Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 247 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ósmy cud świata - Magdalena Witkiewicz

Czy historia sprzed lat, usłyszana przypadkowo na drugim krańcu świata, może wpłynąć na nasze losy?

Kilka romantycznych chwil, przeżytych w czasie urlopu w Azji, budzi w Annie, trzydziestokilkuletniej singielce, dawno uśpione uczucia. Kobieta podejmuje decyzję, która na zawsze może zaważyć na życiu kilku osób. Jednak szczęście, będące pozornie w zasięgu jej ręki, rozsypuje się nagle niczym domek z kart.

"Ósmy cud świata" to opowieść o tym, że czasami trzeba zbłądzić w ciemnym lesie, by wreszcie znaleźć się na rozświetlonej polanie. A pierwszy promień słońca można niekiedy znaleźć ukryty w niepozornej, maleńkiej kopercie, zamkniętej w morskiej muszli przywiezionej z wakacji.

Opinie o ebooku Ósmy cud świata - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Ósmy cud świata - Magdalena Witkiewicz

Małgosi – Nguyễn Thị Thanh Thư

Dziękuję za to, że z Twoją pomocą Wietnam stał mi się bliski,

przestał być tylko miejscem na mapie.

Pamiętasz, jak płynęłyśmy statkiem po zatoce Ha Long i powiedziałam Ci, że to doskonałe miejsce na romans?

Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się

z nich coś zupełnie innego niż to, po co się pojechało

Nicolas Bouvier

Podróże mają magiczną moc uzdrawiania duszy i zdecydowanie pomagają zdystansować się do problemów dnia codziennego. Nie rozwiązują ich bezpośrednio, jednak pomagają przewartościować i spojrzeć na nie jakby z drugiego brzegu rzeki

Martyna Wojciechowska

WSTĘP

Całe życie rysujemy na ziemi ślady naszych stóp. Cienkie linie życiowych podróży. Gdyby istniała mapa kroków, które w życiu zrobiliśmy, w jednym miejscu byłoby od nich gęsto, w innym, tam gdzie byliśmy tylko raz, zobaczylibyśmy jedynie cienką linię.

Może po śmierci nasze dusze mogą zobaczyć tę mapę, każdy krok w przyspieszonym tempie, kreślony niewidzialnym ołówkiem naszego losu.

Wielokrotnie zastanawiałam się, ile razy nasze ślady przecinają się ze śladami tego, z kim później będziemy wspólnie kroczyć przez życie. Ile razy krzyżują się nasze drogi, ile razy mijamy się obojętnie na ulicy, nawet nie wiedząc o swoim istnieniu, zanim nasze ścieżki życia połączą się w jedną.

Straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek napotkam to skrzyżowanie dróg. Na razie moja ścieżka pięła się wysoko pod górę, a ja nie miałam szans na znalezienie jakiegokolwiek drogowskazu.

***

Czasem zastanawiam się, kiedy moja– a raczej nasza– historia miała swój początek. Kiedy los zadecydował, że będzie właśnie tak, a nie inaczej? Czy to w ogóle był los? Może przypadek wskazał drogę, którą powinnam podążać, by moje życie ułożyło się w określony sposób?

Może ta opowieść powinna zacząć się wtedy, gdy zaraz po studiach starałam się o pierwszą w życiu prawdziwą pracę? I może wtedy, gdy jej na własne życzenie nie dostałam? A może wtedy, gdy wpisywałam się w specjalnej księdze pamiątkowej dla osób, które miały zamiar zdobyć najwyższy szczyt Afryki? Czy też wtedy, gdy dostałam ofertę biura podróży z promocyjnymi biletami do Hanoi?

Nie wiem.

Natomiast już teraz mogę przewidzieć, jak ta historia się zakończy.

Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy byłoby lepiej, gdyby to wszystko stało się wcześniej... Chyba nie, nie byłoby wtedy ósmego cudu świata. Nie byłoby tylu wspaniałych przygód i nie byłoby głośnych cykad przy zatoce Ha Long w przepięknym Wietnamie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Anna

1

Korzystaj z wiosny, człowiecze–

szybko się skończy i przybędzie starość

powiedzenie wietnamskie

– Dlaczego chce pani pracować akurat u nas?– Przystojny mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze wpatrywał się we mnie ze skupieniem. Miałam wrażenie, że naprawdę jest ciekawy, dlaczego chcę pracować właśnie u niego, że w tym wypadku nie jest to tylko typowe pytanie zadawane na rozmowie kwalifikacyjnej.

