artysta. I miał dramat ze swoim żydowskim pochodzeniem, które mu wypominano, a czuł się do szpiku kości polskim artystą, pisarzem, który całą polską poezję znał na pamięć, kochał bez granic i tak wiele o niej pisał. Biografia Adama Mickiewicza pióra mojego ojca, przetłumaczona na kilkanaście języków, była przez długie lata lekturą w polskich szkołach.

Matka moja była prawie dzieckiem, gdy jej ojciec – legionista i bohater wojny 1920 roku, kawaler Virtuti Militari, odznaczony krzyżami walecznych, zawodowy oficer – zginął śmiercią bohatera w obronie Warszawy we wrześniu ’39 roku. W czasie wrześniowej ucieczki podczas bombardowania pociągu moja mama widziała, jak siedzącemu w pobliżu chłopcu odłamek bomby urwał nogę. W czasie okupacji jej matka, moja babcia, z trójką dzieci nie dawała sobie rady, więc ten czas miał wymiar dramatu. Mama w czasie powstania była u sióstr urszulanek na Solcu, pracowała w powstańczym szpitalu. Potem w przebraniu zakonnicy opuściła płonącą i zrujnowaną Warszawę.

Zimny chów

W latach 50., na które przypada moje dzieciństwo, mimo wojny, a może dzięki niej, nadal preferowano surowe metody wychowawcze, tak zwany zimny chów, co miało dotyczyć przede wszystkim chłopców. Teraz już wiemy, że te metody, tak cenione w Prusach Wschodnich, stworzyły pokolenie ludzi o żelaznych sercach. To oni dokonali największej zbrodni w historii świata, wcielając w życie idee Hitlera. Należało nie okazywać uczuć, unikać przytulania, szczególnie chłopców. Jak malec płacze, pozwolić mu się wypłakać – „to dobre na płuca”. Myślę, że moja matka chętnie przyjęła rady doktor Misurewicz, także dlatego, że sama padła ofiarą podobnych metod wychowawczych, poza tym tak było wygodniej. Nie miała jednak ostatecznej pewności, że postępowała właściwie. Po latach opowiadała mi więc o tym jako o pewnym wynaturzeniu. – Takie były czasy – tłumaczyła się. Kiedyś, gdy płakałem, wystawiła mnie w wózku do kuchni. Lekarka radziła – niech się mały wypłacze, to jest dobre dla płuc.

A to już pamiętam, moje łóżko było w osobnym pokoju, raz w środku nocy przebiegałem w trwodze mrocznym korytarzem, gdzie mieszkał wilk, i wskoczyłem do łóżka mamy. Pamiętam jej gest irytacji, kiedy wyrzucała mnie z łóżka. Do dzisiaj nie mogę jej tego wybaczyć. Matka, co teraz widzę, za wcześnie zaczęła wyjeżdżać z ojcem, zostawiając mnie z babcią, miałem zaledwie kilka miesięcy, kiedy to się zaczęło. Wtedy była to jednak powszechna praktyka. Dzisiaj wiadomo, że to za wcześnie. Dostawałem więc w dzieciństwie sprzeczne komunikaty, wiele ciepła i miłości, czasami przerażającej miłości i nadmiernej, zalęknionej troski, a potem nagle fundowano mi zamrażarkę. W wieku pięciu lat miałem operację migdałków, matka nie mogła być wtedy z dzieckiem w szpitalu, wspominam to jako koszmar, ale pamiętam, a podobno najgorsze są traumy, po których nie ma pamięci. Jaki to ma wpływ na moje stany obecnie, nie wiem i nigdy się tego nie dowiem.

