Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Oskar Pill. Dwa królestwa ebook

Eli Anderson

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oskar Pill. Dwa królestwa - Eli Anderson

 

Nowa książka o wyprawie młodego Medykusa w głąb ludzkiego organizmu!

Oskar Pill, trzynastoletni posiadacz rudej czupryny, nadzieja elitarnego Zakonu Medykusów, wyrusza w kolejną niezwykłą podróż, wnikając w ludzkie ciało. Czekają go jeszcze trudniejsze wyzwania niż za pierwszym razem, kiedy poznając układ pokarmowy, zdobył swoje magiczne Trofeum, Fiolkę Hepatolii. Po przejściu tajemniczego rytuału dostanie się do Uniwersum obejmującego układ oddechowy i serce, stoczy walkę z podstępnym Mossem, a przede wszystkim zmierzy się z Czarnym Księciem, przywódcą Patologusów, który nie cofnie się przed niczym, żeby zdobyć Szmaragdową Tablicę skrywającą sekret życia.

Czy uda mu się połączyć siły ze współtowarzyszami, w tym odwiecznym szkolnym rywalem, i pokonać niespodziewane przeszkody? Czy w porę dostrzeże grożące mu niebezpieczeństwo?

I czy dorówna legendzie swojego ojca?

 

Z recenzji pierwszego tomu:

Po „Oskara..”. sięgnąłem zachęcony przede wszystkim piękną okładką, na szczęście tym razem powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce" nie sprawdziło się i otrzymałem wspaniałą powieść, którą pochłonąłem w niecałe dwa dni...

lubimyczytac.pl

Opinie o ebooku Oskar Pill. Dwa królestwa - Eli Anderson

Fragment ebooka Oskar Pill. Dwa królestwa - Eli Anderson

Eli An­der­son

Oskar Pill Dwa kró­le­stwa

Prze­ło­ży­ła Jo­an­na Wy­soc­ka

Wy­da­nie po­wie­ści czę­ścio­wo sfi­nan­so­wa­no dzię­ki na­gro­dzie pie­nięż­nej przy­zna­nej za pu­bli­ka­cję Lot­ni­ka Eoina Col­fe­ra. Or­ga­ni­za­to­ra­mi kon­kur­su na naj­lep­szą książ­kę dla dzie­ci i mło­dzie­ży DO­BRE STRO­NY były: Miej­ska Bi­blio­te­ka Pu­blicz­na we Wro­cła­wiu i Wro­cław­skie Pro­mo­cje Do­brych Ksią­żek, fun­da­to­rem na­gro­dy zaś – Pre­zy­dent Mia­sta Wro­cła­wia.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Oscar Pill: The two king­doms

Co­py­ri­ght © Al­bin Mi­chel/Su­san­na Lea As­so­cia­tes, 2010.

www.oscar­pill.com

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

WSZYSTKO SKOŃCZONE

Prze­stał biec, zwol­nił kro­ku i za­czął iść, aż w koń­cu za­trzy­mał się zdy­sza­ny. Przed nim aż po ho­ry­zont cią­gnę­ła się bez­kre­sna rów­ni­na. A prze­cież biegł już od wie­lu go­dzin; ol­brzy­mie ja­ski­nie, w któ­rych wciąż się gu­bił, zo­sta­ły da­le­ko za nim.

Był wy­czer­pa­ny i spra­gnio­ny. Ro­bi­ło mu się co­raz go­rę­cej. Chciał zdjąć pe­le­ry­nę – miał wra­że­nie, że nie znie­sie tego ak­sa­mit­ne­go okry­cia ani chwi­li dłu­żej. Szyb­ko jed­nak zdał so­bie spra­wę, że pe­le­ry­na chro­ni go przed ża­rem. Po­spiesz­nie za­rzu­cił ją z po­wro­tem na ra­mio­na. Wy­jął bi­don i wy­są­czył ostat­nie kro­ple pły­nu. Bę­dzie mu­siał szyb­ko zna­leźć ja­kąś wodę.

Chcąc so­bie do­dać od­wa­gi, do­tknął li­te­ry M wy­ha­fto­wa­nej zło­tą ni­cią na pe­le­ry­nie. Po­pa­trzył w dal. Le­d­wie mógł do­strzec wy­so­kie, za­ostrzo­ne na czub­kach cie­nie, któ­re ster­cza­ły z zie­mi jak wy­pa­lo­ne pnie drzew. Wo­lał wy­rzu­cić z pa­mię­ci wspo­mnie­nie strasz­li­we­go, nie­usta­ją­ce­go wi­chru, od któ­re­go po­cho­dzi­ła na­zwa tej rów­ni­ny. Tra­ci­ło się od nie­go zmy­sły.

Po­chy­lił się i wziął do ręki garst­kę ja­sne­go pia­chu, któ­ry skrzy­piał pod no­ga­mi. I wte­dy, cał­kiem bli­sko, do­strzegł pierw­szy ślad.

Był dużo więk­szy niż jego wła­sne śla­dy; wi­dać było od­ci­śnię­tą sto­pę – czy ra­czej łapę – za­koń­czo­ną trze­ma ostry­mi czub­ka­mi. Pa­zu­ry? Ser­ce za­czę­ło mu bić szyb­ciej i moc­niej, jak sy­gnał alar­mo­wy da­ją­cy znać o zbli­ża­ją­cym się za­gro­że­niu. Po­su­nął się kil­ka kro­ków na­przód i zna­lazł ko­lej­ny ślad. Trzy me­try da­lej! Ja­kie roz­mia­ry mu­sia­ło mieć stwo­rze­nie, któ­re ro­bi­ło tak wiel­kie kro­ki? Może po­ru­sza­ło się bie­giem?

Wy­pro­sto­wał się. Gdzieś da­le­ko wśród po­dmu­chów wia­tru roz­legł się prze­ni­kli­wy dźwięk. Mimo upa­łu po­czuł dresz­cze. Ten dźwięk przy­po­mi­nał wrzask zwie­rzę­cia zwie­lo­krot­nio­ny przez echo. W pierw­szym od­ru­chu chciał się cof­nąć. Na­tych­miast jed­nak po­czuł wy­rzu­ty su­mie­nia – po­my­ślał o ojcu, któ­ry w tej sy­tu­acji na pew­no by nie zre­zy­gno­wał. Wes­tchnął głę­bo­ko. Me­dy­kus po­wi­nien za­wsze iść na­przód, bez wzglę­du na wszyst­ko. Nikt nie mu­siał mu tego tłu­ma­czyć, ani pan Bra­ve, ani pani Wi­thers. Nig­dzie tego nie prze­czy­tał. Po pro­stu wie­dział, że tak trze­ba, nie było in­ne­go wyj­ścia.

Zno­wu usły­szał ten dziw­ny ha­łas – gło­śniej­szy i dużo bliż­szy. Upar­cie po­su­wał się ku rzad­kim za­ro­ślom. Kie­dy już mógł roz­róż­nić te dziw­ne czar­ne for­my na ho­ry­zon­cie, za­trzy­mał się. Pod­ło­że drża­ło, jak gdy­by ktoś wa­lił w bę­ben – w dzie­siąt­ki bęb­nów. Po­pa­trzył na zie­mię: wi­dział te same śla­dy ota­cza­ją­ce go ze wszyst­kich stron, bie­gną­ce we wszyst­kich kie­run­kach. Ro­zej­rzał się do­oko­ła za­nie­po­ko­jo­ny. Za­ro­śla były je­dy­nym miej­scem, gdzie mógł­by się ukryć i ob­ser­wo­wać oko­li­cę. Za­czął biec. W ca­łym cie­le czuł wi­bro­wa­nie zie­mi. Ciem­ne pnie, gę­sto ro­sną­ce obok sie­bie, były już tyl­ko kil­ka kro­ków od nie­go. Kie­dy do nich do­tarł, ktoś go do­go­nił i ru­nął na nie­go. Upadł i prze­tur­lał się na bok. Wo­kół nie­go roz­ra­stał się ol­brzy­mi cień. Prze­to­czył się i le­żał te­raz na ple­cach. Po­chy­la­ło się nad nim mnó­stwo wiel­kich bez­kształt­nych be­stii. Roz­su­nę­ły się i uka­zał się wśród nich ja­kiś czło­wiek ubra­ny od stóp do głów na czar­no. Tyl­ko koł­nierz lśnił czer­wie­nią.

Był oto­czo­ny.

Sta­rał się roz­po­znać twarz Pa­to­lo­gu­sa, pa­trzył jed­nak pod słoń­ce i wi­dział tyl­ko za­rys syl­wet­ki. Do­strzegł mgłę wo­kół jego twa­rzy. Czło­wiek ten znik­nął jed­nak po chwi­li, a wo­kół nie­go zno­wu tło­czy­ły się po­two­ry. Jak się wy­do­stać z tej mat­ni? Jak się bro­nić? Przy­po­mniał so­bie swo­ją wal­kę z ol­brzy­mią ośmior­ni­cą w Za­ka­za­nym Tu­ne­lu, pro­wa­dzą­cym do Sank­tu­arium Wie­dzy Me­dy­ku­sów. I broń, z ja­kiej wte­dy sko­rzy­stał: Fiol­ka He­pa­to­lii i nisz­czą­cy wszyst­ko Nek­tar! Za­czął ner­wo­wo szpe­rać pod pe­le­ry­ną, do­tknął pierw­szej sa­kiew­ki na Pa­sie Tro­fe­ów i stwier­dził z prze­ra­że­niem, że była pu­sta. Jego pierw­sze Tro­feum, jego Fiol­ka – znik­nę­ła…

Be­stie ota­cza­ły go co­raz cia­śniej­szym krę­giem. Za­mknął oczy, nie chciał pa­trzeć na ich po­twor­nie skrzy­wio­ne i zde­for­mo­wa­ne py­ski ani ocie­ka­ją­ce śli­ną kły. Nie chciał sły­szeć ich ry­ków. Owi­nął się pe­le­ry­ną. Nie czuł już stra­chu, tyl­ko obez­wład­nia­ją­cą roz­pacz. Tak bar­dzo chciał zdo­być – jed­no po dru­gim – wszyst­kie Tro­fea, któ­re uczy­ni­ły­by go praw­dzi­wym Me­dy­ku­sem; tak bar­dzo pra­gnął zwró­cić ojcu i ca­łej ro­dzi­nie utra­co­ny ho­nor, tym­cza­sem przyj­dzie mu zgi­nąć na tej zło­wro­giej rów­ni­nie. Umrze sa­mot­ny po­śród tych okrut­nych be­stii, po­wa­lo­ny przez Pa­to­lo­gu­sa... Tak ma­rzył, że osią­gnie w koń­cu swój cel... Po­czuł, że pła­cze z wście­kło­ści. Na zie­lo­nej tka­ni­nie pe­le­ry­ny wi­dział przez chwi­lę twa­rze mat­ki i sio­stry.

Za­ci­snął dłoń na ha­fto­wa­nej zło­tem li­te­rze M, zdą­żył jesz­cze do­strzec wy­cią­ga­ją­ce się w jego stro­nę po­twor­ne szpo­ny. Naj­więk­szy z po­two­rów ru­szył do ata­ku.

BRAK KONTAKTU

Oskar na­gle się obu­dził. Ro­zej­rzał się nie­przy­tom­nie do­oko­ła. Kil­ka do­brych chwil pa­trzył za­spa­ny na oświe­tlo­ne bla­skiem księ­ży­ca pla­ka­ty, pił­kę, kij bejs­bo­lo­wy, biur­ko, krót­ko mó­wiąc – na wła­sny po­kój w ma­łym dom­ku przy Kil­da­re Stre­et, w dziel­ni­cy Ba­by­lon He­ights. W koń­cu zro­zu­miał, gdzie się znaj­du­je. Je­dy­na rów­ni­na wo­kół nie­go za­sła­na była koł­drą i prze­ście­ra­dłem – sie­dział roz­trzę­sio­ny na łóż­ku. Rzu­cił okiem na bu­dzik – była czwar­ta trzy­dzie­ści sie­dem rano.

Co za kosz­mar!

Za­mknął oczy i opadł na po­dusz­kę z wes­tchnie­niem ulgi. To był tyl­ko zły sen. Żeby się upew­nić, jed­nym su­sem wy­sko­czył z łóż­ka, po­mi­ja­jąc dra­bin­kę, i rzu­cił się w kie­run­ku sza­fy, choć mógł obu­dzić mat­kę i sio­strę śpią­ce na tym sa­mym pię­trze. Otwo­rzył gwał­tow­nie drzwi, od­gar­nął wie­sza­ki z ko­szul­ka­mi i spodnia­mi, po­ma­cał w głę­bi – po­czuł pod pal­ca­mi ak­sa­mit pe­le­ry­ny. Po­chy­lił się i się­gnął po ku­fe­rek sto­ją­cy na naj­niż­szej pół­ce. Za­mknął sza­fę, spraw­dził rzu­tem oka, czy drzwi do jego po­ko­ju są na do­brze za­mknię­te, i otwo­rzył ku­fe­rek.

Zno­wu wes­tchnął – z ulgą, ale też z pew­nym roz­cza­ro­wa­niem. Le­ża­ła tam Fiol­ka He­pa­to­lii, jego Tro­feum zdo­by­te w pierw­szym Uni­wer­sum ludz­kie­go cia­ła. Miał nie­zbi­ty do­wód, że wszyst­ko, co prze­żył przed chwi­lą, było tyl­ko złym snem. Fiol­ka jed­nak wciąż wy­da­wa­ła się mar­twa, po­dob­nie jak przez cały mi­nio­ny rok: zwy­kły, krysz­ta­ło­wy fla­ko­nik na­peł­nio­ny żół­ta­wym pły­nem i tyle.

Pa­mię­tał prze­cież do­sko­na­le, jak nie­zwy­kłym bla­skiem lśni­ło jego Tro­feum w pew­nych oko­licz­no­ściach i jak jego Pas Tro­fe­ów sam uno­sił się w po­wie­trzu, owi­ja­jąc się wo­kół jego bio­der. Od tam­tej pory nig­dy się to już nie wy­da­rzy­ło. Mnó­stwo razy usi­ło­wał oży­wić swo­ją Fiol­kę, brał ją do ręki, roz­grze­wał, prze­ma­wiał do niej – wszyst­ko na nic. To samo do­ty­czy­ło Pasa Tro­fe­ów, któ­ry spo­czy­wał w głę­bi sza­fy, roz­pacz­li­wie nie­ru­cho­my i bez ży­cia.

