Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Osiem zeszytów - Heloneida Studart

Brazylijka Heloneida Studart była bezkompromisową i nieugiętą krzewicielką feminizmu, aktywną działaczką polityczną, a przede wszystkim - choć twórczość literacka nigdy nie była jej głównym zajęciem - genialną pisarką. W rodzinie Nogueira Alencar kobiety nie miały szczęścia. Zanim Maria odkręciła gaz, starannie uszczelniła kuchnię w swoim domu; napisała też bilecik z zaleceniem, by jej osiem pamiętników przekazano siostrzenicy. Teraz Mariana co rano wynosi na taras paczkę zawierającą sekretne zapiski ciotki i zafascynowana wpatruje się w szary papier pokryty stemplami. Mariana dobiega czterdziestki. Wciąż jest piękna i wzbudza pożądanie. Zbuntowała się - podobnie jak kiedyś Maria - przeciwko rodzinnej tradycji, która skazuje jedną z córek na staropanieństwo, by mogła opiekować się matką. Jej siostra Leonor od dziesięciu lat bezskutecznie stara się o dziecko i pielęgnuje w sobie nienawiść do męża, który podczas nocy poślubnej zakwestionował jej dziewictwo, bo niewystarczająco krwawiła. Gdy pewnego dnia dostaje od zakochanego w niej biedaka buteleczkę z arszenikiem, nie ma najmniejszej wątpliwości, co zrobić z jej zawartością... Powieść napisana po mistrzowsku, pełna gwałtownych namiętności, niespełnionych marzeń i dziedziczonej z pokolenia na pokolenie nienawiści. Przejmujące studium kobiecego buntu przeciw niesprawiedliwości losu i społecznym ograniczeniom.

Opinie o ebooku Osiem zeszytów - Heloneida Studart

Fragment ebooka Osiem zeszytów - Heloneida Studart

Heloneida Studart

(1932-2007) – brazylijska pisarka, dziennikarka, działaczka polityczna, feministka. W wieku szesnastu lat zaczęła pisywać do lokalnej gazety; mając lat dwadzieścia pięć, została laureatką nagrody Brazylijskiej Akademii Literatury oraz nagrody im. Orlanda Dantasa. W 1969 roku za swoje poglądy i pisarstwo, niewygodne dla rządzącej junty wojskowej, trafiła na kilka miesięcy do więzienia. Przez wiele lat aktywnie działała w Partii Pracy. PowieśćOsiem zeszytówukazała się także we Francji, w Portugalii, Izraelu i we Włoszech.

Milena AgusBól kamieni;Póki rekin śpi

Christine AngotKazirodztwo

Majgull AxelssonDom Augusty; Droga do piekła; Kwietniowa czarownica; Lód i woda, woda i lód; Ta, którą nigdy nie byłam

Claire CastillonInsekt

Maryse CondéJa, Tituba, czarownica z Salem

Aminatta FornaKamienie przodków

Elina HirvonenPrzypomnij sobie

Petra HülováCzas Czerwonych Gór

Grażyna JagielskaFastryga

Alona KimchiPłacząca Zuzanna

Lori LansensOpowieść żony

Melania MazzuccoTak ukochana; Taki piękny dzień; Vita

Marsha MehranWoda różana i chleb na sodzie; Zupa z granatów

Mian MianCukiereczki; Panda Sex

Jaclyn MoriartyMam łóżko z racuchów

Salwa an-Nu`ajmiSmak miodu

Helen OyeyemiMała Ikar

Halina PawlowskáDzięki za każdy nowy ranek; Zdesperowane kobiety postępują desperacko

Grażyna PlebanekDziewczyny z Portofino; Przystupa;Pudełko ze szpilkami

Sonia RaduńskaBiałe zeszyty; Kartki z białego zeszytu

Monika Rakusa39,9; Żona Adama

Sara StridsbergFakultet marzeń

Marta SyrwidZaplecze

Mariolina VeneziaJestem tu od wieków

Oksana ZabużkoBadania terenowe nad ukraińskim seksem; Siostro, siostro

przełożyła Anna Rzepka

Tytuł oryginału:Selo das DespedidasCopyright © 2000 Heloneida Studart Published by agreement with Les Éditions Les Allusifs, Montréal Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2010 Wydanie I Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

I

Na krótko przed czterdziestymi urodzinami Mariana otrzymała zapiski Marii das Graęas Nogueira Alencar, swojej ciotki, starej panny. Przesłano je pocztą, z Fortalezy. Ciotka niedawno umarła, nie tyle z woli bożej, co z własnej. Jej ciało znaleziono ułożone na haftowanej narzucie obok jednego z czterech pieców w przestronnej kuchni wielkiego domu obciążonego hipoteką. Nie ulegało wątpliwości, że trudziła się przez cały dzień, by uszczelnić tak dużą przestrzeń, gdzie królowały warkocze cebuli, płaty suszonego mięsa i zapomniane moździerze. Zużyła ogromną ilość taśmy izolacyjnej, plastra opatrunkowego, a nawet nici, zanim odkręciła gaz. Tak przygotowane pomieszczenie nadspodziewanie dobrze sprawdziło się jako komora śmierci. Drobne, tężejące już ciało odnalazła wiekowa służąca. Na lekko zaróżowionej twarzy zmarłej zastygł wyraz ironii. Na szyi miała sznur prawdziwych pereł, dziedziczony przez wszystkie stare panny w rodzinie, z pokolenia na pokolenie. W zamkniętych dłoniach trzymała legitymacyjne zdjęcie jedynego ukochanego, jakiego miała w życiu, i bilecik z zaleceniem, by sekretne zapiski, trzymane pod kluczem w najwyższej szufladzie komody, przekazać siostrzenicy Marianie z Rio de Janeiro. Severina, wiekowa służąca, długo płakała nad martwym ciałem. Nade wszystko obawiała się kary bożej dla wiecznie zbuntowanej duszy Marii das Graęas. Faktycznie, na Sądzie Bożym za jedyną winę samobójczyni można było uznać to, że nigdy nie pogodziła się z losem, jaki wybrała dla niej matka, Pequenina.