Choroba dwubiegunowa mojej matki

Między moimi rodzicami istniała duża różnica wieku, byli jednak dobrym małżeństwem, łączyła ich pasja do poezji, do sztuki, oboje mieli romantyczną naturę. Ale nawet w najlepszych związkach zdarzają się katastrofy. W 1972 roku mój ojciec nagle zapałał romantycznym uczuciem do pewnej pani, znanej krytyczki literackiej. Wcześniej domator, bezradny i niezdarny, nagle zaczął wychodzić z domu, na dodatek w podniosłym nastroju. Matka od razu się zorientowała. Zależność mojego ojca od mojej mamy była tak duża, że pytał ją, jaki krawat ma założyć na randkę. Moim zdaniem ten związek nie został skonsumowany, miał tylko romantyczną, bezcielesną stronę, ale matka bardzo to przeżyła, jak wszyscy była wrażliwa na odtrącenie. W końcu jej ojciec też pewnie jakoś ją odtrącał, skoro był niechcianym synem austriackiej aktorki oddanym polskiej rodzinie na wychowanie. Odtrąceni zwykle odtrącają, to idzie potem dalej jak klątwa pokoleń. Uczuciowa zdrada była dla mojej mamy szokiem. I wtedy miała pierwszy epizod depresyjny, który potem przerodził się w chorobę afektywną dwubiegunową. To są naprzemienne okresy depresji i manii. Zdumiewająca choroba, jakby bogatsza forma depresji o kosmicznej sile, ze swoim rewersem. Esencja rozpaczy, a potem esencja radości życia, czasami w formie paranoidalnej.

Mój ojciec zmarł w 1983 roku. Jako jedynak miałem chorobę matki na głowie przez czterdzieści lat. Zejściem do piekła były jej okresy depresyjne, ale bardziej bałem się jej manii, poczucia wszechmocy, fantastycznych pomysłów, które, chcąc nie chcąc, kończyły się na mnie, czułem się jak ojciec szalonego dziecka, któremu wydaje się, że wszystko może, a ściany dają pieniądze.

Moje lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte

Pierwsze poważniejsze sygnały ostrzegawcze to były problemy ze snem. Od czasów nastoletnich sen nie był moją mocną stroną, nie mogłem zasnąć, łatwo się budziłem. W latach 70. aktywnie związałem się z opozycją demokratyczną, z Niezależną Oficyną Wydawniczą. Byłem w Stoczni Gdańskiej w czasie strajku sierpniowego. W stanie wojennym przez rok ukrywałem się, robiąc podziemne pismo „Wezwanie”, które zresztą redagowałem do roku 1989. Złapano mnie na ulicy i po całonocnym przesłuchaniu zawieziono do Białołęki, gdzie był obóz internowanych. Budziłem się tam o piątej rano, widziałem zakratowane okno, w nim majaczyły kolumny więźniów kryminalnych, którzy w białych obłokach oddechów szli do pracy. Wydawało mi się, że jestem w obozie koncentracyjnym. Dręcząca stała się powtarzalność tych przebudzeń, a potem uczucie niewyspania i zmęczenia rano. To było zapewne pierwsze dotknięcie przyszłej depresji.

Od tego czasu nasiliły się moje problemy ze snem, nie mogłem zasnąć, budziłem się w nocy i o świcie.

Lata dziewięćdziesiąte

Po wielkim przełomie w latach 1990–1994, w ramach nowej dyplomacji już wolnej Polski, byłem attaché kulturalnym w Szwecji i dyrektorem Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Co za kontrast i jaka odmiana! Ciekawe, ale trudne doświadczenie. Tam moje problemy ze snem nasiliły się. Znajoma lekarka psychiatra przepisała mi środek antydepresyjny. To był mój pierwszy kontakt z antydepresantem. Pomógł przetrwać te lata, ale nadal źle spałem. Po powrocie do Polski znowu brałem tylko tabletki nasenne.

Można więc powiedzieć, że od dawna otrzymywałem znaki ostrzegawcze, ale dopiero w 2000 roku po raz pierwszy zachorowałem na dotykalną depresję. Potem, rok po roku, miałem trzy dwumiesięczne epizody depresyjne, zawsze na jesieni. Czułem już, że to nie są tylko gorsze dni, że sprawa jest poważna. Świat stawał się matowy. Brałem antydepresanty przepisywane mi przez internistkę, to był popularny wtedy cipramil, odstawiałem go, kiedy było lepiej. Za trzecim razem cipramil już nie zadziałał po dwóch miesiącach, w końcu poszedłem do psychiatry, który zaczął szukać czegoś innego. Było coraz gorzej, próbowałem różnych leków, nie działały, za to czułem bardzo dolegliwie ich działania uboczne. Można powiedzieć, że pogrążałem się w mroku, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Umiarkowana depresja przemieniła się w średnią, a ta zaczęła mieć ciężkie fazy. Pojawiły się stany lękowe i myśli samobójcze. Mama miała właśnie wtedy manię i nie wykazywała śladu zrozumienia dla mojego stanu, co przysparzało mi bez liku niepokojów i kłopotów, a w depresji rosły one monstrualnie.

Ta