Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 132 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Osiem cztery - Mirosław Nahacz

Powieść. Debiut 18-letniego autora z Beskidu Niskiego. Dowód absolutnego słuchu językowego. Grupa osiemnastolatków bawi się, kocha, imprezuje, poszukuje sensu życia w halucynogennych doświadczeniach. Jest to niezwykle żywym, autentycznym, barwnym i dowcipnym językiem nakreślony portret "pokolenia Osiem cztery". O młodzieży, dla młodzieży i dorosłych. Od 18 lat.

"Przyszedł osiemnastoletni Mirek Nahacz z sąsiedniej wsi. Myślałem, że wpadł jak zwykle pożyczyć jakąś książkę i przez chwilę pogadać o tym i tamtym, jak to się już tyle razy zdarzało. Tym razem jednak żadnej książki nie chciał, rozmowny specjalnie nie był i w ogóle wyglądało na to, że przyszedł, żeby zaraz sobie pójść. I tak rzeczywiście zrobił. Ale na odchodnym położył coś na stole z taką miną, jakby oddawał kasę, której wcale mu się nie chce oddawać. Poszedł, a ja pomyślałem: Boże, żeby to nie były wiersze. Jak już coś ma być, to niech to będzie proza, chociaż też niechętnie, ponieważ nie mam już siły, a muszę codziennie, bo poczta dochodzi nieubłaganie i regularnie, co oznacza około pięciu-sześciu maszynopisów w tygodniu. To daje setki rocznie, a z tego przez te wszystkie lata wydaliśmy raptem dwa.

No więc jak już coś, to najlepiej proza, i do tego krótka.

Ale jeśli pamięta się kogoś jak latał w krótkich majtkach, znało się jego ojca, brata, mamę, to sytuacja robi się niezręczna i człowiek zaczyna układać sobie w głowie jakąś zagmatwaną, cwaną psychologiczną odmowę, w rodzaju, że jeszcze za wcześnie, ale wszystko wskazuje na to, że ów czas nadejdzie itd...

Z drugiej strony człowiek jest ciekawy tego, co tez mógł wymyślić chłopak z sąsiedniej wsi, którego się pamięta, jak latał w krótkich majtkach, więc zasiada do lektury od razu. Po dwóch zaś godzinach dzwoni do autora, żeby złożyć mu wyrazy uznania, a następnego dnia propozycję wydania tego, co autor zostawił mu na stole. Za parę dni autor przynosi jeszcze jedną rzecz i kładzie ją w tym samym miejscu.

Istnieje pewien oddzielny rodzaj prozy. Jego wyjątkowość polega mniej więcej na tym, że podczas lektury ma się wrażenie, że nie została napisana, ale ktoś komuś to podyktował. Po prostu czytając, słyszy się głos. Nie należy on wprawdzie do żadnej konkretnej osoby, ale jego brzmienie jest jak najbardziej żywe i niemal cielesne. Tak właśnie wygląda przypadek Mirosława Nahacza. Rzeczywistość nabrała ochoty na wypowiedź i w tym celu wybrała sobie Nahacza, a on zgodził się jej wysłuchać i zapisać. Tak, Szanowne Panie i Panowie, Mirosław Nahacz jest wybrańcem. Tutaj mam absolutną pewność. To się po prostu słyszy. Czegoś takiego nie można się nauczyć, ponieważ nie ma od kogo. To się najzwyczajniej posiada, albo raczej jest się przez to posiadanym.

Muszę się przyznać, że piszę to wszystko niezupełnie chętnie i niezupełnie szczerze. Trudno mi mieć żal do Nahacza, ale czuję, że zawiodłem się na rzeczywistości. W końcu w swojej nieograniczonej dobroci mogła jednak wybrać mnie".

Andrzej Stasiuk

"Czyta się ją jakby był to konkretny, szczegółowy zapis rzeczywistości, która nagrywała się 'sama' na dyktafonie noszonym stale przez autora. Po wielu realizmach, wielkim i małym, krytycznym, socjalistycznym, magicznym, mamy młodzieżowy realizm dyktafonowy, wiernie, sprawnie, beznamiętnie rejestrujący słowa i fakty. (...) Język, myślenie, sposoby życia szkolnych kolegów 'Osiem cztery' utrwalone zostały z perfekcyjną precyzją, jakby narrator miał nie tylko dyktafon, ale i kamerę (na ostatnich stronach ogląda ich z dachu budowanego wysokościowca przez rosyjską, marynarską, teleskopową lunetę)".

Helena Zaworska, "Polityka"

"Nahacz sportretował pokolenie postpeerelu – kalekie, które wchodzi w dorosłe życie bez bagażu wartości...".

Cezary Polak, "Gazeta Wyborcza"

"Wychowanemu na romantykach i pozytywistach czytelnikowi narracja Nahacza wydać się może jednym wielkim bluzgiem. I słusznie, tyle że akurat w moich oczach taka ocena prozy tej nie dyskredytuje. 'Osiem cztery' to taki sam bluzg jak – dajmy na to – 'Z zamku do zamku' Louisa-Ferdinanda Céline'a".

Janusz Drzewucki, "Rzeczpospolita"

Zagraniczne wydania książki:

- Kalvaria (Ukraina)

- oficjalna strona internetowa Mirosława Nahacza

Opinie o ebooku Osiem cztery - Mirosław Nahacz

Fragment ebooka Osiem cztery - Mirosław Nahacz

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych KA­MIL TAR­GOSZ

Co­py­ri­ght © by MI­RO­SŁAW NA­HACZ, 2003

Re­dak­cja i ko­rek­ta KA­MI­LA MI­GOW­SKA

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38­-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70e­-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

ISBN 978-83-7536-656-3

Wo­ło­wiec 2013

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Łąka była pu­sta, a da­lej za­czy­nał się las. Po­wie­trze zmie­sza­ło się z nie­bem, wszyst­ko było sza­re z wy­jąt­kiem wy­bla­kłe­go miej­sca tam, gdzie po­win­no znaj­do­wać się słoń­ce. Deszcz pa­dał albo nie, i tak wszyst­ko było mo­kre i wil­got­ne. Od za­pa­chu do tra­wy, po któ­rej cho­dzi­ło się jak po rze­ce. Róż­ni­ca tkwi­ła w dźwię­ku i ko­lo­rze. Wiał wiatr, bo tam za­wsze piź­dzi­ło, lato, je­sień, wio­sna, zima. Tyl­ko ja, An­drew i Pa­tol szu­ka­li­śmy na­praw­dę, resz­ta, czy­li Muko, Tępy i Eu­zu­biusz, się opier­da­la­ła.

Z zie­mi ster­cza­ły kępy zie­lo­nych źdźbeł, ho­ry­zont był po­fa­lo­wa­ny i mgła, jak­by Pan Bóg całą noc ja­rał faj­ki. Las był ogrom­ny, więk­szy od wszyst­kie­go, co za­zwy­czaj, więk­szy od blo­ków, szpi­ta­la, ban­ku i szko­ły. Po­nad nim za­czy­na­ła się góra, zu­peł­ny obłęd ogrom­no­ści i mo­nu­men­tu, bar­dziej na­wet niż so­cre­alizm. Zbli­ża­ła się noc, a jak jest ciem­no, nic się nie na­zbie­ra. Wła­ści­wie było już sza­ra­wo, ale wte­dy dzień róż­nił się od nocy tyl­ko tym, że po­sia­dał kształ­ty, resz­ta, czy­li brak ko­lo­rów, sen­ność, ma­razm i po­wol­ność, była jak w nocy. Dzień sta­wał się na siłę, wi­dać było, że na­wet jemu nic się już nie chce.

