Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Oskar Pill i Zakon Medykusów ebook

Eli Anderson

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oskar Pill i Zakon Medykusów - Eli Anderson

 

Nagroda Prix des Ados 2011

PIERWSZA CZĘŚĆ CYKLU

Poznajcie Oskara Pilla. Nie ma czarodziejskiej różdżki, nie potrafi latać na miotle, ale umie wejść w głąb ludzkiego ciała!

 

Wewnątrz grubych murów fortecy Cumides Circle członkowie Zakonu Medykusów zbierają się, wstrząśnięci straszliwą wiadomością: po trzynastu latach odosobnienia z mroźnego lochu w samym sercu Syberii zbiegł zbrodniczy geniusz - Czarny Książę. Jeśli ponownie stanie na czele armii groźnych Patologusów, całej ludzkość grozi zagłada... Jedynym ratunkiem jest pewien wyjątkowy chłopiec, Oskar Pill, syn bohatera wydarzeń sprzed trzynastu lat, mieszkający spokojnie na przedmieściach sennego miasteczka Pleasantville.

Oskar nie ma pojęcia o swym szczególnym talencie, wszystko wskazuje na to, że nadchodzące wakacje spędzi jak zwykle w towarzystwie wiecznie zapracowanej mamy, postrzelonej siostry i szkolnych kolegów z ubogiej dzielnicy. Jednak kiedy do drzwi domu Pillów zapuka Berenice Withers - ekscentryczna dama w krwistoczerwonych okularach, życie chłopca zmieni się w fantastyczną przygodę.

Oskar jest jednym z Medykusów, ludzi obdarzonych niezwykłą mocą uzdrawiania i podróżowania wewnątrz żywych istot. Będzie musiał poznać pięć fascynujących Uniwersów stanowiących jedną, niepodzielną całość - życie. By tego dokonać uda się do sekretnej rezydencji Wielkiego Mistrza Zakonu, miejsca, w którym nawet drzewa potrafią mówić, a książki wdają się w niekończące dyskusje między sobą.

I zanim stanie do walki z armią Czarnego Księcia, odkryje największe sekrety ludzkiego ciała, w którym odwiecznie zmagają się siły Dobra i Zła.

 

Eli Anderson to Juliusz Verne naszych czasów.

„Elle"

 

Oryginalny cykl Eliego Andersona zawładnie emocjami tych, którzy do tej pory fascynowali się książkami J.K. Rowling, Philipa Pullmana czy Alison Goodman.

„24 Heures"

 

Oskar Pill podąża tą samą ścieżką, co Harry Potter - prosto do sukcesu.

„Nice Matin"

 

Powieść o wielkiej sile. Pięknie opowiedziana i silnie uzależniająca historia, której świeżość i humor uwiodą wielu młodych czytelników.

„Telerama"

Opinie o ebooku Oskar Pill i Zakon Medykusów - Eli Anderson

Fragment ebooka Oskar Pill i Zakon Medykusów - Eli Anderson

Eli Anderson

Oskar Pilli Zakon Medykusów

Przełożyła Joanna Wysocka

Wydanie powieści częściowo sfinansowano dzięki nagrodzie pieniężnej przyznanej za publikację Lotnika Eoina Colfera. Organizatorami konkursu na najlepszą książkę dla dzieci i młodzieży DOBRE STRONY były: Miejska Biblioteka Publiczna we Wrocławiu i Wrocławskie Promocje Dobrych Książek, fundatorem nagrody zaś – Prezydent Miasta Wrocławia.

Tytuł oryginału: Oscar Pill: The revelation of the Medicus

Copyright © Albin Michel/Susanna Lea Associates, 2009.

www.oscarpill.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Dla Melissy, Naomi, Jade, Sashy, Noaha i Sienny. Choćbym napisał sto książek, to zawsze będzie za mało, by Wam powiedzieć, jak bardzo Was kocham.

NIEWIARYGODNA UCIECZKA

Siergiej Popow zbliżył się do okna swojego kantorka i zadrżał: na dworze wirowały wielkie, szarawe płatki śniegu, wicher dziko świstał pomiędzy murami fortecy, wciskając się w każdą najmniejszą szczelinę.

Strażnik z niedowierzaniem pokręcił głową. Burza śnieżna w środku czerwca?! Cóż, zagubione na syberyjskich rubieżach więzienie Czarna Skała leżało wysoko, pomiędzy ostrymi szczytami Uralu; nawet kiedy mijała już zima, długo jeszcze bywało tu pochmurno i zimno, ale żeby aż taka śnieżyca... Prawdziwy dom wariatów.

Otulił się szczelniej kocem i oddalił od smętnego widoku za oknem. Tak czy inaczej, wszystko było przygnębiające w tym miejscu, gdzie diabeł mówił dobranoc, a człowiek pracował w ponurej fortecy, za towarzyszy mając jedynie kilku małomównych kolegów.

Spojrzał na zegar – było wpół do pierwszej. Więźniowie skończyli jeść posiłek i należało przejść się po celach, by zebrać talerze.

Wziął swoją broń, sprawdził, czy dobrze działa – czynność tę powtarzał co najmniej dziesięć razy dziennie – i wyszedł z kantorka. Miał pod swoją opieką tylko jedną celę i jednego, jedynego więźnia. Nie było przy tym może za wiele roboty, miał jednak świadomość olbrzymiej odpowiedzialności, jaka na nim ciążyła.

Ze wszystkich uwięzionych bandytów i morderców jego więzień cieszył się zapewne największą, ponurą sławą – był też spośród nich najgroźniejszy.

Rozpoczął wędrówkę po schodach, skomplikowaną trasą, której przebieg znał tylko on. Za każdym razem miał wrażenie, że schodzi w głąb ziemi: robiło się coraz zimniej, wokół panowała coraz większa cisza, pochodnia zaś gasła, jak gdyby brakowało jej tlenu... W uszach rozbrzmiewał mu tylko odgłos własnych kroków na oszronionej, kamiennej posadzce i podzwanianie pęku kluczy u boku.

Zatrzymał się wreszcie przed ciężkimi, żelaznymi drzwiami, które okute były licznymi zamkami. Każdy z nich otworzyć można było jednym, jedynym kluczem, i to w ściśle określonej kolejności. W razie gdyby ją zaburzono, zamki automatycznie się blokowały i trzeba było wielogodzinnych, skomplikowanych zabiegów, by je odblokować. Kolejność znali tylko Siergiej i oczywiście Wielki Mistrz. A ten ostatni miał do Siergieja całkowite zaufanie, chociaż Siergiej był tylko pracującym na jego służbie funkcjonariuszem i nie należał do Zakonu.

Skupił się, ujął w zgrabiałą dłoń klucz i otworzył pierwszy zamek, potem zaś otwierał kolejne, aż do ostatniego. Następnie opuścił ciężką sztabę i wszedł do ciemnego przedsionka. Przed nim pojawiły się kolejne drzwi, pośrodku których wyżłobiona była obwiedziona złotem litera M. Strażnik wyjął z kieszeni wisiorek z literą, która idealnie mieściła się w zagłębieniu. W tym samym momencie w drzwiach odsunęła się płytka, odsłaniając otwór wielkości skrzynki na listy.

Siergiej trzymał się ostrożnie z boku. Pochylił się powoli i ujrzał talerz, stojący na wprost otworu.

– Skończyłeś już jeść? – spytał. Nie mógł się oczywiście spodziewać żadnej odpowiedzi. W ciągu dziesięciu lat ani razu nie słyszał głosu swego więźnia. Tym lepiej. Krążyła plotka, że głos ten mógł zamrażać samym swoim brzmieniem. Siergiejowi początkowo wydawało się to nieco dziwne. Pilnował już wcześniej setek więźniów, zamkniętych w celach Czarnej Skały, i większość z nich korzystała z obecności strażnika, by móc zamienić choćby kilka słów, była to dla nich jedyna okazja, by zapomnieć o samotności. Najbardziej niebezpieczni przestępcy łamali się w końcu prędzej czy później i zaczynali rozmawiać.

Tylko nie ten.

– Przysuń bliżej ten talerz! – powiedział Siergiej. Po raz kolejny – żadnej reakcji. Strażnik wyciągnął rękę i przyciągnął talerz do siebie. Nie było to do końca bezpieczne: za każdym razem bał się, że więzień wykorzysta tę chwilę, by schwytać jego dłoń. Co prawda, nie uciekłby daleko, zważywszy na pierwsze drzwi dzielące go jeszcze od korytarza, jednak ryzyko istniało i strażnik czuł się nieswojo. Wyjaśniano mu przecież po tysiąckroć, że ten człowiek był jednym wielkim zagrożeniem.

Przede wszystkim zaś – radził Wielki Mistrz w liście, który towarzyszył skazańcowi – pod żadnym pozorem, nigdy, nie wolno patrzeć mu prosto w oczy!

Od samego początku Siergiej trzymał się tych wskazówek i zamierzał trzymać się ich aż do swojej śmierci – lub do śmierci swojego straszliwego więźnia. Zabrał talerz, przyłożył wisiorek z literą do drzwi, płytka zasunęła się z powrotem, otwór zniknął.

Siergiej otworzył po raz kolejny wszystkie zamki w pierwszych drzwiach i zamknął je za sobą, wychodząc.

Pospiesznie wrócił na górę, do swojego kantorka. Zdał sobie sprawę, że przez ten pośpiech nie odniósł do kuchni talerza, a zazwyczaj to czynił.

Rzucił na niego okiem i stanął jak wryty. Pośrodku talerza leżała sobie ni mniej, ni więcej, tylko nietknięta sardynka w oleju. Skąd się wzięła ta dorodna rybka? Na ogół kucharze nie mieli tutaj do dyspozycji zbyt wielu produktów, starali się coś przyrządzić z prowiantów, które udało się dostarczyć do tego orlego gniazda, uczepionego szczytu góry. Jadłospis był raczej monotonny: biała fasola, soczewica, czasami, bardzo rzadko – odrobina chudego mięsa w rosole... Więźniowie jadali w gruncie rzeczy to samo co strażnicy i reszta zatrudnionych w twierdzy pracowników.

Nagle przypomniał sobie wyraźnie: puszka sardynek była w niewielkiej paczce, którą jego więzień otrzymał w zeszłym tygodniu. Siergiej osobiście sprawdzał jej zawartość. Zawahał się przez chwilę. Od wieków nie próbował sardynki w oleju, ale ta tutaj pochodziła z celi najniebezpieczniejszego człowieka na świecie. Kto wie, może to jakaś pułapka, a sardynka jest zatruta? Z drugiej strony, skąd miał wziąć truciznę więzień zabarykadowany w najbardziej niedostępnym lochu na świecie? Niestety, po tym człowieku można się było spodziewać wszystkiego...

