Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 740 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oskar i Lucynda - Peter Carey

Mamy wielkiego prozaika żyjącego między nami na tej planecie, a nazywa się on Peter Carey.

Los Angeles Times Book Review

Czytanie tej książki można porównać do jazdy kolejką górską. Po zakończeniu przejażdżki z trudnością łapiesz oddech i uświadamiasz sobie, że świat już nigdy nie będzie taki sam.

The Washington Post Book World

Wielokrotnie nagradzana powieść podwójnego laureata nagrody Bookera, na podstawie której powstał film z Cate Blanchett i Ralphem Fiennesem.

Druga połowa XIX wieku. Dwójka niepokornych marzycieli spotyka się na pokładzie statku do Australii. Oskar, anglikański duchowny, który od dzieciństwa ma słabość do gier, postanawia zerwać z przeszłością i za wygrane pieniądze wybiera się na misję do Nowej Południowej Walii. Lucynda, wyzwolona, młoda dziedziczka wielkiej fortuny, miłośniczka hazardu i zwolenniczka równouprawnienia kobiet wierzy, że pieniądze zainwestowane w hutę szkła pozwolą jej zmienić świat. Pasja i słabość do gry doprowadzą tych dwoje do osobliwego zakładu. Będą musieli zagrać o najwyższą stawkę.

Opinie o ebooku Oskar i Lucynda - Peter Carey

Cytaty z ebooka Oskar i Lucynda - Peter Carey

„śliczna zielona Ploycera ocellata występowała obficie; ale najliczniejsze i zarazem najpiękniejsze były wytworne Eolis coronata obdarzone mackami zwieńczonymi błonkowatymi koronami oraz licznymi gronami brodawek, karmazynowych i niebieskich, odbijającymi refleksy świetlne na podobieństwo drogich kamieni”. Wardley-Fish

Fragment ebooka Oskar i Lucynda - Peter Carey

Dla Alison Summers –

z wyrazami miłości i oddania

Podziękowania

Wiele zawdzięczam p. Lloydowi Grono, który poświęcił tak dużo swego cennego czasu na wyjaśnianie mi różnych kwestii związanych z wytapianiem szkła, a nawet zademonstrował mi rozprysk łzy księcia Ruperta, abym mógł zobaczyć, jak się to zjawisko dokonuje; doktorowi Clive’owi Alcockowi ze szpitala Cumberland, który nie tylko wytłumaczył mi, na czym polega uzależnienie od hazardu, lecz także zabrał mnie na wyścigi, abym zobaczył jego konia w akcji; Keithowi Halowi, który pokierował moimi archiwalnymi poszukiwaniami, dotyczącymi początków ekspansji białych imigrantów w Australii; ojcu Peterowi Thompsonowi; Richardowi Leplastrierowi (bez którego pomocy budowa kościółka nigdy by się nie rozpoczęła); Alison Summers, która przeczytała tę powieść z wielką wnikliwością i wytrwałością i udzieliła mi co do niej cennych rad; a także oczywiście Edmundowi Gosse’owi; z jego życiowych doświadczeń zaczerpnąłem wiedzę o Bractwie z Plymouth, bożonarodzeniowym puddingu oraz postać ojca, który nigdy nie czytał Szekspira.

Przytoczone w rozdziale 45. cytaty pochodzą z książki Philipa Henry’ego Gosse’a „A Naturalist’s Rambles on the Devonshire Coast”, wydanej nakładem Johna Van Voorsta w Londynie w roku 1853.

1 Kościółek

Jeśli tylko w okolicy pojawił się jakiś biskup, matka za wszelką cenę starała się ściągnąć go do nas na herbatkę. Sadzała gościa wcale nie tam, gdzie myślicie, nie u szczytu wielkiego, owalnego stołu, lecz przy dłuższym boku, tyłem do okna wychodzącego na rzekę Bellinger, na wprost wykonanego na szlachetnym szkle dagerotypu przedstawiającego mojego pradziadka, pastora Oskara Hopkinsa (1841–1866).

Zapraszani do nas biskupi byli przeważnie ordynariuszami lub sufraganami diecezji Grafton. Kiedyś pojawił się w naszym domu bawiący przejazdem w okolicy biskup z Wollongong, odwiedził nas też pewien kanonik i różni inni dostojnicy kościelni. Niektórzy obrzucali dagerotyp jedynie krótkim i przelotnym spojrzeniem. Matka trzymała filiżankę w dłoni, odginając mały palec. Nie wyjaśniała biskupom, iż psia obróżka na szyi mego pradziadka była przejawem buntu, jako że należało widzieć w nim typowego duchownego z epoki wiktoriańskiej. Powinni zauważyć sztywną postawę, zaciśnięte usta, zaróżowiony nos, naprężoną, wyciągniętą ku górze szyję i idę o zakład, że żaden się nie domyślił, iż wszystko to spowodowane było wstrzymaniem oddechu; Oskar Hopkins musiał dołożyć maksymalnych starań, by usiedzieć w bezruchu przez dwie minuty, gdyż zazwyczaj – jako człowiek bardzo nerwowy – nie mógł wytrzymać dziesięciu sekund, żeby nie skrzyżować nóg w kostkach albo wręcz nie założyć nogi na nogę.

Wiedziałem o tym dobrze, lecz się nie odzywałem. Zazwyczaj siedziałem sobie spokojnie, podłożywszy dłonie pod uda, aż do chwili, gdy biskup przestawał zwracać uwagę na nasze wielkie nosy oraz inne, całkiem odmienne cechy wyglądu, i dostrzegał rodzinne podobieństwo do naszego przodka, duchownego-pioniera. Wszyscy wywodziliśmy się w prostej linii od niego – matka, brat, ja, siostra. Mieliśmy płomiennorude włosy i szyje wydłużone jak kauczukowe rury.

Matkę cieszyło to zbiorowe podobieństwo do postaci z fotografii, ja natomiast wolałbym przypominać wyglądem ojca. Różnił się od nas wszystkich. Był raczej krępy, twarz miał szeroką, a klatkę piersiową sklepioną jak u gołębia. Oczy trzymał stale przymrużone i choć brakowało mu kilku zębów, śmiał się często i podżartowywał sobie ze wszystkiego. Bardzo zręcznie potrafił jedną ręką zrobić sobie skręta z tytoniu i bibułki. W ogóle nie był do nas podobny, a kiedy matka opowiadała gościom o tym, jak pradziadkowi Oskarowi udało się przetransportować kościółek St John’s do Bellingen, ojciec wydłubywał coś spod szerokich paznokci i popatrywał przez okno w stronę materialnego uzasadnienia swego związku małżeńskiego – stojącej nad rzeką Bellinger huty szkła Książę Rupert, której dach pomalowano w latach trzydziestych na czerwono.

Matka przedstawiała dzieje owego kościółka w sposób, który zawsze wprawiał mnie w zażenowanie, jako że wkładała w swą opowieść zbyt wiele emocji. Cała historia brzmiała jednak fałszywie i wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę, lecz nie reagowaliśmy. Nawet nie wspominaliśmy o tym w rozmowach między sobą. Podobnie matka zachowywała się w kościele: jej eksklamacje w czasie modlitwy Sanctus („Święty, Święty, Święty Pan Bóg Zastępów”) rozbrzmiewały donośnie i wykrzykiwała je z ostentacją. Podkpiwała sobie wprawdzie z różnych spraw, ale nigdy nie drwiła z kwestii związanych z religią i kościółkiem.

Ojciec był o ów kościółek zazdrosny, choć dziś trudno wyobrazić sobie dlaczego. Kościółek stał na skrawku narażonego na podtopienie w razie powodzi gruntu u ujścia potoku Sweet Water do rzeki Gleniffer – mały, wystawiony na niszczące działanie wiatrów budynek pokryty nadżartym przez rdzę blaszanym dachem. Przez pierwsze pół wieku malowano go na różne odcienie brązu, a potem, w roku 1970, pokryto farbą o zjadliwie zielonej barwie. Wyblakł od tamtej pory i na tle bujnie zazielenionej doliny raził liszajami, które rozłaziły się po ścianach. Jakby się zapadał poniżej długiego szpaleru krzewów, wytyczających koryto rzeki. Za rzeką góry wznosiły się stromo na wysokość tysiąca metrów, tworząc wyniosłą ścianę pozbawioną wszelkich ścieżek czy perci, choć mówiono, że kiedyś w wyższych partiach znajdowały się jakieś górnicze szyby, w których podczas drugiej wojny światowej zamierzano ukryć kobiety i dzieci przed Japończykami. Nie było mnie wtedy tutaj, ale rzecz wydawała mi się nieprawdopodobna; dość wcześnie już się przekonałem, iż nie można bezkrytycznie przyjmować lokalnych opowieści. Na przykład w miejscowym Towarzystwie Historycznym będą wam tłumaczyli, że Darkwood wzięło swą nazwę od gęstego listowia, ale jeszcze całkiem niedawno słyszało się, jak ludzie nazywali to miejsce Darkies’ Point i nie tak wiele czasu upłynęło od dnia, gdy dziadek Horace’a Clarke’a wprowadził się tam z rodziną – wszyscy starzy mieszkańcy potwierdzają ów fakt, kiedy przychodzi do sporów o to, kto właściwie sprawuje władzę nad tą częścią wybrzeża – i wyparł stamtąd całe plemię zasiedziałych tubylców.

Ci sami ludzie chcieliby teraz władować kościółek St John’s na wielką platformę, aby przetransportować go do Bellingen i przeznaczyć na szkółkę niedzielną.

Tylko mój ojciec popierał takie zamiary. Jak już mówiłem, był o ów kościółek zazdrosny: nie odpowiadała mu cześć, z jaką odnosiła się do tej pamiątki matka. Być może sprawa przedstawiałaby się inaczej, gdyby w Bellingen był jakiś kościół. Ale matka nie chciała nawet słyszeć o nabożeństwach w Bellingen i chociaż do Gleniffer mieli ponad szesnaście kilometrów, tam właśnie jeździli. W czasie wojny zużywali na owe pielgrzymki cały przydział benzyny. Wszystkich nas ochrzczono w Gleniffer, tam też mieliśmy konfirmację. I tam odbył się mój ślub. Kiedy zmarł ojciec, zwłoki przewieziono najpierw do kościółka na nabożeństwo żałobne, a następnie z powrotem na cmentarz w Bellingen, gdzie go pochowaliśmy.

Mój ojciec nigdy się nie upijał, ale pewnego razu, po dwóch piwach, wyraził się do mnie, że matka kręci się wokół kościółka St John’s jak piesek, który ma zamiar obsikać ławkę.

2 Adwentowy wieniec

Ojciec nie miał już latarki, ponieważ wpadła mi do szamba poprzedniej nocy. Widziałem, jak znika, jej słabe światełko dogasało z wolna w mrocznym, intrygującym morzu uryny i fekaliów. Teraz ojcu nie udałoby się jej wyciągnąć, jak to się zdarzało dawniej.

Toteż kiedy następnej nocy przyszła burza i zgasło światło, ojciec nie miał czym oświetlić skrzyneczki z bezpiecznikami. Wszędzie dokoła nas błyskało potężnie, a telefon podzwaniał do taktu piorunom uderzającym w słupy, na których rozciągnięto kabel. Sądziliśmy, że bezpieczniki spaliły się po uderzeniu pioruna w transformator. Ojciec wyszedł na werandę ze świecą, ale mu zgasła i wrócił do domu bez wykręconego ze skrzyneczki bezpiecznika.

W milczeniu siedzieliśmy w kuchni.

– Gdzie jest drucik do bezpieczników? – spytał.

Miałem wtedy dziesięć lat, siedziałem obok matki. Szesnastoletnia siostra siedziała przy mnie, za nią zaś nasz czternastoletni brat.

