Osiem białych nocy - Andre Aciman - ebook
Opis

Kolejna książka autora świetnie przyjętej w Polsce powieści Tamte dni, tamte noce, na podstawie której powstał film nagrodzony Oscarem!

Mężczyzna przed trzydziestką udaje się na przyjęcie bożonarodzeniowe na Manhattanie. Poznaje tam kobietę imieniem Clara. W ciągu następnego tygodnia oboje spotykają się co wieczór w tym samym kinie. Mężczyzna jest zauroczony, ale ostrożny, nie chce wykonać pochopnego ruchu. Napięcie między dwojgiem stopniowo rośnie, towarzyszą mu niepewność, nadzieja i brak zaufania. Rozbudzone emocje kumulują się w ostatnią noc starego roku. Czy wraz z nim odejdą w przeszłość wszelkie wątpliwości?

Napisane pięknym językiem, szczegółowe i momentami bolesne studium oczekiwań i nadziei, z jakimi zmaga się każdy człowiek, gdy rozpoczyna nowy związek.

Ona jest zaskakująca, impulsywna i niezrównanie dziwna. Tak jak i on. Rozpoczną zalotny taniec, który was oczaruje albo odrzuci – to hipnotyzująco-intensywna kolizja dwóch ekscentrycznych dusz. Głęboko intelektualna powieść, nieprzypominająca niczego, co do tej pory przeczytaliście.
„The Washington Post”


Aciman doskonale kontynuuje przeprawę przez pole minowe pragnień i pożądania…
Dla każdego, kto kiedykolwiek wydostał się z przypominającej sen nierzeczywistości obsesyjnych początków uczucia, będzie to szybki powrót wprost do króliczej nory.
„The Boston Globe”

 

André Aciman (ur. 1951) amerykański pisarz, eseista i literaturoznawca. Urodził się i wychował w Egipcie, obecnie mieszka w Nowym Jorku. Karierę naukową poświęcił głównie twórczości Marcela Prousta, wykładał literaturę francuską, teorię literatury oraz prowadził kurs kreatywnego pisania dla studentów Uniwersytetu Nowojorskiego. W 1995 roku opublikował pierwszą książkę, Wyjście z Egiptu (wyd. pol. 2009), w której odtworzył obraz Aleksandrii z czasów swojej młodości. Debiut ten uhonorowano nagrodą Whiting Award. Pierwsza powieść pisarza, Tamte dni, tamte noce (wyd. pol. 2018), ukazała się w 2007 roku i dopiero po latach zyskała rozgłos dzięki ekranizacji w reżyserii Luki Guadagnina z 2017 roku, nagrodzonej m.in. Oscarem za najlepszy scenariusz adaptowany oraz nominowanej do Złotego Globu. Aciman ma na koncie jeszcze trzy powieści: Osiem białych nocy
(2010), Harvard Square (2013) i Enigma Variations (2017), a także kilka zbiorów esejów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 643

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


André Aciman

OSIEM BIAŁYCH NOCY

przełożyła Agnieszka Walulik

Tytuł oryginału: Eight White Nights

Copyright © 2010 by André Aciman

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Dla Philipa,

luz y dulzura1

Noc pierwsza

W połowie kolacji wiedziałem już, że później odtworzę sobie cały wieczór w głowie: autobus, śnieg, droga wiodąca w górę łagodnego wzniesienia, katedra majacząca tuż przede mną, nieznajoma w windzie, duży zatłoczony salon pełen widocznych w blasku świec twarzy promieniejących od śmiechu i tajemniczego przeczucia, dźwięki fortepianu, śpiewak o gardłowym głosie, sosnowa woń unosząca się we wszystkich pomieszczeniach, po których wędrowałem, myśląc sobie, że powinienem był zjawić się tu dziś o wiele wcześniej albo nieco później, albo w ogóle nie przychodzić; klasyczne grafiki w sepii na ścianie przy łazience, a obok ukryty za drzwiami skrzydłowymi długi korytarz wiodący do prywatnej, niedostępnej dla gości części mieszkania, który jednak skręcił w kierunku przedpokoju i nagle, niczym za sprawą magii, wrócił do salonu, gdzie tymczasem zebrało się jeszcze więcej ludzi i ktoś niespodziewanie odwrócił się do mnie przy oknie za dużą choinką, choć schowałem się tam w nadziei na chwilę spokoju, wyciągnął rękę i powiedział:

– Jestem Clara.

Jestem Clara, wypowiedziane ot tak, jakby było to najoczywistsze stwierdzenie pod słońcem, jakbym i tak już to wiedział albo powinienem był wiedzieć, lecz skoro nie zwróciłem na nią uwagi czy też może usiłowałem nie zwracać na nią uwagi, ona postanowiła pomóc mi wyzbyć się pozoru obojętności i nadała twarz imieniu, które bez wątpienia słyszałem już wielokrotnie z ust innych osób.

U każdej innej osoby „Jestem Clara” mogłoby zabrzmieć jak niepewne zagajenie rozmowy – potulne, powierzchownie asertywne, przesadnie zdawkowe, zdystansowane, rzucone jakby poniewczasie; słowny odpowiednik potrząśnięcia ręki, które nauczyło się pozorować stanowczość i energiczność poprzez nadmierne przeciąganie skądinąd bezwładnego i drętwego uścisku. U osoby nieśmiałej słowa „Jestem Clara” wymagałyby wysiłku, który całkowicie by ją wyczerpał, tak że na brak reakcji ze strony rozmówcy poczułaby nieomal wdzięczność.

Lecz w jej ustach owo „Jestem Clara” nie było ani śmiałe, ani obcesowe; wypowiedziała je z cierpkim, wystudiowanym uśmiechem kogoś, kto powtarzał to już zbyt wiele razy, żeby przejmować się wrażeniem, jakie sprawi, przerywając w ten sposób milczenie w towarzystwie obcego człowieka. Wymuszone, obojętne, zmęczone i rozbawione – nią samą, mną, życiem, które sprawiło, że nawiązywanie rozmowy jest czymś tak stresującym i krępującym – „Jestem Clara” wsunęło się między nas niczym pozbawiona znaczenia formalność, z którą trzeba się wreszcie uporać, więc równie dobrze można to zrobić teraz, skoro oboje stoimy akurat z dala od tłumu zgromadzonego na środku pomieszczenia i szykującego się do rozpoczęcia śpiewu. Jej słowa zaskoczyły mnie jak jeden z tych niespodziewanych podmuchów wiatru, które przedzierają się przez wszelkie zapory i otwierają na oścież wszystkie drzwi i okna, wnosząc zapach wiosennego kwiecia w sam środek zimowych miesięcy, siejąc na swojej drodze zamęt i skłaniając do przedwczesnej zażyłości niczym ktoś, kto nie ma nic do stracenia i kogo zupełnie nie obchodzi, co pomyślą o nim inni. Nie dostrzegałem w jej tonie natarczywości ani chęci pominięcia męczących banałów, lecz mimo to wyczułem odcień przymusu i rozgorączkowania, który nie był ani nieprzyjemny, ani całkowicie niezamierzony. Pasował do jej postaci, do niespokojnej arogancji jej podbródka, do karmazynowej i cienkiej jak woal koszuli, rozpiętej aż po mostek, do odsłoniętej skóry, gładkiej i równie nieprzystępnej co mały diamencik wiszący na cienkim platynowym naszyjniku.

„Jestem Clara”. Wprosiło się niezapowiedziane jak amatorka teatru, która przepycha się między pozajmowanymi fotelami, przeszkadzając wszystkim w ostatnich sekundach przed podniesieniem kurtyny, a jednak zamieszanie, którego jest przyczyną, wyraźnie bawi ją do tego stopnia, że gdy tylko dociera do zarezerwowanego na cały sezon miejsca, natychmiast zsuwa płaszcz z ramion, odwraca się do siedzącej obok osoby i przepraszając za zakłócenie spokoju, a zarazem zupełnie się tym nie przejmując, szepcze porozumiewawczo: „Jestem Clara”. Ma to oznaczać: jestem Clara, którą będziesz tu widywał przez cały rok, więc postarajmy się być dla siebie mili. Jestem Clara, której nigdy nie spodziewałeś się ujrzeć na fotelu obok siebie, a jednak oto się zjawiłam. Jestem Clara, którą będziesz pragnął oglądać tu każdego dnia każdego miesiąca przez resztę tego oraz każdego kolejnego roku swojego życia – a ja o tym wiem, więc powiedzmy sobie szczerze: może starasz się tego nie okazywać, ale też zdajesz sobie z tego sprawę, i to od momentu, kiedy po raz pierwszy na mnie spojrzałeś. „Jestem Clara”.

Było to coś pomiędzy żartobliwym „Jak mogłeś tego nie wiedzieć?” a „Co masz taką przygnębioną minę?”. Proszę – zdawała się mówić, niczym magik pokazujący dziecku prostą sztuczkę – weź to imię, zaciśnij je mocno w ręce, a po powrocie do domu rozłóż dłoń i pomyśl sobie: „Dzisiaj poznałem Clarę”.

Jakby zaoferowała starszemu panu kawałek czekolady z orzechami akurat w momencie, kiedy miał stracić cierpliwość. „Niech pan nic nie mówi, dopóki pan tego nie spróbuje”. Wytrącała człowieka z równowagi, ale natychmiast mu to wynagradzała, zanim w ogóle zdążył się zorientować, tak że nawet nie miał pewności, co było pierwsze: przeprosiny czy delikatna szpila, a może jedno i drugie splotło się w jednym zwrocie, owijając jej dwa słowa spiralą, jakby były wypowiedzianą z uśmiechem groźbą śmierci przebraną za nic nieznaczący żart. „Jestem Clara”.

Życie przed. Życie po.

Wszystko przed Clarą wydawało się takie martwe, puste, tymczasowe. Wszystko po Clarze ekscytowało mnie i przerażało: miraż oazy majaczący na drugim końcu doliny grzechotników.

„Jestem Clara”. Oto był jeden pewnik, co do którego nie musiałem mieć żadnych wątpliwości i mogłem do niego wracać za każdym razem, kiedy będę chciał o niej pomyśleć – przenikliwej, ciepłej, cierpkiej i niebezpiecznej. Cała jej osobowość emanowała z tych dwóch słówek, jakby były pilną informacją zapisaną tajemniczo na odwrocie książeczki z zapałkami, którą chowasz do portfela, bo zawsze już będzie ci przypominać tę noc, kiedy niespodziewanie rozkwitło przed tobą marzenie, twoje wyśnione życie. I może nie było to nic więcej – ot, zwykły sen – ale zbudziło we mnie tak silne pragnienie bycia szczęśliwym, że prawie gotów byłem uwierzyć, iż faktycznie jestem szczęśliwy w ów wieczór, kiedy ona wdarła się we mnie niespodziewanie, wnosząc zapach wiosennego kwiecia w sam środek zimowego miesiąca.

Czy po opuszczeniu dzisiejszego przyjęcia nadal będę tak się czuł? A może przebiegle znajdę sposób, żeby zafiksować się na drobnych wadach, aż zaczną mnie drażnić i pozwolą mi stłamsić to marzenie tak, że wreszcie zgaśnie i utraci swój powab, a utraciwszy go, przypomni mi na nowo – jak zawsze na nowo – że szczęście to jedna jedyna rzecz w życiu, której inni nie są w stanie nam zapewnić.

