Osaczenie - Carl Frode Tiller - ebook
Opis

Tiller, czyli anty-Knausgård... Epos o współczesnej Norwegii, thriller psychologiczny, sztuka kameralna. Powieści Carla Frode Tillera nie da się zamknąć w jednej formule. Wielokrotnie nagradzane dzieło doczekało się wreszcie polskiego przekładu. Czytelnicy Knausgårda, Lunde i Christensena będą zachwyceni.

Lipiec, 2006 rok. Do szpitala psychiatrycznego w Trondheim trafia pacjent, który stracił pamięć. W prasie pojawia się ogłoszenie – bliscy i znajomi młodego człowieka proszeni są o kontakt, aby pomogli mu odzyskać tożsamość. Odpowiadają trzy osoby − dwójka przyjaciół z liceum: Jon, wrażliwy i niespełniony muzyk, przeżywająca małżeński kryzys Silje oraz ojczym pacjenta, Arvid – były pastor, borykający się z problemem utraty wiary i nieuleczalną chorobą. W listach do Davida opowiadają jego i swoją historię – wkraczania w dorosłość, pierwszych seksualnych doświadczeń, rodzinnych tajemnic, zawikłanych relacji, porzuconych marzeń, winy, przemocy i miłości. Te opowieści, na ogół zgodne, a jeszcze częściej zaprzeczające sobie, budują obraz przygnębiającej egzystencji w prowincjonalnym norweskim miasteczku, pełnej frustracji, nudy i samotności, a wyłaniający się z nich portret Davida staje się coraz bardziej zagadkowy i niejednoznaczny.

Osaczenie, pierwszy tom trylogii Tillera, jest pierwszą norweską powieścią wyróżnioną Europejską Nagrodą Literacką. Książka została też uhonorowana Nagrodą Bragego, Nagrodą Krytyków oraz nominacją do Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej. Prawa do wydania zakupiły wydawnictwa z 18 krajów.

To anty-Knausgård. W miejscu heroicznego solipsyzmu Knausgårda mamy tu do czynienia z chórem głosów, który tworzy pryzmatyczny i złożony obraz tożsamości bohatera. - „The Independent”

Drąży ludzką naturę z wielkim wyczuciem, bolesną szczerością i za pomocą precyzyjnej prozy. Rzadki talent. - Jo Nesbo

Wszystko wskazuje na to, że Carl Frode Tiller jest w trakcie tworzenia epokowego dzieła literatury norweskiej. - „Dagsavisen”

Karl Frode Tiller (ur. 1970) – pisarz, historyk muzyk rockowej kapeli Kong Ler. Zaliczany do ścisłej czołówki prozy skandynawskiej, nagrodzony wieloma prestiżowymi wyróżnieniami literackimi. Debiutował w 2001 roku. Pisze w nowonorweskim, mniej popularnym standardzie pisanego języka norweskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2007, H. Aschehoug & Cp. (W. Nygaard) AS © Copyright for the Polish translation by Maria Gołębiewska-Bijak © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016 Tytuł oryginału: "Innsirkling" PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marek Pawłowski REDAKTOR PROWADZĄCY: Anita Kasperek REDAKCJA: Henryka Salawa KOREKTA: Anna Milewska, Kamil BogusiewiczWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05889-3 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

JON

Saltdalen, 4 lipca 2006 roku. Podczas tournée

Wtaczamy się powoli do centrum, o ile to niewielkie rondo obramowane kilkoma budynkami w ogóle można nazwać centrum. Pochylony w fotelu, rozglądam się dookoła – nie widać żywej duszy, kompletna pustka, bezruch, nawet sklepów tu prawie nie ma, jedynie zamknięta kawiarnia i kolonialny z ciemnymi oknami. Mamy tu grać, ale, kurczę, nie wygląda na to, żeby w tym miejscu w ogóle mieszkali jacyś ludzie, zresztą nie wiem, kto by tu chciał mieszkać, kto by się na to narażał. Opieram się o siedzenie, opuszczam szybę i wystawiam łokieć na zewnątrz. Twarz owiewa mi łagodne, świeże powietrze, dobre powietrze. Odchylam głowę, zamykam oczy, oddycham przez nos i szukam zapachów, tyle ich jest zaraz po deszczu – zapach nawilgłej ziemi, woń bzów. Otwieram oczy i znów się pochylam. Takie cholerne pustkowie, taka martwota, psiakrew, nie widać żywej duszy i nie słychać prawie żadnego dźwięku – tylko szum naszego silnika. I cmokanie, gdy opony odlepiają się od mokrego asfaltu. Cholera, nie pojmuję, jak można się osiedlić w takim miejscu jak to.