– Zużyłam go – wyjaśniła matka.

Ludzie uważali, że jest postawną kobietą. W gruncie rzeczy nie była wysoka, miała około metra siedemdziesięciu centymetrów, ale odznaczała się żelazną wolą i nader podejrzliwym usposobieniem, co w połączeniu z władzą, jaką dawała jej pozycja właścicielki huty szkła, oznaczało wielką potęgę.

Czułem zapach knota od świecy. I wiedziałem, że chociaż ojciec trzyma ją w dłoni, nic nie czuje. W ogóle nie był wrażliwy na zapachy.

– Jak to: zużyłaś?

Nie zwracałem na niego uwagi; wyczekiwałem kolejnej błyskawicy.

– Do czego? – rzucił.

Głos ojca brzmiał szorstko. W pewien sposób łączyło się to chyba z brakiem powonienia. Co rano przepłukiwał sobie kanały nosowe osoloną wodą i pytał: „Pachnie?”. Miał na myśli swój nos.

– Zużyłam go do powiązania wieńca adwentowego – wyjaśniła matka.

W jej głosie nie wyczuwało się przepraszającego tonu. Błyskawica rozświetliła kuchnię. Matka poruszyła głową z lekceważącą wyniosłością, w sposób, który rodzinna mitologia porównywała do płynnego kołysania się głowy wielbłąda.

Odczułem gwałtowny przypływ napięcia. To ja pomagałem matce przy splataniu adwentowego wieńca. Nie mieliśmy ostrokrzewu ani bluszczu, ale zerwałem trochę lśniąco zielonych liści wawrzynu kamforowego. Wiedziałem, że zużyła nie tylko cały zapas drucików, ale także pręciki klatki, w której brat trzymał króliki. Umieściła je w tekturowych pudłach po butach i wstawiła do kosza na bieliznę. Nie pomyślała, że mogą stamtąd uciec. Nigdy nie przydarzyło jej się nic takiego.

Ojciec zapalił świecę. Nie podszedł do stołu, nie zawrócił też ku drzwiom. Stał na środku kuchni.

– Gdzie jest ten wieniec? – zapytał.

– W kościele – odrzekła matka. – Dawidzie, proszę cię, usiądź.

– W jakim kościele?

– A co to ma za znaczenie?

– Dla mnie ma.

Nie umiem wyrazić, jakie to było przerażające. Ojciec nigdy nie przemawiał takim głosem. Cenił spokój i opanowanie i nawet kiedy umierał, starał się nie sprawić matce przykrości.

– W kościółku St John’s.

Oczywiście, że wieniec tam się znajdował – a gdzieżby miał być? – ale w pewien sposób ta wiadomość zirytowała ojca. Potrząsnął głową i postawił świecę na blacie lodówki, gdzie wkrótce znów zgasła.

– O Boże! – wykrztusił. – Jezusie, święty Józefie i pieprzona święta Panienko!

W świetle błyskawicy dostrzegłem szeroko otwarte usta matki.

Zerwała się na nogi. Jej ruchy nigdy nie były delikatne ani łagodne, ale teraz podniosła się gwałtownie, przewracając krzesło, aż oparcie z hukiem uderzyło o podłogę. Zadzwonił telefon – wydał dwa sygnały i umilkł.

– Klęknij! – rozkazała.

Chciała, aby ojciec przeprosił Boga za swe bluźnierstwo. Rozumieliśmy, do czego zmierza, ale wkroczyliśmy już w zupełnie dla nas obcy obszar. Tylko słowo „rozwód” bardziej by mnie przeraziło, tylko wyraz „seks” wprawiłby nas w większe zakłopotanie.

– Klęknij! – powtórzyła z uporem.

Później mieliśmy się przekonać, jaka z niej despotka, ale już kiedy byliśmy dziećmi, doznawaliśmy z tego powodu wielu różnorakich przykrości. Pragnęliśmy przede wszystkim, żeby nas kochała, łasiliśmy się więc do niej i przyklękaliśmy – czynił to nawet mój brat, mimo że lubił późno wstawać i grywać z ojcem w krykieta.

I ojciec ukląkł. Wszyscy klęczeliśmy na twardym linoleum. Brat rozpłakał się cichutko.

A wtedy zapaliło się światło.

Podniosłem głowę i zobaczyłem triumfalny uśmiech na twarzy matki. Oddałaby życie, broniąc przekonania, że to Pan Bóg naprawił bezpieczniki.

3 Bożonarodzeniowy pudding

W Gleniffer nie byłoby kościoła, gdyby kiedyś na Boże Narodzenie nie przyrządzono puddingu. I nie byłoby także dagerotypu przedstawiającego Oskara Hopkinsa nad brzegiem rzeki Bellinger. A ja nie przyszedłbym na świat i nie opowiedziałbym całej tej historii.

To nie był zwykły bożonarodzeniowy pudding. Niezbyt duży, wielkością nie przekraczał piłeczki tenisowej. Składały się na niego dwie łyżeczki konfitury z wiśni, trzy łyżeczki rodzynek, skórka z pomarańczy i wyciśnięty z niej sok, pół filiżanki mąki i pół filiżanki tłuszczu, trochę brandy, a oprócz nikłych rozmiarów nikt nie widziałby w tym puddingu nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przygotowano go w dworku mojego prapradziadka Theophilusa Hopkinsa w Hennacombe, w hrabstwie Devon, w Anglii.

Theophilus Hopkins był poniekąd człowiekiem sławnym. Możecie o nim przeczytać w wydaniu „Encyclopaedia Britannica” z roku 1860. Trzy pełne szpalty zajmuje tam jego opis korali i koralowców, anemonów i rozgwiazd. Niewiele jednak wszystko to mówi o nim samym. Z encyklopedii nie dowiecie się, jak wyglądał. Możecie przeczytać hasło po trzykroć i nie domyślicie się nawet, w jakim związku pozostawał mój prapradziadek ze sprawą bożonarodzeniowego puddingu.

Miał wtedy lat czterdzieści. Był wdowcem, ciemnowłosym i kędzierzawym mężczyzną o bujnej brodzie i mocno umięśnionej sylwetce, a przy tym bardzo delikatnym człowiekiem. Owa delikatność objawiała się w chwilach, gdy zaczynał drżeć. Był ogromnie wrażliwy i gorąco wierzył, że pójdzie do nieba, że niebiosa przyćmiewają wszelkie ziemskie radości i rozpościerają się ponad ziemią w nieskończoną dal jak srebrzysta narzuta. Swe doczesne cnoty hartował jako członek Gwardii Królewskiej – skłonny do hulanek i żartów w pubie, na służbie zachowywał kamienną twarz, nawet kiedy muchy spacerowały mu po gałce ocznej. Należał do Bractwa z Plymouth i uważał – a nie było w owym przekonaniu nic szczególnego – że Kościół Chrystusowy nie jest wcale Chrystusowy. Problemem życiowym był dlań gorący temperament, choć to określenie zdaje się poniekąd mylące. Chodziło właściwie o jego pasję. Ciało było tylko ciasnym naczyniem, w którym musiała się pomieścić, a każdego roku, gdy nadchodziło Boże Narodzenie, nie pozostawało mu nic innego, jak zapanować nad ową emocją. Starał się wykorzystać ją w maksymalnym stopniu w sposób konstruktywny – jako kaznodzieja miał talent przekazywania słuchaczom własnych uczuć. Nie nazywał tego święta Bożym Narodzeniem; mówił o nim „Gwiazdka”. Tak dogłębnie przekonał swą małą kongregację złożoną z parobków, dekarzy, pasterzy, węglarzy i rybaków – wszystkich owych zasępionych ludzi w spranych ubraniach, którzy jeśli w ogóle umieli czytać, powoli sylabizowali wydrukowane słowa, przesuwając po nich palec – że Boże Narodzenie jest nie tylko obrządkiem pogańskim, ale także papistycznym, iż wychodzili tego dnia do pracy, tak jak co dzień. Sąsiedzi baptyści naśmiewali się z nich – cóż, sąsiedzi baptyści będą się smażyć w piekle.

Oskar miał lat piętnaście – w tym wieku chłopcy stają się skryci i ponurzy, ale nie podawał jeszcze w wątpliwość ojcowskich poglądów. Sądził, że jego dusza jest bezpieczna, a kiedy odczytywał Biblię na głos, przy kuchni, nie interpretował jej inaczej niż mężczyzna, który w tym czasie poszturchiwał małym pogrzebaczem żarzące się bryły węgla i dorzucał następne do ognia. Obaj odnosili się do Biblii jak do sprawozdania spisanego przez sumiennego przyrodnika. Jeśli w Biblii napisano, że bestia miała cztery głowy albo też że człowiek miał zęby lwa, pojmowali to dosłownie.

Tego jednak dnia Bożego Narodzenia roku 1856 w domu znajdowały się dwie służące, zamiast dotychczasowej jednej. Pierwszą była niejaka pani Williams, niewiasta o obfitym biuście, która – ilekroć ulegała jakiemuś wzruszeniu – rozczesywała swe potargane, burego koloru włosy szczotką w szylkretowej oprawie. Pracowała w ich rodzinie od piętnastu lat, przez pierwsze dziesięć w Londynie, a następnie w Devon. W Hennacombe rozczesywała włosy coraz częściej. Prowadziła ustawiczne utarczki z rzeźnikiem i właścicielem sklepu rybnego. Zarzekała się, że przesycone solą powietrze źle wpływa na jej katar, ale – jak mówiła – już za późno na zmianę sytuacji życiowej. Pozostawała więc u Hopkinsów i chociaż nie dążyła do zbawienia duszy, a czasami znajdowali jakiś jej włos w jajecznicy – stanowiła część ich życia.

Druga służąca natomiast nie tylko nie zasługiwała na zbawienie, lecz nawet nie dałoby się powiedzieć, że się o nie starała. Była członkinią kongregacji anglikańskiej i uprzednio przebywała w przytułku, opuszczona przez męża, robotnika drogowego. Dwie parafie przerzucały na siebie nawzajem obowiązek sprawowania nad nią dobroczynnej opieki. I to ona właśnie – owa piegowata Fanny Drabble – stała za aferą bożonarodzeniowego puddingu. Miała białe, kościste dłonie o zaczerwienionych knykciach, przeżyła trudne lata w barakach i budach skleconych pośpiesznie wzdłuż nowo budowanych szlaków kolejowych, pochowała również swoje dziecko. Jedynym ubiorem, jaki posiadała, była bawełniana sukienka. Już pierwszego dnia pobytu u Hopkinsów wypadł jej z wrażenia ząb – takiemu zdziwieniu uległa na wiadomość, że Oskar nigdy nawet nie spróbował bożonarodzeniowego puddingu. Pani Williams – choć lepiej znała sytuację domową – uległa słodkim namowom Fanny Drabble. Chłopiec musi skosztować bożonarodzeniowego puddingu, a skoro pan domu nie dowie się o tym, nie poczuje się dotknięty.

Fanny Drabble nie zdawała sobie sprawy z tego, że pudding jest „diabelską trucizną”.

Dworek był niewielki, ale zbudowano go z devońskiego wapienia i nawet siedząc przy ogniu, wyczuwało się jego chłodny zapach. Przebywając w kuchni, nie słyszałeś ani słowa z rozmowy toczonej w pokoju obok. Dom był ciasny, drzwi miał niskie; grubo ciosane progi i stopnie oddzielały od siebie kolejne pomieszczenia. Znakomite miejsce do przechowywania sekretów! A ponieważ Theophilus nie wchodził nigdy do kuchni (jako że na ławie przy piecu przysypiała zazwyczaj pani Williams), można tam było wyczyniać różności i nie zostać przyłapanym.