To była moja pierwsza w życiu rozmowa o pracę. Właśnie skończyłam studia i byłam gotowa na skok w dorosłe życie. Skok już bez spadochronu, który do tej pory stanowili moi rodzice. Skończyłam zarządzanie i marketing. W tamtych czasach wszyscy, którzy nie mieli pomysłu na siebie, ci, którzy nie chcieli zostać kardiologami, chirurgami czy wziętymi adwokatami, wybierali studia ekonomiczne. „Zarządzanie”. Czym albo kim ci wszyscy ludzie mieli zarządzać? Miałam wrażenie, że nikt nie chciał pracować, wszyscy mieli zamiar jedynie organizować pracę komuś innemu.

– Dlaczego chce pani pracować akurat u nas?– powtórzył mężczyzna.

Spuściłam wzrok.

Dlaczego?

Sama nie wiedziałam. Prawdę mówiąc, nie przygotowałam się do tej pierwszej rozmowy, poszłam na nią z marszu. CV wysłałam, bo znajomi z roku wysyłali. Nie chciałam zaczynać pracy już teraz. Wolałam te ostatnie długie wakacje w życiu wykorzystać jak najlepiej.

Firma zajmowała się remontowaniem żaglowców czy innych statków. Kompletnie mnie to nie interesowało. Chyba dopiero zaczynali, rozrastali się w zawrotnym tempie i potrzebowali kogoś, kto natychmiast ogarnie papiery i bieżące telefony oraz zamówienia, których było coraz więcej.

Szczerze odpowiedziałam mężczyźnie:

– Nie wiem. Nie wiem, dlaczego akurat tutaj. Proszę pana, ja mam wrażenie, że po studiach to człowiek tak mało wie.

Spojrzał na mnie uważnie.

– Mało dyplomatyczna odpowiedź.

– Mało– przyznałam.– Chyba nie byłabym dobrą dyplomatką.

– Kiedy może pani zacząć?– zapytał mnie po chwili.

– Za dwa miesiące– powiedziałam.

– Za dwa miesiące?– Najwyraźniej był zdziwiony.– Dlaczego? Pracuje pani gdzieś? Inne zobowiązania?

– Nie... Nie pracuję.– Pokręciłam głową.– Mówiłam, że dopiero skończyłam studia.

– To co pani stoi na przeszkodzie, by zacząć jutro?– Zmarszczył brwi.

Nie odpowiedziałam od razu.

Co stało mi na przeszkodzie? Wakacje– ostatnie prawdziwe wakacje przed rzuceniem się w kierat obowiązków zawodowych. Chyba nie powinnam mówić tego podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Wydawało mi się nawet, że to będą ostatnie prawdziwe wakacje w całym moim życiu. Nie mogłam się do tego przyznać, ale czekałam na nie długi akademicki rok. Każdy egzamin zdawałam, ciesząc się na czekającą na mnienagrodę.

Miałam nowy plecak, wysłużony namiot, bilet na prom do Szwecji i planowałam przejechać Skandynawię wzdłuż i wszerz. Oczywiście autostopem. Tak było najlepiej i najtaniej. Chciałam zobaczyć fiordy, kręte górskie drogi Norwegii, może nawet zajechać na daleką północ.

Ale przecież nie mogłam tego powiedzieć facetowi, który pewnie nigdy nie spał w namiocie, ani nie jeździł stopem i podróżował tylko z walizką. A przynajmniej na takiego wyglądał.

– To co, może jednak zmieni pani zdanie i zacznie jutro?– powtórzył pytanie.

– Bardzo przepraszam.– Pokręciłam głową.– Nie mogę.

– No dobrze... Może jeszcze panią przekonam. A dlaczego właściwie złożyła pani tutaj swoje CV? Remontowanie jachtów to chyba mało kobiecy zawód?

Kobiecy zawód? Znowu postanowiłam być szczera.