– Gdybyśmy mieli czas przed koncertem, spróbowałbym połowić – odzywa się Anders. – Ponoć mają tu sporo łososi w rzece!

Odwracam się, patrzę na niego i parskam ironicznym śmiechem. Jednak wydaje się, że mówi serio – siedzi z tyłu, spogląda na mnie i skinieniem głowy wskazuje na prawo. Wyciągam szyję i kieruję tam wzrok. W oknie po drugiej stronie ulicy wisi tekturowa tabliczka. „Sprzedaż kart wędkarskich” – głosi napis wykaligrafowany wodoodpornym tuszem i szkolnym pismem, nieco przechylonym w prawo. Wracam do dawnej pozycji i znowu wyglądam przez przednią szybę.

– Tak, tak – powiadam. – Poza chowem wsobnym w tej okolicy można się zajmować chyba tylko polowaniem, wędkarstwem i takim tam.

Odwracam się do Andersa i znowu parskam ironicznym śmiechem. On jednak usadowił się bokiem, nie patrzy na mnie, pewnie do niego nie dotarło. Wracam do poprzedniej pozycji i znowu patrzę przez przednią szybę.

– No i sportem, rzecz jasna – dodaję. – Narciarstwem itepe! Tylko nie sportami zespołowymi, na pewno nie ma tu dość ludzi, żeby uprawiać sporty zespołowe.

Mija dobra chwila.

Lars skręca w prawo i zjeżdżamy łagodnym zboczem ku nabrzeżu. Daleko w dole przebłyskuje błękitne morze, kilka mew krąży wokół zielonego kontenera. Za to ani śladu człowieka, niech mnie diabli, wszędzie kompletna martwota, w środku dnia, i do tego jeszcze takie pustkowie. Pochylam się lekko i błądzę wzrokiem po bokach, parskam ironicznym śmiechem i potrząsam głową.

– Cholerny świat! – rzucam, odczekuję nieco i znowu potrząsam głową. – Wygląda na to, że partia Centrum ma przed sobą nie lada zadanie, gdy stawia za cel swoich działań ożywienie norweskiej wsi – dodaję. Znowu trochę czekam, a potem odwracam się do Larsa, wbijam w niego spojrzenie i kiwam głową. – Jeżeli słyszysz teraz żywe rytmy wygrywane na banjo, to, do cholery, dodawaj gazu! – Wybucham krótkim śmiechem. Ale on nie odwzajemnia się tym samym, tylko trzymając obiema rękami kierownicę, wpatruje się nieruchomym wzrokiem przed siebie, pewnie nie oglądał Uwolnienia1, dla niego istnieje tylko muzyka, nie jest w ogóle zainteresowany filmami, w każdym razie nie takimi. Prostuję się i znów patrzę przez przednią szybę.

– Nożeż cholerny świat – mruczę. – Całe szczęście, że tu nie mieszkam.

Mija krótka chwila.

– Tu też? – pyta cicho Lars, nie patrząc na mnie.

– Cholera, przecież tu nie widać żywej duszy – mówię.

– Fakt – kwituje.

Znowu obrzucam go spojrzeniem, nie odzywam się, odczekuję. Niech go cholera. Brzmi tak poważnie. I wygląda też bardzo serio. Ma taką napiętą, nieruchomą twarz. I patrzy sztywno przed siebie. Czekam chwilę, nie zdejmując z niego wzroku.