Ale my by­li­śmy peł­ni sił, jak pio­nie­rzy w czer­wo­nych chust­kach albo har­ce­rze szu­ka­ją­cy cze­goś tam. Peł­ne sku­pie­nie, kon­cen­tra­cja, nie­wy­ko­rzy­sty­wa­ne do­tąd czę­ści na­szych mó­zgów te­raz na peł­nych ob­ro­tach prze­li­cza­ły dane, któ­rych do­star­cza­ły oczy. Na­sze mat­ki by­ły­by dum­ne, wi­dząc nas tam na łące — ja­kich mają pra­co­wi­tych i wy­trwa­łych sy­nów.

An­drew trzy­mał sło­ik, ła­ził po­chy­lo­ny, co­raz bar­dziej chy­ba zre­zy­gno­wa­ny.

—Nie ma, no kur­wa, nie ma. Rano chwy­ta mróz, po­tem pada, po­tem świe­ci słoń­ce, a tych je­ba­nych nie ma. Wczo­raj ciot­ka przy­nio­sła do sta­rej dwa ko­sze, tych, no, kur­wa, po­ma­rań­czo­wych czy ru­dych, no, ry­dzów, a tych kur­du­pli nie ma. Już po­win­ny być, wrze­sień się koń­czy.

Wszy­scy go sły­sze­li, ale tyl­ko Pa­tol nie olał.

—Jak to nie ma, jak mu­szą być, cho­dzisz cza­sa­mi do ko­ścio­ła, nie? To wiesz, że jak po­szu­kasz, to znaj­dziesz. Gle­ba jest do­bra, kępy za­je­bi­ste, ba­ra­ny sra­ją, czas też jest do­bry, więc tyl­ko szu­kać. Może tu ktoś wy­zbie­rał. Trze­ba ła­zić.

Ro­sły naj­czę­ściej w ro­dzi­nach, po kil­ka sztuk, ko­lor się wa­hał w ska­li od mio­do­we­go po brą­zo­wy, były nie­wiel­kie i smu­kłe, a jak się cią­gnę­ło za ka­pe­lusz, nóż­ka sama gład­ko wy­cho­dzi­ła z zie­mi. Ka­pe­lusz pęcz­niał od psy­lo­cy­bi­ny, wy­da­wa­ło się, że wy­star­czy go na­kłuć, żeby ha­lu­cy­no­gen­ny płyn spły­wał w czy­stej po­sta­ci. Pa­tol kie­dyś wy­my­ślił, żeby je wło­żyć do pa­ro­we­go so­kow­ni­ka, iden­tycz­ne­go jak do pro­duk­cji soku z ma­lin czy in­nych owo­ców, So­czek by na­ka­pał i moż­na pić z wodą albo sam, dla ko­ne­se­rów spe­cy­ficz­ne­go sma­ku, tu­dzież jako sy­ro­pek do her­bat­ki. Ale on tyl­ko tak mó­wił, nic nie zro­bił, nie chcia­ło mu się albo nie miał skąd sko­ło­wać urzą­dze­nia. Szczy­tem był ja­kiś bi­gos czy za­pie­kan­ka, a naj­le­piej gdy­by tyl­ko nie­któ­rzy zna­li praw­dzi­we in­gre­dien­cje. Lu­dziom się wy­da­wa­ło, że mają fazę po al­ko­ho­lu, a tu nie­spo­dzian­ka, dar­mo­we ha­lu­cy­na­cje i od­kry­wa­nie po­za­per­cep­cyj­ne­go świa­ta. Z nimi moż­na na wie­le spo­so­bów, dwie za­pie­kan­ki z nie­spo­dzian­ką, dwie bez, cza­ry mary, któ­ra jest któ­ra? I tak wszy­scy coś czu­ją, choć­by je­dli tyl­ko żół­ty ser, chleb i zwy­kłe pie­czar­ki. Bo chcą tego, co jest ukry­te z dru­giej stro­ny rze­czy­wi­sto­ści, tego, co na­wet ze zwy­kłe­go sie­dze­nia w par­ku czy­ni nie­sa­mo­wi­tą przy­go­dę, peł­ną dzi­wactw i nie­bez­pie­czeństw — moż­na to po­tem wspo­mi­nać, moż­na o tym opo­wia­dać, po­dwój­ne wy­peł­nie­nie dziur.

Było ich mało, za mało do po­dró­ży, nie do­je­cha­ło­by się na nich na­wet do ko­lor­ków, a co do­pie­ro mó­wić o wiot­kich rę­kach, dwu­wy­mia­rze, świ­drze czy ha­lu­nach. Szu­ka­li­śmy da­lej, nie mo­gąc uwie­rzyć, że może ich nie być. We wrze­śniu, kie­dy pasą się ba­ra­ny, cza­sa­mi pada, a rano są przy­mroz­ki, jest ide­al­na po­go­da dla grzyb­ków. To było coś oczy­wi­ste­go, fun­da­ment re­al­no­ści, nie mo­gło ich nie być. Mu­sia­ło się coś stać. Może było za wcze­śnie. Zna­leź­li­śmy pięć­dzie­siąt kil­ka. Wszyst­kie trzy­mał An­drew. Za­mknię­te w sło­iku wy­glą­da­ły jak śli­ma­ki. Były obłe i przy­po­mi­na­ły ja­kiś bli­żej nie­okre­ślo­ny syf. Tyl­ko Muko ich nie­na­wi­dził, kie­dyś za­grzy­bił się zbyt moc­no, prze­sa­dził, i te­raz już rzy­gać mu się chce na sam ich wi­dok. Pa­mię­tam, że bie­gał po par­ku, bo wy­my­ślił so­bie, że psy­lo­cy­bi­nę moż­na wy­po­cić. Ale umysł prze­cież się nie poci. Te­raz plą­tał się po­wo­li i wciąż mó­wił to samo:

—To ro­śnie w po­bli­żu ba­ra­nich gó­wien, cza­sa­mi na gów­nach, ge­ne­ral­nie im bar­dziej za­sra­ne, tym le­piej, może le­piej od razu jeść gów­na, może to w nich jest cała za­ba­wa, któ­ra prze­do­sta­je się do grzy­bów, nie wie­cie o tym, bo nie żar­li­ście gó­wien.

Ro­bi­ło się co­raz sza­rzej. Kształ­ty po­wo­li zni­ka­ły, a tra­wa przy­bie­ra­ła jed­no­li­ty bru­nat­ny ko­lor. Na żad­ne grzyb­ki nie było już szans. Mó­wi­li­śmy nie­wie­le, bo żal ści­skał na­sze dupy. Jak w re­kla­mie sil­ni­ków, „nic, nic, ab­so­lut­nie nic”. Tyl­ko Tępy na­zbie­rał so­bie oko­ło czter­dzie­stu. Ale to były inne, pod­rób­ki. Za­cho­wa­na była je­dy­nie for­ma grzyb­ka jako ta­kie­go, resz­ta się róż­ni­ła. Ale Tępy się upie­rał, to­ną­cy chwy­ta się brzy­twy, „że jak nie ma in­nych, to wła­śnie te mu­szą być te, róż­nią się, bo z in­nej łąki i tro­chę in­nych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych, in­a­czej na nie wiał wiatr, że z nimi to jak z lim­bą, i że to wła­śnie te, tyl­ko tro­chę inne, a tak w ogó­le to się od­pier­dol­cie, bo i tak ich nie bę­dzie­cie jeść”. Za­sta­na­wia­łem się, kogo bar­dziej chciał prze­ko­nać, sie­bie czy nas, bo mó­wił jak ja­kiś na­wie­dzo­ny świa­dek Je­ho­wy o tym, dla­cze­go Kró­le­stwo Boże musi speł­nić się na Zie­mi.

