Orland szalony. Orlando furioso - Ludovico Ariosto - ebook
Opis

Orland szalony (Orlando furioso) – epos rycerski, najdłuższy znany epos europejski opisuje przygody Orlanda, paladyna króla Franków, Karola, walki z najazdem muzułmańskim oraz nieodwzajemnioną miłość Orlanda do Angeliki, królewny z Orientu. Epos zawiera również wiele rozbudowanych dygresji (szczególnie przygody Rudgera (Ruggiero) i Bradamanty (Bradamante), przodków panującej w Ferrarze rodziny d’Este, patronów poety), wiele elementów fantazji i magii oraz walki dobra ze złem.

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i włoskiej

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 2720

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ludovico Ariosto

ORLAND SZALONY

ORLANDO FURIOSO

TEKST – TESTO: POLSKI / ITALIANO

na język polski przełożył Piotr Kochanowski

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Gustave Doré (1832–1883), Orlando furioso, licencja: public domain,

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Orlando_Furioso_11.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

 

Wydanie według edycji z roku 1905.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-468-8 

 

 

ORLAND SZALONY

I. PIEŚŃ PIERWSZA

Argument

Angelika przez pola, przez lasy ucieka

Sama jedna; Rynalda koń jego nie czeka,

On za niem pełny gniewu i miłości chodzi,

Potem straszny z Feratem pojedynek zwodzi.

Ferat czyni przysięgę, że z strony przyłbice

Strzyma lepiej, niż pierwej, swoje obietnice.

Sakrypant swą najduje pannę miedzy lasy;

Ale mu dobry Rynald przerwał jego wczasy.

Alegorye

W tej pierwszej pieśni w Orlandzie, Rynaldzie, Feracie i Sakrypancie widziemy, jako więtsza moc jest miłości, niźli każda insza na świecie; w Angelice przeciwnem obyczajem znać się daje, jako w bacznej i roztropnej białej głowie więtsza się stateczność, niż w mężczyźnie, najduje, która tyle się tylko powolną pokazuje, ile jej uczciwe pozwala. Zawady potem, które się trafiają tem rycerzom, którzy na jej uczciwem gwałt chcieli uczynić, znać nam dają, jako nieba niemal zawżdy życzliwe się pokazują tem, którzy się w niem kochają.

1. Skład pierwszy

Płeć białą, bohatyry, wojny i miłości

Śpiewać będę i godne pamięci dzielności,

Które się działy w on czas, kiedy morskie brody

Przebyli Murzynowie na francuskie szkody,

Idąc za króla swego nieutrzymanemi,

Agramanta młodego, gniewami wściekłemi,

Który się przysiągł zemścić na cesarzu Karle

Śmierci króla Trojana i sieść mu na garle.

2

W tejże pieśni odemnie będziecie wiedzieli,

Czegoście dotąd w prozie i w rymie nie mieli

O Orlandzie, co z wielkiej oszalał miłości,

Bywszy przedtem tak sławny i wzięty z mądrości,

Jeśli ta, co mi ostrzy dowcip i wymowę

I dla której zachodzę, jako i on, w głowę,

Dozwoli mi, żebym mógł, jako sobie życzę,

Uiścić wam swe słowo i swą obietnicę.

3

O zacna Herkulesa krwi zawołanego

Ozdobo i jedyna czci wieku naszego,

Hipolicie! przym z łaską i wdzięcznością, proszę,

Co przed cię z pokłonami, sługa twój, przynoszę:

To, com twemu domowi powinien, po którem

Znam takie łaski, mogę część zapłacić piórem;

A nie mniemaj, żeć mały upominek daje

Ten, co daje, co może, i na co go staje.

4

Dowiesz się bohatyrmi między przedniejszemi,

Które sławić zamyślam rymami mojemi,

O Rugierze, który beł obfitego płodu

Początkiem zacnych dziadów i twojego rodu.

Jego dzieła i jego nieśmiertelne sprawy

Usłyszysz, jeśli insze opuścisz zabawy;

Przeto poważne myśli odkładaj na stronę,

A słuchaj, coć z historyj dawnych przypomionę.

5

Orland, który się dawno gładkiej rozmiłował

Angeliki i kwoli jej pozostawował

Niezliczone pamiątki zwycięstwa w Indyej

I w dalekiej tatarskiej ziemi i w Medyej,

Wrócił się z nią, wsławiony dziełami wielkiemi,

Na zachód słońca, kędy pod Pirenejskiemi

Górami cesarz Karzeł z swemi Francuzami

I z niemieckiemi wojski leżał obozami,

6

Aby dał tak śmiałemu odpór przepychowi

Przeciwko Marsylemu i Agramantowi;

Z których jeden z gorącej Afryki wywodził,

Kto się jeno do szable i kopie godził;

Drugi wszytkę na głowę ruszył Hiszpanią,

Aby zgubił i zniszczył do szczętu Francyą.

Właśnie tam w ten czas trafił Orland pomieniony;

Ale prędko żałował, że przybeł w te strony,

7

Bo stracił swoję miłą. O nieszczęście silne!

O jako ludzkie sądy często są omylne!

Tę, którą z takiem trudem, z służbą tak stateczną

Od Hesperyjskich brzegów wojną niebezpieczną

Do Eojskich obronił, wzięto mu w swej ziemi,

Nie dobywając miecza, i między swojemi.

Mądry cesarz mu ją wziął, chcąc mieć ugaszony

Wielki ogień, co się już szerzył, zapalony.

8

Kilka dni się był przedtem z stryjecznem swem bratem,

Rynaldem, Orland zwadził i już beli na tem

Bić się z sobą obadwa, okrutną miłością

Zagrzani i cudowną ujęci gładkością;

A widząc cesarz, że ich nie mógł dla tej zwady

Użyć tak, jako trzeba, w boju, te zawady

Znosił i Angelikę, przyczynę onego

Ich gniewu, do książęcia oddał bawarskiego,

9

Obiecawszy, że ją miał dać temu w nagrodę,

Któryby tam był więtszą z nich uczynił szkodę

W nieprzyjacielu w on czas i któryby sobie

Mężniej w bitwie z pogany począł w onej dobie.

Lecz się inaczej stało, niż się spodziewali,

Bo chrześcijanie, jako zły los chciał, przegrali;

Tamże został bawarskie książę poimany

I w stanowisku jego namiot odbieżany.

10

W którem skoro udatna królewna została,

Co w nagrodę i korzyść zwycięzcy iść miała,

Nim się bitwa skończyła, konia wskok dopadła

I kiedy było trzeba, z obozu wypadła,

Czując, że onego dnia życzliwe pogaństwu,

A przeciwne miało być szczęście chrześcijaństwu;

I wjechała do lasu jednego gęstego,

Gdzie w ciasnej drodze kogoś potkała pieszego.

11

Wszytek beł w karacenie, paiż na ramieniu,

Hełm na głowie, u boku miecz miał na rzemieniu, .

A tak rączo biegł, jako ledwie więc biegają

Zawodnicy, gdzie drogie zakłady czekają.

Nie tak prędko powraca pasterka swe nogi,

Kiedy gdzie blizko węża obaczy u drogi,

Jako prędko, gdy tego rycerza zoczyła,

Lękliwa Angelika wodza powróciła.

12

Beł to wielki bohatyr, pan z Albańskiej Góry,

Syn Amonów, z przedniej szych we Francyej, który

Dziwnem trafunkiem stracił beł świeżo dzielnego

Bajarda, konia swego co nakochańszego.

Ten, jedno jej co zajźrzał, poznał warkocz złoty,

Choć z daleka, i one anielskie przymioty

I piękną twarz, dla której srodze skłopotany,

W krętej sieci miłości został uwikłany.

13

Wzad wylękniona dziewka konia nawróciła

I wczas wypuściwszy mu wodze, poskoczyła

I jeśli lepsza była ścieszka na gęstwinie,

Jeśli na rządkiem lesie, w onej złej godzinie

Nie patrzyła, ani dróg lepszych obierała;

Upuściwszy z rąk wodze, tak się zapomniała,

To w tę, to w owę stronę bieżąc w pełnem biegu

Tak długo, aż trafiła do jednego brzegu,

14

Do brzegu, gdzie stał Ferat wszytek ukurzony,

Który na tamto miejsce przyszedł upragniony,

Spracowany po bitwie i po długiem boju,

Chcąc się napić i wytchnąć po gorącem znoju;

Potem się tam zabawił niechcąc, bo z przygody,

Kiedy pił, spadł mu szyszak z głowy między wody,

Tak że tam musiał chwilę poniewoli zostać,

Bo go zaś nie mógł nazad żadną miarą dostać.

15

Co jeno mocy miała i co głosu w sobie,

Wrzeszczała bojaźliwa dziewka w onej dobie.

Na nagły wrzask Sarracen na brzeg prędko skoczy

I przypatruje się jej i trzyma w niej oczy

I poznał ją, gdy blizko do niego przypadła.

Chocia beła zmartwiała, choć beła pobladła,

A też o niej nie słyszał dotąd nic w swe uszy,

Że to jest Angelika gładka, pewnie tuszy.

16

A iż beł zawżdy ludzki i jako waleczni

Dwaj bracia, jakom wam już powiedział, stryjeczni,

Podomno niemniej kochał, niemniej ją miłował,

Chocia sobie był głowy w hełm nie obwarował,

Chcąc jej ratować, miecza dobywał od boku

I na Rynalda bieżał w zapędzonem skoku;

A nie tylko się z sobą oba przedtem znali,

Ale się i w potrzebie z sobą kosztowali.

17

Zatem będąc już pieszo, jęli z sobą męskie

Czynić, zadając sobie wzajem razy ciężkie,

Którem nie tylko ten blach i cienki i mały,

Ale i nakowalnie ledwieby wytrwały.

Tem czasem, kiedy oni okrutnie się bili

I siekli na się, widząc, że się zabawili,

Angelika konia w bok ostrogami kole

I precz od nich ucieka do łasa przez pole.