– Wie pan co... Zależy mi na pracy. Nie fascynuję się jachtami, owszem, kocham podróże, ale nigdy nie żeglowałam. Po prostu po studiach trzeba iść do pracy, taka kolej rzeczy...

– Co za szczerość!– Mężczyzna był najwyraźniej zaskoczony.

– Nigdy nie kłamię. A przynajmniej rzadko.

– Chociażby dlatego chciałbym panią zatrudnić. Brzydzę się kłamstwem.– Spojrzał na mnie uważnie.

– To chociażby dlatego byłoby fajnie u pana pracować...– Uśmiechnęłam się. Najwyraźniej nadawaliśmy na tych samych falach.

Wtedy spontanicznie zaczęłam opowiadać mu o planach wakacyjnych. O tym, że w Skandynawii możesz wszędzie rozbić namiot, o tym, że ma być najcieplejsze lato od kilkudziesięciu lat i że w związku z tym może będę mogła spać pod gołym niebem, o tym, że na północy są białe noce i całkiem fajnie będzie móc je podziwiać. I że pewnie niebo wygląda tam zupełnie inaczej. Opowiedziałam mu o Drodze Trolli, którą koniecznie muszę zobaczyć, i o pięknej zatoce Geiranger. Pokazałam mu zdjęcie Preikestolen, niesamowitego norweskiego klifu, a on słuchał zauroczony.

Sekretarka przyniosła kolejną kawę, a my rozmawialiśmy.

– Byłem trzy razy w Norwegii– powiedział, gdy skończyłam opowiadać mu o swoich planach.

– Naprawdę? Pewnie widział pan te wszystkie miejsca!– Uśmiechnęłam się w oczekiwaniu na opowieści pełne skandynawskich ciekawostek.

Pokręcił głową.

– Nie. Nic nie widziałem. Wie pani, jak się podróżuje służbowo, to ciężko.– Zasmucił się.– Samolot, lotnisko w Oslo, hotel tuż obok. Potem długie rozmowy i szybki powrót do domu, bo człowiek jest już tak zmęczony, że tylko marzy o własnym łóżku.

– Nic pan nie zobaczył?

– Nie udało się. Zawsze sobie obiecywałem, że następnym razem przylecę dzień wcześniej czy zostanę kilka dni dłużej, ale nie wychodziło.

– Agdzie spędza pan tegoroczne wakacje?– zapytałam z zainteresowaniem.

– Ja?– zdziwił się.

– Nie ma pan wakacji?

– Mam, mam. Lecimy do Hiszpanii.– Uśmiechnął się lekko.– O ile coś znowu nie wypadnie– dodał.– Ale chyba dopiero w październiku.– Spojrzał na biurko, gdzie stała ramka ze zdjęciem. Niestetynie zobaczyłam, kogo przedstawia fotografia. Chybajest za młody na gromadkę dzieci, więc pewniedziewczyna.

– Hiszpania też piękna. Niestety jeszcze nie byłam. Ale nadrobię. Całe życie przede mną!

Uśmiechnął się.

– Tak. Całe życie.– Westchnął.– Miłych wakacji. A my? Cóż. Może spotkamy się w następnym życiu i podejmie pani wtedy inne decyzje. A może nie warto?– zamyślił się.– Może lepiej rzucić wszystko, żyć chwilą, a nie gonić za pieniędzmi?

Nie miałam pojęcia, czy warto. Wtedy byłam pewna jedynie tego, że całe życie jest przede mną, że wszystko mogę. Nie martwiłam się o jutro, rzadko myślałam o przyszłości. Może już powinnam zacząć? Czułam się młoda i miałam nadzieję, że świat stoi przede mną otworem. Wierzyłam, że najpiękniejsze dopiero się wydarzy.

***

Gdy wróciłam do domu, moja mama z nadzieją w głosie już od progu zapytała:

– Ijak?– Wycierała ręce w fartuch kuchenny. Oczywiście jak zawsze czekała z obiadem.

Wzruszyłam ramionami.

– Pewnie bym dostała tę pracę...– zaczęłam.

– Ale? Coś nie wyszło?– zapytała zaniepokojona.

– Wyszło, wszystko wyszło super– powiedziałam.– Ale chciał od zaraz. Ale ja przecież nie mogę...