„Jestem Clara”. Te słowa miały moc przywołania jej głosu, jej uśmiechu, jej twarzy, gdyby w trakcie wieczoru zniknęła w tłumie, napełniając mnie obawą, że już zdążyłem ją utracić albo tylko ją sobie wyobraziłem.

– Jestem Clara – mógłbym sobie powiedzieć w takiej chwili, a wtedy ona znów byłaby Clarą i zjawiłaby się przy mnie obok choinki, przenikliwa, ciepła, cierpka i niebezpieczna.

Już teraz – nie minęło nawet kilka minut od momentu, kiedy się poznaliśmy, a wiedziałem, że tak będzie – wyobrażałem sobie, że mógłbym jej nigdy więcej nie spotkać; już teraz zastanawiałem się, w jaki sposób mam zabrać ze sobą owo „Jestem Clara” i schować je do szuflady razem ze spinkami do mankietów, wkładami do kołnierzyków, zegarkiem i portfelem.

Przyzwyczajałem się do niewiary, że ten moment zdoła potrwać kolejne pięć minut, ponieważ nosił wszelkie znamiona nierzeczywistego, zaczarowanego interludium, kiedy wszystkie drzwi otwierają się aż nazbyt łatwo i pozornie wpuszczają nas do zamkniętego zwykle kręgu, którym jest nic innego jak nasze własne życie – nasze życie, tyle że w postaci, w jakiej zawsze pragnęliśmy je przeżywać, choć na każdym kroku oszukiwaliśmy; nasze życie ujęte wreszcie według właściwego klucza, opowiedziane od nowa w odpowiednim trybie gramatycznym, w języku, który do nas przemawia i do nas jedynie jest dostosowany; nasze życie, wreszcie urzeczywistnione i świetlane, ponieważ objawiło się nagle nie w naszym własnym, lecz w cudzym głosie, zostało uchwycone cudzą ręką, odbite na twarzy osoby, która nie może przecież być nam obca, ale ponieważ właśnie taka jest, przykuwa nasz wzrok spojrzeniem mówiącym: „Dziś wieczorem to ja jestem twarzą, którą nadajesz swojemu życiu i temu, jak je przeżywasz. Dziś wieczorem to ja jestem twoimi oczami na świat, który spogląda z powrotem ku tobie. Jestem Clara”.

Oznaczało to: „Weź moje imię i szepcz je do siebie, a za tydzień wróć i przekonaj się, czy zdążyło obrosnąć kryształami”.

Jestem Clara – uśmiechała się, jakby rozbawiło ją coś, co ktoś przed chwilą powiedział, a ona przyjęła tę wesołość zrodzoną w innym kontekście i odwróciła się do mnie, ukrytego za świąteczną choinką, i wyjawiła mi swoje imię, podała mi swoją dłoń, sprawiła, że chciałem się zaśmiać z puenty, której nie usłyszałem, ale która doskonale odpowiadała poczuciu humoru dokładnie takiemu jak moje.

To właśnie oznaczało dla mnie: „Jestem Clara”. Stworzyło iluzję intymności, przyjaźni na krótko przerwanej i pospiesznie wznowionej, jakbyśmy już się kiedyś spotkali albo nasze ścieżki się krzyżowały, ale ciągle nie mogliśmy na siebie trafić i teraz za wszelką cenę musieliśmy na nowo się poznać, a jej gest wyciągnięcia ręki był czymś, co powinniśmy byli zrobić dużo wcześniej, bo przecież wspólnie się wychowaliśmy, tylko potem straciliśmy kontakt, albo tyle razem przeszliśmy, albo w jakimś innym życiu byliśmy kochankami, dopóki nie rozłączyło nas coś tak trywialnego i haniebnego jak śmierć, lecz tym razem Clara nie zamierzała do tego dopuścić.

„Jestem Clara” oznaczało: ja już cię znam – to nie jest zwyczajna sytuacja – a jeśli wydaje ci się, że przeznaczenie nie miało z tym nic wspólnego, to lepiej zastanów się jeszcze raz. Owszem, możemy (jeśli masz ochotę) trzymać się banalnych koktajlowych uprzejmości i udawać, że wszystko dzieje się tylko w twojej głowie – albo możemy rzucić wszystko i niepomni na pozostałych, niczym dzieci, które w wigilijny wieczór budują sobie pośrodku zatłoczonego salonu malutki namiot, wstąpić do świata promieniejącego od śmiechu i tajemniczego przeczucia, gdzie nic nie wiąże się z ryzykiem, gdzie nie ma miejsca na wstyd, zwątpienie czy strach, gdzie wszystkie słowa są lekkim, frywolnym żartem, bo najuroczystsze sprawy często przychodzą do nas w przebraniu psot i radosnych zabaw.

Przytrzymuję jej rękę odrobinę dłużej, niż to się zwykle robi, żeby pokazać, że zrozumiałem wiadomość, ale nie tak długo, jak powinienem, z obawy, że wiadomość ta była tylko wytworem mojej wyobraźni.

Oto mój wkład, mój podpis pod tym wieczorem, moja pokrętna interpretacja zwykłego uścisku dłoni. Gdyby Clara wiedziała, jak odczytywać moje zachowania, przejrzałaby tę afektację i nonszalancję i dostrzegłaby inną, jeszcze głębszą, której niechętnie się wyzbywam, zwłaszcza w obecności kogoś, kto jednym przelotnym spojrzeniem i dwoma słowami bez trudu mógłby wydobyć ze mnie klucz do wszystkich moich kryjówek.

Nie przyszło mi do głowy, że ludzie, którzy wpadają z impetem w nasze życie, mogą równie łatwo z niego zniknąć, kiedy już z nami skończą; że ktoś, kto wbiega do filharmonii na kilka sekund przed rozpoczęciem koncertu, może nagle zerwać się z miejsca i od nowa zacząć się przepychać między fotelami, bo odkrył, że siedzi w niewłaściwym rzędzie, i uznał, że nie ma ochoty czekać na antrakt.

Spojrzałem na nią. Spojrzałem na jej twarz. Znałem tę twarz.

– Wyglądasz znajomo – zamierzałem powiedzieć.

– Wyglądasz, jakbyś trafił tu przez przypadek – odezwała się pierwsza.

– To widać? – odparłem. – I czy większość ludzi na przyjęciach nie wygląda, jakby trafiła tam przez przypadek?

– Niektórzy bardziej niż inni. On nie. – Pokazała palcem mężczyznę w średnim wieku, który rozmawiał z jakąś kobietą. Trzymał w dłoni przejrzystego drinka i stał pod czymś, co zapewne było zaledwie podróbką żłobkowanej kolumny o korynckim kapitelu; pochylony, opierał się o nią niedbale, jakby absolutnie nigdzie mu się nie spieszyło. – W ogóle nie wydaje się zagubiony. Ona też nie.

„Jestem Clara”. Potrafię przejrzeć ludzi.

Pan i pani Shukoff – tak ich ochrzciła. Shukoffów małżeńska raz para paliła się do bara-bara; rzekł on do niej śmiało, pieszcząc wzrokiem jej ciało: wnet cygarko się moje zajara.

Państwo Shukoff: ludzie, którzy z uporem cię shukoją, choć ciągle usiłujesz się przed nimi ukryć – wyjaśniła. Oboje wybuchliśmy śmiechem.

Następnie gestem, który nie miał nic wspólnego z dyskrecją, Clara wskazała palcem kobietę po sześćdziesiątce, w długiej czerwonej sukni i pantoflach z czarnej lakierowanej skóry.

– Babcia Świętego Mikołaja. Patrz – rzuciła, pokazując szeroki lakierowany pas ze złotą klamrą, opinający talię Babci. Kobieta miała na głowie coś, co po prostu musiało być peruką; połyskliwe blond pukle okręcały jej się wokół uszu, zakończone twardymi, zbitymi kosmykami o wyglądzie kłów młodego dzika. Z jej płatków usznych zwisały duże, rozcięte na pół perły, osadzone na maleńkich złotych talerzach; miniaturowe latające spodki, tylko bez zielonych ludzików – powiedziała Clara. Natychmiast ochrzciła kobietę imieniem Muffy i nazwiskiem Mitford. Następnie zaczęła rozbierać Muffy Mitford na części pierwsze, zaciągając mnie do pomocy, jakby w jej umyśle nie postał nawet cień wątpliwości, czy przyłączę się do niej w tym procesie całkowitej dyskredytacji.

Muffy mówi świdrującym głosem. Muffy nosi po domu błękitne pantofle na obcasie z puchatymi pomponikami – powiedziałem. Muffy nosi pod spodem podomkę, zawsze nosi pod spodem podomkę – powiedziała ona. Muffy ma niewystrzyżonego pudla o imieniu Sulejman. Jej mąż nosi przezwisko Chip. A syn – jakżeby inaczej – Pip. Córka nazywa się Mimi. Nie, Buffy, do rymu z Muffy. Muffy Beaumont. Z domu Montebello. Nie, Belmont. Nie oszukujmy się: Schoenberg – powiedziała Clara. Muffy ma angielską służącą. Ze Shropshire. Nie, z Nottingham. Nie, z Anglii Wschodniej. Z East Coker w Somerset. Z Little Gidding – powiedziałem. Burnt Norton – poprawiła, a po namyśle zmieniła zdanie: z jakichś ciepłych wysp. Z Majorki. A na nazwisko ma Monserrat albo jakoś podobnie – dodałem. „O nie, nie. Dolores Luz Berta Fatima Consuelo Jacinta Fabiola Inez Esmeralda” – jedno z tych imion, które nigdy się nie kończą, bo ich czar leży w kadencji i melodii; wznoszą się na niej i nabrzmiewają, aż w końcu spadają nagle kaskadą przy nazwisku pospolitym jak piasek na podmiejskiej plaży: Rodriguez – i oboje ryknęliśmy na widok Muffy, która śmiała się i kołysała biodrami do rytmu piosenki wykonywanej przez śpiewaka o gardłowym głosie; luźny koniec jej paska kołysał się niczym zawieszony na brzuchu symbol płodności, a w dłoni tkwił pusty kieliszek do martini – i do dna wychyliła, i oczko puściła, i rzekła: nalej więcej, to zrobię się miła.

– Jesteś znajomym Hansa, prawda? – zapytała Clara.

– No proszę… Skąd wiedziałaś?

– Bo nie śpiewasz. I ja nie śpiewam. – Po czym, widząc, że nie do końca rozumiem, wyjaśniła: – Znajomi Hansa nie śpiewają. Tylko znajomi Gretchen. – Otarła usta serwetką, jakby zduszając ostatnie podrygi żartu, którym nie zamierzała się ze mną dzielić, ale chciała, żebym go dostrzegł. – To proste – rzekła, wskazując niezbyt dyskretnym ruchem zgromadzony wokół fortepianu tłum, którego członkowie śpiewali na cały głos za przewodem mężczyzny o gardłowym głosie.

– A więc Gretchen jest tą bardziej muzykalną – rzuciłem obojętnie tylko po to, żeby coś powiedzieć, cokolwiek, nawet jeśli po mojej uwadze miała nastąpić niezręczna, nieunikniona cisza. Odpowiedź Clary zupełnie mnie zgasiła:

– Gretchen, muzykalna? Gretchen nie poznałaby się na muzyce, choćby ta pierdnęła jej w ucho. Spójrz na nią: stoi przyklejona do drzwi i tylko wita się z gośćmi, bo nie ma pojęcia, co innego ma ze sobą zrobić. – Niespodziewanie przypomniałem sobie sflaczały uścisk dłoni, zdawkowe powitanie i całusa w policzek, który tak naprawdę był tylko muśnięciem ucha, bo Gretchen nie chciała rozmazać sobie makijażu.