Siergiej oderwał łepek sardynki i poszukał wzrokiem Torquemady, czarnego, puchatego stworzenia, zwiniętego w kłębek tuż obok, na blacie stołu. Torquemada był najbardziej leniwym kotem na świecie, jego głównym zajęciem było wyczekiwanie, by ktokolwiek dał mu cokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. Trzeba przyznać, że w twierdzy nie było poza tym zbyt wiele do roboty – ani też nie miał zbyt wielu okazji do schrupania czegoś smacznego. Nawet myszy uciekały z Czarnej Skały, unikając jej przerażających mieszkańców... Torquemada otworzył jedno oko i zauważył łepek sardynki w palcach swego pana, otworzył drugie oko i miauknął z zadowoleniem. Pochwycił rzuconą mu sardynkę w locie i schrupał w ciągu kilku sekund. Siergiej obserwował przez jakiś czas reakcję kota. Upływały kolejne minuty, a Torquemada był ciągle w świetnej formie. Zwinął się na powrót w kłębek, z jednym okiem półotwartym, gotów w każdej chwili otworzyć to drugie, gdyby trafiła się kolejna okazja, żeby coś zjeść.

Strażnikowi to wystarczyło. Już miał się rzucić na sardynkę, kiedy oślepił go nagły i mocny błysk światła. Odrzuciło go w głąb pokoju. W ostrym świetle dostrzegł dwa przeszywająco jasne punkty, świecące dokładnie na wprost niego, potem wszystko wróciło do normy.

Rozejrzał się wokół, zaskoczony, nie pojmując, co się stało. Poczuł się niepewnie, wziął do ręki swoją broń. Nic się jednak nie zmieniło, żaden najmniejszy hałas nie zakłócił ciszy w kantorku – tylko Torquemada schronił się w kącie pokoju, cały najeżony. Siergiej chciał do niego podejść, kot prychał jednak tak gwałtownie, że strażnik zatrzymał się w miejscu. Nieco wytrącony z równowagi wyjrzał na korytarz, w końcu stanął znowu za swoim biurkiem. Nie miał zielonego pojęcia, co się stało. Czy to z powodu osłabienia? Prawdą jest, że był głodny, strasznie głodny. Zupa, którą zjadł w południe, była niezbyt sycąca, zwłaszcza przy takim mrozie. Tak, z pewnością po prostu zasłabł.

Poczuł gwałtowny ból i zawroty głowy, usiadł. Doznania te minęły jednak równie nagle, jak się pojawiły. Przypomniał sobie wówczas, co miał zamiar zrobić, i zaczął jeść sardynkę, przeżuwając z lubością każdy kęs, jakby to było najbardziej smakowite i wyrafinowane danie. Mimo wszystko miał przez cały czas dziwne wrażenie, że nie jest sam.

Kiedy skończył, doszedł do wniosku, że w rybie nie było trucizny, nie czuł bowiem żadnych sensacji – poza przekonaniem, że wyjątkowo wprost wzbogacił swój jadłospis. Pokręcił głową i zabrał talerz, już pusty, do kuchni. Potem wrócił do pokoju i zaczął czytać gazety, które przysyłano im raz w miesiącu.

O szesnastej nadeszła pora na odpoczynek – jako jedyny czuwał nad swoim więźniem niemal przez całą dobę, nie tak jak inni strażnicy, którzy zmieniali się co osiem godzin. Wstał, przeciągnął się... i nagle, bezwolnie włożył swój płaszcz, ocieplony futrem. Pogoda na zewnątrz wcale się nie poprawiła, on jednak nie mógł usiedzieć na miejscu. Nie znosił mrozu i nic nie zmusiłoby go do wyjścia na dwór w taką zadymkę, ale poczuł trudną do wytłumaczenia konieczność rozprostowania nóg; zapragnął zrobić coś, co czynił tylko latem – przejść się wokół murów fortecy. Zajmowało mu to zazwyczaj godzinkę, niektóre odcinki drogi wśród skał bywały trudne do sforsowania, mimo to taki spacer poprawiał mu samopoczucie i pozwalał zachować większą przytomność umysłu w czasie nocnej warty. Tego dnia wróci jednak zapewne skostniały i zaśnieżony jak Eskimos!

Nie pojmując, co skłania go do podjęcia takiej ekspedycji, wziął ze sobą pochodnię, którą zapalił przed wyjściem z fortecy. Pozdrowił po drodze kolegów, którzy pilnowali każdego korytarza i każdych schodów, krokiem sterowanego z zewnątrz robota minął wachtę przy jedynym wyjściu z więzienia; otworzono mu kolejne trzy bramy.

Wiatr nieco już przycichł, a śnieg pokrywał stopniowo całą okolicę. Nie mógł dać wiary własnym oczom – taki widok, pod koniec wiosny! Czuł, jak ogarnia go przenikliwe zimno, dziwna siła pchała go jednak naprzód, zupełnie jakby kierował nim jakiś cichy głos. Pragnienie, któremu w żaden sposób nie był w stanie się oprzeć. Rozpoczął ostrożnie swoją wędrówkę, miał buty, które nie nadawały się do chodzenia po oblodzonej, śliskiej ziemi. Chłodne powietrze sprawiło, że poczuł się lepiej.

Ruszył ścieżką strażniczą, u stóp czarnych murów, które wydawały się sięgać nieba. Chwilę później nikt nie mógł go już ani usłyszeć, ani dojrzeć.

Wtedy właśnie coś cicho pstryknęło mu w głowie, gdzieś w głębi prawego oka.

Jego lewe ramię opadło bezwolnie, a lewa noga stała się miękka jak wosk. Upadł na miękką, śnieżną pierzynę jak szmaciana lalka, nie pojmując, co się z nim dzieje. Jednocześnie dojrzał kątem oka oślepiający błysk. Podniósł głowę, przerażony.

– Co się dzie... co...

Ktoś stanął ciężkim, czarnym butem na jego twarzy. Najpierw lekko, potem przyciskał coraz mocniej, aż w końcu niemal zmiażdżył mu kość policzkową. Strażnik rzucał się na wszystkie strony, aż dostrzegł górującą nad sobą czarno ubraną postać o niewyraźnej, przesłoniętej mgłą twarzy. Jedynie czerwonej barwy kołnierz odcinał się jaskrawo od otaczającej ich bieli.

Mimo bólu i sparaliżowanej połowy ciała Siergiej poczuł się wolny, jakby jakiś zły duch opuścił jego ciało. W jednej chwili pojął straszliwy błąd, jaki popełnił, zostawiając w paczce tę konserwę. Wykręcił głowę i z trudem wyjąkał:

– Schowałeś się... schowałeś się w sardynce, prawda?

Wszystko nagle stało się zupełnie jasne: gwałtowny blask, błyszczące tuż przed nim oczy, zawrót głowy i ból...

Siergiej z trudem ciągnął dalej:

– A potem przeniknąłeś do mojej głowy... podjąłeś za mnie decyzję i... i w końcu wyszedłeś – rzucił ostatkiem sił.

Wśród otaczających ich niebotycznych gór rozległ się śmiech.

Strażnik pokrył się gęsią skórką, niekoniecznie z powodu panującego na zewnątrz zimna. Poczuł, że jego organizm ogarnia znacznie silniejszy mróz, również tę drugą, dotąd jeszcze sprawną część ciała. Chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, zagulgotały w krtani jak spływająca w zlewie woda.

Człowiek zdjął but z twarzy strażnika. Cofnął się, a potem zbliżył znowu, ściągnął z Siergieja jego futrzane okrycie. Założył je i ruszył prosto przed siebie, przez sypiący śnieg i przez wicher, który zaczął znowu wiać ze zdwojoną siłą. Oddalał się coraz bardziej od zwłok, niknących już pod cienką, białą warstwą u stóp fortecy.

w kraju odległym o tysiące kilometrów...

DOBRZE STRZEŻONA TAJEMNICA

Na dziedzińcu szkoły w Babylon Heights – najuboższej dzielnicy Pleasantville – ze wszystkich stron słychać było wrzaski dzieci. Niebo, jeszcze chwilę wcześniej idealnie błękitne, zakryły znienacka chmury i rozpętała się burza, niezwykle gwałtowna jak na koniec czerwca. Zaskoczone dzieci zbiegły się do zadaszonej części szkolnego podwórka.

Natomiast Ayden Spencer leżał niemal plackiem na ziemi. Nie przejmował się nawałnicą, miał inne zmartwienie: trząsł się jak osika, wiedział jednak, że nie ma po co krzyczeć. I tak nikt by go nie usłyszał w tym rozgardiaszu.

Nachylił się nad nim złośliwie uśmiechnięty chłopak. Był to Ronan Moss. To on najczęściej był sprawcą cierpień i poniżeń Aydena. Ronan zabraniał mu skarżyć się później komukolwiek – i lepiej było go słuchać. Był wyższy i silniejszy od innych, włosy miał ogolone na jeża, nosił bluzy z kapturem, zwykle naciągniętym na głowę, i bardzo szerokie dżinsy, jak afroamerykańscy raperzy. Nawet starsi, trzynastoletni chłopcy mieli się przed nim na baczności. Uważali, że lepiej go nie prowokować.

Ayden spojrzał na stojące wokół niego dzieci. Ronan górował nad nim, szeroko rozstawił nogi, ręce oparł na biodrach. Ayden wolał nie patrzeć swojemu oprawcy prosto w oczy, ciemne, zwężone jak igły. Widział tylko jego spiczasto zakończone zęby, dzięki którym chłopak zyskał sobie przydomek Shark – Rekin. Tyle tylko, że Ronan Moss był znacznie bardziej okrutny od tego morskiego mordercy, który atakuje zwykle, by się bronić lub by upolować zdobycz. Ulubioną rozrywką Ronana było znęcanie się nad słabszymi, wrażliwymi lub nieśmiałymi dziećmi, dla samej przyjemności, jaką dawało mu zadawanie im bólu i dominacja.

Najgorsze było to, że Ayden miał w sobie wszystkie te cechy jednocześnie.