18

A ci, kiedy się długo bez skutku silili,

Aby się byli jako obadwa pożyli,

Bo tak ten, jako i ów był mąż doświadczony

I w takowem rzemieśle jednako ćwiczony,

Pierwszy beł pan z Montalby, który Hiszpanowi

Kilka słów w one czasy rzekł bohatyrowi,

Jako ten, w którem sroższe płomienie gorają

I barziej mu podomno serca dosięgają:

19

»Mniemasz, że mi źle czynisz? Ale uwierz temu,

»Że przy mnie czynisz razem źle sobie samemu;

»Jeśli dla tego, że cię, jako i mnie strzały

»I śmiertelne z jej oczu trafiły postrzały,

»Co za korzyść stąd weźmiesz, że mię tu tak trzymasz?

»Bo chocia mię zabijesz, albo i poimasz,

»Przecię tem nic nie wskórasz, bo ona, o którą

»Traciwa czas, bijąc się, już dotąd za górą.

20

»Daleko lepiej, jeśli i ty ją miłujesz,

»Że jej drogę przebieżysz i że ją zszlakujesz

»Zaraz, zaraz – najmniejsze omieszkanie wadzi –

»Póki się od nas jeszcze dalej nie odsądzi.

»A skoro będzie w ręku, nad którem dostanie

»Który zwycięstwa, ten niech przy niej się zostanie;

»Bo inakszem sposobem, czego barzo blizko,

»Szkodę i tylko będziem mieli pośmiewisko«.

21

Podobało się w on czas to poganinowi;

I dali pokój zwadzie i pojedynkowi

I gniewy umorzyli zaraz w niepamięci

I tak do siebie zgodne obrócili chęci,

Że kiedy pieszo Rynald odchodził od wody,

Nie dopuścił mu Ferat onej niedogody

I prosił, aby zań wsiadł; i tak oba w tropy

Biegli na cwał, pilnując Angeliki stopy.

22

O wielka onych dawnych rycerzów dobroci,

Niesłychana tych wieków! To różnej oto ci

Wiary beli, obydwa w jednej się kochali,

Dopiero sobie srogie razy zadawali:

A teraz przez gęsty las z sobą tylko sami

Bez podejzrzenia jadą krzywemi ścieszkami.

Koń, którego w bok bodą dwakroć dwie ostrodze,

Stawił ich na rozstaniu i dwoistej drodze.

23

Na tej stojąc wątpliwi, kiedy nie wiedzieli,

Którą się w one czasy za nią puścić mieli

I którą się katajska królewna udała,

Bo oboja jednako ślad pokazowała,

Na ostatek obadwa tak się namyślili,

Że się na szczęście ten tą, ów ową puścili.

Ferat po lesie błądził tak długo, aż przyszedł

Znowu na ono miejsce, skąd beł pierwej wyszedł,

24

Skąd beł wyszedł do rzeki i do onej wody,

W którą mu hełm, kiedy pił, spadł z głowy z przygody;

A iż się gładkiej naleźć nie spodziewał więcej

Angeliki, szyszaka chciał szukać co pręcej

I właśnie na tem miejscu, kędy go upuścił,

Wlazł do rzeki głębokiej i na dół się spuścił;

Ale on beł piaskami tak zasuty na dnie,

Że go pewnie nie będzie mógł dobyć tak snadnie.

25

Potem uciąwszy brzozę sękowatą sobie

Ostrem mieczem z blizkiego lasu w onej dobie,

Okrzesał ją i mniejsze gałęzie z niej obił

I wszędzie ją po rzece między piaskiem robił;

Ale kiedy tak długo tam się bawił z gniewem

I bez żadnego skutku wodę mącił drzewem,

Ukazał mu się po pas jakiś rycerz z wody

Barzo straszny i barzo ogromnej urody.

26

Wszytek beł, jako trzeba, zbrojny okrom głowy,

A w ręce prawej trzymał szyszak Feratowy,

Onże własny, którego bez żadnego skutku

Tak długo szukał, pełny i gniewu i smutku;

I z jadowitą mową, gdy go ukazował,

Sarracena nie uczcił i nie uszanował.

»Zdrajco – prawi – Maranie brzydki! com ci winien,

»Że hełm chcesz wziąć, któryś mi wrócić był powinien?

27

»Pomnisz, gdyś Angeliki brata zamordował –

»Tenem ja jest, pohańcze! – żeś mi obiecował,

»Zbroję i jego insze oręże z tem nowem

»Szyszakiem w rzekę zaraz wrzucić, dobrem słowem;

»A jeśli mi go teraz przeciw twojej wolej

»Szczęście dało, nie gryź się i darmo nie bolej –

»Albo się gryź dla tego, żeć to z każdej miary

»Zadam, żeś mi nie strzymał obiecanej wiary.

28

»Ale jeśliś tak chciwy na hełm doskonały,

»Możesz go mieć, a z więtszą sławą: taki śmiały

»Orland nosi, a drugi i lepszy i trwalszy

»I podomno ma Rynald jeszcze doskonalszy;

»Ten, w którem grabia Orland chodzi, Almontowy,

»Ten, w którem pan z Montalby, bywał Mambrynowy.

»Z tych któregokolwiek chcesz, możesz męstwem dostać,

»A mnie się dopuść przy tem, jakoś przyrzekł, zostać«.

29

Na dziw niespodziewany poganin się zmienił,

Wszytek pobladł i pierwszą swą barwę odmienił;

Włosy mu najeżone wszytkie na łbie wstały,

Chciał przemówić, ale go słowa odbieżały.

A słysząc od Argale, co go zamordował

Dobrze przedtem – tak się zwał, tak mu się mianował –

Że mu złamaną wiarę wymiatał na oczy,

Z hańby, z gniewu nie stoi w miejscu o swej mocy.

30

A nie mogąc tak prędko na to, co mu zadał,

Zdobyć się na wymówkę, bo prawdę powiadał,

Prawdę szczerą powiadał, zżymał się i zęby

Ściskał, nie chcąc otworzyć zasromanej gęby;

Ale go wstyd tak trapił i przejmował tęgi,

Że na żywot Lanfuzy swej czynił przysięgi!

Nie chodzić w inszem hełmie krom, co w Aspramoncie

Otrzymał, zabiwszy go, Orland na Almoncie.

31

I strzymał tę przysięgę i ślub obiecany

Lepiej, niżli on pierwszy, i tak sfrasowany

Z onego miejsca poszedł, że wiele dni potem

Trapił się i gryzł w sobie, tylko myśląc o tem,

Gdzie się bawił na on czas Orland pomieniony,

Chcąc go iść szukać, by też i w najdalsze strony.

Ale insza przygoda Rynalda potkała,

Co mu się różna droga od tego dostała.

32

Nie wiele ubiegł, kiedy trafił się z swem koniem,

A on przed niem wskok bieżał; i puścił się po niem,

Woła nań wielkiem głosem i gromi go hardzie:

»Zastanów się, zastanów, psia strawo, Bajardzie!

»Źle mi barzo bez ciebie: postój, postój, zbiegu!«

Ale Bajard uciekał jeszcze w prętszem biegu.

Gniewa się Rynald – ale teraz o niem skrócę,

A do gładkiej się znowu Angeliki wrócę.

33

Przez niemieszkane miejsca biegła w one czasy,

Przez chrósty, błota, bagna, przez okropne lasy;

Jeśli słyszy, że się gdzie suche liście kruszy

I że wiatr albo trawy albo drzewa ruszy,

Dobrze w ziemię nie wpadnie, a na strachy próżne

Dziwne ścieszki i drogi wynajduje różne

I lada cień ujrzawszy, nagle się lękała,

Mniemając, że Rynalda tuż za sobą miała.

34

Jako licha sarneczka w ojczystej dąbrowie,

Kiedy ujźrzy, że cicho skradłszy się, w parowie

Głodny lampart ostrem kłem ubogiej macierzy

Lubo lwie szczenię w piersi albo w bok uderzy,

Z jednego chróstu bieży do drugiego z strachu

I drży nędzna i mniema nieboga z przestrachu,

Gdy się jej lada ziółko dotknie, że już w zębie

I że już jest u zwierza okrutnego w gębie:

35

Tak właśnie Angelika na on czas bieżała,

A gdzie i w którą stronę, sama nie wiedziała;

I półtora dnia całe, noc jednę błądziła,

Aż do jednego lasu pięknego trafiła,

W którem wiatrek powiewał, a dwie rzeczki małe

Szły śrzodkiem, odżywiając trawy zagorzałe;

A woda rozerwana po drobnem kamieniu

Wypychała wdzięczny dźwięk, co się krył w strumieniu.

36

Przyjechawszy tam na to miejsce, rozumiała,

Że już niebezpieczeństwa żadnego nie miała

I że Rynald od niej beł w on czas w mil tysiącu;

I zemdlona po trudzie i wielkiem gorącu,

Odpoczynąć tam sobie i wytchnąć myśliła

I konia, zdjąwszy uzdę, na trawę puściła,

A koń przy onej pięknej wodzie w onem czasie

Samopas się nad brzegiem to tam, to sam pasie.

37

Niedaleko ujrzała murawę zieloną,

Cierniem i różą polną wokoło otoczoną,

Której wody zwierciadłem beły, między drzewy

Czyniąc mniej przykre słońca gorącego gniewy.

We śrzodku plac sprawiło równy przyrodzenie

Na wczesne miedzy chłody miłemi siedzenie;

A tak się z gałęziami pomieszało liście,

Że słońcu, nie rzkąc oku, hamowało przyście.

38

Wewnątrz, gdzieś pojrzał, trawy i rozkoszne ziele

Stało za mchy natkane i miękkie pościele.

Tam sobie piękna dziewka dopiero wytchnęła

I tam się położyła i trochę usnęła;

Ale niedługo spała i odpoczywała,

Bo jakiś tenten i chrzęst nagle usłyszała.

Porwie się i barzo się, utrapiona, boi:

W tem ujźrzy, że ktoś przyszedł na brzeg w świetnej zbroi.

39

Jeśli przyjaciel, jeśli nieprzyjaciel będzie,

Domyślić się nie może i zostawa w błędzie;

Biją wątpliwe serce strachy i nadzieje,

A wzdychaniem powietrze ustawicznem grzeje.