Ro­dzi­ce An­dre­wa są le­ka­rza­mi, jak ktoś chce mu do­pier­do­lić, to wy­cią­ga wła­śnie to. Że ma kasę, że jest roz­piesz­czo­ny, że nie ro­zu­mie. Star­si Muka też przę­dą cał­kiem nie­źle, jest zresz­tą je­dy­na­kiem. Nie­źle go wkur­wia, jak mó­wię, jak to ma do­brze, bo nie ma ro­dzeń­stwa. Dla­te­go nie wje­cha­li­śmy w ten ko­niec świa­ta ja­kimś po­lo­ne­zem czy fia­tem 126P. To była te­re­no­wa to­yo­ta, sa­mo­chód spro­wa­dza­ny po­dob­no ze Sta­nów. Ale te­raz już nie robi ta­kie­go wra­że­nia, że coś jest ze Sta­nów. Pe­wek­sy umar­ły, my pa­mię­ta­my je jak przez mgłę, tam­ten świat nie jest nasz, nic z nie­go nie jest na­sze, nam wol­no pra­wie wszyst­ko, my­śleć, mó­wić, a w do­dat­ku nic nie mu­si­my, nie trze­ba się bić, zresz­tą nie ma o co, nie ma żad­nych idei, jak ktoś chce, może na siłę zo­stać har­ce­rzem albo mi­ni­stran­tem, może od­naj­dzie sens i po­dob­ne du­pe­re­le, nam to nie jest do ni­cze­go po­trzeb­ne.

An­drew był naj­smut­niej­szy, mnie po­wo­li sta­wa­ło się obo­jęt­ne, jak dzi­siaj w nocy po­zbę­dę się tego świa­ta, Pa­tol miał swo­ją tra­wę, Muko wód­kę, a Tępy pół set­ki pod­ró­bek. Co praw­da mie­li­śmy jesz­cze pięć­dzie­siąt parę ory­gi­na­łów, ale nie wia­do­mo było, co się z nimi sta­nie.

Mie­li­śmy gdzie je­chać. Cel był, i nie ozna­cza­ło to bez­sen­sow­ne­go sie­dze­nia w mie­ście, wia­do­mo było, że czas pły­nie i coś się dzie­je, że rze­czy­wi­stość skon­stru­owa­na jest na za­sa­dzie przy­czy­no­wo­-skut­ko­wej, że jest coś ta­kie­go, jak czas przy­szły, że może zda­rzyć się coś no­we­go, a to, co na­stą­pi, nie ozna­cza po­wta­rza­nia tego, co już było. To mia­ła być jed­na z tych im­prez, przed któ­ry­mi, kil­ka dni na­przód, mówi się: „ale się, kur­wa, spać­kam”; „na­pier­do­lę się jak chuj”; „o żesz kur­wa, ale nic nie będę czuł”; „w dupę je­ba­na, się po­rzy­gam”. Pa­tol koń­czył osiem­na­ście. To dla­te­go.

Ro­dzi­ce An­dre­wa ku­pi­li dział­kę koło wsi Rze­ho­tyń, waż­ne, że w gó­rach i na od­lu­dziu. Było już tam kil­ka­na­ście osób, mie­li cze­kać, bo my wszyst­kim rzą­dzi­my.

Już mie­li­śmy wcho­dzić do auta, ktoś się kłó­cił o to, kto ma sie­dzieć z przo­du. Mie­li­śmy mo­kre buty, spodnie, wło­sy i ręce. Pa­pie­ro­sy się tli­ły, a dym kłę­bił, gryzł w oczy i do­łą­czał do mgły. Pa­tol po­pa­trzył tak dziw­nie, i ja już wie­dzia­łem.

—Chło­pa­ki, to jak, ba­ka­my? No bo zim­no i tak coś nie pier­do­li­cie o ni­czym, może ja­kie­go do­pin­ga dla umy­słu, co? Tak żeby, kur­wa, obu­dzić pod­świa­do­mość. Na po­czą­tek. To jak, na­bi­jać? Bo ja nie wiem, ale na­bi­ję, kur­wa, bo tak coś pada i mgła.

Pa­tol jest dys­lek­ty­kiem i z mową ma coś zje­ba­ne. Ge­ne­ral­nie eks­pre­sja mu nie idzie. Sy­la­bi­zu­je swo­je my­śli po­wo­li i z wy­sił­kiem, czę­sto się od tego poci. Mam teo­rię, że on jara tra­wę, bo wte­dy mu się le­piej roz­ma­wia, ona go od­blo­ko­wu­je, a jak jest trzeź­wy, to mu się po­gar­sza, może za kil­ka lat zu­peł­nie prze­sta­nie mó­wić, to bę­dzie na­wet śmiesz­ne, wszy­scy będą my­śle­li, że jest nie­mo­wą, a tu na­gle je­bu­du, mistrz re­to­ry­ki, ery­sty­ki i mo­no­lo­gu. Pa­tol ilu­stru­je tę „rów­nię po­chy­łą” i „dro­gę, na koń­cu któ­rej znaj­du­je się tyl­ko śmierć”, o któ­rej cią­gle na­pier­da­la­ją w me­diach. Ostat­nio sły­sza­łem, że „naj­lep­szym wyj­ściem nie wcho­dzić”. Nie ma co, ha­sło za­je­bi­ste, Pa­tol stwier­dził, że to nie­moż­li­we, że ja­kiś kolo uło­żył je na trzeź­wo i że na pew­no był zja­ra­ny. Pa­tol jest zwo­len­ni­kiem teo­rii, że ma­ri­hu­ana od­kry­wa nowe ho­ry­zon­ty i prze­strze­nie my­śli czło­wie­ka, że po­głę­bia prze­my­śle­nia i że w ogó­le im wię­cej wy­pa­lisz, tym bę­dziesz mą­drzej­szy, a naj­mą­drzej­szy na świe­cie był Bob Mar­ley. Pa­tol tyl­ko jara, pije i okre­so­wo je grzy­by, jak my wszy­scy, cza­sa­mi tyl­ko u któ­re­goś włą­czy się mo­ral i wte­dy przez ileś tam dni nie pali czy nie pije, za­czy­na­ją się gad­ki o tym, że nie wol­no, że z mó­zgu robi się nam pap­ka, że trze­ba się uczyć, bo prze­cież jest szko­ła, że ro­dzi­ce. Mo­ral po­tra­fi być upier­dli­wy, bo ktoś, kto go zła­pał, za­raz pró­bu­je wy­cią­gnąć z ba­gna in­nych, któ­rzy aku­rat nie mają żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Ale ta­kie rze­czy mi­ja­ją, bo po­twor­nie głu­pio jest roz­ma­wiać z pię­cio­ma na­fa­zo­wa­ny­mi ko­le­ga­mi, jak się jest trzeź­wym, nic się nie ro­zu­mie, nie ła­pie się aso­cja­cji, żad­nych sko­ja­rów, sie­dzi się jak z ob­cy­mi. Dla­te­go mija, do­syć szyb­ko zresz­tą, i czło­wiek znów nur­ku­je w cu­dow­ny świat uży­wek umy­sło­wych.