– Jak to nie możesz?– Kładła szybko talerze na stół.

– Przecież wyjeżdżam.– Wzruszyłam ramionami.

– Kochanie, plany możesz zmienić.

– Mamo... Jeszcze w życiu tyle razy zmienię swoje plany... Zasłużyłam na te wakacje. Jak już zacznę pracować, będę mogła pomarzyć o dwóch tygodniach urlopu.

Mama tylko pokręciła głową. Chciałaby, bym ustatkowała się zaraz po studiach, znalazła świetną pracę, męża, miała dom, rodzinę, by jak najszybciej wnuki biegały po jej mieszkaniu. Mnie wtedy chodziło zupełnie o co innego. O co? Sama nie wiedziałam.

Nie miałam chłopaka. Owszem, bywały jakieś przelotne znajomości, najdłuższa trwała chyba pół roku. Za każdym razem rozstawałam się w przyjaźni. Po prostu było nam nie po drodze. To też bardzo martwiło moją mamę.

– Wiesz co, jak nie znajdziesz sobie męża na studiach, to potem będzie już za późno– mawiała mało optymistycznie.

No cóż. Na studiach męża nie znalazłam. W przeciwieństwie do mojej mamy nie uważałam, by małżeństwo było tym, czego teraz najbardziej potrzebowałam. Owszem, chciałam się w końcu usamodzielnić, potrzebowałam pieniędzy, pracy, ale wiedziałam, że wakacje też mi się należą. Miałam wrażenie, że potem, gdy wpadnę w szpony pracodawcy będę musiała się z nimi pożegnać. Przynajmniej z takimi, do których byłam przyzwyczajona. Takimi, że o poranku nie będę wiedziała, gdzie zasnę wieczorem, nie będę wiedziała, co zwiedzę, co zobaczę. Takimi, w czasie których poznam mnóstwo ludzi, a może nawet, ku rozpaczy mojej mamy, jakiegoś zagranicznego kandydata na męża. I wyprowadzę się daleko od niej.

Mama nigdy nie podróżowała. Awanturniczą żyłkę miałam po tacie marynarzu. Niestety zmarł zaraz po tym, jak przestał pływać. Mama mówiła, że umarł z tęsknoty za morzem. Doskonale go rozumiem. Gdyby ktoś mi nagle powiedział, że nie mogę podróżować, też bym chyba ciężko zachorowała. Dlatego nie zgodziłam się wtedy na tę pracę.

Mało odpowiedzialne? Z pewnością. Ale któż z nas był odpowiedzialny, gdy miał ledwo ponad dwadzieścia lat? Dopiero teraz patrzę na świat z większą pokorą i zrozumieniem.

Ale nieznacznie większą. Nadal mam w sobie kilka nut szaleństwa. Niektórzy mówią, że całą symfonię...

Życie czasem zmusza nas do odpowiedzialności. Wtedy, gdy nie jesteśmy już zupełnie sami na świecie.

Zaraz po powrocie z Norwegii dostałam pracę. Może nie taką fajną jak ta, którą miałam dostać tuż przed wakacjami, ale tapeta w komputerze ze zdjęciem malowniczych fiordów i wspomnienia jednych z najpiękniejszych wakacji w moim życiu z pewnością mi to wynagrodziły.

2

Każda praca jest w początkach trudna

powiedzenie wietnamskie

Pamiętam, jak na rozmowie kwalifikacyjnej do pracy, którą przyjęłam, zadano mi pytanie:

– Praca będzie wiązała się z licznymi podróżami, czy nie przeszkadza to pani?

Uśmiechnęłam się. To był naprawdę wielki atut tego zajęcia.

– Zupełnie nie.– Pokręciłam głową.– Kocham podróże.

– Azobowiązania rodzinne?– To pytanie chyba nie powinno paść.

– Wzasadzie żadnych– odpowiedziałam.– Nikt w rodzinie nie będzie miał nic przeciwko temu, bym podróżowała.

– To cudownie.– Kobieta się uśmiechnęła. Niedługo później została moją szefową.