Oskar czuł się tutaj dobrze. Lubił ciepły zapach wypieków, przynosił wodę, doglądał węgli w palenisku, przysiadał na stole, kiedy pani Williams przygotowywała naczynia do posiłku. Rychło się zorientował, co się święci. Zobaczył wiśniową konfiturę i rodzynki, a przecież zwykle w domu nie było rodzynek. Konfitury z wiśni w ogóle jeszcze nie widział.

W dniu Bożego Narodzenia mieli jeść to, co zawsze. Theophilus wcześniej wezwał był panią Williams do gabinetu – a ponieważ gabinet służył jednocześnie jako klasa szkolna dla Oskara, chłopiec wysłuchał wszystkich dokładnie wydanych gospodyni poleceń. W naturze ojca leżała precyzja. Przywiązywał wagę do najdrobniejszych szczegółów sprawy, którą się zajmował. Kiedy ścinał anemony, można było mieć pewność, że nie pominie żadnej łodyżki. Pouczał gospodynię, że ziemniaki powinny mieć „przeciętny rozmiar”. Miała też podać połowę główki kapusty króla Jerzego i tak dalej.

Ale chytre niewiasty mieszały teraz w kuchni tłuszcz, dodając doń sułtanki i zwykłe rodzynki, i starannie obierały dorodną pomarańczę. Oskar przypatrywał się owym przygotowaniom, siedząc przy stole, aż z podgrzewanego garnuszka zaczęły się wydobywać bulgotania tak głośne, że zagłuszały nucenie Fanny Drabble. Pani Williams biegała wokół rączo jak derwisz, którego zachowanie wywołuje zakłopotanie i lęk. Rozwałkowała placuszek. Rozczesała sobie włosy, stając w progu drzwi wejściowych i popatrując przez ogołocone z liści gałęzie w stronę zimnego, szarego morza. Obeszła dom wokoło i wrzuciła kłębek wyczesanych kosmyków do dołu z kompostem. Oskar wiedział, że włosy pani Williams nie zardzewieją, gdyż wyciągał je stamtąd długim kijem. Pokrywał je śluz, ale można je było umyć, rozwiesić i osuszyć, a wtedy wyglądały „jak nowe”. Dokładnie tak, jak go zapewniała pani Williams. Zdziwił się, że miała rację, jako że ojciec nie przywiązywał wagi do tego, co mówiła pani Williams. Nie była uczoną. Opowiadała, że są ludzie, którzy wydobywają z grobów zwłoki i obdzierają je z włosów, które następnie sprzedają kupcom. Ci zaś, po umyciu, wysuszeniu i posortowaniu, dostarczają je dalej perukarzom i wytwórcom tresek. Owe kosmyki nadal miały na końcach maleńkie cebulki – stąd nazywano je „włosami cmentarnymi”. Pani Williams była nieustannie zaprzątnięta własnymi włosami. Utrzymywała, że co prawda nie ma takich łotrów w Hennacombe, ale w Teignmouth i Newton Abbot czają się rabusie z ostrymi brzytwami, gotowi na żywca ogolić kobiecie głowę do samej skóry. Rozczesywała włosy, stojąc na schodach prowadzących na piętro, a także w pokoju na górze. Za każdym razem zbierała kosmyki ze szczotki, zakręcała w kłębuszek i chowała do kieszeni fartucha. Owego dnia, kiedy przygotowywano bożonarodzeniowy pudding, powtarzała tę czynność częściej niż zwykle. Theophilus jako przyrodnik mógł był zwrócić na to uwagę.

O puddingu nikt nie wspomniał Oskarowi ani słowem, ale chłopiec doskonale o nim wiedział. Nie dopuszczał jednak do siebie myśli o tym, że wie. Choć wiedza owa przeniknęła głęboko do jego świadomości, jak promień słonecznego światła wdzierający się przez rozsuniętą zasłonę do zaciemnionego pokoju. Pyłki kurzu wirują w powietrzu i nie będzie już tak spokojnie jak dawniej. Oskar aż przebierał nogami z podekscytowania, jedząc tego dnia lunch. Skrzyżował je w kostkach, zaciskając dłonie na widelcu i nożu. Wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające zza drzwi kuchennych, ale ojciec zagłuszał wszystko posapywaniem przez nos, jak zawsze przy jedzeniu.

Oskar miał małe drewniane pudełko z przegródkami. Przeznaczone było do przechowywania zasuszonych owadów lub muszelek. Chłopiec trzymał w nim guziki. Niektóre były małe jak biedronki – zamiast nóżek spod spodu wystawał zaczep na nitkę – a niektóre zrobiono ze szkła. Miał też w swej kolekcji metalowe guziki z czterema dziurkami oraz guzik z masy perłowej o dwóch dziurkach. Ustawiał je w szyku, tak jak inni chłopcy ustawiają ołowiane żołnierzyki, wydawał im rozkazy, liczył je. Kolekcja zawierała pięćset sześćdziesiąt sztuk. Niekiedy w połowie tego przeliczania dostawał bólu głowy.

W dniu Bożego Narodzenia ojciec powiedział:

– Jak widzę, przegrupowałeś guziki.

Leżały na parapecie okiennym, który był dostatecznie szeroki. Przeniosła je tam pani Williams, nakrywając do stołu.

– Tak, ojcze – potwierdził Oskar.

– Główną zasadą porządkującą powinien być kolor, spektrum od lewej do prawej, natomiast wielkość guzików stanowi kryterium wtórne.

– Tak, ojcze.

– Bardzo dobrze.

Oskar starannie wymiótł gulasz z talerza i dopił wodę ze szklanki. Potem zaś wraz z ojcem skłonili głowę, dziękując Bogu za Jego dary, które spożyli. A kiedy pani Williams stanęła w drzwiach i zapytała, czy nie zechciałby jej pomóc przy wyniesieniu pomyj dla świń, wstał od stołu i grzecznie za nią wyszedł – blady, złotowłosy chłopiec. Myślał o swej kolekcji guzików, a nie o tym, do czego właśnie zmierza.

Obie kobiety stały obok siebie jak dwa dzbany. Jedna była wysoka i tęga, druga drobna i koścista, ale na ich twarzach malował się ten sam uśmiech, jakby odbity w lustrze, obie też trzymały przed sobą w taki sam sposób złożone dłonie.

„To” leżało na talerzu. Podzieliły je na cztery części i polały lśniącym kremem. Pani Williams wcisnęła swą szczotkę do włosów głębiej w kieszeń fartucha i podała pudding Oskarowi. Zrobiła to tak gwałtownie, że łyżeczka zsunęła się z talerza i z brzękiem upadła na kamienną posadzkę.

Gospodyni pochyliła się, ale Fanny Drabble syknęła:

– Proszę to zostawić!

Odsunęła łyżeczkę butem pod stół i podała Oskarowi nową. Była podniecona i ciekawa tego, co teraz nastąpi.

Chłopiec wziął do ręki łyżeczkę i zaczął jeść na stojąco.

Nigdy nie byłby w stanie wyobrazić sobie równie cudownego smaku! Pudding wypełniał mu całą jamę ustną i spływał w głąb przełyku.

Podniósł wzrok i zobaczył dwa lustrzane, coraz radośniejsze uśmiechy. Oskar również się uśmiechnął i właśnie podnosił łyżeczkę, żeby włożyć do ust kolejną porcję, nawet już właściwie dotknął jej ustami, kiedy nagle otworzyły się drzwi za nim i na kamienną posadzkę kuchni wkroczył Theophilus.

Oskar go nie widział, lecz wyczuł jego obecność. Ojciec uderzył go dłonią w tył głowy. Twarz chłopca gwałtownie pochyliła się ku przodowi, zęby zadzwoniły o łyżeczkę. Wielka, twarda dłoń ujęła go z tyłu powyżej karku, druga zaś chwyciła za podbródek. Spróbował wyślizgnąć się z tego chwytu i wtedy otrzymał drugie uderzenie. Wypluł z ust wszystko, co zdołał wcześniej połknąć.

Theophilus postąpił tak, jakby chciano mu otruć syna. Podprowadził go pod zlew i kazał napić się osolonej wody. Przytknął chłopcu szklankę do ust z taką siłą, że ten poczuł ból, dławił się i krztusił. W oczach ojca żarzyła się wściekłość. W ogóle nie dostrzegał syna, który pił osoloną wodę łyk za łykiem. Pił aż do chwili, gdy zwymiotował wszystko, co zjadł, do kubła z pomyjami. A wtedy Theophilus wrzucił to, co zostało z puddingu, do ognia pod kuchnią.

Oskara nigdy przedtem nikt nie uderzył. Nie mógł się pogodzić z tym, co się stało.

W końcu ojciec przemówił, lecz chłopiec nie dał wiary jego słowom.

Ojciec powiedział, że pudding jest diabelską trucizną.

Ale Oskar skosztował puddingu, który absolutnie nie miał smaku diabelskiej trucizny.

4 Po skosztowaniu puddingu

Syn Theophilusa był delikatnej budowy, szczupły i wiotki – i przypominał ptaka. Cerę miał bladą, niemal przezroczystą, długą szyję, twarz owalną, długi nos, łukowate brwi i wyraźnie zarysowaną dolną szczękę. Jego oczy – czyste, o bezbronnym wyrazie, przypominały świeżo obrane owoce. Ta twarz budziła od pierwszej chwili zaufanie, rodziła potrzebę otoczenia chłopca opieką i przyjęcia zań pełnej odpowiedzialności. Było to oblicze tak bezbrzeżnie szczere, że na jego widok chciało się dziękować Bogu, iż ustrzegł je przed wszelką podstępnością i powierzył bliźnim opiekę nad jego bezpieczeństwem. Nawet płomiennoruda czupryna, rozścielająca się na głowie chłopca jak przyduszone wiatrem gałęzie drzew na włoskim obrazie, nawet owa czupryna nie nasuwała podejrzeń, iż Oskar obdarzony jest czymś w rodzaju samoobronnej energii zwanej temperamentem.

Theophilus nie powinien był go uderzyć.

Zrozumiał to zaraz, jak tylko to zrobił, kiedy miotał się po wypełnionej zapachem kapusty kuchni; między milczącymi, zakrzepłymi w bezruchu manekinami. Dostrzegł, jak pani Williams wyjmuje z kieszeni fartucha szczotkę do włosów. Widział, jak Fanny Drabble podnosi do góry dłoń i zasłania nią sobie usta. Pojął, słysząc trzaskanie spalających się w kuchni resztek słodkiego przysmaku, iż nie powinien był uderzyć syna.

Dostrzegł dwa sińce, jakie pojawiły się na karku chłopca. Odcisnął je twardymi palcami. Pożałował swego czynu, ale cóż innego mógł zrobić? Syn miał skórę równie delikatną jak jego matka. W klinice chirurgicznej w Pimlico doktor Hansen skrapiał jej skórę roztworem tlenku azotu z piętnastomililitrowej pipetki. Czy chłopiec, siedząc w poczekalni, słyszał krzyki bólu wydawane przez matkę? Miała raka, a doktor Hansen starał się go wypalić kwasem z jej delikatnej skóry. Usuwał z porażonego bólem ciała czarne, twarde grudki.

Theophilus nigdy nie bił syna. Pomagali sobie nawzajem, w milczeniu, nie chcąc urazić drugiego zbędnym słowem. Byli zupełnie osamotnieni w krainie, do której nie przynależeli. Utkwili w czerwonej glebie Hennacombe jak dwa kamienie wyrwane z londyńskiego bruku. Kiedy ojciec zagłębiał się w naukowych dociekaniach, syn przykucał obok niego w milczeniu, jak pęd odrastający od drzewa, przywierając do ojcowskiego kolana i twardej dłoni. Łączyły ich więzy krwi, fundamentalistyczna niewzruszoność wspólnie wyznawanej wiary, a także nieżyjąca już kobieta, o której nigdy nie rozmawiali.