– Co się z tobą dzieje? – pytam. Nie odpowiada, ręce ma wyciągnięte, obie dłonie na kierownicy, wpatruje się nieruchomo przed siebie. W samochodzie panuje kompletna cisza, nikt nic nie mówi. O co więc chodzi? Lars nie ma w zwyczaju tak się zachowywać, niemal zawsze jest w dobrym humorze, taki pozytywnie nastawiony, optymista – prawie nieustannie.

– Co się z tobą dzieje? – ponawiam pytanie.

– Ze mną? – pyta podniesionym głosem, wysuwając nieznacznie głowę do przodu.

Zupełna cisza.

Patrzę na niego zdumiony.

– Po prostu zaczynam mieć powyżej uszu twojego negatywnego nastawienia – rzuca.

– Negatywnego? – mamroczę.

– Tak, twojego negatywnego nastawienia – mówi, wpatrzony nieruchomo przed siebie, milknie, przełyka ślinę. – Każde miejsce, do którego przyjedziemy, to dziura – dodaje. – Każdy posiłek, który jemy, to świństwo, a wszyscy ludzie, z którymi się spotykamy, to idioci!

Niezdolny wydusić z siebie słowa, po prostu wlepiam w niego wzrok, bo o czym on mówi – ja mam negatywne nastawienie? Czekam chwilę, odwracam się i przez moment patrzę w szybę, znowu zwracam się w stronę Larsa, nie przychodzi mi do głowy nic, co mógłbym powiedzieć, bo nigdy przedtem o tym nie wspominał, zaskoczyło mnie to, że mam negatywne nastawienie, czy mam negatywne nastawienie? Mija chwila i obracam się do tyłu. Patrzę na Andersa. W skupieniu wygląda przez okno, wciska czoło w szybę i udaje, że mnie nie widzi, że niby niczego nie słyszał. Przez dobrych kilka sekund nie spuszczam z niego wzroku i nagle pojmuję, że rozmawiali o tym wcześniej, przedyskutowali to i uzgodnili, że jestem negatywnie nastawiony. Teraz czuję, że serce zaczyna mi bić trochę szybciej niż zwykle, że puls rusza galopem. Gapię się na Andersa, a usta same mi się otwierają, szczęka opada. Zamykam je, przełykam ślinę raz, przełykam ślinę drugi raz. Obracam się znowu do Larsa, patrzę na niego.

– Ciężko z tobą wytrzymać – mówi. – To po prostu cholernie męczące! Cała ta przeklęta trasa koncertowa to jedna męka!

Mówiąc to, dalej na mnie nie patrzy, gapi się w przednią szybę, twarz ma nieruchomą i pobladłą i tylko równomiernie przełyka ślinę. Nie spuszczam z niego oczu. Nic nie mówię, nie wiem, co mógłbym powiedzieć. Bo to przyszło tak nagle, zaskoczyło mnie, że ich zdaniem jestem negatywnie nastawiony, męczący we wspólnej podróży.

– Zaczęło się źle, a potem było coraz gorzej – mówi Lars. Po czym, wciąż na mnie nie patrząc, lekko chrząka. – Myślę, że nie zdajesz sobie sprawy, ile wysiłku nas kosztuje utrzymanie cię w mniej więcej znośnym humorze – wyjaśnia. – W kółko tylko mieszasz z błotem wszystko i wszystkich, ujadasz na najmniejszą nawet rzecz. Naprawdę nie rozumiesz, że przebywanie z tobą jest dla nas męczące?

Słucham tego, co mówi, i zdaję sobie sprawę, że wyćwiczył to wcześniej, poznaję po sposobie, w jaki wypowiada te słowa. Słyszę też szczerość w jego głosie, można wyczuć, że to się nie wzięło znikąd, że naprawdę tak sądzi. Patrzę na niego. Czekam chwilę. Nie wiem, co powiedzieć. W żadnym razie nie mogę z czymś wyskoczyć bez zastanowienia, muszę uważać, co mówię. Bo muszę to znieść, muszę być na tyle dorosły, żeby znieść taką krytykę, muszę podejść rzeczowo, nie wolno mi się po prostu rzucić na niego z pięściami. Ale to przyszło tak nagle, nieoczekiwanie dla mnie, przecież cały czas śmiali się z mojego pesymizmu, żartowali z czarnowidztwa i z moich zgryźliwych komentarzy. Przecież często nawet udawałem bardziej niezadowolonego i większego pesymistę niż w rzeczywistości, byłem skwaszony i sarkastyczny tylko po to, żeby ich skłonić do śmiechu, cały czas myślałem, że wszystko jest w porządku, że oni czują się w moim towarzystwie równie dobrze, jak ja w ich, że lubią mnie tak samo, jak ja ich. Bo ja ich przecież bardzo lubię, wydaje mi się, że nigdy dotąd nie wpasowałem się w kapelę tak dobrze, czy to muzycznie, czy towarzysko. Tak myślę, chociaż jestem dużo od nich starszy.