Prze­mknę­ło mu przez gło­wę, że kosz­mar miał spe­cjal­ne zna­cze­nie, jak­by ktoś da­wał mu znak po­wro­tu do ży­cia: że wszyst­ko, co łą­czy­ło go ze świa­tem Me­dy­ku­sów, bu­dzi się z dłu­gie­go snu. I tym ra­zem jed­nak cze­ka­ły go je­dy­nie głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie i przy­gnia­ta­ją­ca oba­wa. Miał wra­że­nie, że od­kąd rok temu pod ko­niec lata opu­ścił po­spiesz­nie Cu­mi­des Circ­le, dom pana Bra­ve’a, prze­stał być Me­dy­ku­sem.

Wspo­mnie­nie tego strasz­ne­go dnia – zwłasz­cza in­for­ma­cji, któ­re od­krył w Sank­tu­arium Wie­dzy – dła­wi­ło go w gar­dle. Mimo że roz­pacz już nie­co ze­lża­ła, w ser­cu po­zo­stał przy­gnia­ta­ją­cy cię­żar. Nig­dy nie uwie­rzył w to, co wte­dy uj­rzał i usły­szał. Jego oj­ciec z pew­no­ścią nie był zdraj­cą na usłu­gach Pa­to­lo­gu­sów, osa­dzo­nym w ciem­nej celi wię­zien­nej, gdzie póź­niej spo­tka­ła go śmierć. Wie­le osób twier­dzi­ło, że był zu­peł­nie inny – nie tyl­ko, co zro­zu­mia­łe, jego mat­ka, ale tak­że obcy lu­dzie, god­ni naj­wyż­sze­go sza­cun­ku. Mó­wi­li, że Vi­ta­li Pill był wspa­nia­łym Me­dy­ku­sem, któ­ry obez­wład­nił i osa­dził w wię­zie­niu strasz­li­we­go wro­ga, Czar­ne­go Księ­cia – przy­wód­cę Pa­to­lo­gu­sów. W oczach wszyst­kich – lub pra­wie wszyst­kich – jego oj­ciec był czło­wie­kiem uczci­wym i od­waż­nym. Więk­szość są­dzi­ła, że po­trak­to­wa­no go nie­spra­wie­dli­wie. Nie, to nie­moż­li­we, żeby oj­ciec był ska­za­nym na po­tę­pie­nie zdraj­cą!

Oskar okre­ślił wte­dy swój cel. Chciał zdo­być wszyst­kie Tro­fea z pię­ciu Uni­wer­sów, jed­no po dru­gim, by zo­stać Me­dy­ku­sem god­nym pa­mię­ci ojca. W ten spo­sób przy­wró­cił­by mu ho­nor. Po­wziął ta­kie po­sta­no­wie­nie i nie zre­zy­gno­wał z nie­go od cza­su strasz­ne­go od­kry­cia w Sank­tu­arium. Wie­dział, że może li­czyć na wspar­cie pani Wi­thers, a być może tak­że na po­moc pana Bra­ve’a, Wiel­kie­go Mi­strza Me­dy­ku­sów.

Dla­cze­go jed­nak nie miał od nich żad­nych wia­do­mo­ści?... Dla­cze­go jego pierw­sze Tro­feum i pas nie da­wa­ły zna­ków ży­cia? Od nie­skoń­cze­nie dłu­gich, nie do znie­sie­nia dłu­gich trzy­na­stu mie­się­cy trwa­ła ci­sza. Nikt nie prze­słał mu żad­nej wia­do­mo­ści, żad­ne­go li­stu, nic. Wszyst­ko wy­pa­ro­wa­ło, roz­wia­ło się jak dym, nie zo­sta­wia­jąc śla­du – poza sta­rym skó­rza­nym pa­sem z pię­cio­ma sa­kiew­ka­mi i fla­ko­ni­kiem.

Oskar nie­chęt­nie wró­cił do łóż­ka. Opa­dło nań zmę­cze­nie cięż­kie jak ołów. Za­padł w mę­czą­cy sen.

Trzy go­dzi­ny póź­niej głos mat­ki wy­rwał go z noc­nych ma­ja­ków.

– Oskar – po­wie­dzia­ła Ce­lia, za­glą­da­jąc przez uchy­lo­ne drzwi – bu­dzę cię już dru­gi raz. Za trze­cim ra­zem wró­cę z trąb­ką i wia­drem wody...

Oskar uniósł gło­wę z po­dusz­ki. Wy­da­wa­ła się wa­żyć kil­ka ton. Wy­mam­ro­tał kil­ka nie­zro­zu­mia­łych słów. Ce­lia uśmiech­nę­ła się, we­szła do po­ko­ju i od­su­nę­ła za­sło­ny, wpusz­cza­jąc ja­sne świa­tło sło­necz­ne koń­czą­ce­go się już lata. Ci­cho po­de­szła do łóż­ka. Pa­trzy­ła ko­cha­ją­cym wzro­kiem na śpią­ce­go syna – trzy­na­sto­lat­ka… Cza­sa­mi by­wał taki od­po­wie­dzial­ny, udo­wod­nił to już prze­cież nie raz, cza­sem zaś był wiel­kim dzie­cia­kiem, któ­re­go trze­ba było wy­cią­gać z łóż­ka.

– Je­śli chcesz się spóź­nić na roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go – po­wie­dzia­ła, tar­ga­jąc jego rudą czu­pry­nę – mo­żesz po­le­żeć jesz­cze kil­ka mi­nut. A je­śli nie, mu­sisz wstać, umyć się i zejść na śnia­da­nie.

Oskar bez sło­wa usiadł na łóż­ku, przy­szło mu to jed­nak z wiel­kim tru­dem. Roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go! To prze­cież już dzi­siaj... Miał wra­że­nie, że lato mi­nę­ło z szyb­ko­ścią świa­tła, cho­ciaż każ­de­go dnia spo­dzie­wał się ja­kie­goś zna­ku ze stro­ny Za­ko­nu – bez­sku­tecz­nie. W koń­cu wy­do­był z sie­bie głos.

– Już idę...

Ce­lia wy­szła z po­ko­ju, Oskar zaś zsu­nął się z łóż­ka na pod­ło­gę. Nie miał zbyt wiel­kiej ocho­ty pójść do szko­ły w Ba­by­lon He­ights. Lu­bił na­wet szko­łę i ko­le­gów – przy­najm­niej nie­któ­rych – nie za­chwy­ca­ła go jed­nak cała resz­ta, czy­li to, co wią­za­ło się ze szkol­ną dys­cy­pli­ną. Sztyw­ny roz­kład za­jęć, rów­ne rzę­dy i przed­mio­ty, któ­re nu­dzi­ły go nie­po­mier­nie, a któ­rych mimo wszyst­ko mu­siał się uczyć. Ze­szły rok ni­cze­go w tej kwe­stii nie zmie­nił – za­sa­dy i po­słu­szeń­stwo pa­so­wa­ły do nie­go jak pięść do nosa. Lato, wa­ka­cje i swo­bo­da, z ja­kiej ko­rzy­stał za po­zwo­le­niem mat­ki, wca­le tego nie po­pra­wia­ły.

Ru­szył w stro­nę ła­zien­ki, po­włó­cząc no­ga­mi, i wy­szedł stam­tąd kil­ka mi­nut póź­niej, nie­co od­świe­żo­ny. My­śli ukła­da­ły mu się dużo skład­niej, ale oba­wy też były ja­sne. Świet­nie pa­mię­tał, czym gro­zi mu szko­ła. Nie tyl­ko dys­cy­pli­na, ale też ktoś dużo gor­szy, o kim pra­wie za­po­mniał pod­czas wa­ka­cji: Ro­nan Moss, szkol­ny ty­ran, i jego ban­da. Oskar, in­a­czej niż po­zo­sta­li ucznio­wie, nie bał się go, to jed­nak wca­le nie uła­twia­ło sy­tu­acji. Prze­czu­wał, że nig­dy się z nimi nie do­ga­da, ani z Mos­sem, ani też z ni­kim z jego kla­nu.

No może pra­wie z ni­kim. Była też prze­cież ślicz­na Til­la, któ­ra do­brze wie­dzia­ła, że jest ślicz­na. Krę­ci­ła się cza­sa­mi w to­wa­rzy­stwie Mos­sa – a ra­czej to on krę­cił się cza­sem wo­kół niej. Oskar miał się przed nią na bacz­no­ści, a za­ra­zem czuł, jak bar­dzo mu się po­do­ba, co do­dat­ko­wo kom­pli­ko­wa­ło spra­wę.

Uciął te roz­wa­ża­nia i szyb­ko się ubrał. Zbiegł jak strza­ła po scho­dach i wpadł do kuch­ni, po­pra­wia­jąc ko­szul­kę. Bez sło­wa usiadł za sto­łem i za­brał się do sznu­ro­wa­nia tram­pek. Vio­let­te, któ­ra do tej pory z wiel­kim sku­pie­niem ob­ser­wo­wa­ła pła­tek zbo­żo­wy, wy­rwa­ła się z roz­ma­rze­nia. Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy.

– Oskar, prze­stań!

– Co mam prze­stać?

– Za­wią­zy­wać tak moc­no sznu­ro­wa­dła! Udu­szą się, bie­dac­twa!

Oskar zaj­rzał pod stół: te­ni­sów­ki Vio­let­te zo­sta­ły sta­ran­nie po­zba­wio­ne sznu­ro­wa­deł. Wy­pro­sto­wał się i po­pa­trzył na nią prze­cią­gle. Nie dało się ukryć, cięż­ko mu było na­dą­żyć za sza­lo­ny­mi po­my­sła­mi sio­stry, któ­ra wi­docz­nie roz­po­czę­ła wal­kę o pra­wa sznu­ro­wa­deł... Wła­śnie wsta­wa­ła i oczy­wi­ście na­tych­miast zgu­bi­ła je­den z bu­tów. Jak­by ni­cze­go nie za­uwa­ży­ła, otwo­rzy­ła lo­dów­kę i wy­ję­ła z niej ły­żecz­kę. Wró­ci­ła na miej­sce, za­kła­da­jąc po dro­dze po­rzu­co­ny but, ot tak, po czym usia­dła przy sto­le.

Ce­lia ob­ser­wo­wa­ła tę sce­nę ką­tem oka. Od daw­na już nie ko­men­to­wa­ła dziw­nych za­cho­wań cór­ki.

– Ko­cha­nie, je­śli bę­dziesz od­kła­dać sztuć­ce gdzie in­dziej niż zwy­kle, po­wiedz mi o tym, bę­dzie mi ła­twiej – po­pro­si­ła tyl­ko.

Oskar zaś, in­a­czej niż mama, miał jesz­cze na­dzie­ję, że roz­gry­zie, jak funk­cjo­nu­je to za­sta­na­wia­ją­ce urzą­dze­nie – jego sio­stra.

– Niby dla­cze­go wła­ści­wie trzy­masz ły­żecz­kę w lo­dów­ce? – spy­tał chło­piec. – Bo­isz się, że się sto­pi? Że na­grze­je się od słoń­ca, je­śli bę­dzie le­ża­ła na sto­le?

Vio­let­te po­pa­trzy­ła na nie­go w osłu­pie­niu ślicz­ny­mi, fioł­ko­wy­mi ocza­mi, jak­by na­gle uj­rza­ła zom­bie.

– Ależ za­sta­nów się, ły­żecz­ka jest prze­cież me­ta­lo­wa, nie może się sto­pić na słoń­cu.

Wy­mie­ni­ła spoj­rze­nie z mat­ką. Brat za­czy­nał ją po­waż­nie nie­po­ko­ić. Ce­lia po­wstrzy­ma­ła się, by nie wy­buch­nąć śmie­chem, a Oskar po­trzą­snął gło­wą: jego sio­stra była naj­dziw­niej­szą isto­tą na kuli ziem­skiej, a do tego uda­ło jej się zro­bić z nie­go idio­tę...

Ce­lia rzu­ci­ła okiem na ze­ga­rek i po­spiesz­nie do­pi­ła kawę.

– No do­brze, syn­ku, za­pa­ku­ję ci ka­nap­kę, zjesz w dro­dze, a te­raz idź­cie na górę po rze­czy i ru­sza­my. Nie, Vio­let­te, tym ra­zem włóż ły­żecz­kę do zle­wu, bar­dzo cię pro­szę, do­sko­na­le da so­bie radę. W dro­gę!

Ce­lia zo­sta­wi­ła dzie­ci pod szkol­ną bra­mą i po­mknę­ła do pra­cy. Jej szef, nie­ja­ki Gel­dhof, chy­ba za krót­ko był na urlo­pie: od­kąd ty­dzień temu wró­cił z wa­ka­cji, był jesz­cze bar­dziej nie do znie­sie­nia niż zwy­kle. Nie mo­gła się spóź­nić na­wet mi­nu­tę.

Vio­let­te po­le­cia­ła jak mo­tyl w kie­run­ku szkol­ne­go dzie­dziń­ca, sta­ra­jąc się nie gu­bić te­ni­só­wek; Oskar z dużo mniej­szym en­tu­zja­zmem ru­szył w stro­nę gru­py uczniów. Z da­le­ka za­uwa­żył go chu­dy chło­pak z wło­sa­mi ob­cię­ty­mi na za­pał­kę i za­wo­łał go:

– Oskar! Tu je­ste­śmy!

Je­re­my O’Ma­ley i jego brat Barth – star­szy tyl­ko o rok, ale wyż­szy o gło­wę i cięż­szy o do­bre dzie­sięć kilo – przy­wi­ta­li Oska­ra z wiel­kim en­tu­zja­zmem.

– Za­czął się rok szkol­ny, a to zna­czy, że in­te­res zno­wu się roz­krę­ci – cie­szył się Je­re­my, naj­lep­szy i naj­bar­dziej ob­rot­ny biz­nes­men w ca­łej szko­le. – Mam całą masę po­my­słów, mu­si­my o tym po­ga­dać, Oskar. Te­raz na pew­no dasz się na­mó­wić na spół­kę z nami.

Ktoś się ode­zwał za ich ple­ca­mi.

– Cześć, przy­ja­cie­le!

Oskar uśmiech­nął się do bla­de­go, ja­sno­wło­se­go chło­pa­ka, któ­ry do nich pod­szedł. Ay­den Spen­cer wciąż jesz­cze spra­wiał wra­że­nie nie­śmia­łe­go i sła­bo­wi­te­go. Wy­da­wa­ło się wręcz, że za chwi­lę się prze­wró­ci pod cię­ża­rem zwy­kłe­go tor­ni­stra. Jed­nak rok temu on tak­że od­krył, że po­dob­nie jak Oskar, na­le­ży do taj­ne­go Za­ko­nu Me­dy­ku­sów. A po­tem w groź­nych sy­tu­acjach udo­wod­nił ko­le­gom, że stać go na od­wa­gę i de­ter­mi­na­cję. Oskar nie wie­dział, gdzie i w jaki spo­sób Ay­den spę­dził wa­ka­cje, wy­da­wał się jed­nak znacz­nie bar­dziej pew­ny sie­bie.