Jej stroje Theophilus wyrzucił do morza, na pół przytomny ze złości i bólu. Chłopca ułożył w łóżku, a sam pobiegł wzdłuż opadającej ku morzu skarpy, niosąc w obu rękach pachnące lawendą suknie, nawet nie zdjąwszy ich z drewnianych wieszaków. Morze potraktowało je jak wodne chwasty i rozwlokło po plaży. Zebrał je i zaczął wypatrywać prądu odpływowego. Morze je odrzuciło.

Dopiero mały Oskar, przypatrujący się temu z brzegu skarpy, we flanelowej nocnej koszuli, jak widmo, dopomógł Theophilusowi odzyskać zmysły.

Nigdy o tym nie rozmawiali, ale w niemej wymianie spojrzeń wyrażali wzajemne zrozumienie i komunikowali sobie to, co żadną miarą nie dałoby się ująć w słowa.

Pani Williams zaczęła rozczesywać włosy. Była stara, tęga i wysoka; brzuch wypychał jej biały fartuch. Energicznymi pociągnięciami szczotki usiłowała ułożyć szarą i skręconą fryzurę, która nigdy nie dawała się ujarzmić. Przestała na chwilę i wyjrzała przez okno od strony morza. Trzask, trzask, trzask – wznowiła szczotkowanie z taką swobodą, jakby się znajdowała we własnym pokoju. I czyniła to z takim przekonaniem, że istotnie wytworzyła sobie własną przestrzeń – przezroczystą, szklaną klatkę wewnątrz kuchni. Klatka miała drzwi, które można było zamknąć i nikogo nie wpuścić do środka.

– No tak – powiedział Theophilus.

Pochylony, grzebał w palenisku. Nikt się nie odważył powiedzieć mu, że tłumi ogień i przeciska pogrzebaczem bryłki węgla przez kratę rusztu. Długie pasmo włosów pani Williams opadło mu na głowę, ale nie poczuł tego. Fanny Drabble dostrzegła szary kosmyk, nie odważyła się jednak zdjąć go z głowy pana domu.

– No tak – powtórzył, nadal poruszając żarem w palenisku. – Paniczu Hopkins, miałeś pomóc wynieść wiadra z pomyjami.

– Ja je wyniosę, proszę pana – zaproponowała Fanny Drabble, która czuła się tak źle, iż bała się, że zwymiotuje. Zdawała sobie sprawę, że to z powodu puddingu, ale nie chciała analizować głębiej własnych odczuć. – Proszę, niech mi pan pozwoli.

I nie mogąc się opanować, zdjęła szare pasemko włosów pani Williams z jego głowy.

– Nie – odrzekł Theophilus Hopkins. Nie zauważył tego, uporczywie rozgrzebując ogień w palenisku. – To nie będzie konieczne. Panicz Hopkins i ja wyruszamy zaraz na poszukiwanie pewnych okazów.

I spojrzał na nią; nie zrozumiała wymowy owego spojrzenia, wydawało się zdawkowe i pozbawione wyrazu. Nie wychwyciła też szczególnego tembru głosu pana domu.

– Ależ proszę pana! – Fanny Drabble podjęła kolejną próbę przekonania swego pracodawcy, pojmując jednocześnie, że wreszcie będzie mogła podnieść z podłogi łyżeczkę. – Dziś jest Boże Narodzenie.

W tej samej chwili Theophilus odwrócił głowę i napotkał wzrok syna. W tej samej też chwili zobaczył, jakiego dokonał spustoszenia swym postępowaniem.

– Jest Boże Narodzenie – ciągnęła Fanny Drabble – i mówią, że w Exeter mróz rozsadził wszystkie kotły.

Kiedy Theophilus ponownie skierował na nią wzrok, na jego twarzy malowały się uczucia wywołane jedynie tym, co przed chwilą zobaczył. Nie dotyczyły one w ogóle pani Drabble.

– Boże Narodzenie – powtórzyła łagodnie, nie wiedząc, co czyni.

– Niektórzy tak nazywają ten dzień – odparł jej chlebodawca, podnosząc się znad paleniska. Wyciągnął rękę w stronę Fanny i musiała mu podać wziętą z posadzki łyżeczkę. – Niektórzy tak ten dzień nazywają. Ale tego określenia nie używa nikt spośród moich pracowników.

Tak, Fanny Drabble przytaknęła mu w myślach. Ależ z ciebie zimny, wyzbyty z uczuć skurwysyn.

5 Modlitwa

Oskar bał się morza, gdyż miało dlań zapach śmierci. Kiedy zaś o tej śmierci rozmyślał, nie odbierał jej jako czegoś, co można by nazwać jednym słowem. Nie stanowiła zamkniętej całości, lecz rozpadała się na poszczególne elementy, roiła jak ławica ryb, kruszyła jak szkło. Śmierć nawiedzała go we śnie niczym duch, zmieniając postać i rozmywając się, drażniąc jego uczuciową wrażliwość. Chwilami była chłodna i wilgotna jak ojcowski kombinezon z ceraty, toteż zrzucał ją z siebie i z krzykiem budził się ze snu, w podsuniętej wysoko, aż po sam brzuch flanelowej koszuli, czasem zaś stawała się ciepła i miękka, przypominając niepewny matczyny uśmiech.

Wewnątrz morskich muszelek na plaży oglądał cuda, których klasyfikacja, wyłuskiwanie ze skorupek i zabijanie wypełniało jego ojcu życie. Oglądał także drobne ciałka, kostki, martwe stworzonka. Stworzonka nie mające duszy. W chwilach gdy morze wyrzucało na brzeg splątane, ciemne kłęby podwodnej roślinności, przychodziły mu na myśl swetry, które nie okrywały już niczyjego ciała. Poszedł po wiadra, od jesieni zawieszone na ścianie za studnią. Nie lubił, by morska woda dotykała jego nadgarstków. Odczuwał wtedy jakby zimny dotyk stali. Przyłożył swe delikatne dłonie do brzucha i stał w bezruchu, z twarzą kredowobladą, zastygłą jak rzeźba, jakby się pragnął stać niewidoczny dla jakiegoś grabieżcy.

Pani Williams zeszła doń, niosąc swetry. Nałożyła mu aż cztery, dysząc z niecierpliwego wysiłku, szarpiąc go za włosy przy przeciąganiu pulowerów przez głowę i plącząc chwilami kolejne ich warstwy, aż w końcu zyskał kształty zwierzątka, krzepkiego i obłego, otulonego wełnianym kokonem.

Unikała jego wzroku i ani słowem nie wspomniała o puddingu.

– Co z nią będzie? – spytał Oskar.

Pani Williams nie przejmowała się losem Fanny Drabble, martwiła się o siebie. Wyjęła z kieszeni szczotkę i zaczęła czesać Oskara. Wstrząsał się pod kolejnymi szarpnięciami przygładzającymi jego czuprynę.

– Nie pozwalam pani – powiedział i zdziwił się, gdy gospodyni schowała szczotkę.

– No to idź. – Pani Williams podała mu wiadra i zwój liny. – Popływaj sobie!

Wiedziała, że boi się morza. Nosił w sobie ów lęk zwinięty w kłębek i splątany, tak jak inni chłopcy noszą żyłki i sznurki w wypełnionych różnymi przedmiotami kieszeniach. Nie było po nim widać tej obawy. Wydawał się pogodny, szczęśliwy, grzeczny, uprzejmy. I był taki. Był też głęboko religijny, ale nie odznaczał się ową mroczną wiarą swego ojca. Mówiąc o Bogu, miał na myśli prostotę i radość. Jego twarz bardziej odpowiadała wierzeniom mistrza niż oblicze samego mistrza.

Pani Williams przyjrzała się jego twarzy, wypatrując owego lęku, ale go nie dostrzegła. Dostrzegła jednak coś innego, czego nie umiała określić.

Tym czymś był gniew.

Prawe ucho wciąż piekło od uderzenia. Oskar poszedł z ojcem do głównej bramy (kopnął ją – zawsze tak robił) i dalej, rozmokłą, gliniastą ścieżką (licząc kroki – zawsze je liczył) w stronę morskiego brzegu, niosąc w sercu krzepnący gniew, ostry jak sztylet. Skrócił kroki, by odmierzyć ich prawidłową liczbę. Niósł sześć blaszanych wiader, trzy worki z heskiego płótna i zwój liny. Wiadra obijały mu się o posiniałe łydki. Skarpety nie były dość długie, by je osłonić i w dodatku zwijały się w pobrudzone czerwonym błotem obwarzanki powyżej sznurowanych butów. Rozerwał sobie z tyłu pumpy, przedzierając się przez krzewy jeżyn, i na wełnianej bieliźnie widniały liczne grudki czerwonego błota. Wszystkim mógł się wydawać owym typem chłopca, który ma zabrudzone i poplamione książki szkolne. Ślizgając się i potykając, maszerował ścieżką i odliczał kroki, jakie dzieliły go od morza.

To nie morska przyroda popychała dziś Theophilusa do wystawiania się na uderzenia lodowatych fal, choć oczywiście był przyrodnikiem i zbierał okazy morskiej flory i fauny. W tej chwili jednak ogarnęła go pasja dania świadectwa. Paznokciami rozdzierał sobie wnętrze dłoni, przetrawiając w myślach wyimaginowane zagrożenie, które zagnieździło się w samym rdzeniu jego mózgu. Musi ukazać wszystkim w Hennacombe – a zwłaszcza synowi – co prawdziwy chrześcijanin myśli o Bożym Narodzeniu. Oddychał szybko, a jego twarz przybrała wyraz, który ktoś, kto go nie znał, mógłby wziąć za uśmiech.

Ciągle jeszcze maszerowali przez bagnisty zagajnik między stromą skarpą a plażą, ale Oskar wyczuwał już zapach śmierci. To niewidoczne jeszcze czarne chaszcze przypominającego bawełnę zielska, po łacinie Melanosperm, zmywane uderzeniami fal u podnóża czerwonawego klifu dały nazwę dworkowi w Hennacombe. Oskar wyczuwał też w powietrzu trującą woń soli. Był krótkowidzem i morze sprowadzało się dlań jedynie do miękkiej, szarej powłoki, pokrywającej jak jedwabna kapa wgłębienie w ziemi. Ale słyszał już morze i wiedział, jakie będzie – płasko rozciągnięte i łagodne jak śpiący tygrys. Miało kolor perłowoszary i wydawało się takie spokojne, gdy pozwalało piaskom wsysać swe leniwe macki. Ale unosił się tam też Melanosperm, który zadawał temu kłam, wskazując, że morze potrafi wyrwać z korzeniami roślinę, której nie zdołałby wyszarpnąć najsilniejszy mężczyzna – ono zaś może nawet uśmiercić tego mężczyznę, wycisnąć mu z zaciśniętego gardła grudki białego śluzu, zedrzeć zeń odzież i rozrzucić ją po plaży, zdeformowaną i wyblakłą jak zaschnięta meduza.

Oskar odliczał kroki, jak to miał w zwyczaju, prawie o tym nie myśląc. Byłoby dobrze, choć nie miał co do tego pewności, gdyby mógł dojść do krańca klifu trzystoma sześćdziesięcioma pięcioma krokami.