Był jedynakiem. W dzieciństwie dużo czasu spędził w szpitalu z powodu choroby kości. Operowano go wiele razy, umieszczając w jego kręgosłupie śrubki, gwoździe i metalowe płytki. Nie mógł uprawiać żadnego sportu ani bawić się z innymi dziećmi na przerwach, groziło to bowiem upadkiem albo tym, że zrani się lub złamie sobie żebro. Miał niewielu kolegów, odznaczał się chorobliwą wręcz nieśmiałością, która sprawiała, że trudno mu było się odezwać; ponieważ zaś nie uprawiał żadnego sportu i mało się ruszał, był niezwykle wątły.

Moss wyciągnął rękę w kierunku rozciągniętego na ziemi chłopca.

– No i jak, Spencer, zapomniałeś? Mamy poniedziałek!

Ayden z trudem przełknął ślinę i odezwał się, starając się nie bełkotać:

– Ja... nie mam dziś pieniędzy.

Moss ciągle jeszcze się uśmiechał, Ayden dostrzegł jednak, że wzbiera w nim wściekłość, i skulił się cały.

– A co z twoim kieszonkowym, które dostajesz w sobotę, Spencer? Rozpłynęło się?

Ayden zaczerwienił się i odwrócił wzrok.

– Nie dostałem – powiedział cicho.

– A to dlaczego, można wiedzieć? Twoi starzy mają za mało kasy, tak?

Pozostałe dzieci – trzech chłopców i dziewczynka – wybuchnęły śmiechem. Moss pochylił się niżej i chwycił Aydena za szyję.

– Będziesz musiał skombinować jakoś tę forsę, rozumiemy się?

Ayden chciał odpowiedzieć, ale dusił się, ściskany żelazną dłonią Mossa. Zamiast niego ktoś odezwał się z tyłu silnym głosem:

– Powiedział ci przecież, że nie ma pieniędzy. Nie zrozumiałeś?

Moss puścił chłopca i odwrócił się, pozostałe dzieci także. Odsunął bezceremonialnie dwóch łobuzów ze swojej paczki i ujrzał niezbyt wysokiego chłopca, miał rude, kręcone włosy i niebieskie oczy.

– No proszę, kogo my widzimy – marchewa! To teraz rudzielce bronią tchórzliwych słabeuszy?

Słowa Mossa nie zrobiły na chłopcu żadnego wrażenia. Żuł spokojnie gumę, trzymając ręce w kieszeniach. Przeszedł koło grupy Mossa, jak gdyby nie istnieli, i zatrzymał się nad Aydenem.

– Wstań! – powiedział. – Chyba nie zamierzasz spędzić przerwy, leżąc tu plackiem?

– Zaraz, zaraz, Pill, nie mieszaj się do tego! – krzyknął Moss. – To sprawa między mną a Spencerem, więc spadaj stąd.

Ayden spojrzał błagalnie na chłopaka, który przyszedł mu z pomocą. Miał nadzieję, że ten nie ugnie się przed Mossem. Nie był z nim szczególnie zaprzyjaźniony, bo tak naprawdę nikogo ze swojej klasy nie znał za dobrze. Kojarzył tę rudą szopę włosów i wiedział, że chłopiec ma na imię Oskar. Nigdy nie widział go jednak w towarzystwie bandy Mossa. Tego akurat był pewien na sto procent.

Oskar wyciągnął do niego rękę. Ayden schwycił ją i wstał.

– Nie pozwalaj, żeby ci to robił – powiedział Oskar. – Nigdy, pamiętaj. Inaczej będzie się to ciągnęło w nieskończoność.

Ayden ledwo się trzymał na nogach, cały dygotał, z najwyższym trudem starał się opanować. Moss i jego kumple, stojący za Oskarem, byli od nich obu o dobre pół głowy wyżsi.

Moss położył swoją wielką łapę na ramieniu Oskara i mocno go ścisnął.

– Pill, słyszałeś, co powiedziałem? To nie twoja sprawa, spadaj stąd albo zostaniesz potraktowany tak jak Spencer.

Oskar odwrócił się i uwolnił się od uchwytu Mossa gwałtownym ruchem. Zamiast dygotać – uśmiechnął się. Ayden obserwował go, pełen podziwu – Oskar najwyraźniej nie bał się ani trochę.

– A co konkretnie masz na myśli? – spytał Oskar, zaciskając pięści.

Moss uśmiechnął się. Cieszył się z góry, że będzie mógł pomęczyć kolejnego chłopaka, zwłaszcza Pilla, który wyraźnie chciał grać twardziela. To będzie niezła okazja, żeby pokazać mu, gdzie raki zimują, a przy okazji zniechęcić na przyszłość takich małych cwaniaków, którym wydaje się, że mogą się równać z nim, Mossem.

Zbliżył się do Oskara i pochylił nad nim twarz, pokrytą licznymi bliznami i pryszczami.

– To będzie coś specjalnego – syknął przez zęby – coś, co wymyśliłem dla takich jak ty, co to chcą odgrywać tatuśków. To dlatego, że sam go nie masz, co?

Do tej chwili Oskar zachował spokój. Poczuł jednak, że wzbiera w nim fala wściekłości i ogarnia go całego, jak zawsze, kiedy ktoś mówił lekceważąco o jego ojcu.

– Ty też lepiej nie wtrącaj się w nie swoje sprawy – powiedział ze złością.

Moss domyślił się, że dotknął wrażliwego punktu.

– Kiedy już się z tobą uporam, zawsze będziesz mógł się wypłakać w mankiet twojej mamusi albo siostrzyczce...

Nie dokończył, Oskar rzucił się na niego całym swoim ciężarem i dwaj chłopcy upadli na ziemię.

Już po chwili Moss – większy i silniejszy – był górą. Jedną ręką unieruchomił ramię Oskara, drugą zaczął go dusić. Oskar nie mógł złapać tchu. Wydawało mu się, że jego głowa zaraz wybuchnie. Próbował się uwolnić, ale Moss był dużo silniejszy. Spojrzał w świńskie oczka przeciwnika i zrozumiał, że jeśli nikt mu nie pomoże – Moss się nie zatrzyma. Poszukał wzrokiem Aydena Spencera, który umknął pod ścianę budynku, przerażony. Ten raczej nie przyjdzie mu z pomocą... Oskar nie miał ochoty zginąć uduszony na szkolnym podwórku. Zgiął nogę i z całej siły kopnął: dwa ciała przetoczyły się po ziemi i tym razem to Moss znalazł się na dole. Oskar poczuł, że wściekłość wzmaga jego siłę.

– No i co, Moss? – krzyknął. – Zabrakło ci języka w gębie? Co tam mówiłeś przed chwilą? Że niby wymyśliłeś dla mnie coś specjalnego?

W tej samej chwili poczuł gwałtowny ból na wysokości żołądka i musiał puścić Mossa, bo stojący tuż obok Cole Doherty, stale uczepiony Mossa i wpatrzony w niego jak w obraz, wymierzył Oskarowi kopniaka. Stał na szeroko rozstawionych, grubych nogach i szczerzył w uśmiechu swoje rzadko rozstawione zęby. Najwyraźniej był bardzo dumny, że pomógł „szefowi”. Moss skorzystał z sytuacji, poderwał się na nogi i posłał Oskarowi cios pięścią, po którym ten osunął się na ziemię.

– Dosyć tego!

Wszyscy odwrócili się jak jeden mąż. Za nimi stał wysoki, barczysty mężczyzna w szarym garniturze i okularach w metalowej oprawce. Był wyraźnie bardzo zdenerwowany. Zapadła cisza, słychać było tylko, jak krople deszczu uderzają gwałtownie o dach, częściowo osłaniający podwórko szkolne.

– To oczywiście znowu ty, Moss – powiedział pan Penguin – i ty także, Pill – dorzucił z nieco mniejszą złością w głosie, dostrzegając Oskara. – Bardzo się na tobie zawiodłem.

Westchnął i skrzyżował ręce za plecami.

– Dwa dni do wakacji, a wam się ciągle chce wywoływać bójki! Skoro tak, obaj zostaniecie jutro po lekcjach. Dwie godziny. Będę was pilnował.

Ayden, stojący pod ścianą, nadal jeszcze rozdygotany, próbował coś powiedzieć.

– Panie profesorze, to nie jest wina Pilla, to... to...

Wystarczyło spojrzenie Mossa, żeby uciął w pół zdania.

– Co? – spytał profesor Penguin, zirytowany. – Jeśli masz coś do powiedzenia, Spencer, zrób to w końcu albo wracaj do klasy. Przerwa już się skończyła.

Ayden nie odpowiedział. Zaczerwienił się i ruszył w kierunku wejścia do budynku. Moss i jego banda także się oddalili. Tylko Tilla, dziewczyna z ich paczki, podeszła do Oskara.

– Chyba nie za bardzo dajesz sobie radę z kimś takim jak Ronan Moss! – rzuciła z szelmowskim uśmiechem. – Ale słodki jesteś, wiesz?

Oskar odwrócił wzrok, czerwony jak burak. Na szczęście w pobliżu nie było zbyt wielu osób. Tilla – długie włosy blond i złociste oczy – była jedną z najładniejszych dziewczyn w klasie; Oskar dawno już to zauważył, mimo że w wieku lat dwunastu bardziej interesowała go piłka nożna i gry na PlayStation.

Tilla wybuchnęła śmiechem i odbiegła. Oskar ruszył w stronę swojej klasy. Zatrzymał go jednak profesor Penguin.

– Pill!

Oskar wzniósł oczy do nieba i cofnął się. Znał na pamięć kazanie, jakie za chwilę miał usłyszeć.

Pan Penguin odezwał się łagodnym głosem:

– Oskar, powtarzam, jestem bardzo rozczarowany. Sądziłem, że po naszej rozmowie z zeszłego tygodnia okażesz więcej rozsądku. Mam wrażenie, że mówiłem do ściany.

Oskar świetnie zdawał sobie sprawę, że jakiekolwiek tłumaczenie na nic się nie zda – pan Penguin, jego wychowawca, był bardzo miłym, ale surowym człowiekiem, co najmniej tak samo upartym jak on sam. Mimo wszystko próbował się bronić.

– Proszę pana, to Moss, stali wokół Spencera i...

– A ty musiałeś się wtrącić, jak zwykle – uciął profesor, wielokrotnie próbując poprawić okulary na nosie.

Oskar doskonale wiedział, co to znaczy: im bardziej profesor się denerwował, tym częściej manewrował przy swoich oprawkach. Tym razem lepiej było milczeć. Sprawa Mossa może spokojnie zaczekać.

– Nikt cię nie prosił, żebyś odgrywał tu szeryfa, a ja znam Mossa lepiej, niż ci się wydaje. Ale wracając do ciebie – obiecałeś mi, że się uspokoisz, i widzę, że nie dotrzymałeś słowa.