Tym ra­zem było po­dob­nie, symp­to­my mo­ra­la po­ja­wi­ły się u An­dre­wa.

—Nie, ja nie mogę, pro­wa­dzę, zresz­tą chy­ba nie mam ocho­ty, wolę się upić na miej­scu, wie­cie, zresz­tą, co się będę tłu­ma­czył, nie chcę, kur­wa.

Po­pa­trzy­li­śmy na nie­go jak na wa­ria­ta, nie ma co, był od­waż­ny. Bo w za­sa­dzie bo­imy się mo­ra­li, a strach wy­wo­łu­je agre­sję. Pię­ciu na jed­ne­go i nie cho­dzi o siłę, czy żeby go bić. Wszy­scy rów­no­cze­śnie za­czę­li­śmy się na nie­go drzeć, że „jak to nie chcesz, jak chcesz, jak to nie, jak tak”, po­tem tro­chę spo­koj­niej, nie­mal­że przy­mil­nie i li­zu­so­wa­to: „Aaan­dre­ew, no, Aaand­dre­ew, no­ooo, tro­chę, no, po­trzy­masz tyl­ko, weź­miesz dym do płuc, po­trzy­masz coś tam ja­kąś chwi­lę, wy­pu­ścisz i jak gdy­by nig­dy nic, wsia­da­my, je­dzie­my, nooo”. W koń­cu się zgo­dził, chciał, że­by­śmy już prze­sta­li do nie­go mó­wić, że zro­bi wszyst­ko, jak prze­sta­nie­my wrzesz­czeć, psy­chi­ka tego nie wy­trzy­ma, za­wsze, albo pra­wie za­wsze, kie­dy atak jest so­li­dar­ny, koń­czy się suk­ce­sem. To wła­śnie jest słyn­na „pre­sja ko­le­gów”.

Na­bi­ja­nie lufy to ry­tu­ał, jed­na z nie­wie­lu spraw, do któ­rych pod­cho­dzi się z pie­ty­zmem. Naj­czę­ściej robi to Pa­tol, bo to on za­ła­twia ba­ka­nie, od Tod­ka albo Po­łki. To­dek jest skej­tem, a Po­łka dre­chem, oni też za­ła­twia­ją od ko­goś, daw­niej ła­zi­li­śmy do Ab­du­la, ale on nas kro­ił, skur­wiel, zresz­tą też skejt. To­dek i Po­łka to ko­le­dzy Pa­to­la z uli­cy, faj­ni i głu­pi jak buty, To­dek może nie, ale Po­łka nie­moż­li­wie.

Pa­tol wy­cią­gnął z ra­sta­mań­skiej to­re­becz­ki mały fo­lio­wy wo­re­czek. Przy­ło­żył do ust i wdmuch­nął do środ­ka to, co miał w płu­cach, za­trza­sku­jąc pra­wie rów­no­cze­śnie za­mknię­cie. Wo­rek się na­dy­mał. Pa­tol po­te­le­pał nim tro­chę i wło­żył do środ­ka szkla­ną luf­kę. À pro­pos lu­fek, gdy­by za­ka­za­no sprze­da­ży lu­fek i bi­bu­łek, mo­gło­by to ogra­ni­czyć spo­ży­wa­nie owych sub­stan­cji, cho­ciaż nie, bo są pa­pie­ro­sy, tak więc nie ma spo­so­bu.

Kie­dy na­ła­do­wał lufę, roz­luź­ni­ły mu się mię­śnie twa­rzy, nie był już sku­pio­ny. W szko­le mó­wi­li, że jest ner­wo­wy i nie po­tra­fi się skon­cen­tro­wać. Mo­gli­by­śmy zro­bić mu zdję­cie, jak na­bi­ja lufę. Z twa­rzy ema­nu­je spo­kój, jak na an­tycz­nych po­są­gach, a ru­chy po­łą­czo­ne są ze sobą w je­den pięk­nie pły­ną­cy ciąg, jak w tai­-chi, nic się nie mar­nu­je, nic nie wy­pa­da, tra­wę trak­tu­je się jak świę­tość, nic nie może spaść na zie­mię, tyl­ko dla za­sa­dy, z żad­ne­go in­ne­go lo­gicz­ne­go po­wo­du.

Za­czy­na się. Per­ma­nent­na cyr­ku­la­cja szkla­ne­go na­rzę­dzia. Wdech, czas nie pły­nie, wy­dech, za­trzy­ma­nie, i znów do­ga­nia­my spóź­nio­ne mi­nu­ty, re­duk­cja wy­mia­rów, in­ten­sy­fi­ka­cja ko­lo­rów, po­licz do sze­ściu, ja tyl­ko ma­łe­go, bo pro­wa­dzę auto, weź du­że­go, to po­le­ci­my, kur­wa, na tę im­pre­zę, cie­pło w usta, po­ca­łu­nek wy­ca­ło­wa­ny, wy­usto­wa­ny w lufę, prze­rwa, take a  bre­ak, śpie­wa­my, mó­wi­my, bre­dzi­my, mam­rze­my, plą­cze­my, uwię­zio­ny w oko­wach sza­rej rze­czy­wi­sto­ści, za­nu­rzo­ny w brei zwy­kłej re­al­no­ści, po­chła­nia­ją mnie cią­głe wa­ria­cje sa­mot­no­ści, se­ma­zjo­lo­gia i her­me­neu­ty­ka to mnie nie tyka moja mu­zy­ka moja mi­ło­ści oda do ra­do­ści. Przy­spie­sza i zwal­nia, szyb­ciej pal, czu­jesz już, trzy­maj, trzy­maj, trzy­maj, no­sem ci, kur­wa, ucie­ka, ale się na­ćpa­łem, mię­dzy ry­mem a ry­mem za­cią­gnę się dy­mem, pa­trzę na ka­len­darz dzi­siaj jest wto­rek na­szła mnie ocho­ta na mały zie­lo­ny wo­rek, bo my ja­ra­my blan­ty w szkol­nej ubi­ka­cji, dużo dużo dymu, mało wen­ty­la­cji, chwie­je­my się wszy­scy ra­zem, dwie se­kun­dy nor­mal­no­ści — Boże, co się, kur­wa, dzie­je, ro­dzi się w żo­łąd­ku, za­raz przyj­dzie, wy­bu­cha, cha, cha, płacz i zgrzy­ta­nie zę­bów, ha­mo­wa­nie rze­czy­wi­ste, ucze­pić się ja­kiejś my­śli, nie prze­ska­ki­wać, stop.

—Ale się, kur­wa, na­je­ba­łem tym ba­ka­niem. Je­dzie­my, An­drew, mam na­dzie­ję, że nie je­steś w ta­kim sta­nie poj­mo­wa­nia świa­ta przed­sta­wio­ne­go jak ja, bo jak tak, to się, kur­wa, na pew­no za­bi­je­my, a sto­su­nek pod­mio­tu li­rycz­ne­go do wspo­mnia­ne­go, kur­wa jego mać, świa­ta przed­sta­wio­ne­go jest am­bi­wa­lent­ny.