Ciągle jeszcze wyczuwał smak bożonarodzeniowego puddingu, który zeń tak brutalnie wypłukano. Ucho piekło go i bolało, a gniew bynajmniej się nie zmniejszał. Był to gniew nie do pomyślenia, ale ze swej natury nie należał do sfery myśli. Zawładnął i wstrząsnął Oskarem, który poczuł się jak dziki królik schwytany we wnyki. Chłopiec ześlizgnął się po mulistej stromiźnie (policzył ów poślizg jako pięć kroków), pociągając za sobą wiadra i oblepiając się nowymi grudami gliny.

Ojciec oddychał w pewien specyficzny sposób. Miał na sobie grube wełniane swetry i ceratowy, cętkowany kombinezon barwy przypalonych tostów. Opasał się linkami i troczkami, do których przyczepione były różne młotki i dłutka, wiaderka i woreczki. Ciemny i żylasty, wyglądał jakby go uformowano z nasmołowanej liny. W jego czarnych włosach widniały lśniące srebrne nitki.

Syn miał włosy płomiennorude, kręcone, zawsze potargane. Stanął na plaży (czterysta kroków!) jak anioł, który dopiero co opadł na ziemię, z włosami rozwianymi na wietrze.

– Napełnij je – polecił Theophilus. Nie powinien był uderzyć chłopca, ale w jakiż inny sposób mógł zapobiec temu, co się stało?

Oskar zaczął więc napełniać wiadra. Musiał stanąć na krawędzi czerwonego, kamiennego występu, zanurzyć w morzu kubeł, by wlała się doń woda, a następnie przelać ją do innych wiader, które Theophilus miał przywiązane opasującymi go linkami. Kiedy wszystkie wiadra wypełniły się wodą, ojciec zaczynał stękać pod ich ciężarem. Te dźwięki zwykle brzmiały komicznie.

Dziś jednak Oskar w ogóle na niego nie patrzył. Obawiał się tego, co może wyrażać wzrok papy. Zamiast patrzeć mu w oczy, przyglądał się jego ustom. Przypatrywał się im tak, jakby były morskim żyjątkiem, anemonem o czerwonym kielichu i ciemnych, wąsatych liściach. Stał czujnie nad brzegiem morskim jak nad gniazdem syczących żmij.

A potem ojciec wszedł do wody. Morze było amebą, protoplazmą. Rozwarło przed nim słone i lepkie ramiona, a następnie owinęło go nimi. Wdarło się na piasek wybrzeża i dotknęło czubka butów Oskara. Cofnął się przed wodą powyżej pogrzebowej czerni krzewów Melanosperm, aż do miejsca, w którym mógł się oprzeć kościstymi plecami o twardy klif. Chmury miały miękką szaroperłową barwę i wyglądały jak spleśniałe, podobnie piasek, z którego zsunął się już język morskiej wody. Przypominały pokrywkę nałożoną na obwód horyzontu – tylko w jego południowej części przedzierała się przez obłoki smużka miękkiego złota, jakby ktoś nierozważnie położył na parapecie okiennym złotą szpilkę.

Ojciec wyglądał jak nieforemna ciemna bryła nieokreślonych kształtów, ledwie odcinająca się od tła, i przypominał zjawę ze snów.

Oskar przysiadł – ze swymi wydłużonymi kończynami wyglądał jak luźno poskładana wiązka kijków. Te kijki uderzały o siebie, kiedy się sadowił, przywierając plecami do czerwonego klifu. Moszna skurczyła mu się od chłodu do rozmiarów mieszczącej w sobie ledwie dwa pensy portmonetki, zrobionej ze skóry cienkiej i mocnej jak wole kurczęcia i jak powierzchnia pochłaniającej ciepło bryły skalnej, na której stał ojciec. Zimna woda sięgała mu po szyję; odłupywał kawałki skały i wrzucał je do plecionego kosza.

Oskar mocniej przywarł plecami do klifu Hennacombe, a kiedy wiatr uniósł małe wiry piasku u jego stóp, zwrócił się wprost do Boga. Nie uczynił tego w sposób określony rytuałem zalecanym przez anglikańskiego duchownego Strattona, który postulował żegnanie się krzyżem i klękanie. Siedział sztywno ze złożonymi rękami (jedna była ubrudzona piaskiem, druga czysta i miękka) i modląc się, zwarł je ściśle, nieświadomie naśladując ojca, który podczas modlitwy odbywał z samym sobą istne zapasy, by wychwycić czyste i nieskalane Słowo Boże poprzez zgiełkliwe łomotanie swego grzesznego serca.

– Dobry Boże – powiedział podniesionym, drżącym głosem – jeśli jest Twym życzeniem, by Twoje stadko spożywało pudding dla uczczenia Twych narodzin jako człowieka, daj – proszę – znak Twemu pokornemu słudze.

Przymknął oczy i natychmiast szeroko je otworzył. Czego oczekiwał? Pojawienia się aniołów? Jego kolega Timmy Croucher twierdził, że widział anioła. Opowiadał, że ów anioł miał dobre trzy metry, a matka dostrzegła jego głowę widoczną ponad oborą. Timmy zaprowadził Oskara w owo miejsce i pokazał mu, co anioł po sobie zostawił. Były to trzy małe kamyki ułożone w trójkąt – miały oznaczać Ojca, Syna i Ducha Świętego. Oskar nie dowierzał Timmy’emu Croucherowi, kiedy jednak stwierdził, że ów znak jest matematycznym symbolem C.B.D.O., zmienił zdanie.

Ale w dniu Bożego Narodzenia na plaży nie pojawił się żaden znak, jedynie na południowym nieboskłonie jaśniała złota smużka.

Rozwarł i ponownie złożył dłonie. Ucho nadal go bolało, w ustach czuł smak wymiocin, ale w pamięci zachował wiśnie, rodzynki, tłuszcz i krem ukręcony z żółtek i słodkiej śmietanki. To nie była diabelska trucizna. To nie pokarm, którym sycą się demony.

– Dobry Boże – powtórzył, szczękając zębami – jeśli jest Twoją wolą, by Twój lud jadł pudding, oświeć go!

Złożył ręce do modlitwy. I wtedy zobaczył ojca wychodzącego na brzeg. Zerwał się na nogi. Najpierw wyprostował lewą, potem prawą i podbiegł, posłuszne dziecko, by pomóc w sortowaniu wyłowionych roślin i żyjątek, anemonów, ośmiornic o delikatnych mackach, opasanych czerwoną obwódką krabów, a także gładkich, zielonych krewetek i żywego kwiecia – dowodów na istnienie Boga i sprawianych przez Niego cudów, o barwie kości słoniowej, różowej i pomarańczowej czerwieni oraz ametystu.

Biegł z opuszczonymi rękami, potykając się lękliwie. Nie był wszak siłaczem, a znajdował się na skraju kipiących wodnych odmętów, z których wyłaniał się ojciec przypominający Neptuna o czerwonych wargach i sinym nosie, w ociekających wodą swetrach i kombinezonie koloru przypalonych tostów. I właśnie wtedy, kiedy odbierał z jego rąk ciężkie wiadra, kiedy przykląkł, by rozplątać opasujące go liny, spostrzegł, że ojciec jest obolały i ranny.

Theophilus szczękał zębami, nogi mu drżały. Ze zranionego uda wyciekała krew, w ręce trzymał dłuto, którym się skaleczył. Woda morska przepłukiwała ranę, ale kiedy wyszedł na brzeg, na ciemnym materiale spodni rozkwitł czerwony, nienaturalnie intensywnej barwy kwiat.

Gniew Oskara przygasł. Chłopiec upuścił wiadro, przerażony tym, w co się wdał.

6 Kościół anglikański

Pastor Hugh Stratton zauważył modlącego się Oskara, nie wiedział jednak, że chłopiec się modli. Stał na skraju skarpy, trzymając wiadro w każdej z długich rąk o białych dłoniach. Modlił się w duchu, wargi mu się nie poruszały. Błagał Boga, aby ojciec nie umarł. W piersi czuł chłód i bolesny skurcz, a ból ramion zdawał się nie mieć żadnego związku z wiadrami. „O Boże, oszczędź go, proszę, nawet jeśli popełnił ciężki błąd. Niech jego krew dołączy do Twego męczeństwa. Nie dopuść, by odszedł z tego świata w niewiedzy. Słodki Jezu, który za nas umarłeś, zedrzyj mu zasłonę z oczu, aby ujrzał światło prawdy. Nie pozwól, by się pogrążył w wiekuistych ciemnościach. Spraw, by zasiadł obok Twych świętych w niebiesiech”. Nie modlił się o siebie, choć pod słowami modlitwy czaiły się inne myśli. Starał się je zagłuszyć, wciskały się jednak w każdą szczelinę między słowami modlitwy. Widział ojca z drewnianą skrzynką o małych uchwytach, widział, jak pani Williams pakuje walizkę. Wybierała się „do agencji”, groziła już tym uprzednio. Oskar nie miał pieniędzy, aby płacić pani Williams. Uznał te myśli za samolubne i odsuwał je od siebie ze wszystkich sił, lecz w jego umyśle zapanował tłok jak w sali zebrań. Podjął na powrót modlitwę.

Hugh Stratton nie był przyzwyczajony do takich modłów. Dostrzegł tylko chłopca trzymającego wiadra w ręku. Bolało go w krzyżu. Znowu ta rwa kulszowa! Ból promieniował na udo, sięgając aż do łydki, pulsował w lewym pośladku i lewym jądrze. Pastor nie dostrzegł w Oskarze nic nadzwyczajnego (nic z anioła ani z porcelanowej figurki). Na drodze stanął mu chłopiec z wiadrami – pomyślał tylko, że pewnie jest synem człowieka, który zagarnął to, co pozostało z jego kongregacji. Na podobieństwo epidemii ospy, na podobieństwo zarazy, Theophilus Hopkins ogołocił kościelną ławkę zajmowaną kiedyś przez całą rodzinę.

Pastor Stratton wyobrażał sobie, że kocha wszystkich ludzi. Na przekór przykrościom, których doznawał, próbował odnosić się do innych sprawiedliwie i brać pod uwagę wszystkie punkty widzenia. Nie mógł jednak znieść Theophilusa Hopkinsa, który wykorzystywał męskie brzmienie swego głosu, by wodzić na manowce niepiśmiennych wyrobników rolnych i pozostawił mu tylko skromne resztki parafii – dwie rodziny anglikańskich fundamentalistów i starzejącego się buntownika, pozostającego od lat w opozycji wobec ziemiaństwa. Składkę wielkanocną na utrzymanie pastora ustalono na poziomie dwóch szylingów sześciu i pół pensa. Tona węgla kosztowała siedem szylingów i sześć pensów.

Hennacombe było zapadłą dziurą w strukturze Kościoła anglikańskiego. Z trudem dawało się tu wyżyć, w okolicy, do której koło dotarło najpóźniej na świecie, gdzie kilofy wyrąbywały ścieżki coraz głębsze, coraz bardziej ukryte przed słońcem. Pastor nie znosił czerwonej gliny. Oblepiała buty, a ilekroć unosił w górę lewą stopę, odczuwał ostry ból. Dwa podbarwione czerwienią sępy przelatywały nad klifem. Nie były oddalone od pastora bardziej niż o rzut kamieniem, ale w ogóle ich nie zauważył. Obszedł chłopca, który nie usunął się ze ścieżki, mimo że była wąska. Hugh Stratton przywykł do braku szacunku, a nawet do obraźliwych zachowań. Pomyślał, że Oskar żywi doń niechęć.

Na plecach miał worek rzepy, konia prowadził za uzdę, bo ten nie udźwignąłby tego ciężaru. Ominął chłopca, trącając go workiem w ramię, koń zaś zepchnął go w krzak jałowca. Hugh Stratton nie zwrócił na to uwagi, myślał jedynie o bolącym go kręgosłupie. Ucieszył się nawet, że syn Hopkinsa nie złożył mu świątecznych życzeń, że nie „obchodzi” z nim Bożego Narodzenia. Miłosierny Boże, odpuść mu to. Niech Pan na niebiosach mu wybaczy i zachowa w zdrowiu sąsiadów, zajadających świąteczne ptactwo.

