Opuszczone miasto - Ben H. Winters - ebook
Opis

Opuszczone miasto to drugi tom trylogii kryminalnej Ostatni policjant opisującej świat tuż przed zagładą. Ziemi pozostało zaledwie 77 dni do zderzenia z asteroidą. Kurczą się zapasy żywności, mnożą włamania i morderstwa. Naciągacze oferują ocalenie.
Życie byłego detektywa Henry’ego Palace'a toczy się w pozbawionym sensu tempie, aż do chwili, gdy dawna znajoma prosi go o pomoc w odnalezieniu zaginionego męża. Czy w świecie, w którym ludzie codziennie popełniają samobójstwo, giną z rąk młodocianych band lub znikają, by spełnić marzenia, poszukiwanie zaginionego trzydziestolatka ma sens?
Miasteczko Concord ponownie staje się miejscem niebezpiecznego śledztwa. Efekty dochodzenia zaskakują nie tylko ambitnego detektywa.

o autorze:
Ben H. Winters jest autorem dwunastu powieści. Ostatni policjant otrzymał nagrodę im. Edgara Allana Poe za najlepszy kryminał, a Opuszczone miasto uhonorowano nagrodą im. Philipa K. Dicka za najlepszą książkę s.f. Stacja NBC pracuje nad adaptacją filmową powieści

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


RECENZJE PRASOWE

„Winters to utalentowany pisarz, który z łatwością snuje swoją opowieść od intrygującego początku do ekscytującego mocnego finału”.

„Los Angeles Review of Books”

„Tak jak w pierwszej części trylogii o detektywie nazwiskiem Henry Palace (Opuszczone miasto to część druga), tak i tutaj dominuje wątek kryminalny, lecz nie mniejszą rolę odgrywa dziwny, stojący w obliczu katastrofy świat, zarazem pomysłowy i niezwykle przemawiający do wyobraźni; łatwo uwierzyć, że koniec świata mógłby tak właśnie wyglądać. Winters – mistrz mieszania gatunków – znów w najlepszej formie!”.

„Booklist”

„Zawsze potrafię docenić książkę, która w nowy sposób podchodzi do wyeksploatowanego gatunku, a takie właśnie są obie części cyklu o detektywie nazwiskiem Hank Palace”.

Nancy Pearl, „NPR’s Guide to 2013’s Best Reads”

„Hank Palace niezmiennie da się lubić […] czytelnik będzie się zastanawiał, w jaki sposób bohater wyjdzie znów cało z opresji i jak skończy się jego historia”.

„Publishers Weekly”

„Od dość dawna nie muszę się tłumaczyć z fascynacji literaturą science fiction, lecz ilekroć muszę to zrobić, przywołuję książki takie, jak Ostatni policjant. Pozycja ta pochyla się nad człowieczymi emocjami i relacjami w okolicznościach, które w normalnej literaturze byłyby niemożliwe lub co gorsza, metaforyczne. Ta powieść zadaje istotne pytania na temat naszej cywilizacji, naszego społeczeństwa, rozpaczy i nadziei. Nie przedstawia jednak łatwych odpowiedzi”.

Michael Ann Dobbs, io9

„Rzadko który kryminał zadziwił mnie tak jak ten – to międzygatunkowy mix, który ma pozornie małe szanse powodzenia, lecz ratuje się dzięki postaci ponurego, nieustępliwego i niewiarygodnie czarującego detektywa Hanka Palace’a oraz przede wszystkim dzięki schludnej, błyskotliwej, przemyślanej i odrobinę komicznej prozie Bena H. Wintersa”.

J. Robert Lennon

„Porządny kryminał z wyrazistymi bohaterami i rewelacyjnymi dialogami […] w którym nadciągająca katastrofa nie jest tylko sztafażem, lecz stanowi istotną część układanki, nad którą pracuje Henry Palace”.

Booklist

„Ten zmuszający do myślenia kryminał powinien trafić do każdego miłośnika gatunku dopuszczającego niecodzienne tło dla opowiadanej historii, jak również do tych czytelników, którzy szukają świeżego spojrzenia na powieść katastroficzną”.

Library Journal

SPIS TREŚCI

Mężczyzna myślący o kobiecie

Długa droga

Znaki i szybolety

Nie żyje, N. nie żyje, naprawdę nie żyje

Dziki kraj

Epilog

Opuszczone miasto

Ben H. Winters

Tłumaczenie: Robert J. Szmidt

Original title: Countdown City. The Last Policeman Book II

Copyright © 2013 by Ben H. Winters All rights reserved.

First published in English by Quirk Books, Philadelphia, Pennsylvania. This Book was negotiated through Livia Stoia, Livia Stoia Agency. © Copyright for the Polish translation by Robert J. Szmidt, 2018

© Copyright for this edition by Wydawnictwo RM, 2018 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Urszula GardnerKorekta: Bożena SękNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecProjekt okładki: Mariusz BanachowiczEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

ISBN 978-83-7773-837-5 ISBN 978-83-7773-950-1 (ePub) ISBN 978-83-7773-951-8 (mobi)

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Dla Adeli i Shermana Wintersów (lat 43) oraz dla Almy i Irwina Hymanów

Nahui Olin nie było pierwszym słońcem. Jeśli wierzyć Aztekom i ich sąsiadom, wcześniej istniały cztery inne. Każde oświetlało świat zniszczony kosmiczną katastrofą. Te wydarzenia nie zawsze pociągały za sobą całkowitą zagładę, czasami dochodziło do istotnych przemian, na przykład ludzi w zwierzęta.

Meteoryty i komety w starożytnym Meksyku (Ulrich Kohler w „Geological Society of America Special Paper” 356: Katastrofy a masowa zagłada)

Na zawsze nie znaczy wiecznie Mówię „na zawsze” choć nie zamierzam żyć wiecznie.

Elvis Costello, Riot Act

CZĘŚĆ PIERWSZA

Mężczyzna myślący o kobiecie

Środa, 18 lipca

Rektascensja 20 08 05,1 Deklinacja –59 27 39 Elongacja 141,5

1.