W każdym pokoleniu rodziny Nogueira przeznaczeniem jednej z córek było życie w celibacie z myślą o przyszłej posłudze starzejącej się matce. W wybrance tłumiono oznaki kobiecości, nikt jej nie adorował, nie dawał prezencików, nawet skromnej bransoletki, kolczyków czy flakonika perfum. Aby lepiej przysposobić ją do roli leciwej panny do podawania kleików i bulionów matce, zabraniano jej podchodzenia do okna, uczestnictwa w zabawach czy posiadania przyjaciółek i powiernic. Niektóre matrony z rodu Nogueira przesadzały w swoich zapędach i hodowały dwie stare panny w jednym rzucie. Tak postąpiła Dondon, babka Marii das Graęas, która pozwoliła, by jej dwie najmłodsze córki, Pedrita i Lazinha, zwiędły niczym bliźniacze listki zasuszone między kartkami tej samej książki. Jednakowo ubrane, cierpiały na wyimaginowane schorzenia i pościły w każdy poniedziałek na chwałę pobożnych dusz. Pequenina zadowoliła się jedną córką złożoną na ołtarzu swojej dewocji. Odseparowała ją od otoczenia, tłumacząc, że jest drobniutka i słabowita, i od najmłodszych lat oddała pod opiekę Najświętszej Marii Pannie. Odmawiała jej wszelkich uciech, a gdy dziewczynka miała dziesięć lat, zawiesiła na jej piersi cudowny medalik. Kiedy wzywała ją na popołudniową koronkę na różańcu, przypominała: „Ty jesteś wybrana. Twoje dwie siostry chodzą na tańce, zachowują się zalotnie, zbierają fotosy aktorów, a ty przygotowujesz się, by jako cnotliwa panna żyć w tym zgubnym świecie niczym w klasztorze”.

Na nieszczęście dla Pequeniny strategia zawiodła. Mimo swej nieśmiałości i ponuractwa Maria das Graęas chadzała własnymi drogami. Spędzała czas na lekturze opowieści z dreszczykiem albo bazgrała w niezliczonych zeszytach, które natychmiast zamykała w szufladach. Ku oburzeniu rodziny wyszło na jaw, że pisywała wiersze i że odważyła się opublikować, pod pseudonimem, w jednej z lokalnych gazet porannych tekst o bohaterce Konfederacji Równikowej*, Barbarze de Alencar.

Pospiesznie wezwany wikary, duchowy przewodnik Pequeniny, przypominał jej, że jest cioteczną wnuczką Franciszki Klotyldy, pierwszej kobiety, która wydała powieść w stanie Ceará.

Ccnfederaęao do Equador (Konfederacja Równikowa) – antycesarski bunt w północno-wschodniej części Brazylii, który wybuchł w 1824 roku (przyp. tłum.).

Ówczesny proboszcz, a było to na początku wieku, przy tej okazji zganił nierozsądną kobietę z wyżyn kościelnej ambony, mówiąc: „Bóg dał niewieście talent nie po to, żeby publikowała swoje myśli. Bóg błogosławił niektórym kobietom darem inteligencji, by ten przydawał blasku ich domowi, ku zadowoleniu męża i dzieci”.

Przygana odbiła się szerokim echem i Franciszka straciła posadę nauczycielki w szkole powszechnej. Sprzedała biżuterię, potem suknie i książki. W zakrystiach i na salonach rozprawiano o tym, że niejaka Franciszka Alencar cierpi głód. Ona jednak pisała nieprzerwanie, całymi nocami, w blasku maleńkiej lampki.

Duchowy przewodnik Pequeniny nie zamierzał porównywać tamtych mrocznych czasów z dekadą lat trzydziestych, kiedy to walczono nawet o prawo do głosowania dla kobiet – „te bezbożnice, te sufrażystki”, w niejednym domu grało radio, a wiele dziewcząt z dobrych rodzin szykowało się do egzaminów państwowych na posady urzędnicze. Jednak ograniczenia nadal były potrzebne. Kobieta dobrze urodzona przez skromność winna powstrzymywać się od publikowania zapisków. A w szczególności o Barbarze de Alencar, która – pomijając już całą resztę – była republikanką i abolicjonistką.

– Mario das Graęas – powiedział surowym tonem wikary – nie wpędzaj matki do grobu.

I Maria das Graęas zamknęła zapiski na klucz w szufladzie komody z palisandrowego drewna w swoim pokoju. Jednak wikary dostrzegł w jej oczach przebłysk nieposłuszeństwa: należała do tych, które wolą wyrażać siebie, niż być szczęśliwe.

Wiele lat później, kiedy po śmierci najmłodszej córki Pequeniny, Melby, i stracie całego majątku rodzina przeniosła się do Rio de Janeiro, Maria das Graęas została sama w Fortalezie, na straży obciążonego hipoteką domostwa z wielkimi pokojami sypialnymi pełnymi fotografii zmarłych krewnych. Powiadano, że duch Barbary de Alencar nawiedzał ją w każdy piątek i wnosił skargi na potworne katusze i męki więzienia, jakie w 1824 roku zadano jej synowi, Tristanowi Gonęalves de Alencar Araripe: „Mojego syna, mojego rewolucjonistę, przebili szablą, a potem podziurawili kulami. Te sługusy monarchii odcięły mu ucho i prawą dłoń jako trofeum. Jego ciało znaleźli u stóp mimozy. Potem zabrali je do Santa Rosa i zostawili tak na dwa miesiące, w słońcu, wysuszone, oparte o pień gruszy, żeby te kanalie mogły je opluwać i rzucać kamieniami. Opisz tę historię, Mario das Graęas Nogueira de Alencar, żeby nikt nie zapomniał!”.