Mija dłuższa chwila. Odwracam się powoli w prawo, wspieram głowę na prawej dłoni i wyglądam przez otwarte okno, podnoszę drugą dłoń i drapię się środkowym palcem po grzbiecie nosa. I nagle zaczynam płakać. Ot tak, po prostu, jakby pękła jakaś wewnętrzna tama, o której nie wiedziałem, oczy przeciekają i łzy zwyczajnie zaczynają płynąć po policzkach zimnymi strumyczkami. Zwracam głowę jeszcze trochę bardziej w prawo. Ocieram łzy, przełykam ślinę. Co jest, do cholery, płaczę? Co mnie, do diabła, napadło, nie płakałem od nie wiadomo jak dawna, a teraz proszę, płaczę, zaczynam płakać z powodu takiej drobnostki, bo oni mówią, że jestem negatywnie nastawiony, co mnie, do cholery, napadło, to takie beznadziejne, że tylko się śmiać. Mija kilka sekund i nagle zaczynam się śmiać, ot tak, po prostu, wybucham hałaśliwym rechotem, ryczę ze śmiechu, jakby próbując się śmiać z tego, jakie to śmieszne, jaka to śmiechu warta drobnostka, jakby próbując odpędzić śmiechem płacz, ale mi się to nie udaje. Łzy zwyczajnie płyną i płyną, a ja to się śmieję, to płaczę na przemian, niczym histeryczka, jakbym był niespełna rozumu, jakby mi właśnie odbiło, tamci zaś nie odzywają się ani słowem, chyba nie wiedzą, co mi jest, bo to nie ja, to do mnie tak niepodobne, jak tylko możliwe, więc muszę się wziąć w garść, tak nie można. Pociągam nosem i przesuwam pod nim palcem. Zaciskam zęby i przestaję się śmiać. Odkasłuję, chrząkam. Już się nie śmieję, ale nie mogę powstrzymać płaczu, płaczę więc bezgłośnie, mam wargi mokre od łez, a język piecze od słonego smaku.

Cisza.

– No i gdzie ten Dom Kultury? – pyta nagle Anders. – Ponoć miał być poza centrum? – Usiłuje teraz mówić o czymś innym, udaje, że nic się nie stało, chce mi dać czas i szansę na otarcie łez i powrót do równowagi, żebym nie stracił twarzy bardziej, niż już straciłem. – Chociaż centrum jak centrum, trudno powiedzieć, gdzie tu jest centrum – ciągnie, chcąc się po trosze zgodzić także ze mną, że to miejsce to dziura, jakby to miało poprawić sytuację.

Znowu cisza.

Zwyczajnie płaczę. Anders i Lars nie odzywają się słowem, zapewne równie mało jak ja z tego rozumieją. Bo to takie do mnie niepodobne, jak tylko możliwe. Czuję się pusty, czuję się osłabły, jakby wyssało ze mnie wszystkie siły. „Po prostu coraz bardziej męczący w grupie”, podsumował Lars, „niezadowolony i negatywnie nastawiony”. Ale dlaczego nie powiedzieli o tym wcześniej, przecież zawsze żartowali z mojego pesymizmu, przecież zawsze śmiali się z moich sarkastycznych uwag. Jak mam się zmienić, kiedy nigdy nic nie mówią, kiedy tylko dowcipkują razem ze mną. Przecież mogliby mi przynajmniej raz czy drugi zwrócić uwagę, cały czas myślałem, że lubią mnie tak samo jak ja ich, a tymczasem oni uważali mnie za męczące towarzystwo, za negatywa. Odwracam głowę jeszcze trochę w prawo, zaciskam usta i przełykam ślinę.