Ła­two mi się mó­wi­ło, wszyst­ko było ła­twe, żad­nych nie­ja­sno­ści, trau­ma­tycz­nych wspo­mnień, wy­pa­li­li­śmy nie­du­żo, ale ja do nar­ko­ty­ku mam sła­bą gło­wę, wy­star­czy mi za­pach, wsie­dli­śmy do auta, wy­da­wa­ło mi się nie­moż­li­wie wręcz wy­god­ne i kom­for­to­we, czu­łem się jak w li­mu­zy­nie, dym po­woli od­pły­wał z gło­wy do po­zo­sta­łych czę­ści cia­ła, do rąk — po­czu­łem mro­wie­nie, do żo­łąd­ka — po­czu­łem eu­fo­rię brzusz­ną, do nóg — po­czu­łem szczy­pa­nie i do ku­ta­sa — po­czu­łem, że mi stoi. Pra­wie za­wsze tak mam po tra­wie, nie my­ślę o żad­nych tam, samo się robi. Cza­sa­mi jak się za­sta­na­wiam, czy się na­fa­zo­wa­łem czy z rze­czy­wi­sto­ścią po pro­stu coś się sta­ło, re­ak­cje mo­je­go wac­ka przyj­mu­ję jako wer­dykt.

Na­wet nie spo­strze­głem, kie­dy wsie­dli­śmy do auta, przez chwi­lę po­my­śla­łem, co się bę­dzie dzia­ło na im­pre­zie, a po­tem An­drew za­pa­lił i po­czu­łem przy­jem­ny od­głos sil­ni­ka w brzu­chu. Zro­bi­ło się ciem­no, tak w mię­dzy­cza­sie. Za­zwy­czaj za­uwa­żam, a wte­dy dup i już, jak w tym ka­wa­le o dzie­cia­ku, co za­mknął się w ki­blu z luf­ką i ja­ra­niem, ścią­gnął ma­cha i w po­miesz­cze­niu zga­sło świa­tło, prze­stra­szył się i ścią­gnął dru­gie­go, wte­dy po­now­nie się za­pa­li­ło, po­wtó­rzył jesz­cze dwa razy cały cykl, sie­dzi sku­lo­ny, w kuc­ki, lek­ko roz­trzę­sio­ny, i sły­szy, jak ktoś puka do drzwi ki­bla, ma­chi­nal­nie od­po­wia­da: kto tam, i sły­szy zde­ner­wo­wa­ny głos mat­ki, któ­ry pyta, co on robi w tym ki­blu, dzie­ciak tro­chę się spe­szył i od­po­wia­da rów­nie ma­chi­nal­nie jak po­przed­nio, że sra, wte­dy mat­ka z krzy­kiem: Trzy dni!

Ale po­nie­waż za­zwy­czaj za­uwa­żam ta­kie rze­czy, zmar­twi­łem się, że ja­ra­nie robi ze mnie wa­rzy­wo i że wi­dać „pierw­sze skut­ki spu­sto­sze­nia, ja­kie tru­ci­zna po­czy­ni­ła w moim mó­zgu”. Po chwi­li prze­stra­szy­łem się dru­gi raz, jesz­cze bar­dziej, że do­pa­da mnie mo­ral. Po­tem za­po­mnia­łem o tym wszyst­kim.

Auto było bez­piecz­ne, poza nim znaj­do­wał się świat, już nie tak bez­piecz­ny jak ten we­wnątrz. Szy­by nas z nim łą­czy­ły, ale do tych ob­ra­zów, któ­re prze­su­wa­ły się na ekra­nach, mie­li­śmy taki dy­stans, jaki ma się nor­mal­nie do rze­czy oglą­da­nych w wia­do­mo­ściach czy ja­kimś in­nym pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym. Wie­dzie­li­śmy, że to, co wi­dać, jest bez wąt­pie­nia praw­dzi­we, jed­nak wnę­trze sa­mo­cho­du swo­ją praw­dzi­wo­ścią przy­tła­cza­ło tam­tą praw­dę, bar­dziej od nas od­le­głą. Na przed­nią szy­bę pa­trzy­łem z wy­sił­kiem. Szo­sa za­wi­ja­ła się pod nas, je­cha­li­śmy na bęb­nie, któ­ry zwi­ja as­falt. Ciem­ność sta­ła się od­ręb­ną ma­te­rią, gę­stą i od­bi­ja­ją­cą w so­bie czas. Było wi­dać, jak pły­nie.

—Ol­giert, kur­wa, nie łap doła, nie bój nic, za­ba­wa trwa, świat się krę­ci, a my z nim, Ol­giert, nie ma to i tam­to też, ty mu­sisz wie­dzieć, ty mu­sisz to zro­zu­mieć — prze­rwał w po­ło­wie zda­nia, po­pa­trzył na mnie su­per­pu­stym wzro­kiem, głu­pio się uśmiech­nął i do­koń­czył: — O kur­wa (śmiech z głę­bi gar­dła, taki uda­wa­ny, kie­dy chce się po­ka­zać, ja­kie coś jest śmiesz­ne). Ale się na­fa­zo­wa­łem, ale pier­do­lę, ale ty, Ol­giert, wiesz. No! Ty mi tu­taj nie żad­ne ta­kie, szma­kie. Sie­dzieć ład­nie, ła­pać śmie­cha­wy, pier­do­lić du­pe­re­le, opo­wia­dać ka­wa­ły, a nie żad­ne wkon­tem­plo­wy­wa­nie się w ciem­no­ści czy inne eg­zy­sten­cjal­ne bred­nie. Ro­zu­mie­my się. No!

Skąd on wie­dział, że ja wte­dy my­śla­łem o ciem­no­ści, nie ma co, tra­fił za­je­bi­ście. Tro­chę mnie wy­bi­ła ta jego uwa­ga, i jak tu nie wie­rzyć w zja­wi­ska pa­rap­sy­cho­lo­gicz­ne, w te­le­ki­ne­zę, bio­lo­ka­cję i te­le­pa­tię. Pa­tol wi­dzi UFO kil­ka razy w mie­sią­cu. Muko jest jed­nak nie­zły. Poza tym on je­den z nas na­praw­dę coś po­tra­fi, coś praw­dzi­we­go, bez uda­wa­nia. I ma ta­lent, nie tak jak my. Po­tra­fi grać na per­ku­sji i gi­ta­rze. Nie ma co, jak gdzieś się wy­bie­ra­my, za­wsze za­bie­ra ze sobą gi­ta­rę. I ka­pe­lusz. On w ogó­le cho­dzi ubra­ny jak kow­boj albo twar­dziel z póź­ne­go pe­ere­lu, dżin­sy le­vi­sa, buty ja­kieś ta­kie brą­zo­we, skó­ra albo ka­ta­na też le­vi­sa, i na wy­jaz­dach gi­ta­ra oraz skó­rza­ny ka­pe­lusz. Pol­ski, spóź­nio­ny Ja­mes Dean. Ta gi­ta­ra jest nie­sa­mo­wi­ta do two­rze­nia róż­nych kli­ma­tów. Trze­ba być tro­szecz­kę zja­ra­nym na we­so­ło, żad­nych pseu­do­fi­lo­zo­ficz­nych pier­doł. Wy­star­czy, że za­gra ja­kąś ro­syj­ską me­lo­dyj­kę, ja­kieś umta umta jak Wy­soc­ki, w tej me­lo­dyj­ce zmie­ści się jesz­cze Bu­łat Oku­dża­wa, sta­re ro­man­se, ide­al­na syn­te­za pie­śni ro­syj­skiej. Tak samo na każ­dy te­mat, ten za­ro­zu­mia­ły je­dy­nak po­tra­fi z każ­dej kul­tu­ry wy­cią­gnąć jej mu­zycz­ną esen­cję. Kie­dy gra wło­skie, czu­je­my się jak na ze­bra­niu u Vito Cor­le­one; jak ro­syj­skie, wszy­scy się ca­łu­ją i wrzesz­czą, że „Ja te­bia liu­bliu”, na­wet jak gra coś po eski­mo­sku, to wia­do­mo, o co cho­dzi, i robi się zim­niej. Na ga­rach też wy­mia­ta. Nie wi­dać rąk i nie­źle dud­ni. On w ogó­le jest ja­kiś spóź­nio­ny. W kół­ko słu­cha Zep­pe­li­nów, ni­cze­go in­ne­go pra­wie nie, ja ro­zu­miem, Zep­pe­li­ni są w po­rzo, ale prze­cież nie moż­na cią­gle, a on, kur­wa, może. I jesz­cze na złość nam, jak ma łok­me­na, to za­wsze z Zep­pe­li­na­mi.