Starsza siostra Marii das Graęas, Mimi, mieszkająca w Rio de Janeiro „z przymusu”, jak mawiała, przyjęła z zakłopotaniem wiadomość o samobójstwie. Zadzwoniła do niej Mariana, starsza córka: „Mamusiu, wystarczy, że zamienisz stroje w półżałobnych kolorach, które zawsze nosisz, na ścisłą żałobę. Masz jeszcze te kolczyki z agatami?”.

Nie oczekiwała, że matka przejmie się nieszczęściem tamtej, tłumionym płaczem, uporczywą miłością, która kazała jej trzymać legitymacyjne zdjęcie w stężałych już palcach, pragnieniem pisania zdławionym z winy uprzedzeń. Bo czym była śmierć w oparach gazu, jak nie symbolicznym końcem życia kogoś, komu nie było dane odetchnąć pełną piersią?

Mimi nie przejmowała się nikim, więc Mariana zdołała uniknąć opowieści o skomplikowanym rytuale, który poprzedził samobójstwo: o pieczołowicie wyhaftowanych narzutach, starannie zszytych prześcieradłach, taśmach samoprzylepnych do uszczelnienia szpar. Mariana wspomniała jedynie o krokach, jakie podjęła, by ciotka została pochowana w poświęconej ziemi. Bez trudu przekonała arcybiskupa Fortalezy, że chodziło o „przypływ szaleństwa”.

Mimi zmieniła stroje w kolorach amarantu i fioletu na całkiem czarne. Codziennie odgrywała sceny smutku w mieszkaniu w dzielnicy Cosme Velho, w oczekiwaniu na mszę w intencji zmarłej.

Wielka paczka owinięta w szary papier cały pokryty stemplami, zawierająca osiem zeszytów sekretnych zapisków ciotki samobójczyni, fascynowała Marianę do tego stopnia, że nie odbierała nawet natarczywych telefonów matki: „Filoca, powiedz mojej mamie, że jestem w saunie. Powiedz, że poszłam do Fórum”.

Mariana wahała się, czy otworzyć paczkę i przeczytać choćby pierwsze akapity zapisane drobnym, wąskim pismem. Bała się, że w tych zapiskach sprzed pięćdziesięciu lat, sporządzonych przez kobietę z jej rodu i o podobnym temperamencie, ujrzy siebie, swoje wątpliwości, bo przecież ją także wychowano do roli starej panny przy matce. Mariana krążyła wokół pakunku owiniętego w szary papier, zawiozła go do mieszkania w dzielnicy Alto Labedon i umieściła na tarasie, przyglądała mu się, nie zważając na brzęczenie pszczół w krzewach hibiskusa i na papugę, która co rano przylatywała z ogrodu botanicznego, żeby się zaszyć w kwietnym gąszczu na tarasie.

Jako mała dziewczynka Mariana też chciała zostać pisarką, i adwokatem. Przeglądała się w ozdobnym lustrze matki i mówiła radośnie: „Urodziłam się Pierwszego Maja. Dlatego cała władza należy się mnie, Marianie Nogueira de Alencar”. Mimi śmiała się, bo nie wiedziała, że pierwszy maja to Święto Pracy, że robotnicy domagają się władzy i że jej starsza córka, w wieku czternastu lat, była tego świadoma.

W tamtym okresie Mariana już nie miała nadziei, że matka ją zaakceptuje i pokocha. Lata najwcześniejszego dzieciństwa spędzone w posłuszeństwie i milczeniu, w strachu znoszonym ze stoickim spokojem, kindersztuba przy stole, najlepsze wyniki w nauce – wszystko to się skończyło, rozwiało. Cała ta postawa pilnej dziewczynki miała na celu tylko jedno: przyciągnąć uwagę matki, zasłużyć na jej aprobatę, czułość. Stracony czas. Mimi była wpatrzona wyłącznie w młodszą córkę, której pozwalała na wszystko: przebieranie się w swoje koronkowe bluzki, suknie wieczorowe, pląsy w butach na obcasach i z długimi sznurami pereł. To Leonor była do niej podobna: „Ma moją twarz, falowane blond włosy. Kiedy Mocinha, położna, pokazała mi moją młodszą córeczkę, poczułam ulgę po tym rozczarowaniu, jakiego doznałam, gdy zobaczyłam indiańską twarz Mariany. Biedactwo, była podobna do swojej ciotki Marii das Graęas, która została starą panną”.

Marianie Mimi gotowała ten sam los. Ale i tym razem taktyka się nie sprawdziła. Starsza córka, zaniedbana, w ubraniach po matce i zawsze w butach na płaskim obcasie, ukończyła studia prawnicze i została żoną przemysłowca. Na próżno matka dała jej w prezencie naszyjnik z hodowlanych pereł, identyczny jak ten, który nosiła ciotka samobójczyni, stanowiący coś na kształt symbolu wszystkich starych panien w rodzinie. Ale i na nic zdało się podarowanie Leonor całej biżuterii rodowej, pozostałości po rodzinnej fortunie, na nic zdały się obowiązkowe lekcje angielskiego, baletu, gry na pianinie, czy wymuszanie na niej diety jogurtowej, z sucharkami i wodą mineralną, żeby nie zaszkodzić cerze. Matka była przekonana, że Leonor znajdzie świetną partię, co pozwoli rodzinie odzyskać dawny splendor, a nawet pomyślnie rozstrzygnąć proces, który od sześćdziesięciu lat krążył od jednej sali sądowej do drugiej. Tymczasem córeczka zakochała się w koledze ze studiów pedagogicznych na Katolickim Uniwersytecie w Rio de Janeiro, który nieustannie podpadał władzom wydziału, był przeciwnikiem ugrupowań postępowych i nawet nie wybrano go starostą na roku. Żadne z jego niepowodzeń nie zniechęciło jednak Leonor, której zresztą zdołał wmówić, że jest najinteligentniejszym przedstawicielem swojego pokolenia. Leonor zapewniała, że zostanie posłem, senatorem, a kto wie, czy nie ministrem. Po raz pierwszy stając po stronie matki, Mariana usiłowała wyperswadować siostrze małżeństwo. Ta zareagowała gwałtownie:

– Mówisz tak z zawiści! Jak twój ukochany zniknął, uczepiłaś się tego pajaca Benta! Wszyscy wiedzą, że on nie ma nic oprócz pieniędzy!