– Cześć, Ay­den! – rzu­ci­li chó­rem.

– Jak tam wa­sze wa­ka­cje?

– Było fan­ta­stycz­nie! – za­wo­łał Je­re­my. – W Ba­za­rze mie­li­śmy mnó­stwo to­wa­ru, a Barth miał peł­ne ręce ro­bo­ty z do­star­cza­niem go do do­mów. Wpa­da­li­śmy też od cza­su do cza­su na ba­sen, znam do­brze ochro­nia­rza, to mój są­siad i po­ma­ga­li­śmy mu opróż­nić piw­ni­cę, kie­dy or­ga­ni­zo­wa­li­śmy wy­prze­daż w Ba­by­lon He­ights, a do tego...

– Po­praw­ka – prze­rwał mu Barth. – Ty ro­bi­łeś se­lek­cję, a ja opróż­ni­łem piw­ni­cę.

– Oj tam, niech ci bę­dzie, to szcze­gół – mach­nął ręką Je­re­my, ba­ga­te­li­zu­jąc uwa­gę Bar­tha. – To jest wła­śnie pra­ca ze­spo­ło­wa: ja my­ślę, a ty dzia­łasz. A ty, Oskar, by­łeś gdzieś na wa­ka­cjach? – zmie­nił te­mat Je­re­my. – Ja­koś nie za czę­sto się spo­ty­ka­li­śmy.

Oskar już miał coś na to od­po­wie­dzieć, kie­dy usły­sze­li kpią­cy głos.

– A gdzie miał wy­je­chać z mat­ką i sio­strą? Pew­nie przez całe lato tań­czył i ba­wił się lal­ka­mi!

Ro­nan Moss prze­pchnął się obok Ay­de­na, żeby zna­leźć się w ich krę­gu. On tak­że nie­spe­cjal­nie się zmie­nił: ta sama kwa­dra­to­wa syl­wet­ka, agre­syw­ne za­cho­wa­nie, to samo spoj­rze­nie, ostre jak brzy­twa. Miał tyl­ko tro­chę wię­cej krost na twa­rzy. Sto­ją­ce za nim dziew­czy­ny za­czę­ły chi­cho­tać. Oskar rzu­cił wzro­kiem do­oko­ła i za­ci­snął pię­ści. Moss do­pro­wa­dzał go do wście­kło­ści na­wet wte­dy, kie­dy mil­czał, a gdy się od­zy­wał, było jesz­cze go­rzej.

– Nor­mal­ka – cią­gnął Moss ze śmie­chem. – Ma same dziew­czy­ny w domu. Ra­cja, co, Pill? Cią­gle nie masz ojca, praw­da? No cóż, mam dla cie­bie złą no­wi­nę: już się ra­czej nie po­ja­wi, nie żyje...

Oskar zro­bił krok w jego stro­nę. W oczach Mos­sa po­ja­wił się błysk: wy­da­wa­ło się, że cie­szy się na myśl o bój­ce. W tym sa­mym mo­men­cie Barth O’Ma­ley pod­wi­nął rę­ka­wy i zbli­żył się do Oska­ra. Moss skrzy­wił się: brat Je­re­my’ego jako je­dy­ny do­rów­ny­wał mu siłą; nie lu­bił go pro­wo­ko­wać. Ota­cza­ją­cy go trzej kum­ple, nie­cie­ka­we gęby, tak­że cof­nę­li się od­ru­cho­wo.

Je­re­my sko­rzy­stał z tej chwi­li wa­ha­nia.

– Ty, je­śli chcesz być cały i zdro­wy, zni­kaj stąd le­piej, in­a­czej wy­pusz­czę na cie­bie mo­je­go ochro­nia­rza – za­gro­ził, kle­piąc bra­ta po im­po­nu­ją­cych mu­sku­łach.

– No, wi­dzę, że tra­dy­cja prze­trwa­ła wa­ka­cje. Pięk­nie za­czy­na­cie rok szkol­ny, bra­wo!...

Wszy­scy do­brze zna­li ten su­ro­wy głos. Od­wró­ci­li się jed­no­cze­śnie. Za nimi stał sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny pan Pin­gwin w ofi­cjal­nym gar­ni­tu­rze i nie­zgrab­nych, pro­sto­kąt­nych oku­la­rach na no­sie. Zbli­żył się i ob­rzu­cił bacz­nym spoj­rze­niem Mos­sa, po­tem Oska­ra. Skrzy­żo­wał ręce za ple­ca­mi.

– Mam dla was świet­ną wia­do­mość: w tym roku zno­wu je­stem wa­szym wy­cho­waw­cą! I w tym roku tak­że będę was miał na oku – do­dał z na­ci­skiem, pa­trząc zna­czą­co w stro­nę Mos­sa. – Dla­te­go ra­dzę, że­by­ście szyb­ko pod­ję­li wła­ści­wą de­cy­zję.

Moss wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi i ulot­nił się bez sło­wa wraz ze swo­ją ban­dą.

– A te­raz, Oska­rze – cią­gnął na­uczy­ciel ła­god­niej­szym to­nem – cze­ka cię naj­więk­sze wy­zwa­nie dzi­siej­sze­go dnia. Mu­sisz sta­nąć ra­zem z ko­le­ga­mi w rzę­dzie i nie ru­szać się, do­pó­ki nie każę wam wejść do kla­sy.

Pan Pin­gwin roz­po­czął pierw­szą lek­cję od dłu­giej prze­mo­wy na te­mat ko­le­żeń­stwa i sza­cun­ku dla in­nych osób.

– Wy­star­czy, że te­raz za­sto­su­je­cie te za­sa­dy we wła­snym ży­ciu – za­koń­czył, bez wia­ry we wła­sne sło­wa.

Oskar od­wró­cił się dys­kret­nie. Moss pa­trzył na nie­go ze zło­śli­wym bły­skiem w oczach. Sło­wa wy­cho­waw­cy spły­nę­ły po nim jak woda po kacz­ce. Ko­le­żeń­ska lo­jal­ność była nie­moż­li­wa w no­wym roku szkol­nym i Oskar wąt­pił, by kie­dy­kol­wiek mia­ło się to zmie­nić.

Na szczę­ście lek­cje upły­wa­ły szyb­ko jed­na za dru­gą, a nowe za­ję­cia przy­cią­ga­ły uwa­gę. Oskar i jego przy­ja­cie­le szyb­ko za­po­mnie­li o obec­no­ści Mos­sa i jego kum­pli w kla­sie. Kie­dy po za­koń­cze­niu ostat­niej lek­cji ode­zwał się dzwo­nek, Oskar zdał so­bie spra­wę, że dzień mi­nął mu nie­po­strze­że­nie. Była czwar­ta po po­łu­dniu i przy­po­mniał so­bie, co za­mie­rzał zro­bić – te­raz albo nig­dy.

– Ej, no... Oskar, gdzie idziesz, za­cze­kaj! – za­wo­łał Je­re­my. – Gdzie się wy­bie­rasz? Je­ste­ście wszy­scy za­pro­sze­ni do Ba­za­ru Je­re­my’ego, żeby uczcić po­czą­tek roku. Bę­dzie je­dze­nie, pani Go­li­no zro­bi­ła piz­zę!

– Po­sta­ram się póź­niej do was wpaść, ale te­raz mu­szę... mu­szę ko­niecz­nie coś za­ła­twić, mama mnie pro­si­ła. Po­ży­czysz mi ro­wer? Od­dam po­tem.

– Do­bra – zgo­dził się Je­re­my, rzu­ca­jąc klucz do za­bez­pie­cza­ją­cej ro­wer kłód­ki. – Ale po­spiesz się i wpad­nij za­raz do nas! Słu­chaj, nie wi­dzę nig­dzie Ay­de­na... A prze­cież był tu­taj cały dzień, wi­dzia­łem go jesz­cze nie­daw­no. Znik­nął nie wia­do­mo kie­dy...

Na­chy­lił się w stro­nę Oska­ra i po­wie­dział kon­spi­ra­cyj­nie:

– Chy­ba nie wy­cią­gnął swo­jej pe­le­ry­ny i nie prze­nik­nął cich­cem do czy­je­goś or­ga­ni­zmu, co? Z wami, Me­dy­ku­sa­mi, tak bywa... Trze­ba mieć oczy sze­ro­ko otwar­te, in­a­czej w mgnie­niu oka za­czy­na­cie spa­ce­ro­wać po czy­jejś wą­tro­bie jak po gó­rze albo nur­ko­wać w ło­dzi pod­wod­nej w pod­ziem­nej ar­te­rii...

Oskar po­spiesz­nie scho­wał swo­je rze­czy do tor­ni­stra. Miał do za­ła­twie­nia coś bar­dzo waż­ne­go, nie za­mie­rzał przej­mo­wać się nie­obec­no­ścią przy­ja­cie­la. Tym bar­dziej że roz­ma­wiał z nim wcze­śniej. Ay­den, po­dob­nie, jak Oskar, od wie­lu mie­się­cy nie czuł swo­jej mocy.

Już wy­cho­dził z kla­sy, kie­dy Barth zła­pał go za ra­mię i za­czął mó­wić, ją­ka­jąc się lek­ko i prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę:

– A czy... Vio­let­te też musi coś za­ła­twić dla mamy? Czy może pójść z nami do Ba­za­ru?

– Nie, Vio­let­te nie ma nic spe­cjal­ne­go w pla­nach – za­pew­nił go Oskar, uśmie­cha­jąc się lek­ko. – Idź i za­proś ją, uprze­dzę mamę.

Barth uśmiech­nął się tak­że i szyb­ko wy­szedł z kla­sy. Oskar sko­rzy­stał z chwi­li nie­uwa­gi Je­re­my’ego, któ­ry roz­śmie­szał kil­ka dziew­czyn, za­pra­sza­jąc je na im­pre­zę. Wy­mknął się cich­cem przez bra­mę pro­wa­dzą­cą na tyły szko­ły. Za­nim wy­szedł, za­uwa­żył ką­tem oka Ro­na­na Mos­sa sto­ją­ce­go w głę­bi dzie­dziń­ca. Tkwi­ły przed nim nie­ru­cho­mo i nie­co sztyw­no dwie dziew­czyn­ki, tak jak­by on wy­da­wał im ja­kieś roz­ka­zy, a one słu­cha­ły w mil­cze­niu. Oskar roz­po­znał dwie młod­sze sio­stry Mos­sa. Star­sza z nich, Lor­na, sta­ła ze schy­lo­ną gło­wą, pod­da­jąc się w mil­cze­niu po­le­ce­niom. Na mo­ment ucie­kła spoj­rze­niem w bok i na­po­tka­ła wzrok Oska­ra; po­tem kiw­nę­ła gło­wą. Młod­sza, Car­rie, nie mia­ła szans, by sprze­ci­wić się bra­tu. Oskar stwier­dził, że nie ma sen­su dłu­żej im się przy­glą­dać. Z pew­nym tru­dem zna­lazł ro­wer swe­go przy­ja­cie­la. Już na nie­go wsia­dał, kie­dy za­trzy­mał go czyjś głos.

– Je­dziesz już, Oska­rze?

Jesz­cze za­nim się od­wró­cił, ser­ce za­bi­ło mu nie­co moc­niej.

– Tak – od­parł. – Tro­chę się spie­szę...

Til­la przy­glą­da­ła mu się du­ży­mi, zło­ci­sty­mi ocza­mi. Od­gar­nął ner­wo­wo rudy ko­smyk wło­sów i za­uwa­żył, że jej dwie ko­le­żan­ki, Bar­bie Gla­ser i Ele­anor Blay­ne, chi­cho­czą z ja­kie­goś po­wo­du za jej ple­ca­mi. Bar­bie mia­ła tak na­praw­dę na imię Re­ese, ale jej nie­zwy­kle ja­sne wło­sy, za­wsze ufry­zo­wa­ne w na­der skom­pli­ko­wa­ny spo­sób, przy­wo­dzi­ły na myśl słyn­ną lal­kę i w koń­cu Je­re­my nadał jej to prze­zwi­sko. „Pew­nie ma tak­że po­dob­ny po­ziom in­te­li­gen­cji” – twier­dził. Tym­cza­sem Ele­anor na­śla­do­wa­ła od rana do wie­czo­ra Til­lę, przez co czę­sto prze­zy­wa­no ją Sha­dow1, po­nie­waż na ogół to wy­star­cza­ło jej do szczę­ścia. Dzi­siaj też była ubra­na iden­tycz­nie jak Til­la, ale kło­pot po­le­gał na tym, że nie wy­glą­da­ła jak ona. Im usil­niej pró­bo­wa­ła się do niej upodob­nić, tym bar­dziej pod­kre­śla­ła, jak bar­dzo się od niej róż­ni.

– Ja też mu­szę już wra­cać do domu – po­wie­dzia­ła Til­la, ba­wiąc się ko­smy­kiem wło­sów. – Mo­że­my pójść ra­zem, je­śli chcesz... – do­rzu­ci­ła, pa­trząc zna­czą­co na przy­ja­ciół­ki.

Bar­bie sta­ła bez ru­chu, nie poj­mu­jąc, o co cho­dzi. Til­la gło­śno wes­tchnę­ła. Ele­anor zro­zu­mia­ła prze­kaz i po­cią­gnę­ła Bar­bie za rękę.

– Chodź, Re­ese, mu­si­my już iść.

– Ale dla­cze­go?

– Dla­te­go! – od­par­ła z na­ci­skiem Ele­anor-Sha­dow. – Póź­niej ci wy­ja­śnię.

Od­da­li­ły się. Oskar po­czuł, że ru­mie­ni się jak pi­wo­nia. Z wiel­kim sku­pie­niem przy­glą­dał się ro­we­ro­wej dęt­ce.

– Wiesz... to zna­czy… nie wra­cam jesz­cze na Kil­da­re Stre­et.

Til­la wpa­try­wa­ła się w nie­go przez chwi­lę. W koń­cu wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Moss ma chy­ba ra­cję: wi­docz­nie wo­lisz ba­wić się lal­ka­mi ze swo­ją sio­strą! Cześć!