I ujrzy, że zemdlony rycerz z wielkiej części

Na brzegu stanął, głowę podparwszy na pięści,

Tak barzo zamyślony, że się zdał być taki,

Jako słup marmurowy albo kamień jaki.

40

Więcej, niżli godzinę, głową nachylony

Ku ziemi stał bohatyr w miejscu, zamyślony.

Potem począł żałośnie z tak ciężkiem wzdychaniem,

Z takiem płaczem narzekać i z takiem stękaniem,

Żeby beł mógł i kamień nawiętszej twardości

I najsroższą tygrzycę wzbudzić do litości;

A tak gęste łzy puszczał, że oczy strumieniem,

A piersi się zdaleka zdały być kamieniem.

41

»Czemu mi – pry – złe myśli, serce tak psujecie?

»Przecz mi co raz, to więcej żalu przydajecie,

»Kiedym nie zażył, kiedym omieszkał pogody,

»Kiedy inszy dostałe oberwał jagody?

»Jam ledwie słowa, ledwiem wzroki miał użyte,

»A kto inszy korzyści otrzymał obfite.

»Kwiat mię i owoc minął: na cóż się frasować?

»Na co sobie myśleniem dla niej serce psować?

42

»Panna jest właśnie, jako kwiat piękny różany,

»Ubezpieczony płotem i obwarowany,

»Że go pasterz i trzoda mija, zioła chciwa;

»Słońce mu jest łaskawe, pogoda życzliwa,

»Miłemi i wolnemi gładzi się wiatrami,

»Odżywia go wczesny deszcz z mokremi rosami,

»Dziewki krasne i pięknej urody młodzieńcy

»Radzi z niego skroń zdobią pachniącemi wieńcy.

43

»Ale skoro zostawi macierzyńskie pręty,

»Już więcej dziewkom ani młodzieńcom jest wzięty;

»Nieba mu pierwsze swoje dary tak odbiorą,

»Że i na dobre myśli i wieńce nie biorą.

»l panna, skoro straci te swe pierwsze kwiaty,

»Które więcej, niż złoto, niżli skarb bogaty,

»Niżli oko i żywot, ważyć sobie miała,

»Mało co młódź odmienna będzie o nię dbała.

44

»Niech nie dba, niechaj tylko temu będzie miła,

»Któremu swojej łaski tak hojnie życzyła.

»0 srogi, o przeciwny, o losie niegodny!

»Już się inszy objedli, a jam jeszcze głodny.

»Możeż to być, żeby mi miłą być nie miała?

»Mogęż o własny żywot nie dbać? Pierwej ciała

»Dusza mego odbieży: chcę to stale chować,

»Że żyć nie chcę, jeśli jej mam przestać miłować«.

45

Domyślam się, że mię kto spyta między wami,

Kto to płacząc, z takiemi narzeka żalami?

Nie zataję i powiem: Jest to zawołany

Król cyrkaski, imieniem Sakrypant nazwany.

I tego wam dołożę, że jego żałości

Przyczyna z samej tylko pochodzi miłości

I że też beł jeden z tych, którzy jej służyli;

Dla tego go poznała zaraz w onej chwili.

46

Dla niej tu teraz prawie od samego końca

Wschodnich krajów dalekich zbiegł na zachód słońca

I dowiedział się, kiedy przez Indyą jechał,

Jako z nią grabia Orland na zachód ujechał.

We Francy ej się także od wielu nauczył,

Jako ją cesarz w sekwestr książęciu poruczył

I jako ją w nagrodę temu obiecował,

Coby beł lepiej złotej liliej ratował.

47

Był w obozie i widział, kiedy zwyciężony

Cesarz wziął wielką klęskę i beł porażony;

Szukał wszędzie swej miłej, srodze tęskniąc po niej,

Ale nie mógł nic dotąd dowiedzieć się o niej.

I ta beła przyczyna, że ból tak nieznośny

Cierpiał w sercu i że tak narzekał żałosny,

Tak płakał, tak sam siebie niewidomie psował,

Że ledwie biegu słońcu żalem nie hamował.

48

Kiedy tam tak Sakrypant łzami się rozpływał

I na różne się skargi i żale zdobywał

I temi i inszemi narzekał słowami,

Których łatwie możecie domyślić się sami,

Tak fortuna życzliwa jego w on czas chciała,

Że je gładka katajska królewna słyszała;

Słyszała, jako trzeba: tak w jednej godzinie

Przyjdzie do rąk to, co nas przez lat wiele minie!

49

Barzo pilnie słuchała piękna Angelika

Płaczu, słów, narzekania swego miłośnika;

A choć dawno o jego szczerości wiedziała,

Przedsię się namniej nad niem użalić nie chciała,

Ani mu ulżyć bolu z ran Kupidynowych,

Twardsza kruszca, zimniejsza słupów marmurowych,

Jako ta, co tak o swej trzymała gładkości,

Że nikt na świecie nie beł godzien jej miłości.

50

Jednak widząc, że sama tylko w wielkiem lesie,

Wziąć go sobie za wodza myśli w onem czesie;

Bo uporny być musi, kto po szyję w wodzie

Stoi, a o ratunek nie woła w przygodzie.

Gdzieby sobie pogodę onę upuściła,

Jużby na taką drugą nie rychło trafiła.

Bo doświadczyła nieraz, że miedzy inszemi

Ten król beł jej naszczerszy z sługami wszystkiemi.

51

Ale nie przeto go chce tego utrapienia

Zbawić albo jakiego dodać mu ulżenia

I za tak długie służby i za przeszłe szkody

Pocieszyć go i słusznej życzyć mu nagrody;

Ale najduje sztuki, wymyśla chytrości

Zatrzymać go w nadziei swojej życzliwości

Dotąd, ażby potrzebie swojej dogodziła,

A potem się do zwykłej twardości wróciła.

52

I tam, gdzie sobie swój żal król z Cyrkas rozwodzi,

Nagle z cienia i z onej gęstwy tak wychodzi,

Jako się trafia wyniść z lasu lub z jaskiniej

Na scenę lubo z Delu, lub z Cypru boginiej,

I rzecze: »Sakrypancie! bądź mi pozdrowiony!

»Broń, jakoś zwykł, mej dobrej sławy z każdej strony,

»A nie daj tego Boże, abym w podejźrzeniu

»I w tak złem być u ciebie miała rozumieniu!«

53

Nigdy z taką radością na miłego syna,

O którem nieszczęśliwa przyszła ta nowina,

Że zginął i rota się bez niego wracała

Z potrzeby, utrapiona matka nie wejźrzała,

Jaka była na on czas tam w cyrkaskiem panie,

Kiedy nagle i kiedy tak niespodziewanie

Wspaniały chód, powagę z niebieską ozdobą

I anielskie piękności obaczył przed sobą.

54

Pełen skrytego ognia, do niej się pokwapi,

Pełen ognistej żądzej; ona go obłapi,

Ściskając go za szyję, czegoby mu była

Podobno tak w Kataju swem nie uczyniła.

Zaraz sobie tuszyła, zaraz serce wzięła,

Że kiedy go tą chęcią swoją tak ujęła,

Mając go z sobą, do swej wróci się ojczyzny

I wrychle ujźrzy państwa i swój Kataj żyzny.

55

O wszytkiem dostateczną sprawę mu dawała

I to, co się z nią działo, wszytko powiedała

Odtąd, jako beł od niej o pomoc posłany

Na wschód do nabatejskiej króla Serykany,

Jako jej czci i sławy Orland beł obrońca,

Jako ją przeprowadził aż na zachód słońca,

Jako swój kwiat panieński wcale zachowała

Tak, jak go, wyszedszy na świat, z matki miała.

56

Podobno beła prawda, ale z każdej miary

Według rozumu temu nie da każdy wiary;

Atoli on na on czas uwierzył wszystkiemu,

A snaćby beł uwierzył i czemu więtszemu,

Bo miłość tak wzrok bierze i tak go przydaje,

Że za rzecz niewidomą widzianą udaje,

Niewidzianą przeciwnie za widzianą liczy:

Każdy temu rad wierzy, czego sobie życzy.

57

Mówi z sobą po cichu: »Jeśli tej pogody

»Nie umiał Orland zażyć, nie będzie bez szkody.

»Nieżyczliwej fortuny niechaj nie winuje,

»Niech to raczej swojemu głupstwu przypisuje.

»Ja pewnie z niego nie chcę przykładu i jako

»On, ja szczęścia upuścić nie chcę ladajako:

»Błaznembych był, kiedybym go miał naśladować,

»A potem narzekając, sam siebie winować.

58

»Urwę ja świeżą różą, kiedy się dostała,

»Któraby mogła zwiędnąć, gdzieby się przestała;

»A urwę ją za pory, urwę ją za rosy.

»Wiem też, że to są tej płci najwiętsze rozkoszy,

»I chocia się gniewają, chocia narzekają,

»Chocia płaczą – nie z serca i pewnie zmyślają.

»Ale ja do zmyślonych łez, gniewu, odmowy,

»Nie uczynić, co myślę, nie jestem gotowy«.

59

To mówiąc, do lubego boju się gotował;

Ale mu przeszkodzono, bo dźwięk następował

I bił go w uszy jakiś grzmot z gęstego lasu,

Że to musiał odłożyć do inszego czasu.

Szyszak na głowę tylko w one czasy włożył,

Bo się beł zbroje nigdy nie zwłóczyć przyłożył;

I tak porwawszy wodze, konia dosiadł w skoku

I czekał pogotowiu, mając drzewo w toku.

60

A wtem mu się ukazał, gdzie beł wąwóz ciasny,

Ile mógł znać z postawy, jakiś rycerz straszny;

Szata na niem białością mogła zrównać z śniegiem,

Kita także u hełmu, a biegł wielkiem biegiem.

Sakrypant, że tamtędy tak nie na czas jechał,

Że dla niego rad nierad swych rzeczy zaniechał

I że mu przerwał onę przedsięwziętą sprawę,

Krzywo patrzy i srogą czyni mu postawę.