Mariana wycofała się.

– Jak mawiała babcia Pequenina: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Chcesz wyjść za mąż, to sobie wychodź. Potem będziesz się wypłakiwać w poduszkę w sypialni.

To były dziewczęce przekomarzania. Mariana kochała młodszą siostrę. Odrabiała za nią lekcje, kiedy ta je zaniedbywała, układała jej jasne włosy w burzę loków. I uważała za naturalne, że to ją matka faworyzuje, że to jej dała całą rodową biżuterię, z wyjątkiem naszyjnika z pereł dla starych panien. Aby nie sprawiać przykrości Leonor, Mariana zgodziła się poznać bliżej Alfreda, ona, dwudziestopięcioletnia, w gorsecie, rozprawiająca o moralności, dla dobra rodziny i kraju. I pomogła przekonać Mimi do tego małżeństwa, które w jej mniemaniu oznaczało klęskę.

Ceremonia odbyła się w kościele Matki Boskiej Chwalebnej przy Largo do Machado. Leonor stanęła przed ołtarzem niczym dziewicza ofiara, która ma poświęcić siebie w służbie bogu. Ten bóg zaś, w wypożyczonym garniturze, nie zwracał uwagi na ironiczne uśmieszki kolegów z roku i surowy żałobny strój Mimi.

Młodzi zamieszkali we Flamengo, w dwupokojowym mieszkaniu z salonem, w którym wszystkie meble kryły jakieś niespodzianki: w meblościankach chowały się łóżka, stoliki się składały i znikały, krzesła można było rozkręcać.

Rok później, pod presją matki – „I kto też na starość będzie się mną opiekował?” – Mariana pogrzebała na dnie szuflady zdjęcie ukochanego, który zniknął, i została żoną Benta Assunęao, należącego do rodziny armatorów. Zawarła małżeństwo, jakie miało stać się udziałem jej siostry, której teraz pożyczała pieniądze, suknie, samochód z kierowcą. Razem z czterema innymi adwokatami prowadziła proces wytoczony przez jej rodzinę Bankowi Brazylijskiemu, ciągnący się od sześćdziesięciu lat, z aktami sprawy liczącymi piętnaście tysięcy stron. I po kryjomu pisała, zupełnie jak jej ciotka Maria das Graęas.

– Niechże pani Mariana raz wreszcie otworzy tę paczkę.

Filoca potrząsała głową przystrojoną w niezliczone warkoczyki, stojąc przed swoją chlebodawczynią, zaintrygowana rytuałem wynoszenia paczki z zeszytami na taras każdego poranka i kontemplowania jej, choć sznurki i laka pozostawały nienaruszone.

– Jeszcze nie, Filoca, muszę zebrać się na odwagę.

– A niech mi pani Mariana powie: tam w środku, to jakaś diabelska sztuczka?

– Nie, Filoca, ale jest w tym coś z magii.

– Aha. Jak pracowałam u pani Isaurinhi Lopes w Botafogo, to ona dostała pocztą woskową figurkę. No i stało się: tydzień później umarła, udręczona, cała sina, od stóp do głów.

Mariana uśmiechnęła się. Wiedziała, że Filoce nie odpowiada ten jej zwyczaj wczesnego wstawania. Jak kobieta ma bogatego męża, trzy samochody w garażu, kucharkę, pokojówki i szofera, to po co wstaje o szóstej rano jak jakaś niewolnica i idzie na taras ze stertą papierzysk? Filoca musiała wcześnie zrywać się z łóżka, żeby przygotować tacę z sokiem pomarańczowym, żelkami, mocną kawą i wrzątkiem. A kładła się późno, dopiero jak się skończył ostatni film w telewizji, i była amatorką schłodzonego piwa, popijanego ukradkiem, „z emocji”, w czasie oglądania telenoweli.

– Przynieść pani tacę z kawą?

– Dopiero jak przyleci papuga.

Papuga, uciekinierka z ogrodu botanicznego, zaraz powinna się zjawić. Zawsze zbliżała się ostrożnie po ziarna kukurydzy specjalnie w tym celu rozsypywane na brzegu basenu. Była niczym zielony ognik. Mariana pomyślała, że gdyby ten długowieczny ptak umiał mówić, opowiedziałby niejedno z historii stuletnich drzew w ogrodzie, amazońskich baobabów, indyjskich figowców, palm królewskich. Ale papuga milczała, nigdy nie przyłączyła się do ludzkiego gadania.

– Jest – powiedziała Filoca. – To idę po kawę. Chce pani jogurt, czy wystarczy sok pomarańczowy?

Zadzwonił telefon. Raczej nie był to wspólnik Benta, ten zawsze telefonował dokładnie o siódmej trzydzieści. Obaj lubili ścisłe rozkłady zajęć, a Bento dawał wyraz zamiłowaniu do punktualności swoją kolekcją zegarków zamkniętych w oszklonej gablocie.

– Pewnie to pani siostra – odezwała się Filoca. -Zapomniałam powiedzieć: wczoraj dzwoniła, jak pani już spała.

– Filoca, czy mam zainstalować automatyczną sekretarkę?

Mariana odebrała telefon. Od jakiegoś czasu w głosie Leonor wyczuwało się skrajne napięcie.

– Myślałam, że w naszej rodzinie tylko ja zrywam się wcześnie rano – Mariana spróbowała żartobliwego tonu.