Wszyst­kie trzy wy­buch­nę­ły śmie­chem i ode­szły. Oskar wsiadł na ro­wer i pe­da­ło­wał naj­szyb­ciej, jak tyl­ko mógł, żeby już nie sły­szeć tego śmie­chu.

Za­trzy­mał się do­pie­ro po kwa­dran­sie.

Zsiadł z ro­we­ru i pro­wa­dził go, idąc pięk­ną uli­cą wzdłuż par­ku. Wszyst­kie domy wy­glą­da­ły tu bar­dzo za­moż­nie, je­den pre­zen­to­wał się le­piej od dru­gie­go, Oskar jed­nak wy­pa­try­wał tego, któ­ry stał nie­co da­lej od uli­cy. Zbli­żył się do ogro­dze­nia z ku­te­go że­la­za; ser­ce biło mu moc­no. Pe­łen na­dziei, prze­czy­tał dwa sło­wa wy­gra­we­ro­wa­ne na nie­wiel­kiej ta­blicz­ce:

Cu­mi­des Circ­le

Po­pa­trzył na fa­sa­dę z ja­sne­go pia­skow­ca, po­dzie­lo­ną du­ży­mi okna­mi. Okien­ni­ce były otwar­te, ale w domu nie było wi­dać naj­mniej­szych oznak ży­cia. Je­dy­nie świe­żo za­gra­bio­na, wy­sy­pa­na bia­łym żwi­rem ścież­ka pro­wa­dzą­ca do drzwi wej­ścio­wych świad­czy­ła o tym, że ktoś sta­le dba o po­se­sję. Czy su­ro­wy ma­jor­do­mus Bo­nes cho­wał się za jed­ną z por­tier? Czy Che­rie krę­ci się ner­wo­wo po kuch­ni? Dla­cze­go ani ona, ani jej mąż Jer­ry nie od­po­wie­dzie­li nig­dy na jego li­sty i we­zwa­nia? Oskar za­wa­hał się przez chwi­lę, a po­tem po­wtó­rzył to, co ro­bił nie­mal co­dzien­nie od wie­lu mie­się­cy: wy­cią­gnął spod ko­szul­ki łań­cu­szek z me­da­lio­nem i przy­ło­żył zło­ci­stą li­te­rę M do zam­ka w furt­ce.

Nic.

Nic się nie wy­da­rzy­ło, tyl­ko że­la­stwo skrzyp­nę­ło smęt­nie. Furt­ka nadal była za­mknię­ta, mimo że przy­ło­żył do niej swo­ją Li­te­rę. Roz­cza­ro­wa­ny po­krę­cił gło­wą. Dla­cze­go my­ślał, że dziś bę­dzie in­a­czej niż po­przed­nio? Może z po­wo­du snu? Czy też dla­te­go, że wy­da­wa­ło mu się, że po­czą­tek roku szkol­ne­go ozna­cza nową epo­kę w jego ży­ciu Me­dy­ku­sa? Wes­tchnął cięż­ko, scho­wał me­da­lion i chciał już wsiąść na ro­wer, kie­dy po­czuł, że ktoś de­li­kat­nie do­ty­ka jego ra­mie­nia. Od­wró­cił się szyb­ko: to była ga­łąź drze­wa. Pod­niósł wzrok, pe­łen go­rą­cej na­dziei.

– Zi­zou! To ty! To na­praw­dę ty!

Gdy­by tyl­ko mógł prze­sko­czyć przez kra­tę, z pew­no­ścią uści­skał­by z ca­łe­go ser­ca gru­by pień ol­brzy­mie­go dębu, któ­ry ja­kimś cu­dem zna­lazł się tuż przy furt­ce. Oskar po­pro­sił dziw­ne­go przy­ja­cie­la:

– Bła­gam cię, Zi­zou, po­móż mi wejść do ogro­du!

Drze­wo jed­nak po­gła­ska­ło tyl­ko lek­ko po­li­czek chłop­ca i unio­sło ga­łąź z po­wro­tem.

– Nie, za­cze­kaj, wróć!

Na próż­no. Zi­zou znik­nął za do­mem Win­sto­na Bra­ve’a, Wiel­kie­go Mi­strza Me­dy­ku­sów, roz­pły­wa­jąc się w buj­nej zie­le­ni ogro­du. I zno­wu nie było wi­dać naj­mniej­sze­go ru­chu, jak gdy­by po­sia­dłość była kom­plet­nie opusz­czo­na.

Oskar po­cie­szał się my­ślą, że oto zno­wu uka­zał się jego oczom ja­kiś ele­ment ta­jem­ne­go świa­ta Me­dy­ku­sów. Tak bar­dzo prze­cież cze­kał na tę chwi­lę! Nie było to może wie­le, ale tro­chę go po­cie­szy­ło. Wszyst­ko, co prze­żył, nie mo­gło być je­dy­nie od­le­głym, męt­nym wspo­mnie­niem! Może nie­dłu­go po­ja­wią się inne zna­ki?

Od­da­lił się nie­co od ogro­dze­nia i już miał wsiąść na ro­wer Je­re­my’ego, kie­dy po­czuł, że coś ogrze­wa mu ser­ce. Naj­pierw było to tyl­ko lek­kie wra­że­nie cie­pła, po­tem to coś roz­grze­wa­ło się co­raz bar­dziej, aż wresz­cie za­czę­ło nie­mal pa­rzyć. Bez na­my­słu rzu­cił swo­ją tor­bę i od­sta­wił ro­wer, a po­tem nie zwa­ża­jąc na to, że stoi na środ­ku chod­ni­ka, pod­cią­gnął ko­szul­kę. Jego me­da­lion lśnił ogni­stym bla­skiem. Oskar – uszczę­śli­wio­ny i za­fa­scy­no­wa­ny tym wi­do­kiem – nie śmiał go wziąć do ręki, bo bał się, że może utra­cić swo­ją świe­żo od­zy­ska­ną moc. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na okna na pierw­szym pię­trze: wy­da­wa­ło mu się, że zo­ba­czył tam ja­kiś drob­ny ruch, ale po­tem już nic. Po­pa­trzył na zło­tą li­te­rę M. Mi­nę­ło za­le­d­wie kil­ka se­kund, a zno­wu wy­glą­da­ła nor­mal­nie.

Oskar uśmiech­nął się. Wsko­czył na ro­wer i ru­szył jak wiatr w stro­nę Ba­by­lon He­ights.

CO NIE?

Oskar sta­rał się jak naj­prę­dzej do­trzeć do Je­re­my’ego, li­cząc po ci­chu na to, że zo­stał tam choć­by je­den ka­wa­łek sma­ko­wi­tej piz­zy pani Go­li­no. Nie za­wiódł się. Je­re­my zor­ga­ni­zo­wał Ba­zar w piw­ni­cy domu ro­dzin­ne­go, któ­ry stał nie­co da­lej na ich wspól­nej uli­cy. Im­pre­za wła­śnie roz­krę­ci­ła się na do­bre. Nie­zli­czo­na gro­ma­da dzie­ci za­śmie­wa­ła się do roz­pu­ku, je­dząc i pi­jąc, a tak­że ku­pu­jąc nie­zli­czo­ne ga­dże­ty, któ­re Je­re­my wy­naj­dy­wał w ich dziel­ni­cy i nie tyl­ko. Vio­let­te, któ­ra wła­śnie wy­my­śli­ła so­bie, że nie musi już nic pić, wła­śnie wy­gła­sza­ła im­pro­wi­zo­wa­ny wy­kład na ten te­mat:

– … i ro­zu­mie­cie, je­śli wro­śnie­my obie­ma sto­pa­mi w zie­mię jak kwia­ty, nie bę­dzie­my już mu­sie­li pić wody i bę­dzie­my mie­li ślicz­ne, ko­lo­ro­we twa­rze!

Do­oko­ła niej sta­ło kil­ko­ro dzie­ci pa­trzą­cych na nią bez sło­wa. Tyl­ko Car­rie Moss, któ­rej nie bra­ko­wa­ło cha­rak­te­ru, po­sta­no­wi­ła drą­żyć da­lej te­mat.

– Ale jak to? My­ślisz może, że z two­ich pięt wy­ro­sną ko­rze­nie?

Vio­let­te kiw­nę­ła gło­wą, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

– W każ­dym ra­zie wszy­scy ci, któ­rzy chcie­li­by spraw­dzić, czy to moż­li­we – za­pro­po­no­wa­ła – mogą wpaść ju­tro do mo­je­go ogro­du. Ju­tro jest so­bo­ta, bę­dzie­my mie­li mnó­stwo cza­su. Przyjdź­cie na bo­sa­ka!

Wszy­scy za­czę­li zer­kać na boki z za­że­no­wa­niem. Tyl­ko Barth się ode­zwał:

– Je­śli chcesz, to ja mogę wpaść i spraw­dzić...

Car­rie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Wiesz co, Vio­let­te? Nie wiem, czy na­praw­dę je­steś kwiat­kiem, ale zde­cy­do­wa­nie masz nie po ko­lei tam, w środ­ku! – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc pal­cem rudą głów­kę dziew­czyn­ki.

Oskar, któ­ry czę­sto źle zno­sił sza­lo­ne po­my­sły sio­stry, trzy­mał się z boku. Zo­ba­czył Je­re­my’ego.

– Co tu­taj robi sio­stra Mos­sa? – spy­tał nie­uf­nie mło­dy Me­dy­kus.

– Bez obaw, Mos­so­wie nie zo­sta­li wca­le na­szy­mi naj­bliż­szy­mi przy­ja­ciół­mi. Po pro­stu sio­stry Ro­na­na są cał­kiem do rze­czy, a Car­rie jest ko­le­żan­ką mo­jej ku­zyn­ki. Car­rie ma dzie­sięć lat, ale kie­dy się ode­zwie, wy­da­je się, że ma co naj­mniej pięt­na­ście! Sły­sza­łem, że zwró­ci­ła uwa­gę pro­fe­so­ro­wi Pin­gwi­no­wi, wy­obra­żasz to so­bie? Ele­anor Blay­ne mi opo­wia­da­ła. Po­dob­no cał­kiem za­po­mniał ję­zy­ka w gę­bie...

– Moss po­zwo­lił młod­szej sio­strze przyjść tu­taj?

– Nie, ale ona ma to gdzieś. Za to Lor­na boi się sprze­ci­wić bra­tu, spusz­cza przy nim wzrok, jak­by za­raz miał jej uciąć gło­wę...

– Wiesz, w pew­nym sen­sie ma ra­cję... – za­uwa­żył Oskar.

– Po­dob­no za­drę­cza te bie­dacz­ki. Na­śla­du­je zresz­tą ojca. Ja­sne, że za­bro­nił im tu przy­cho­dzić. Ale Car­rie, dwa lata młod­sza od sio­stry, nie daje so­bie w ka­szę dmu­chać! Coś czu­ję, że dzi­siaj w domu Mos­sów bę­dzie nie­zła awan­tu­ra!

Oskar spoj­rzał na ze­ga­rek: była siód­ma wie­czo­rem! Na­gle zdał so­bie spra­wę, że nie uprze­dził mamy o im­pre­zie u Je­re­my’ego. Pew­nie umie­ra te­raz z nie­po­ko­ju. Skrzy­wił się. Nie tyl­ko u Mos­sów bę­dzie dziś wie­czo­rem awan­tu­ra... Ru­szył po­spiesz­nie w stro­nę Vio­let­te. Prze­szko­dził jej wzra­stać ko­rze­nia­mi w zie­mię i po­cią­gnął ją w stro­nę wyj­ścia.

– Ale... Oskar, za­cze­kaj, mu­szę im jesz­cze po­ka­zać, jak się pod­le­wa sto­py!

– Do ju­tra, spo­tka­my się w par­ku! – krzyk­nął w stro­nę bra­ci O’Ma­ley, nie za­da­jąc so­bie tru­du, żeby od­po­wie­dzieć sio­strze.

Wra­ca­li pod nu­mer 6897 przy Kil­da­re Stre­et z du­szą na ra­mie­niu. W ma­łym dom­ku pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza, któ­ra nie wró­ży­ła nic do­bre­go.

– Za­pra­szam was na roz­mo­wę, NA-TYCH-MIAST. Oby­dwo­je.

Po­pa­trzy­li na sie­bie i Vio­let­te scho­wa­ła się od­ru­cho­wo za ple­ca­mi bra­ta, cho­ciaż była nie­co wyż­sza. Ru­szy­li w stro­nę kuch­ni, skąd do­bie­gał głos mamy.

Ce­lia sie­dzia­ła na krze­śle z gło­wą pod­par­tą rę­ka­mi. Nie zdą­ży­ła się na­wet prze­brać, nadal mia­ła na so­bie ko­stium, któ­ry no­si­ła do pra­cy, i buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Wes­tchnę­ła głę­bo­ko i od­rzu­ci­ła na ple­cy dłu­gie, czar­ne wło­sy, po czym pod­nio­sła się z miej­sca i sta­nę­ła na­prze­ciw­ko dzie­ci.

– Dzię­ku­ję wam, ko­cha­ni, na­praw­dę – wiel­kie dzię­ki. Po­twor­nie się nu­dzę w ży­ciu, wszyst­ko jest zbyt pro­ste i zbyt ła­twe, brak mi kło­po­tów, a prze­cież nig­dy nie zda­rza mi się o was mar­twić, dla­te­go dzię­ku­ję wam ser­decz­nie, że znik­nę­li­ście, nie uprze­dza­jąc mnie o tym. Dzię­ki temu mia­łam za­ję­cie, po­sta­wi­łam na nogi całą dziel­ni­cę. Wró­ci­li­ście odro­bi­nę za wcze­śnie: wła­śnie mia­łam dzwo­nić na po­li­cję.

– Mamo... – spró­bo­wał coś po­wie­dzieć Oskar. – Ja...

– Nie od­zy­waj się. Owszem, chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, gdzie by­li­ście, ale za bar­dzo się o was ba­łam, nie mam siły słu­chać żad­nych wy­ja­śnień. Chy­ba le­piej bę­dzie, je­śli naj­pierw choć tro­chę się uspo­ko­ję.

Ce­lia rzad­ko się uno­si­ła. A je­śli już się tak dzia­ło, nig­dy nie krzy­cza­ła. Kie­dy była zła lub nie­spo­koj­na, mó­wi­ła bar­dzo ci­cho, całą resz­tę wy­ra­ża­ły jed­nak bar­dzo czy­tel­nie jej oczy – te same ślicz­ne, fioł­ko­we oczy, któ­re odzie­dzi­czy­ła po niej Vio­let­te. Tego wie­czo­ru Oskar wi­dział w nich jed­no­cze­śnie złość i strach.