Słowa Clary mnie zaskoczyły, ale puściłem je mimo uszu, nie wiedząc, jak na nie odpowiedzieć albo im zaprzeczyć.

– Patrz na ich twarze – dorzuciła Clara, wskazując palcem śpiewających. Popatrzyłem na ich twarze. – Przecież nie zabrałbyś się do śpiewania wyłącznie dlatego, że jesteśmy na przyjęciu bożonarodzeniowym i pławimy się w wigilijnej atmosferze jak przerośnięte uszka w barszczu, prawda?

Nie odpowiedziałem.

– Mówię poważnie – dodała. A więc jej pytanie nie było retoryczne. – Popatrz na tych wszystkich pseudoeuropejskich Shukoffów. Czy nie wyglądają dokładnie jak ludzie, którzy zawsze śpiewają na świątecznych imprezach?

„Jestem Clara”. Bywam wredna.

– Ale ja też śpiewam… czasami – wtrąciłem nieszczerze, starając się, żeby zabrzmiało to równie mdło i naiwnie jak u ludzi, dla których śpiewanie podczas przyjęć to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Być może chciałem się przekonać, czy Clara wycofa się z tego ostrzału, kiedy się zorientuje, że mimowolnie złapała mnie na linii ognia. A może tylko się z nią droczyłem i nie chciałem, żeby odgadła, jak bardzo jej cyniczna opinia o stowarzyszeniu współśpiewaczy przypominała moją własną.

– Ale ja też śpiewam – odparła, unosząc brew, jakbym powiedział coś skomplikowanego i wymagającego namysłu. Pokiwała lekko głową, zastanawiając się nad głębszym sensem moich słów, i nadal zdawała się ważyć je w myślach, kiedy nagle to do mnie dotarło: wcale nie mówiła o sobie, po prostu papugowała moją wypowiedź – „Ale ja też śpiewam” – i odrzucała ją z powrotem do mnie, przybraną teraz w szyderczą melodię pogardy, jak zgnieciony podarunek zwracany w naruszonym opakowaniu.

– Więc ty też śpiewasz – rzekła, nadal z namysłem. A może właśnie próbowała się wycofać po tym, jak strzeliła we mnie zatrutą strzałą?

– Owszem. Śpiewam, czasami… – potwierdziłem, starając się nie wypaść zbyt zarozumiale ani zbyt gorliwie. Udawałem, że nie dostrzegam ironicznego podjudzenia w jej głosie, i już miałem dodać: „Pod prysznicem”… lecz natychmiast wyczułem, że w świecie Clary każdy, kto niechętnie przyznaje się do śpiewania czasami, zaraz by dodał, że robi to pod prysznicem. Byłaby to najbardziej przewidywalna ze wszystkich możliwych ripost. Już słyszałem, jak Clara rozbiera na części pierwsze każdy banał zawarty w mojej wypowiedzi.

– A zatem śpiewasz – zaczęła. – W takim razie chętnie posłucham.

Wzięła mnie z zaskoczenia. Pokręciłem głową.

– Czemu nie? Nie idzie ci śpiewanie z innymi? – zapytała.

– Coś w tym stylu. – „Niezbyt dobrze” stanowiłoby słabą odpowiedź na jej żarty wypowiadane tonem nauczycielki wystawiającej uczniowi opinię; dlatego właśnie postanowiłem tego nie mówić. Teraz jednak nie wiedziałem, jak pociągnąć rozmowę.

Kolejny moment wahania. I nagle, spoglądając ponad moim ramieniem, Clara przełamała ciszę:

– A chcesz usłyszeć, jak ja śpiewam?

Jej słowa brzmiały niemal jak wyzwanie. Sądziłem, że żartuje: okazawszy takie zniesmaczenie znajomymi Gretchen oraz ich współśpiewaczym „pławieniem się w wigilijnej atmosferze”, na pewno przecież nie będzie miała najmniejszej ochoty na występ muzyczny. Zanim jednak zdołałem podjąć decyzję, w jakim tonie jej odpowiedzieć, Clara przyłączyła się już do refrenu, tylko że zrobiła to głosem, którego nigdy nie połączyłbym z jej twarzą i nie uwierzyłbym, że należy do niej: balansował na granicy całkowitego zapamiętania, jakby śpiewając tak przy mnie, Clara ujawniała kolejną, głębszą warstwę siebie i uświadamiała mi, że wszystko, co do tej pory o niej myślałem – od nagłego podmuchu wiatru poprzez zatrute strzały aż po żarty i pogardę – mogło być błędne; że „cierpkość” miała też swoją łagodniejszą stronę, że „niebezpieczeństwo” mogło stać się wrażliwe i pełne czułości, że kryły się w niej jeszcze inne, bardziej zdumiewające niespodzianki, a próby dotrzymania im kroku albo ich przewidzenia były bezcelowe, podobnie jak opieranie się komuś, kogo zwięzłe, zdawkowe „Jestem Clara” pokazywało, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy mimo całej swojej szorstkości i arogancji potrafią za pomocą kilku nut wmówić ci, że są z natury życzliwi, szczerzy i subtelni – a zaraz potem nękają cię przypomnieniem, że to właśnie owa zdolność do przeskakiwania z jednego aspektu osobowości w drugi daje im tę śmiertelną siłę rażenia.

Stałem jak zahipnotyzowany – zahipnotyzowany głosem, osobą, swoją całkowitą niezdolnością do zapanowania nad sytuacją, przyjemnością, jaką sprawiało mi to, że tak łatwo dałem się ponieść, bezradny i bezrozumny. Jej śpiew nie wydobywał się wyłącznie z jej ciała. Zdawał się wydzierać coś także z mojego, jakby zadawnione wyznanie, którego nadal nie byłem w stanie wypowiedzieć na głos i które sięgało w przeszłość aż do dzieciństwa, a może echo zapomnianych opowieści nareszcie rozbrzmiewające pieśnią. Czym było to uczucie i skąd pochodziło? Dlaczego słuchanie jej śpiewu i wpatrywanie się w jej rozpiętą karmazynową bluzkę oraz wyeksponowany połyskliwy dekolt napełniały mnie pragnieniem, żeby ulec ich czarowi, zamieszkać blisko jej serca, pod jej sercem, nasze serca obok siebie, pozwól mi zajrzeć do swego serca; ten mały wisiorek – chciałem włożyć go sobie do ust.

Podobnie jak Ulisses, który zorientował się w syrenich sztuczkach, jakąś częścią siebie nadal szukałem powodów, żeby nie dać się nabrać, nie uwierzyć. Tak idealny głos mógł uczynić Clarę aż nazbyt doskonałą.

Nie minęło dużo czasu, zanim zdałem sobie sprawę, że to, co czuję, nie jest zwykłym podziwem, nie było też rewerencją ani zazdrością. Słowo „uwielbienie” – jak w zdaniu: „Mógłbym wielbić kogoś takiego jak ona” – nie przyszło mi jeszcze do głowy, choć w dalszej części wieczoru, kiedy patrzyliśmy razem na lśniącą w świetle księżyca barkę przycumowaną po drugiej stronie białej rzeki Hudson, rzeczywiście się ku niemu zwróciłem. Ponieważ spokojne zimowe pejzaże uwznioślają duszę i obalają w nas mury obronne. Ponieważ część mnie zapuszczała się już w bezkształtne rejony, gdzie jedno słowo tu czy tam – właściwie dowolne – to cały punkt zaczepienia pozwalający się uchronić przed unoszącą nas wolą, o wiele potężniejszą niż nasza własna. Ponieważ kiedy słuchałem jej śpiewu w tym zatłoczonym, pełnym krzątaniny pokoju, przyłapałem się na zabawie pojęciem tak nadużywanym i oklepanym, tak bezpiecznym, że kusiło mnie, żeby je zignorować, i dlatego między innymi zdecydowałem się właśnie na nie: interesująca.

Clara była interesująca. Nie z powodu tego, ile wiedziała albo co mówiła ani nawet kim była, ale ze względu na to, w jaki sposób postrzegała i przekręcała różne rzeczy, ze względu na niedopowiedziane, samoświadome szyderstwo w jej głosie, na sposób, w jaki zdawała się jednocześnie podziwiać rozmówcę i sprowadzać go do parteru, tak że sam nie wiedział, czy jest miękka jak połyskliwy aksamit, czy szorstka jak papier ścierny. Ona jest interesująca. Chcę dowiedzieć się więcej, usłyszeć więcej, zbliżyć się bardziej.

Ale „interesująca” nie było określeniem, którego szukałem. Jeszcze jeden drink, a wreszcie znalazłbym to słowo, które próbowało zostać usłyszane, i wylałoby się ze mnie tak naturalnie, bez wysiłku i w sposób tak pozbawiony zahamowań, że kiedy stałem i rozmawiałem z nią przy kominku, wpatrując się w jej skórę, odczuwałem nie większą nieśmiałość czy skrępowanie niż uśpiony człowiek, który we śnie wsiada do zatłoczonego wagonu metra, wita się z pozostałymi pasażerami i nie doznaje najmniejszego poczucia wstydu, gdy spojrzawszy na swoje stopy odkrywa, że nie ma na sobie butów, skarpetek ani spodni i właściwie od pasa w dół jest całkowicie nagi.

Podtrzymywałem rozmowę, aby nie powiedzieć tego, co pragnąłem, na tej samej zasadzie, na jakiej nieśmiałe osoby mówią zbyt wiele, bo brak im odwagi, żeby powiedzieć dokładnie tyle, ile wystarczy, i ani słowa więcej. Zamknąłem usta, żeby się powstrzymać. Próbowałem pozwolić, żeby to ona z kolei zaczęła mówić. Wreszcie, nie chcąc jej przerywać, aby wypowiedzieć tamto słowo, ugryzłem się w język. Ugryzłem nie koniuszek, ale środkową część – było to mocne, władcze ugryzienie, które mogłoby nawet zaboleć, gdybym poświęcił mu jakąkolwiek uwagę, ale przynajmniej pozwoliło mi niepostrzeżenie odzyskać panowanie nad sobą. Lecz jakże pragnąłem jej przerwać – przerwać, jak to robimy, kiedy wiemy, że mamy do powiedzenia coś, co wstrząśnie rozmówcą i go zszokuje; coś jednocześnie zachwycającego, śmiałego i obscenicznego.

To słowo tak wiele razy napływało mi do ust. Kocham ten pokój, kocham śnieg na Riverside Drive, kocham most Waszyngtona lśniący w oddali jak wisiorek spływający z nagiej szyi, i jej wisiorek też kocham, a także szyję, która go nosi – tak bym powiedział.

Pragnąłem wyznać, jak bardzo podoba mi się jej głos, a jedynym powodem było chyba to, że wtedy mógłbym przejść do innych rzeczy, nieśmiałych, niepewnych rzeczy, które może dodałyby mi odwagi i poprowadziły gdzieś dalej, o ile tylko udałoby mi się zacząć o nich mówić. Ale gdy tylko wspomniałem o jej śpiewie, przerwała mi w pół słowa.

– Studiowałam muzykę – powiedziała, wyraźnie próbując zgasić mój komplement, a zarazem podkreślając go właśnie przez to zniecierpliwienie, z jakim starała się go zignorować. Oznaczało to: „Nie czuj się w obowiązku, żeby zwrócić na to uwagę. Wiem, że dobrze śpiewam. W tym właśnie się szkoliłam”.

– Idę do innego pokoju. Tutaj jest za głośno i za duszno.