Leonor przeszła od razu do sedna.

– Mama źle to znosi – powiedziała. – Wezwała już doktora Ivana i chce odwołać mszę żałobną za duszę ciotki Marii das Graęas. Mówi, że ją opuściłyśmy. Od tygodnia nie pokazujemy się u niej w Cosme Velho.

– Lenor, przecież nasz dzień odwiedzin u mamy wypada w czwartek, a dziś jest wtorek. Wszystko jest absolutnie zgodne z zasadami.

– No, może, ale ja czuję się winna. Mam okropne poczucie winy. Aż mnie przez to kole w brzuchu.

– To pewnie miesiączka.

– Ni e przypominaj mi. Wiem, że jutro ją dostanę. Wiem, że ta przeklęta krew uchodzi ze mnie dziewiątego dnia każdego miesiąca, i to znak, że znów nie jestem w ciąży. Nigdy w nią nie zajdę. Jestem jak „niecielna jałówka” – tak mówią na północy.

– Spokojnie – uciszała ją siostra. – Płaczesz?

Mariana obawiała się, że w czasie czwartkowej wizyty matka odkryje na twarzy Leonor ślady łez. W rodzinie tylko Mimi przysługiwało prawo do płaczu.

– Ostatnio płaczę wręcz bezwiednie. Idę po ulicy i nagle czuję, że twarz mam zalaną łzami – powiedziała Leonor.

To wyznanie zaniepokoiło Marianę. Dobrze pamiętała tamte tygodnie, kiedy sama nie wiedziała, czy śni, że płacze, czy tak było naprawdę. Na ulicy niespodziewanie zatrzymywał ją żebrak albo jakieś dziecko: „Czemu płaczesz, panienko?”. Gorzkie łzy płynęły z oczu Mariany nawet wtedy, gdy nie myślała o Vascu.

– Przyjdź do mnie na kawę, jałówko – powiedziała do Leonor. – Filoca zrobi ciastka z kremem śmietankowym, a z Petrópolis przysłali te maślane biszkopciki, twoje ulubione. Weź taksówkę.

Mariana usiadła z powrotem na krześle pod wielkim przeciwsłonecznym parasolem na żółtym stelażu. Papuga nieopodal dziobała ziarnka i kamyki. Mariana wiązała z nią niejasne nadzieje. „Na urodziny dam ci złotego kanarka”, powiedział Vasco na krótko przed zniknięciem. Może to jego duch krążący po ogrodzie botanicznym posyłał do niej co rano papugę, z braku kanarka albo kwiatka?

II

Czekając na siostrę, Mariana poprosiła o gazety. Co rano na tarasie przeglądała dwie lub trzy, z niepokojem w sercu. Obawiała się, że wśród wiadomości o kryzysach politycznych i tajemniczych zbrodniach nagle natrafi na lakoniczną notatkę: „Znaleziono ciało niezidentyfikowanego dwudziestodwuletniego mężczyzny”.

Mąż zastał Marianę pogrążoną w tej przygnębiającej lekturze.

– Czytasz bez okularów! – skomentował. -A przecież kończysz czterdziestkę.

Mariana uznała te słowa za część wojny, jaką toczyli, od lat okopani na swoich pozycjach. On oczekiwał, że ona z wiekiem osłabnie, że jako dojrzała kobieta, wraz z pojawieniem się pierwszych zmarszczek, w końcu się przed nim odsłoni i zaangażuje się. Mariana spojrzała na niego z wyższością. Wypił już szklankę soku cytrynowego i zjadł biszkopty, popijając herbatą. Bento przestrzegał diety i ćwiczył, choć utrzymywał wagę z młodzieńczych lat. Był bardzo przystojny, z grzywą przedwcześnie posiwiałych włosów i czarnymi oczami o długich rzęsach. Chodził sztywno wyprostowany, żeby wyglądać na wyższego, niż był, i uśmiechał się z przymusem. Tej sztuczności nie mógł w sobie przełamać od czasu śmierci ich jedynego dziecka, rocznego synka.

– Kobiety w mojej rodzinie nie noszą okularów – odpowiedziała Mariana. – Zawsze widzą rzeczywistość w najdrobniejszych szczegółach. Pewnie dlatego są takie zgryźliwe.

– Ty nie jesteś zgryźliwa – odparł. – Pewnie masz na myśli swoją matkę. Razem z Leonor myślicie o niej całymi dniami.

– Mama niedomaga – odrzekła Mariana. – Jej siostra, ta średnia, z Fortalezy, popełniła samobójstwo, i przygotowania do mszy za spokój duszy nieboszczki tak mamę przygnębiają.

– Jeśli uznasz, że powinienem być na nabożeństwie, uprzedź mnie odpowiednio wcześnie. Wiesz, że w terminarzu mam piekło.

Pożegnał się z żoną, nie całując jej. Całował Marianę jedynie w te gorączkowe poranki, których rytuał także stanowił część ich wojny.

Mariana spojrzała na zegarek i stwierdziła, że Leonor się spóźnia. Podeszła do balustrady tarasu, wyjrzała na ulicę i zobaczyła, że siostra dyskutuje z brodatym taksówkarzem w hawajskich sandałach, ubranym w trykotową koszulkę. To nie był zawodowy taksówkarz, tylko jakiś bezrobotny typek, którego okazyjnie wynajął właściciel samochodu.

Mariana poczuła nagły niepokój. Mężczyzna mógł być niebezpieczny dla Leonor, która lubiła sprzeczki i utarczki słowne. Przez chwilę taksówkarz i siostra Mariany gestykulowali na chodniku. Po tej pantomimie Leonor zapłaciła i weszła do budynku.

– Co za drań! – wykrzyknęła, wchodząc na taras. – Chciał skasować mnie podwójnie za kurs.

– Uważaj. Wczoraj taki jak on zabił staruszkę. Poszło o wydanie reszty – powiedziała Mariana.