– Zatrzymaj samochód! – wyrywa mi się. Sam słyszę tę pretensję w głosie, pretensję i zdecydowanie. Patrząc przed siebie, kładę rękę na zapięciu pasa, wciskam czerwoną plastikową kostkę i zwalniam pas.

– Ale… Jon… – odzywa się Lars z prośbą w głosie.

– Zatrzymaj samochód! – powtarzam.

– Słuchaj… – mówi Lars.

Obracam się i wbijam w niego wzrok.

– Zatrzymaj, do diabła, samochód! – podnoszę głos.

Kompletna cisza. Po chwili Lars przyhamowuje. Lekko. Skręca na bok i staje przy chodniku.

– Jon! – odzywa się Anders.

Otwieram jednak drzwi i wydostaję się z samochodu.

– Słuchaj! – błaga Anders.

– Jon! – mówi Lars.

Zatrzaskuję po prostu drzwi i ruszam przed siebie, idę szybko, nie oglądam się, nie wiem, dokąd zmierzam, chcę tylko odejść, zniknąć.

Vemundvik, 6–10 lipca 2006 roku

Kochany Davidzie,

jechałem autobusem do naszego letniego domku, kiedy przeczytałem, że straciłeś pamięć, a gdy szok minął i zacząłem przemyśliwać, jak mógłbym Ci pomóc w jej odzyskaniu, pojawiło się wspomnienie, które powracało raz za razem – nie bardzo wiem dlaczego, postanowiłem więc od niego zacząć ten list. Oczami wyobraźni zobaczyłem nas obu podczas jednego z wielu naszych długich spacerów po centrum Namsos i wokół niego. Nawet nie wiedziałem, że noszę w sobie to wspomnienie, póki nagle w autobusie nie przypomniałem sobie, jak to jest mieć siedemnaście lat i włóczyć się ulicami, tylko ja i Ty, ramię w ramię, bez konkretnego celu. Wydaje mi się, że pamiętam takie nasze wrażenie, że na te spacery wybieraliśmy się z nudów, bo wieczorami nie mieliśmy nic innego do roboty, ale kiedy wracam myślami do naszych rozmów, do tego, ile mieliśmy sobie do powiedzenia, z jakim zajęciem i zaangażowaniem potrafiliśmy dyskutować, jak pospiesznie zwykliśmy zmieniać trasę, kiedy dostrzegliśmy kogoś, z kim w innych okolicznościach musielibyśmy zatrzymać się na pogawędkę, nie umiem tego wytłumaczyć inaczej, niż że te spacery same w sobie miały dla nas znaczenie. Jeżeli nawet nie utkwiły nam w pamięci jako istotne, to w każdym razie jako takie je chyba wówczas odbieraliśmy.

I może właśnie takie podświadome poczucie sensu jest przyczyną, że wspomnienie tak pozbawione dramatyzmu, tak pospolite pojawiło się jako pierwsze i najsilniejsze, kiedy zobaczyłem Twoje ogłoszenie. Nie wiem, niemniej wiele z tego, co opisuję w tym liście, na przykład Twoje poglądy, Twoje relacje z wydarzeń, w których nie brałem udziału, albo opisy ludzi, których znałeś, a których ja nigdy nie spotkałem, bierze się z tych rozmów.

Kiedy chodziliśmy do podstawówki, wiedziałem o Tobie niewiele ponad to, że jesteś pasierbem pastora, grasz w piłkę nożną i najdalej rzucasz piłeczką na szkolnych zawodach. Nie wiem, dlaczego zapamiętałem te dwie ostatnie rzeczy, może dlatego, że sam byłem słaby w rzutach piłeczką i w piłce nożnej. Piłeczką rzucałem, jak to się mówi, jak baba (z przedramienia), uchodziłem też za pierwszego w dziejach starszych klas namsoskiej podstawówki i jak dotąd ostatniego, który wykonał wrzut ręką do bramki w próbie strzelenia karnego, osiągnięcie, z którego zresztą, jak twierdziłem, kiedy Ciebie poznałem, byłem dumny.