Ce­lia wsta­ła, dzie­ci za­le­d­wie od­wa­ży­ły się spoj­rzeć na pięk­ną, zmę­czo­ną twarz mat­ki. Pod­nio­sła trzę­są­cą ręką swo­ją ko­mór­kę i wy­bra­ła z pa­mię­ci ja­kiś nu­mer.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, już są w domu. Dzię­ki... Je­śli chcesz... Do­brze. Cze­kam.

Po tych sło­wach skoń­czy­ła roz­mo­wę. Ru­szy­ła w stro­nę drzwi i po­wie­dzia­ła jesz­cze, nie od­wra­ca­jąc się w ich stro­nę:

– Kie­dy już do was do­trze, że nie je­ste­ście na świe­cie sami i że są tu lu­dzie, któ­rzy przej­mu­ją się wa­szym lo­sem, wpad­nij­cie do pań­stwa Go­li­no, do pań­stwa Or­fa­no­uda­kis, do Spe­cja­łów z Del­hi i do pana Tina i po­wiedz­cie im, że wszyst­ko z wami w po­rząd­ku. Nie­po­ko­ją się i cze­ka­ją na tę wia­do­mość.

U stóp scho­dów Ce­lia po­czu­ła lek­kie za­wro­ty gło­wy i za­trzy­ma­ła się na mo­ment. Po­ło­ży­ła rękę na po­rę­czy i za­mknę­ła oczy. Gdy już mi­nął strasz­ny lęk o dzie­ci, któ­re nie wró­ci­ły o nor­mal­nej po­rze do domu, i kie­dy od­pły­nę­ły naj­czar­niej­sze my­śli, mia­ła wiel­ką ocho­tę gło­śno się roz­pła­kać. Po­wstrzy­ma­ła się jed­nak. Na szczę­ście przez cały czas sły­sza­ła ci­chy, po­cie­sza­ją­cy ją głos w głę­bi du­szy. Świet­nie zna­ła ten głos i nig­dy go nie za­po­mni. Po­dob­nie jak w wie­lu in­nych stre­su­ją­cych sy­tu­acjach, przed jej ocza­mi zja­wi­ła się ko­ją­ca twarz męża, któ­ry wy­da­wał jej się bar­dziej żywy niż kie­dy­kol­wiek – mimo że mi­nę­ło trzy­na­ście lat od jego śmier­ci. Dzię­ki temu przez cały czas mia­ła na­dzie­ję, że wszyst­ko do­brze się skoń­czy. Czy jako mat­ka mo­gła stra­cić zim­ną krew? Czy mo­gła się za­ła­mać? Nie, z pew­no­ścią nie chcia­ła być taka wo­bec dzie­ci. Niech za­uwa­żą, że jest zła, ale też – że umie za­pa­no­wać nad zło­ścią bez krzy­ku, a zwłasz­cza bez łez. Chcia­ła, żeby zro­zu­mia­ły kon­se­kwen­cje swo­je­go za­cho­wa­nia. Otrzą­snę­ła się i po­szła na górę do swo­je­go po­ko­ju.

Oskar od­wró­cił się ku sio­strze, szu­ka­jąc wspar­cia. Chciał z kimś po­dzie­lić po­czu­cie winy. Od­bił się jed­nak od ścia­ny: Vio­let­te, któ­ra nie była w sta­nie znieść czy­je­go­kol­wiek bólu, za­mknę­ła się w so­bie, nu­cąc ja­kąś nie­zna­ną pio­sen­kę i wpa­tru­jąc się nie­ru­cho­mo w pas ka­fel­ków nad zle­wo­zmy­wa­kiem.

Wes­tchnął i po­sta­no­wił od razu za­sto­so­wać się do proś­by mat­ki. Otwo­rzył drzwi, zszedł po kil­ku schod­kach wio­dą­cych w stro­nę furt­ki i... za­trzy­mał się jak wry­ty.

Przed nim stał czło­wiek, któ­ry był dla nie­go uoso­bie­niem nie­wia­ry­god­nej tę­po­ty, ocię­ża­ło­ści i pre­ten­sjo­nal­nych ma­nier: Bar­ry Hux­ley. Jego naj­więk­szą wadą było to, że krą­żył bez­wstyd­nie wo­kół Ce­lii. Co gor­sza Oskar po­dej­rze­wał, że mat­ka po­trak­to­wa­ła go ła­ska­wie i że zo­stał jej fa­ce­tem.

Oskar wy­chy­lił się nie­co – Bar­ry za­par­ko­wał swój wóz nie­mal na środ­ku uli­cy, tak żeby każ­dy mógł go po­dzi­wiać: ka­brio­let w od­lo­to­wym, spor­to­wym wy­da­niu, z moż­li­wie naj­więk­szą ilo­ścią da­ją­cych po oczach chro­mów i spoj­le­rów. Gdy­by to było moż­li­we, Bar­ry za­in­sta­lo­wał­by so­bie au­to­ma­tycz­ny alarm zwra­ca­ją­cy uwa­gę na jego sa­mo­chód na­wet wte­dy, kie­dy nie sie­dział za kie­row­ni­cą.

Męż­czy­zna po­chy­lił się nad Oska­rem z wy­so­ko­ści me­tra dzie­więć­dzie­się­ciu i zła­pał go w niedź­wie­dzi uścisk.

– No i co po­wiesz? – spy­tał, trą­ca­jąc go tak, jak­by po­trzą­sał drzew­kiem owo­co­wym. – Na­pę­dza­my ma­mie stra­cha, co? Cho­dzi­my na wa­ga­ry? Całe szczę­ście, że wa­sza mat­ka może na mnie li­czyć, kie­dy dzie­je się coś złe­go, co nie? Od razu do mnie za­dzwo­ni­ła i prze­cze­sa­łem całą dziel­ni­cę sa­mo­cho­dem, szu­ka­jąc was. Wie­dzia­łem, że cię znaj­dę.

Oskar wy­rwał się z na­chal­ne­go uści­sku.

– Chy­ba nie za­uwa­ży­łeś, je­ste­śmy już w domu i wca­le nas nie zna­la­złeś, sami wró­ci­li­śmy! Mama dzwo­ni­ła do cie­bie, żeby ci o tym po­wie­dzieć.

Bar­ry wziął się pod boki i zmie­rzył chłop­ca wzro­kiem od stóp do głów.

– Do­bra, po­wiedz le­piej, gdzie by­łeś, ru­dziel­cu? No? Na pew­no pro­wa­dza­łeś się z ja­kąś pa­nien­ką, co nie? – za­su­ge­ro­wał i pu­ścił do chłop­ca oko, sta­ra­jąc się wpro­wa­dzić kum­pel­ski na­strój. – Da­lej, przy­znaj się, dla nas fa­ce­tów to nor­mal­ka…

Wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem, któ­ry w ża­den spo­sób nie oka­zał się za­raź­li­wy. Oska­ro­wi wca­le nie było do śmie­chu, naj­chęt­niej kop­nął­by go w go­leń. Nie za­mie­rzał zwie­rzać się temu ty­po­wi. Prze­zy­wa­li go z Vio­let­te Pa­nem Co Nie. Każ­de „Co nie?”, któ­rym okra­szał swo­je wy­po­wie­dzi, bu­dzi­ło w chłop­cu bez­sil­ną wście­kłość.

– Nie – od­parł szyb­ko. – Mia­łem coś lep­sze­go do ro­bo­ty, ale to cię nie po­win­no in­te­re­so­wać.

– Mia­łeś coś lep­sze­go do ro­bo­ty niż za­ba­wa z pa­nien­ka­mi? Masz prze­cież trzy­na­ście lat, co nie... ? W two­im wie­ku nie ma nic lep­sze­go do ro­bo­ty! Tyl­ko za­ba­wa z pa­nien­ka­mi, co nie?

Oskar po­gar­dli­wie po­krę­cił gło­wą. Może i nie był cał­kiem obo­jęt­ny na wdzię­ki dziew­czyn – a przy­najm­niej jed­nej z nich – ale na szczę­ście miał też inne spra­wy na gło­wie. Choć­by kwe­stie zwią­za­ne z Za­ko­nem Me­dy­ku­sów. Bar­ry był ostat­nim czło­wie­kiem, z któ­rym miał­by ocho­tę o tym po­roz­ma­wiać. I nie był za­sko­czo­ny, że dla tego tę­pa­ka prio­ry­te­tem były pa­nien­ki.

– Lu­dzie po­zba­wie­ni mó­zgu może i nie mają nic lep­sze­go do ro­bo­ty – od­pa­lił bez na­my­słu. – Za­ję­ci są za­kła­da­niem cza­pek bejs­bo­lo­wych tył na przód i szpa­ner­ski­mi sa­mo­cho­da­mi.

Bar­ry na­gle prze­stał się uśmie­chać, zmie­nił się na twa­rzy. Oskar zro­zu­miał, że cel­nie tra­fił, i był z sie­bie na­wet za­do­wo­lo­ny. Głos mat­ki, któ­ry roz­legł się za jego ple­ca­mi, przy­wo­łał go do po­rząd­ku.

– Oskar, co tam ro­bisz? – spy­ta­ła Ce­lia, sto­jąc na pro­gu domu. – Wra­caj w tej chwi­li do środ­ka!

Orien­to­wa­ła się w prze­py­chan­kach po­mię­dzy Oska­rem a Bar­rym i wo­la­ła, żeby nie prze­by­wa­li ze sobą zbyt dłu­go sam na sam.

To było jed­nak sil­niej­sze od nie­go. Oskar wy­biegł szyb­ko na uli­cę.

– Po­wiem są­sia­dom, że nic się nie sta­ło, i za­raz wra­cam! – za­wo­łał w stro­nę mat­ki, uda­jąc, że nie sły­szy jej krzy­ków.

Od­wie­dził za­przy­jaź­nio­ne domy i wszę­dzie prze­pra­szał za zmar­twie­nie, któ­re­go był źró­dłem. Wie­dział do­sko­na­le, że miesz­kań­cy Kil­da­re Stre­et byli jak wiel­ka ro­dzi­na i wszyst­kie dzie­ci trak­to­wa­ne były tro­chę jak wspól­ne do­bro. Po śmier­ci taty on i Vio­let­te trak­to­wa­ni byli w spe­cjal­ny, uważ­ny spo­sób. Są­sie­dzi mu­sie­li na­praw­dę moc­no się o nich mar­twić i Oska­ro­wi za­le­ża­ło na tym, żeby ich wszyst­kich uspo­ko­ić.

Z naj­więk­szą chę­cią spę­dził­by wie­czór u O’Ma­ley­ów, co pro­po­no­wa­li mu za­rów­no Je­re­my, Barth, jak i ich ro­dzi­ce, któ­rzy za­pra­sza­li go na ko­la­cję. Mógł­by za­jąć się czym­kol­wiek, by­le­by tyl­ko nikt nie zmu­szał go do spę­dze­nia choć­by kil­ku chwil z Pa­nem Co Nie. Mama jed­nak nig­dy by mu nie wy­ba­czy­ła, gdy­by uciekł tego wie­czo­ru z domu. Mar­twi­ło ją, że nie lu­bił Bar­ry’ego Hux­leya. Nie mógł się zmu­sić do przy­jaź­ni ani po­dzi­wu dla tego czło­wie­ka, ale dzi­siaj mu­siał się po­sta­rać. Wró­cił do domu z du­szą na ra­mie­niu.

Przy­szedł w samą porę, by usiąść do sto­łu. Bar­ry na­le­gał, żeby usiadł koło nie­go. Mat­ka ką­tem oka ob­ser­wo­wa­ła jego re­ak­cję, nie mógł się za­tem sprze­ci­wić. Pan Co Nie miał chy­ba pa­mięć krót­ką jak ka­na­rek – jak­by za­po­mniał, co Oskar po­wie­dział pół go­dzi­ny wcze­śniej. Wci­snął chłop­cu na gło­wę swo­ją czap­kę bejs­bo­lo­wą. Oskar po­wstrzy­mał od­ru­cho­wą chęć ze­rwa­nia jej na­tych­miast z gło­wy. Vio­let­te, któ­ra wró­ci­ła wła­śnie na zie­mię po dłu­giej po­dró­ży do in­ne­go, nie­do­stęp­ne­go in­nym wy­mia­ru, ob­ser­wo­wa­ła go te­raz ze zdu­mie­niem.

– Od kie­dy za­czą­łeś no­sić taką czap­kę?

Po­trzą­snę­ła gło­wą nie­co skrzy­wio­na.

– Nie, ścią­gnij ją, pro­szę. Nie pa­su­je ci, wy­glą­dasz ja­koś mniej in­te­li­gent­nie, zu­peł­nie jak... jak...

Jej spoj­rze­nie spo­czę­ło na Bar­rym, jak­by wcze­śniej nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z jego obec­no­ści i do­pie­ro co go za­uwa­ży­ła.

– No więc... zu­peł­nie jak on.

Oskar nie wie­rzył wła­snym uszom. Miał strasz­ną ocho­tę się ro­ze­śmiać, a za­ra­zem miał wra­że­nie, że Vio­let­te na do­bre zwa­rio­wa­ła. Ce­lia po­trzą­snę­ła cór­ką.

– Vio­let­te, nie za­cho­wuj się, jak ktoś źle wy­cho­wa­ny!

Za­sko­czo­na dziew­czyn­ka wy­cią­gnę­ła rękę i do­tknę­ła owło­sio­ne­go ra­mie­nia Bar­ry’ego czub­kiem pal­ca wska­zu­ją­ce­go.

– No nie, to praw­dzi­wy Bar­ry?

Od­wró­ci­ła się w stro­nę bra­ta, było jej bar­dzo przy­kro.

– Po­my­śleć, że przed chwi­lą wy­tar­łam go z pa­mię­ci! – po­wie­dzia­ła naj­zu­peł­niej po­waż­nie. – Wi­dać nie do koń­ca to jesz­cze do­pra­co­wa­łam.

W od­po­wie­dzi Oskar wy­buch­nął grom­kim śmie­chem. Fakt, jego sio­stra cza­sem do­pro­wa­dza­ła go do sza­leń­stwa, ale w ta­kich sy­tu­acjach jak ta czuł, że ją po pro­stu uwiel­bia.

Ce­lia zde­ner­wo­wa­ła się.

– Ma­cie się na­tych­miast uspo­ko­ić, obo­je! Co się z wami dzi­siaj dzie­je? Osza­le­li­ście czy co?

Oskar miał za­miar coś po­wie­dzieć, ale mat­ka prze­rwa­ła mu w pół sło­wa.

– Ani sło­wa wię­cej! Ro­zu­miesz czy nie?