– Ale on obie­cał ‒ mówi Mar­tha Mi­la­no, ja­sne oczy jej błysz­czą, po­licz­ki pło­ną z eks­cy­ta­cji. Roz­pacz, za­dzi­wie­nie, de­spe­ra­cja. – Obo­je so­bie obie­ca­li­śmy. Z mi­lion razy co naj­mniej.

– Tak – od­po­wia­dam. – Ro­zu­miem.

Wy­cią­gam chu­s­tecz­kę hi­gie­nicz­ną z pu­deł­ka sto­ją­ce­go na sto­le w jej kuch­ni, Mar­tha przyj­mu­je ją, uśmie­cha się bla­do, po czym ane­micz­nie wy­dmu­chu­je nos.

– Prze­pra­szam – do­da­je, smar­ka raz jesz­cze, po­tem bie­rze się w garść, sia­da pro­ściej, na­bie­ra tchu. – Ale prze­cież ty, Hen­ry, je­steś po­li­cjan­tem.

– By­łem.

– No tak. By­łeś. Ale wiesz, czy…

Nie może do­koń­czyć, nie musi jed­nak. Wiem, o co chce za­py­tać, po­nie­waż te sło­wa wi­szą po­mię­dzy nami już od ja­kie­goś cza­su: „Czy mo­żesz coś w tej spra­wie zro­bić?”. Ja, rzecz ja­sna, bar­dzo chcę jej po­móc, lecz szcze­rze mó­wiąc, nie mam po­ję­cia jak. Trud­no mi… nie, ra­czej nie umiem zna­leźć słów, by to wy­ra­zić. Od go­dzi­ny sie­dzę więc i słu­cham, za­pi­su­jąc waż­niej­sze szcze­gó­ły i in­for­ma­cje w swo­im cien­kim nie­bie­skim bru­lio­nie. Za­gi­nio­ny mąż Mar­thy na­zy­wa się Brett Ca­va­to­ne; lat trzy­dzie­ści trzy, ostat­ni raz wi­dzia­ny w re­stau­ra­cji o na­zwie Roc­ky’s Rock’ n’ Bowl przy Old Lo­udon Road, koło cen­trum han­dlo­we­go Ste­eple­ga­te. To knaj­pa jej ojca, wy­ja­śnia Mar­tha, przy­ja­zna ro­dzin­nej roz­ryw­ce piz­ze­rio-krę­giel­nia, na­dal otwar­ta po­mi­mo kry­zy­su, acz­kol­wiek z dra­ma­tycz­nie skró­co­nym menu. Brett pra­co­wał tam przez ostat­nie dwa lata jako pra­wa ręka jej ojca. Po­przed­nie­go dnia rano mniej wię­cej za pięt­na­ście dzie­wią­ta wy­szedł coś za­ła­twić i już nie wró­cił.

W przy­tła­cza­ją­cej ci­szy, któ­ra pa­nu­je w przy­tul­nej, roz­świe­tlo­nej pro­mie­nia­mi słoń­ca kuch­ni, prze­glą­dam raz jesz­cze ską­pe no­tat­ki. Ofi­cjal­nie na­zy­wa się Ca­va­to­ne, ale dla mnie na za­wsze po­zo­sta­nie Mar­thą Mi­la­no, pięt­na­sto­lat­ką, któ­ra po szko­le pil­no­wa­ła mo­jej sio­stry Nico i mnie przez bite pięć dni w ty­go­dniu, póki nie po­ja­wi­ła się mama, któ­ra da­wa­ła jej dzie­sięć do­lców w nie­od­łącz­nej ko­per­cie i py­ta­ła o zdro­wie bli­skich. Dziw­nie się czu­ję, pa­trząc na nią jako na oso­bę do­ro­słą, co wię­cej, cał­ko­wi­cie za­ła­ma­ną po tym, jak zo­sta­ła po­rzu­co­na przez męża. Jak dziw­nie mu­sia­ła się czuć, gdy stwier­dzi­ła, że spo­śród wszyst­kich lu­dzi wy­bra­ła mnie, chło­pa­ka, któ­ry miał nie­speł­na dwa­na­ście lat, kie­dy wi­dzie­li­śmy się ostat­ni raz. Raz jesz­cze wy­dmu­chu­je nos, a ja ob­da­rzam ją przy­ja­znym uśmie­chem. Mar­tha Mi­la­no z za­wsze wy­pcha­nym po brze­gi pur­pu­ro­wym ple­ca­kiem Jan­Sport, w ko­szul­ce z logo Pe­arl Jam. Wy­dmu­chu­ją­ca wi­śnio­wą gumę usta­mi uma­lo­wa­ny­mi cy­na­mo­no­wym błysz­czy­kiem.

Dzi­siaj już się nie ma­lu­je. Jej brą­zo­we wło­sy po­zo­sta­ją w nie­ła­dzie, oczy ma pod­krą­żo­ne i za­czer­wie­nio­ne od pła­czu, ner­wo­wo ob­gry­za pa­zno­kieć u kciu­ka.

– Obrzy­dli­we, praw­da? – pyta, gdy za­uwa­ża moje spoj­rze­nie. – Ale wiesz, od kwiet­nia kop­ci­łam jak smok. Brett nie wspo­mniał o tym sło­wem, choć wie­dzia­łam, że bar­dzo mu się to nie po­do­ba. Dla­te­go po­my­śla­łam so­bie, głu­pio w su­mie, że rzu­ce­nie pa­le­nia może mi go przy­wró­cić. Wy­bacz, Hen­ry, czy… ‒ Zry­wa się na­gle na rów­ne nogi. – Chcesz może her­ba­ty czy coś?

– Nie, dzię­ku­ję.

– Wody?

– Nie. Ni­cze­go mi nie trze­ba, Mar­tho. Usiądź, pro­szę.