On też coś ła­pał z tego wszyst­kie­go, on i An­drew. Wie­dzie­li­śmy, że i tak kie­dyś to się skoń­czy żoną, ro­dzi­ną, do­mem i upo­rząd­ko­wa­ny­mi du­pe­re­lo­wa­ty­mi błęd­ny­mi ko­ła­mi. Chy­ba że ktoś z nas wpad­nie w syf, ale ra­czej nie. Wie­dzie­li­śmy, że in­a­czej uda­je się tyl­ko nie­licz­nym, że o tych nie­licz­nych po­tem się opo­wia­da, że to są le­gen­dy. Wie­dzie­li­śmy też, że mimo wszyst­ko je­ste­śmy tak samo głu­pi jak wszy­scy, jak całe na­sze roz­piesz­czo­ne po­ko­le­nie, że sa­mym ga­da­niem się nie wy­gra. Ale nie moż­na prze­cież wy­gry­wać, bo nie ma o co się bić. Zresz­tą to i le­piej, bo te­raz ni­ko­mu by się nie chcia­ło. An­drew był ka­sia­sty, nikt z nas nie przy­mie­rał gło­dem, nig­dy nie cho­dzi­ło też tak na­praw­dę o to, że cze­goś nam bra­ku­je, albo że ktoś wy­rzą­dził nam krzyw­dę, ze oj­ciec był al­ko­ho­li­kiem, że ko­goś tłu­kli w domu. Sęk w tym, że czę­sto jest ilu­zo­rycz­nie nor­mal­nie. I że mimo wszyst­ko coś jest nie tak w rze­czy­wi­sto­ści, że ja­kiś jej kom­po­nent jest wy­jąt­ko­wo zje­ba­ny. Coś się nie krę­ci tak jak po­win­no. Pew­nie wy­ro­śnie­my z tego. Za­po­mni­my. Chu­ja. Jak nic się nie sta­nie, roz­je­bie­my w koń­cu tę pla­ne­tę. Na­wet głu­pio cza­sa­mi o tym mó­wić, bo lo­gi­ka rze­czy­wi­ście jest prze­ciw­ko, prze­cież nie sta­ło się nic, żad­na woj­na jak u Ko­lum­bów, ża­den prze­śla­du­ją­cy wol­ną myśl re­żim jak u na­szych ro­dzi­ców, nic. Mamy co jeść, co praw­da z pra­cą kru­cha­wo, a co za tym idzie — z per­spek­ty­wa­mi, ale za­gwozd­ka nie tkwi w for­mie rze­czy­wi­sto­ści, tyl­ko w niej sa­mej, w jej pod­sta­wie, w bu­dul­cu może, sam już nie wiem, może de­miurg coś spier­do­lił.

Mie­li­śmy czę­ścio­wą świa­do­mość bez­na­dziej­no­ści, mnie na okrą­gło chcia­ło się rzy­gać, wca­le nie od ja­ra­nia, bo czę­sto ro­bi­łem so­bie prze­rwy, zresz­tą pa­li­łem naj­mniej spo­śród chło­pa­ków. Ja­koś mi się uda­wa­ło. Ob­ja­wy przy­po­mi­na­ły ja­kiś ro­dzaj per­ma­nent­nej de­pre­chy. Rano nie chce się wsta­wać i do­pa­da ab­so­lut­ny bez­sens wszyst­kie­go, po­tem ja­koś się te­le­pie i zno­wu ata­ku­je. Bóg nam robi ka­wał, żeby nie było za nud­no, my­śli so­bie „wszyst­ko ma­cie w po­rzo, więc do­pier­do­lę wam cią­głe eg­zy­sten­cjal­ne lęki, żeby nie było, że ma­cie raj na zie­mi”. I słod­ko, wszyst­ko się to­czy i krę­ci. Znaj­dzie­my so­bie żony, chu­de, gru­be, po­dziub­dzia­my w nich tro­chę, uro­dzą się ślicz­niut­kie dzi­dziu­sie, pój­dzie­my do pra­cy i wszyst­ko się uło­ży. Amen.

Jaz­da się dłu­ży­ła, czas się po­psuł. Utra­cił fun­da­ment swe­go nie­za­wod­ne­go dzia­ła­nia, sta­łość i jed­no­staj­ność. Przy­spie­szał i zwal­niał, w ja­kiś spo­sób stał się za­leż­ny od pe­da­łu gazu, tyle że od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie. Im szyb­ciej je­cha­li­śmy, tym wol­niej pły­nął. Gdy­by­śmy się za­trzy­ma­li, pew­nie na­stą­pi­ła­by te­le­por­ta­cja. Las się koń­czył, sta­wał się rzad­ki, a dro­ga z ka­mie­ni­stej cu­dow­nie prze­mie­ni­ła się w as­fal­to­wą. Nie trzę­sło już tak bar­dzo i dla­te­go za­czę­li­śmy roz­ma­wiać, Pa­tol za­czął: — Pa­mię­ta­cie Star Tre­ka, oni tam la­ta­li stat­kiem ko­smicz­nym, mie­li łor­po­wy na­pęd, od­kry­wa­li nowe świa­ty i, kur­wa, na­pier­da­la­li się z tymi, no, klin­go­na­mi. Mie­li osło­ny i dzia­ła fo­to­no­we, ka­pi­tan był łysy, a pi­lot śle­py. — Chy­ba nie zro­zu­mie­li­śmy praw­dzi­we­go sen­su tego, co po­wie­dział, bo za­pa­no­wa­ła ci­sza, na­wet sil­nik prze­stał pra­co­wać, oso­ba Pa­to­la wsy­sa­ła całe po­wie­trze mo­gą­ce prze­no­sić dźwię­ki, zro­bi­ło się dusz­no i ga­pi­li­śmy się na nie­go. Po­czer­wie­niał: — A nie­ee, nic. — Skoń­czył, a my za­czę­li­śmy się śmiać, trzy­ma­ło nas z dzie­sięć mi­nut non stop (z po­praw­ką na ów­cze­sną względ­ność cza­so­wą), śmiech, któ­ry na­pę­dza się sam, śmie­jesz się z tego, jak się śmie­jesz, ile się śmie­jesz, jak się śmie­je ktoś inny, i że on nie prze­sta­je się śmiać. Eu­zu­biusz się ki­wał w tył i w przód, jak­by miał cho­ro­bę sie­ro­cą. On je­den spo­śród nas był na­praw­dę cho­ry, nic so­bie nie wy­my­ślał, na­wet gdy­by nie chciał, i tak był­by nie­źle zje­ba­ny. Nie to, że nie był faj­ny, tyle że oso­bo­wość miał wy­bit­nie neu­ro­tycz­ną. Nie zdzi­wię się, jak mu coś pier­dol­nie za ja­kieś dzie­sięć lat i na przy­kład kupi ka­ra­bin i wyj­dzie na uli­cę strze­lać do lu­dzi, do ko­biet, dzie­ci, do cię­żar­nych, do babć, no­wo­rod­ków w wó­zecz­kach, pie­sków i kot­ków. Ostat­nio tłu­ma­czył mi, jak moż­na ła­two za­opa­trzyć się w ja­kąś broń, z tłu­mi­kiem i amu­ni­cją, za ja­kąś osią­gal­ną na­wet te­raz dla nie­go kasę. On to wszyst­ko wie z In­ter­ne­tu, ma za­ło­żo­ne na sta­łe, pła­cą ro­dzi­ce, to so­bie chło­pi­na ser­fu­je po róż­nych „Po­rad­ni­kach dla mło­dych za­bój­ców, tru­ci­cie­li, pod­pa­la­czy i gwał­ci­cie­li”. Cza­sa­mi jak ła­pię ja­kąś schi­zę, za­czy­nam się go pa­nicz­nie bać. Raz wy­da­wa­ło mi się, że ma czar­ne oczy, Boże, mało się nie zla­łem.