Nie byłem w stanie wydobyć z siebie nic poza przygaszonym: „Okej”. A więc na tym koniec?

– Chodźmy do biblioteki. Tam będzie spokojniej.

Chce, żebym z nią poszedł. Pamiętam, że ta myśl mnie rozbawiła: „A więc ona chce, żebym z nią poszedł”.

Biblioteka, która okazała się równie zatłoczona, mieściła ogromne, oprawne w skórę rzadkie księgi, ustawione schludnie na regałach otaczających wszystkie ściany, nie licząc okien i wyjścia na coś, co było chyba skierowanym w stronę rzeki tarasem. Za dnia drzwi balkonowe na pewno wpuszczały tutaj cudownie spokojne smugi światła.

– Mógłbym spędzić w tym pomieszczeniu resztę życia.

– Nie ty jeden. Widzisz tamto biurko?

– Tak.

Biurko było zastawione przekąskami.

– Napisałam przy nim magisterkę.

– I całe to jedzenie nie przeszkadzało ci w pracy?

Kiwnęła zdawkowo głową, zbywając moją próbę żartu.

– Mam dobre wspomnienia z tego pokoju. Przesiadywałam w nim przez cały rok, od dziewiątej do piątej. Pozwalali mi tu przychodzić nawet w weekendy. Pamiętam, jak wyglądały stąd lato i jesień. Pamiętam, jak patrzyłam przez okna na śnieg. A potem nadszedł kwiecień. Jak szybko upłynął ten czas.

Przez chwilę wyobrażałem sobie, jak przez całą zimę przychodziła tu rano i siadała do rzetelnej pracy. Czy nosiła okulary? Czy całkowicie skupiała się na pisaniu, czy też ogarniało ją znudzenie, kiedy tak siedziała sama od rana do wieczora? Czy błądziła myślami, czy w środku zimy marzyła popołudniami o miłości? Czy w jej życiu było coś bolesnego?

– Naprawdę tęsknisz do czasów, kiedy pisałaś magisterkę? Większość ludzi woli w ogóle o nich nie myśleć.

– Nie tęsknię. Ale nie były złe.

Moje pytanie chyba nie bardzo ją zainteresowało. Zamierzałem ją sprowokować, żeby powiedziała, że chciałaby wrócić do tamtego okresu. Albo że wolałaby nigdy go nie przeżyć. Zamiast tego otrzymałem niezwykle wyważoną odpowiedź. Zastanawiałem się, czy nie stwierdzić, że ma bardzo miłe, rozsądne podejście do tej kwestii, ale powstrzymałem się na wypadek, gdyby uznała to za protekcjonalne albo – gorzej – sarkastyczne. Ja na jej miejscu powiedziałbym pewnie, że to były straszne dni, ale i tak bardzo za nimi tęsknię. Rzuciłbym tę myśl dla efektu, może po to, żeby wyciągnąć coś z Clary albo z siebie samego, albo żeby sprawdzić, czy Clara ma zamiłowanie do paradoksów, i przekonać się, jak daleko możemy zajść po omacku w mętnej krainie ostrożnych dwuznaczności wypowiadanych w trakcie próby banalnej pogawędki.

Czułem jednak, że coś takiego również nie przejdzie w jej świecie – twierdzenie, że tęskni się za rzeczami, których się nie znosiło, że nie znosi się rzeczy, które się kochało, że pragnie się tego, co natychmiast by się odrzuciło – wszystko to były afektowane wykręty i malowane sprejem parawany, przez które natychmiast pożegnałaby się miażdżącym skinieniem głowy.

„Jestem Clara”. Wymyśl coś lepszego.

– A z czego ona była?

– Moja praca magisterska?

– Zgadza się.

– Z papieru, oczywiście. A niby z czego?

A więc to była jej odpowiedź na mój wcześniejszy drętwy żart. Wielkie dzięki.

– Nie, ale na serio – powiedziałem.

– Pytasz, czy była to dialogowa analiza sytuacji marginalizowanych kobiet żyjących w hegemonicznym, monolingwistycznym świecie skolonizowanym przez fallokratyczne instytucje?

Bardzo śmieszne.

– Bo nie była – dodała Clara.

Chwilowe milczenie.

– Czy mam teraz pytać dalej?

– Nikt ci nie kazał o cokolwiek pytać. Ale owszem, masz teraz pytać dalej.

A przez moment już mi się wydawało, że ją straciłem.

– Więc o czym była twoja praca?

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Nie, pytam tylko dlatego, że mi kazałaś, nie pamiętasz?

– O la Folía. To taki gatunek muzyczny. Totalnie nieciekawy.

– La Folía? Czy ktoś taki jak ja mógłby to znać?

– „Ktoś taki jak ty…” – powtórzyła użyty przeze mnie zwrot, jakby był nieznanym owocem, nad którego dziwnym smakiem musiała się zastanowić przed wydaniem opinii, i wreszcie stwierdziła: – Co za spryt, co za bystrość. Czyli powinnam się już była domyślić, jakiego rodzaju człowiekiem byłby „ktoś taki jak ty”?

Przejrzała mnie na wskroś. Przyłapała mnie na podchwytliwym pytaniu, zanim sam się zorientowałem, że usiłuję zbliżyć nas do siebie, zmusić ją, żeby coś o mnie powiedziała.

„Jestem Clara”. Niezła próba.

– Na pewno słyszałeś kiedyś jakąś Folíę, choć mogłeś nie wiedzieć, że to właśnie to. – I nagle znowu go usłyszałem: jej głos wznoszący się ponad hałas zatłoczonej biblioteki, śpiewający ciężkie początkowe takty słynnej sarabandy Händla. Ja, który nigdy nie rozumiałem, dlaczego mężczyźni uwielbiają, kiedy kobiety dla nich śpiewają, teraz jasno ujrzałem przed sobą pajęczą sieć.

– Poznajesz?

Owszem, poznawałem, ale nie odpowiedziałem na pytanie.

– Masz piękny głos – palnąłem zamiast tego, nie wiedząc, czy mam mówić dalej, czy też, jeśli to jeszcze możliwe, wszystko cofnąć. Znowu byłem nagi od krawędzi koszuli w dół, i podniecała mnie własna śmiałość.

– To typowa melodia oparta na standardowej progresji akordów, bardzo podobna do passacaglii. Masz ochotę na poncz? – wtrąciła, jakby ucinając mój komplement oraz narastającą zażyłość czekającą nieśmiało za kulisami. Wymówiła te słowa tak niespodziewanie, że – już po raz kolejny – odniosłem wrażenie, jakby chciała, żebym zauważył tę dobitną zmianę tematu, ale tylko jeśli zwrócę uwagę także na jej źle skrywaną awersję do komplementów.

Uśmiechnąłem się na ten manewr. Clara odpowiedziała uśmiechem, niemal jakby kpiąc z siebie i wyczuwając, że jeśli zdradzi się z wiedzą, że przejrzałem jej udawaną skłonność do skakania po tematach, będzie to równoznaczne z przyznaniem, że moja interpretacja jej zagrania jest niebezpiecznie bliska prawdy. Uśmiechnęła się zatem zarówno, żeby potwierdzić, że dała się przyłapać, jak i żeby pokazać, że ta nasza gra to świetna zabawa: „Co za spryt, co za bystrość, ale z nas geniusze, prawda?”.

A może był to tylko sposób na skontrowanie moich domysłów, wet za wet, bo chociaż ją przyłapałem, ona również znalazła we mnie coś, co zasługiwało na uśmiech – mianowicie grzeszek przyjemności, jaką czerpałem z cofających się i powracających fal słów, których żadne z nas nie chciało wypowiedzieć. Może to wszystko do niczego nie prowadziło i może oboje o tym wiedzieliśmy, udawaliśmy tylko, że nawiązujemy ze sobą kontakt, podczas gdy tak naprawdę wysyłaliśmy puste sygnały. Ja jednak miałem na twarzy wyraz radości – i nie zamierzałem go ukrywać – który ocierał się niemal o głośny śmiech.

Czy to także przejrzała? I czy wiedziała, że chcę, żeby to zrobiła?

Pojawiło się między nami nerwowe wahanie, jakby drżenie szpili, jaką Clara przez chwilę zamierzała mi wbić, ale natychmiast z tego zrezygnowała. Czy naprawdę zamierzała spytać wprost, dlaczego się uśmiecham, i zmusić mnie do wyjawienia mojej być może całkowicie wypaczonej interpretacji jej uśmiechu? Kim ty jesteś, Claro?

Przez chwilę – niewykluczone, że bawiłem się rozmyślaniem o najgorszych scenariuszach, aby w ten sposób się przed nimi ustrzec – wyobrażałem sobie kobietę w karmazynowej, nisko zapiętej bluzce z perspektywy wielu lat, jakbym machał do niej z niewłaściwej strony szkła powiększającego. Jak do kogoś utraconego. Kogoś, kogo poznałem kiedyś na jakimś odległym przyjęciu, nigdy go już nie zobaczyłem i wkrótce o nim zapomniałem. Kogoś, dla kogo mogłem zmienić swoje życie. Albo przez kogo mogłoby zboczyć z kursu tak dalece, że przywrócenie go na właściwy tor zajęłoby lata, a nawet pokolenia. Patrząc tak na nią z perspektywy czasu, byłem w stanie przewidzieć puste styczniowe wieczory w środku tygodnia i długie niedziele bez niej. Jakaś część mnie wyrwała się przed szereg i wracała już z informacją, jak to będzie na długo po tym, kiedy stracę Clarę: droga do i z jej domu, o którego lokalizacji nie miałem w tej chwili najmniejszego pojęcia, widok z jej okna – dałbym wszystko, żeby jeszcze raz go zobaczyć, choć przedstawiał miejsca, których prawdopodobnie nigdy nie widziałem – poranne odgłosy jej młynka do kawy, woń otaczająca kuwetę jej kota, skrzypienie tylnych drzwi, kiedy późnym wieczorem wynosi śmieci, i trzask potrójnego zamka sąsiadów, zapach jej pościeli i ręczników, cały świat odpływający w dal, nim zdążyłem go choćby dotknąć.

Powstrzymałem się, wiedząc dzięki odwrotnej logice, doskonale znanej ludziom przesądnym, że sam przedsmak przyszłego cierpienia musi zakładać jakieś poprzedzające je szczęście, a zatem na pewno zagrodzi mi drogę do radości, o której nie chciałem nawet myśleć z obawy, że jej się pozbawię. Czułem się nie inaczej niż rozbitek, który dostrzegłszy z wysokiego punktu obserwacyjnego na swojej bezludnej wyspie biały żagiel, postanawia nie wysyłać sygnałów dymnych, bo widział już zbyt wiele podobnych żagli i nie chce, żeby jego nadzieje po raz kolejny okazały się płonne. A potem, wmówiwszy sobie, że mimo wszystko powinien rozpalić ogień, zaczyna mieć wątpliwości co do obcych ludzi na pokładzie tego statku – wszak mogą się okazać większym zagrożeniem niż pytony i smoki z Komodo, pośród których nauczył się żyć.

Samotne wieczory w ciągu tygodnia nie były takie złe. Puste niedziele także nie. Nic z tego nie wyjdzie – powtarzałem sobie. Poza tym jeśli uznam, że już ją straciłem, może zdołam zmniejszyć panujące między nami napięcie, odzyskać grunt pod nogami i zacząć się zachowywać nieco pewniej.