Opa­da na krze­sło, za­ga­pia się w su­fit. To chy­ba oczy­wi­ste, że chciał­bym na­pić się kawy, ale z po­wo­du zro­zu­mia­łych w obec­nej sy­tu­acji bra­ków w za­opa­trze­niu do­stęp­ność dóbr luk­su­so­wych ‒ a w tych ka­te­go­riach po­strze­ga­ne są te­raz wszyst­kie używ­ki ‒ jest na­praw­dę ogra­ni­czo­na. Za­my­kam więc no­tat­nik i spo­glą­dam Mar­cie w oczy.

– To trud­ne – rzu­cam, po­wo­li ce­dząc sło­wa. – Na­praw­dę. Po­szu­ki­wa­nia osób za­gi­nio­nych to dzi­siaj ogrom­ne wyzwa­nie.

– No tak. Nie... – Mru­ży oczy, po­tem za­my­ka po­wie­ki i znów je otwie­ra. – Ro­zu­miem.

Po­wo­dów są dzie­siąt­ki. Set­ki na­wet. Nie ma jak ro­ze­słać ry­so­pi­su, wy­sta­wić na­ka­zu ani do­pi­sać ta­kiej oso­by do pro­wa­dzo­nej przez FBI li­sty po­rwa­nych i za­gi­nio­nych. Świad­ko­wie, któ­rzy mo­gli­by znać miej­sce po­by­tu po­szu­ki­wa­ne­go, nie my­ślą o tym, by po­dzie­lić się z nami tą in­for­ma­cją, o ile sami już nie za­gi­nę­li. Nie mam spo­so­bu na spraw­dze­nie fe­de­ral­nych albo lo­kal­nych baz da­nych. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, całe po­łu­dnio­we New Hamp­shi­re w mi­nio­ny pią­tek zo­sta­ło od­cię­te od prą­du. Poza tym nie je­stem już po­li­cjan­tem, a gdy­bym na­wet był, na­sza ko­men­da prze­sta­ła zaj­mo­wać się tego typu spra­wa­mi. W związ­ku z po­wyż­szym od­na­le­zie­nie kon­kret­nej oso­by wy­da­je się nie­moż­li­we, o czym lo­jal­nie in­for­mu­ję Mar­thę.

– Zwłasz­cza… ‒ w tym miej­scu za­wie­szam głos, aby wło­żyć w ko­lej­ne sło­wa tyle czu­ło­ści, ile mogę ‒ …zwłasz­cza że ostat­ni­mi cza­sy co­raz wię­cej lu­dzi jest po­rzu­ca­nych.

– No tak – od­po­wia­da bez­na­mięt­nym to­nem. – Ro­zu­miem.

Mar­tha wie o tym wszyst­kim. Każ­dy to wie. Cały świat ru­szył w siną dal. Co chwi­lę ktoś zni­ka z domu, by speł­niać ma­rze­nia. Chce po­nur­ko­wać, sko­czyć ze spa­do­chro­nem albo ko­chać się z nie­zna­jo­my­mi w pu­blicz­nych par­kach. Mno­żą się tak­że przy­pad­ki gwał­tow­niej­szych odejść, no­wych sza­leństw, ja­ki­mi re­agu­je­my na zbli­ża­ją­cy się nie­uchron­ny ko­niec. Sek­ty re­li­gij­ne prze­mie­rza­ją Nową An­glię we wło­sie­ni­cach, wal­cząc o na­wró­co­nych: Mor­mo­ni Za­gła­dy, Boży Sa­te­li­ci… Współ­cze­śni sa­ma­ry­ta­nie krą­żą prze­ro­bio­ny­mi na gaz drzew­ny albo wę­giel wo­za­mi po opu­sto­sza­łych au­to­stra­dach, po­szu­ku­jąc tych, któ­rym mo­gli­by nieść po­moc. Są tak­że prep­per­si sie­dzą­cy w piw­ni­cach, zbie­ra­ją­cy, co tyl­ko moż­li­we, gro­ma­dzą­cy za­pa­sy na po­sta­po­ka­lip­tycz­ne cza­sy, jak­by dało się na nie przy­go­to­wać.

Wsta­ję, za­my­kam no­tes. Zmie­niam te­mat:

– Co sły­chać w wa­szym kwar­ta­le?

– Jest do­brze – od­po­wia­da Mar­tha. – Chy­ba.

– Zor­ga­ni­zo­wa­li­ście się ja­koś?

– Tak. – Przy­ta­ku­je od nie­chce­nia, nie jest jesz­cze go­to­wa, by za­sta­na­wiać się nad tym, jak bę­dzie wy­glą­da­ło jej sa­mot­ne ży­cie.

– Po­zwól, że za­py­tam, oczy­wi­ście czy­sto hi­po­te­tycz­nie: gdy­byś mia­ła broń pal­ną…

– Mam pi­sto­let. Brett go zo­sta­wił… – za­czy­na.

Uno­szę dłoń, uci­sza­jąc ją w jed­nej chwi­li.

– Mó­wi­my hi­po­te­tycz­nie. Czy gdy­byś mia­ła broń pal­ną, umia­ła­byś się nią po­słu­żyć?

– Tak – od­po­wia­da. – Umiem strze­lać. Tak.

Ki­wam gło­wą. Świet­nie. To wła­śnie chcia­łem usły­szeć. Po­sia­da­nie i sprze­daż bro­ni są za­ka­za­ne, lecz całe mie­sią­ce temu za­koń­czy­ła się jak­że krót­ka fala kon­tro­li w do­mach. Ja tak­że nie za­mie­rzam je­chać na ro­we­rze aż na Scho­ol Stre­et, aby do­nieść, że nie­ja­ka Mar­tha Ca­va­to­ne trzy­ma pod łóż­kiem pi­sto­let na­le­żą­cy wcze­śniej do jej męża – za co nie­chyb­nie zo­sta­ła­by ska­za­na na wię­zie­nie – ale też nie chcę wy­słu­chi­wać ze szcze­gó­ła­mi, co ukry­wa przed po­li­cją.