Przy ca­łym swo­im wa­riac­twie Eu­zu­biusz jest bar­dzo po­czci­wy, za­wsze po­mo­że, i w ogó­le, jest cał­kiem bez­in­te­re­sow­ny. Jak nie świ­ru­je, jest cał­kiem do rze­czy. Tyl­ko je­że­li już mu się coś ubz­du­ra, to wte­dy ko­niec. Pa­mię­tam, by­li­śmy kie­dyś na Sło­wa­cji, w oko­li­cach Po­pra­du, wy­na­ję­li­śmy tani ho­tel, pię­cio­oso­bo­we po­ko­je, pa­li­li­śmy afga­na — pla­ste­lin­kę, wy­glą­dał jak czar­na mo­de­li­na. Tro­chę ba­li­śmy się prze­kra­czać gra­ni­cę, ale co tam. Na­wet nie cho­wa­li­śmy go spe­cjal­nie, po pro­stu w fir­mo­wym wo­recz­ku i w kie­sze­ni, czy na dnie ple­ca­ka w czymś tam. Po­kój był ob­skur­ny. Stół na środ­ku z ko­ron­ko­wym ob­ru­si­kiem, a na nim pięć kie­lisz­ków, w ką­tach czte­ry łóż­ka i jed­no do­dat­ko­we po­mię­dzy. Na ścia­nie pej­za­żyk akwa­re­lą: góry, ju­has, cha­ta, chmur­ki, słoń­ce, peł­na kul­tu­ra. Był jesz­cze bal­kon, cał­kiem spo­ry, z wi­do­kiem na Ta­try, ale nie wy­cho­dzi­li­śmy na nie­go, był za­mknię­ty. W nocy się za­czę­ło. Sie­dzie­li­śmy przy sto­le, gra­li­śmy w kar­ty, pi­li­śmy ta­nią sło­wac­ką i śred­nio do­brą wód­kę. Każ­dy coś tam mó­wił, ale nikt się ja­koś spe­cjal­nie nie an­ga­żo­wał w sło­wa. By­li­śmy już zmę­cze­ni ca­łym dniem ja­ra­nia, w koń­cu umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach, cią­gle two­rzył nowe fan­ta­sma­go­rie, uro­je­nia i fe­no­me­ny. Pa­mię­tam, że Eu­zu­biusz chciał po­wie­dzieć coś bar­dzo waż­ne­go, a nikt nie miał ocho­ty go słu­chać. Tak ja­koś się zro­bi­ło nie­ko­le­żeń­sko. Noc była wietrz­na i wiał hal­ny, dziw­ny wiatr, każ­dy my­ślał o swo­ich pro­ble­mach, za­nu­rzał się w nich, pro­ble­my Eu­zu­biu­sza nie były po­trzeb­ne ni­ko­mu. Pa­mię­tam do­kład­nie, że ścią­gnął ko­szul­kę, mó­wił coś o tym, że za­cznie wpier­da­lać ste­ry­dy, że na si­łow­nię bę­dzie cho­dził, i po roku nikt mu nie pod­sko­czy. Wiem, ze strasz­nie się śmia­li­śmy, ja się na­wet po­pła­ka­łem. Chy­ba drę­czył nas wszyst­kich lek­ki mo­ral i szu­ka­li­śmy ja­kie­goś uj­ścia dla ner­wów. Pa­dło na śmiech i na Eu­zu­biu­sza. Po­tem pa­mię­tam śred­nio, Eu­zu­biusz się wkur­wił i po­szedł na bal­kon. To było chy­ba dzie­sią­te pię­tro, w każ­dym ra­zie na pew­no z tych wyż­szych. Znikł. Nie pa­mię­tam sa­me­go mo­men­tu, kie­dy wy­szedł. Nikt z nas tego nie pa­mię­ta. Do chwi­li, w któ­rej mó­wił, że idzie na bal­kon, je­ste­śmy zgod­ni. Po­tem nikt nic nie wie. Ciem­na masa, czar­na dziu­ra. Mi­nę­ło, nie wiem, pięt­na­ście mi­nut góra, kie­dy zo­rien­to­wa­li­śmy się, że jego na­praw­dę nie ma. Pew­nie sie­dzi na bal­ko­nie. Nie wiem, co mnie tknę­ło, chy­ba wte­dy wy­trzeź­wia­łem, bo po­tem pa­mię­tam już wszyst­ko, ze szcze­gó­ła­mi. Po­wie­dzia­łem spo­koj­nie: „może wy­sko­czył i się za­bił”. O kur­wa, co to była za ci­sza po tych sło­wach. Ja w ży­ciu chy­ba ta­kiej nie sły­sza­łem, na­wet naj­bar­dziej uja­ra­ny nie do­świad­czy­łem cze­goś ta­kie­go. Za­zwy­czaj ci­sza pisz­czy. Tam­ta była ab­so­lut­na, wpa­da­ło się w nią, naj­pierw gło­wą, po­tem szy­ją i ca­łym cia­łem, krę­ci­ła po­ko­jem i za­krzy­wia­ła płasz­czy­zny ścian. To była za­paść we­wnętrz­na, le­cia­ło się w głąb sie­bie. Sie­dzie­li­śmy, a po­tem wsta­li­śmy tak cał­kiem na­wet nor­mal­nie i wy­szli­śmy na bal­kon. Otrzą­snę­li­śmy się z tej ci­szy, bo Muko się spier­dział. Rze­czy­wi­stość lubi być gro­te­sko­wa. Ale do­brze, gdy­by nie ten pierd, nie wia­do­mo ile cza­su wpa­da­li­by­śmy tak w sie­bie. Po tym im­pul­sie fi­zjo­lo­gicz­no­-fa­ta­li­stycz­nym zmie­nił się spo­sób my­śle­nia. „Nie, gdzie tam, Eu­zu­biusz, za­bić się, ochu­je­li­ście chy­ba”. Ale bal­kon był pu­sty. Drzwia­mi nie wy­szedł na pew­no, bo były za­mknię­te na klucz, za­uwa­ży­li­by­śmy zresz­tą.

Ta myśl wy­pie­ra­ła inne, była tyl­ko ona, gło­śna, za­bor­cza i mdlą­ca. „Eu­zu­biusz się za­bił”. Samo ze­sta­wie­nie słów: „Eu­zu­biusz” i „się za­bił”, wy­da­je się śmiesz­ne, gro­te­sko­we, na­wet sur­re­ali­stycz­ne. Ale jego nie było, było za to jego nie­by­cie — pu­sty bal­kon.