Tym, czego nie chciałem odczuwać, była nadzieja, a poza nadzieją – łaknienie tak silne, że każdy, kto by na mnie spojrzał, natychmiast mógłby odgadnąć, że całkowicie i niezaprzeczalnie straciłem głowę.

Nie przeszkadzało mi jednak, że ona o tym wie. Chciałem, żeby wiedziała. Kobiety pokroju Clary zdają sobie sprawę, że tracisz dla nich głowę, spodziewają się tego i potrafią dostrzec wszystkie twoje idiotyczne próby zamaskowania tego faktu. Zależało mi natomiast na ukryciu wysiłku, z jakim przychodziło mi zachowanie spokoju.

Aby obronić się przed jej spojrzeniem, odwróciłem wzrok, jakby coś mnie rozkojarzyło. Chciałem, żeby zapytała, dlaczego tak nagle odpłynąłem od niej myślami, żeby się martwiła, że może mnie stracić tak łatwo jak ja ją. Ale chciałem też, żeby śmiała się ze mnie właśnie z powodu tego wybiegu. Pragnąłem, żeby przejrzała moją udawaną obojętność i ujawniła wszystkie moje zwinne posunięcia, udowadniając tym samym, że doskonale zna tę gierkę, bo sama wielokrotnie w nią grywała; być może robiła to nawet w tej chwili. Znowu ugryzłem się w język, kiedy aroganckie myśli nabrzmiały w mojej głowie i zaczęły się domagać głosu. Oto ja – nieśmiały mężczyzna udający nieśmiałość.

– Ponczu? – powtórzyła jak ktoś, kto pstryka ci przed nosem i woła: „Buu!”, żeby sprowadzić cię znów między żywych. – Kto śpiewał, ten nosi – dodała, gotowa się oddalić, żeby przynieść mi szklaneczkę.

Powiedziałem, że nie musi mnie obsługiwać, sam przyniosę. Wiedziałem, że niepotrzebnie robię z tego problem i mogę spokojnie przystać na jej propozycję. Lecz raz wstąpiwszy na tę ścieżkę, nie potrafiłem z niej zawrócić. Miałem wrażenie, jakbym postawił sobie za cel pokazanie, iż czułbym się bardziej skrępowany faktem, że ona przynosi mi drinka, niż zadowolony, że to zaoferowała.

– Ale ja chcę to zrobić – odparła. – Dorzucę nawet talerz z jakimiś smakołykami… o ile puścisz mnie w tej chwili, zanim zwalą się tu ci śpiewający barbarzyńcy i wszystko pożrą – dodała tonem, jakby był to jej ostateczny argument.

– Ale naprawdę nie trzeba.

Może w gruncie rzeczy nie chodziło mi o to, żeby oszczędzić jej zachodu, a żeby powstrzymać ją przed odejściem; najmniejszy krok mógł nam przeszkodzić, wszystko mogło nas rozdzielić, mogliśmy stracić swoje miejsce w bibliotece i nigdy już nie przywrócić tego zawrotnego tempa.

Zapytała raz jeszcze. Przyłapałem się na upartym naleganiu, że sam pójdę po poncz. Zaczynałem sprawiać wrażenie sztucznego i dziecinnego.

I nagle, dokładnie tak, jak się obawiałem…

– W porządku – rzekła, wzruszając ramionami, co miało oznaczać: „Jak sobie chcesz”. Albo gorzej: „Mam to gdzieś”. W jej głosie nadal brzmiała wesołość, wyczuwalna między nami kilka chwil wcześniej, ale gdzieś pod spodem słychać było metaliczny brzęk, mniej niczym zaśpiew ironii i zabawy, a bardziej jak stłumiony odgłos zatrzaskiwanych drzwiczek do regału na dokumenty.

Natychmiast pożałowałem, że przekonałem ją do zmiany zdania.

– A gdzie niby są te smakołyki? – zapytałem niezręcznie, aby wskrzesić jej propozycję, jakbym sądził, że gdzie indziej czeka jeszcze jakiś inny poczęstunek.

– Och, nie ruszaj się stąd, zaraz coś przyniosę. – W jej głosie bulgotało udawane zniecierpliwienie. Dostrzegłem jej dekolt, kiedy znowu powróciła do żartobliwego tonu, jak gdyby odziewając się w dwustronny płaszcz, który przewróciła na drugą stronę owego: „Mam to gdzieś”. Papier ścierny przemienił się w aksamit. Zastanawiałem się, czy prowokowanie ludzi nie było jej sposobem na zbliżenie się do nich, metodą na rozładowanie napięcia – sama miała go w sobie tyle, że gdyby się zbliżyła, to tylko po to, żeby człowieka odepchnąć, lecz z pozoru odpychając, w rzeczywistości podkradała się niczym dziki kot, który nie chce zdradzić, że wcale mu nie przeszkadza, kiedy go głaszczą.

„Jestem Clara”. Ona udawała zniecierpliwienie. Ja udawałem uległość. W zatłoczonym, ciemnym pokoju, gdzie cienie wszystkich ludzi mieszały się ze sobą, nie moglibyśmy wybrać bardziej naturalnych ról.

Przybierając tę pozę chronicznego rozdarcia między szorstkością a delikatnością, Clara sprawiała, że człowiek przekonywał się do tego, co dla niego zaplanowała – nie dlatego, że lubiła stawiać na swoim, ale ponieważ wszystko w niej wydawało się tak nietypowo pełne napięcia, chropowate i kolczaste, że nie ulec jej naleganiom byłoby równoznaczne z urażeniem całego jej jestestwa. I w ten właśnie sposób zapędzała człowieka w kąt. Zakwestionować jej sposób bycia oznaczałoby wzgardzić nie tylko nim samym, ale i kryjącą się za nim osobą. Nawet ruch, jakim unosiła brwi, ostrzegając, że oczekuje natychmiastowej kapitulacji, mógłby zostać przyrównany – jeśli poddać go analizie – do tego, jak małe ptaszki nadymają się i stają trzy razy większe za pomocą nastroszonego upierzenia, aby tym lepiej zamaskować obawę, że jeśli o coś zwyczajnie poproszą, to tego nie dostaną.

Ale może wszystko to były wyłącznie pobożne życzenia z mojej strony. Może Clara niczego nie ukrywała. Niczego nie zatajała, niczego nie wyolbrzymiała, nikogo się nie lękała. To tylko ja musiałem w ten sposób myśleć.

Być może była dokładnie taka, jaką się wydawała: lekka i szybka, przenikliwa, cierpka i niebezpieczna. Po prostu Clara – bez żadnych ról, żadnej zabawy w uciekającego króliczka, żadnego frywolnego przymilania się obcym ludziom ani skrytego dopraszania się przyjaźni czy byle pogawędki. Bycie dokładnie taką, jaką się zdawała, i mówienie dokładnie tego, co czuła, wiązało się jednak z pewnymi niedogodnościami: między innymi z ryzykiem, że osoby nieprzyzwyczajone do takiej otwartości uznają to za pozę; pomyślą, że Clara nauczyła się ukrywać nieśmiałość lepiej niż większość ludzi, lecz w głębi serca jest nie mniej lękliwa i niepewna niż inni, a cała jej ruchliwość – począwszy od sposobu, w jaki jej łokieć spoczął na moim ramieniu, kiedy dyskutowałem na temat ponczu (co miało oznaczać: „No, ustąp wreszcie”), aż po dłoń, która pojawiła się znikąd – była tylko pozorem, podobnie jak niektóre diamenty lśnią przez ułamek sekundy, a potem spokojnie pozwalają się zlekceważyć, aż wreszcie przyglądamy im się dokładnie i nagle uderzamy się w czoło, zadając sobie pytanie, jakim cudem uznaliśmy je za podróbki. Pozór był w nas, nie w nich.

Pewni ludzie zbliżają się do innych za pomocą napięcia. Tarcie rodzi zażyłość, a zmaganie, tak jak przekora, to najkrótsza droga do serca.

Zanim zdążysz dokończyć zdanie, oni wyrywają ci je z ust i nadają mu zupełnie inny sens, tak jakbyś przez cały czas dążył ukradkiem do rzeczy, o których nawet nie wiedziałeś, że ich pragniesz, i bez trudu mógłbyś bez nich przeżyć, ale teraz pożądasz ich tak, jak ja pożądałem tej filiżanki ponczu – a razem z nią kilku dorzuconych smakołyków, dokładnie tak jak obiecała Clara, jakby od tego właśnie zależał cały wieczór i wiele, wiele innych spraw.

Czy wybaczy mi moją mydłkowatość? A może odczytała ją jako triumf swojej woli? A może w ogóle patrzyła na to z zupełnie innej perspektywy? I co to była za perspektywa, i dlaczego sam nie mogłem jej obrać?

W ułamku sekundy zniknęła. Straciłem ją. Powinienem był to przewidzieć.

– Naprawdę miałeś ochotę na ten poncz? – zapytała po powrocie, niosąc talerz, na którym ułożyła japońskie przystawki w kompozycję malutkich kwadracików, która mogłaby powstać wyłącznie w wyobraźni Paula Klee. Wytłumaczyła, że panował za duży ścisk, żeby bawić się z chochlą i wazą.

– Ergo zero ponczu – zabrzmiało to jak: „Ergo wypchaj się”.

Kusiło mnie, żeby wziąć jej to za złe, nie tylko dlatego, że poczułem nagłe rozczarowanie albo że samo słowo „ergo” zdawało się nieco lodowate, pomimo lekkiego tonu, jakim je rzuciła, ale ponieważ cała ta dyskusja o przynoszeniu i nieprzynoszeniu ponczu, a potem pójście, żeby go przynieść, miały chyba jeden tylko cel: zabawić się mną, sprowokować mnie, pobudzić moje nadzieje tylko po to, żeby je zniszczyć. A teraz, żeby zrzucić z siebie ciężar winy za niedotrzymanie obietnicy albo za to, że nie chciało jej się wysilić, żeby jej dotrzymać, usiłowała przedstawić sytuację tak, jakby nigdy nie zależało mi na tym ponczu – co zresztą było prawdą.

Zauważyłem, że ułożyła przekąski parami i rozmieściła je na talerzu w schludnych rządkach, jakby ustawiała je w kolejce do arki Noego – pomyślałem, że w ten sposób chciała mi wynagrodzić brak ponczu. Miniaturowe sushi z tuńczykiem i awokado – mężczyzna i niewiasta – terakotowe kwadraciki ryb – mężczyzna i niewiasta – podsmażane przegrzebki z listkami roszponki na plasterkach rzodkwi z galaretką z tamaryndowca i cieniutką strużyną skórki cytrynowej do ozdoby – mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Gdy tylko powiedziałem Clarze, dlaczego ta ekstrawagancka kolekcja przywołała na moje usta uśmiech, zdałem sobie sprawę, że uwaga o dobranych w pary przystawkach, które mają się rozmnażać i zaludnić ziemię, może zostać uznana za dość odważną – ale jeszcze nie zdołałem się z niej wycofać, a już przyszła mi do głowy kolejna, pokrewna myśl, od której przewróciło mi się w brzuchu, jakbym unosił się i opadał na wysokiej fali: nie jakiś tam mężczyzna i niewiasta, nie mężczyzna i niewiasta w kolejce do przeprawy Liniami Promowymi Noego na zimnych brzegach Morza Czarnego, ale mężczyzna i niewiasta w sensie ja i ty, ja i ty, tylko ja i ty, Claro, czekamy na swoją kolejkę, jaką kolejkę, którą kolejkę, powiedz coś szybko, Claro, bo inaczej przemówię poza kolejką, a nie wypiłem dość, żeby nabrać odwagi do wymówienia tych słów. Pragnąłem dotknąć jej ramienia, przemierzyć długość jej szyi ustami, pocałować ją pod prawym uchem i lewym uchem, i wzdłuż mostka, podziękować za ułożenie przekąsek na talerzu, za odgadnięcie, co pomyślę, za pomyślenie tego wraz ze mną, nawet jeśli nic z tego w ogóle nie przyszło jej do głowy.