Mar­tha mam­ro­cze pod no­sem prze­pro­si­ny, zry­wa się po­now­nie, otwie­ra drzwi spi­żar­ni, się­ga po le­żą­ce na chwiej­nym sto­sie kar­to­ny pa­pie­ro­sów. Za­trzy­mu­je się jed­nak w pół ru­chu, za­trza­sku­je drzwi i od­wra­ca się do mnie, przy­ci­ska­jąc pal­ce do oczu. To wy­glą­da pra­wie za­baw­nie, znów za­cho­wu­je się jak na­sto­lat­ka: im­pul­syw­ne pra­gnie­nie uko­je­nia du­szy, a po­tem nie­mal na­tych­mia­sto­wa od­ra­za do sie­bie. Przy­po­mi­nam so­bie, jak ma­jąc sie­dem czy osiem lat, tuż po jej wyj­ściu sta­łem w przed­po­ko­ju na­sze­go domu i wę­szy­łem, by po raz ostat­ni po­czuć ulot­ny za­pach cy­na­mo­nu i gumy do żu­cia.

– Do­brze, Mar­tho, mogę pójść do tej re­stau­ra­cji i za­dać lu­dziom kil­ka py­tań – mó­wię… A w za­sa­dzie sły­szę, jak to mó­wię.

Le­d­wie koń­czę wy­po­wia­dać te sło­wa, ona prze­bie­ga przez po­kój, za­wi­sa mi na szyi, dy­szy ra­do­śnie w pierś, jak­by­śmy do­bi­li tar­gu, jak­bym już od­na­lazł jej męża i spro­wa­dził go do domu. Jak­by Brett cze­kał za pro­giem.

– Och, dzię­ku­ję – pisz­czy. – Dzię­ki ci, Hen­ry.

– Za­cze­kaj, Mar­tho. Po­słu­chaj… ‒ Od­cią­gam de­li­kat­nie jej ręce z kar­ku, co­fam się o krok i sta­wiam ją przed sobą. Przy­wo­łu­jąc z pa­mię­ci su­ro­wą minę dziad­ka, spo­glą­dam z po­wa­gą w jej oczy. ‒ Zro­bię co w mo­jej mocy, by od­na­leźć two­je­go męża, okay?

– Okay – szep­ce, jak­by jej bra­ko­wa­ło tchu. – Obie­cu­jesz?

– Tak. – Ki­wam gło­wą. – Nie mogę jed­nak obie­cać, że go od­naj­dę, a już na pew­no nie dam ci sło­wa na to, że spro­wa­dzę go do domu. Ale uwierz mi, zro­bię co w mo­jej mocy.

– Ro­zu­miem – przy­ta­ku­je, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko i znów przy­tu­la­jąc po­licz­kiem do mo­je­go bru­lio­nu.

Nic na to nie mogę po­ra­dzić, więc tak­że się uśmie­cham. Mar­tha Mi­la­no tuli się do mnie, a ja szcze­rzę zęby jak ja­kiś głu­pek.

– Za­pła­cę, rzecz ja­sna – do­da­je.

– Nie za­pła­cisz.

– No nie za­pła­cę, to zna­czy nie pie­niędz­mi, ale znaj­dę spo­sób, by ci to wy­na­gro­dzić…

– Nie, Mar­tho. Nie przyj­mę od cie­bie żad­nej za­pła­ty. Daj mi się po pro­stu ro­zej­rzeć, okay?

– Okay – mówi, ocie­ra­jąc z po­licz­ków ostat­nie łzy.

* * *

Mar­tha znaj­du­je dla mnie ostat­nie zdję­cie męża, zu­peł­nie do­bre uję­cie ca­łej syl­wet­ki, zro­bio­ne kil­ka lat wcze­śniej pod­czas wy­pa­du na ryby. Przy­glą­dam mu się uważ­nie. Brett Ca­va­to­ne, ni­ski męż­czy­zna atle­tycz­nej po­stu­ry, stoi na brze­gu stru­mie­nia, przy­braw­szy kla­sycz­ną pozę: w wy­ciąg­nię­tej ręce trzy­ma ocie­ka­ją­ce­go wodą oko­nia. Czło­wiek i ryba spo­glą­da­ją w obiek­tyw z bar­dzo po­dob­ny­mi scep­tycz­ny­mi, po­nu­ry­mi mi­na­mi. Brett ma kru­czo­czar­ną bro­dę, gę­stą i nie­przy­cię­tą, ale wło­sy na gło­wie są krót­kie, przy­strzy­żo­ne na jeża, do­pie­ro od­ra­sta­ją.

– Mar­tho, czy twój mąż słu­żył w ar­mii?

– Nie – od­po­wia­da – był gli­nia­rzem. Jak ty. Ale nie w Con­cord. Słu­żył w sta­nów­ce.

– Jako mun­du­ro­wy?

– Tak. – Mar­ta za­bie­ra mi zdję­cie i spo­glą­da na nie z dumą.

– Dla­cze­go od­szedł z po­li­cji?

– Sam wiesz, jak jest. Miał już dość. Chciał zmian, a tata wła­śnie otwie­rał re­stau­ra­cję. Cho­ciaż nie do koń­ca to ro­zu­miem...

Duka: miał już dość, chciał zmian, jak­by to nie wy­ma­ga­ło dal­szych wy­ja­śnień, jak­by po­mysł wy­stą­pie­nia ze służ­by był oczy­wi­stą oczy­wi­sto­ścią. Wyj­mu­ję fo­to­gra­fię z jej rąk i wsu­wam do kie­sze­ni, za­sta­na­wia­jąc się nad prze­bie­giem wła­snej jak­że krót­kiej ka­rie­ry: pięt­na­ście mie­się­cy jako zwy­kły kra­węż­nik, po­tem czte­ry na sta­no­wi­sku de­tek­ty­wa, a dwu­dzie­ste­go ósme­go mar­ca wy­mu­szo­ne odej­ście na eme­ry­tu­rę z całą resz­tą wy­dzia­łu.