Bar­ry roz­parł się za­do­wo­lo­ny na krze­śle.

– Mó­wi­łem ci już tyle razy, Ce­lia, że po­zwa­lasz im na zbyt wie­le. Wi­dzisz, jak tyl­ko tro­chę przy­krę­cisz śru­bę, od razu wszyst­ko le­piej dzia­ła...

Ce­lia nic na to nie od­po­wie­dzia­ła. Bar­ry po­trak­to­wał to jak za­chę­tę i cią­gnął da­lej.

– Przy tej oka­zji mo­gła­byś im od razu po­wie­dzieć o na­szych pla­nach...

Spoj­rza­ła na nie­go ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Słu­chaj, chcia­ła­bym sama de­cy­do­wać, kie­dy po­wiem o tym moim dzie­ciom i...

– Ro­bisz za dużo za­mie­sza­nia w tej spra­wie, zu­peł­nie bez sen­su – skwi­to­wał Bar­ry, nie da­jąc jej do­koń­czyć zda­nia.

Oskar wstrzy­mał od­dech. Mie­li ja­kieś „pla­ny”? Mama i ten tam?... Przez chwi­lę miał naj­gor­sze po­dej­rze­nia, wo­lał jed­nak od­su­nąć je od sie­bie. Bar­ry zwró­cił się w stro­nę dzie­ci.

– Wa­sza mama i ja, my...

– Bar­ry, po­zwól, że ja to zro­bię – po­wie­dzia­ła Ce­lia.

Pan Co Nie wes­tchnął głę­bo­ko i za­czął so­bie oglą­dać pa­znok­cie. Ce­lia wpa­trzy­ła się w swój ta­lerz i ode­zwa­ła się do dzie­ci:

– Bar­ry był tak miły i za­pro­po­no­wał mi... eee...

Oskar nie wy­trzy­mał dłu­żej.

– Co ta­kie­go ci za­pro­po­no­wał?!

Krzyk­nął tak gło­śno, że Vio­let­te pod­sko­czy­ła na miej­scu.

– Wie do­sko­na­le, że cięż­ko pra­cu­ję, a to lato z pa­nem Gel­dho­fem było trud­ne do znie­sie­nia – wy­ja­śni­ła Ce­lia. – Za­pro­po­no­wał więc, że­by­śmy wy­je­cha­li gdzieś na kil­ka dni, abym mo­gła choć tro­chę od­po­cząć.

Oska­ro­wi wy­rwa­ło się gło­śne wes­tchnie­nie ulgi. Na­tych­miast jed­nak wy­obra­ził so­bie, że mama i Bar­ry wy­ja­dą gdzieś jak dwo­je za­ko­cha­nych (cięż­ko mu było na­wet po­my­śleć o tym sło­wie, a co do­pie­ro je wy­mó­wić) i ta myśl wy­da­ła mu się nie do znie­sie­nia.

Ku za­sko­cze­niu wszyst­kich pierw­sza za­re­ago­wa­ła Vio­let­te. Pod­sko­czy­ła na swo­im krze­śle i rzu­ci­ła się w stro­nę mat­ki.

– Mamo, po­je­dzie­cie sa­mo­cho­dem Bar­ry’ego?

Ce­lię za­nie­po­ko­ił dziw­ny wy­gląd cór­ki. Od­po­wie­dzia­ła nie­skład­nie:

– Jesz­cze nie pod­ję­li­śmy de­cy­zji, naj­pierw mu­szę się upew­nić, czy pani Or­fa­no­uda­kis lub pań­stwo O’Ma­ley mogą wziąć was na tro­chę do sie­bie, że­by­ście czu­li się do­brze i żeby to nie było dla was wiel­kim wy­rze­cze­niem...

– Co ty kom­bi­nu­jesz? – wtrą­cił się Bar­ry. – Dla­cze­go dla two­ich dzie­cia­ków to mia­ło­by być ja­kieś wy­rze­cze­nie?

– Mamo – po­wtó­rzy­ła Vio­let­te. – Czy po­je­dzie­cie jego sa­mo­cho­dem?

– Ależ tak – od­po­wie­dział Bar­ry, nie cze­ka­jąc na re­ak­cję Ce­lii. – To prze­cież su­per­bry­ka, co nie?... – do­dał, dum­ny, jak paw.

Vio­let­te ści­snę­ła dło­nie mat­ki.

– Ależ mamo, nie mo­żesz tak je­chać! Ten sa­mo­chód nie ma da­chu!

– Ko­cha­nie, co ty zno­wu wy­my­śli­łaś?!

– Kie­dy masz ja­kieś zmar­twie­nia – cią­gnę­ła Vio­let­te – albo kie­dy bra­ku­je nam pie­nię­dzy, ma­wiasz za­wsze: „To nic, dzie­ci, naj­waż­niej­sza rzecz w ży­ciu to mieć dach nad gło­wą!”. A sa­mo­chód Pana Co Nie...

– Czyj sa­mo­chód? – prze­rwał jej Bar­ry.

– … nie ma da­chu! – do­koń­czy­ła Vio­let­te, bar­dzo zmar­twio­na.

Ce­lia przy­mknę­ła oczy.

– Ależ to tyl­ko ta­kie po­wie­dze­nie, Vio­let­te... To ma zna­czyć, że masz dom, schro­nie­nie, ro­zu­miesz? Nie uda­waj dziec­ka, bar­dzo cię pro­szę!

Vio­let­te od­wró­ci­ła się w stro­nę Bar­ry’ego i przy­glą­da­ła mu się z wiel­ką uwa­gą.

– Po­patrz tyl­ko: on ma pu­sto w gło­wie, jest jak ten jego sa­mo­chód, brak mu da­chu nad gło­wą, to dla­te­go. Z nim nig­dy nie znaj­dziesz bez­piecz­ne­go schro­nie­nia. Nig­dy – do­da­ła ci­szej.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Vio­let­te wy­bie­gła z kuch­ni. Oskar cały się go­to­wał, jed­nak – zu­peł­nie wy­jąt­ko­wo – nie miał po­ję­cia, co po­wie­dzieć i jak sprze­ci­wić się wy­jaz­do­wi mamy z tym tę­pa­kiem, któ­re­go te­raz po pro­stu nie­na­wi­dził. Za­nim się ode­zwał, Ce­lia pró­bo­wa­ła prze­mó­wić mu do roz­sąd­ku:

– Słu­chaj, prze­cież tu nie cho­dzi o karę dla was, Bar­ry chce mi po pro­stu spra­wić przy­jem­ność i...

– Ale my już zo­sta­li­śmy uka­ra­ni jego obec­no­ścią! – po­wie­dział Oskar, wska­zu­jąc ru­chem gło­wy Bar­ry’ego.

Ce­lia nie zdą­ży­ła nic od­po­wie­dzieć, bo w tej sa­mej chwi­li do kuch­ni wpa­dła Vio­let­te. Pod­bie­gła do Bar­ry’ego, pod­nio­sła rękę z gum­ką i za­czę­ła ener­gicz­nie po­cie­rać jego skó­rę.

– Hej, co ty wy­pra­wiasz? Wy­ry­wasz mi wło­ski!

– O nie! – jęk­nę­ła Vio­let­te, strasz­li­wie roz­cza­ro­wa­na. – Zno­wu mi nie wy­szło, on tu cią­gle jesz­cze jest!

Nie bar­dzo wie­dzia­ła, co po­cząć, sta­ła przed Bar­rym, wy­ko­nu­jąc nie­sko­or­dy­no­wa­ne ru­chy rę­ka­mi.

Ce­lia mio­ta­ła się mię­dzy nimi ze łza­mi w oczach.

– Je­ste­ście zło­śli­wi i przy­no­si­cie mi wstyd! – po­wie­dzia­ła roz­trzę­sio­nym gło­sem.

Oskar spoj­rzał na Bar­ry’ego ze zło­ścią. To z jego po­wo­du mama po­wie­dzia­ła o nich coś, cze­go nig­dy wcze­śniej nie sły­sze­li.

Wstał i w mil­cze­niu wy­szedł z kuch­ni, a za nim sio­stra.

Dłu­gą chwi­lę sie­dział na pod­ło­dze w swo­im po­ko­ju, ko­piąc fut­bo­lów­kę. Kie­dy już miał do­syć rzu­ca­nia w my­ślach gro­mów na mat­kę i na tego kre­ty­na, wstał i wy­szedł na ko­ry­tarz. Wo­lał przejść się jesz­cze tro­chę po uli­cy niż na­tknąć się zno­wu gdzieś w domu na Bar­ry’ego Hux­leya. Było jesz­cze ja­sno, a Ce­lia po­zwo­li­ła im wy­cho­dzić z domu wie­czo­rem. Wie­dzia­ła do­brze, że w oko­li­cy nic im nie gro­zi.

Prze­chy­lił się przez po­ręcz i spraw­dził, czy dro­ga jest wol­na. Już miał zejść na dół, zmie­nił jed­nak zda­nie i zaj­rzał do po­ko­ju Vio­let­te. Ser­ce mu się ści­snę­ło i zmie­nił pla­ny. Prze­szła mu chęć, żeby wyjść na dwór.

Wszedł do jej po­ko­ju, za­mknął bez­sze­lest­nie drzwi i usiadł bli­sko niej, na łóż­ku.

– Vio­let­te! – po­wie­dział, jak gdy­by przy­wo­ły­wał ją z ja­kiejś od­le­głej pla­ne­ty.

Vio­let­te sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo na łóż­ku z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, wpa­trzo­na w okno i da­lej, w czer­wie­nie­ją­ce nie­bo. Jej twarz ota­cza­ła gum­ka, któ­ra przy­trzy­my­wa­ła otwar­tą książ­kę peł­nią­cą funk­cję na­kry­cia gło­wy. W su­mie wy­glą­da­ło to dość za­baw­nie i Oskar się uśmiech­nął. Vio­let­te od­wró­ci­ła się ku nie­mu i tak­że uśmiech­nę­ła się do nie­go, co nie­co roz­po­go­dzi­ło jej smut­ną twarz.

– Masz ra­cję – po­wie­dział Oskar, pa­trząc na książ­kę, roz­ło­żo­ną na jej gło­wie. – Dzię­ki temu za­wsze masz ja­kiś dach nad gło­wą.

Sio­stra zdję­ła gum­kę z gło­wy i po­chy­li­ła się w jego stro­nę.

– Chcesz się tu­taj schro­nić ra­zem ze mną?

Oskar za­wa­hał się przez chwi­lę, wzru­szył ra­mio­na­mi, w koń­cu przy­su­nął gło­wę do ucha Vio­let­te.

– Niech bę­dzie! – po­wie­dział, cho­wa­jąc się pod da­szek z książ­ki. – Po­bę­dzie­my tu­taj ra­zem.

UKŁAD

Li­mu­zy­na wy­do­sta­ła się z za­kor­ko­wa­nych ulic cen­trum mia­sta. Męż­czy­zna wy­god­nie roz­par­ty na tyl­nym sie­dze­niu nie­cier­pli­wił się.

– Ależ ty się wle­czesz! Nie mo­żesz do­dać tro­chę gazu? Chy­ba nie bę­dzie­my tak je­chać do wie­czo­ra, co? Nie mam po­ję­cia, dla­cze­go wła­ści­wie przy­ją­łem cię do pra­cy, Si­lvio. Je­steś fa­tal­nym szo­fe­rem... Na­stęp­nym ra­zem to ja usią­dę za kie­row­ni­cą, na pew­no pój­dzie dużo szyb­ciej.

Si­lvio zer­k­nął w lu­ster­ko: jego pa­sa­żer nie­mal le­żał na sie­dze­niu. Każ­de­go dnia z co­raz więk­szym tru­dem zno­sił jego skrzy­wio­ną twarz i agre­syw­ne spoj­rze­nie. Był tyl­ko szo­fe­rem, ale od sa­me­go po­cząt­ku gar­dził tym aro­ganc­kim fa­ce­tem, któ­ry w jego oczach nie miał żad­nej war­to­ści. Jego pra­co­daw­ca re­pre­zen­to­wał ten ro­dzaj czło­wie­ka, któ­ry są­dzi, że pie­nią­dze otwie­ra­ją wszyst­kie drzwi i po­zwa­la­ją na wszyst­ko, łącz­nie z bra­kiem sza­cun­ku. Nie miał jed­nak więk­sze­go wy­bo­ru: – po­trze­bo­wał tej pra­cy. Po­wścią­gnął złość, nie ode­zwał się ani sło­wem i przy­spie­szył nie­co.

Sa­mo­chód opu­ścił mia­sto i je­chał jesz­cze do­bry kwa­drans pu­stą dro­gą, wi­ją­cą się po­śród pól, póź­niej przez las. W koń­cu do­je­cha­li do ogro­dze­nia ja­kiejś po­sia­dło­ści. Po­ru­sza­li się wzdłuż wy­so­kie­go i ciem­ne­go, ka­mien­ne­go muru, na­je­żo­ne­go ster­czą­cy­mi, ostry­mi ka­wał­ka­mi szkła z po­tłu­czo­nych bu­te­lek, tak, by nikt nie mógł przejść górą. Sa­mo­chód za­trzy­mał się przed bra­mą z ku­te­go że­la­za.

Fa­cet z tyl­ne­go sie­dze­nia otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du wście­kłym ru­chem i wy­siadł. Za­pu­kał w szy­bę i Si­lvio otwo­rzył ją, wle­pia­jąc wzrok pro­sto przed sie­bie.

– Za­cze­kaj na mnie tu­taj – wark­nął jego szef. – Zro­zu­mia­łeś? Je­śli nie za­sta­nę cię tu, kie­dy wyj­dę, bę­dziesz mógł so­bie po­szu­kać in­nej ro­bo­ty!

Si­lvio bez sło­wa na­ci­snął gu­zik i szy­ba się pod­nio­sła.

Czło­wiek na ze­wnątrz wy­mam­ro­tał jesz­cze ja­kieś groź­by i zbli­żył się do bra­my. Za­dzwo­nił i spoj­rzał w stro­nę ka­me­ry nad wej­ściem, któ­ra wy­da­wa­ła się go ob­ser­wo­wać.

W do­mo­fo­nie za­brzmiał no­so­wy głos:

– Kto tam?

– Je­stem umó­wio­ny z pa­nem Wor­mem! – po­wie­dział krót­ko czło­wiek przed bra­mą. – Pro­szę mi otwo­rzyć.