Oskar milczał. Chciał przeczekać zły humor nauczyciela. Pomyślał o Spencerze – zniknął w takim pośpiechu! Nawet nie próbował go bronić... Możliwe, że profesor miał trochę racji, w sumie nikt go nie wzywał na pomoc i nikt też nie kwapił się, żeby mu podziękować. Trudno, przynajmniej pokazał Mossowi, że nie da sobie w kaszę dmuchać.

– Popatrz tylko, w jakim jesteś stanie – powiedział nauczyciel, podając mu chustkę do nosa. – Cały utytłany w piasku i we krwi!

Oskar wziął chustkę i przetarł sobie twarz. Czuł, że szczypie go szyja. Skaleczył się, może wtedy, kiedy uderzył go Doherty lub kiedy kotłował się z Mossem na ziemi. Teraz krwawił. Przyłożył rękę do rany, ale nagle odniósł dziwaczne wrażenie, jakby z jego palców w stronę szyi popłynął lodowaty prąd. Odsunął rękę, zaskoczony, i obejrzał dłoń. Nie było jednak nic widać, dłoń wyglądała zupełnie normalnie.

Profesor Penguin odsunął rękę Oskara.

– Nie dotykaj, masz całe dłonie w kurzu i we krwi, zainfekujesz to...

Pochylił się, chcąc zbadać ranę. Wyprostował się zaskoczony i Oskar ujrzał jego oczy za okularami, okrągłe jak spodki.

– Ależ... tam nic nie ma, nawet zadrapania! Jakby nic ci się nie stało. Dziwne, przysiągłbym, że jeszcze przed chwilą... – Potrząsnął głową. – Może skaleczyłeś się gdzie indziej i stąd ta krew na szyi.

Oskar jeszcze raz dotknął dłonią szyi – nie czuł już żadnego bólu, a rozcięcie, które chwilę wcześniej wyraźnie wyczuwał palcami, zniknęło...

Pan Penguin powrócił do swojego wcześniejszego zajęcia – do pouczania.

– Pill, uczysz się świetnie, to prawda, ale to nie znaczy, że możesz sobie pozwolić na wszystko! Nie wystarcza ci rozmowa, wolisz siedzieć w szkole po lekcjach? Świetnie, będziesz zatem siedział, masz to u mnie. Wracaj teraz szybko do klasy.

Lekcje ciągnęły się w nieskończoność. Oskar miał wrażenie, że siedzi w szkole od tygodnia, kiedy nareszcie zadzwonił dzwonek.

Usiadł samotnie w ławce, w głębi klasy, i zgodnie z poleceniem nauczyciela został tam w czasie przerwy. Przez całe popołudnie Spencer unikał jego wzroku. Tymczasem Moss i jego kumple przeciwnie, bezustannie go prowokowali. Nawet Tilla ciągle się odwracała, żeby na niego popatrzeć. Jednak uważny wzrok pana Penguina trzymał go w ryzach. Oskar wolał powstrzymać chęć, by rzucić się na Mossa, w miarę możliwości starał się skupić na słowach nauczyciela. Okazało się to znacznie większym wyzwaniem w czasie kolejnych dwóch godzin, poświęconych historii. Rozwlekły głos pani Wright usypiał wszystkich, cała klasa zapadła w śpiączkę. Nikt nie miał siły na jakiekolwiek prowokacje.

Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, Oskar wybiegł z klasy i rzucił się w stronę wyjścia. W oddali zauważył Spencera, który jednak zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Uczniowie odwracali za nim głowy. Najwyraźniej niewielu było takich, którzy stawiliby czoła Mossowi, i wiadomość szybko się rozeszła. Niebawem każdy będzie się bał odezwać do niego choćby jednym słowem, żeby nie narazić się na złość i odwet ze strony Mossa. Oskar przestał zwracać uwagę na innych i zadał sobie pytanie, znacznie bardziej dręczące i wymagające od niego dużo poważniejszych umiejętności dyplomatycznych: jak mianowicie wytłumaczyć matce jutrzejszą odsiadkę?

Niełatwo będzie przemilczeć bójkę z Mossem, a jeszcze trudniej będzie ukryć przed nią fakt, że musi zostać za karę dłużej w szkole.

Sprawa przedstawiała się tym bardziej beznadziejnie, że nie dalej jak tydzień wcześniej Celia musiała udać się do szkoły na rozmowę z profesorem Penguinem, na wyraźną prośbę tego ostatniego.

– Pani syn jest bardzo uzdolniony – powiedział jej po raz tysięczny. – Wszyscy nauczyciele są co do tego zgodni. Jest dzieckiem niezwykle interesującym, budzącym sympatię, ale i zniecierpliwienie, wymyka się bowiem wszelkiej kontroli. Działa wedle własnego uznania: robi, co chce i kiedy chce. A w szkole nie da się na dłuższą metę tak funkcjonować.

Celia nie była w stanie temu zaprzeczyć, ona sama z trudem kontrolowała swojego syna. Nie zamierzała jednak zwierzać się nauczycielowi ze szczegółów swojego życia rodzinnego i tłumaczyć mu, że matce samotnie wychowującej dwoje dzieci bywa zdecydowanie trudniej je wychować, niż gdyby robiła to wspólnie z ich ojcem. A zwłaszcza trudniej było uporać się z chłopcem. W gruncie rzeczy Celia była dosyć zadowolona z wyników swojej pracy rodzicielskiej, mogłaby przecież wychować jakiegoś kryminalistę i łobuza w rodzaju tego Mossa, chociaż akurat Moss miał ojca. Tymczasem jej syn był dzieckiem nie do końca posłusznym, istotnie; zachowywał się też nieco buntowniczo. Miał jednak dobre serce, był inteligentny i szczery.

Ale choć Celia Pill była wyrozumiała, to wszystko jednak miało swoje granice. Z pewnością nie pogłaszcze go po główce i nie nagrodzi całusem w czółko na wieść o tym, że podziurawił spodnie na szkolnym dziedzińcu i że dzień później czekają go dwie godziny karnej odsiadki po lekcjach z powodu dzikiej bójki na przerwie...

Oskar szedł szybko przed siebie. Wybrał okrężną drogę, pragnąc ominąć ulice, na których znali go niemal wszyscy: sklepikarze, dozorcy, nawet wysiadujący na ławeczkach staruszkowie. Chciał jak najprędzej wyznać prawdę matce, nie miał najmniejszego zamiaru jej okłamywać – powinna usłyszeć wierną relację, opowie jej wszystko. Szczęśliwie się stało, że nie odniósł żadnej rany, przynajmniej tym nie będzie się musiała zamartwiać.

Zagłębiony w swoich myślach, nie od razu usłyszał, że ktoś go woła.

– Oskar! Stój! Zaczekaj na mnie!...

Odwrócił się i zobaczył biegnącą ku niemu siostrę. Ona także miała rude włosy, spięte w kucyki.

Dogoniła go i zatrzymała się, zdyszana.

– Dlaczego na mnie nie zaczekałeś? – spytała Violette, której twarz, pokryta piegami, była w tym momencie mocno zaczerwieniona z wysiłku. – Wołałam cię, kiedy wyszedłeś na dziedziniec!

Oskar miał ochotę się roześmiać, bo tym razem to on zatonął w myślach, nie ona, jak to zwykle bywało... Często Violette nie słyszała tego, co ktoś do niej mówił, choćby jej krzyczał prosto do ucha. Kiedy zapadała w swój dziwaczny trans, można było tuż przy niej grać na trąbce, a i tak tego nie zauważyła. Problem polegał na tym, że Violette była zawsze pogrążona w swoim dziwacznym transie.

Obejrzał ją od stóp do głów i westchnął głęboko. Jego siostra miała trzynaście lat. Odkąd stała się na tyle duża, by móc się ubierać samodzielnie – wkładała na siebie to, co jej wpadło w ręce, byleby miało fakturę i kolor, który jej pasował w chwili, kiedy się ubierała. Tego akurat dnia – zapewne przez przypadek – udało jej się wyjątkowo szczęśliwie dobrać elementy stroju: włożyła liliową, letnią sukienkę na ramiączkach i różowe skarpetki. Oskar zjechał wzrokiem do samego dołu i wzniósł oczy do nieba, załamany.

– Violette!

Dziewczynka podskoczyła.

– Co takiego?

– Popatrz na swoje buty!

– No, widzę i o co chodzi? – powiedziała Violette. – To moje własne buty, dobrze je pamiętam.

– Brawo, masz fantastyczną pamięć, ale popatrz jeszcze raz, nie zauważyłaś niczego dziwnego?

Violette z uwagą obejrzała swoje stopy i podniosła głowę.

– Nie, o co chodzi?

Oskar stracił cierpliwość.

– Te buty nie są takie same, o to chodzi! Lewy jest czarny, a prawy czerwony! Czerwony i czarny, chyba łatwo to zauważyć, co?

Violette patrzyła jeszcze parę chwil uważnie na swoje pantofelki, zanim odpowiedziała:

– No, fakt, rzeczywiście... Ładnie to wygląda, prawda? Jak sądzisz?

W tym samym momencie przeszły obok nich dwie dziewczynki, rzuciły okiem na stopy Violette i parsknęły zduszonym chichotem na widok jej butów. Oskar znał je, chodziły do jego klasy. Potrząsnął głową, westchnął i ruszył przed siebie, nie zwracając już uwagi na siostrę. Czuł, że czasami przynosi mu wstyd, i wolał nie pokazywać się zbyt często w jej towarzystwie, zwłaszcza przy innych dzieciach.

Violette posłała ostatni uśmiech swoim butom i ruszyła za bratem.

– Zaczekaj, dlaczego tak biegniesz? Oskar, zacze... aaaa!

Oskar zatrzymał się, nie oglądając się za siebie. Nie miał ochoty obserwować, jak inni kpią sobie z nich z powodu Violette.

– Dobrze już, dobrze, o co te wrzaski, czekam przecież! – powiedział.

Violette nie odpowiedziała mu ani jednym słowem, nie podeszła do niego. Usłyszał natomiast krzyki i odgłosy zamieszania. Odwrócił się w końcu i otworzył szeroko oczy. Jakaś kobieta pochylała się przerażona nad żółtą taśmą, którą otoczone było niewielkie rusztowanie, stojące na chodniku. Wołała coś w kierunku włazu kanalizacyjnego... z którego zdjęto pokrywę. Od strony ciężarówki nadbiegali właśnie robotnicy.