Opro­wa­dza mnie po domu. Za­glą­dam do szaf, otwie­ram szu­fla­dy na­le­żą­ce do Bret­ta, nie znaj­du­ję jed­nak ni­cze­go in­te­re­su­ją­ce­go ani zna­czą­ce­go: la­tar­ka, kil­ka ksią­żek, tu­zin un­cji zło­ta. Sza­fy i pół­ki męża Mar­thy są peł­ne ubrań, co w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach mo­gło­by su­ge­ro­wać upro­wa­dze­nie albo mor­der­stwo, ale na pew­no nie za­pla­no­wa­ną uciecz­kę. Wczo­raj pod­czas lun­chu McGul­ly po­dzie­lił się z nami za­sły­sza­ną hi­sto­rią. Mąż i żona wy­bra­li się na spa­cer po Whi­te Par­ku. Ko­bie­ta w pew­nym mo­men­cie ze­rwa­ła się do bie­gu, prze­sko­czy­ła ży­wo­płot i po pro­stu znik­nę­ła w od­da­li.

– Wcze­śniej po­wie­dzia­ła: „Czy mo­żesz przy­trzy­mać mi loda?” – mó­wił McGul­ly, za­ry­ku­jąc się ze śmie­chu i wa­ląc pię­ścią w blat sto­łu. – A ten du­reń stał tam jak słup z dwo­ma lo­da­mi rę­kach.

Me­ble w sy­pial­ni Ca­va­to­ne’ów są pro­ste, ale ład­ne. Na sto­li­ku noc­nym od stro­ny Mar­thy leży ró­żo­wy pa­mięt­nik za­bez­pie­czo­ny mi­nia­tu­ro­wym mo­sięż­nym zam­kiem, jak­by na­dal była dziec­kiem. Gdy go pod­no­szę, wy­czu­wam de­li­kat­ną woń cy­na­mo­nu. Do­sko­na­le. Uśmie­cham się pod no­sem. Na sto­li­ku na­le­żą­cym do Bret­ta znaj­du­ję małą sza­chow­ni­cę, pion­ki są tak roz­sta­wio­ne, jak­by roz­gry­wał par­tyj­kę.

– Mąż lu­bił gry­wać sam ze sobą ‒ wy­ja­śnia Mar­tha, uśmie­cha­jąc się czu­le do wspo­mnień.

Nad ko­mo­dą do­strze­gam nie­wiel­ki, cho­ciaż gu­stow­ny ob­raz przed­sta­wia­ją­cy ukrzy­żo­wa­ne­go Chry­stu­sa. Na ścia­nie ła­zien­ki koło lu­stra wisi slo­gan wy­pi­sa­ny dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi: JE­ŚLI JE­STEŚ TYM, KIM PO­WI­NIE­NEŚ BYĆ, MO­ŻESZ ZO­STA­WIĆ ŚWIAT W OGNIU ROZ­ŚWIE­TLO­NY!

– Świę­ta Ka­ta­rzy­na – wy­ja­śnia Mar­tha, po­ja­wia­jąc się w lu­strze obok mnie. Wska­zu­je przy tym pla­cem ko­lej­ne sło­wa. – Czy to nie pięk­na myśl?

Wra­ca­my na dół i sia­da­my na­prze­ciw sie­bie na prze­past­nej so­fie w sa­lo­nie. Przy drzwiach wej­ścio­wych wi­dzę cały rząd za­su­wek, okna chro­nią że­la­zne kra­ty. Otwie­ram bru­lion, by ze­brać do­dat­ko­we in­for­ma­cje: o któ­rej mąż wy­szedł do pra­cy, kie­dy do­kład­nie wpadł oj­ciec, py­ta­jąc: „Nie wiesz, gdzie jest Brett?”, co uświa­do­mi­ło im oboj­gu, że Ca­va­to­ne mógł za­gi­nąć.

– Za­py­tam te­raz o coś, co może się wy­da­wać oczy­wi­ste – rzu­cam, koń­cząc spi­sy­wać jej od­po­wie­dzi. – Ale po­wiedz, co on two­im zda­niem mógł­by te­raz ro­bić?

Mar­tha wbi­ja wzrok w ob­gry­zio­ny pa­zno­kieć.

– Spo­ro o tym my­śla­łam, mo­żesz mi wie­rzyć. Może to za­brzmi głu­pio, ale uwa­żam, że cho­dzi o coś do­bre­go. Na pew­no nie ska­cze na bun­gee ani nie wstrzy­ku­je so­bie he­ro­iny. – Gdy to mówi, wra­cam my­śla­mi do Pe­te­ra Zel­la, bie­da­ka, któ­re­go wcze­śniej po­szu­ki­wa­łem. – Je­śli na­praw­dę od­szedł, je­śli to nie…

Przy­ta­ku­ję. Je­śli to nie mor­der­stwo. Taką moż­li­wość tak­że mu­si­my wziąć pod uwa­gę. Wie­le lu­dzi zni­ka, po­nie­waż są za­bi­ja­ni.

– Na pew­no do­ko­nu­je ja­kichś wiel­kich czy­nów – kon­klu­du­je Mar­tha. – Cze­goś, co w jego mnie­ma­niu jest szla­chet­ne.

Przy­gła­dzam koń­ce wą­sów. Wiel­kie czy­ny. Cie­ka­wa myśl jak na mał­żon­kę ko­goś, kto do­pie­ro co znik­nął, i to bez sło­wa wy­ja­śnie­nia. Po­mię­dzy jej pa­znok­ciem a skó­rą do­strze­gam ma­leń­ką kro­pel­kę krwi.

– Nie są­dzisz, że…

– Nie – za­prze­cza Mar­tha. – Na pew­no nie cho­dzi o inną ko­bie­tę. Na pew­no. – Po­trzą­sa zde­cy­do­wa­nie gło­wą. – To nie w sty­lu Bret­ta.