Hugh Stratton miał czterdzieści lat, był wysoki i nieco pochylony, a jego twarz – zwłaszcza z odległości – wydawała się młodsza. Miał okrągłe policzki, mały podbródek i rzadką czuprynę jasnopiaskowej barwy. Przy bliższym oglądzie ujawniały się jednak wszystkie znamiona cierpień i rozczarowania, niedającego się zagłuszyć rumem. Był duchownym anglikańskim w okolicy zdominowanej przez ziemiaństwo należące do Kościoła baptystów. Takie usytuowanie zmniejszało jego wpływy i rzutowało na sytuację materialną, choć jeszcze nie upoważniało do desperacji. Nawet wtedy gdy Theophilus Hopkins przeniósł się tu z Londynu i uszczuplił kongregację, Stratton mógłby wyżyć ze swej parafii, gdyż do probostwa należało dziesięć akrów żyznego pastwiska. Nie miał jednak farmerskiej żyłki. Żona dawała sobie lepiej radę z gospodarstwem, ale nie dość dobrze. Wprawdzie czytywała czasopisma wydawane przez Londyńskie Towarzystwo Rolnicze i prowadziła ożywioną korespondencję na temat kwalifikowanego ziarna i sposobu prowadzenia zasiewów, mogliby jednak spokojnie oszczędzić na znaczkach pocztowych, ponieważ zawsze bolały go plecy od dźwigania ciężarów, posiane ziarno wydziobywały dzikie ptaki, a ptactwo domowe zapadało na różne epidemiczne choroby właśnie wtedy, kiedy było już przygotowane do sprzedania i za każdą sztukę mogliby dostać dziewięć pensów. Stratton nie mógł się pogodzić z utratą owych ptaków – niech mu Bóg wybaczy – uciął im głowy i oporządził w taki sposób, by wydawało się, że zabito je zdrowe. Naruszył dzień święty, aby dokonać owego zabiegu. Zaraz po mszy porannej zaniósł ptaki do dworu, udając, że ma to być podarunek dla właściciela. Chodziło mu o wymienienie drobiu na inny produkt – nadeszło Boże Narodzenie i musiał coś przedsięwziąć. Podszedł do drzwi kuchennych. Właściciele dworu byli baptystami i gardzili nim, nie dlatego, że próbował handlu wymiennego, ale że czynił to w Boże Narodzenie. Wiedzieli dobrze, że nie przyszedł z podarunkiem. Kucharka dała mu worek rzepy, co wyrażało żywione przez całą rodzinę lekceważenie do pastora. Miał nadzieję na coś lepszego, ale ponieważ udawał, że chodzi o wymianę podarunków, musiał rzepę przyjąć. Niepokoiło go tylko, że ptaki zdechły na skutek choroby. Oby nie udzieliła się mieszkańcom dworu! Dziedzic nosił szeroki kapelusz, sztywny kołnierzyk i szal owinięty wokół szyi. Długie, szarego koloru włosy zakrywały mu uszy. Wyraz oczu mężczyzny świadczył o pewności siebie: patrzył wprost w oczy rozmówcy, a jego wzrok wskazywał, iż nie uląkłby się nawet diabła. Zapewne pan domu nie uległby też zatruciu. Miał wydatny nos, z rozszerzonymi nozdrzami. Był szorstki, rubaszny, ale uprzejmy, jednak z łatwością przekląłby anglikańskiego krętacza, gdyby ucierpieli przezeń jego bliscy.

Hugh Stratton poprowadził szpotawego konia błotnistą ścieżką pod ogołoconymi z liści wiązami. Nie dopatrywał się niczego pięknego w tych drzewach. Przez czarne, nagie gałęzie widział normańską wieżę swego kościoła, a trochę na lewo od niej dach plebanii. Zbudowano ją z kamiennych, szarych bloków, pokrytych teraz liszajami porośniętych rozchodnikiem i mchem, ale on nie był już owym mądralą, który ongiś przybył wprost z oksfordzkiego kolegium Oriel, oczarowanym rustykalnym spokojem i małym ogrodowym zegarem słonecznym opatrzonym dewizą: „Służyć i rządzić”. Wiedział, że dach jest przerdzewiały, a ściany przepuszczają wilgoć. Myślał o pieniądzach i o tym, jak je zdobyć.

7 Stetoskop

Taboret miał trzy nóżki i stał pod pochyłą, pękającą ścianą facjatki, w której sypiał Oskar. Pomieszczenie to umeblowano nader skąpo – żelazne dziecinne łóżeczko, szmaciany dywanik i lampka naftowa stanowiły całe wyposażenie. Była to jednak izba sucha, a drewniane bale stropu wydzielały przyjemny aromat. Taboret zrobiono z devońskiego dębu i choć drewno miało pierwotnie kolor ciemny, przez dwieście lat dłonie mieszkańców domostwa wypolerowały na odcień miodowy górną część nóżek, za którą chwytano go przy przesuwaniu, podnoszeniu i ustawianiu na miejscu.

Rankami Oskar stawał wyprostowany na taborecie i podnosił wysoko nocną koszulę, by ojciec mógł przyłożyć mu do klatki piersiowej stetoskop. Nigdy nie spytał, dlaczego do tej czynności potrzebny był taboret, nie zadał takiego pytania nawet wtedy, kiedy zaczął już kwestionować różne ojcowskie praktyki. Po prostu wchodził na taboret. Zadzierał flanelową koszulę, a ojciec opukiwał go uważnie, jak młody i niemający jeszcze doświadczenia student, którego poproszono, by stwierdził, czy martwy chrząszcz daje jeszcze oznaki życia. Odbywało się to zaraz po przebudzeniu Oskara – pierwsze zajęcie w rozpoczynającym się dniu i chłopiec jeszcze miał pełny pęcherz. Czasami, ale nie zawsze, penis pozostawał w stanie wzwodu. Niezainteresowany, czemu tak się dzieje, Oskar nie zastanawiał się nad tym faktem.

Kiedy unosił skraj koszuli, ojciec przypatrywał się uwłosieniu, jakie pojawiło się wokół genitaliów syna. Przypatrywał się temu okiem przyrodnika, choć nie bez dodatkowego zaniepokojenia. Nie podobały mu się te nikłe jeszcze, jasne włoski. Wraz z ich pojawieniem się nadchodziły życiowe problemy.

Taboret był w użytku także nocą, kiedy Oskar już spał, a oczy Theophilusa słabły ze zmęczenia, palce zaś drętwiały od pióra. Jego gabinet (w którym również Oskar pobierał nauki) znajdował się na wprost, po drugiej stronie schodów. O drugiej w nocy Theophilus zdejmował buty i w żółtych, gustownych skarpetkach wślizgiwał się do pokoiku chłopca. Stawiał przy łóżku taboret, siadał na nim i słuchał odgłosów synowskiego oddechu.

Rankami zaś wysłuchiwał ich przez stetoskop. Oskar miał płuca czyste, zawsze czyste i Theophilus mógłby powiedzieć sobie: „Brzmią czysto jak dzwon” – ale nie przyniosłoby mu to uspokojenia, gdyż Bóg go ostrzegał, że z chłopcem dzieje się coś złego. Być może ów ostrzegawczy głos nie pochodził od Boga, ale poniechajmy tej sprawy. Moglibyśmy znaleźć inne słowa na to wszystko, co obaj Hopkinsowie (ojciec i syn) nazywali Bogiem, Theophilus wszakże ów głos uznawał za sygnał od Pana. Stanowił wytwór ojcowskiego lęku, wyobraźni lub cóż tam jeszcze chcecie, ale dla Theophilusa sprawa była jasna. Ten chłopiec miał taką samą klatkę piersiową jak jego siostra, a w snach Theophilusa odżywało wspomnienie bulgotania płynu w jej małych płucach.

Przysiadał przy łóżku syna i podciągał puchową kołdrę, aż jej skraj dosięgał brody chłopca. Potem odsuwał kołdrę i z uśmiechem, na przekór swemu niepokojowi, pozostawiał przez chwilę syna odkrytego, śpiącego we flanelowej, białej nocnej koszuli. Oddech chłopca pachniał ciepłym mlekiem. Nic nie wskazywało na to, by jego umysł pozostawał w stanie niepokoju; Oskar wierzył teraz bowiem, że ojciec się myli, nie tylko w kwestii puddingu, ale także w innych sprawach.

Theophilus natomiast nie żywił najmniejszych wątpliwości co do swego dotychczasowego życia; niepokoiło go natomiast to, co teraz następowało. Obawiał się, że syn zostanie „opętany”. Błagał Boga, by do tego nie dopuścił, ale nie otrzymywał żadnej odpowiedzi. Zniesie wszystko, co Bóg mu ześle, zniesie i takie próby, jakim Pan poddał Hioba. Bóg odebrał mu córeczkę Sarę, synka Percy’ego, ukochaną żonę. Nie był przygotowany na owe ciosy, a jednak je wytrzymał. Nie ma rzeczy nie do zniesienia. Lwie pazury, męczeństwo świętych – wszystko, co sam zniósł, było zaledwie ukąszeniem pchły wobec wieczności.

Uważał się za człowieka słabego i przewrażliwionego.

Chwilami pragnął ułożyć się przy synu i objąć go, zanurzyć nos w jego czysto umytej czuprynie, zamknąć go w klatce chroniącej przed wszelkim złem, ale uważał, że byłoby to oznaką wybujałej pychy i aroganckiego zawłaszczenia.

Gdyż Oskar został już ofiarowany Bogu, był jednym z wybranych. Odsłonięto przed nim tajemnicę zbawienia duszy, należał do Chrystusa i nie pochłonie go nigdy piekielny ogień. Uzyskał całkowite zabezpieczenie.

Kiedy Theophilus rozpamiętywał ową myśl, opuszczało go napięcie, mięśnie ramion i klatki piersiowej rozluźniały się, oddech zaś stawał się głębszy i bardziej równomierny. Oczyma wyobraźni widział, jak jego krew robi się czerwieńsza i bardziej dotleniona. Zaciskał pięść i wyczuwał mrowienie tej krwi w naprężonych palcach.

Jakichże cudów dokonujesz, Panie.

Theophilus pochylił się nad synem, ucałował powietrze nad jego czołem i wyślizgnął się z pokoju na palcach, stąpając z tą wyszukaną gracją, której mężczyźni pokroju Hopkinsa, zazwyczaj szorstcy i stanowczy w postępowaniu, używają dla wyrażenia swych najtkliwszych uczuć.

8 Diabelskie znaki

Działo się to w hrabstwie Devon, nieopodal Torquay. Utrzymywanie – jak to czynił Theophilus – że to niemal tropiki, byłoby jak nazwanie którejś z dzielnic Melbourne „paryskim zakątkiem na końcu Collins Street”. Można to wybaczyć komuś, kto nigdy nie widział Paryża, ale jeśli choć na chwilę postawiło się tam stopę, wie się dobrze, że takie określenie jest niczym więcej jak tylko przejawem przysłowiowego „myślenia życzeniowego”.

Kiedy przebywam w Devon, nie widzę tam żadnych śladów tropików i raczej dziwi mnie to, że tak małe hrabstwo może mieć nad sobą niebo tak puste i obojętne. Devon zawsze wydaje mi się okrutną i zimną okolicą. Oglądam dziwaczne bryły skalne na wrzosowiskach i rozmyślam o ciemnocie i biedzie mieszkańców, a przede wszystkim o zimnie, wiecznym zimnie.