– Tak właściwie… – zacząłem, nie wiedząc, co właściwie chcę powiedzieć, a jednak wahając się, gdyż wiedziałem, że moje wahanie ją zaintryguje.

– Co takiego? – Jej głos iskrzył udawanym rozdrażnieniem.

– W gruncie rzeczy nie cierpię ponczu – oświadczyłem.

Tym razem to ona wybuchła śmiechem.

– Skoro już o tym mowa… – Również wypowiedziała to z wahaniem; też znała zasady gry w przeczekanie i chciała, żebym wstrzymał oddech w oczekiwaniu na jej kolejne słowa: – To ja też nienawidzę, ale to nienawidzę wszelkich ponczów, sangrii, damskich drinków, daiquiri, harakiri, twarożków Kiri. Na samą myśl dostaję torsyji. – W ten sposób zbijała cię z tropu akurat w momencie, kiedy już ci się zdawało, że zdołałeś ją zażyć. „Jestem Clara”. Mistrzyni ciętej riposty.

Żadne z nas nie spytało jednak – gdyż oboje podejrzewaliśmy już, jakiej odpowiedzi udzieliłoby to drugie – dlaczego tak gadamy o tym ponczu, skoro ani ona, ani ja za nim nie przepadamy. Bo znowu: sam brak pytania zdradzał, że oboje rozważaliśmy, czy nie zapytać, ale postanowiliśmy tego nie robić. Uśmiechnęliśmy się pod wpływem tego niewypowiedzianego rozejmu, potem uśmiechnęliśmy się dlatego, że się uśmiechnęliśmy, a potem uśmiechnęliśmy się, bo wiedzieliśmy – i chcieliśmy, żeby to drugie też wiedziało – że gdybyśmy choć zasugerowali takie pytanie, od razu byśmy się przyznali, dlaczego tak się upieraliśmy przy tym ponczu.

– Ja chyba nigdy nie lubiłem nawet ludzi, którzy lubią poncz – dodałem.

– O, skoro już schodzimy na ten temat – odparła, wyraźnie nie zamierzając pozwolić, żebym wygrał – to wyznam ci całą prawdę: nigdy nie przepadałam za przyjęciami, na których pośrodku stołu stoi waza z ponczem.

Podobała mi się w tym nastroju.

– A ludzie, którzy przychodzą na przyjęcia, na których pośrodku stołu stoi waza z ponczem; ich lubisz?

– Czyli czy lubię innoludzi? – Zamilkła na chwilę. – O to właśnie pytasz?

Doszedłem do wniosku, że owszem, o to właśnie pytam.

– Z rzadka – odparła. – Większość ludzi jest jak państwo Shukoffowie. Nie licząc tych, których lubię. A nawet oni są Shukoffami, zanim nabiorę do nich sympatii.

Pragnąłem wiedzieć, gdzie się plasuję na skali Shukoffów, ale nie miałem odwagi zapytać.

– A co sprawia, że masz ochotę zapoznać się z jakimiś Shukoffami?

Podobało mi się używanie jej żargonu.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

Nie mogłem się doczekać.

– Znudzenie.

– Znudzenie, kiedy stoisz za bożonarodzeniową choinką?

Tą niewinną szpilą pragnąłem jedynie pokazać, że wspomnienie tego, jak się poznaliśmy, sprawia mi przyjemność i że doskonale pamiętam tę chwilę, nie chcę jeszcze o niej zapominać.

– Może. – Zawahała się. Niewykluczone, że nie lubiła tak łatwo zgadzać się z ludźmi i wolała posługiwać się słowem „może” zamiast „tak”. Słyszałem już niewyraźne dudnienie werbli zapowiadających kulminację. – Ale pomyśl tylko, jakie nudne byłoby to przyjęcie beze mnie.

Byłem zachwycony.

– Pewnie do tej pory już bym z niego uciekł – stwierdziłem.

– Mam nadzieję, że cię nie zatrzymuję?

I znowu – owo przesłanie, które nie było prawdziwym przesłaniem, ale równie dobrze mogło nim być od samego początku.

Coś miłego, niemal krzepiącego w tej powrotnej fali przyboju pełnej kolców i cierni pobudzało mnie i napełniało uczuciem, że Clara to moja pokrewna dusza, która wylądowała wraz ze mną w tych samych zaświatach, wyjęła słowa z moich ust i wypowiadając je z powrotem do mnie, nadała im życie oraz sens, których byłyby całkowicie pozbawione, gdybym zatrzymał je dla siebie. Pod przebraniem karabinowego ognia minizłośliwości jej słowa sprawiały wrażenie jednocześnie życzliwych i zapraszających, jak szorstkie fałdy zaufanego, wyrozumiałego koca, który przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy, i wie, jak sypiamy, przez co przeszliśmy, o czym śnimy i czego tak rozpaczliwie pragniemy, choć wstydzimy się do tego przyznać, kiedy jesteśmy sami i nadzy we własnym towarzystwie. Czyżby aż tak dobrze mnie znała?

– Większość ludzi pozostaje jednak Shukoffami – powiedziałem, sam nie wiedząc, czy naprawdę tak myślę. – Ale może się mylę.

– Zawsze jesteś taki amfibalentny? – zakpiła. – Bo jesteś, prawda?

– Stanowię uosobienie tego słowa.

„Jestem Clara”. Wymyślam zagadki, a potem w nich oszukuję.

Odwróciłem wzrok, być może po to, żeby na nią nie patrzeć. Przyjrzałem się powierzchownie twarzom w bibliotece. Duże pomieszczenie wypełniali ludzie z gatunku tych, którzy chodzą na przyjęcia, gdzie pośród byle jakiej paplaniny na środku stołu stoi waza z ponczem. Przypomniałem sobie pogardliwe patrz-na-ich-twarze Clary i spróbowałem obrzucić ich miażdżącym spojrzeniem. Dało mi to pretekst, żeby nadal na nią nie patrzeć.

– Innoludzie – powiedziałem, żeby wypełnić czymś ciszę, powtarzając określenie, które bez uzgadniania nadaliśmy reszcie gości, jakby to jedno słowo stanowiło sumę wszystkiego, co o nich myśleliśmy, i gwóźdź do trumny naszego oskarżenia wobec ludzkości jako takiej. Byliśmy dwojgiem pozaziemskich istot współdziałających ze sobą, żeby odnowić niechętne zaloty do Ziemian.

– Innoludzie – powtórzyła jak echo, nadal trzymając talerz, którego zawartości żadne z nas jeszcze nie tknęło. Nie podsunęła mi go, a ja nie śmiałem sam się poczęstować.

Tym, co wytrąciło mnie z równowagi, był sposób, w jaki powiedziała: „Innoludzie”. Wbrew moim nadziejom w jej głosie nie brzmiało rozczarowanie – nie, uczucie to zredukowało się już do czegoś rzewnego, graniczącego z żalem i litością.

– Czy innoludzie są aż tak straszni? – zapytała, szukając u mnie odpowiedzi jak u eksperta prowadzącego ją przez krainę, do której zasadniczo nie przynależała i wobec której nie czuła zbytniej sympatii, a zbłądziła tam tylko dlatego, że nasza rozmowa powiodła ją w tamtym kierunku. Czyżby uprzejmie się ze mną nie zgadzała? Gorzej: czyżby mnie karciła?

– Straszni? Skąd – odparłem. – Ale czy niezbędni? Sam nie wiem.

Zastanowiła się nad tym.

– Niektórzy owszem. To znaczy, są niezbędni. W każdym razie dla mnie. Czasem wolałabym, żeby tacy nie byli… choć ostatecznie wszyscy zawsze jesteśmy sami.

Ponownie powiedziała to z tak żałobną szczerością i pokorą, że wydawała się przyznawać do jakiejś osobistej słabości, którą bezskutecznie usiłowała pokonać. Jej słowa ubodły mnie do żywego – przypominały, że nie byliśmy dwojgiem międzygalaktycznych podróżników, którzy wylądowali w tych samych zaświatach; to ja byłem tu obcym, a ona pierwszym tubylcem, który mnie zobaczył, wyciągnął przyjazną dłoń i zaprowadził do miasteczka, żeby przedstawić rodzicom i przyjaciołom. Domyślałem się, że lubi innych ludzi i wie, jak wytrzymać z Shukoffami, dopóki nie staną się kimś innym niż Shukoffowie.

– To tyle w temacie innoludzi – dodała z dalekim, zamyślonym spojrzeniem, jakby nadal żywiła wobec nich niejednoznaczne uczucia. – Czasem są jedyną rzeczą, która stoi między mną a piachem i przypomina, że nie zawsze jesteśmy sami, nawet jeśli rozdzielają nas okopy. Więc owszem, są ważni.

– Wiem – zgodziłem się. Może za daleko się posunąłem w swoim hurtowym oskarżeniu rasy ludzkiej i pora była się z tego wycofać. – Ja też nie znoszę być sam.

– Och, mnie to wcale nie przeszkadza – sprostowała. – Lubię być sama.

Czyżby wzgardziła właśnie moją kolejną próbą dopasowania swoich poglądów do niej? A może zwyczajnie nie dotarło do mnie, co naprawdę mówiła, bo skupiałem się na odniesieniu sensu jej słów do siebie? Czyżbym rozpaczliwie chciał myśleć, że jest taka jak ja, żeby stała się mniej obca? A może to ja starałem się być taki jak ona, żeby pokazać, że jesteśmy sobie bliżsi, niż się wydaje?

– Z nimi czy bez nich, pandelęk i tak nigdy nie znika.

– Pandelęk?

– Pandemiczny lęk. Ostatnio widziano go w niedzielę wieczorem w dzielnicy Upper West Side. Dziś po południu pojawiły się kolejne dwa niepotwierdzone doniesienia. Nie znoszę popołudni. Ta zima jest zimą pandelęku.

Nagle dostrzegłem coś, co powinienem był zauważyć od początku. Jej wcale nie przeszkadzała samotność; Clara tęskniła do niej na sposób ludzi, którzy nigdy nie są sami. Samotność była jej całkowicie obca. Zazdrościłem jej tego. Pewnie przyjaciele oraz – jak przypuszczałem – kochankowie czy też niedoszli kochankowie nie pozostawiali jej wiele czasu na przebywanie samej ze sobą – a ona właściwie nie miała nic przeciwko temu, po prostu lubiła na to narzekać na tej samej zasadzie, na jakiej tylko ludzie, którzy objechali cały świat, bez problemu przyznają się, że nigdy nie widzieli Luksoru ani Kadyksu.

– Nauczyłam się przyjmować od innych to, co w nich najlepsze. – I to mówiła kobieta, która podchodzi do zupełnie obcych osób i zwyczajnie wyciąga do nich rękę. W jej słowach nie było żadnej arogancji, raczej stłumione przygnębienie, spowodowane (jak się domyślałem) długą listą porażek i rozczarowań. – Kiedy tylko mogę, biorę to, co mają do zaoferowania.

Pauza.

– A co z resztą?