Nie na­ci­skam, prze­cho­dzę do ko­lej­ne­go te­ma­tu. Opo­wia­da mi, że jeź­dził po oko­li­cy na czar­nym ro­we­rze z dzie­się­cio­stop­nio­wą prze­rzut­ką. Nie, do­da­je, nie miał sta­łych za­jęć poza pra­cą i do­mem. Py­tam więc, czy nie ze­chcia­ła­by do­dać cze­goś jesz­cze o mężu i ich mał­żeń­stwie, ale zde­cy­do­wa­nie mówi: nie. Byli ra­zem, mie­li wspól­ne pla­ny, a po­tem znik­nął.

I tak sta­ję przed py­ta­niem za mi­lion do­la­rów. Je­śli na­wet go od­naj­dę – co w obec­nej sy­tu­acji wy­da­je się nie­moż­li­we – po­rzu­ce­nie żony nie jest prze­stęp­stwem, ni­g­dy nim nie było, nie ma więc ta­kiej siły, któ­ra po­zwo­li­ła­by mi zmu­sić go do po­wro­tu. Nie wiem, jak to wy­tłu­ma­czyć Mar­cie Mi­la­no, choć po­dej­rze­wam, że ona już so­bie zda­je z tego spra­wę, to­też prze­cho­dzę da­lej, mó­wiąc:

– Co mam zro­bić, je­śli go od­naj­dę?

Nie od­po­wia­da od razu, tyl­ko po­chy­la się bar­dziej na so­fie i spo­glą­da mi w oczy głę­bo­ko, nie­mal ro­man­tycz­nie.

– Po­wiedz mu, że po­wi­nien wró­cić do domu. Po­wiedz mu, że od tego za­le­ży jego oca­le­nie.

– Jego… oca­le­nie?

– Po­wiesz mu to, Hen­ry? Jego oca­le­nie.

Mam­ro­czę coś pod no­sem, sam nie wiem co, i za­wsty­dzo­ny wbi­jam wzrok w no­tes. Gor­li­wa wia­ra to coś no­we­go, nie do­strze­ga­łem jej w Mar­cie Mi­la­no, gdy obo­je by­li­śmy młod­si. Ona nie tyl­ko ko­cha tego fa­ce­ta i tę­sk­ni za nim; wie­rzy tak­że, że zgrze­szył, opusz­cza­jąc ją, za co zo­sta­nie ska­za­ny na nie­wy­sło­wio­ne męki w przy­szłym ży­ciu. A ono na­dej­dzie szyb­ciej, niż po­win­no.

Obie­cu­ję Mar­cie, że wró­cę, jak tyl­ko będę miał jej coś do po­wie­dze­nia, do­da­ję tak­że, gdzie może mnie zna­leźć, gdy­by za­szła taka po­trze­ba.

Kie­dy wsta­je­my, do­strze­gam zmia­nę na jej twa­rzy.

– Jezu, tak mi przy­kro. Je­stem taka… wy­bacz. Co sły­chać u two­jej sio­stry?

– Nie wiem – od­po­wia­dam.

Sto­ję już przy drzwiach, wal­cząc z ko­lej­nym za­suw­ka­mi i łań­cu­cha­mi.

– Nie wiesz?

– Bę­dzie­my w kon­tak­cie, Mar­tho. Dam ci znać, co uda­ło mi się usta­lić.

* * *

Obec­na sy­tu­acja. Tak wła­śnie po­wie­dzia­łem Mar­cie: Po­szu­ki­wa­nia osób za­gi­nio­nych to w obec­nej sy­tu­acji ogrom­ne wy­zwa­nie. Wzdy­cham, te­raz do­strze­ga­jąc ogrom­ną nie­traf­ność tego eu­fe­mi­zmu. Na­wet dzi­siaj, czter­na­ście mie­się­cy po do­ko­na­niu za­ska­ku­ją­ce­go od­kry­cia, sie­dem mie­się­cy po wzro­ście szans na zde­rze­nie do okrą­głych stu pro­cent, nikt nie wie, jak na­zwać to, co ma na­stą­pić. „Sy­tu­acja”, ma­wia­ją nie­któ­rzy; „to, co się dzie­je”, ko­men­tu­ją inni. „To sza­leń­stwo”. Za sie­dem­dzie­siąt sie­dem dni, trze­cie­go paź­dzier­ni­ka, sze­ścio­ipół­ki­lo­me­tro­wa aste­ro­ida 2011GV1 wry­je się w Zie­mię i za­bi­je nas wszyst­kich. Tak wy­glą­da „obec­na sy­tu­acja”.

Ze scho­dów wio­dą­cych na ga­nek Ca­va­to­ne’ów zbie­gam po­spiesz­nie pro­sto w sło­necz­ny blask, od­pi­nam ro­wer od pod­sta­wy uro­cze­go ce­men­to­we­go po­ideł­ka dla pta­ków. Traw­nik przed tym do­mem się­ga aż do uli­cy. Pięk­ny dzień mamy dzi­siaj. Jest go­rą­co, ale nie upal­nie, nie­bo błę­kit­ne, kil­ka dry­fu­ją­cych bia­łych chmu­rek. Zwy­kłe lato. Na uli­cy nie stoi ani je­den sa­mo­chód, nie sły­szę też żad­ne­go w oko­li­cy.