Przypomniała sobie, że kiedyś Leonor przykleiła na volkswagena „garbusa” swojego męża naklejkę z napisem „Stop przemocy”. Miała szlachetną manię wykorzeniania zła ze świata przy pomocy słów.

Leonor usiadła na leżaku naprzeciw siostry.

– Jeśli mam stawić czoła żałobie mamy, niech to będzie jeszcze dziś – powiedziała. – Straszna ta historia ze śmiercią ciotki! Pamiętasz samobójstwo tej naszej koleżanki z Liceum Niepokalanej? Przeleżałam w łóżku cały tydzień.

– Zabiła się, bo nie chciała dożyć dwudziestu lat. Przynajmniej tak napisała w liście pożegnalnym.

Mariana zauważyła, że siostra nie siedzi swobodnie. Leonor wydała jej się przygięta pod ciężarem znużenia, przybita, jakby wewnętrznie połamana.

– Przyszłaś tu nie tylko po to, żeby wcześniej zobaczyć się z mamą – odezwała się Mariana. – Wyglądasz na zdesperowaną.

Przerwał jej płacz siostry. Łzy płynęły otwarcie. Leonor nie pohamowała się nawet przy Filoce, która przyniosła tacę z herbatą, sokiem, żelkami i jej ulubionymi maślanymi ciasteczkami.

– Wyszłam za mąż za szaleńca. On ma serce z kamienia. Mówiłam ci, że moja kucharka, Laurinha, jest w ciąży. Alfredo chce ją wyrzucić z domu. Powiedział: „Kto kazał tej Kreolce migdalić się z połykaczem ognia z Largo do Machado? Niech zostanie teraz sama!”.

Mariana podała siostrze papierową chusteczkę. Odruchowo pomyślała o batystowych chusteczkach z monogramem, których w takich sytuacjach używała mama.

– Laurinha obiecała, że zostanę matką chrzestną dziecka. Chciała zamieszkać z maleństwem w pomieszczeniach dla służby u mnie w mieszkaniu. Chrzestna to prawie jak matka, prawda? Tego właśnie zakonnice uczyły nas w liceum.

Mariana słuchała jej urywanych, głębokich łkań.

– Zamierzałaś adoptować tego Murzynka?

– Murzynka czy Mulata – chłopca, bez względu na kolor skóry. Albo dziewczynkę. Dziecko, Mariano. Nie mogę tak dłużej, obgryzam paznokcie, tak pragnę dziecka.

Siostra spojrzała na palce Leonor. To prawda: rzeczywiście obgryza paznokcie, równoważąc tym pustkę swojego łona, domu, świata.

– Ja też nie mam dzieci – ostrożnie powiedziała Mariana.

– Al e miałaś. Urodziłaś, a to Bóg ci zabrał dziecko. Pamiętam twoje nabrzmiałe mlekiem piersi. Tak ślicznie wyglądałaś!

Mariana poczuła tępy ból w brzuchu, niczym szarpnięcie. A jednak nie mogła płakać. Płakała tylko z powodu tamtego drugiego, zaginionego, kochanego bardziej niż jakiekolwiek dziecko.

– Ja nigdy nie byłam w ciąży, Mariano! Co miesiąc ten sam wyrok. Mam trzydzieści sześć lat, rozumiesz? Od dziesięciu lat biegam od gabinetu do gabinetu. Robi się już dla mnie za późno!

Mariana dostrzegała z zaskoczeniem, że jej siostra zmieniła się w dojrzałą kobietę. Siedzący tryb życia sprawił, że Leonor zaokrągliła się w biodrach. Od pasa w dół była korpulentna, miała wydatne pośladki. Jej oczy o przenikliwym spojrzeniu nadal były błękitne, ale w kręconych włosach białe pasma mieszały się z lokami blond.

– Powinnaś zapisać się na gimnastykę – doradziła Mariana.

– Ja? Nie cierpię nawet spacerów po plaży ani joggingu. To czworonożne zwierzaki są stworzone do biegania. Nie podoba mi się moje ciało. Nie chcę nic o nim wiedzieć.

Leonor położyła dłonie na okazałych piersiach. I przy kolejnym ataku płaczu opowiedziała, jak kropla mleka wyciekła z piersi Laurinhi i przesiąkała przez jej służbowy fartuszek.

– Spokojnie – powiedziała Mariana. – Porozmawiam z Alfredem. Może zmieni zdanie i zgodzi się zatrzymać Laurinhę w pracy. W końcu nie tak łatwo znaleźć dobrą gosposię. I proszę, przestań płakać. Co też mama powie, jak zobaczy twoją spuchniętą twarz?

Przez chwilę siostry patrzyły na siebie, już czując tę aurę nieszczęścia, która otaczała postać matki, i duszną atmosferę jej mieszkania w Cosme Velho. Obie poczuły przypływ poczucia winy, w jakim je wychowano.

– Winni zostaną ukarani – mruknęła Leonor, jakby mówiła sama do siebie. – Mama zawsze to powtarzała, kiedy byłyśmy małe. Zresztą to chyba wspólne doświadczenie kobiet w naszej rodzinie.

Mariana nie była pewna, czy Leonor miała na myśli ciotkę Melbę, zamkniętą w Zakładzie Wychowawczym imienia Dobrego Pasterza w Fortalezie, z powodu „grzechu cielesnego”, jakiego się dopuściła. Ciotka całymi miesiącami klepała pacierze, raniąc sobie palce o kraty okienne, w oczekiwaniu aż jej wybaczą, ulitują się nad nią, podczas gdy jej siostra, Maria das Graęas, na próżno forsowała argument: „Rok 1944 to nie średniowiecze!”. A może Leonor mówiła o samej Marii das Graęas, której zamknięto drogę na uniwersytet, zakazano publikować, zignorowano jej zabiegi o uwolnienie siostry z zakładu. Melba opuściła go dopiero wtedy, gdy rozchorowała się na gruźlicę, która ją zabiła kilka miesięcy po spóźnionym uwolnieniu.