***

Jeździłam po całej Polsce. Sprzedawaliśmy oprogramowanie wykorzystywane do celów edukacyjnych. Wtedy ten interes rozwijał się bardzo szybko. Natychmiast zauważono, że doskonale znam angielski i rosyjski, więc jeździłam też na wschód– Białoruś, Rumunia, Bułgaria, Ukraina. Cieszyłam się z każdego wyjazdu, kupowałam przewodniki, rysując w myślach mapy wycieczek, jednak zawsze moje zwiedzanie musiało zostać ograniczone do pięknego folderu o danym kraju, który przeglądałam w samolocie, i widoku z lotu ptaka, gdy lądowaliśmy tuż nad stolicami tych państw.

Nie było czasu na zwiedzanie. Czasem siedząc na nudnej kolacji z moim klientem, myślałam, jak wiele bym dała, by móc teraz pooddychać powietrzem otaczającego miasta, pochodzić tymi ścieżkami, którymi chodzili zawsze jego mieszkańcy. Byłam zła, gdy na Białorusi podali francuskie wino. Wiem, chcieli mnie ugościć, ale ja widziałam to inaczej.

Tylko raz, w Wilnie, spędziłam cudowną noc, przechadzając się uliczkami starego miasta.

– Nie puszczę cię samej. Tu może być niebezpiecznie– powiedział Wiktor, z którym wtedy spotkałam się służbowo. Wypiliśmy chyba zbyt dużo krupniku. Szybko uderzał do głowy, a smak miodu bardzo mi odpowiadał. Zwierzyłam mu się, że podczas służbowych podróży nie mogę nic zwiedzić, zobaczyć. Powiedziałam mu, że wiele bym dała za kawałek bułki jedzonej na ulicy. Z widokiem na coś pięknego. Zawołał kelnera. Chwilę szeptał coś po litewsku. Nie słyszałam, o czym rozmawiali, w restauracji panował gwar.

– Wychodzimy– powiedział.

– Jak to wychodzimy?– zapytałam zaskoczona.– A poważne rozmowy o biznesie?

– Poważne rozmowy o biznesie możemy przeprowadzić, jedząc bułkę na ulicy z widokiem na jakieś ładne miejsce.

– Ale ja mogę sama...– próbowałam powiedzieć.

– Nie puszczę cię samej. Tu może być niebezpiecznie.

Podszedł kelner i przyniósł dwie zapakowane torby z jedzeniem.

– Wziąłem na wynos.– Uśmiechnął się.

Potem ten uśmiech towarzyszył moim myślom każdego dnia.

WWilnie byłam jeszcze kilka razy. Jednak wtedy bardziej zajmowałam się Wiktorem niż podziwianiem zabytków architektury. Spotykaliśmy się ze sobą półtora roku. W jednym miesiącu przyjeżdżał on, a w kolejnym ja jechałam do Wilna. Chyba zbyt mało czasu spędzaliśmy razem, by się dobrze poznać. Rozstaliśmy się. Nie mogliśmy się dogadać, gdzie w końcu zapuścimy korzenie. On nie chciał zostawiać Wilna, gdzie jego rodzina mieszkała od zawsze, a ja nie wyobrażałam sobie innego miejsca do życia niż Gdańsk.

Gdy spotkaliśmy się ostatni raz, umówiliśmy się, że zastanowimy się nad naszym życiem. Zastanawialiśmy się długo. Nasz kontakt był coraz rzadszy, a potem już ustał zupełnie. Gdy kilka lat później pojechałam do Wilna, by spotkać się z przedstawicielem firmy, w której pracował Wiktor, na jego stanowisku był już zupełnie ktoś inny.

Powiedział mi, że Wiktor się zakochał i przeprowadził do Krakowa. Poczułam lekkie ukłucie w sercu. Dla mnie nie mógł, a może nie chciał tego zrobić. Widocznie nie byliśmy sobie pisani.

***

Moja mama była chyba bardziej załamana tym rozstaniem niż ja. Zostałyśmy na świecie już tylko we dwie, nie licząc dalszych krewnych, i bardzo chciała, by rodzina się powiększyła. Wiedziałam, że marzy o gromadce wnuków, którym będzie czytała książki, a później lepiła pierogi. Moja mama była stworzona do roli babci. Starałam się na siłę szukać jej zajęcia. Ku mojemu zaskoczeniu, niebawem znalazła je sobie sama.