Oskar ruszył natychmiast biegiem, rzucił swój tornister w pobliżu kobiety, przeszedł na drugą stronę żółtej taśmy i ukląkł przy włazie. Wewnątrz było zupełnie ciemno, nie widać było choćby zarysu ludzkiej sylwetki.

– Violette! – krzyknął rozpaczliwie.

Odpowiedział mu cichy głosik, dobiegający z głębi kanalizacji.

– Auuu... – jęknęła Violette.

Obok niego nachyliła się kobieta.

– Biegła, zupełnie nie patrząc pod nogi – powiedziała zdenerwowana. – Byłam tuż obok, ale nie udało mi się jej zatrzymać, wpadła nagle, jak kamień w studnię, plum i koniec!

Dołączyli do nich trzej robotnicy. Oskar nie wahał się ani chwili, zaczął schodzić po drabince, sekundę później zniknął im z oczu.

– Zaczekaj, chłopcze, zejdziemy tam!

Za późno – Oskar był już na dole. Violette siedziała w kałuży błota, uśmiechnięta, ale ledwo żywa. Masowała sobie głowę, miała podrapane kolana i ręce. Oskar podszedł do niej i odsunął dłoń, którą masowała czoło – na środku wyrastał właśnie gigantyczny guz.

– Goniłam cię, ale chciałam też lecieć, jak jaskółka po niebie – wyjaśniła dziewczynka, jakby to było zupełnie naturalne. – Nie zauważyłam tej dziury...

– Jak zwykle – wymamrotał Oskar.

Bez zastanowienia przyłożył swoją dłoń do guza na czole Violette. Między jego palcami ukazało się na moment zielonkawe światło i guz stopniał jak śnieg na wiosnę.

Oskar zamarł ze zdumienia, nie próbował jednak rozgryźć tego zjawiska. Violette najwyraźniej niczego nie zauważyła, zajęta sprawdzaniem, czy nie zgubiła swojego aparatu korekcyjnego. Pomógł jej wstać, podtrzymując jej ramię. Kiedy wstała, okazało się, że krwawiące zadrapania również zniknęły...

Oskar spojrzał w górę – nad nimi widać było trzy głowy, odcinające się wyraźnie na tle rozświetlonego błękitu nieba. Miał nadzieję, że nikt nie dostrzegł tego, co się właśnie wydarzyło na dole.

– Wyjdź stamtąd, mały! Póki tam jesteś, nie możemy zejść, będzie za ciasno! Wyjdź na górę, my po nią zejdziemy.

Nic im nie odpowiedział.

– Dobrze się czujesz? – spytał Violette.

– Tak, wszystko w porządku – odpowiedziała, będąc już myślami gdzie indziej. – Jak sądzisz, ta jaskółka jeszcze tam fruwa?

Oskar odetchnął głęboko, pragnąc zachować spokój, i doprowadził ją do drabinki.

– No, to wracamy – rzekł tylko – właź na górę.

Posłusznie weszła na pierwszy stopień. Oskar ją zatrzymał.

– Violette!

– Co?

– Nie ma potrzeby opowiadać o tym mamie.

– O czym?

Oskar mimowolnie się uśmiechnął. Nie tylko nie zauważyła, co się stało, kiedy brat położył jej dłoń na czole, ale prawdopodobnie zdążyła już zapomnieć, że w ogóle wpadła do tej dziury. Nie ciągnął tego dalej.

– Popatrz tylko! – zawołała Violette. – To zabawne, mój czerwony but z plamami błota wygląda jak biedronka, wchodząca po drabinie!

– Tak, tak, to bardzo zabawne, wchodź już na górę!

Zanim postawiła nogę na ostatnim schodku, robotnicy schwycili ją i unieśli w powietrze, jak piórko, by postawić ją na chodniku. Violette odwzajemniła się szerokim uśmiechem.

– Było cudownie! – powiedziała. – Poczułam się, jakbym frunęła!

– Hm, tak, baliśmy się, że w ogóle stamtąd nie wyjdziesz, mała! Spójrzcie tylko, to jakieś czary, nie ma nawet jednego siniaka! – zdziwił się jeden z robotników. – Trzeba przyznać, że masz sporo szczęścia!

Oskar popchnął siostrę poza żółtą taśmę.

– W porządku, wszystko dobrze, z nią tak zawsze... Chodź, Violette, mama na nas czeka, musimy już iść.

– Może jednak powinnam z wami pójść? – spytała kobieta, patrząc na nich z niedowierzaniem.

Oskar ruszył już tymczasem naprzód, ciągnąc siostrę za jeden z kucyków.

– Nie, dziękuję, damy sobie radę. Mieszkamy tuż obok, na Kildare Street. Do widzenia!

Violette znowu błądziła wzrokiem po chmurach. Oskar nie odstępował jej na krok i rozmyślał o tym, co się wydarzyło. Miał nowy dowód, że nie było to przypadkowe zjawisko. Co więcej, podobna sytuacja przytrafiła mu się wiele razy: zauważył już wcześniej, że rozmaite zadrapania i skaleczenia – nie do uniknięcia, kiedy człowiek jeździ na rowerze, czasem na złamanie karku – goiły się zadziwiająco szybko, bez żadnych specjalnych zabiegów z jego strony. Po prostu znikały bez śladu.

Kiedy po jakimś czasie doszedł do wniosku, że nie były to przywidzenia, opowiedział o wszystkim matce. Zbladła jak papier.

– Na pewno... na pewno musiałeś się pomylić – powiedziała, usiłując ukryć niepokój. – Może myślałeś tylko, że się zraniłeś, a w rzeczywistości tak nie było, ot co. To jedynie jakieś majaki, rozumiesz? Majaki!

Później wzięła go na stronę w kuchni.

– Proszę cię tylko o jedno, Oskarze, nie próbuj ciągnąć dalej tych eksperymentów, nie kombinuj, dobrze? Znam cię, jesteś gotów sam się zranić, żeby sprawdzić, czy to działa. Ale to nie będzie działało, zapewniam cię. Zabraniam ci takich doświadczeń i nie chcę już o tym więcej słyszeć.

Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie. Zgodził się bez słowa protestu i – rzecz jasna – nie miał zamiaru wspominać jej o tym wszystkim dzisiaj. Ani jej, ani też zresztą komukolwiek innemu.

Dotarli na Kildare Street kilka minut później i otworzyli furtkę numeru 6897.

Był kwadrans po piątej, na ulicy panował jeszcze spory ruch. Domy stały rzędem, ciasno do siebie przytulone, rozmaitych kształtów i kolorów. Ludzie głośno ze sobą rozmawiali, nawoływali się z okien, w wielu różnych językach. Jeśli spacerowało się po tej ulicy w porach posiłków, czuło się po kolei zapachy wschodnich przypraw, curry, czosnek, bazylię, aromat pizzy – Oskar zawsze umiał się wprosić na obiad, kiedy u rodziny Golino była pizza. Wszyscy znali się oczywiście nawzajem i rudowłose rodzeństwo Pillów nie mogło przejść ulicą niezauważone. Celia często musiała wychodzić na poszukiwania swojej córki, która zatrzymywała się przy każdym sklepiku i ucinała sobie pogawędkę z każdym sprzedawcą.

Często myślała o przeprowadzce, zwłaszcza po śmierci swojego męża, ale sąsiedzi otaczali ją takim wsparciem i przyjaźnią, że nie była w stanie porzucić tych życzliwych ludzi, którzy zachowywali się niemal jak jedna wielka rodzina.

Oskar nie zadał sobie nawet trudu, żeby zamknąć za sobą furtkę. Tutaj wszyscy się nawzajem odwiedzali i to o każdej porze. Przeszli przez niewielki ogródek, który przypominał raczej dziką łąkę – trawa rosła w nierównych kępkach i najwyraźniej nigdy nie była koszona, co od razu rzucało się w oczy. Kupki liści zalegały pod drzewami od ubiegłej jesieni, a powój i chwasty walczyły o każdy wolny skrawek terenu.

Dom był w podobnym stanie: drewniana, piętrowa budowla o spadzistym dachu, z której jasna farba odpadała wielkimi płatami. Niektóre okiennice nie domykały się, inne zwisały żałośnie na złamanym zawiasie. Celia nie przejmowała się zanadto sprawami materialnymi, a jeszcze mniej wyglądem domu. Wystarczało jej, że wewnątrz panuje jaki taki porządek i czystość.

Oskar i Violette otworzyli drzwi i weszli pośpiesznie do środka. Violette zostawiła swój tornister pod wieszakiem. Znaleźli się w niewielkim, kwadratowym hallu wejściowym, pokrytym brzydką, pożółkłą tapetą. Celia nie miała siły jej zmienić, postanowiła zatem zasłonić ją na tyle, na ile to było możliwe, pokrywając ściany rozmaitymi obrazami, plakatami teatralnymi, zdjęciami dzieci i ich szkolnymi rysunkami, kartkami pocztowymi z całego świata... Z trudem dawało się w tym wszystkim zauważyć kontury ścian. W kącie, w pobliżu wejścia do salonu, stała rachityczna roślina, której zapewne od dawna nikt nie podlewał, mimo to wyciągała heroicznie kilka swoich bladych listków w stronę żarówki, pozbawionej klosza. Celia kupiła go nawet, ale zapomniała założyć.

Violette pobiegła w kierunku kuchni. Oskar wolał chwilowo nie zbliżać się tam za bardzo, ruszył schodami na górę, pragnąc uniknąć dociekliwych pytań matki. Nie był jeszcze do końca zdecydowany, jak opowiedzieć jej wydarzenia mijającego dnia. Już miał wejść do swojego pokoju, kiedy usłyszał dobiegający z dołu głos mamy:

– Oskar? Jesteś tam?

Oskar przymknął oczy z rezygnacją. Zszedł ze schodów ciężkim krokiem skazańca i wszedł do kuchni, gdzie Violette opowiadała już matce jakieś niestworzone historie. Poczuł zapach naleśników i niemal zapomniał o swoich zmartwieniach.

Matka odwróciła się w jego stronę. Odgarnęła na bok niesforny kosmyk długich, ciemnych włosów, spadający na jej śliczne oczy – niewiarygodnie jasne, błękitne oczy, które odziedziczyła po niej jego siostra. Oskar miał niebieskie oczy swojego ojca, w ich kolorze nie było jednak nic nadzwyczajnego. Miał też jego włosy, podobnie jak jego siostra. Celia nie zdążyła nawet jeszcze zdjąć pantofli na wysokim obcasie i oficjalnego, czarnego kostiumu, który nosiła w pracy. Najwyraźniej dopiero co wróciła i rzuciła się szykować podwieczorek dla swoich pociech.