– Masz na myśli ciotkę Melbę? – zapytała Mariana. – To okropna historia. A wydarzyła się tak niedawno, w czasie drugiej wojny światowej. Rodzina osądziła Melbę i skazała. Spędziła pół roku w zakładzie prowadzonym przez zakonnice. Ciotka Maria das Graęas opisała to wszystko w swoich zeszytach, ale jeszcze nie otworzyłam paczki z Fortalezy.

Leonor widziała pakunek z zeszytami obok tacy. Myślała jednak, że to dokumenty potrzebne do tego niekończącego się procesu, który rodzina prowadziła przeciw Bankowi Brazylijskiemu od lat trzydziestych.

– Jeśli o mnie chodzi, nie muszę obawiać się żadnej kary. Sama ją sobie wymierzyłam, wychodząc za tego okrutnika – powiedziała Leonor.

Mariana zaproponowała, żeby zeszły do samochodu. Może zrobiłyby sobie krótki spacer po ogrodzie botanicznym, zanim pojadą do Cosme Velho? Talerze wodne kwitną.

Leonor zgodziła się i poszła przyłożyć kompresy z wody borowej na zaczerwienione powieki. Siostry zeszły razem do garażu na drugim piętrze budynku. W windzie Mariana przywitała się z sąsiadką Ledą, grubą wdową, zapatrzoną w swojego pieska Tobiego. Sąsiadka trzymała na rękach nadąsanego pekińczyka, a w dłoni plastikową łopatkę, która służyła jej do zbierania kupek z chodnika. Za ten cywilizowany nawyk chwalił ją generał Borges, emerytowany wojskowy z szóstego piętra, kandydat na urząd syndyka, też właściciel psa, dobermana, zawsze chodzącego w kagańcu.

– W tym mieście włóczędzy załatwiają się na ulicach – mawiał generał. – Niech przynajmniej psy będą dobrze wychowane.

Gdy tylko weszły do garażu, Leonor dała upust oburzeniu.

– Widziałaś, jak ta kobieta trzymała tego pekińczyka? Tuliła tego cholernego zwierzaka jak jakiś skarb. Jak dziecko, jak swojego synka!

– Nasza rodzina nie cierpi zwierząt. Mama nie znosi nawet kogutów. Mówi, że miały swój udział w historii o zdradzie Jezusa przez świętego Piotra.

Leonor zasłyszała od Rosy, gosposi mamy, jakoby ciotka samobójczyni trzymała w domu pawia. Nazywał się Garcia Lorca. W ostatnich latach samotniczego życia Marii das Graęas ptak krążył po wielkim domostwie wśród mebli z palisandrowego drewna, angielskich zegarów z wahadłami, porcelanowych waz z Sevres i uszkodzonych figurek z opaliny. Rozkładał swój olśniewający ogon w blasku kryształowych kandelabrów, wydając absurdalne krzyki.

W garażu Mariana przez chwilę przyglądała się zaparkowanym samochodom. Wiele miejsc postojowych już opustoszało, a ich właściciele krążyli w swoich maszynach po mieście, korkując ulice i trąbiąc na światłach.

– Liczbę psów i samochodów powinno się ograniczyć – powiedziała.

Do kierowania Mariana założyła rękawiczki. Parkingowy Raimundo otworzył automatyczną bramę i siostry znalazły się na ulicy, w blasku kwietniowego słońca. Jeden z migdałowców, najwyższy na całej ulicy, był uschnięty. Mariana nie wiedziała, dlaczego Zarząd Parków i Zieleni Miejskiej nie każe go wyciąć. Generał Borges wysłał już niejeden list w tej sprawie do redakcji różnych gazet. Któregoś dnia drzewo przewróci się z wielkim trzaskiem, zagrażając życiu przechodniów. Może na przykład przygnieść jasnowłosą studentkę z niebieskim plecaczkiem na ramionach, akurat idącą tamtędy na lekcję angielskiego.

– Wciąż jest gorąco jak w lecie – powiedziała Leonor. – Mariano, wierzysz, że mama jest tak chora, jak twierdzi?

Siostra pokręciła głową. Nie wierzyła w choroby matki, nawet te poparte wynikami badań. Obecność doktora Ivana co drugi dzień w mieszkaniu w Cosme Velho zawsze uważała za zbędną. Ivan został lekarzem rodziny ze względu na swego dziadka, uznanego klinicystę, przyjaciela Clementina Fragi. Z kolei ojciec Ivana zasłynął jako bakteriolog wytrwale walczący z wirusami i bakteriami, dzięki propagowaniu podstawowych zasad higieny. Mimi uważała, że talent lekarski się dziedziczy, podobnie jak żylaki czy utajone skłonności.

– Mama twierdzi, że ma zaufanie do doktora Ivana, bo jego znak zodiaku to baran. Wierzysz w horoskopy, Mariano?

Siostra zaprzeczyła. Nie wierzyła ani ona, ani ciotka Maria das Graęas, ani zaginiony Vasco.

O ciotce wspomniała, ale przemilczała Vasca. Nigdy o nim nie mówiła, choć stale był obecny w jej myślach, stanowiąc coś w rodzaju niewidocznej dla innych drugiej strony jej życia.

Przejeżdżając wzdłuż ogrodu botanicznego, Mariana oznajmiła Leonor, że ominie tunel Rebouęas, świadoma lęku siostry przed tunelami. Jechała powoli, mimo docinków: „Zjeżdżaj z drogi, ślamazaro!”. Na Largo do Machado Leonor przypomniała sobie połykacza ognia, kochanka Laurinhi. Nie wzbudzał już takiej sensacji wśród publiki złożonej z prowincjuszy i pomocy domowych. Zdystansował go inny, który połykał żywe kurczątka, a potem je zwracał, nadal żywe i mokre.