Mi­nę­ło kil­ka chwil, któ­re oka­za­ły się dla nie­go zbyt dłu­gie, na­ci­snął więc zno­wu dzwo­nek. Jed­no ze skrzy­deł bra­my uchy­li­ło się, skrzy­piąc. Męż­czy­zna od­wró­cił się i po raz ostat­ni spoj­rzał w kie­run­ku szo­fe­ra, po­tem znik­nął za bra­mą.

Ro­zej­rzał się do­oko­ła: za ple­ca­mi miał ten nie­zbyt przy­jem­nie wy­glą­da­ją­cy mur, przed nim zaś roz­cią­ga­ły się gę­ste za­ro­śla o ciem­no­czer­wo­nych li­ściach. Ru­szył na­przód wy­gra­co­wa­ną alej­ką. Za­uwa­żył na niej śla­dy opon sa­mo­cho­do­wych i klął pod no­sem:

– Do dia­bła, mógł­by mnie tu wpu­ścić sa­mo­cho­dem, po­bru­dzę buty i spodnie… Da­łem for­tu­nę za ten gar­ni­tur!

Po­gła­dził z sa­tys­fak­cją ma­te­riał i po­szedł da­lej.

Kie­dy mi­nął za­gaj­nik, sta­nął zu­peł­nie za­sko­czo­ny. Znaj­do­wał się kil­ka ki­lo­me­trów za Ple­asan­tvil­le, tym­cza­sem przed nim wy­ra­stał z zie­mi praw­dzi­wy szkoc­ki za­mek, ozdo­bio­ny wie­życz­ka­mi, oto­czo­ny mu­rem, zwień­czo­nym blan­ka­mi, z wą­ski­mi okna­mi w wy­nio­słych fa­sa­dach! Opo­wia­da­no mu wcze­śniej o „neo­go­tyc­kiej sie­dzi­bie z cza­sów re­ne­san­su”, ale po­nie­waż nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, co to mo­gło ozna­czać – i miał to w głę­bo­kim po­wa­ża­niu – nie spo­dzie­wał się, że zo­ba­czy ufor­ty­fi­ko­wa­ny za­mek. W cie­niu lasu, ciem­ny ka­mień ele­wa­cji po­rósł mchem, co spra­wia­ło, że bu­dow­la wy­da­wa­ła się jesz­cze bar­dziej po­nu­ra. Miał wra­że­nie, że noc za­pa­da tu­taj wcze­śniej niż w ca­łej oko­li­cy.

Wszedł ostroż­nie po śli­skich, ka­mien­nych stop­niach i zbli­żył się do drzwi. Wziął do ręki że­la­zną ko­łat­kę w kształ­cie dło­ni i gło­śno za­stu­kał kil­ka razy.

– Pro­szę za­cze­kać.

Pod­sko­czył na dźwięk gło­su chry­pią­ce­go w ko­lej­nym do­mo­fo­nie. Był na sie­bie zły z tego po­wo­du i miał na­dzie­ję, że nikt inny nie za­uwa­żył tego na ja­kimś kon­tro­l­nym mo­ni­to­rze.

Nie­dłu­go póź­niej – czas ten dłu­żył mu się jak wiecz­ność – drzwi uchy­li­ły się au­to­ma­tycz­nie.

Wszedł do środ­ka, drzwi za jego ple­ca­mi za­trza­snę­ły się z głu­chym hu­kiem i po­grą­żył się w ciem­no­ściach ogrom­ne­go hal­lu. Świa­tło dzien­ne z tru­dem prze­są­cza­ło się przez spły­wa­ją­ce z bar­dzo wy­so­ka czar­ne por­tie­ry. Zro­bił kil­ka kro­ków, któ­re od­bi­ły się gło­śnym echem na – oczy­wi­ście czar­nym – mar­mu­rze po­sadz­ki. W tej po­nu­rej sie­dzi­bie wszyst­ko chy­ba było czar­ne. Prze­szedł da­lej, by do­trzeć do le­żą­ce­go po­środ­ku po­miesz­cze­nia dy­wa­nu w ko­lo­rze oło­wiu. Miał na­dzie­ję, że na dy­wa­nie skó­rza­ne po­de­szwy jego szy­tych na mia­rę bu­tów, z któ­rych był taki dum­ny, prze­sta­ną roz­pacz­li­wie skrzy­pieć. Pod­niósł gło­wę – ka­se­to­no­wy pla­fon po­kry­ty srebr­no-czar­ny­mi ma­lo­wi­dła­mi wy­da­wał się nie­do­sięż­ny. Tuż pod nim wi­dać było bie­gną­cy wzdłuż ścian i na­da­ją­cy cha­rak­ter ca­łe­mu wnę­trzu bo­ga­to rzeź­bio­ny bal­kon, ozdo­bio­ny ko­lum­na­mi z he­ba­nu. Wy­da­ło mu się, że z tyłu, za ko­lum­na­mi, do­strze­ga po­ja­wia­ją­ce się i zni­ka­ją­ce jak du­chy cie­nie.

Dla­cze­go pa­nu­je tu taka ci­sza i ta­kie ciem­no­ści?

Miał wra­że­nie, że zna­lazł się w ko­ście­le albo – jesz­cze go­rzej – w klasz­to­rze. Oględ­nie mó­wiąc, męż­czy­zna nie był spe­cjal­nie re­li­gij­ny, ani za­in­te­re­so­wa­ny me­dy­ta­cją. Kie­dy tyl­ko się wzbo­ga­cił, w pierw­szym swo­im od­ru­chu sta­rał się, żeby wszy­scy to do­strze­gli i o tym sły­sze­li. Za­sta­na­wiał się, dla­cze­go Worm nie miesz­kał – po­dob­nie jak on sam – w naj­lep­szej dziel­ni­cy mia­sta, Worm, któ­ry był wła­ści­cie­lem licz­nych za­kła­dów che­micz­nych w Eu­ro­pie Wschod­niej i z pew­no­ścią wła­dał ol­brzy­mią for­tu­ną. Mu­sia­ła być znacz­nie więk­sza niż jego wła­sny ma­ją­tek. Po­krę­cił gło­wą: co za mar­no­traw­stwo, do­praw­dy... Nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że on sam wie­dział­by, jak wy­ko­rzy­stać taką kasę. Ten idio­ta mógł­by so­bie fund­nąć naj­bar­dziej wy­pa­sio­ną cha­tę w mie­ście! – po­my­ślał.

W hal­lu pa­no­wa­ła nie­zwy­kła ci­sza. Zda­wa­ło mu się, że sły­szy swój wła­sny od­dech. At­mos­fe­ra nie była jed­nak szcze­gól­nie miła i przy­tul­na, prze­ciw­nie, wy­da­wa­ło się, że od daw­na – ba! od za­wsze – wisi tu w po­wie­trzu coś cięż­kie­go.

W koń­cu ja­kiś dźwięk prze­rwał ci­szę – był to sze­lest ma­te­ria­łu, do­cho­dził z góry.

Pod­niósł wzrok: ja­kaś ko­bie­ta w dłu­giej suk­ni mi­ja­ła ko­lej­ne ko­lum­ny na bal­ko­nie. Szła szyb­kim i lek­kim kro­kiem. Cof­nął się nie­co, by le­piej się jej przyj­rzeć. Wi­dział jed­nak tyl­ko po­ły­sku­ją­cy ciem­ny ma­te­riał i dłoń prze­su­wa­ją­cą się po ba­lu­stra­dzie.

– Hej tam, niech się pani za­trzy­ma na chwi­lę! – za­wo­łał do niej, jak­by zwra­cał się do han­dlar­ki ryb na tar­gu przy Bond Stre­et. Za­po­mniał, że był w tym domu go­ściem.

Ko­bie­ta szła da­lej, wy­pro­sto­wa­na jak świe­ca, zwol­ni­ła tyl­ko tro­chę kro­ku i od­wró­ci­ła gło­wę. Za­gad­nął ją zno­wu.

– Czy mo­gła­by pani za­wo­łać pana Wor­ma? Ja...

Nie skoń­czył zda­nia. Ko­bie­ta prze­su­nę­ła się do przo­du na tyle, że jej twarz oświe­tlił nie­śmia­ły pro­mień świa­tła, któ­ry prze­do­stał się przez za­mknię­te okien­ni­ce. Za­tka­ło go, kie­dy uj­rzał jej oczy – czar­ne, głę­bo­kie i wspa­nia­łe. Było w tym spoj­rze­niu dużo wdzię­ku, ale i dużo smut­ku. Mia­ły dziw­nie lo­do­wa­ty wy­raz. Zu­peł­nie jak­by ko­bie­ta była czę­ścio­wo mar­twa.

– Prze­pra­szam bar­dzo – ją­kał się. – Ja... by­łem umó­wio­ny...

Stwier­dził, że ko­bie­ta ma ra­czej mło­de rysy twa­rzy. Za­uwa­żył wy­so­kie ko­ści po­licz­ko­we i wło­sy upię­te ni­sko na kar­ku. Wy­da­ła mu się bar­dzo pięk­na, mimo że jej twarz tak­że była zga­szo­na. Męż­czy­zna do­strze­gał jed­nak tyl­ko ład­ną ko­bie­tę, któ­rą być może da się ocza­ro­wać. Wy­piął sze­ro­ki tors i po­słał jej nie­przy­zwo­ity uśmiech.

– Je­śli Wor­ma nie ma w domu, może by go pani mo­gła za­stą­pić. Je­stem pe­wien, że mie­li­by­śmy so­bie mnó­stwo do po­wie­dze­nia.

– Pan Worm za­raz pana przyj­mie.

Głos do­cho­dził z tyłu. Od­wró­cił się gwał­tow­nie: po środ­ku hal­lu sta­ła nie­ru­cho­mo ja­kaś ko­bie­ta w far­tusz­ku. Zno­wu spoj­rzał na bal­kon. Nie było tam już ni­ko­go, ko­bie­ta znik­nę­ła. Bez­czel­nym ru­chem wy­cią­gnął pa­lec w kie­run­ku ko­lum­na­dy, za któ­rą znik­nę­ła po­dzi­wia­na przez nie­go przed chwi­lą pięk­na nie­zna­jo­ma.

– Co to za jed­na?

Słu­żą­ca sta­ła sztyw­no i bez ru­chu. Naj­chęt­niej bez cie­nia li­to­ści od­pro­wa­dzi­ła­by tego źle wy­cho­wa­ne­go czło­wie­ka do drzwi i wy­pro­si­ła go z domu. Nie­ste­ty, go­spo­darz cze­kał na nie­go.

– Pan Worm nie ma żad­nych go­ści! – po­wie­dzia­ła oschłym to­nem.

Przez chwi­lę wpa­try­wał się jesz­cze w bal­kon, po­tem zre­zy­gno­wa­ny od­wró­cił się w stro­nę słu­żą­cej.

– Do­brze, niech mnie pani pro­wa­dzi do sze­fa! – rzu­cił po­gar­dli­wym to­nem.

Mi­nę­li drzwi i ru­szy­li na górę krę­ty­mi scho­da­mi, któ­re znaj­do­wa­ły się w na­roż­nej wie­ży. We­szli na trze­cie pię­tro.

Kie­dy szli ko­ry­ta­rzem, męż­czy­zna ze zło­śli­wą ra­do­ścią stu­kał ob­ca­sa­mi po par­kie­cie. W koń­cu jego prze­wod­nicz­ka za­trzy­ma­ła się przed wy­so­ki­mi, lśnią­cy­mi drzwia­mi. Dys­kret­nie za­pu­ka­ła.

– Niech go pani wpu­ści! – po­wie­dział ktoś po dru­giej stro­nie.

Ko­bie­ta otwo­rzy­ła drzwi i od­da­li­ła się ci­chym kro­kiem, nie od­zy­wa­jąc się już ani sło­wem do go­ścia.

Ten zaś wszedł do ga­bi­ne­tu, któ­ry wy­da­wał się cią­gnąć wzdłuż ca­łej fa­sa­dy zam­ku. Do­my­ślać się tego moż­na było jed­nak tyl­ko z ukła­du okien, za­sło­ny były bo­wiem za­cią­gnię­te i ni­cze­go nie moż­na było do­strzec przez okna. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła była lamp­ka świe­cą­ca sła­bym bla­skiem na biur­ku w głę­bi mrocz­ne­go po­miesz­cze­nia.

– Pro­szę usiąść! – po­wie­dział ktoś lek­ko no­so­wym gło­sem.

– Gdzie pan się po­dzie­wa, Worm? Nic nie wi­dzę w tej ciem­ni­cy! Jak pan w ogó­le może żyć tu­taj i od­wa­lać ja­ką­kol­wiek ro­bo­tę? Niech pan tu tro­chę prze­wie­trzy, sta­ry, nie moż­na tkwić w ta­kim za­mknię­ciu, za­ple­śnie­je pan!...

Męż­czy­zna ru­szył w kie­run­ku pierw­sze­go z brze­gu okna i wy­cią­gnął ręce, żeby od­su­nąć za­sło­ny.

– Niech pan ni­cze­go nie do­ty­ka. Pro­szę usiąść.

Worm wy­ło­nił się z pół­cie­nia. Mimo bra­ku do­brych ma­nier, gość po­czuł, że trze­ba usłu­chać. Bez dys­ku­sji. Ob­ser­wo­wał pana tego domu: w żół­ta­wej po­świa­cie lam­py od­ci­nał się wy­raź­nie jego ostry pro­fil. Miał dłu­gi nos, bę­dą­cy prze­dłu­że­niem li­nii czo­ła, przy­mru­żo­ne oczy, rzad­kie si­wie­ją­ce wło­sy, któ­re gdzie nie­gdzie za­cho­wa­ły jesz­cze brą­zo­wa­wy od­cień. No­sił ma­ry­nar­kę ze stój­ką. Flet­cher Worm, czło­nek Ra­dy­Naj­wyż­szej Me­dy­ku­sów, po­ło­żył dłoń na biur­ku i gość był za­sko­czo­ny, wi­dząc, jak bar­dzo prze­zro­czy­sta była jego skó­ra. Moż­na było do­strzec wszyst­kie żył­ki na jego pal­cach.

Worm za­siadł za biur­kiem w skó­rza­nym fo­te­lu z wy­so­kim opar­ciem.