Za­pi­nam kask i jadę ostroż­nie do rogu, tam skrę­cam w pra­wo, w Bra­dley, po­tem kie­ru­ję się na wschód, ku Lo­udon Brid­ge i le­żą­ce­mu za nim cen­trum han­dlo­we­mu Ste­eple­ga­te. Na koń­cu Church do­strze­gam za­par­ko­wa­ny ra­dio­wóz, funk­cjo­na­riusz sie­dzi za jego kie­row­ni­cą, mło­dy chło­pak w mod­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Ki­wam gło­wą na po­wi­ta­nie, on od­po­wia­da le­ni­wie, obo­jęt­nie. Na dru­gi ra­dio­wóz tra­fiam u zbie­gu Main i Pe­arl, tego kie­row­cę chy­ba pa­mię­tam, acz­kol­wiek i jego od­po­wiedź na po­zdro­wie­nie moż­na uznać za co naj­wy­żej zdaw­ko­wą ‒ le­d­wie ru­sza ręką, na­wet się nie uśmie­cha. To je­den z ca­łe­go le­gio­nu nie­do­świad­czo­nych funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy tra­fi­li w sze­re­gi tu­tej­szej po­li­cji kil­ka ty­go­dni przed nie­spo­dzie­wa­ną re­or­ga­ni­za­cją De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści – tą samą, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do roz­wią­za­nia mo­je­go wy­dzia­łu i zwol­nie­nia wszyst­kich de­tek­ty­wów. Nie otrzy­mu­ję już wpraw­dzie wy­tycz­nych, ale nowa stra­te­gia ko­men­dy wy­da­je się ja­sna: wszech­obec­ność. Żad­nych do­cho­dzeń, żad­nych in­ter­wen­cji, po pro­stu gli­niarz na każ­dym rogu, szyb­kie re­ak­cje na każ­dy ob­jaw spo­łecz­ne­go nie­po­ko­ju, jak było pod­czas nie­daw­ne­go Dnia Nie­pod­le­gło­ści.

Gdy­bym na­dal słu­żył w po­li­cji, w przy­pad­ku spra­wy Mar­thy mógł­bym po­słu­żyć się for­mu­la­rzem 44‒2. Wciąż pa­mię­tam ten do­ku­ment, nie­mal­że wi­dzę go przed ocza­mi: „Część I: pro­ce­du­ry. Część VI: Nie­prze­wi­dzia­ne oko­licz­no­ści. Do­dat­ko­we czyn­no­ści do­cho­dze­nio­we”.

U zbie­gu Main i Co­urt za­uwa­żam czło­wie­ka, brud­ne­go, bro­da­te­go, bez ko­szul­ki, któ­ry wi­ru­je, za­da­jąc po­wie­trzu ko­lej­ne cio­sy. Na uszach ma słu­chaw­ki, choć mógł­bym iść o za­kład, że nie emi­tu­ją dźwię­ków mu­zy­ki. Od­ry­wam dłoń od kie­row­ni­cy, a bro­dacz od­po­wia­da mi po­dob­nym ge­stem, po czym się­ga do pasa, jak­by chciał zmie­nić gło­śność. Za mo­stem ro­bię mały ob­jazd, skrę­cam w kie­run­ku Qu­in­cy Stre­et i znaj­du­ją­cej się tam szko­ły pod­sta­wo­wej. Przy­pi­nam ro­wer do pło­tu oka­la­ją­ce­go jej bo­isko, zdej­mu­ję kask i prze­cze­su­ję wzro­kiem tyły bu­dyn­ku. Mamy śro­dek lata, ale tu wciąż roi się od dzie­cia­ków, co­dzien­nie prze­sia­du­ją w tym miej­scu od rana do wie­czo­ra, gra­jąc w co po­pad­nie, ga­nia­jąc po mu­ra­wie bo­iska do nogi, si­ka­jąc pod ce­gla­ną ścia­ną za­mknię­tej na głu­cho szko­ły. Wie­le z nich spę­dza tu­taj tak­że noce, obo­zu­jąc na ręcz­ni­kach pla­żo­wych i po­ście­li z mo­ty­wa­mi „Wo­jen klo­nów”.

Mi­cah Rose kuli się na ław­ce na sa­mym skra­ju tego te­re­nu z no­ga­mi unie­sio­ny­mi, pod­cią­gnię­ty­mi do klat­ki pier­sio­wej. Ma osiem lat. Krą­żą­ca przed nim w kół­ko sio­stra Alys­sa nie­dłu­go skoń­czy sześć. Się­gam do kie­sze­ni płasz­cza po oku­la­ry, a ona klasz­cze z ra­do­ści, gdy wy­cią­gam do niej rękę.

– Na­pra­wi­łeś!

– Nie ja oso­bi­ście – od­po­wia­dam, zer­ka­jąc w stro­nę Mi­ca­ha, któ­ry nie od­ry­wa wzro­ku od mu­ra­wy. – Znam fa­ce­ta, któ­ry się tym zaj­mu­je. – Wska­zu­ję gło­wą ław­kę. – Co jest nie tak z moim kum­plem?

Mi­cah pod­no­si gło­wę, by rzu­cić sio­strze ostre ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Alys­sa od­wra­ca wzrok. Ma na so­bie dżin­so­wą ka­mi­zel­kę, któ­rą da­łem jej parę ty­go­dni temu, o dwa roz­mia­ry za dużą, z na­szyw­ką So­cial Di­stor­tion na ple­cach. Wie­le lat temu na­le­ża­ła do Nico, mo­jej sio­stry.

– Daj­cie spo­kój – rzu­cam, więc Alys­sa zer­ka po raz ostat­ni na bra­ta, a po­tem wy­pa­la:

– Przy­szło tu­taj kil­ku du­żych chłop­ców z St. Al­ban. Za­bie­ra­li nam, co chcie­li, po­py­cha­li wszyst­kich jak ja­kieś głup­ki.

– Za­mknij się – mam­ro­cze Mi­cah.

Alys­sa wo­dzi wzro­kiem ode mnie do nie­go i z po­wro­tem, wi­dzę, że jesz­cze chwi­la, a wy­buch­nie pła­czem, lecz ja­koś się opa­no­wu­je.

– Za­bra­li mu miecz.

– Miecz – mó­wię. – Hm.