Samochód sunął powoli ulicą Laranjeiras. Leonor czuła się dotknięta wyzwiskami taksówkarzy.

– Mariano, on powiedział, że z takim kierowcą to do garów!

Apartament, w którym Mimi mieszkała od trzydziestu pięciu lat, zawsze przyprawiał Leonor o alergię. Kichała, wchodząc do pomieszczeń o ścianach, z których łuszczyła się farba, zapchanych meblami i starociami, pamiątkami po wielkim domu w Fortalezie, stłoczonymi w zbyt ciasnych dla nich przestrzeniach, bez ładu i składu. Na próżno Rosa (kolejna pamiątka po wielkim domostwie w Fortalezie) przestawiała z miejsca na miejsce kufry z okuciami, toaletki z belgijskimi lustrami, puste oszklone gabloty, domowy ołtarzyk z cedrowego drewna, z którego zniknęły figurki świętych. I tak nic do siebie nie pasowało, a kurz pokrywał wszystko. Ludzie musieli przeciskać się wśród mebli jak w składzie antyków.

Na widok sióstr Rosa nie okazała entuzjazmu. O tej porze była już po piątym kieliszku. Ukradkiem pociągała z butelek, a ubytki uzupełniała wodą. Mimi twierdziła, że likiery i wina nie są już takie, jak kiedyś, za sprawą niepohamowanego złodziejstwa producentów.

– Jesteście za wcześnie – zauważyła Rosa. – Jeszcze nie naparzyłam kawy.

Mówiąc o parzeniu kawy, posługiwała się językiem z czasów, gdy wsypywała aromatyczne drobinki do ściereczki, a potem ściągała jej końce, żeby wycisnąć nie tylko gęsty płyn, ale i intensywną woń. Elektryczny ekspres do kawy nic nie zmienił w tym domu.

– Jest dziewiąta, kochana Roso – powiedziała Leonor z ożywieniem i pocałowała ją w policzek pachnący czosnkiem i kminkiem.

Leonor zdecydowanie miała słabość do ludzi zaglądających do kieliszka i pracujących w kuchni. Uważała, że jedyną osobą na świecie, która ją kochała, była niania Sabina, służąca u jej matki przez kilka dziesiątków lat. Pamiętała wypowiedziane w dniu jej ślubu słowa Sabiny, kiedy pomagała Leonor włożyć ślubną suknię: „Nie podoba mi się ten twój narzeczony, nie podoba mi się ten chłopak, moja panno”. Nieraz myślała, żeby pojechać na cmentarz Caju i nad bezimiennym nagrobkiem przyznać jej rację: „Nie podoba mi się ten chłopak, mamo Sabino”.

– Godzina dziewiąta to pora dla tych, co czekają na fajrant albo muszą mieszać w garnku – powiedziała Rosa. – Poza tym pani Mimi wstanie, jak znajdzie się jej fioletowy peniuar. Nie wie, gdzie go położyła. Doktor Ivan czeka od godziny.

Siostry zastały go w saloniku, który służył za gabinet. Stał tam śliczny sekretarzyk, skrywający tajemnice pradziadka Izajasza. Doktor Ivan samotnie grał w szachy figurami z kości słoniowej. Właśnie wykonywał ruch czarnym pionem przeciwko nieistniejącemu przeciwnikowi.

– Gra pan sam? – spytała Mariana oschłym tonem.

Doktor Ivan spuścił oczy w kolorze topazu: to niestosowne odczuwać pociąg do kobiety, która praktycznie mogłaby być jego matką. A Mariana go pociągała. Jej kolana były tak samo złotawe jak kolana jego matki, które tyle razy podziwiał, kiedy jako ośmiolatek pomagał jej wkładać pończochy. Mariana roztaczała ten sam aromat ziół co ona, tak dobrze mu znany, bo zwykł zasypiać, tuląc matkę, szczególnie w ostatnim roku jej życia.

– Lubię szachy – odpowiedział doktor Ivan. -Mój ojciec zaciekle walczył o higienę, całymi dniami zmagał się ze zgnilizną w ubogich dzielnicach i forsował plany masowych szczepień. Ale wieczorami grywał w szachy. To on nauczył mnie grać, w ostatnich miesiącach życia matki. Zmarła w wieku trzydziestu dwóch lat. Spędzaliśmy całe noce nad szachownicą, by zagłuszyć smutek. Ojciec mawiał: „Czy gram białymi, czy czarnymi, i tak jestem przegrany, synu”.

Mariana zbladła. Opowieści o śmierci poruszały ją, przypominały czasy, gdy odkryła, że można być torturowanym i umrzeć, mając dwadzieścia dwa lata.

– Mama jest chora? – zapytała.

– Poleciła mnie wezwać, twierdząc, że ma skoki ciśnienia. Zdaje się, że zmarła jej siostra, z prowincji.

– Odkręciła gaz – chłodno powiedziała Mariana. – W naszej rodzinie panują dobre obyczaje, ale jesteśmy bardzo gwałtowni. Pradziadek Izajasz usiłował zastrzelić dyrektora oddziału Banku Brazylijskiego, na krótko przed wniesieniem sprawy do sądu. Zabić albo umrzeć – oto dylemat, jaki upodobali sobie moi krewni.

Leonor patrzyła na tego wysokiego i barczystego mężczyznę z niechęcią. Nienawidziła lekarzy, bo nie potrafili dać dziecka bezpłodnej kobiecie. A szczególnie mierził ją właśnie ten, niemożliwie przystojny, ze świetlistymi oczami i w nieskazitelnej kamizelce, której nie było w stanie splamić błoto slumsów.

Doktor Ivan podzielał poglądy swojego ojca i dziadka, broniąc idei, że przestrzeganie podstawowych zasad higieny i czystości czyni więcej dla zdrowia publicznego niż wszystkie specyfiki razem wzięte.