Czas się za­trzy­mał. Chwi­lę trwa­ło, za­nim ru­szył, co­raz wol­niej i wol­niej, jak lo­ko­mo­ty­wa z Tu­wi­ma. Wresz­cie do­tarł do tego miej­sca, w któ­rym An­drew miał po pro­stu spoj­rzeć za ba­lu­stra­dę. Pół­to­ra me­tra ni­żej był ro­dzaj ta­ra­su wi­do­ko­we­go, a na nim kom­plet­nie roz­je­ba­ny Eu­zu­biusz. Le­żał na tym ta­ra­sie, jak­by go coś tam jesz­cze po­trą­ci­ło. Pro­blem był, żeby go stam­tąd wy­cią­gnąć, ale i to po wcze­śniej­szych prze­ży­ciach oka­za­ło się pest­ką. Przy­wią­za­li­śmy go po­tem do łóż­ka, bar­dziej dla za­sa­dy, bo spał snem nie­win­ne­go. Mu­siał być bar­dzo nie­win­ny, bo nie obu­dził się, na­wet jak go bi­łem po mor­dzie. Może tyl­ko uda­wał, bo było mu wstyd. Nie mam po­ję­cia. Wiem, że więk­szość lu­dzi za­bi­ja się po to, żeby zwró­cić uwa­gę, ale daję gło­wę, że Eu­zu­biusz nie wie­dział o tym ta­ra­sie pod spodem. Ten głu­pi cap po pro­stu sko­czył, i już. Do te­raz nie mamy po­ję­cia, jak to z nim było, wie­dział czy nie. Ale ja się kie­dyś do­wiem, weź­mie go na zwie­rze­nia, prze­sta­nę się bać, schle­ję go albo upa­lę, i wszyst­kie­go się do­wiem.

Te­raz się ki­wał i tro­chę się śmiał. Wy­da­wa­ło mi się, że je­dzie­my już kil­ka nocy, pra­wie prze­trzeź­wia­łem, nie słu­cha­łem ni­ko­go, nie mó­wi­łem nic, ga­pi­łem się da­lej na szy­by, ale tak po pro­stu, chy­ba nie­wie­le my­śla­łem, było mi wszyst­ko jed­no. Pa­tol roz­ma­wiał z Mać­kiem, a Stę­pień sie­dział na przed­nim sie­dze­niu. Na­gle się za­trzy­ma­li­śmy, po­my­śla­łem, że coś się ze­psu­ło, klą­łem już w du­chu, że za­wsze musi się coś spie­przyć. Ale nie, oka­za­ło się, że po pro­stu do­je­cha­li­śmy na miej­sce. Boże, po­czu­łem się jak Ody­se­usz po po­wro­cie do Ita­ki. Zna­czy, wy­da­wa­ło mi się, że on wte­dy mu­siał się czuć tak jak ja te­raz. Czy coś w tym ro­dza­ju.

Dział­ka An­dre­wa to nie tyl­ko ka­wa­łek pola plus sza­łas. Jest woj­sko­wy na­miot, duży, na me­ta­lo­wej kon­struk­cji, w środ­ku urzą­dzo­ne jak kla­sycz­ny kli­ma­ciar­ski po­kój w gó­rach. Ja­kaś lek­ko roz­je­ba­na sza­fa, łóż­ko i mnó­stwo ko­ców, po­ście­li, ja­kaś pie­rzy­na i po­dusz­ki. Stół za­wa­lo­ny mnó­stwem ko­lo­ro­wych du­pe­re­li, ku­chen­ka ga­zo­wa i ja­kaś sza­fecz­ka na inne du­pe­re­le. W ką­cie peł­no ko­szul fla­ne­lo­wych, lek­ki nie­ład. Obok za­par­ko­wa­na przy­cze­pa kem­pin­go­wa, taka bia­ła, mo­del kla­sycz­ny, jak ktoś mówi: „przy­cze­pa kem­pin­go­wa”, to lu­dzie wy­obra­ża­ją so­bie wła­śnie taką, jaka stoi na dział­ce An­dre­wa. Mo­gła­by być ideą wszyst­kich przy­czep kem­pin­go­wych. I jesz­cze dom z drew­na w sta­nie su­ro­wym. Ko­lej­na za­je­bi­ście kla­sycz­na bu­dow­la, może ro­dzi­ców An­dre­wa fa­scy­nu­je po­wsze­dniość, wzor­ce po­ję­cio­we, sche­ma­ty my­ślo­we, ide­alizm i teo­ria idei. Dom też mógł­by się za­ła­pać na ha­sło: „No­wo­cze­sny dom z drew­na w gó­rach nie­wy­so­kich”, wy­da­je mi się, że by­ła­by z nie­go za­je­bi­sta idea.

Trzy auta oprócz na­sze­go. Współ­cze­sna mło­dzież po­tra­fi się ba­wić, ale nie było ja­koś strasz­nie dużo lu­dzi, w za­ło­że­niu mia­ło być choć tro­chę ka­me­ral­nie. An­drew mó­wił, że to bę­dzie nor­mal­na im­pre­za z chla­niem, ja­ra­niem, rzy­ga­niem i li­za­niem się po ką­tach, ale nie wy­da­wa­ło mi się. Za mało dziew­czyn, nie było też żad­nych nie­zna­nych, a chło­pa­ki po iluś ra­zach już się na­uczy­li, że jak się coś­tam coś­tam z ja­kąś zna­jo­mą, to po­ran­ki są prze­je­ba­ne. Do­ro­śle­li i sta­wa­li się od­po­wie­dzial­ni za swo­je czy­ny. Nie wy­star­czy mó­wić, że się było na­je­ba­nym i nic się nie pa­mię­ta. Eman­cy­pa­cja zro­bi­ła swo­je, już nie są ta­kie głu­pie, tak się nie da, i już. Rano będą snuć pla­ny, a jak się po­wie, że nie, to mogą zro­bić złą re­pu­ta­cję. W naj­lep­szym wy­pad­ku roz­ga­da­ją, że ci nie wy­szło i tyl­ko się po­bru­dzi­łeś. Wstyd, jak­by na to nie spoj­rzeć. Le­piej so­bie da­ro­wać i bez­tro­sko śli­zgać się po rze­czy­wi­sto­ści. Czło­wiek bu­dzi się rano, jesz­cze pi­ja­ny, ale gło­wę za­przą­ta mu tyl­ko kac, ewen­tu­al­nie pę­cherz, żad­ne tam dupy.

Wy­szli­śmy z auta, prze­strzeń się otwo­rzy­ła, sta­ła się ogrom­na i nie­skoń­czo­na, czło­wiek gó­ro­wał nad zie­mią i przy­ro­dą, czuł w so­bie moc. Pa­li­ło się już ogni­sko i było je czuć. Opa­da­ła mgła i rosa, za­czy­na­ło być zim­no. Nie­za­prze­czal­nie za­pa­dła już noc. Wo­kół błą­ka­ły się ja­kieś cie­nie, przez chwi­lę nie bar­dzo wie­dzia­łem, o co cho­dzi, ale po­tem wszyst­ko so­bie przy­po­mnia­łem. Łącz­nie z tym, że mamy pięć­dzie­siąt parę grzy­bów. Tych praw­dzi­wych. Mało mnie cie­ka­wi­ło, co Stę­pień zro­bi ze swo­imi pod­rób­ka­mi.

—To jak, pa­no­wie, grzy­bi­my, kur­wu­nia ku­re­wecz­ka?