Oskar nie widział jednak jeszcze rzeki Bellinger i podzielał przekonania ojca, iż mieszkają „prawie w tropikach”. Nie miało dlań znaczenia, że znosił szykany i prześladowania ze strony synów rybaków i farmerów lub że kucharka dziedzica dała mu do jedzenia kamyki. Okolicę tę uważał za raj na ziemi. Londyńskie gazety docierały tutaj z jednodniowym opóźnieniem. Ojciec i syn napawali wzrok mirtami i fuksjami niezwarzonymi mrozem.

Połowa członków kongregacji Theophilusa wierzyła, że wschodzące w wielkanocny poranek słońce tańczy, a wielu z nich twierdziło, że widziało Baranka tańczącego wraz z nim. W krainie tej dla uczczenia zimowego przesilenia dnia z nocą czyniono ofiarę z kogucików. Ojciec Oskara na własne oczy widział biesiadę, podczas której nagi chłopak wspiął się na jabłoń, a tam rozkrzyżował ramiona i upił się (według Hopkinsa) cydrem. Theophilus przybył tu po to, by badać faunę morską, ale zdarzyło mu się być świadkiem parodii cudu zmartwychwstania. Doznawał często rozczarowań, graniczących z głęboką rozpaczą, na widok niezmożonej, uporczywej i kapryśnej pomysłowości ciemnoty, która go zewsząd otaczała.

Toteż kiedy któregoś ranka znalazł na ścieżce nakreślone patykiem znaki, przerysował je sobie do notesu:

Sądził, że odtworzył rysunek z naukową ścisłością, ale nawet jeśli dokładał starań, by wiernie ukazać proporcje pomiędzy poszczególnymi elementami, nie odniósł się doń beznamiętnie. Znaki owe go przeraziły. I tak, jak kiedyś dostrzegł szyderstwo z ukrzyżowania podczas owej biesiady, tak teraz natknął się na bluźnierczą obrazę Krzyża.

Nie mógł przejść obok tego faktu obojętnie; musiał się nad nim pochylić. Szybkim krokiem ruszył do Morley w nadziei, że spotka kogoś w pubie. Miał na myśli Bargusa, który był kiedyś grabarzem, a obecnie pełnił funkcję zakrystiana. Ale wszedłszy do baru Łabędź w Morley, stwierdził, że nie ma tam nikogo. Pokręcił się chwilę po sali i wrócił, maszerując ponad sześć kilometrów polami.

Pozostawał w stanie wzburzenia i zarazem wewnętrznej pustki. Kończył właśnie przygotowywać ilustracje do swego dzieła „Koralowce z wybrzeża Devon” i aby dotrzymać założonego terminu, musiał wykonać po dwa rysunki dziennie, tego zaś dnia nie sporządził żadnej ryciny, oprócz kopii owego bluźnierczego symbolu. Stracił oddech z wrażenia, kiedy dotarłszy do przełazu w Hennacombe, zobaczył Bargusa, siedzącego na małym, kamiennym moście nad potokiem. Nie uważał się za człowieka podejrzliwego, ale „przypadkowość” owego spotkania go zirytowała.

Theophilus darzył szacunkiem każdy rodzaj siły, co bardzo zdziwiłoby staruszka, gdyby o tym wiedział. Bargus liczył ponad siedemdziesiąt lat, był niski, szeroki w barach, miał rumiane policzki i śnieżnobiałą brodę, przypominającą kształtem łopatkę. Należał do ludzi, u których ceni się nade wszystko wielkie zainteresowanie życiem, to zaś sprawiało, iż owo życie układało się pomyślnie.

Theophilus pokazał Bargusowi przerysowane znaki, ten zaś wziął notes do ręki, przyjrzał się uważnie odtworzonym symbolom, a także innym rysunkom. Podobały mu się trafnie zobrazowane paprocie, janowce, wczesne fiołki i wonne zioła. Oddał notes właścicielowi z uśmiechem, pełnym jednak zmieszania.

– Bardzo ładne – skwitował i zabrał się do przygotowania fajki. Ostatnią odrobinkę tytoniu chciał zachować na chwilę, kiedy już dotrze do gospody, ale oto znalazł się w kłopocie. Nie wiedział, jak ma rozumieć smutny wyraz twarzy swego rozmówcy. Nigdy jeszcze nie widział u niego takiego grymasu. Postukując fajką o poręcz mostu, zastanawiał się: „Dlaczego ten człowiek tak się krzywi, mówiąc do mnie?”.

Podniósł wzrok, obserwując wyraz twarzy pana Hopkinsa. Po zachodzie słońca robiło się zimno i wypowiedział na ten temat jakąś uwagę.

– No tak – odrzekł Theophilus, zamykając notes i ocierając buty z gliny o kamienną krawędź mostu, nadal z wykrzywioną twarzą. – Nie widzisz w tym żadnego znaczenia?

– Ani za grosz.

– A czy to nie jest Święty Krzyż?

– Taa, może być – zgodził się Bargus, myśląc, że raczej przypomina mu to dziecinną grę w klasy. – Bez wątpienia, taak.

Theophilus życzył mu dobrego popołudnia. Nie wierzył w ani jedno słowo Bargusa. To poganin. Obnosił dawniej trzykrotnie trumnę wokół granitowego krzyża w kościele anglikańskim. Szedł przed nią z rozjaśnionym wzrokiem, łopatę wznosił ku górze i opuszczał miarowo. Kiedy Bargus zapewnił Theophilusa, że nie rozumie, co ów symbol miałby znaczyć, ojciec Oskara uznał to za dowód, że stary dokładnie wie, jaka jest wymowa tych znaków.

Ale Bargus – wędrujący teraz polami do Łabędzia w Morley z ciągle jeszcze nienabitą fajką w dłoni – na pewno nie był człowiekiem, który pozostawił ów rysunek na ścieżce, i Theophilus odłożył notes, nie wiedząc, kto jest prawdziwym twórcą tej zagadki.

Podejrzenia pani Williams okazały się trafniejsze. Dwa dni później wybrała się na pocztę w Morley, a po drodze natknęła się na kolejny, wyrysowany na piasku „diabelski znak”. Maszerowała z dziarskim rozmachem, a jej szeroka w biodrach, odziana w biały fartuch sylwetka odcinała się od czerwonego, wydłużonego wzgórza. Nosiła ów fartuch zawsze i wszędzie, toteż w Morley nazywano ją Pielęgniarką. Pani Williams nie zwracała jednak uwagi na to przezwisko.

Towarzyszył jej Oskar, odliczając kroki dzielące go od wioski. Szedł obok gospodyni, ale nieco z tyłu, ciągnąc po ziemi kijek, którego koniec kreślił w błocie linię wyznaczającą szlak ich wędrówki.

Pani Williams nigdy nie umiała ustać spokojnie, uważała to za niewykonalne. Wierciła się i podskakiwała już w łonie matki i nie zaprzestała tego przez całe życie. Ale kiedy doszła do owych wyrysowanych znaków, zatrzymała się na dłuższą chwilę.

Nie zwróciła uwagi na wyraz twarzy Oskara i nie przyszłoby to jej w ogóle na myśl, gdyby nie zaczął nagle przesuwać się tanecznymi podskokami z jednego wyrysowanego pola na drugie, zaczepiając o nie piętami, kiedy próbował – wbrew jawnej sprzeczności obu pragnień – przeskoczyć przez cały układ pól.

– Gra w klasy – powiedział piskliwym głosem.

I wtedy dopiero pani Williams przyjrzała się jego twarzy. Przybrała ona kolor szkarłatny; chłopiec zacisnął szczęki, górna warga wydłużyła mu się, obie zaś stały się wąskie i wyglądały jak sznurki zaciśnięte wokół ust. Nie patrzył jej w oczy, ona zaś poczuła się nieswojo.

9 Kości zostały rzucone

Oczywiście to Oskar wyrysował „diabelskie znaki”. Miały mu posłużyć do odgadnięcia prawdziwej woli Boga.

Litera Δ oznaczała Theophilusa który, z kolei reprezentował sobą objawienie rozumiane tak, jak je przedstawiało Bractwo z Plymouth oraz cały system wierzeń, dotychczas przyjmowanych przez Oskara bez zastrzeżeń.

Ten znak oznaczał, że pójdziesz do piekła, jeśli będziesz jadł pudding.

„Dz” oznaczało baptystów i stanowiło skrót od wyrazu „dziedzic”, który był ich miejscowym przedstawicielem. Oskar wychował się w przekonaniu, że baptyści zostaną potępieni. Ale być może Bóg skarci jego ojca, a na dziedzica spojrzy łaskawym wzrokiem. Wyrysowanie tego znaku było pytaniem w tej kwestii skierowanym wprost do Boga.

VIII – liczba porządkowa wyróżniająca Henryka VIII, nawiązywała w zawoalowany sposób do króla Henryka i do reformacji, dopuszczając niewiarygodną możliwość, że Kościół katolicki nie jest dziełem antychrysta, ale prawdziwym Kościołem. Później Oskar przeląkł się, że ów kod jest zbyt czytelny, i dodał do tego symbolu X, czyniąc zeń XVIII.

Alfa – α – była zaszyfrowaną literą A i oznaczała anglikanów. Początkowo chłopiec nie chciał rysować takiego znaku, ale nie miał czym zapełnić tego pola. Wiedział, że Kościół anglikański jest potęgą w świecie otaczającym Hennacombe, ale tutaj wydawał się wprost żałosny. Nikt nie uznawał wielebnego ojca Strattona za odpowiedniego przewodnika, mogącego poprowadzić kogokolwiek ciernistą ścieżką do wiecznego zbawienia. Pastor nie potrafił nawet sprawić kurczęcia.

Po wypełnieniu owych czterech pól Oskar dodał jeszcze dwa, aby upodobnić cały wzór do dziecięcej gry w klasy. Na pierwszym z nich wypisał zero, ponieważ ono nic nie wnosi, a na drugim znak omega, ponieważ oznacza zakończenie gry. Następnie zaś, kiedy stwierdził, iż tym samym niechcący wprowadził do układu symboli cytat z Objawienia Świętego Jana 1, 8[1], uznał, że to nie jest przypadek, co więcej, wiedział, że to nie przypadek, i choć inni mogli widzieć tu jedynie zbieg okoliczności, on wiedział, że jest to słowo Boże i Boże błogosławieństwo.

U szczytu układu pól wyrysował jedno jeszcze pole i pozostawił je puste. Dał w ten sposób wyraz swej czci.

Najwcześniejsze z owych znaków były te, które ojciec odrysował w swym notesie; Oskar umieścił je na wąskiej ścieżce wiodącej na szczyt skarpy wzdłuż jej zachodniego zbocza. Nakreślił je, drżąc cały, nieopodal starej, drewnianej ławki o szczerbatych listewkach, zarośniętej bluszczem. Zrobił to po południu, około trzeciej, gdy dzień ustępował już miejsca zmrokowi. Na północnym nieboskłonie jarzyła się zorza, ale to nie ona przyprawiała chłopca o drżenie. Wyczuwał niemal namacalnie, że oto staje na skraju wieczności. Ścieżkę zalegały zwiędłe liście, które wiatr zmiatał w kupki i miotał nimi we wszystkich kierunkach. Oskar miał piętnaście lat. Myśli zaprzątały mu śmierć, potępienie, zbawienie. Do wprowadzenia w życie swego zamiaru wybrał specjalny żółty kamyk wyróżniający się spośród miliona innych, zalegających plażę. Powinien teraz wyszorować wiadro na mleko w strumieniu płynącym poniżej – słyszał grzechotanie kamieni z dna potoku, dostających się wraz z lodowatozimną wodą do wnętrza wiadra. Oscar posłużył się specjalnym kamykiem. Nie miał więcej niż cztery centymetry długości i kształtem był trochę podobny do serca. Chłopiec nie uświadamiał sobie tego podobieństwa, lecz w żadnym razie nie uznałby go za przypadkowe. Przysiadł przy rysowaniu znaków, odchylając się ku tyłowi, zęby mu szczękały.