***

Mieszkałyśmy z mamą we dwie. Miałyśmy dwupokojowe mieszkanie z wielką kuchnią w starym Wrzeszczu. Zawsze wieczorami siadałyśmy przy stole i rozmawiałyśmy. To była nasza tradycja. Niestety przez moje wyjazdy nasze spotkania przy szarlotce były coraz rzadsze, a potem mama zaczęła wychodzić.

– Znowu gdzieś idziesz?– pytałam.– Mamo, ja czasem zapominam, kto tutaj ma chodzić na randki.– Śmiałam się. Nie brałam wtedy pod uwagę, że moja mama naprawdę może chodzić na randki, traktowałam to jak dobry żart.

***

Nie wtrącałam się w życie mojej mamy. Ona w moje, w miarę swoich możliwości, również. Z czasem zaczęła wychodzić jeszcze częściej, to na kolację, to do kina, teatru. Kiedyś zadzwoniła, że nie wraca na nocdo domu.

– Mamo!– zawołałam z oburzeniem.

– Dziecko, przecież jestem już dorosła.

– Mamo, nawet dorosły może robić głupoty!

– Kochanie, wszystko jest w porządku.

Krótko potem przedstawiła mi Jurka. Swojego przyjaciela. Podobno spotykała się z nim od roku. Bała się mi o nim powiedzieć, bo myślała, że będzie mi przykro, że ona układa sobie życie po raz drugi, a ja wciąż jestem sama.

– Mamo, cieszę się twoim szczęściem.

Naprawdę się cieszyłam. Kilka tygodni później mama wyprowadziła się do Jurka. Oczywiście nie obyło się bez troski o swoją jedynaczkę.

– Jak ty sobie sama poradzisz? Pamiętaj, na obiad zawsze możesz przyjść.

– Mamo!

– Tak, wiem, przesadzam– mówiła, wtulając się w Jurka.

Był naprawdę fajnym facetem.

– Jurek, szkoda że nie masz syna– mówiłam zwykle, gdy się widywaliśmy.– Zainteresowałabym się nim z wielką przyjemnością.

Jurek nie miał dzieci. Był wdowcem od kilkunastu lat. Kiedyś pracował razem z moim ojcem. Nie wiem, czy się znali, ale najwyraźniej w tych dwóch marynarzach było coś, co przyciągało moją mamę jakmagnes.

***

Szczęście było chyba zaraźliwe, bo niedługo po wyprowadzce mojej mamy poznałam Marcina. Dość szybko się do mnie wprowadził, nawet planowaliśmy wspólną przyszłość. Dwoje dzieci, ślub, niekoniecznie w tej kolejności.

Niestety idylla trwała pół roku. U mnie. Bo u mojej mamy trwa do dziś. Zaczęłam zazdrościć jej takiego uczucia. Miłości po raz drugi. Ja do tamtej pory nie skosztowałam jej prawdziwego smaku. Marcin się wyprowadził. Wspólne mieszkanie wszystko zweryfikowało. By z kimś być, trzeba umieć się z nim również nudzić. My nie potrafiliśmy spędzać ze sobą czasu. Nie umieliśmy trwać ze sobą w codzienności. W pewnym momencie zorientowałam się, że razem tylko śpimy. I to nie zawsze, bo czasem ja zasypiałam z książką w dłoni na kanapie w salonie, a Marcin w fotelu przed swoim komputerem, na którym puszczał filmy wojenne. To z tych właśnie filmów, które na początku próbowałam z nim oglądać, znałam Azję. Nie spodziewałam się, że kiedyś do niej pojadę, że poznam inne oblicze Wietnamu, nie tylko wojenne. Że przywiozę stamtąd najbardziej drogocenny skarb mojego życia. Ale do tego czasu musiało upłynąć jeszcze kilka długich lat. Na razie był Marcin, który wyprowadzał się z mojego mieszkania i ja, zupełnie sama. Sama w dwupokojowym mieszkaniu z pustą połową szafy i z białym śladem na ścianach po obrazkach, które były chłopak zabrał ze sobą.