Nasza przyjaźń zaczęła się, gdy chodziliśmy do pierwszej licealnej. W sali gimnastycznej miał się odbyć jakiś antynarkotykowy apel, z którego, jak pamiętam, postanowiłem się zerwać. Przybrałem w tym czasie postawę anarchisty i buntownika, toteż starałem się wszystkich, łącznie ze sobą, przekonać, że to za sprawą liberalnych poglądów anarchisty na to, co „Gateavisa”2 nauczyła mnie nazywać „środkami rozszerzającymi świadomość”, zarzuciłem plecak na ramię i ruszyłem ku wyjściu, jeżeli nie demonstracyjnie, to w każdym razie tym spacerowym krokiem i z tą nieco sztuczną obojętnością i wymuszoną swobodą w mowie ciała, które nastoletni chłopcy często sobie przyswajają, by ukryć, jak w gruncie rzeczy są niepewni swego. To nie była prawda. Mój tata siedział wówczas za narkotyki, a źle pojęta lojalność wobec niego sprawiła, że nie chciałem brać udziału w apelu, więc kiedy dyrektor nagle zawołał mnie po nazwisku i kazał mi natychmiast wracać i siadać na miejsce, a wszyscy się odwrócili i wlepili we mnie wzrok, raptem obezwładniły mnie te uczucia, które do tej pory udawało mi się z grubsza kontrolować, i na oczach całej szkoły wybuchnąłem płaczem. Większość pewnie wiedziała, że tata siedzi w więzieniu i za co, ale tam, w tamtej chwili, tylko Ty pojąłeś związek między tym a moim zupełnie nieoczekiwanym załamaniem i po kilku sekundach kompletnej ciszy, w której całe grono pedagogiczne i dobre ponad trzy setki uczniów przyglądały mi się ze zdumieniem, spytałeś dyrektora głośno i wyraźnie: „Podobałby się panu udział w demonstracji przeciwko własnemu ojcu?”.

Później, kiedy się już w Tobie zakochałem, a uczucie zmanipulowało pamięć, oczami duszy widziałem w Tobie, mówiącym te słowa, drugiego Jamesa Deana. Pamiętam, jak mi się wydaje, że siedziałeś wygodnie oparty na jednej z ławek, z łokciami włożonymi w drabinki za plecami, i że się uśmiechałeś, patrząc dyrektorowi prosto w oczy spokojnym, pewnym siebie spojrzeniem. Dziś ten obraz naturalnie stracił barwy. Jedno pamiętam na pewno – miałeś na sobie biały T-shirt i powiedziałeś to, co powiedziałeś.

Początkowo miałem wrażenie, że mnie w jakiś sposób obnażyłeś, i za to byłem na Ciebie wściekły, ale im bardziej rósł mój dystans do tego, co się stało, tym większą czułem wdzięczność i wkrótce prawie mnie wzruszało, że się za mną tak właśnie ująłeś. Podziwiałem Cię za odwagę i okazane przez Ciebie poczucie sprawiedliwości, toteż w okresie, zanim staliśmy się przyjaciółmi i zaczęliśmy się regularnie spotykać, starałem się pojawiać przypadkowo w tych miejscach, w których, jak wiedziałem, będziesz. Kiedy się dowiedziałem, że wybierasz się na jakąś imprezę, robiłem wszystko, żeby się tam dostać; gdy usłyszałem, że idziesz do kina, rzucałem inne zajęcia i szedłem do kina, kiedy zaś ruszałem do szkoły albo do centrum, prawie zawsze wybierałem drogę koło domu, w którym mieszkałeś z Arvidem i Berit, żeby mieć szansę na spotkanie lub choćby zobaczenie Ciebie. I nie miało znaczenia, że zabierało to kilka minut więcej.