Może nie miała tego na myśli, lecz odniosłem wrażenie, że wyczuwam sugestię niewypowiedzianego „ale”, czającego się na końcu jej wypowiedzi niczym ostrzeżenie i przynęta.

– Reszta trafia do śmieci? – podpowiedziałem, chcąc pokazać, że jestem na tyle obeznany ze ścieżkami miłości, aby zrozumieć, co miała na myśli, i że sam także jestem winny brania od ludzi tego, czego potrzebuję, i odrzucania reszty.

– Do śmieci? Być może – odparła, nieprzekonana do mojej sugestii.

Może byłem szorstki i niesprawiedliwy. Niewykluczone, że Clara wcale tak nie uważała. Przytaknęła mi pod wpływem zamyślenia, podczas gdy w rzeczywistości miała na myśli (być może) wyłącznie to, że przyjmuje ludzi takimi, jacy są.

A może było to jeszcze dobitniejsze ostrzeżenie: biorę to, czego mi trzeba, tam, gdzie to znajduję, więc uważaj – ostrzeżenie, na które chwilowo nie zwróciłem uwagi, bo nie pokrywało się z wyrazem przygnębienia, który przed kilkoma chwilami widniał na jej twarzy?

Już miałem zmienić taktykę i zasugerować, że może nigdy niczego w życiu nie odrzucamy ani nie pozwalamy temu odejść, a już na pewno nie przestajemy kochać tych, których w ogóle nigdy nie kochaliśmy.

– Być może masz rację – wtrąciła nagle. – Zachowujemy sobie ludzi na wypadek, gdybyśmy kiedyś potrzebowali ich w czarnej godzinie, nie dlatego, że ich pragniemy. Wydaje mi się, że nie zawsze wychodzę innym na dobre.

Skojarzyła mi się z drapieżnym ptakiem, który utrzymuje swoją ofiarę przy życiu, ale sparaliżowaną, żeby na długo starczyła jako karma dla jego młodych.

Co spotykało ludzi, od których wzięto tylko to, co najlepsze, a resztę odrzucono?

Co działo się z mężczyzną, kiedy Clara z nim skończyła?

„Jestem Clara”. Nie zawsze wychodzę ludziom na dobre.

Czy to był jej sposób na sprowokowanie mnie do odkrycia kart, czy też ostrzeżenie, które prosiło się o to, żeby nie dać mu wiary?

Czy jej życie było zawszonym okopem udającym elegancki butik? Może – powiedziała. Niektórzy z nas spędzili w okopach całe życie. Niektórzy z nas zmagają się i żyją nadzieją, i kochają tak blisko okopów, że cali nimi cuchną.

Oto był jej wkład w moją metaforę okopów. W ustach kobiety jej pokroju wydawał mi się zbyt mroczny, zbyt ponury, nie do końca wiarygodny. Czy Clara z tą jej rozpiętą bluzką, delikatnym wisiorkiem i połyskliwym, opalonym ciałem jak po wakacjach na Karaibach naprawdę miała tak tragiczną wizję życia? A może tylko przerysowała demoniczny obraz, który przywołałem, żeby podtrzymać rozmowę?

Co miała na myśli, mówiąc o miłości w okopach? Życie z kimś? Życie bez miłości? Życie spędzone na próbach wymarzenia sobie kogoś, tylko że za każdym razem znajdowała niewłaściwą osobę? Życie ze zbyt wieloma osobami? Życie z bardzo nielicznymi osobami albo z takimi, które się nie liczą? A może było to życie typowego singla – jego wzloty i upadki, kiedy żyjąc w metropoliach, przenosimy się z miejsca na miejsce niczym biwakowicze w poszukiwaniu czegoś, co teraz już niekoniecznie nazwalibyśmy miłością, nawet gdyby wyskoczyło na nas z sąsiedniego okopu i wrzasnęło, że nazywa się Clara?

Okopy. Wypełnione ludźmi albo puste. Ale nadal okopy. A zwłaszcza chodzenie na randki. Nienawidziła randek. Udręka i tortura, otchłań pandelęku. Nienawidziła, ale to nienawidziła randkowania. Wolałaby dostać torsyji niż chodzić na randki.

Okopy w niedzielne popołudnia. To właśnie – jak uzgodniliśmy – była prawdziwa otchłań, matka wszelkich rynsztoków i cuchnących nor. Les tranchées du dimanche. Ta wersja językowa nagle przydała im blasku francuskiego zmierzchu. Ville d’Avray. Corot. Eric Rohmer.

Soboty też nie są zbyt przyjemne – rzekłem. Sobotnie śniadania, w domu czy poza domem, i zawsze to poczucie, że inni są szczęśliwsi tylko dlatego, że nie są tobą. A potem nieuniknione dwie godziny w pralni, gdzie czujesz, że równie dobrze mógłbyś zrzucić skórę i dać ją do czyszczenia razem ze skarpetkami, a sam (niczym skorupiak kryjący się pod kamieniem) łudzić się nadzieją, że to, co wyjdzie z suszarki, ujawni w tobie inną osobowość, gdy tymczasem twoja nowa tożsamość kształtuje się podczas programu wirowania.

Clara wybuchła śmiechem.

Jej kolej: okopy, trzęsawisko amfibalencji, błocko skrępowania, bagno nudy – ranienie, bycie ranionym, zimny i byle jaki uścisk dłoni skłóconych kochanków, którzy wychodzą na zewnątrz, żeby zbadać szkody, wypalają razem papierosa, udając przyjaźń, wreszcie powracają do życia bez miłości.

Moja: ci, którzy najbardziej nas ranią, to czasem ludzie, których kochaliśmy najsłabiej. Ale podczas niedziel na bagnie tęsknimy również za nimi.

Jej: bagno, kiedy sen nie chce nadejść i marzysz o tym, żeby z kimś być, z kimkolwiek. Albo kimś jeszcze innym. Albo kiedy ktokolwiek jest lepszy niż nikt, ale nikt jest jeszcze lepszy.

Moja: bagno, kiedy przechodzisz pod czyimś domem i przypominasz sobie, jaki byłeś tam nieszczęśliwy i o ile bardziej jesteś nieszczęśliwy teraz, kiedy już tam nie mieszkasz. Dni, które znikają ekspresowo w jakimś leju, ale chciałbyś je przeżyć na nowo, tym razem wolniej, choć pewnie dałbyś wszystko, żeby w ogóle nigdy ich nie przeżyć.

– Wielce amfibalentne.

– Mogę policzyć na palcach ręki wszystkie dni, których nie spędziłem ostatnio w bagnie – powiedziałem. – A te spędzone w ogrodzie różanym policzyłbym na jednym palcu.

– Więc tkwisz teraz w bagnie?

Nie owijała w bawełnę.

– Nie – odparłem. – Po prostu jestem… zapauzowany. Na mrozie. Może w naprawie; niewykluczone, że w odwrocie.

Ten zwrot ją rozbawił. Nieźle mnie rozumiała, nawet jeśli nasze podteksty i metafory robiły się coraz bardziej zawiłe.

– Więc kiedy ostatnio trafiłeś do ogrodu różanego?

Zachwyciło mnie, że uderzyła tymi słowami prosto w sedno, wydobywając na wierzch coś, co do tej pory tylko sugerowaliśmy.

Czy powinienem jej odpowiedzieć? Czy w ogóle zrozumiałem jej pytanie? A może należało założyć, że mówimy tym samym językiem? Mógłbym rzec: Ta właśnie chwila jest moim ogrodem różanym. Albo: Nigdy się nie spodziewałem, że tak szybko znowu go ujrzę.

– W połowie maja – usłyszałem swoją odpowiedź. Z jaką łatwością to wyznałem. Dzięki temu mój lęk przed mówieniem o sobie wydał mi się trywialny i wymijający, a każde słowo, które zamierzałem wypowiedzieć, jawiło mi się jako naładowane podnieceniem i potencjałem obnażenia.

– A ty? – zapytałem.

– Och, sama nie wiem. Ostatnimi czasy trochę się dekuję i nic poza tym… chyba tak jak ty. Nazwijmy to hibernacją, kwarantanną, tymczasowym zejściem z boiska… za moje przewinienia, za moje niewiadomoco. Przebywam na Reconvalescenzii – powiedziała, naśladując przesadnie sztywne seplenienie wiedeńskich psychoanalityków, którzy upierają się przy tym polisylabicznym teutońsko-łacińskim terminie na „dochodzenie do siebie”. – A poza tym właśnie przechodzę proces przeprogramowania. Właściwie nie jestem typem amatorki przyjęć.

To było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. W moich oczach stanowiła uosobienie lwicy salonowej. Czyżbym niewłaściwie coś zinterpretował? Bojąc się, że coraz mniej się rozumiemy, zapytałem:

– Ale chyba mówimy o tym samym, prawda?

Z rozbawieniem, bez namysłu:

– Oboje wiemy, że tak.

Niczego to nie wyjaśniło, ale cieszyłem się, że się zdekonspirowaliśmy – zdecydowanie była to najbardziej poruszająca i oszałamiająca z rzeczy, które nas łączyły.

Popatrzyłem na Clarę, która skierowała się na drugi koniec biblioteki, gdzie stały dwa regały pełne oprawnych w skórę, wyraźnie nigdy nieruszanych klasyków literatury we francuskim wydaniu. Wcale nie sprawiała wrażenia kogoś cierpiącego „udrękę i torturę”.

– Co myślisz?

– O tych książkach?

– Nie, o niej.

Popatrzyłem na jasnowłosą kobietę, którą mi wskazywała. Powiedziała, że ma na imię Beryl.

– Sam nie wiem. Wydaje się w porządku – odparłem. Widziałem, że Clara wolałaby natychmiastową, miażdżącą krytykę. Ale chciałem też dać jej do zrozumienia, że tylko udaję naiwność i po prostu wstrzymuję się z przystąpieniem do demolki. Ona jednak nie zostawiła mi na to czasu.

– Skóra biała jak aspiryna, kostki bulwiaste jak papaje, kolana tak się o siebie obijają, że mogłyby dostać wstrząśnienia mózgu… Nie zauważyłeś? – zapytała. – Ona chodzi na tylnych łapach. Patrz.

Zaczęła naśladować krok kobiety, podnosząc bezwładnym ruchem obie ręce wraz z trzymanym w nich talerzem, jakby należały do psa, który chce być człowiekiem.

„Jestem Clara”. To ja wynalazłam topór.

– Wszyscy mówią, że ona ma kaczy chód.

– Nie zauważyłem.

– Następnym razem spójrz na jej nogi.

– Jakim następnym razem? – spytałem, chcąc pokazać, że zdążyłem już zaszufladkować Beryl i o niej zapomnieć.

– O, jak ją znam, na pewno dojdzie do następnego razu, i to już wkrótce; od jakiegoś czasu nie spuszcza cię z oczu.

– Mnie?

– Nie udawaj, że nie zauważyłeś.

I nagle, bez ostrzeżenia:

– Chodźmy na dół. Tam jest ciszej – powiedziała, wskazując spiralne schody, na które zupełnie nie zwróciłem uwagi, choć wpatrywałem się w nie przez całą naszą rozmowę. Jak mogłem ich nie zauważyć? „Jestem Clara”. Oślepiam ludzi.

To nie było mieszkanie. To był pałac, który tylko je udawał. Na schodach tłoczyli się ludzie. O poręcz opierał się młody mężczyzna w obcisłym czarnym garniturze, który wyraźnie znał Clarę i krzyknąwszy głośno, niemal histerycznie: „Clariuszka!”, objął ją dwiema rękami, podczas gdy ona udawała, że usiłuje odsunąć talerz poza jego zasięg, z miną oznaczającą: „Nawet o tym nie myśl, nie dla psa kiełbasa”.