Przez pierwsze dwa dni niczym bohaterki komedii romantycznych leczyłam się lodami i winem. Białe wino i lody kawowe oraz cytrynowe. Zabójcze połączenie. Pomagało, ale na krótko.

3

Kwiat jest po to, by go zerwać, dziewczyna po to, aby z nią flirtować

powiedzenie wietnamskie

Dużo lepszym lekarstwem na moją samotność była Afryka. Pomogła mi zdecydowanie na dłużej. Miałam spontaniczny plan wejścia na najwyższą górę tego kontynentu. Pozornie Kilimandżaro nie ma zbyt wiele wspólnego z tą historią... Ale jednak. Zdecydowałam się na tę daleką podróż zupełnie sama. Często tak podróżowałam. Śmiałam się zawsze, że lubię spędzać czas w swoim własnym towarzystwie. O Afryce marzyłam od zawsze. Tuż po rozstaniu z Marcinem zarezerwowałam last minute i wsiadłam w samolot. Najpierw do Amsterdamu, potem do Tanzanii. Krótki nocleg w małym hoteliku i następnego dnia wyruszałam zdobywać szczyt Kilimandżaro. Wspinałam się w towarzystwie dwóch Francuzów, którzy całą drogę wyznawali sobie miłość, włoskiej zakonnicy, która zakasując spódnicę, zawsze szła w czołówce, i pary nie wiadomo skąd, bo całą drogę nie odzywali się do nikogo oprócz siebie i to głównie szeptem. Nieważne, dla mnie miała to być wyprawa życia.

Całą wycieczką opiekowali się tubylcy. Nieśli nam plecaki, rozbijali namioty i gotowali jedzenie. Zagrzewali do walki z naturą.

***

Ustóp Kilimandżaro zatrzymaliśmy się na chwilę. W księdze pamiątkowej, leżącej tuż przy wyjściu na szlak, przeczytałam wpis innej Polki.

„Tuż u podnóża wielkiej góry powiedziałam TAK. To najszczęśliwszy dzień mojego życia! Kocie, kocham cię! Aneta”.

Poniżej, innym charakterem pisma:

„LOVE XXX – Twój Kot”.

Uśmiechnęłam się. Pamiętam, że napisałam wtedy „Wszystkiego najlepszego”. Dorysowałam dwa serduszka. Napisałam też coś o tym, że jedni się cieszą, że są razem, a inni przyjeżdżają leczyć złamane serce. Przyznałam się sama sobie, że też bym chciała, by ktoś napisał do mnie „LOVE– Twój Kot”. Może lakonicznie, może mało romantycznie... Na pewno z fantazją. Oświadczyny u podnóża wielkiego wulkanu. Prawdopodobnie uklęknął, wyciągnął pierścionek, spytał „czy wyjdziesz za mnie?”, ona odpowiedziała „tak”, po czym weszli na wielką górę w asyście przewodnika i tragarzy, którzy śpiewali im afrykańskie piosenki.

Zatęskniłam za uczuciem szczęścia.

Do tej pory mam przed oczami tamte słowa. Zapamiętałam tę chwilę dokładnie, bo chyba jednak– daleko od domu– dotarło do mnie, że niesamowicie tęsknię za takim uczuciem. Chciałam kochać i być kochaną.

***

Teraz już nie mogę sobie przypomnieć, jak w języku suahili jest „kocham cię”. Wtedy z pewnością to wiedziałam.

ZAfryki wróciłam z setką warkoczyków na głowie, naładowana pozytywną energią, przekonana, że mogę zdobyć cały świat.

Czy mi się to udało?

Wpewnym sensie tak. Zmieniłam pracę, pięłam się po szczeblach kariery, zdobywałam nagrody, co roku dostawałam premie. Zostałam kierownikiem działu call center. Smuciło mnie tylko to, że po powrocie do domu nie miałam się z kim dzielić moimi sukcesami. Zrzucałam niewygodne szpilki, zsuwałam garsonkę i siedziałam pod kocem w samej bieliźnie, świętując szampanem swoje osiągnięcia.

Mama była przerażona moją samotnością. Chyba nawet bardziej niż ja sama.

– Dziecko, masz trzydzieści pięć lat.– Kręciła głową.– Ty nie masz na co czekać...

– Mamo, ja wcale nie czekam...