Uśmiechnęła się na widok Oskara.

– Cześć, kochanie, mogłeś zajrzeć tu i dać mi buziaka, zanim zaszyjesz się w swoim pokoju!

Oskar dał jej szybkiego całusa i przylgnął spojrzeniem do słoika nutelli. Celia przestała się uśmiechać.

– Hej, co tam przede mną ukrywasz? Hę? – zapytała z niepokojem w głosie.

– Nic się nie stało – powiedział Oskar. – Ja... upadłem, wracając ze szkoły.

Violette podniosła twarz znad swojego talerza.

– Czyżby? Nie zauważyłam! – powiedziała nadzwyczaj szczerze, nie zwracając uwagi na jego znaczące miny. – A kiedy to się stało i w jakim miejscu?

Oskar wiedział doskonale, że siostra nie chce go wcale zdradzić ani wpakować w paskudne kłopoty, jednak tym razem miał ochotę wsadzić jej całego naleśnika do ust. Celia westchnęła i zwróciła się do córki:

– Violette, mogłabyś zostawić nas samych z Oskarem na chwilkę? Musimy porozmawiać.

Nie uzyskała żadnej reakcji. Violette uważnie teraz obserwowała wzorki na swoim talerzu, zapomniała już o toczącej się rozmowie i o kłamstwie swojego brata. Mogli teraz kontynuować rozmowę, a nawet krzyczeć – nie usłyszałaby więcej niż krzesło, stojące po drugiej stronie stołu.

Celia zbliżyła się do syna i spojrzała mu uważnie prosto w oczy.

– Oskar, chciałabym, żebyś powiedział mi, co się stało. Znam cię dobrze, jestem twoją mamą i wiem, kiedy coś przede mną ukrywasz. A przy okazji – ciągnęła – znalazłam ten najnowszy przegląd naukowy, nie szukaj go już w schowku na parasole, gdzie go ukryłeś.

Oskar uwielbiał czytać, odkąd poznał litery. Czytał po trosze wszystko, co mu wpadło w ręce, ale szczególnym zainteresowaniem darzył wszelkie czasopisma naukowe, zwłaszcza medyczne, które, jak sięgał pamięcią, były jego prawdziwą pasją.

Dziwne było, że matka zawsze starała się go od tego odciągnąć: kontrolowała i konfiskowała nowe nabytki, nie podając żadnych racjonalnych powodów... Rychło jednak Oskar nauczył się sprytnie obchodzić zakazy matki, wywiązała się z tego nawet wzajemna gra. Koniec końców, nie chciało mu się już dociekać, jakimi powodami kierowała się matka. W wieku lat dwunastu stał się natomiast ekspertem w ukrywaniu się przed nią – czytał przy kieszonkowej latarce, pod grubą kołdrą. Publikacje dotyczące ludzkiego organizmu gromadził stosami, chomikując je w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, o których istnieniu wiedział tylko on sam. W swoim pokoju wsunął nawet czasopisma pod odklejoną warstwę tapety.

Uwielbiał matkę i przykro mu było trzymać przed nią rozmaite sprawy w tajemnicy, nie miał jednak wyboru: jego pasja była równie trudna do wyjaśnienia jak opór matki. To było silniejsze od niego.

Podskoczył na krześle, ale Celia go zatrzymała.

– Zaczekaj, nie ruszysz się z miejsca, póki nie odpowiesz na moje pytanie: co takiego się wydarzyło?

– Ależ, mamo, uwielbiam to pismo! Nie możesz...

– Owszem, mogę – ucięła krótko – mogę, jak najbardziej. Wyrzuciłam je do kubła na śmieci. Teraz czekam na twoją odpowiedź.

Oskar westchnął tylko i osunął się na krzesło, z błagalnym wyrazem oczu. W tej samej chwili Violette wyrwała się na chwilę ze swojego stanu rozmarzenia, odczepiła folię, przykrywającą kubeczek z jogurtem, wstała i wyrzuciła ją do kosza na śmieci, tym razem zapominając ją oblizać. Oskar skrzywił się na myśl o piśmie, które właśnie oberwało truskawkową mazią prosto w okładkę.

Matka trąciła go niecierpliwie.

– Ja... pobiłem się z kimś – powiedział cicho.

Celia podniosła oczy do nieba w rozpaczy.

– A mogłabym wiedzieć, dlaczego?

– Moss – odpowiedział po prostu Oskar.

– Trochę przykrótkie to twoje tłumaczenie – powiedziała surowo matka.

– Stali wszyscy wokół Spencera, chciałem mu pomóc.

Celia westchnęła głęboko. Znała dobrze swojego syna: nie był w stanie niczego przed nią ukryć, a nawet jeśli próbował to czasem zrobić, kiepsko mu szło i kłamstwo widać było jak na dłoni. Zdawała sobie doskonale sprawę, że Oskar nie cierpi u innych ludzi niesprawiedliwości i tchórzostwa, sama go tak wychowała.

– Przypominasz sobie, co powiedział ci pan Penguin tydzień temu? – odezwała się nieco łagodniejszym tonem. – Musisz trochę dorosnąć, mój synku, pomyśleć również o innych, nie możesz bez końca bić się w czasie przerw na szkolnym dziedzińcu.

– Wiem – odpowiedział Oskar – ale to było silniejsze ode mnie. Ayden sam pozwala, żeby tak go traktowali, nie ma odwagi powiedzieć o tym komukolwiek, nawet panu Penguinowi!

– Tak, wiem, wiem, to jest zawsze silniejsze od ciebie. Ale to już twoja druga szkoła w ciągu ostatnich dwóch lat, Oskar. Niedługo nie będą cię chcieli nigdzie przyjąć, pomimo twoich dobrych wyników. Mogą cię nawet wszyscy podziwiać. Nikt jednak nie chce mieć w szkole łobuza, choćby był nie wiem jak uroczy i sympatyczny, rozumiesz?

Oskar spuścił głowę w milczeniu. Nie uważał się za łobuza. Wobec dorosłych był uprzejmy, nawet jeśli czasami – niech będzie, raczej często – nie zgadzał się z ich opiniami. Zdarzało się też, że trudno mu było zaakceptować rozmaite zasady i nakazy. Nie wynikało to nigdy z czystej złośliwości, nie było też rodzajem prowokacji, po prostu najczęściej jego ciekawość i pragnienia były silniejsze od zobowiązań. I kiedy później słyszał wymówki, przypominał sobie, jak pewnego dnia jego matka wykrzyczała w złości: „Jesteś zupełnie jak twój ojciec, nie poddajesz się żadnej kontroli!”.

Odkąd to usłyszał, czynił jeszcze mniej wysiłków, by nad sobą zapanować, w głębi duszy bowiem był dumny z tego, że jest podobny do ojca. To było wszystko, co mu po nim zostało, nigdy go nie poznał. Jakże zatem mógłby wyrzec się czegoś, co ich tak mocno łączyło?

Poczuł dłoń matki na swoich włosach i podniósł głowę. Pochyliła się w jego stronę z uśmiechem.

– Chciałabym jeszcze dodać, że jestem bardzo dumna, kiedy mój syn broni swoich słabszych kolegów, niezależnie od tego, co na ten temat sądzą wszyscy nauczyciele świata.

– Tata też by bronił swoich przyjaciół? – spytał Oskar z błyszczącymi oczami.

Celia przytuliła go mocno.

– Tak, na pewno by bronił. Jestem o tym przekonana. I jesteś tak samo szlachetny i odważny jak on, co do tego również nie mam żadnych wątpliwości. Mimo wszystko wolałabym – powiedziała, całując go – żebyś przestał odgrywać szeryfa w czasie roku szkolnego, tak byłoby dużo lepiej. Miałabym mniej rzeczy do prania – dodała, oglądając ubranie Oskara. – A wiesz przecież, że nie mam szczególnego zamiłowania do prania, prawda?

Oskar podniósł stopę do góry – jego białe, sportowe skarpetki zostały kiedyś najwyraźniej ufarbowane na fioletowo.

– Owszem – potwierdził. – Wiem coś o tym. Na szczęście mam długie dżinsy...

Celia udała przez chwilę zakłopotanie, po czym wstała.

– No cóż – powiedziała dosyć wesołym tonem – podejrzewam, że zostanę rychło wezwana do szkoły. Tym lepiej, lubię pana Penguina, stęskniłam się za nim od zeszłego tygodnia. Do tego czasu spróbuję wymyślić jakieś nowe kłamstwo, żeby cię nie wywalili ze szkoły i tyle.

Oskar uśmiechnął się.

– Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w tej kwestii...

– Nie, dzięki, dam sobie radę. Leć odrobić lekcje, umyj się i zmień ubranie, w przeciwnym razie będę miała wrażenie, że jem kolację z naszym dzielnicowym włóczęgą. Oczekuję was przy stole o dziewiętnastej, bądź zatem tak miły i przekaż tę informację twojej siostrze, jak już wejdziesz na górę. O ile przez przypadek nie jest już na innej planecie. Wtedy sobie odpuść.

Wyszedł z kuchni i wbiegł na górę, przeskakując po kilka schodków naraz.

Minął wejście do pokoju matki i zatrzymał się pod otwartymi drzwiami pokoju Violette. W pokoju nikogo nie było widać. Zbliżył się do drzwi łazienki. Usłyszał szum płynącej wody i pluskanie. Poszedł dalej, poczeka trochę z poinformowaniem Violette na temat godziny posiłku. Kiedy tylko wszedł do swojego pokoju, zamknął drzwi, rzucił swoją szkolną torbę obok niewielkiego biurka i wdrapał się na łóżko na antresoli. Czuwał nad nim Spiderman – plakat z bohaterem komiksów zakrywał połowę ściany.

Wyciągnął się na materacu i przez okno, wychodzące na ogród sąsiadów ujrzał obfitą postać pani Wings, która – z głową pełną papilotów, ubrana w szlafrok – zajęta była przycinaniem róż. Jej nieodłączna towarzyszka, maleńka jamniczka Peggy, kręciła jej się między nogami. Ogród pani Wings był nieskazitelnie wypielęgnowany. Oskar zastanawiał się niekiedy, czy pani Wings nie kosi swojego trawnika nożyczkami, trawka po trawce. Znajdujący się tuż obok ogródek Pillów wydawał się przez kontrast jeszcze bardziej ubogi i zaniedbany.