61

Wyzywa go, gdy bliżej nadjechał, i woła,

Rozumiejąc, że jego sile ów nie zdoła

I że go z konia zbije. Tamten też rozumie,

Że tak wiele w tem dziele, jako i ów umie,

I jego one fuki w poły ucinając,

Kopią w tok włożywszy i już ją składając,

Zwarł konia ostrogami; i tak w onej dobie

Biegli z wielkiem zapędem oba przeciw sobie.

62

Nigdy z więtszą srogością rozgniewani bycy

Przy pięknej, ulubionej swojej jałowicy

Nie tłuką się, wzajem się nie bodą rogami.

Oba sobie paiże przebili grotami;

Z tak srogiego potkania góry i doliny

I lasy gęste drżały, pola i niziny.

Jeszcze dobrze, że zbroje mieli doskonałe,

Że wżdy piersi za niemi zostały jem całe.

63

Nie krzywo oba konie bieżały pod niemi:

Uderzyli się we łby razami ciężkiemi;

Sakrypantow żywotni, chocia trzymał o tem,

Że nie miał w swojej stajniej lepszego, zdechł potem.

Padł i drugi, ale był godniejszy obroku,

Bo powstał, skoro poczuł ostrogi u boku;

A tamten rozciągniony, przywaliwszy pana,

Został zdechły bez dusze i ściągnął kolana.

64

Nieznany rycerz, który na koniu się został,

Rozumiejąc, że dosyć sławy wziął i dostał,

Gdy jego nieprzyjaciel na ziemi już leżał,

Zbitego bohatyra zarazem odbieżał;

I nie chcąc już dalej z niem nic poczynać więcej,

Nie zastanawiając się, biegł w długą co pręcej,

I nim przyjdzie do siebie poganin po chwili,

Tem on będzie albo wpół, albo w dobrej mili.

65

Jako więc pracowity oracz wylękniony,

W niepogodę piorunem srogiem ogłuszony,

Kiedy już trzaskawica i on grom ustawa,

Podle wołów zabitych z wielkiem żalem wstawa,

Dąb, który się wysokiem swem gałęziem zdobił,

Widzi bez pierwszej krasy, grom je z niego obił:

Taki beł król cyrkaski i tak pełen trwogi,

Kiedy przy Angelice powstawał na nogi.

66

Stęka ciężko nie z bolu kości nadtłuczonej,

Albo nogi lub ręki której nawinionej,

Ale ze wstydu, bo się barziej – wiedzcie o tem –

Nie wstydził przez wszytek wiek i przedtem i potem;

Bo krom, że na to, kiedy konia zbył, patrzała,

Z pod niego go kochana jego ratowała.

Trudnoby się był na nim kto dopytał słowa,

By była nie łagodna królewnina mowa:

67

»Nie masz się czego wstydzić: nie twoja to wina,

»Cny królu! Z konia złego wszytka jest przyczyna,

»Którego lepiej było wprządz w wóz, niż go chować

»Do boju, kiedy tak miał w gonitwie szwankować.

»Aleć i on może się nie chlubić z wygranej,

»I owszem go rozumiem bliższem być przegranej;

»Bliższy pewnie przegranej on jest mojem zdaniem,

»Bo placu nie dotrzymał, a tyś dotąd na niem«.

68

Tak Angelika w on czas Sakrypanta cieszy:

A w tem kogoś obaczą, widzą, że się śpieszy,

Bo koniowi wypuszczał, co jedno miał skoku;

Twarz miał smętną, bicz w ręku, a trąbkę u boku.

Kiedy nadjechał, pytał Sakrypanta: »Bracie!

»Proszę, powiedz mi, jeśliś potkał w białej szacie

»Z białą tarczą i z białą u szyszaka kitą

»Bohatyra jakiego, jadąc drogą bitą?«

69

Nie zataił Sakrypant i tak odpowiedział:

»Dopiero mię zbił z konia; ale abym wiedział,

»Kto mię z siodła wysadził, żem bił ziemię głową,

»Powiedz mi, kto to taki i jako go zową?

»Gościńcem prosto jedzie w tę stronę: mam za to,

»Że go prętko pościgniesz«. – On mu zasię na to:

»Powiem, lecz nie wiem, jakoć taka będzie miła

»Nowina: dziewica cię z konia wysadziła,

70

»Dziewica, na wszytek świat wsławiona z gładkości,

»Ale jeszcze daleko sławniejsza z dzielności,

»Z śmiałego serca. Ale azaż takich mało,

»Co ich toż od niej także, co ciebie potkało?

»Imię jej, jeśli wiedzieć pragniesz, Bradamanta«.

Co rzekłszy, żałosnego odbiegł Sakrypanta.

Nie wie, co mówić, co ma czynić, zawstydzony,

Stroskany i na twarzy sromem zapalony.

71

Rozmyślając tam chwilę on przypadek sobie,

Bez skutku się frasował barzo w onej dobie;

A widząc, że go z konia zbiła białagłowa,

Przesiadł się na inszy koń, nie mówiąc i słowa,

A nowe go nieszczęście przecię srodze bodło.

W tem królewnę katajską wziął za się, za siodło,

Odłożywszy swe wczasy i swe krotofile

Na spokojniejsze miejsce i weselsze chwile.

72

Nie ujechali beli spełna dwu mil jeszcze,

Kiedy w lesie na jedno natrafili miejsce,

Gdzie wielki jakiś tenten i grzmot usłyszeli;

Ktoby beł, co go czynił, poznać nie umieli,

Ale stanąwszy trochę, obaczyli potem

Konia z bogatem rzędem i czapragiem złotem;

Skacze, jak sarn, przez wody, przez błota, przez głogi,

Drzewa wali, uprząta to, co trudni drogi.

73

»Jeśli dobrze przed liściem i przed gałęziami

»Widzę – mówi królewna – Bajard to przed nami,

»Co z takiem pędem bieży i co sobie drogę

»Gwałtem przez lasy czyni; mylić się nie mogę:

»Ten jest pewnie, już ten jest, jużem go poznała.

»Wielką z niego dogodę wnet będziewa miała,

»Aboć mu kto powiedział o naszej potrzebie;

»Bo trudno ma jeden koń znieść i mnie i ciebie.

74

Zsiadł Sakrypant z swojego konia nie leniwy,

Zamyślając mu dopaść wodze albo grzywy;

Ale tak prętko Bajard nogami nań ciska,

Obróciwszy zad, że grom ledwie pręcej błyska.

Zabiłby go beł pewnie, by go beł uderzył

I dosiągł w ono miejsce, jako beł wymierzył;

Bo tak mocne kopyta, tak duże miał krzyże,

Żeby beł stłukł i górę, by z najtwardszej spiże.

75

Potem do Angeliki sam, nie przymuszony,

Przystępuje łaskawy i upokorzony,

I jako pies, koło niej skoki wyprawuje,

Co się panu, kiedy się wraca skąd, raduje;

Znał ją Bajardi pomniał, kiedy go karmiła,

W Albrace i swą ręką obrok mu nosiła

W ten czas, kiedy się srodze w Rynaldzie kochała,

Którego zasię teraz tak nienawidziała.

76

Lewą ręką wodze mu królewna ujęła,

A prawą szyję głaskać i grzywę poczęła:

On się pod moc jej daje, że wszytko, co chciała,

Z niem tak, jako z barankiem sobie poczynała;

A wtem mężny Sakrypant, swój czas upatrzywszy,

Osiadł go i obrócił, żartko nań wskoczywszy.

Angelika też zatem zaraz się przesiadła

I nie za siodłem, ale w siedle już usiadła.

77

Potem obróciwszy się, z trafunku pieszego

Obaczyła, we zbroi następującego,

I spłonęła, niezmiernem ogniem przerażona,

Poznawszy, że to beł syn książęcia Amona.

Ten ją srodze miłuje, ta go nienawidzi,

Jako kaczka sokoła, tak go rada widzi;

Beł ten czas, kiedy się ją on brzydził, a ona

Srogiem ogniem dla niego była rozpalona.

78

Tego przyczyną były dwie pewne krynice

Od siebie niedaleko, przez wązkie granice,

U Ardenny, co skutki w sobie miały dziwne,

Skutki różne i sobie we wszytkiem przeciwne:

Kto z jednej, gore srogą miłością, kto z wody

Drugiej pije, odmienia ognie w zimne lody.

Z jednej Rynald, z drugiej się królewna napiła:

Ten miłuje okrutnie, ta się jem brzydziła.

79

On dziwny napój, z jadem skrytem pomieszany,

Co w nienawiść obraca ogień pożądany,

Czyni, że Angelika, skoro obaczyła

Rynalda, pogodną twarz chmurą zasłoniła

I Sakrypanta prosi dla Boga żywego

Z smętną mową i twarzą, aby tam onego

Rycerza w tamtem miejscu tak długo nie czekał,

Ale aby z nią w stronę nadalej uciekał.

80

»I tak to słabo o mnie – mówi jej – trzymacie?

»Tak mię za nikczemnego i za tchórza macie,

»Że tak łatwie od tego macie mi być wzięci

»I że was nie obronię? Tak wam to z pamięci

»Już wyszło to, com czynił w Albrace odkrycie?

»Już podobno i onej nocy nie pomnicie,

»Kiedym dla was sam a sam, a niedawno temu,

»Stanął przeciwko wojsku Agrykanowemu? «

81

Nie mówi nic i nie wie, co czynić: niebogi

Już bardzo blizko Rynald, który okrzyk srogi

Czyni na Sakrypanta i grozi mu hardzie,

Obaczywszy, że jedzie na jego Bajardzie

I że z niem w towarzystwie królewna jechała,

Która mu taką mękę i ból zadawała –

Ale, co ci dwaj dalej między sobą mieli,

W drugiej pieśni odemnie będziecie wiedzieli.

Koniec pieśni pierwszej.

II. PIEŚŃ WTÓRA

Argument

Pustelnik zmyślonemi rozdziela larwami

Między dwiema srogi bój spółmiłośnikami.

Rynald się tam obraca, gdzie go miłość wiedzie,

Ale indziej, tam, gdzie mu cesarz każe, jedzie.

Bradamanta, szukając Rugiera swojego,

Pinabella najduje niesprawiedliwego,

Pinabella z Magance, od którego ręku

Mało nie ginie, ale wiesza się na sęku.

Alegorye

Przez wiarę, którą Rynald i Sakrypant dał zaraz fałszywem namowom ducha, od pustelnika posłanego, takie przez rozboje i tarcz uczarowaną starego Atlanta znaczy się w tej wtórej pieśni, jako i gdzieindziej w tej księdze, gwałt i oszukanie, których używają żądze te cielesne przeciwko rozumowi i cnocie człowieczej. W Pinabellu, który chce stracić białogłowę, która dla jego dobrego jedzie, znaczy się, te złe i niewdzięczne przyrodzenie nie zwycięży się żadnem dobrodziejstwem.

1. Skład pierwszy

O zła, niesprawiedliwa, bezecna miłości!

Przecz nasze żądze trzymasz tak rzadko w sforności?

Co masz stąd za pociechę, że się nie zgadzają

Dwie serca i że wole przeciwne miewają?

Nie każesz iść przez miałkie i przez jasne brody,

Ale mię pchasz w głąb na dno w pomącone wody;

Ciągniesz mię gwałtem od tej, co mię rada widzi,

A tę każesz miłować, co mię nienawidzi!

2

Twa to sprawa, że Rynald tak sobie smakuje

Angelikę i tak ją okrutnie miłuje,

Gdy się jem ona brzydzi; a gdy się kochała

Ona w niem, chęci po niem namniejszej nie znała.

Brzydził się ją, jak wężem; atoli mu ona

Wzgarda jest nienagorzej od niej nagrodzona,

Bo go sobie tak barzo teraz obmierziła,

Żeby na śmierć, niżli nań, prędzej zezwoliła.

3

Rynald na Sakrypanta krzyknie w onej dobie:

»Zsiądź mi z konia, złodzieju! Nic ja darmo sobie

»Nie dam wziąć; weźmieli kto, na kupi utraci

»I dobrze mi to pewnie i drogo zapłaci.

»A nietylko chcę konia od ciebie własnego,

»Ale i tej tak pięknej panny, boś takiego

»Towarzystwa nie godzien; taki też łotrowi

»Koń się nigdy nie zejdzie, ani złodziejowi«.

4

»Łżesz, jako pies, abym ja miał być złodziej jaki

»Albo łotr, jako mówisz; sameś raczej taki,

»Jako od ludzi słyszę, jakom się dowiedział«.

– Z niemniejszem mu Sakrypant fukiem odpowiedział –

»Wnetże się to da widzieć, który z nas mocniejszy

»I który i tej panny i konia godniejszy.

»Co do panny, w tem z tobą nie rozumiem różno,

»Że tak pięknej na świecie drugiej szukać próżno«.

5

Jako więc pospolicie dwaj psi na przestrzeni,

Z różnych przyczyn wzajemnie z sobą powadzeni,

Pierwej na się z daleka warczą i szczekają,

A oczy się jem świecą i ogniem gorają,

Potem z najeżonemi na grzbietach sierciami

Ostremi, jako wściekli, sieką się zębami:

Tak w ten czas od słów i od uszczypliwej mowy

Szli do szabel Sakrypant i syn Amonowy,

6

Ten pieszo, ów na koniu. – Ale wy mniemacie,

Że miał konny przed pieszem? – I owszem tak macie,

Że nie mia! nic; trudniej daleko jeznemu

Przyszło czynić w tem boju, aniźli pieszemu.

Wiecież, czemu? – Ten koń miał dowcip przyrodzony

I nie chciał, aby jego pan bel obrażony.

Ani ręką, ani go może zbić ostrogą,

Aby jeden krok stąpił, gdzie chce jeździec, nogą.

7

Kiedy chciał w skok i w zawód, to mu się zasadził,

Choć mu ostrogi dobrze o boki zawadził;

Kiedy zaś lekkiem cwałem albo myślił kłusać,

Rozpierał się na miejscu i nie chciał się ruszać

I między nogi głowę kładł sobie z wierzganiem;

A nie mogąc mu odjąć uporu karaniem,

Prawą ręką na przedniem łęku wyniesiony,

Skoczył z niego Sakrypant żartko z lewej strony.

8

Kiedy już zbył król z Cyrkas konia w snadnem skoku

Tak dziwnego, było co widzieć, kiedy w kroku

Przeciw sobie rycerze tak wielcy stanęli

I strasznemi razami sięgać się poczęli,

Mieczmi gołemi siekąc jeden na drugiego

To z wierzchu, to ze spodu; u Wulkanowego

Ogniska Cyklopowie ognistemi młoty

Ledwie tak Jowiszowej pilnują roboty.

9

To pełne, to zmyślone i skąpe czynili

Sztychy; znać, że się oba szermować uczyli.

To wyciągnieni, to w się ściśnieni i zbici,

Raz za tarczą, drugi raz potrosze odkryci,

Czasem wprzód, czasem nazad kroków pomykają,

To miejsce cięciom dają, to je odbijają,

Nakoło idąc; a gdzie jeden ustępuje,

Na to miejsce zarazem drugi następuje.

10

Wtem jakoś barzo blizko Rynald zapędzony

Pod Sakrypanta wszytek podpadł, podsadzony,

Który mu przecię zbytniej wystawił miąższości

Puklerz, z stali i twardej urobiony kości.

Ciął nań Rynald fusbertą tak barzo, że lasy

Zadrżały, uderzone dźwiękiem w one czasy,

I że się przyszło padać stali i żelazu,

A temu ramię ścierpło od tęgiego razu.

11

Jako skoro lękliwa dziewka obaczyła,

Że fusbertą żelazo i kość przepędziła

I że jej rycerz mocno tak beł uderzony,

Zbladła, jako złoczyńca, na śmierć wywiedziony.

Tak się jej zda, że dłużej nie trzeba tam czekać,

I myśli przed Rynaldem co prędzej uciekać,

Którego ona sobie tak barzo zbrzydziła,

Jako jemu przeciwnem kształtem była miła.

12

I w inszą stronę zaraz rzuciwszy wodzami,

Uciekała ciasnemi w gęstwie drożyskami,

Ustawicznie bladą twarz nazad obracając

I, że za sobą miała Rynalda, mniemając.

Jeszcze była nie barzo wiele ujechała,

Gdy pustelnika w pewnej dolinie potkała;

Brodę miał aż do pasa, sam beł na wejźrzeniu

Nabożny, w zakonniczem i podłem odzieniu.

13

Laty, a jeszcze barziej posty wycieńczony,

Na leniwem osiełku jechał pochylony.

Zdało się, że tych świeckich, doczesnych, odmiennych

Zaniechawszy, myśl w rzeczach utopił zbawiennych.

Ten, kiedy go na onej nadjachała drodze

Panna z anielską twarzą i widział, że srodze

Pobladła i że z troski i z trudu zemdlała,

Żal go ujął, widząc, co nędznica cierpiała.

14

Prosiła, aby się jej użalił, niebogi,

I naprostszej z onych miejsc nauczył jej drogi,

Którąby do morskiego portu dojechała,

Chcąc, żeby o Rynaldzie więcej nie słyszała,

Jechać z Francyej. Mnich, co czarnoksięstwo umiał,

Cieszył ją tak, jako mógł i jako rozumiał,

Obiecując, że wkrótce snadno miał być zdjęty

Z niej on kłopot; a zatem sięgnął do kalety

15

I foremnej z niej dobył z pargaminu księgi;

Którą skoro otworzył, rozwiązawszy wstęgi,

Ledwo co jednę kartę przeczytał u kraja,

Wyszedł szatan w postaci lekkiego lokaja,

A ten mu rozkazuje. Klątwą przymuszony,

Pobiegł duch zły z zapędem, gdzie bel wyprawiony,

Gdzie się mieczmi gromili oni dwaj rycerze,

I skoczywszy między nie, stanowi przymierze.

16

»Powiedzcie mi – mówi jem – cobyście wskórali,

»Choćbyście na ostatek się pozabijali?

»I co za korzyść za te trudy swe weźmiecie,

»Skoro skończycie, skoro bić się przestaniecie,

»Jeśli grabia z Anglantu – podobno go znacie? –

»Nadobną Angelikę, o którą wy macie

»Taki spór między sobą i taki bój srogi,

»Ma bez zwady, bez prącej i bez żadnej trwogi?

17

»Potkałem ich stąd w mili: do Paryża jadą

»Szydząc z was, że się z taką jadowitą zwadą,

»Z takiem zażarciem na się – tak im zły duch plecie –

»Bez pożytku żadnego tak długo bijecie.

»Lepiejby się podomno śladem puścić za niem:

»Doścignęlibyście go jeszcze mojem zdaniem;

»Bo jeśli do Paryża wjedzie z nią bezpiecznie,

»Jużeż po niej, jużeście stracili ją wiecznie«.

18

Widzielibyście byli, jaką postać mieli

I jako się obadwa byli zapomnieli

Na tę nowinę smętni i ukłopotani,

Że od spółmiłośnika beli oszukani.

Amonów syn do swego Bajarda odchodził,

A wzdychaniem swą żałość sam sobie rozwodził;

Na ostatek Orlanda, rozgniewany srodze,

Przysiągł zabić, jeśli go doścignie gdzie w drodze.

19

Przyszedłszy, gdzie stał Bajard, zaraz go dosiada

I bieży na niem na cwał i stamtąd wypada;

Odjeżdżając: »Bądź łaskaw!« temu nie powiadał,

Nie rzkąc, aby go prosił, aby beł zań wsiadał.

Koń kłóty ostrogami, wali, łamie, psuje,

Cokolwiek mu zawadza i co go hamuje;

Ani go rzeki, ani błota, ani głogi,

Ani skały żadne zbić mogą z prostej drogi.

20

Ale się dziwujecie, widzę, Bajardowi,

Że się teraz tak łatwie dał wziąć Rynaldowi,

Co przedtem niejeden dzień musiał biegać za niem,

Goniąc go to tam, to sam z gniewem, narzekaniem.

Wiedzcie, że miał człowieczy zmysł i nie ze złości,

Nie z narowu to czynił, nie z niepowolności,

Ale aby prowadził pana tam, gdzie była

Angelika, bo wiedział, jako go paliła.

21

Widział, kiedy z namiotu w pole wypadała,

I wszędzie jej pilnował, gdzie się obracała;

Wszędzie za nią biegł w tropy, wszędzie o niej wiedział,

To dlatego, że w on czas pan na niem nie siedział.

Bo pojedynek z wielkiem jednem w onej dobie

Rycerzem pieszo czynić rzekli beli sobie.

Potem z daleka za nią ustawicznie chodził,

Bo ją wprowadzić w ręce panu swemu godził.

22

Myślił go na nię nawieść i dlatego lasem

Napierwej się wprzód przed nią puścił onem czasem;

Nie chciał jej jednak na się dać wsieść, żeby była

W inszą się stronę na niem gdzie nie obróciła.

On to sprawił, że się z niem potkała dwa razy,

Chocia okrom pożytku dwie stąd wziął przekazy:

Pierwszą, jeśli pomnicie, miał od hiszpańskiego

Rycerza, a od króla drugą cyrkaskiego.

23

A teraz piekielnemu onemu duchowi,

Który katajskiej dziewki stopy Rynaldowi

Omylne pokazował i ślad nieprawdziwy,

Uwierzył także Bajard i czekał cierpliwy.

Rynald we wszystkiem biegu bieży i kieruje

Do Paryża, a coraz bojcem go zajmuje.

Gniew go i miłość grzeje, a biegł tak teskliwy,

Że nie rzkąc koń, ale wiatr zdał mu się leniwy.

24

Prawie do samej nocy i kiedy już mroki

Wstają, co wszytkie biorą wzrokowi widoki,

Gonił grabię Orlanda Rynald rozgniewany:

Tak barzo beł od ducha złego oszukany!

Potem tak długo jeździł rano i wieczorem,

Wszytko wielkiem gościńcem, wszytko bitem torem.

Aż ujźrzał miasto, w którem cesarz się zawierał

I ostatki swoich wojsk pogromionych zbierał.

25

Bo, że od Agramanta króla oblężenia

Spodziewał się, potrzeby to do pożywienia,

To do obrony z wielką pilnością gotował,

Wałów i zaniedbanych murów poprawował.

Przykopu wgłąb podbiera, który miasta strzeże,

Baszty strzelbą i mocne opatruje wieże;

Pomyślą do Angliej dla ludzi wyprawić

I znowu świeże ludzie, świeże wojsko sprawić.

26

Chce znowu wyniść w pole z swojemi wojskami,

Znowu zamyśla skusić Marsa z Murzynami.

Rynalda wyprawuje zaraz w drogę nową

Do Brytanów, które dziś Anglikami zową;

On się gryzie, nie przeto, żeby tamtych krajów

I tamtej ziemie nie rad widział obyczajów,

Ale stąd, że mu zaraz wsiadać rozkazano,

Że mu dnia na ostatek wytchnąć tam nie dano.

27

Nic barziej nie po myśli było Rynaldowi

Nad to, że nie mógł dosyć swemu zamysłowi

Uczynić i szukać tej, co mu zadawała

Taki ból i serce mu z piersi wydzierała;

Ale nie mógł inaczej, musiał biedź przez dzięki,

Posłuszny cesarzowi: mus ma swe osęki.

Do Kales w kilka godzin przypadł w onej dobie

I zarazem wsiadł w okręt, nie wytchnąwszy sobie.

28

Prawie nad wolą wszytkich ćwiczonych żeglarzów

I mimo doświadczonych radę marynarzów

Wsiadł, chcąc się prędko wrócić; morze się burzyło

I wielką niepogodą i chmurą groziło.

Z swych lekce poważonych sił wiatry gniewliwe

Poczęły wody mięszać i wały straszliwe

Miotać z takiem zapędem i z taką wściekłością,

Że się w okręt wdzierały z wielką nawałnością.

29

Co więtsze żagle biegli żeglarze spuścili,

Radziby zaś, by jako nazad się wrócili

Do tychże portów, z których wyszli dla przyczyny

Skwapliwego rycerza onej złej godziny.

Wiatr, że bez pozwolenia jego tej śmiałości

Użyli, pełen gniewu i zapalczywości,

Dmie okrutnie i grozi, że ich na dno wpędzi,

Jeśli chcą iść gdzieindziej, nie tam, gdzie ich pędzi.

30

Raz go z prawej, drugi raz z lewej mają ławy,

A co raz więtszy wstaje. Ćwiczeni w te sprawy

Żeglarze nizkie tylko żagle wyciągają

I nakoło głębokie morze przebiegają –

Ale iż różnych postaw i nici mi trzeba,

A wszystkie jednem razem rozpocząć potrzeba,

Rynalda miotanego po morzu zapomnię,

A o cnej Bradamancie teraz co przypomnię.

31

Nieporównanej siły dziewica to była,

Która niedawno z konia Sakrypanta zbiła.

Godna takiego brata, Rynalda rodzona,

Z Amona i Beaty księżny urodzona,

Po wszytkiej się Francyej męstwem i śmiałością

I na cesarskiem dworze wsławiła dzielnością.

Jeśli miał wielką sławę Rynald, jej rodzony,

Ona pewnie niemniejszą miała z każdej strony.

32

Miłował ją bohatyr daleko wsławiony,

Co z Afryki chciwością sławy uwiedziony,

W ten kraj beł przyszedł z wojskiem króla Agramanta.

Spłodził go Rugier z pięknej córki Agolanta,

A ta, co się nie ze lwa dzikiego zrodziła

I nie z niedźwiedzia, takiem sługą nie gardziła;

Acz nieprawie łaskawe szczęście na się mieli,

Bo się raz tylko zeszli i z sobą widzieli.

33

Odtąd szukała swego miłego, którego

Zwano tak, jako ojca; a nigdy żadnego

Towarzystwa więc z sobą miewać nie chciewała

I sama tylko w drogę nadalszą jeżdżała,

Tak bezpieczna, jakby jej sto koni jeździło.

A kiedy się jej dobrze na on czas zdarzyło

Z Sakrypantem, wprzód przez las, więc przez górę długą

Przejechawszy, stanęła nad wesołą strugą,

34

Co pośrzodkiem zielonej łąki szła cieniami

I wysokiemi zewsząd okryta drzewami,

Upragnione pielgrzymy często napawając

I na wczasy po przykrem trudzie namawiając;

Pagórek ją uprawny od gorących bronił

Południowych promieni i sobą zasłonił.

Tam skoro bystrem okiem z trafunku pojźrzała

Bradamanta, rycerza jakiegoś ujźrzała,

35

Rycerza, który w miłem i przyjemnem chłodzie

Przy pięknej, przejźrzoczystej, kryształowej wodzie

Na brzegu zamyślony siedział miedzy drzewy

W cieniu, które Febowe hamowały gniewy.

Hełm niedaleko niego wisiał hecowany

U wysokiego dębu, koń stał uwiązany;

Głowę miał pochyloną ku ziemi, wzrok smutny:

Znać, że go jakiś trapił srogi żal, okrutny.

36

Żądza ta, którą wszyscy z przyrodzenia mamy,

Że się o cudzych rzeczach radzi więc pytamy,

Sprawiła, że dziewica o jego żałości

I o przyczynę pyta wielkiej doległości.

Nie trzymał jej na słowie, namniej nie odkładał

I zaraz jej, o co się frasował, powiadał.

Bo imo ludzkość, której ku niemu użyła,

Znał z postaci, że mężnem bohatyrem była.

37

»Prowadziłem – powieda – jezdy i piechoty

»Do obozu tam, kędy cesarz pod namioty

»Marsylego nad górą Pireny pilnował,

»Aby mu wstręty czynił i przeście hamował;

»I miałem z sobą pannę cudownej gładkości,

»Dla której dotąd serce gore mi z miłości;

»Niedaleko Rodanu ujźrzę wtem przy błoniu

»Zbrojnego, siedzącego na skrzydlatem koniu.

38

»Ten, lubo był w śmiertelne ciało obleczony

»Człowiek, lubo piekielny duch zły potępiony,

»Skoro obaczył dziewkę moję ukochaną

»I onę jej niebieską gładkość niezrównaną,

»Jako sokół, gdy na dół dla obłowu leci,

»Porwie ją, spadszy żartko, i precz z nią odleci;

»Ledwiem się postrzegł, skoro przypadł ten dziw srogi,

»A jużem na powietrzu wrzask słyszał niebogi.

39

»Tak więc ukrada kania kurczę odłączone

»Kokoszy i paznogciem unosi ściśnione,

»A ta na swą niepilność narzeka po dworze

»I na swą zgubę gdacze i darmo krokorze.

»Myślę sobie, co czynić? Na powietrzną drogę

»Nie zejdę się bez skrzydeł, a latać nie mogę.

»On się zawarł na skale; koń mam zmordowany

»Z twardej, skalistej drogi, samem spracowany!

40

»Ale jako ten, cobym radniej był otwarte

»Piersi u siebie widział i serce wydarte,

»Bez rządu i bez wodza ludziem wprzód wyprawił,

»A samem się tu szukać straty swej zabawił.

»Gdzie był przystęp snadniejszy, gdzie mniej przykra skała,

»Jeździłem to tam, to sam, jak miłość kazała,

»I gdziem mniemał, żem naleść miał rozbójcę, który

»Uniósł mój skarb lotnemi po powietrzu pióry.

41

»Tydzieniem cały jeździł rano i wieczorem,

»Nie drogą, ani ścieszką, ani bitem torem,

»Ale po górach, skałach, kamieniach, gdzie znaku

»Stopy ludzkiej nie było i żadnego szlaku,

»Ażem trafił dolinę do przebycia trudną,

»Straszną z jaskini gęstych, pustą i nieludną,

»Gdzie we śrzodku na skale pięknie położony

»Stał zamek, mocnem murem wkoło otoczony.

42

»Świecił się, jako ogień, i błyszczał z daleka,

»Nie od śmiertelnej ręki, ani od człowieka,

»Nie z cegły urobiony, nie z jakich kamieni,

»Ale, jakom sprawę wziął, czarci nauczeni,

»Kadzeniem i mocnemi przyzwani klątwami

»I przymuszeni gwałtem mądremi rymami,

»Z samej go tylko szczerej stali zbudowali,

»Którą z ogniem stygijską wodą hartowali.

43

»Ona stal tak jest świetna, tak gładka, że skazy

»Ani rdze, ani żadnej mieć nie może zmazy.

»W nocy, we dnie po wszytkiej okolicy krąży,

»Tu się wraca, kiedy się zdobyczą obciąży.

»Nic od niego bezpieczno nie jest: tylko łają,

»Tylko klną, tylko za niem z daleka patrzają.

»Tam moję dziewkę zawarł, a ja z żalu mdleję,

»Bo, abym jej wzad dostał, straciłem nadzieję.

44

»I tak teraz, niestetyż, tylko się dziwuję,

»Tylko niedostępnego zamku tu pilnuję;

»Radzić sobie nie mogę, tak, jako lisica,

»Kiedy słysząc, że głodna na gniaździe orlica

»Łupi miłego syna, kręci się strapiona

»I na pomoc nie może iść, z piór obnażona;

»Tak nikomu przystępu nie da przykra skała,

»Krom ptaków, które w skrzydła natura ubrała.

45

»Gdym tak u zamku czekał i u onej skały,

»Przywiódł tam dwu rycerzów jakiś karzeł mały,

»Którzy mi do dawnych żądz nadzieje przydali,

»Ale próżno, bo i ci niewiele wskórali.

»Obadwa byli sławni i wielcy mężowie:

»Ten się Gradasem, królem serykańskiem, zowie,

»Ten zaś Rugier, bohatyr młody, w samej porze,

»Sławny na afrykańskiem z męstwa swego dworze.

46

»»Przyszli ci – mówi do mnie karzeł – chcą spróbować

»»Swego szczęścia i męstwa, chcą się pokosztować

»»Z tem panem tego zamku, z tem rozbójcą srogiem,

»»Co we zbroi na ptaku jeździ czworonogiem««.

»Jam ich zasię tak prosił: Prze Bóg się zmiłujcie,

»A w mojem utrapieniu ciężkiem mię ratujcie!

»Jeśli się wam zdarzy ten straszny dziw okrócić,

»Chciejcie mi nazad pannę, którą mi wziął, wrócić.

47

»Potem, gęstemi łzami żal mój potwierdzając,

»Powiadałem, jakom ją stracił, nic nie tając.

»Oni mnie – Bóg jem zapłać – łagodnie cieszyli,

»Potem z góry wysokiej na równią schodzili.

»Z dalekam patrzał na nich, kiedy się potkali,

»Prosząc Boga za niemi, aby bój wygrali.

»Podle zamku równiny beło na opoce

»Tak wiele, jako człowiek ciśnie dwakroć z proce.

48

»Beło pod samem zamkiem niemałe spieranie

»Między niemi na on czas o pierwsze potkanie;

»Atoli się przecię wprzód potkał Gradas śmiały,

»Lub mu Rugier ustąpił, lub tak losy chciały.

»A skoro ducha dodał mocnego rogowi,

»Dawając znać brzydkiemu czarnoksiężnikowi,

»Skoro on dźwięk usłyszał, wyjechał ochotny,

»Wszytek w zupełnej zbroi, a pod niem koń lotny.

49

»Naprzód wzgórę lekkiemi uważony pióry,

»Pomału się podnosi, jako żóraw, który

»Napierwej się zapuszcza nogami prędkiemi,

»Potem nizko podlata tuż przy samej ziemi;

»Ale kiedy już skrzydła rozciągnie szeroko,

»Niedościgłemi pióry wzbija się wysoko:

»Tak czarownik na on czas w górę beł wyleciał,

»Że ledwie ptak Jowiszów wyszszej kiedy wzleciał.

50

»A kiedy zaś zrozumiał, kiedy beło trzeba,

»Spadł, jako szyb, ścisnąwszy skrzydłami, od nieba

»Tak, jako prędki sokół po gołębia spada,

»Albo po kaczkę, co dzień albo dwa nie jada;

»Z wielkiem, złożonem drzewem i on spadł z wysoka

»Podobno jeszcze prędzej, niżli w mgnieniu oka.

»Gradas ledwie postrzeże, że spada, a ono

»Albo tuż nad niem, albo już go uderzono.

51

»Barzo go czarnoksiężnik na on czas pogromił

»I na pierwszem starciu oń kopią ułomił.

»A Gradas tylko wiatr siekł i machał po wietrze

»Bez skutku, bo mu zaraz ubiegł na powietrze.

»Od tak ciężkiego razu i od tak mocnego

»Uderzenia onego rycerza lotnego

»Alfana, Gradasowa klacz, paść musiała,

»Chocia równia urodą i dziełem nie miała.

52

»Wszytkie gwiazdy od nieba czarnoksiężnik zmierzył

»I na nieostrożnego Rugiera uderzył;

»Na Rugiera uderzył, kiedy nań nie patrzył,

»Bo się beł na Gradasa, kiedy padł, zapatrzył.

»Poznał Rugier, że siły namniej nie żałował

»I że dobrze przyłożył, koń pod niem szwankował,

»A kiedy się obrócił i chciał go ciąć mieczem,

»Szedł wzgórę, ledwie okiem dościgły człowieczem.

53

»To króla z Serykany, to Rugiera bije,

»To w łeb, to w piersi, to w grzbiet: a kto go pożyje?

»Oni darmo wiatr sieką i darmo machają,

»Szkodzić mu nic nie mogą, kiedy piór nie mają.

»Czasem przestrone czyni po powietrzu koło,

»W tamtego wrzkomo mierzy, a temu da w czoło.

»Obiema kładzie dziwne na oczy zasłony,

»Że nie widzą, od której ich załata strony.

54

»Między dwiema na ziemi, a trzeciem od nieba

»Trwała ona potyczka i ona potrzeba

»Dotąd, aż noc i ciemne mroki nastąpiły,

»Które swemi cieniami wszytek świat okryły.

»Nic nie przydawam nad to, co było: oto tem

»Okiemem na to patrzał, ale przedsię o tem

»Nie każdemu powiadam; bo tak wielkie dziwy

»Barziej na bajki poszły, niż na czyn prawdziwy.

55

»Puklerz wielki, ogromny, na którem pokrowiec

»Był piękny, atłasowy, uskrzydlony łowiec

»Zawiesił beł na sobie, na lewem ramieniu;

»Że go tak długo nie zdjął, to mi w podziwieniu.

»Każdemu, co nań wejźrzał bez pokrowca, oczy

»Zaćmił we mgnieniu oka – tak beł dziwnej mocy –

»Że upadał na ziemię podobny trupowi

»I dostawał się więźniem czarnoksiężnikowi.

56

»Niemasz na świecie drugiej tak świetnej światłości,

»Jako się on lśniał puklerz, jakiej beł jasności,

»Na którą paść obadwa rycerze musieli,

»Kiedy wzrok utracili i mało widzieli.

»I jam zmysł, choć z daleka, stracił był, lecz zasię

»Przyszedłem wżdy do siebie po niemałem czasie.

»Więcejem ich nie widział i karła w równinie,

»Tylko plac próżny, a mrok w górze i w dolinie.

57

»I dlategom rozumiał o lotnem rycerzu,

»Że mocą tego blasku, który miał w puklerzu,

»Mnie nadzieje, a onych pozbawił wolności,

»I tak zostawam w pierwszej nieszczęsnej żałości.

»Potemem żegnał zamek czarnoksiężnikowy,

»Gdzie był mój skarb zawarty, ostatniemi słowy.

»Teraz mi powiedz, jeśli mąk, które pochodzą

»Z miłości, wszytkich inszych moje nie przechodzą?«

58

Tak powiedając swoje żałości i szkody,

Do swych się smutków wrócił. Beł to grabia młody,

Pinabel, syn Andzelma starego – kto słyszał –

Z Magance, co się z Brzegu Wysokiego pisał,

Który nie chciał, aby się sam tylko najdował

Dobry w swem złem narodzie, i tak się sprawował

Że nie tylko z swojemi drugiemi porównał

W sprosnych, obrzydłych grzechach, ale je przerównał.

59

Z różną twarzą nadobna Bradamanta wieści

I tej Magańczykowej słuchała powieści.

Bo skoro o Rugierze zrazu usłyszała,

Na twarzy się wesołą być pokazowała;

Ale skoro przypomniał, że w okowy wzięty,

Ujął ją żal i smętek wielki, niepojęty.

I nie raz, nie dwa mówił Pinabel z początku,

Bo się chciała wszytkiego dowiedzieć do szczątku.

60

A gdy się wypytała o wszytkiem statecznie:

»Śpi na oboje ucho – powiada – bezpiecznie

»I możesz ten dzień sobie poczytać szczęśliwy,

»Żem cię tu natrafiła. Nie bądź nic wątpliwy:

»Wiedź mię zaraz na zamek, gdzie w pierze ubrany

»Jest ten koń z swojem panem i twój skarb kochany;

»Tuszę, że twoja praca nie będzie daremną,

»Jeśli szczęście łaskawie obejdzie się ze mną«.

61

»Mnieć o to nic – powiada – ukażę ja drogę

»I kroki darmo tracić tobie kwoli mogę,

»Straciwszy co więtszego, albo wszytko raczej,

»Kiedy tak chcesz, kiedy być nie może inaczej.

»Ale namyśl się dobrze: Coć po tej śmiałości?

»Szukać śmierci lub miłej zbawić się wolności?

»Bo jeśli cię zabije, albo da okować,

»Jako inszych, to mnie zaś będziesz chciał winować«.

62

To rzekszy, szedł do konia i wsiadszy nań, jedzie,

A mężną Bradamantę prowadzi i wiedzie,

Która koniecznie myśli kwoli Rugierowi

Zginąć albo łeb uciąć czarnoksiężnikowi.

Wtem za niemi posłaniec spiesznie pojeżdżając,

Biegł: »Postójcie! postójcie!« zdaleka wołając,

Co Sakrypantowi dał sprawę, że to była

Ta, która go na drodze z konia drzewem zbiła,

63

A teraz od Narbony niósł jej rzeczy nowe

I od Monpolieru, że Agramantowe

Chorągwie mniejsze zamki z jednostajnej zgody

Podnosiły ze wszytkiem brzegiem martwej wody

I to, że w Marsyliej nie dobrze szły rzeczy

I że w niebezpieczeństwie będzie bez odsieczy

I że go z tem i teraz do niej wyprawiła

Prosząc, jako powinna, aby jej broniła.

64

Marsylią ze wszytkiem żyznem jej powiatem

I to, cokolwiek między Rodanem bogatem

I między Warem leży, cesarz był darował

Amonownie, bo ją czcił i barzo miłował.

Widywał ją więc często na dworze w gonitwach

I wiedział, jako sobie poczynała w bitwach.

Teraz, jakom powiedział, beł ten wyprawiony

Do niej od Marsyliej posłaniec w te strony.

65

Długo tam Bradamanta myśliła, wątpliwa,

Co czynić: tam ją i cześć i powinność wzywa,

Tu jej zasię radziła i rozkazowała

Miłość silna, która jej serce zagrzewała.

Ale się naostatek namyśla i woli

Iść, gdzie tuszy, że swego Rugiera wyzwoli.

Chce, jeśliby nie mogła skrzydlatemu sprostać

Rycerzowi, w pęcie z niem i w więzieniu zostać.

66

Atoli przecię dała odkaź tak łaskawy

Posłańcowi, że się zdał być wesół z odprawy,

I zaczętą kończyła drogę z Magańczykiem

Pinabelem, na ten czas swojem przewodnikiem;

Który postawę zmienił, z mów onego posła

Wiedząc, że z tego domu i rodziny poszła,

Który tak nienawidzi: wie, coby działała,

Gdzieby, że z maganckiego domu beł, wiedziała.

67

Między domem z Magance, a domem tej córy

Była sroga nieprzyjaźń i wielki spór, który

Trwał dotąd od dawnych lat. Często się bijali

Między sobą, często krew wzajem rozlewali;

Dlatego teraz nad nią uczynek złośliwy,

Zdradziecki chce wykonać grof niesprawiedliwy,

Albo, czas upatrzywszy, samę ją zostawić,

A sam się w inszą drogę ukradkiem wyprawić.

68

I tak mu wszystkie zmysły w on czas opanował,

Tak go strach wielkooki za serce ujmował,

Tak wrodzona nienawiść, tak go bodły trwogi,

Że ustąpił w jeden las z zamyślonej drogi.

Śrzodkiem lasu szła góra, w której końcu skała

Ostra z żywych kamieni przykro się wydała;

A książęcia z Dordony córka za niem jedzie

Wszędzie, gdzie się obróci i gdzie konia wiedzie.

69

Myślił sobie po cichu chytry w onem czesie

Pinabel, żeby jej zbył jako w onem lesie.

»Trzeba się nam – powiada – śpieszyć za pogody,

»I póki noc nie zajdzie, do jakiej gospody;

»Za tą górą, zda mi się, ma być przy dolinie

»Jeden piękny zameczek w przestronej równinie.

»Lepiej wiedzieć, niż mniemać: ja na skałę wjadę

»I dowiem się; ty czekaj, a ja wnet przyjadę«.

70

To rzekszy, konia zaciął i od niej poskoczył

I na stronę do góry skwapliwy wyboczył,

Upatrując, jeśliby drogi nie najechał,

Którąby jej jako zbył i cicho odjechał.

Skoro wjechał na skałę przykrą i wysoką,

Nalazł jaskinią, łokci trzydzieści głęboką,

Od oskard wykowaną i twardego młota;

Sama szła w głąb, a miała jedne wielkie wrota;

71

Wielkie, szerokie wrota nizko w dole miała,

Któremi przystęp w dalszą, wielką sień dawała;

Do wierzchu ode spodku światłość wychodziła,

Jakoby się na dole pochodnia paliła.

Kiedy tam stał wątpliwy, córka Amonowa,

Co z daleka jechała za niem, nie gotowa

Czekać, jako jej kazał, bo się błędu strzegła,

U onej go jaskiniej, gdzie czekał, nadbiegła.

72

Kiedy mu sztuka nie szła, którą chciał wyprawić

Nad nią, kiedy jej nie mógł samej tam zostawić,

Żeby beł od niej wolny, wymyślił niecnota

Nowy fortel zbawić ją zdrowia i żywota.

Puścił się przeciwko niej i kazał jej w górę

Jechać i ukazał jej w onej skale dziurę,

Powiedając, że widział na dole w jaskiniej

Jednę pannę, gładkością podobną boginiej,

73

I że znać po postaci i po drogiej szacie,

Bo się beła ubrała strojno i bogacie,

Że była z wysokiego stanu i od ręki,

Nie wie, czyjej była tam trzymana przez dzięki,

I że już się beł począł na dół spuszczać po niej,

Aby się był dowiedzieć mógł wszystkiego o niej;

Ale ktoś nieznajomy bronił tego pilnie

I ciągnął ją do głębszej jaskiniej usilnie.

74

Jako śmiała, tak zasię nieostrożna była

Bradamanta: wszytkiemu zaraz uwierzyła.

Myśli panny ratować i puścić się sama

W dziurę, którą przestrona miała w sobie jama.

Upatrując sposobu, ujźrzy dąb zdaleka

Z rozłożystem gałęziem, sadzony od wieka,

I dobywszy ostrego miecza, jednę utnie

I wraca się i w jamę popuszcza ją chutnie.

75

Ucięty koniec grabi dała trzymać w ręce,

A sama się spuszczała na dół po osęce.

Pierwej nogi przed sobą w jaskinią puściła,

Potem się na ramionach za niemi ważyła.

Rozśmieje się Pinabel zatem, bo rozumie,

Że tam zginie, i pyta, jeśli skakać umie?

»Duszkoż – prawi – mieć cię tu ze wszystkiem plemieniem

»I zgładzić je do szczęta zaraz i z nasieniem!«

76

Wtem ją zdrajca upuścił. Fortuna tak chciała,

Że tam śmierci niewinnej dziewki uchowała,

Bo się osęka długa u spodku złamała,

Kiedy w grunt uderzywszy, ziemie doleciała.

Przepadłać się, ale ją przecie utrzymała,

Gdy się w cieśniejszem miejscu powoli łamała.

Nim wstała, długą chwilę leżała tam potem –

Ale wam w drugiej pieśni wolę śpiewać o tem.

Koniec pieśni wtórej.

III. PIEŚŃ TRZECIA

Argument

Nadobna Bradamanta, przyszedszy ku sobie

Po wysokiem spadnieniu w ciemnej onej dobie,

W jaskiniej prorokinią Melissę najduje,

Która jej zacnych wnuków postać ukazuje,

A potem jej przestrogi dawa i nauki,

Jako w niwecz obrócić Atlantowe sztuki,

Jako pierścień chytremu odjąć Brunellowi,

Jako wolność z inszemi wrócić Rugierowi.

Alegorye

W tej trzeciej pieśni, w której poeta przepowiada i ukazuje potomki zacnego domu esteńskiego pierwej, niźli się urodzili, Bóg chce, aby osoby zacne beły światu znajome przedtem, niż wynijdą na świat, i żyjąc i po śmierci. Przeciwnem obyczajem ludzie nikczemni i marni, ledwie może rzec, że żyją, póki tu są na świecie, ale tylko cień i liczbę czynią.

1. Skład pierwszy

Kto mi głos, kto tak słowa wyborne daruje,

Jakiej tak zawołana sprawa potrzebuje;

Kto przytknie lekkie skrzydła do wiersza mojego,

Żeby doleciał mego zmysłu wysokiego?

Trzeba, żeby mię ogień zagrzewał obfity,

Dobrze gorętszy, niż ten zwykły, pospolity,

Bo ta część właśnie panu mojemu należy,

Co śpiewa jego dziady, skąd jego ród bieży;

2

Nad który między rody wszytkiemi zacnemi,

Których niebo obrało rząd czynić na ziemi,

O Febie, co przenikasz wszytko okiem swojem,

Nie widzisz zacniejszego bojem i pokojem,

I któryby swą zacność w dłuższy wiek zachował,

I zachowa, jeśli ten, któryś mi darował,

Duch wieszczy mię nie myli, dokąd swą obręczą

Nieba około polów kołem się pokręcą.

3

A chcąc śpiewać jego czci godne, jako trzeba,

Nie mojej by mi lutni, ale twej potrzeba,

Którąś ty bogi cieszył i czynił wesele

Jowiszowi, gdy wściekłe pobił dziewięsiele.

Jeśli będę miał lepsze od ciebie naczynie

Rzezać tak godny kamień, to ja na tem czynie

Chcę pokazać, co umiem, i że rzeczy skrócę,

Na to wszytek mój dowcip i siłę obrócę.

4

Teraz lada naczyniem robotę poczynać

I co z mięższego tylko kamień chcę obcinać,

Nad którem inszem czasem dłużej się zabawię

I piękniej go wygładzę i lepiej wyprawię.

Ale idę do tego teraz z pieśnią swoją,

Co nie będzie bezpieczny za tarczą, za zbroją,

Do Pinabella, mówię, grabie na Magancie,

Co się spodziewał żywot odjąć Bradamancie.

5

Mniemał zdrajca, że się tam koniecznie zabiła

I że szyję w głębokiej jaskini złomiła,

I odchodził zarazem dołu i wrot onych,

Swoją zdradą zmazanych i poplugawionych,

I wsiadszy na koń, jechał dalej ukwapliwy;

A jako ten, co beł zły i niesprawiedliwy,

Przydając grzech do grzechu, złość do złości nowej,

Pojął za sobą konia córki Amonowej.

6

Ale dajmy mu pokój: co komu inszemu

Żywot chciał wziąć, przydzie go dać jemu samemu;

A wróćmy się do panny, co zaraz u obu

Progów była w jeden czas i śmierci i grobu.

Skoro wstała po długiej chwili, ogłuszona,

Ciężkiem onem spadnieniem na bok uderzona,