Jednocześnie starałem się jednak zachować pewną godność. Utrzymywałem dystans i nigdy się nie narzucałem, a kiedy na siebie wpadaliśmy, uśmiechałem się z krótkim pozdrowieniem, lecz nigdy nie odważyłem się zacząć rozmowy, biorąc zaś pod uwagę, że byłeś typem raczej szorstkim i milczącym, który mówił, co trzeba, ale rzadko więcej, nie potrafię niemal pojąć, że w ogóle zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Widać to jednak zrobiliśmy, skoro nim minął rok, staliśmy się nierozłączni.

W domku oczywiście nie mam Internetu, więc kiedy chciałem wysłać e-maila do Twojego psychologa, żeby się dowiedzieć, jak postępować, by Ci pomóc, musiałem się udać do sąsiada. Wpuścił mnie i pozwolił mi skorzystać ze swojego komputera, ale był niezadowolony, nieuprzejmy i wyraźnie nie mógł się doczekać, kiedy sobie pójdę, toteż, niestety, nie miałem czasu spytać o wszystko, o co zamierzałem. Z jedynej wiadomości, jaką Twój psycholog zdążył przysłać, zrozumiałem jednak tyle, że leżysz w izolatce i dlatego nie wolno mi Ciebie odwiedzić, na co najbardziej miałbym ochotę. Wszelki kontakt musi mieć formę listowną. Pisząc zaś te listy, mam, jak rozumiem, nie tylko pobudzić do życia Twoją pamięć. Gdyby żadnemu z korespondentów nie udało się Ci jej przywrócić, ważne jest, żebyś wiedział tak dużo, jak to możliwe, o tym, kim kiedyś byłeś, jakie życie prowadziłeś, z kim utrzymywałeś kontakty, z kim jesteś spokrewniony, skąd pochodzisz itp., dlatego Twój psycholog mnie zachęcał, żebym pisał absolutnie wszystko, co o Tobie wiem, nie tylko o naszych wspólnych przeżyciach. Tak więc zanim pociągnę dalej opowiadanie o nas dwóch, spróbuję odnotować te okruchy, które znam i pamiętam na temat Twojej przeszłości i życia, jakie prowadziłeś, zanim się zetknęliśmy.

U Was w domu, w korytarzu, wisiało zdjęcie z lotu ptaka z widokiem białego drewnianego budynku, położonego tuż przy widocznej podczas odpływu kamiennej plaży na Otterøyi. Zanim Berit wyszła za Arvida i sprowadziliście się do niego do Namsos, mieszkałeś na wyspie właśnie w tym domu z nią i jej ojcem, a Twoim dziadkiem, Erikiem, którego znam jedynie ze starej, czarno-białej fotografii z młodych lat, przedstawiającej robotnika drogowego potężnej budowy z potarganymi włosami, szerokimi barami, wygiętymi w łuk plecami i gęstymi czarnymi wąsikami, które jak krótkie kucyki sterczały mu po obu stronach twarzy.

Berit prowadziła dom Twojego dziadka od czasu, gdy mniej więcej na początku lat sześćdziesiątych zmarła Twoja babka. W wieku siedemnastu albo osiemnastu lat wyprowadziła się na stancję do Namsos i zaczęła się uczyć na pomoc pielęgniarską w tym samym czasie, co moja mama, ale po niecałym roku zaszła w ciążę i przez to musiała przerwać szkołę i wrócić na wyspę. Nikt się nie dowiedział, kto był Twoim ojcem. Z jakiegoś powodu Berit nie chciała tego powiedzieć i trzymała to w tajemnicy do śmierci, także przed Tobą.