Kiedy nakreślił już wszystkie symbole, stanął na piętach na polu oznaczonym omegą, tyłem do całego układu, z twarzą zwróconą ku zapachowi morza.

I wypowiedział zdanie z Księgi Sędziów, cichutko, niemal nie otwierając ust: „A on: Jeślim, pry, nalazł łaskę przed Tobą, daj mi znak, żeś Ty jest, który mówisz do mnie”[2].

Wiatr stawał się mokry, wzbierał deszczem. Ciął go po twarzy. Oskar wziął do ręki kamyk – swój „amulet” – i cisnął za siebie.

Kamyk upadł na pole oznaczone literą alfa.

Chłopiec stał przez dłuższą chwilę pochylony, wpatrując się w ów znak. Zrobiło mu się ciężko na sercu. To nie może być prawda. Ale to musi być prawda. A jeśli jest, on nie może nadal przebywać w ojcowskim dworku. Musi się przenieść do domu anglikanów. Pochylił się jeszcze bardziej, podniósł kamyk i schował go do kieszeni.

Miał na sobie długą ceratową pelerynę tego samego przypalonego koloru, co kurtka ojca. Ponieważ wykrojono ją z jakiegoś większego okrycia, kieszenie umieszczone były nisko, przy samej ziemi. Próbował wyjąć coś z jednej z nich, ale mu się to nie udało. Ruszył niepewnie przed siebie wzdłuż brzegu, z ręką nadal w kieszeni, a po chwili przysiadł na zarośniętej bluszczem ławce. Słyszał pobrzękiwanie wiadra, targanego bystrym prądem strumienia. Sięgnął ręką w głąb kieszeni i wyjął zawiniątko okręcone w chusteczkę do nosa. Rozwinął je i wydobył ołówek oraz gruby notes.

Ponieważ rozpadało się już na dobre, uniósł połę peleryny i utworzył z niej rodzaj namiotu, pod którego osłoną mógł zanotować wynik doświadczenia. Napisał: „1. poniedziałek po południu. Epifania: Alfa”. Po czym schował notes, ołówek, „amulet” i zwiniętą w kłębek chusteczkę do kieszeni i niedbale zatarłszy butem swą „grę w klasy”, ruszył nad strumień, na pomoc wiadru na mleko. Drżąc z chłodu, przemył je pośpiesznie i wrócił z rozmokniętego brzegu strumienia na ścieżkę.

Pobiegł do domu, licząc kroki. Po drodze musiał minąć plebanię anglikańską. Kolana mu drżały. Wystawił twarz na uderzenia deszczowych kropli. Chciał już się znaleźć w domu, przy ogniu, w czystym pokoju o chłodnych kamiennych ścianach, w którym wraz z ojcem będą straszyć panią Williams, omawiając rzeczowo i ze szczegółami słynne zabójstwa. Takie rozmowy najbardziej ich zbliżały. A potem ojciec da mu kuksańca i potrze policzek swą szorstką brodą, powodując chichot i łachotanie. Nazywali to „goleniem na sucho”, było ono wyrazem miłości.

Ale Bóg wskazał pole z literą alfa i Oskar nie wiedział, jak powiedzieć o tym ojcu.

Anglikańskie probostwo było oddalone od znaków o sto dwadzieścia pięć kroków. Żywopłot, skłębiony i miejscami wyłysiały, przywodził na myśl brodę kogoś schorowanego. Oskar zaczerpnął powietrza. Przez krzewy widział podwórko na zapleczu domu, na którym anglikański pastor wraz z żoną próbowali zabić świniaka, nie uciekając się do pomocy rzeźnika. Tego świniaka powinno się było zabić już po Wszystkich Świętych, a nie teraz. Pastor uderzył go w łeb, z boku. Świnia kwiknęła na cały głos. Oskar się skrzywił. Anglikański duchowny wziął z rąk swej anglikańskiej żony nóż do oprawienia tucznika, ręce miał czerwone, nie od krwi, ale od mułu, którym świnia była wybrudzona. Zadawał jej cios po ciosie, twarz miał jeszcze bardziej wykrzywioną niż Oskar. Chłopiec usłyszał wreszcie odgłos wiatrów wydobywających się z odbytu zwierzęcia. Rozwarł zaciśnięte dłonie i zobaczył, że odgniótł sobie wewnątrz paznokciami krwawe ślady.

To niemożliwe, żeby ci ludzie byli sługami Bożymi. A przecież muszą nimi być.

„I zawołał Pan Samuela. Który odpowiadając, rzekł: Owom ja!”[3].

Anglikański duchowny nie usłyszał tych słów, ale zobaczył chłopca stojącego przy żywopłocie.

– Odejdź stąd – powiedział doń. Rzucił w chłopca grudką gliny. – Ty wstrętny smarkaczu, zabieraj się do domu!

Oskar poszedł do domu i ukrył swój notatnik.

[1] „Jam jest Alfa i Omega, Początek i Koniec, mówi Pan Bóg, który jest i który był, i który przyjdzie: Wszechmogący”, przeł. Jakub Wujek (przyp. tłum.).

[2] Księga Sędziów 6, 17, przeł. Jakub Wujek (przyp. tłum.).

[3] Pierwsza Księga Samuela 3, 4, przeł. Jakub Wujek (przyp. tłum.).

10 Mylne ustalenia

Oskar miał teraz w kieszeni nowy „amulet”. Nie był to już ów żółty kamyk, jakim posługiwał się uprzednio, ale błyszczący i czerwony, o którego barwie ojciec powiedziałby (gdyby miał taką możliwość), iż jest caput mortem, czyli głową śmierci. Ojciec oswajał wszystko poprzez nadawanie nazw, czy go o to proszono, czy nie. To on znalazł ów nowy kamień. Wyszedł przez drzwi od piwnicy na kamienny dziedziniec, gdy Oskar się mył. (Mieli w zwyczaju myć się na zewnątrz domu, niezależnie od pogody. Miało to wzmacniać ich konstytucję fizyczną). Oskar nabierał zimnej wody z cynkowanej kadzi, prychając gniewnie, nacierał swą szczupłą pierś i przytupywał z zimna nogami. Powinien był powiesić ubranie na haku obok ściany, ale wolał je położyć na krawędzi studni. Ojciec także chciał się umyć, zobaczył koszulę i pumpy na cembrowinie, zabrał je stamtąd, koszulę powiesił na haku i zaczął sprawdzać kieszenie spodni. Nie było to żadne szperanie, nie istniało dlań nic takiego. Dokonywał przeglądu różnych przedmiotów, które syn znalazł w ciągu dnia. Brał je w dwa palce – kciuk i wskazujący – i oglądał uważnie, jakby stanowiły zawartość jelit jakiejś ryby, której sposób odżywiania się pragnął zbadać.

Notes pozostał nieodkryty w schowku, ale Theophilus znalazł „amulet”. Z jakiejś przyczyny, której nie ujawnił przed synem, schował kamyk do własnej kieszeni. Nie oznajmił bynajmniej, że go konfiskuje, w ogóle nie wyraził żadnej opinii. Schował kamyk do kieszeni szlafroka i trudno byłoby orzec, czy zrobił to odruchowo czy z rozmysłem. Oskar, czując, że się rumieni, odwrócił się do ojca chudymi plecami.

W modlitwach nie wspomina się w ogóle o „amulecie”.

Następnego ranka kamyk znalazł się na stole, obok nakrycia do śniadania. Umieszczono go z tej strony, gdzie siedział Oskar, niczym akt oskarżenia. Chłopcu serce zaczęło bić szybciej. Pomyślał, że go zdemaskowano. Miał na sobie poplamione ubranie tego samego typu, co ubiory noszone przez okolicznych rybaków. Nagle zrobiło mu się bardzo gorąco.

– Ładny kamyk – powiedział ojciec, a Oskar podziękował za tę pochwałę kiwnięciem głowy:

– Tak, ojcze.

– Gdzie go znalazłeś?

Theophilus dosypał cukru do swej owsianki. Mieszał go równomiernie, nie dając poznać, iż dręczy go ostry niepokój. Coś złego wisiało w powietrzu. Coś bardzo złego. Wziął do ręki kamyk płynnym gestem, pragnąc nawiązać kontakt z synem, ale nie wiedział, co powiedzieć. Zadał niemądre pytanie, gdyż żadne inne nie przyszło mu do głowy.

Oskar nie chciał odpowiedzieć. Zdawał sobie sprawę z tego, że pytanie bynajmniej nie jest niewinne. A nawet gdyby było, nie powinno się go zadawać. Poprzez ten kamyk Bóg go powiadomił, że papa tkwi w błędzie, grzesznym błędzie.

Ojciec nie dopuściłby do najlżejszego nawet kwestionowania swej wiary. Był przeświadczony, że Bóg przemawia wprost do niego. Oskar głęboko bolał nad tym nieporozumieniem, jednak nawet wysilając wyobraźnię, nie mógł znaleźć sposobu, by wyłożyć ojcu, iż spotka go cios.

Chłopiec codziennie rzucał kości. „Amulet” za każdym razem padał na pole oznaczone literą alfa, a nie na pole z trójkątem. Oskar zapragnął zamienić się w świnię, pozbawione nieśmiertelnej duszy stworzenie, zapragnął zostać przerobiony na kiełbasę i zjedzony, co by go uwolniło spod potwornego ciśnienia wieczności. Nie potrafił nawet spojrzeć ojcu w oczy.

Theophilus zapytał go, gdzie znalazł ów kamyk. Oskar nie wiedział, co ojciec ma na myśli. Mieszał cukier w filiżance z herbatą. Okno przy małym, okrągłym stole było pokryte parą. Na zewnątrz brunatne kontury szopy rozpływały się w mgle.

Ojciec zdawał się nie zauważać braku odpowiedzi, ale jego oczy miały dziwny wyraz. Dobry Boże, zedrzyj z nich zasłonę. Zedrzyj zasłony z jego oczu w tej chwili.

– Czy wiesz, jak się nazywa ten kolor? – spytał ojciec.

Oskar wcale nie chciał poznać tej nazwy. Był na ojca zły za to, co robi.

– To indyjska żółć.

– Dziękuję, papo.

Pani Williams ułożyła grzanki ściśle według polecenia pana domu. Przebywanie z nimi oboma sprawiało jej ból. Poczyniła jakąś uwagę na temat mgły, lecz żaden z siedzących przy stole nie podjął rozmowy. Czyjś pies w nocy uprowadził jedną z owieczek Crouchera, ale i ta wiadomość nie wzbudziła w nich zainteresowania. Zaczęła pracować u Hopkinsów, kiedy byli rodziną w pełnym tego słowa znaczeniu, a teraz zdana jest na niezgrabiasza z przygryzioną wargą, który przypatrywał się czemuś, wytrącony z równowagi i wpadał na różne meble w pełnym świetle dnia. Przebywanie z nim stało się bardzo przykre. Wyszła do kuchni, żeby nie słuchać, o czym mówią.

– Nazywa się tę barwę indyjską żółcią z bardzo istotnego powodu – podjął Theophilus i wyciągnął rękę po grzankę, by ją następnie dokładnie obmacać dwoma palcami i przekonać się, że – zgodnie z poleceniem – nie jest rozmiękła. – Z bardzo interesującego powodu – dokończył zdanie.