Pochylił się, by mieć lepszy widok. Peggy ubrana była we wdzianko, skrojone z tej samej tkaniny, z której uszyto szlafrok jej właścicielki. Oskara kusiło, żeby rzucić jakąś pochlebną uwagę na temat dopasowania tego jakże uroczego kompletu, powstrzymał się jednak. Ostatnim razem, kiedy rozmawiał z panią Wings, przepraszał ją szczerze – wyznał jej bowiem (na wyraźną prośbę matki), że to nie kto inny jak on sam zanurzył wcześniej Peggy w wiaderku z różową farbą, by nadać jej odcień pasujący do torebki pani Wings.

Tego wieczora postanowił zatem przemilczeć cisnące mu się na usta komplementy i zabrał się do odrabiania lekcji. Mimo że zbliżały się wakacje, panu Penguinowi udało się zwalić im na kark masę pracy. Nawet Oskar musiał poświęcić bez mała godzinę, żeby się ze wszystkim uporać.

Kiedy tylko zamknął ostatni szkolny zeszyt, zaczął myszkować pomiędzy prześcieradłem a poduszką, leżącą na łóżku. Wyciągnął stamtąd w końcu niewielki album ze zdjęciami. Przeglądał go codziennie, po powrocie ze szkoły lub w innych wolnych chwilach. Siedział skulony w kącie łóżka, z jaśkiem na kolanach. To była magiczna chwila, tylko dla niego, niezbędna i tajemna przyjemność.

Przejrzał pobieżnie zdjęcia matki, siostry i jego własne i zatrzymał się dopiero przy zdjęciu, które oglądał dzień wcześniej i które miał oglądać również następnego dnia: był na nim mężczyzna o bardzo krótko obciętych rudych włosach i szerokich barach. Miał na sobie rozchełstaną koszulkę i szorty, siedział na ogrodowym fotelu i wydawało się, że śmieje się serdecznie do obiektywu. Za nim stała młoda kobieta o długich, ciemnych włosach. Obejmowała mężczyznę – ona także była szeroko uśmiechnięta. Wyglądali na bardzo szczęśliwą parę. Młoda kobieta najwyraźniej spodziewała się dziecka. Tuż obok nich widać było kółka dziecinnego wózka.

Oskar pogłaskał delikatnie zdjęcie.

– Cześć, tato – powiedział cichym głosem.

Zaczekał chwilę, jak gdyby mężczyzna ze zdjęcia miał mu w tym czasie coś odpowiedzieć, a potem ciągnął dalej:

– Działo się dzisiaj w szkole...

Znowu milczał przez moment, tak żeby mężczyzna na zdjęciu dobrze zanotował treść jego słów. Mówił dalej:

– Trochę się pobiłem, ale wiesz, to nie było nic naprawdę serio. I słuchaj – ciągnął jeszcze cichszym szeptem – to się znowu zdarzyło, wiesz, ten dziwny numer: krwawiłem, a kiedy dotknąłem tego miejsca ręką – zagoiło się. Tak jak poprzednio. Tak samo było z Violette, przed chwilą. Nie powiedziałem o tym mamie, ona nie chce, żebym jej o tym opowiadał. Nie chce też, żebym przeglądał te czasopisma popularno-naukowe... Tak naprawdę ciągle nie wiem, o co chodzi, ale nie chcę jej wypytywać. Tylko widzisz, to nie ma nic wspólnego z nauką, nie wiem nawet, jak ci to wytłumaczyć...

Czekał na odpowiedź ojca i – podobnie jak każdego wieczora – tak bardzo na nią liczył, że czuł się nieco zawiedziony, kiedy się nie pojawiła. Oczywiście wiedział, że zdjęcie jest tylko zdjęciem, miał jednak nadzieję, że ojciec odpowie mu w taki czy inny sposób. Niekoniecznie za pomocą słów. Czasem zdarzało mu się robić różne rzeczy, nad którymi najwyraźniej nie panował, i wyobrażał sobie, że to ojciec kieruje jego czynami. Tak jakby ten ostatni żył cały czas w jego ciele, jakby kierował jego ruchami i jakby razem podejmowali decyzje... Może tak działo się w tych chwilach, kiedy mówiono mu, że jest podobny do ojca. W każdym razie przyjemnie mu było w to wierzyć.

– Oskar?

Podskoczył na łóżku – to był głos jego siostry.

– Co znowu? – zapytał ze złością.

– Mówisz do siebie? – spytała Violette zza drzwi. – Słyszałam, że z kimś rozmawiasz!

– Taaa – powiedział – rozmawiam ze swoim tornistrem.

– Ty też? – ucieszyła się. – Odezwał się? Bo mój jeszcze nie, ale dalej próbuję! Mogę wejść?

Oskar odpowiedział pomrukiem i Violette otworzyła drzwi. Weszła niepewnie do pokoju i rozejrzała się dookoła zaskoczona.

– Oskar... gdzie jesteś?

– Tutaj – padło z góry.

Włożył album pod poduszkę, odsunął się od ściany i wychylił za krawędź łóżka. Nareszcie zrozumiał, dlaczego jej głos brzmiał tak dziwnie, jakby trzymała pestkę od śliwki pod językiem.

– Co ci się stało? – spytał chłopiec zaskoczony.

Violette przesunęła na czoło maskę płetwonurka, którą wcześniej założyła, i wyjęła z ust tubę do oddychania pod wodą. Z włosów spływała jej woda. Wytarła twarz rąbkiem sukienki.

– Jedziemy niedługo nad morze, zapomniałeś już? Trenuję w umywalce, w łazience – powiedziała cicho. – Bardzo mi się to podoba, wiesz? Mam wrażenie, że jestem rybą, tylko że wszystko jest na odwrót – w moim akwarium jest powietrze, a woda wszędzie na zewnątrz. Ale nie mów nic mamie, dobrze? To ma być niespodzianka.

Oskar pomyślał o niespodziance, jaką szykuje matce jego siostra, zatapiając łazienkę. W końcu jednak uśmiechnął się mimo woli, wyobrażając sobie Violette stojącą z głową zanurzoną w umywalce i nogami w wielkiej kałuży.

– I wiesz, jeśli chodzi o te rozmowy z tornistrami – na razie nic jej o tym nie powiemy, zgoda? – dodała pytająco, zerkając na brata porozumiewawczo, szczęśliwa, że może z nim dzielić jakiś sekret, zwłaszcza że dotyczył jej najnowszej manii – konwersacji z rozmaitymi przedmiotami.

Oskar się zgodził.

– Tak – odparł – masz rację, lepiej jej na razie nic nie mówić.

Violette posłała mu szeroki uśmiech, błyskając swoim aparatem korekcyjnym. Głos matki przerwał im rozmowy, żywcem wzięte z repertuaru ufoludków.

– Dzieci, do stołu!

– Co dziś będzie na obiad? – spytała Violette pod nosem.

– Ha, łatwo zgadnąć! – rzucił szeptem Oskar. – Kotlety mielone i frytki, jak zwykle...

Celia pojawiła się na dole przy schodach, z uśmiechem na ustach.

– Wasze ulubione danie: frytki i kotlety mielone!

– No cóż – powiedział Oskar, schodząc ze swojego bocianiego gniazda – dobrze wytypowałem faworytów w tym konkursie, pomyliłem się tylko w kolejności zajętych miejsc.

Violette skrzywiła się i opuściła maskę do nurkowania na nos.

– Zdaje mi sze, sze nie jestem głodna.

kilka godzin wcześniej, w tym samym mieście...

MISJA

Wydawało się, że Berenice Withers nie zwracała najmniejszej uwagi na szalejącą wokół burzę. Okryta szarym płaszczem przeciwdeszczowym, szła zadziwiająco spokojnie, jak gdyby nie robił na niej wrażenia porywisty wicher. Brnęła w swoich lakierkach przez kałuże, a rajstopy – noszone mimo pełni lata! – pozwalały jej ignorować zacinające strugi wody. W ręku ściskała parasolkę, która odwracała się po raz tysięczny na lewą stronę. Przystanęła na krótką chwilę, żeby poprawić niewielki kapelusik i kilka siwych kosmyków, które się spod niego wyśliznęły, rozejrzała się dookoła i ruszyła naprzód pewnym krokiem.

– Powinna pani gdzieś się schronić, za chwilę pani odfrunie przy tym wietrze! Pogoda pod psem!

Uniosła głowę i przez zalane deszczem okulary dostrzegła wysoką sylwetkę policjanta. Usiłował zbliżyć rękę do swojego kaszkietu, by jej zasalutować, jednak ledwo zdołał przytrzymać odlatujące w przestrzeń nakrycie głowy. Uśmiechnęła się do niego czarująco, z całej siły hamując chichot. Policjant spływał wodą, jak gdyby dopiero co wyszedł spod prysznica; przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Patrzył na nią smętnym wzrokiem, z wielkiego, czerwonego nosa kapał deszcz – zaiste, pogoda była pod psem.

– Nie, dziękuję panu bardzo za troskę – odrzekła nieśmiało. – Pójdę dalej, proszę się o mnie nie kłopotać.

Policjant wpatrzył się w zielone źrenice, ukryte za okularami. Wydawało mu się, że dama mrugnęła do niego porozumiewawczo. Pani Withers poprawiła swoją torebkę z krokodylowej skóry, zasalutowała policjantowi dyskretnym ruchem i zniknąwszy pod swoim parasolem, oddaliła się, a niebawem zasłoniła ją deszczowa kurtyna.

Kawałek dalej rzuciła okiem na swój zegarek: była już piętnasta dwadzieścia. Ulotnił się gdzieś uroczy uśmieszek miłej staruszeczki. Zmarszczyła brwi, zaniepokojona – jeśli spotka na swojej drodze kolejnego niemądrego policjanta, spóźni się na spotkanie.

Na to akurat spotkanie nikt nie mógł się spóźnić.

Zwłaszcza nie tego właśnie dnia, po pilnym wezwaniu, jakie przesłała jej Rada Najwyższa. Jeśli stało się to, czego się obawiała, nie było nawet chwili do stracenia.

Z wprawą omijała kałuże i przejeżdżające samochody, aż w końcu skręciła w znacznie cichszą, willową uliczkę. Szarawe biurowce i krzykliwe wystawy z głównej ulicy ustąpiły tu miejsca eleganckim domom, stojącym równym rzędem pośród starannie wypielęgnowanych ogrodów. Pogoda nieco się poprawiła, siąpił teraz jedynie słaby deszczyk.

Pani Withers przyspieszyła kroku, zwolniła dopiero przed imponującą willą z jasnego piaskowca, o płaskim dachu. Po przeciwnej stronie ulicy rozciągał się park.