Moja matka miała zwyczaj wspominać Berit z tamtych czasów, a opisywała ją jako chudą i bladą młodą kobietę o rudych włosach i małym, zadartym nosie obsypanym piegami. Wyglądała na nieśmiałą i zagubioną, zaskoczyła więc mamę bardzo, gdy się okazała zupełnym przeciwieństwem. Jak wielu z tych, którzy przetrwali trudne dzieciństwo i lata młodości, zahartowała się i według tego, co opowiadała matka, robiła wrażenie, że zupełnie niczego się nie boi i nie ma w niej śladu nieśmiałości, typowej dla ludzi ze wsi, przyjeżdżających do miasta na naukę. Była wygadana, mówiła zarówno na wdechu, jak i na wydechu3, nie wahała się wyrażać opinii prosto z mostu, niezależnie od tego, do kogo się zwracała, a jeśli ktoś postąpił wobec niej niesprawiedliwie, potrafiła ranić i poniżać winnego bezlitośnie i prawie bez granic. Ułomności fizyczne, wady wymowy, obciążająca przeszłość – pozwalała sobie drwić ze wszystkiego, a robiła to tak trafnie i elokwentnie, że słuchacze mimo wysiłków nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Jeżeli zaś ofiara odpłacała się tą samą monetą i na przykład wyśmiewała jej zniszczone przednie zęby, wybuchała tylko ironicznym śmiechem. Użalanie się nad sobą i sentymentalizm były luksusem, na który nigdy nie było jej stać, nie pozwalała też sobie na to, by się czymś przejmować. Mama mawiała: „Ha, gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że znajdzie sobie na męża pastora, tobym umarła ze śmiechu!”.

Ojcu Twojej matki też trudno się było pogodzić z tym, że córka wyszła za duchownego. Z tego, co mówiłeś, wynikało, że do końca życia był ateistą i wiernym Moskwie komunistą. Podważał i kwitował śmiechem wiele z tego, w co wierzył i co reprezentował Arvid, wydawało się też, że nigdy mu się nie znudzi żądanie konkretnych opisów czy racjonalnych wyjaśnień dla różnych cudów i objawień opisywanych w Biblii. „Nie mógłbyś wyjaśnić tego tam dzieworództwa, tak żeby prosty chłop z Otterøyi potrafił to pojąć?”, podpuszczał, a gdy Arvid, nie zważając na ironię między wierszami, o której istnieniu wiedział, odpowiadał serio, Twój dziadek Erik wysłuchiwał jego wywodu z kpiącą miną, po czym, rżąc ze śmiechu i potrząsając drwiąco głową, mawiał: „To dopiero były czasy! Dzisiaj się już coś takiego nie zdarza, no i dobrze!”.

Te rozmowy były dla niego dobrą rozrywką, jak mi mówiłeś, podobnie jak drażnienie Berit przypominaniem, z jakiej rodziny i z jakiego środowiska się wywodzi. Kiedy się spotykali, Erik używał trochę bardziej soczystego i wulgarnego języka niż zwykle, a także ciągle, niby przypadkiem, wspominał wydarzenia z przeszłości, mające ze sobą tyle wspólnego, że dotyczyły zachowań nieakceptowanych w kręgu wierzących, do którego Berit próbowała się dopasować i którego częścią chciała się stać. „A pamiętasz tamtego sylwestra, kiedy spiliście się tak, że wszystkie chłopy wylądowały pod stołem, tylko ty nie?” I śmiał się głośno i długo, a gdy Twoja matka mu nie wtórowała, udawał, niby zaskoczony, że nie rozumie. „Naprawdę nie pamiętasz?” I zadowolony czekał na odpowiedź, Berit zaś bladła z wściekłości.

Oryginalny tytuł Deliverance – amerykański thriller z 1972 r., w reż. Johna Boormana, na podstawie powieści Jamesa Dickeya. Temat muzyczny z filmu, grany na banjo, to End of a Dream Weissberga i Brickmana. Film był krytykowany za przedstawienie wiejskich mieszkańców USA jako złe i prymitywne, wynaturzone typy, zrodzone w wyniku kojarzenia krewniaczego. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

„Gateavisa” – norweska gazeta opozycyjna, wywodząca się z kultury alternatywnej i ruchu anarchistycznego. Ukazała się po raz pierwszy w Oslo w 1970 r. Charakteryzuje się prześmiewczym, nowatorskim stylem, krytykuje wszelkie autorytety i purytanizm, „oswaja” narkotyki. [wróć]

W języku norweskim istnieje rzadko spotykana w Europie możliwość wypowiadania krótkich, zwykle jednosylabowych słów na wdechu, co jest równoznaczne z wyrażaniem emocji, w przeciwieństwie do słów wypowiadanych w sposób naturalny, wraz z wydychanym powietrzem, co stanowi komunikat neutralny uczuciowo. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki