Wydawca: E-bookowo Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 239 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oranżeria rodziny Williamsów - Janusz Brzozowski

Cassandra Williams po ośmiu latach nieobecności przylatuje do rodzinnego domu w Singleton (Zachodnia Australia) na odczytanie testamentu swojego wujka Denisa, który umarł od ukąszenia przez węża. Już pierwszego wieczoru po przylocie wokół Cassandry zaczynają dziać się dziwne, wręcz niewytłumaczalne rzeczy doprowadzając ją do obłędu. Z pomocą przychodzi jej ciotka, która daje jej namiary na prywatnych detektywów - Piotra i Annę Balickich, którzy postanawiają pomoc jej wyjaśnić wiele niezrozumiałych faktów. Zaskakujące wydarzenia oraz dokonane odkrycia w budynku oranżerii przez bohaterów książki sprawiają, że od początku aż po koniec tej historii trwająca akcja trzyma w napięciu i do końca nie można być pewnym, kto jest faktycznie przestępcą.                                                           
Jesteś ciekawy, kto morduje członków rodziny Williams...?

 

Janusz Brzozowski
Urodził się 58 lat temu w Polsce, w tętniących studenckim życiem  Gliwicach. Od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać pisarzem. W grę nie wchodziło zarobkowanie, lecz możliwość przelania na papier swoich odczuć, myśli, wyobraźni, której mu do dnia dzisiejszego nie brakuje. Zadebiutował już w szkole średniej, pisząc prace, w której wcielił się w postać adwokata broniąc winną popełnienia zbrodni Antygonę. Praca jego została bardzo wysoko wyróżniona. W wieku lat 27 z żoną i 3-letnią córeczką emigruje do Australii, zaliczając po drodze Austrię, gdzie spędza 2 lata. Obowiązek utrzymania rodziny oraz nauka nie pozwalały mu na oddanie się mojej życiowej pasji - pisaniu. Dopiero teraz, gdy jest już wolny od obowiązków, może pozwolić sobie na swoje przyjemności.

Janusz Brzozowski zadebiutował w roku 2010 dwoma książkami "Sen" oraz "Tydzień u rodziny" (wyd. Goneta). Książki te spotkały się z doskonałymi recenzjami krytyków oraz zainteresowaniem wśród internautów, zdobywając nagrodę w konkursie na najlepszą książkę na jesień 2010.

Opinie o ebooku Oranżeria rodziny Williamsów - Janusz Brzozowski

Fragment ebooka Oranżeria rodziny Williamsów - Janusz Brzozowski

Janusz Brzozowski

Oranżeriarodziny Williamsów

© Copyright by Janusz Brzozowski & e-bookowo

Projekt okładki: Sabina Bączkowska ISBN 978-83-62480-07-4

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowowww.e-bookowo.pl Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.  Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie I 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

JANUSZ BRZOZOWSKI

Urodził się 58 lat temu w Polsce, w tętniących studenckim życiem Gliwicach. Od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać pisarzem. W grę nie wchodziło zarobkowanie, lecz możliwość przelania na papier swoich odczuć, myśli, wyobraźni, której mu do dnia dzisiejszego nie brakuje. Zadebiutował już w szkole średniej, pisząc pracę, w której wcielił się w postać adwokata broniąc winną popełnienia zbrodni Antygonę. Praca jego została bardzo wysoko wyróżniona. W wieku lat 27 z żoną i 3-letnią córeczką emigruje do Australii, zaliczając po drodze Austrię, gdzie spędza 2 lata. Obowiązek utrzymania rodziny oraz nauka nie pozwalały mu na oddanie się mojej życiowej pasji – pisaniu. Dopiero teraz, gdy jest już wolny od obowiązków, może pozwolić sobie na swoje przyjemności.
Janusz Brzozowski zadebiutował w roku 2010 dwoma książkami „Sen” oraz „Tydzień u rodziny” (wyd. Goneta). Książki te spotkały się z doskonałymi recenzjami krytyków oraz zainteresowaniem wśród internautów, zdobywając nagrodę w konkursie na najlepszą książkę na jesień 2010.

Podziękowania

Składam serdeczne podziękowania;

Żonie, jak i moim przyjaciołom

za pomoc w napisaniu tej książki.

Janusz Brzozowsk

Rozdział 1

Poranne słońce stawało się z każdą chwilą bardziej intensywne. Przez otwarte na oścież balkonowe drzwi wdzierało się do pokoju ciepłe, wilgotne powietrze pchane poranną bryzą znad morza Andamańskiego. Odgłosy nocnego życia przyrody wolno zamierały dając zbawienną, długo oczekiwana ciszę.

Piotr Balicki siedząc na balkonie dopijał właśnie poranna kawę, kiedy zobaczył w drzwiach żonę.

– Odpoczęłaś po podróży? – spytał, widząc jej podpuchnięte oczy.

– Tak, musiałam spać bardzo twardo, bo aż oczy mnie bolą.

Przez rosnące w zagajniku bambusowe palmy prześwitywać zaczęło jaskrawe słońce.

– Zrobię ci kawy, to szybko dojdziesz do siebie – Piotr wstał z wiklinowego fotela i wszedł do pokoju.

– Jeżeli już coś widzisz, to przeczytaj sobie artykuł o nagłej śmierci miliardera z Singleton. Nigdy bym nie przypuszczał, że o takich ludziach będzie pisać tutejsza prasa.

Chwilę ciszy, jaka nastała, Piotr wykorzystał na zrobienie kawy.

– Masz jakieś konkretne plany na dzisiejszy dzień? – spytał stawiając przed żona kubek gorącego, aromatycznego płynu.

– Ja znam to nazwisko. Nie jestem pewna, czy nie poznałam bratanicy tego miliardera, Cassandry, kiedy byłam w Londynie u cioci Marysi.

– Zapomnij teraz Anno o gwałcicielach, złodziejach i mordercach. Jesteśmy na zasłużonym urlopie po naprawdę pracowitym ostatnim roku.

– Masz rację Piotrze, jednak przyznaję, że z samej ciekawości będę śledzić te sprawę.

– Śledź ją sobie, jeśli masz ochotę. Co byś powiedziała, gdybyśmy poszli już na śniadanie? – zaproponował.

– Będę gotowa za piętnaście minut. I ja jestem dzisiaj wyjątkowo głodna.

Piotr przesunął fotel w cień spoglądając na basen, gdzie woda mieniła się w blasku słońca. Nie miałbym nic przeciwko temu, by osiąść tutaj na stałe, pomyślał w momencie, kiedy niespodziewanie weszła na balkon Anna.

– Jesteś dzisiaj chodzącą błyskawicą – stwierdził patrząc na jej sexy ubranie.

Wychodząc z hotelu The Royal Palm Beach Resort w Phuket, Piotr patrzył z satysfakcją, jak mężczyźni pożerają Annę wzrokiem.

– Może zrobimy zakupy w pobliskim sklepie? – zaproponował.

– Nie może, a na pewno powinniśmy zrobić zakupy – odpowiedziała Anna.

Wchodząc do sklepu Seven-Eleven Piotr odruchowo spojrzał na zegarek. Minęła właśnie godzina jedenasta.

– Myślałam, że o tej porze grzeczni chłopcy śpią jeszcze po nocnych uciechach, a nie włóczą się po sklepach.

Słysząc te słowa Piotr zwrócił uwagę na stojącego do niego tyłem mężczyznę i wpatrzoną w niego kobietę w dużym słomkowym kapeluszu.

– Co za spotkanie Jenny, nie wiedziałem, że jesteście w Phuket. Gdzie masz swojego męża? – Mężczyzna rozejrzał się po sklepie szukając kogoś wzrokiem.

– Przyleciałam wczoraj sama, ostatnim samolotem. Musimy poważnie pogadać, Mike.

– Coś się stało?

– Tak, stało się. Denis Williams nie żyje. Przyleciałam specjalnie, ponieważ sytuacja wymaga zweryfikowania wszystkich naszych planów.

– Gdzie się zatrzymałaś?

– Mieszkam w tym hotelu, gdzie jadłeś godzinę temu śniadanie w towarzystwie młodej, bardzo uroczej dziewczyny.

Mężczyzna, który ciągle stal tyłem do Piotra poprosił ekspedientkę o papierosy i butelkę francuskiego szampana, jaki stał na półce.

– Myślę, moja droga, że na „Zeussie” będzie nam wygodniej rozmawiać niż u ciebie w hotelu.

– Mike Nosal ma zawsze rację. I ja tak myślę, że na jachcie będzie nam lepiej. – Unosząc zalotnie oczy, odwzajemniła mu się uśmiechem.

Piotr słysząc nazwisko Denis Wiliams, momentalnie przypomniał sobie czytany w hotelu artykuł o jego śmierci. Widząc, że podsłuchiwana para przeciska się do wyjścia, złapał Annę za rękę i szepnął jej do ucha:

– Nie pytaj teraz o nic. Idziesz ze mną czy masz inne plany?

Błysk, jaki zauważyła w oczach Piotra, Anna znała doskonale.

– Idę z tobą – odpowiedziała, przeciskając się za mężem do wyjścia.

Piotr będąc już przy drzwiach spojrzał na stojącą tuż przy wyjściu parę słysząc każde ich słowo.

– … Z moich wstępnych obliczeń wynika, że będzie to lipiec. Pod koniec czerwca mam być w Sydney a stamtąd blisko już do was. Cieszysz się, że będzie to już koniec tej zabawy?

– I tak i nie – powiedziała cicho kobieta. – Wiem tylko, że będzie mi ciebie bardzo brakować, Mike.

– Chyba nie myślisz, że zostawię cię z Davidem w Singleton.

Piotr dopiero teraz zobaczył twarz mężczyzny. Rozpoznał go natychmiast. Jednak miał rację, jego głos od samego początku wydawał mu się dziwnie znajomy.

– Dlaczego nie wychodzimy? – spytała Anna podchodząc do Piotra.

– Czy mówi ci coś nazwisko Patrick Brooklyn? – spytał, kiedy wreszcie wyszli ze sklepu.

– Nie mam pojęcia o kim mówisz i nie mam pojęcia co się tu dzieje.

– I dobrze kochanie, niepotrzebnie zacząłem ten temat. Kiedyś opowiem ci, co to za ptaszek. Teraz, moja droga rozpoczynamy nasz długo oczekiwany urlop.

***

Stephen Williams siedział za biurkiem głęboko zamyślony. Leżący przed nim list z firmy „Oil&Gaz” wzbudzał w nim trwogę. Wyraźnie nie mógł się zdecydować, by go otworzyć. Odwrócił kopertę i kolejny raz spojrzał na dobrze znane mu nazwisko nadawcy listu – Martina Carvera. Nie ucieknę od przeznaczenia, pomyślał rozrywając nerwowym ruchem kopertę.

Za drzwiami jego gabinetu usytuowanego na parterze, w lewym skrzydle domu panowało spore ożywienie. Wyraźnie słyszał kobiece kroki i rytmiczny stuk obcasów, co wyraźnie wyprowadzało go z równowagi. Stojąca na biurku marmurowa lampa rzucała ostry snop światła na leżącą przed nim kartkę. Nieśmiało spojrzał na list.

Perth 23.07.2005

Szanowny Panie

Pragnę zawiadomić Pana, że zainwestowane przez Pana w naszą firmę „Oil&Gaz” jak i w akcje kopalni diamentów pieniądze osiągnęły niespotykany do tej pory wzrost. Proszę o jak najszybszy z nami kontakt.

Martin Carver

Twarz Stephena Williamsa raptownie pojaśniała. Poprawił zsuwające się z nosa okulary i ponownie, już spokojniej przeczytał otrzymany list. Jestem uratowany, pomyślał. Spłacę to cholerne zadłużenie Davidowi i wreszcie stanę na nogi. Schował list do kieszeni marynarki i wyszedł z gabinetu.

– Dobrze, że cię widzę Stephen, pójdziesz ze mną przywitać Cassandrę? – Od strony gabinetu swojego męża szła korytarzem jego siostra, Jenny.

– Już przyjechała? – spytał zdziwiony.

– Tak, Rudolf zaprowadził ją do salonu, ponieważ pokój dla niej nie był jeszcze przygotowany.

– Później się z nią zobaczę, muszę teraz jak najszybciej dostać się do centrum – powiedział z nieukrywanym zadowoleniem.

Jenny spojrzała na brata podejrzliwie. Od dawna nie widziała u niego tak pogodnej twarzy jak teraz. Wyglądał zupełnie inaczej niż parę godzin temu, kiedy jedli razem śniadanie. Stał się jakby wyższy. Jego blada, pociągła twarz nabrała rumieńców a w mętne, niewyraźne oczy wróciła radość. Nareszcie wyglądał jak prawdziwy Stephen Williams, którego pamiętała sprzed lat. Patrząc na jego szpakowate, bujne włosy opadające na białą koszulę i granatowy, dopasowany garnitur stwierdziła, że jej brat jest nadal bardzo atrakcyjnym mężczyzną.

– Stało się coś, że jesteś taki radosny? – spytała.

– Chyba się ożenię, Jenny – blefował, wchodząc na schody. – Zobaczę się ze wszystkimi dopiero na obiedzie! – krzyknął na odchodnym.

Mój braciszek zwariował, pomyślała kręcąc z niedowierzaniem głową.

***

Przez spływające po szybie strużki deszczu Cassandra Williams ledwo widziała rozbijające się o skalisty brzeg fale Oceanu Indyjskiego. Doskonale pamiętała ten radosny, pełen ciepła dom i zawsze uśmiechniętego wujka Denisa, którego kochała jak własnego ojca.

Odchodząc od okna rozejrzała się. Salon nie zmienił swojego wyglądu. Rozpoznawała meble, lampy a nawet stojący zawsze na tym samym miejscu ulubiony fotel wuja Denisa.

Już nigdy nie usiądziesz w tym fotelu wujku, pomyślała ze smutkiem.

Wypowiadając w myślach te słowa, usłyszała za drzwiami zbliżające się kroki.

– Cassandro, jak dobrze, że już przyleciałaś. – W otwartych na oścież drzwiach salonu zobaczyła ciotkę Jenny Jenkis, ubraną na czarno.

– Dzień dobry, ciociu, przyleciałam najszybciej jak było to możliwe.

– Pozwól drogie dziecko, że cię uściskam. Nie widziałyśmy się przecież chyba z dziesięć lat. – Jenny mówiła szybko, czasami gubiąc ostatnie litery wypowiadanych słów.

Cassandra patrząc na ciotkę zauważyła, że od ich ostatniego spotkania twarz bardzo się jej postarzała, choć ciotka starannie i umiejętnie starała się to ukryć. Była kobietą elegancką, o arystokratycznych manierach przyswojonych od angielskiej, lordowskiej rodziny swego męża. Jej pociągła twarz usiana była delikatnymi zmarszczkami. Pomimo lekkiego zgarbienia poruszała się sprężyście, z dużą doza wdzięku i uroku.

– Tylko osiem, ciociu – sprostowała z uśmiechem słowa ciotki.

– Ja natomiast nie widziałem cię wieki i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że bardzo tego żałuję. – Do salonu wszedł prężnym, wojskowym krokiem major David Jenkis.

– Dzień dobry, wujku Davidzie. Cieszę się, że zastaję cię w znakomitym zdrowiu.

– Nie narzekam na zdrowie, drogie dziecko. Zawsze uważałem, że wojskowa dyscyplina nie tylko kształtuje charakter, ale też pomaga cieszyć się dobrym zdrowiem do późnych lat. – Ujął jej ręce krytycznie lustrując ja wzrokiem. – Cassandro, wyglądasz, znakomicie. Widzę, że miałem rację wysyłając cię na studia do Oxfordu. To jedyny uniwersytet na świecie, który potrafi ukształtować młodych ludzi.

– Zostaw już to biedne dziecko, Davidzie. Na pewno Cassandra od dawna marzy o kąpieli i parogodzinnym odpoczynku po tak długiej podróży.

– Trafiłaś w sedno ciociu, jestem naprawdę zmęczona podróżą.

– Zaraz Rudolf zaprowadzi cię do twojego pokoju, a spotkamy się na obiedzie.

– Kto jeszcze przyjechał na otwarcie testamentu wujka? – spytała Cassandra, zatrzymując wujostwo w drzwiach.

– Ja nie przyjechałam, bo, jak pamiętasz, mieszkam tutaj. Natomiast z wielka niecierpliwością oczekiwałam twojego przylotu – rozległ się przyjemny w brzmieniu głos. Jenny i David Jenkis odsunęli się wpuszczając do salonu przykutą do inwalidzkiego wózka Susan Lam.

– Ciocia Susan! Jak się cieszę, że mogę cię ponownie widzieć! – Cassandra podeszła do ciotki całując ją w policzek.

– Pytałaś, moje dziecko, kto przyjechał. Wszyscy już są z naszej rodziny oprócz Rogera i jego straszydła, Heleny.

– Nie mów tak o niej, Susan! – oburzyła się Jenny. – Wszyscy wiemy, że nie znosisz Heleny. Jednak pragnę ci przypomnieć, że to do Rogera, a nie do ciebie należał wybór, z kim się ożenił. Myślę, że powinniśmy uszanować jego wybór i zaakceptować Helenę w naszej rodzinie taką, jaka jest.

Jenny podeszła do siostry chcąc szczelniej okryć jej nogi kocem.

– Auuuu – syknęła z bólu Susan. – Ale masz długie i ostre te paznokcie – powiedziała, patrząc na spore zadrapanie na ręku.

– Przepraszam, naprawdę nie chciałam zrobić ci krzywdy. – Stropiona Jenny spojrzała na czerwony kolor swoich paznokci dostrzegając pod jednym odrobinę naskórka siostry.

– Wracając do tematu – podjęła Susan – to wiem, że czasami za dużo mówię, ale to, co mówię jest prawdą i nie mam zamiaru tego ukrywać – powiedziała hardo.

– Nic się, ciociu, nie zmieniłaś i za to jeszcze bardziej cię kocham. – Cassandra uśmiechnęła się do ciotki. Miała przed sobą siostry, które diametralnie się od siebie różniły.

– Tak bardzo chciałabym zobaczyć się ze wszystkimi, ale myślę, że zrobię to dopiero, jak trochę odpocznę. Nie wiem, dlaczego, ale ten lot z Londynu był dla mnie bardzo męczący.

– Cassandro, będziesz miała okazję zobaczyć wszystkich przy obiedzie, a teraz idź i naprawdę odpocznij. Wieczór może okazać się dla wszystkich bardzo interesujący, a kto wie czy nie sensacyjny – stwierdził David Jenkis.

– Powiedziałeś to, Davidzie, takim tonem, jakby miała się tu wydarzyć jakaś tragedia.

– Ja niczemu bym się nie dziwił, wszystko może się zdarzyć – powiedział poważnie David.

***

Rudolf, idąc pierwszy, wniósł bagaż Cassandry na piętro, gdzie mieściły się sypialnie. Stawiając walizki na podłodze otarł z wysiłku spocone czoło.

– Przygotowaliśmy panience ten sam pokój z widokiem na ocean, który zajmowała panienka osiem lat temu. Myślę, że będzie pani z niego zadowolona.

– Na pewno będę, Rudolfie. – Podeszła do siwiutkiego jak gołąb służącego i spytała ściszonym głosem: – Powiedz mi, czyj jest ten pokój? – Wskazała dyskretnie ręką na uchylone przed sobą drzwi. Rudolf konspiracyjnie nachylił się nad Cassandrą i szepnął jej do ucha:

– Później panience wszystko powiem. – Uniósł ponownie walizki i ruszył przed siebie.

Wchodząc do swojego pokoju Cassandra uśmiechnęła się, widząc ulubionego swojego misia z lat dziecinnych, który wpatrywał się w nią swoimi małymi, czarnymi oczkami.

– Czekałeś na mnie, malutki – powiedziała pieszczotliwie tuląc go do siebie.

– Nie tylko on czekał na panienkę – ściszonym głosem powiedział Rudolf.

– A kto jeszcze na mnie czekał? – zdziwiła się.

– Kuzyn panienki, Roger. Już od rana co pół godziny wydzwaniał dopytując, czy już panienka przyjechała. – Podszedł do niej bliżej i dodał ściszonym głosem: – Później przyjechał na parę minut do ojca, ale jak twierdził, był za bardzo zdenerwowany, by móc z panienką rozmawiać. Prosił mnie, bym przekazał, że musi się jeszcze dzisiaj zobaczyć z panienką. Mam też przekazać, że jest to dla panienki sprawa życia lub śmierci.

– Czy Roger ma być na dzisiejszym obiedzie? – spytała, siadając na łóżku.

– Wszyscy, panienko, mają być dzisiaj na obiedzie, łącznie z panią Heleną. Pytała panienka, kto zajmuje ten pokój na wprost schodów. Otóż jest to pokój pana Stephena, wujka panienki. Teraz niech panienka odpocznie po podróży. Jeszcze coś panience muszę powiedzieć: późnym popołudniem przyjedzie firma, która będzie czyścić wykładzinę podłogową i dywany. Proszę nie zwracać uwagi na hałasy, które na pewno będą na korytarzu.

Kiedy Cassandra została sama, obeszła dookoła pokój zatrzymując się przy oknie. Przez chmury prześwitywało nieśmiało słońce. Na zamglonym oceanie dostrzegła płynący z majestatyczną powagą biały jacht. Patrzyła na niego przez chwilę, starając się przypomnieć sobie coś, co kiedyś było dla niej ważne. Uchyliła okno wpuszczając do pokoju świeże, wilgotne powietrze. Wreszcie w domu, pomyślała wchodząc do łazienki.

***

Roger Williams wysiadł ze swojego Mercedesa i spojrzał na tylne koło samochodu.

– Cholera jasna, tylko tego mi dzisiaj brakowało – powiedział głośno.

– Co się stało? – W otwartym oknie samochodu ukazała się głowa kobiety, której twarz zasłonięta była czarna woalka.

– Nic takiego kochanie, muszę zmienić koło, złapaliśmy gumę. To nie potrwa długo.

Lipcowe późne popołudnie było pochmurne i zimne. Nad centrum Perth nisko wisiały chmury ocierając się o dachy wieżowców. Otwierając bagażnik, Roger spojrzał na zegarek i powtórnie zaklął. Nie ma cudów, nie zdążę dojechać na czas. Lepiej będzie, jak zawiadomię o tym ojca, przynajmniej rodzinka nie będzie się denerwować, pomyślał wyciągając z kieszeni komórkę. Komórka, jak i telefon w gabinecie ojca milczały.

Dziwne, pomyślał, ojciec nigdy nie wyłączał komórki. Nie zwlekając wybrał numer Matthew.

– Cześć, Matthew, złapałem gumę, stoję na autostradzie. Nie mam szans zdążyć na ten obiad. Możesz pogadać z rodzinką, czy by nie poczekali na nas?

– Zobaczymy, co się da zrobić, dużo się spóźnisz?

– Myślę, że z pół godziny, biorę się już ostro za robotę. – Kiedy zdjął marynarkę, przeszył go dotkliwy ziąb. Podwinął rękawy koszuli i wyciągnął z bagażnika podnośnik.

***

Pastor Mark Bugg narzucił na siebie ciepły płaszcz, wziął na wszelki wypadek stojący w kącie parasol i skierował się do wyjścia. Wiszący w przedpokoju zegar wybijał właśnie godzinę siedemnastą. Czas się ruszyć, dobrze mi zrobi spacer przed obiadem, pomyślał, zamykając drzwi swojego domu.

Powietrze nasycone było wilgocią. Przenikliwy chłód niesiony oceanicznym wiatrem i zacinający drobny deszcz nie zachęcał do spacerów.

Ciekawe, jak Cassandra wygląda teraz, zastanawiał się pastor. Idąc parkową aleją, nie przestawał o niej myśleć. Doskonale pamiętał tragiczną śmierć jej rodziców i jej wielomiesięczną po nich rozpacz. Nie miała wesołego dzieciństwa, pomyślał, wchodząc na szeroką, asfaltową aleję obsadzona po obu stronach dorodnymi black boyami i wysokimi palmami. Zapadał zmierzch. Podwinięta skarpetka w prawym bucie uwierała go coraz bardziej. Widząc pod żywopłotem ławkę usiadł i zdjął but.

– … uwierz mi, nie chciałem zrobić Stephenowi krzywdy. Poszedłem do jego gabinetu tylko po to, by przełożył mi termin spłaty zaciągniętej pożyczki, po nic więcej. – Doleciały go słowa. Pastor momentalnie rozpoznał głos Matthew Jenkisa.

– I co zrobiłeś, jak zobaczyłeś go zakrwawionego? – Głos Pauliny Jenkis był charakterystyczny.

– Kiedy go dotknąłem, jego głowa bezwładnie opadła na biurko. Zrozumiałem, że nie żyje, uciekłem z pokoju.

– Nie zadzwoniłeś po ambulans? – dopytywała się Paulina.

– Nie, przyszedłem zaraz po ciebie…

Pastor Mark Bug zobaczył światła wjeżdżającego w aleję samochodu. Wstał z ławki i trzymając w reku zdjęty but próbował założyć go na asfaltowej alei.

– Co się stało, pastorze? – Tuż kolo niego zatrzymał się czarny mercedes, z którego wysiadł Roger Williams.

– Nic takiego, mój synu. Chyba kamień wpadł mi do buta, bo strasznie mnie uwierał.

– Proszę wsiąść do samochodu, podwiozę pastora.

– Dziękuję za dobre chęci, mój synu, ale przyda mi się mały spacer. Całą drogę od siebie przeszedłem pieszo i muszę się przyznać, że dobrze mi to zrobiło.

– W takim razie do zobaczenia na obiedzie. – Roger Williams wsiadł do samochodu, ruszając ostro w stronę domu. Zostawszy sam, pastor ostrożnie się rozejrzał. Dookoła panowała całkowita cisza. Idąc powoli, wyraźnie widział świecące się w pokojach jaskrawe światła.

***

Stuk w okienną szybę powtarzał się ze zmienną częstotliwością.

Cassandra, budząc się, nie była do końca pewna, czy śni czy rzeczywiście słyszała przez sen pukanie w szybę. W pokoju panowała ciemność. Nie zapalając światła narzuciła na siebie szlafrok i podeszła do uchylonego okna.

– Cassandro, tutaj jestem.

Patrząc uważnie, nie mogła w ciemności dostrzec postaci, którą słyszała.

– Cassandro, to ja, Roger – usłyszała tuż pod oknem.

– Co ty robisz za podchody? Zachowujesz się jak dziecko.

– Muszę się z tobą spotkać najszybciej jak jest to możliwe, jeszcze przed obiadem. Od naszej rozmowy wiele może zależeć. Ja nie żartuję, Cassandro. Będę na ciebie czekał na plaży, koło łódek za piętnaście minut.

Raptowna cisza, jaka nastała po tych słowach, wzbudziła w niej niepokój. Zasłoniła okno i zapaliła światło. Bezmyślnie patrząc na dywan, dała się owładnąć beztroskim wspomnieniom z lat beztroskich i szczęśliwych. Gdyby ten dywan umiał mówić, pomyślała. Rozczesując włosy, spojrzała na zegarek, była 18.05. Założyła ciepły, wełniany sweter, dżinsy, ulubione adidasy i wyszła z pokoju.

Na schodach jak i na korytarzu nie było nikogo. Odgłos rozmów dobiegł ją z salonu. Zamknęła cicho drzwi i wyszła na ganek. W świetle palących się dwóch ulicznych lamp zobaczyła wydobywająca się z ust parę. Zimno, pomyślała schodząc ze schodów.

– Cassandro, drogie dziecko, jak ty wydoroślałaś! – Rozległo się nagle. Słowa pastora zaskoczyły ją.

– Pastor Bugg, jak się cieszę, że pastor do nas przyszedł. Proszę mi wybaczyć, ale muszę przebiec jeszcze jedno pełne okrążenie, by zakończyć na dzisiaj swoja gimnastykę – wymyśliła na poczekaniu.

– Zrób to, dziecko, jak najszybciej, to wilgotne powietrze nie sprzyja zbytnio zdrowiu.

– Już biegnę.

W świetle ostatniej latarni zbiegła z asfaltowej alei na piaszczystą dróżkę prowadzącą na plażę. Niebo wypogadzało się. Od strony domu wyłaniał się w zimnej poświacie księżyc, rzucając na ocean skąpe światło. Dochodząc do stojących w szeregu łódek zatrzymała się i cicho zawołała:

– Roger, gdzie jesteś? – Odczekała chwilę i powtórzyła wołanie.

– Nie krzycz tak głośno, bo jeszcze w domu nas usłyszą.

– Myślisz, że nie powinni? – roześmiała się. – Coś ty tym razem wymyślił?

– Ja nic nie wymyśliłem. Chciałem cię tylko uprzedzić, że twój przylot stał się dla wielu osób bardzo kłopotliwy. Myślę, że najlepiej w twojej sytuacji byłoby, byś wyjechała z Singleton na dwa, trzy tygodnie. Wiem, Cassandro, co mówię. Nie chciałbym, by ci się stało coś złego. Wyjeżdżając stąd uniknęłabyś poważnych kłopotów. Wybacz mi to, co ci teraz powiem, ale z tego, co wiem, ktoś z naszej wspaniałej rodziny doszukał się w dokumentach, że nie jesteś córką Adama Williamsa. Ponieważ nie byłem pewny, czy będę na dzisiejszym obiedzie, napisałem do ciebie list, z którego dowiesz się wszystkiego, co się wokół ciebie święci.

Zarys cicho mówiącej postaci wolno do niej się zbliżał.

– Mówisz tak cicho, Roger, że ledwo cię słyszę. O jakich kłopotach ty mówisz?

– Nie czas teraz na tłumaczenie. Wysłałem ten list do ciebie wczoraj. Gdy go dostaniesz, dobrze przemyśl to, co ci tam napisałem. Teraz wracaj do domu, bo nie wiadomo, co pomyślą, jak zobaczą nas razem. Musisz uważać na siebie, Cassandro, i na to, co robisz. Wiele osób z naszej rodziny bardzo nieprzychylnie mówi o tobie i chciałoby się ciebie pozbyć. Boję się, że przez złość mogą cię uwikłać w jakąś paskudną sprawę, z której wygrzebać ci się będzie bardzo ciężko. Wracaj już do domu i uważaj na siebie. Ja przyjdę za chwilę.

Cassandra bez słowa odwróciła się i skierowała się w stronę domu. Po kilku krokach przystanęła i odwróciła się do niego.

– Tylko przyjdź zaraz, widział mnie pastor, jak biegłam na plażę.

– Zaraz będę, wypalę papierosa i zaraz się zjawię – zapewnił Roger.

Podejście pod stromą wydmę kosztowało ją sporo wysiłku. Nie zauważyłam, by ktoś miał do mnie o coś żal, pomyślała, dochodząc do asfaltowej alei oświetlonej przez latarnię. Łapczywie łapiąc powietrze, nie mogła zapomnieć jego słów. Kto może być na mnie zły? Ja nikomu przecież nic nie zrobiłam. Co on plecie, że nie jestem cór…

Gwałtowny wybuch oburzenia spowodował, że przestała nad sobą panować. Odwróciła się i zaczęła biec w stronę, z której dopiero przyszła.

Schodząc z wydmy głośno wołała:

– Roger, gdzie jesteś? Muszę z tobą porozmawiać! To nieprawda, co mówiłeś!

Odczekała chwilę i krzyknęła ponownie z całych swoich sił. Zażartował sobie ze mnie, zawsze taki był, a ja głupia ponownie dałam się na to nabrać, pomyślała, obchodząc dookoła łódki. Coraz większa wściekłość ogarniała ją na myśl o jego reakcji przy stole. Mijając ostatnią z łódek potknęła się o coś, co leżało na piasku. Dotknęła delikatnie przeszkody nogą. Tuż pod stopą dojrzała zielonkawy, rozświetlony kolor tarczy i wskazówek zegarka. Schyliła się. Przełamując strach dotknęła świecącego przedmiotu i momentalnie odskoczyła na bok. W ułamku sekundy zrozumiała, że była to ręka człowieka. Upadając na kolana nie myślała o zimnie i mokrym piasku. Odruch niesienia pomocy sprawił, że nie spojrzała nawet na twarz leżącego człowieka, która spowita była głębokim cieniem.

Po omacku chwyciła przegub ręki usiłując wyczuć tętno. Leżący człowiek był martwy.

***

W salonie, gdzie wszyscy czekali na przybycie Rogera i Heleny Wiliamsów, trwała gorąca dyskusja o wojnie w Iraku.

– Uważam panowie, że ta wojna w ogóle jest niepotrzebna. Myślę, że każdy naród powinien pilnować swojego podwórka, a nie wtrącać się w czyjeś sprawy. – Major David Jenkins odstawił kieliszek, w którym miał jeszcze koniak, wstał i poważnie spojrzał na mężczyzn. – To, co robią w tym Iraku, to czyste morderstwo.

Ciało pastora Bugga na samą myśl o morderstwie przeszył dreszcz.

– Myślę, panowie, że gdyby w ludziach nie zakorzeniła się żądza przemocy, świat inaczej by wyglądał. Nasz Zbawiciel głosił: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”…

– Zgadzam się całkowicie z pastorem, ale ludzie do tego jeszcze nie dorośli. – Matthew Jenkis, mówiąc te słowa, spojrzał na pastora, a następnie na ojca.

– Nie sądzisz ojcze, że trzeba by obudzić już Cassandrę? – zmienił temat.

Wzywanie pomocy, jakie usłyszeli na korytarzu poderwało ich z foteli. Matthew najszybciej wybiegł na korytarz.

– Na plaży koło łódek leży martwy człowiek – wyrzuciła z siebie Cassandra, łapiąc z trudem powietrze.

– O czym ty mówisz, Cassandro, skąd o tym wiesz? – Major Jenkis objął ją ramieniem wprowadzając do salonu.

– Zadzwońcie po ambulans, może się pomyliłam i ten człowiek jeszcze żyje. – Oddech jej powoli wracał do normy. – Widziałam rękę i zegarek tej osoby. Starałam się wyczuć w niej puls, ale bezskutecznie.

– Mówiłaś, że ten człowiek leży koło łódek? – upewnił się Matthew Jenkis.

– Tak, leży za ostatnią łódką.

– Co się stało? – Do salonu weszła Jenny Jenkis, a za nią Helena Williams.

– Cassandra znalazła na plaży leżącego człowieka – wyjaśnił major Jenkis.

– Nie wiecie, gdzie może być Roger albo Stephen? – spytała ze stoickim spokojem Helena, nie poświęcając słowom Davida najmniejszej uwagi.

– Tu ich nie było, ani w gabinecie pana Stephena. Może są w oranżerii – wyjaśnił pastor.

– Był pastor w gabinecie wuja? – Twarz Matthew wyrażała zdziwienie.

– Tak, byłem tam z Rudolfem, zaraz jak tylko przyszedłem.

Helena, nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, na swoje pytanie odwróciła się i bez słowa skierowała się w kierunku drzwi. Na jej wiśniowym swetrze widniało spore rozdarcie.

– Gdzie tak rozerwałaś sweter? – spytała Helenę Jenny. Ta, nie odpowiadając, wzruszyła jedynie ramionami.

– To ja zadzwonię po ambulans i pójdę na plażę, może ktoś rzeczywiście potrzebuje pomocy. – Matthew wyciągnął z kieszeni komórkę i wyszedł z salonu.