Na lśniącej, marmurowej tablicy widniał wyryty ciemny napis:

Cumides Circle

Odwróciła się, w parku nie było widać żywej duszy. Tylko jakiś człowiek schronił się pod daszkiem muszli koncertowej, chcąc widać przeczekać nawałnicę. Patrzył gdzieś w bok. Przyglądała mu się przez moment podejrzliwie, w końcu zdecydowała, że bezpieczniej będzie iść dalej, a później zawrócić, w nadziei, iż w międzyczasie człowiek ów pójdzie dalej swoją drogą. Na wszelkie sposoby należało unikać sytuacji, w której ktokolwiek widziałby wchodzących lub wychodzących z Cumides Circle. Popatrzyła na duże okna budynku – wszystkie zasłony były zasunięte. Domyślała się, że to znak, który widziała do tej pory tylko raz na Blue Park Avenue, ponad trzynaście lat wcześniej. Od tamtego czasu okna zawsze były odsłonięte.

Spojrzała dyskretnie w stronę stojącego w muszli człowieka, ale zdążył już zniknąć. Niestety, nie miała dość czasu, żeby teraz błądzić po skwerze w poszukiwaniu tajemniczego nieznajomego. Złożyła parasol i weszła pospiesznie po schodach na taras. Stojąc przed drzwiami, dotknęła lśniącej tabliczki z wygrawerowanymi literami W.B. i zadzwoniła.

Witaj, Bones.

– Dzień dobry, pani Withers – odpowiedział poważnym tonem lokaj.

Berenice Withers zdjęła płaszcz, rękawiczki i podała je Bonesowi. Wyłożony dużymi płytami z czarnego marmuru hall był pusty, podobnie jak wielkie schody.

– Czy pozostali już przybyli? – spytała starsza pani cicho.

– Tak – odparł Bones. – Wszyscy już tu są, proszę pani.

Bones odebrał od pani Withers jej płaszcz, torebkę i parasol, następnie pomógł jej włożyć pelerynę z zielonego aksamitu na jedwabnej podszewce w tym samym odcieniu. Gotowa już dołączyć do reszty Rady, Berenice uśmiechnęła się do majordomusa.

– Gdzie odbywa się zebranie?

Bones zawahał się przez chwilę i odchrząknął, zanim zdołał udzielić odpowiedzi.

– W Żółtym Salonie, proszę pani.

Pani Withers wzniosła oczy do nieba.

– Dobry Boże, Bones, przecież Winston Brave doskonale wie, że...

Majordomus pozwolił sobie przerwać jej w pół słowa.

– Tak, proszę pani. Pan Brave dobrze pamięta, iż ma pani uczulenie na ptaki, ale to miejsce było najbezpieczniejsze na spotkanie.

Przy tej okazji rzucił niespokojne spojrzenie na zewnątrz przez rżnięte, kryształowe szybki, osadzone w drzwiach. Park, moknący w deszczu, wydawał się także w nim budzić pewne wątpliwości. Pani Withers kiwnęła.

– Mam niezbite przekonanie, że ktoś mnie śledził.

– Sterczał w tej muszli koncertowej od wczesnego popołudnia – dodał Bones.

– Widział, jak tu wszyscy wchodziliśmy? – zaniepokoiła się pani Withers.

– Nie – uspokoił ją majordomus. – Trzech członków Rady weszło przejściem podziemnym, a jeden wejściem dla dostawców.

Pani Withers wzruszyła ramionami.

– Wejście dla dostawców! To była Anna-Maria, prawda?

Bones poprzestał na lekkim uśmiechu.

– Oczywiście, że tak – ciągnęła starsza pani. – Ani przez sekundę nie uwierzyłaby w jakikolwiek pościg czy zasadzkę, choćby nawet kazano jej wchodzić tu w przebraniu tancerki rewiowej!

Bones pochylił się w ukłonie.

– Pójdę z panią, proszę pani.

– Nie, to nie jest konieczne – odrzekła – znam drogę. – Westchnęła. – Lećmy zatem, mój drogi, między piórka naszego małego przyjaciela, skoro nie mamy innego wyjścia.

– Jeśli pani będzie tak uprzejma... – odpowiedział Bones, otwierając jedno ze skrzydeł szerokich, podwójnych drzwi.

– Bones, czy mógłby pan poszukać naszego tajemniczego obserwatora spod muszli? Może to tylko jakiś nieszczęsny spacerowicz, którego zaskoczył deszcz, w przeciwnym razie...

Bones ukłonił się bez słowa i zbliżył się do małego stoliczka. Przekręcił ucho stojącego na nim srebrnego pucharu i w ścianie rozsunęło się przejście. Bones wszedł do środka, przejście zasunęło się z powrotem i ściana w czarodziejski sposób wróciła do swojego poprzedniego stanu.

Pani Withers otworzyła drzwi do salonu, które następnie starannie za sobą zamknęła. Weszła do pokoju zanurzonego w łagodnym świetle.

Szła naprzód w rytm tykającego zegara, minęła miękką kanapę, obitą zielonym aksamitem. Dywan, pokrywający niemal całą powierzchnię prostokątnego pokoju, tłumił odgłos jej kroków. Zbliżyła się do kominka i przez chwilę patrzyła na płonący ogień, migoczący od czasu do czasu zielonkawo. Winston Brave kazał Bonesowi podtrzymywać ogień na kominku, niezależnie od pory roku, w dzień i w nocy. Wieczny ogień Cumides Circle, jak lubił powtarzać. Pani Withers przywołała w pamięci wspomnienia licznych spokojnych rozmów, które tu z nim odbyła, kiedy to siedzieli oboje wygodnie, pijąc herbatę, oparci o miękkie poduszki. Dosyć tych sentymentalnych rozpamiętywań – nakazała samej sobie cicho. – Nie pora na to.

Zdjęła z szyi długi łańcuszek, na którym wisiał drogocenny medalion w kształcie koła. Otworzyła szufladę pobliskiej komody i wyjęła z niej połyskującą rękawicę, która wyglądała, jakby wykonano ją z aluminium. Włożyła ją na prawą rękę, ujęła w nią medalion i zanurzyła rękę w ogniu. Chroniona przed jego żarem przesuwała dłonią po wewnętrznej ściance kominka, aż natknęła się na zagłębienie w gładkiej powierzchni. Końcem palców wyczuła wyrytą w kamieniu literę M. Wsunęła w nią swój medalion, nacisnęła na guzik i wyjęła rękę z ognia. W tej samej chwili półokrągły narożnik salonu rozsunął się.

Pani Withers zdjęła rękawicę, włożyła ją z powrotem do szuflady komody i skierowała się do przejścia w ścianie.

Po drugiej stronie było idealnie okrągłe pomieszczenie. Znajdowało się ono wewnątrz niewielkiej wieżyczki, zajmującej jeden z rogów budynku. Od zewnątrz nie było widać żadnego okna. Starsza pani weszła do środka, ściany za nią z powrotem się zasunęły, została sama wewnątrz wieży.

Berenice Withers zawiesiła ponownie na szyi medalion i rozejrzała się wokół. Małe, okrągłe pomieszczenie było niemal puste – z dwoma wyjątkami: w kącie stało krzesło, obite materiałem w tym samym żółtym odcieniu co ściany; pośrodku stała zaś podstawka, a na niej klatka. W klatce siedział kanarek, również żółty.

Starsza pani westchnęła na jego widok i wyjęła chusteczkę, którą przycisnęła do nosa. Zbliżyła się do klatki i popatrzyła w skupieniu na ptaszka, który tkwił nieruchomo na swoim drążku.

– Dzień dobry, Wiktorze.

Kanarek odpowiedział nerwowym trelem.

Ładne rzeczy, najpierw policjant, a teraz kanarek pozwala sobie robić mi uwagi, pomyślała. Uśmiechnęła się do Wiktora z przymusem, on jednak całkowicie to zignorował. Pani Withers odczuwała szczerą chęć, żeby złapać go i upiec na rożnie nad kominkiem w salonie, nie mogła sobie jednak na to pozwolić – potrzebowała go, czekano już na nią. Nie da się też ukryć, że inni członkowie Rady mogliby mieć pretensje o zapach płynący od ognia... Poprzestała więc na uważnym spojrzeniu w stronę kanarka i przylgnęła do ściany, mocno się koncentrując. Westchnęła, otworzyła szeroko oczy, po czym rzuciła się szybko w stronę delikatnych drucików klatki.

Ułamek sekundy potem Wiktor bujał się na swoim drążku, lekko nieprzytomny, a wokół niego fruwało kilka piórek.

Poza nim w pomieszczeniu nie było nikogo.

– No, w końcu! – krzyknął szczupły młodzieniec z potarganymi włosami, który bezustannie kręcił się na swoim krześle.

Berenice Withers wyprostowała się i przemilczała odpowiedź.

Wygładziła fałdy sukni i poprawiła na ramionach pelerynę – takie same miały na sobie pozostałe osoby, siedzące wokół stołu.

– Zastanawialiśmy się właśnie, kiedy pani do nas dołączy – powiedziała jedna z dwóch obecnych przy stole kobiet. – I proszę nam nie wmawiać, że musiała pani omówić ważne kwestie z kanarkiem – dodała z porozumiewawczym uśmiechem.

Pani Withers odwzajemniła jej uśmiech.

– Moja droga Maureen, doskonale obyłabym się bez kanarka, dobrze pani o tym wie, strasznie jestem uczulona na pierze.

– Już dobrze, dobrze, nie będziemy się nad tym rozwodzić przez cały dzień. Powinna pani jedynie zażyć odpowiednie leki przeciwalergiczne i wszystko będzie dobrze! – zawołał Alistair McCooley.

Pani Withers zignorowała uwagę młodego człowieka. Świetnie go znała – niecierpliwy, wiecznie podekscytowany, czasem wydawał się lekceważyć ustalone zasady, prawa, normy. Był jednak lojalny do bólu i ceniła go przynajmniej tak samo, jak jego nieżyjącego już ojca (choć w ostatnich latach swego życia stracił on nieco głowę).

Przerwał im mężczyzna, siedzący u szczytu stołu.

– Niech się pan uspokoi, Alistair – powiedział niskim, nieco szorstkim głosem. – Jeszcze nie doszliśmy do sedna zagadnienia, a pan się zachowuje jak w gorącej wodzie kąpany. Proszę o spokój.

Pani Withers wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z tym, który przewodniczył temu spotkaniu.

– Witaj, Berenice – powiedział uprzejmie.