– Widziałaś gdzieś Orlę?

– Wystarczy, że rozejrzysz się za Titem. – Zachichotała.

– Oj, złośliwa, złośliwa, złośliwa bestia. Rollo o ciebie pytał.

Wzruszyła ramionami.

– Pozdrów ode mnie Pavla.

To był Pablito – wyjaśniła mi, kiedy odeszliśmy. Czy był tam ktoś, kogo nie znała? I ona mówiła, że nie jest amatorką przyjęć? Poważnie? I czy wszyscy w tym towarzystwie mieli przezwiska?

Kiedy ruszyliśmy schodami na dół, podała mi rękę. Rozkoszowałem się pieszczotą naszych dłoni, cały czas wyczuwając, że w tym nieustającym pocieraniu się palców kryje się tyle samo koleżeńskiej sympatii co nierozpalonej namiętności. Oboje zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że się dotykamy, ale nie chcieliśmy się od siebie odsuwać. Była to zwykła zabawa dłoni, dlatego też nie zadaliśmy sobie trudu ani żeby ją zakończyć, ani żeby ukryć ostrożną, niegrzeczną przyjemność z tego przedłużającego się kontaktu.

Na dole Clara poprowadziła mnie przez tłum do cichego kącika przy jednym z wykuszowych okien, gdzie w zagłębieniu alkowy leżały trzy maleńkie poduszki, zupełnie jakby na nas czekały. Już miała postawić talerz między nami, ale nagle usiadła tuż przy mnie i położyła go sobie na kolanach. Chciała, żebym to zauważył – pomyślałem – a zatem wolno mi się zastanawiać, co to miało oznaczać.

– No i?

Nie wiedziałem, co ma na myśli.

Jedyne, o czym byłem w stanie myśleć, to jej obojczyk pokryty lśniącą opalenizną. Dama z obojczykiem. Bluzka i obojczyk. Oda do obojczyka. Nawet po dwustu latach, kiedy będę spoczywał zimny w lodowatej ciszy grobowca, ten obojczyk nadal mógłby nawiedzać moje dni i studzić nocne sny tak, że pragnąłbym wypompować ze swojego serca całą krew. Dotknąć, przesunąć po nim palcem. Kim był ten obojczyk; jaka osoba, jaka dziwność objawi się, aby mnie powstrzymać, kiedy wiedziony siłą marzeń zapragnę dotknąć go wargami? Obojczyku, obojczyku, czyżeś nie strudzony, czyż twoja nieczułość wzbudzi żal mój nieutulony? Spojrzałem jej w oczy i nagle odebrało mi mowę, w moim umyśle zapanował zamęt. Słowa nie chciały się zjawić. Moje myśli były wzburzone i rozproszone, nie potrafiłem ich złożyć w najmniejszą całość i czułem się jak rodzic, który próbuje nauczyć ledwo stojącego niemowlaka, jak się chodzi, więc trzyma go za ręce i powtarza, żeby przestawiał jedną nóżkę za drugą, ale dziecko w ogóle się nie rusza. Potykałem się od jednego pomysłu do drugiego, aż wreszcie zastygłem niemo w miejscu: nic mi nie przychodziło do głowy.

Niech Clara się o tym dowie. Bo to również było wspaniałe. Jeszcze chwila, a nie będę nawet próbował ukrywać tego, że jej spojrzenie całkowicie wytrąciło mnie z równowagi, zniszczyło mnie i sprawiło, że mam ochotę wyznać jej całą prawdę. Jeszcze chwila, a ulegnę i będę chciał ją pocałować, i spytam, czy mogę ją pocałować, a jeśli ona odpowie: „Nie”, „Absolutnie nie”, wtedy nie wiem, co zrobię, ale znając siebie, pewnie zapytam jeszcze raz. I wiem, że ona to wie.

– No to – odezwała się – opowiedz mi o tej pannie w różanych krzewach sprzed sześciu i pół miesiąca.

Zadała sobie trud, żeby obliczyć czas. I chciała, żebym o tym wiedział. A może to była tylko celowa zmyłka, żeby jeszcze bardziej rozmyć całą sytuację i dać jej – albo mnie – łatwe wyjście z milczenia, w które się wpakowaliśmy?

Nie chciałem rozmawiać o pannie w różanych krzewach.

– Dlaczego nie? Dąsamy się?

Pokręciłem głową, jakby mówiąc: „Zupełnie nie trafiłaś”. Próbowałem wymyślić coś dowcipnego.

– Często udaje ci się znaleźć miłość? – palnąłem, odwracając pytanie w jej kierunku, z dreszczem podniecenia na myśl, że odważam się indagować ją o coś tak intymnego. Teraz już nie było odwrotu.

– Dość często. W każdym razie jakąś postać miłości. Na tyle często, żebym nie przestała jej szukać – odparła natychmiast, jakby zupełnie jej to nie zaskoczyło ani nie wytrąciło z równowagi. Wtedy jednak: – A ty? – zapytała, zdzierając zasłonę, którą zręcznie (jak mi się wydawało) zaciągnąłem między nami. Jej przejście od stanowiska osoby wypytywanej do wypytującej było zbyt gwałtowne i kiedy pospiesznie starałem się wymyślić jakąś dobrą odpowiedź, przyłapałem Clarę na kolejnym uśmiechu, jakby moja pochopna uwaga o zeszłomajowym różanym ogrodzie mściła się na mnie i zagradzała dostęp do opończy, którą próbowałem się okryć. Im bardziej usiłowałem coś wymyślić, tym wyraźniej docierał do mnie wydawany przez Clarę odgłos tykającego zegara, jakbym był zawodnikiem w telewizyjnym turnieju. W tej chwili dawała mi jasny sygnał, że domyśla się mojej odpowiedzi, ale nie odpuści mi tak łatwo. Chciałem wyjaśnić, że nie wiem, czy trudniej jest znaleźć miłość w innych, czy w samym sobie, że miłość w dolinie pandelęku nie jest właściwie miłością, nie powinna być za nią brana czy z nią mylona, lecz wtedy nagle:

– Czas minął!

Patrzyłem, jak podnosi wyobrażony stoper i naciska kciukiem guzik.

– Myślałem, że mam jeszcze kilka sekund.

– Realizatorzy programu z żalem informują szanownego uczestnika, iż został on zdyskwalifikowany w związku z…

Dawała mi ostatnią szansę na wycofanie się z godnością.

I znowu panicznie szukałem czegoś błyskotliwego i głębokiego, co pozwoli mi wydostać się z koziego rogu, w który się zapędziłem, a jednocześnie cały czas miałem świadomość, że brak dowcipu świadczy przeciwko mnie w równym stopniu co niezdolność do wyznania prawdy i przełamania ołowianej ciszy, jaka między nami zapadła.

– …w związku z…? – powtórzyła Clara, nadal trzymając w dłoni wyobrażony stoper.

– Amfibalencją?

– Dokładnie tak, w związku z amfibalencją. Jako nagrodę pocieszenia otrzymuje pan niniejszy asortyment przekąsek na tym oto talerzu. Proponujemy, aby szanowny pan zaczął się nimi częstować, zanim wszystko zeżre hostessa.

Nieśmiało wysunąłem w stronę talerza dwa palce.

– Te są najlepsze, nie ma w nich żadnego czosnque’u. Nienawidzę go.

– Naprawdę?

– Z całego serca.

Nie było sensu mówić, że ja, podobnie jak inni wielbiciele śpiewania pod prysznicem, bardzo czosnek lubię.

– W takim razie we mnie też czosneque wzbudza odrazę.

Pokazała palcem maleńki kawałeczek glazurowanego mięsa, udekorowany wąskim karbowanym listkiem przypominającym grzywę zadbanego konika morskiego.

– Zjedz to… z namaszczeniem!

– To znaczy?

– To znaczy tak, jakbyś jadł coś, co wzbudza powagę i cześć.

Dlaczego miałem wrażenie, że wszystko, co do mnie mówiła, było zawoalowanym-choć-niezbyt-zawoalowanym odniesieniem do niej, do nas?

– A co to jest? – zapytałem, pokazując kwadratowy fragment kompozycji Paula Klee.

– Żadnych pytań, wyciągamy rękę i bierzemy.

Miała pełne usta i przeżuwała powoli, jakby rozkoszowała się każdym kęsem. Co za przedziwna osoba. Czy okaże się kolejną z tych kobiet, które muszą demonstrować wszem i wobec, że tak naprawdę kryją w sobie wulkan zmysłów, wstrzymywany wyłącznie przez wymogi etykiety obowiązującej na przyjęciach koktajlowych?

– Mankiewicz – szepnęła po chwili.

– Mankiewicz – powtórzyłem; zakładałem, że słowo to kryje w sobie głębsze znaczenie, którego nie byłem w stanie przeniknąć, ale uznałem je za synonim „wyśmienitego”. Przez chwilę wydawało mi się też, że Clara ma na myśli którąś z obecnych w pomieszczeniu osób. Albo samą przystawkę, tylko po prostu źle usłyszałem jej nazwę? A może była to mantra wypowiadana wyłącznie w chwilach delektowania się jakimś przysmakiem? Mankiewicz.

– Qui est Mankiewicz?

– Mankiewicz takie robił.

– Nie brzmi to zbyt japonais.

– Bo to wcale nie jest japonais.

Następnie przyszła kolej na maleńki pulpecik, który zgodnie z jej instrukcją należało niezwykle ostrożnie zamoczyć w odrobinie ostrego senegalskiego sosu.

– Tylko muśnij, to wystarczy.

– Uwielbiam przyprawy.

– On uwielbia przyprawy.

Już miałem włożyć sobie pulpecika do ust, kiedy nagle kazała mi poczekać. Czyżby zamierzała narzucić mi jeden z tych skomplikowanych rytuałów, których ludzie uczą się podczas wycieczek w egzotyczne miejsca i potem zmuszają do nich swoich Bogu ducha winnych gości?

– Ostrzegam, że to jest bardzo, bardzo ostre.

– Skąd wiesz?

– Zaufaj mi.

Podobało mi się, jak powtarzaliśmy nawzajem swoje słowa niczym echo – i nie tylko słowa, ale również ich ton, wet za wet – ta wymiana wciągała nas jakby w magnetyczne pole, które żądało od nas jedynie podporządkowania się swojemu działaniu. Nasza rozmowa przywodziła mi na myśl dłoń pocierającą miękki puszek czyjegoś aksamitnego rękawa: w przód i w tył, z włosem, pod włos, z włosem, pod włos, jakby pozbawione znaczenia wyrazy, którymi się przerzucaliśmy, były tylko mimowolnie podniesionymi z ulicy przedmiotami przekładanymi z ręki do ręki, od osoby do osoby, i jedynym, co się liczyło, było właśnie to przekazywanie i gesty, dawanie i branie, nie słowa, nie rzeczy, tylko ruch w jedną i drugą stronę.

– Mankiewicz – powiedziałem, jakbym wznosił pulpecikiem toast za jego zdrowie albo wypowiadał tajemnicze zaklęcie na odżegnanie zła. Pomyślałem o nurkach głębinowych, którzy siedząc na burcie łodzi, mruczą pod nosem mantrę składającą się z jednego słowa, po czym unoszą kciuk i rzucają się w toń głową w dół, płetwami do góry.

– Mankiewicz – szepnęła Clara z udawaną celebrą.

Dopiero