Jego gość usiadł na niż­szym sie­dzi­sku. Czyż­by był to ce­lo­wy za­bieg, aby ktoś sie­dzą­cy na tym miej­scu po­czuł od razu, że jest na słab­szej po­zy­cji? Chęt­nie pod­niósł­by się z po­wro­tem, by zdo­mi­no­wać swo­ją ma­syw­ną i sil­ną syl­wet­ką szczu­płą po­stać Wor­ma, ale nie od­wa­żył się tego zro­bić. Czło­nek Rady był waż­ną oso­bi­sto­ścią, a jego wpły­wy się­ga­ły da­le­ko poza gra­ni­ce mia­sta. Nadal jesz­cze nie miał po­ję­cia, dla­cze­go zo­stał za­pro­szo­ny na to spo­tka­nie, był jed­nak prze­ko­na­ny, że może dużo zy­skać, do­ga­du­jąc się z Wor­mem i ma­jąc jego po­par­cie. Męż­czy­zna wie­dział do­brze, że bio­rąc pod uwa­gę jego wąt­pli­we in­te­re­sy, każ­de wspar­cie może się oka­zać cen­ne, zwłasz­cza pły­ną­ce ze stro­ny Rady Naj­wyż­szej… Cze­kał, aż Worm za­cznie roz­mo­wę. Nie trwa­ło to dłu­go.

– Ro­zu­miem do­brze pana re­ak­cję – po­wie­dział Worm. – Wszyst­ko to musi się panu wy­da­wać bar­dzo... smut­ne i po­nu­re w po­rów­na­niu z pana pięk­nym do­mem.

Męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się z dumą, nic nie spra­wia­ło mu więk­szej ra­do­ści niż moż­li­wość mó­wie­nia o so­bie sa­mym i prze­chwa­la­nie się swo­imi pie­niędz­mi.

– No, je­śli już o tym mowa, to fak­tycz­nie, mam nie­zły dom! Musi mnie pan kie­dyś od­wie­dzić, pan i pań­ska pięk­na żona.

Na wzmian­kę o żo­nie Worm na krót­ką chwi­lę ze­sztyw­niał, po­tem jed­nak zno­wu usiadł spo­koj­nie.

– Ale uwa­ga! Bę­dzie pan mu­siał za­brać ze sobą oku­la­ry sło­necz­ne, bo u mnie jest in­a­czej, niż tu­taj! – do­dał, roz­glą­da­jąc się po po­ko­ju. – Smut­ne ob­ra­zy, po­nu­re dy­wa­ny, bor­do­we ak­sa­mit­ne fo­te­le, to nie w moim sty­lu, wie pan. U mnie wszyst­ko jest na błysk!

Wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem, a Worm uśmiech­nął się tak­że prze­lot­nie, za­nim się zno­wu ode­zwał.

– Oczy­wi­ście. Wszyst­ko na wiel­ki błysk, tak jest. To musi być cu­dow­na od­mia­na, dla ta­kich lu­dzi, jak pan.

Mu­sia­ło mi­nąć kil­ka chwil, za­nim jego roz­mów­ca za­uwa­żył uszczy­pli­wość.

– Za kogo się pan ma, Worm? – wrza­snął, pro­stu­jąc się. – Lu­dzie, tacy jak ja, jak pan mówi, mają pra­wie tyle samo kasy, co pan, zro­zu­mia­no?... Tyle tyl­ko, że my nie tkwi­my w ciem­nym gro­bow­cu, my umie­my ko­rzy­stać z tych pie­nię­dzy! U nas w domu jest wię­cej lamp niż ta biur­ko­wa ża­rów­czy­na!...

Na twa­rzy Wor­ma nadal wid­niał lek­ki uśmiech.

– Może i ma pan tyle samo pie­nię­dzy, jed­nak nie za­ro­bi­li­śmy ich w ten sam spo­sób, ot, cała róż­ni­ca.

Męż­czy­zna sko­czył na rów­ne nogi i wy­cią­gnął w stro­nę Wor­ma za­ci­śnię­tą pięść.

– Worm, je­śli ścią­gnął mnie pan tu­taj, żeby mnie ob­ra­żać, to...

– Niech pan się uspo­koi! – uciął Worm. – Zu­peł­nie mnie nie in­te­re­su­je po­cho­dze­nie pań­skiej for­tu­ny. Je­śli mó­wię o róż­ni­cy, mam na my­śli to, że nikt nie pro­wa­dzi śledz­twa na te­mat po­cho­dze­nia mo­ich pie­nię­dzy, cze­go nie da się, nie­ste­ty, po­wie­dzieć o panu.

Męż­czy­zna oparł się obie­ma rę­ka­mi o biur­ko i po­chy­lił się w stro­nę Wor­ma z groź­nym, ale i jed­no­cze­śnie za­nie­po­ko­jo­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Co pan su­ge­ru­je? Że to­czy się ja­kieś śledz­two na mój te­mat? To groź­ba? Mam to gdzieś!...

– To nie jest groź­ba, tyl­ko fakt, i nie po­wi­nien pan mieć tego gdzieś. Nie­ba­wem może się pan obu­dzić z ręką w noc­ni­ku. A ja spro­wa­dzi­łem pana tu­taj z przy­jaź­ni i żeby pana ostrzec. Jest pan jed­nym z na­szych, je­śli mnie pa­mięć nie myli. Mam kil­ku wy­so­ko po­sta­wio­nych przy­ja­ciół, któ­rzy mnie ostrze­gli, i prze­ka­zu­ję to panu. Może się pan uwa­żać za szczę­ścia­rza.

Worm po­zwo­lił, aby jego gość prze­tra­wił tę wia­do­mość. Ten ostat­ni od­wró­cił się i ob­ser­wo­wał przez chwi­lę ta­pe­ty, bo­aze­rie i szwaj­car­ski ze­gar, któ­ry ty­kał upar­cie i rów­no­mier­nie. Ga­bi­net wy­dał mu się jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cy niż w chwi­li, kie­dy tu wcho­dził. Po­pa­trzył na Wor­ma.

– Czy to wszyst­ko, co mi pan chciał po­wie­dzieć?

– Nie – od­parł Worm. – Mam panu wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia, na mocy na­szej przy­jaź­ni i so­li­dar­no­ści. Je­śli pan ze­chce, po­mo­gę panu zro­bić po­rzą­dek z tymi plot­ka­mi i z ludź­mi, któ­rzy za bar­dzo wo­kół pana wę­szą. Mogę też za­pro­po­no­wać panu ochro­nę, je­śli ktoś pana za­ata­ku­je.

Męż­czy­zna wal­nął moc­no pię­ścią w biur­ko.

– Oto moja ochro­na. Niech mi pan wie­rzy, nie po­trze­bu­ję żad­nej in­nej. To za­wsze świet­nie dzia­ła­ło.

Worm za­re­ago­wał szyb­ciej niż błysk gro­mu. Wy­cią­gnął na­gle rękę spod biur­ka, schwy­cił pięść go­ścia i ści­snął tak moc­no, że ten ostat­ni krzyk­nął z bólu. Po­tem pu­ścił, a męż­czy­zna cof­nął się, za­sko­czo­ny. Nig­dy nie spo­dzie­wał­by się ta­kiej siły po szczu­płych pal­cach człon­ka Rady Naj­wyż­szej, któ­ry mu­siał być prze­cież od nie­go star­szy o ja­kieś trzy­dzie­ści lat.

– Wi­dzi pan sam, jak jest – po­wie­dział Worm. – To jed­nak nie za­wsze dzia­ła. Tym bar­dziej w pań­skiej sy­tu­acji. Mają na pana do­syć ma­te­ria­łów, żeby wsa­dzić pana do wię­zie­nia na wie­le lat.

Męż­czy­zna od­da­lił się nie­co od biur­ka, nie­uf­nie ma­su­jąc rękę. Mio­ta­ła nim chęć zmiaż­dże­nia sta­re­go pier­ni­ka, za­ra­zem jed­nak po­dej­rze­wał, że musi za­cho­wać ostroż­ność, sko­ro nie do­ce­nił jego siły fi­zycz­nej.

– Wo­bec tego w jaki spo­sób może mi pan po­móc?

– Jest pe­wien czło­wiek, któ­ry może pana z tego wy­do­być jed­nym ru­chem ręki.

Jed­nym ru­chem ręki. Worm po­pa­trzył na obo­la­łą dłoń swo­je­go roz­mów­cy i uśmiech­nął się. Męż­czy­zna nie zro­zu­miał jed­nak sub­tel­nej gry słów.

– W po­rząd­ku, niech pan so­bie ze mnie nie kpi, pro­szę mó­wić ja­śniej!

– Bra­ve! – rzu­cił krót­ko Flet­cher Worm.

– Win­ston Bra­ve? Wiel­ki Mistrz? O nim mogę za­po­mnieć. Znam go, pró­bo­wa­łem się z nim umó­wić, żeby bro­nił mnie w... po­wiedz­my w in­nej spra­wie, ale wy­piął się na mnie.

– To naj­lep­szy ad­wo­kat w mie­ście, po­trze­bu­je pan ko­goś ta­kie­go. Po­roz­ma­wiam z nim, przy­po­mnę mu, ja­kie łą­czą nas wię­zy. Nie od­mó­wi po­mo­cy za­gro­żo­ne­mu Me­dy­ku­so­wi. Nie­za­leż­nie od tego, kim jest ten Me­dy­kus! – do­dał Worm, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem sto­ją­ce­go przed nim męż­czy­znę.

Ten na­my­ślał się przez kil­ka mi­nut. W jego oczach za­pło­nę­ły zło­śli­we ogni­ki.

– No cóż, owszem, ma pan ra­cję – może zro­bi tę grzecz­ność in­ne­mu Me­dy­ku­so­wi. To po­zwo­li na­pra­wić nie­co błę­dy, ja­kie po­peł­nił.

Worm wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu i po­pa­trzył na go­ścia py­ta­ją­co. Ten wy­ja­śnił, co miał na my­śli:

– Po­dob­no zgo­dził się wziąć pod swo­je skrzy­dła mło­de­go Pil­la. Zda­je pan so­bie spra­wę? Człon­ka ro­dzi­ny Pil­lów! A prze­cież to na­zwi­sko zo­sta­ło wy­tar­te, a Tro­fea ojca zo­sta­ły...

– Wiem! – uciął Worm.

– Mógł­bym to wy­ko­rzy­stać, co? Nie będę o tym ni­ko­mu opo­wia­dał, je­śli zgo­dzi się pod­jąć mo­jej obro­ny!

Worm zbył te sło­wa ru­chem ręki.

– Wszy­scy już o tym wie­dzą. Win­ston Bra­ve jest bar­dzo ce­nio­nym Wiel­kim Mi­strzem, wszy­scy da­rzą go za­ufa­niem i wie­rzą, że po­dej­mu­je słusz­ne de­cy­zje.

Męż­czy­zna za­chi­cho­tał i wy­mi­nął biur­ko, by zbli­żyć się do Wor­ma.

– „Bar­dzo ce­nio­ny Wiel­ki Mistrz”... Wi­dzę, że nie spra­wia to panu przy­jem­no­ści, co, Worm? Coś mi się wi­dzi, że nie­chęt­nie pan to przy­zna­je.

Worm pod­niósł się wol­no z miej­sca, ale usiadł z po­wro­tem.

– Je­śli o mnie cho­dzi, mam do nie­go cał­ko­wi­te za­ufa­nie – po­wie­dział, za­cho­wu­jąc zim­ną krew. – I mam wra­że­nie, że on tak­że mi ufa. Wiem, że je­śli po­mó­wię z nim o pana spra­wie, po­mo­że panu. Jest lo­jal­ny. Niech pan bie­rze z nie­go przy­kład, oszczę­dzi pan so­bie wie­lu kło­po­tów. To tyle. Je­śli woli pan ra­dzić so­bie z tym pro­ble­mem sa­mo­dziel­nie, nie będę pana dłu­żej za­trzy­my­wał.

Worm ru­szył ze swo­im go­ściem w stro­nę drzwi. Męż­czy­zna chwy­cił go za ra­mię, cof­nął jed­nak szyb­ko rękę pod wpły­wem spoj­rze­nia człon­ka Rady.

– Zgo­da, Worm – ska­pi­tu­lo­wał. – Niech bę­dzie. Cze­go pan chce w za­mian? Bo ro­zu­miem, że to ja­kaś wy­mia­na, praw­da? Pa­mię­ta pan chy­ba, że jest pan moim dłuż­ni­kiem? Zro­bi­łem panu pew­ną przy­słu­gę kil­ka lat temu... Czy mu­szę panu od­świe­żyć pa­mięć?

Worm po­pra­wił so­bie man­kie­ty. Stał sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny.

– Nic od pana nie chcę w za­mian, prze­ciw­nie, to nie ko­niec mo­je­go wspar­cia. Mam dla pana pew­ną pro­po­zy­cję.

Męż­czy­zna po­pa­trzył na nie­go po­dejrz­li­wie.

– Chy­ba nie sko­rzy­stam z tego wspar­cia. Nie mogę nad­uży­wać pana grzecz­no­ści.

– Niech się pan nie oba­wia. Zresz­tą, nie cho­dzi tu­taj o pana.

– To o kogo cho­dzi?

– Tym ra­zem chcę po­móc pań­skie­mu dziec­ku.

– Mo­je­mu dziec­ku? Ależ...

Worm pod­pro­wa­dził go z po­wro­tem w stro­nę fo­te­la.

– Ma pan jesz­cze parę chwil? Mogę panu za­pro­po­no­wać coś do pi­cia?

Kie­dy w koń­cu otwo­rzy­ły się drzwi i męż­czy­zna wy­szedł z ga­bi­ne­tu, prze­peł­nia­ła go sa­tys­fak­cja i za­ra­zem wąt­pli­wo­ści.

– Kie­dy?

– Ju­tro – od­parł Flet­cher Worm. – Im wcze­śniej, tym le­piej.

Męż­czy­zna za­wa­hał się, a po­tem kiw­nął gło­wą.

– Nie je­stem idio­tą, Worm, a w każ­dym ra­zie nie ta­kim, za ja­kie­go mnie pan ma. Nie jest pan in­sty­tu­cją cha­ry­ta­tyw­ną i po­dej­rze­wam, że pana pro­po­zy­cja nie jest wca­le bez­in­te­re­sow­na. Za­le­ży mi na moim chło­pa­ku i może pan być pe­wien, że będę miał pana na oku.

– Pro­szę się nie oba­wiać, to może mu przy­nieść tyl­ko ko­rzyść.

– Ale uwa­ga! – przy­po­mniał męż­czy­zna. – Coś za coś.

– Ju­tro po­mó­wię o panu z Bra­ve’em.

Gość miał już wyjść, cof­nął się jed­nak w ostat­niej chwi­li.

– Worm?

Czło­nek Rady za­siadł już w swo­im fo­te­lu. Spoj­rzał tyl­ko mil­czą­co na męż­czy­znę. Ten uśmiech­nął się ja­do­wi­cie.

– Wy­ra­zy sza­cun­ku dla pań­skiej żony!