– Bo już nie masz czasu czekać!– Mama podniosła głos. Nieczęsto jej się to zdarzało.– Na przykład Renatka z moich studiów nie miała nikogo. I wiesz...– Mama na chwilę zamilkła.– I wiesz, i potem miała dziecko.

Spojrzałam na mamę pytająco. Nigdy nie rozmawiałyśmy o tych sprawach.

– Mamo, co ty sugerujesz?

– Nic, kochanie.– Mama była najwyraźniej zawstydzona.

– Mam sobie zrobić dziecko? Z byle kim?– zapytałam wprost.

Mama wzruszyła ramionami.

– Aniu, no nie zaraz z byle kim. Synek Reni został lekarzem... Więc jego ojciec też nie był byle kim. I Renia jest najszczęśliwsza na świecie. A tak byłabysama.

***

Pamiętam, że wróciłam wtedy do domu zła na cały świat. A najbardziej na własną matkę, która chyba przestała wierzyć, że kiedyś przedstawię jej przystojnego zięcia i oświadczę, że będzie babcią. Teraz oczekiwała tylko, że znajdę jakiegokolwiek partnera. Chciała, bym go wykorzystała i egoistycznie zrobiła sobie dziecko. Nie pomyślała, że tym samym pozbawię własne dziecko ojca. A może było inaczej. Bo na mój wyraźny protest odpowiedziała:

– Ty też wychowywałaś się bez ojca! Ciągle pływał!

– Mamo! Ale był! Wiedziałam, kim jest!– odpowiadałam zdenerwowana.– I mniej więcej gdzie jest!

Nie odzywałam się do niej chyba dwa tygodnie. Dziecko? Z kimkolwiek? Wtedy ten pomysł wydawał mi się zupełnie abstrakcyjny. Potem, gdy mijały lata, coraz bardziej zaczynała doskwierać mi samotność. Mężczyźni? Owszem. Byli. Zawsze miałam z kim iść na kawę, do kina czy nawet do kogo się przytulić. Z wiekiem jednak stawałam się coraz bardziej wybredna. Nie chciałam na co dzień dzielić łóżka z kimś, kto nie do końca mi odpowiadał. Wiedziałam, że z każdym mijającym rokiem będzie coraz trudniej. Samotne wieczory, samotne poranki. Samotne święta, wakacje. Bałam się, co będzie, gdy zabraknie mamy i Jurka.

Nie byłam szczęśliwa. Chociaż nie mogłam narzekać, jeżeli chodzi o finanse. Dorobiłam się trzypokojowego mieszkania niedaleko morza, nawet już udało mi się spłacić kredyt. Lokal, w którym mieszkałam do tej pory, wynajęłam studentom. Moja mama po raz drugi wyszła za mąż i żartowała, że gdyby mogła, to by sobie sama te wnuki urodziła.

Mnie te żarty przestały śmieszyć. Przyjaciółki po kolei zachodziły w ciążę, nawet te, które zastrzegały, że nigdy nie chcą mieć dzieci.

– Wiesz? Jestem teraz taka szczęśliwa– mówiła jedna z nich.– Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie było ze mną Natalki.

Ja niestety mogłam to sobie wyobrazić. Aż za dobrze. Bardzo denerwowały mnie telefony od przyjaciółek, które chciały się wyżalić, że nie mają zupełnie czasu dla siebie, bo wiecznie siedzą uwięzione w domu z dzieckiem. Ja też chciałam być „uwięziona”. Jednak miałam prawie czterdzieści lat i coraz słabsze perspektywy na to, by zrealizować się jako matka.

***

Czasem brzęczały mi w uszach słowa mojej mamy: „zrób sobie dziecko”. Gdyby to było takie proste.

– Ale czy to jest takie trudne?– powiedziała Alicja, moja przyjaciółka, z którą spotkałam się w parku.

Pchała przed sobą wózek z bliźniakami.

– Chciałam dwoje dzieci od zawsze. Niekoniecznie naraz.– Uśmiechnęła się.

Alicję znałam od dziecka. Razem biegałyśmy po podwórku, razem spędzałyśmy wszystkie popołudnia, grając w dwa ognie, w gumę, a potem zwierzając się ze swoich sekretów. W