Ich oj­cem jest nie­zgu­ła na­zwi­skiem John­son Rose, z któ­rym cho­dzi­łem kie­dyś do li­ceum i któ­ry – jak się do­wie­dzia­łem ‒ w ze­szłym roku dał dra­pa­ka, by speł­niać swo­je naj­skryt­sze ma­rze­nia. Mat­ka, o ile do­brze wszyst­ko zro­zu­mia­łem, topi żale w wód­ce i środ­kach prze­ciw­bó­lo­wych. Ostat­ni­mi cza­sy wie­le dzie­cia­ków spod szko­ły opo­wia­da po­dob­ne hi­sto­rie. Jest na przy­kład taki Andy Black­sto­ne – wi­dzę go te­raz, od­bi­ja wiel­ką gu­mo­wą pił­kę le­kar­ską od ścia­ny szko­ły – któ­re­go z ja­kie­goś po­wo­du wy­cho­wy­wał wuj. Gdy szan­se na zde­rze­nie wzro­sły do stu pro­cent, fa­cet po pro­stu ka­zał mu spie­przać.

Kil­ka ko­lej­nych wska­zó­wek Alys­sy i Mi­ca­ha uświa­da­mia mi, ku mo­jej wiel­kiej uldze, że cho­dzi o ulu­bio­ną za­baw­kę, pla­sti­ko­wy sa­mu­raj­ski miecz, któ­ry na­le­żał kie­dyś do ko­stiu­mu nin­ja. Brat Alys­sy od kil­ku ty­go­dni no­sił go wsu­nię­ty za pa­sek spodni.

– Okay – stwier­dzam, ści­ska­jąc Alys­se za ra­mię i spo­glą­da­jąc Mi­ca­ho­wi pro­sto w oczy. – To nic ta­kie­go.

– To po pro­stu do bani – rzu­ca z em­fa­zą chło­pak. – Do bani!

– Wiem.

Prze­rzu­cam kart­ki z no­tat­ka­mi do­ty­czą­cy­mi Bret­ta Ca­va­to­ne’a do miej­sca, gdzie za­pi­su­ję mniej istot­ne spra­wy. Prze­kre­ślam sło­wo: „oku­la­ry” i do­pi­su­ję: „miecz sa­mu­raj­ski”, do­da­jąc kil­ka zna­ków za­py­ta­nia. Gdy pro­stu­ję nie­zdar­nie nogi ścierp­nię­te po dłu­gim przy­ku­ca­niu, Andy Black­sto­ne rzu­ca pił­kę w moim kie­run­ku. Od­wra­cam się w porę, by chwy­cić ją po gło­śnym od­bi­ciu od bru­ku. Guma ude­rza w moje dło­nie z sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym, choć bo­le­snym pla­śnię­ciem.

– Hej, Pa­la­ce! – wrzesz­czy Black­sto­ne. – Za­gra­my w ko­pa­ne­go?

– Może póź­niej – od­po­wia­dam, pusz­cza­jąc oko do Alys­sy przed za­ło­że­niem ka­sku. – Mam spra­wę, któ­rą mu­szę roz­pra­co­wać.

2.

3.

4.

CZĘŚĆ DRUGA

Długa droga

Czwartek, 19 lipca

Rektascensja 20 06 33,0 Deklinacja –59 53 12 Elongacja 141,0

1.

2.

3.

4.

CZĘŚĆ TRZECIA

Znaki i szybolety

Sobota, 21 lipca

Rektascensja 20 03 13,8 Deklinacja –60 44 02 Elongacja 139,9

1.

2.

3.

4.

5.

CZĘŚĆ czwarta

Nie żyje, N. nie żyje, naprawdę nie żyje

Niedziela, 22 lipca

Rektascensja 20 01 26,5 Deklinacja –61 09 16 Elongacja 139,2

1.

CZĘŚĆ piąta

Dziki kraj

Wtorek, 24 lipca

Rektascensja 19 57 36,4 Deklinacja –61 59 14 Elongacja 137,9

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

Epilog

Niedziela, 12 sierpnia

Rektascensja 19 03 39,1 Deklinacja ‒68 41 32 Elongacja 122,0

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Nie­chaj je przyj­mą:

dok­tor Ti­mo­thy Spahr, dy­rek­tor Mi­nor Pla­net Cen­ter przy Ha­rvard-Smi­th­so­nian Cen­ter for Astro­phy­sics; funk­cjo­na­riusz Jo­seph Wri­ght i po­zo­sta­łe oso­by z ko­men­dy po­li­cji w Con­cord w New Hamp­shi­re; An­drew Win­ters; moja ro­dzi­na w Qu­irk Bo­oks: Ja­son, Ni­co­le, Eric, Do­ogie, Mary El­len, Jane, Dave, Brett i – se­rio – wszy­scy inni, któ­rzy tam pra­cu­ją; moja ro­dzi­na w domu: Dia­na, Ro­sa­lie, Ike i Mil­ly; moja agent­ka Jo­el­le Del­bo­ur­go; mą­drzy lu­dzie: au­tor ksią­żek o biz­ne­sie i eko­no­mii Edu­ar­do Por­ter; Mitch Ren­kow, pro­fe­sor rol­nic­twa i eko­no­mii za­so­bów na North Ca­ro­li­na Sta­te Uni­ver­si­ty; Chri­sto­pher Ru­dolf ze Scho­ol of In­ter­na­tio­nal Se­rvi­ce na Ame­ri­can Uni­ver­si­ty; Joe Lo­ugh­mil­ler z In­dia­na Ame­ri­can Wa­ter; dok­tor Zara Co­oper; dok­tor Nora Osman, dok­tor Ge­rar­do Go­mez i jego ko­le­dzy z Wi­shard Ho­spi­tal w In­dia­na­po­lis; Dani Sher, asy­stent­ka me­dycz­na, oraz jej ko­le­dzy z Mo­unt Si­nai Ho­spi­tal w Chi­ca­go; pod­puł­kow­nik Eric Ste­wart z Zie­lo­nych Be­re­tów; eki­pa ze Sni­per­craft Inc. w Se­bring na Flo­ry­dzie; Be­ta­czy­tel­ni­cy: Ke­vin Ma­her, Lau­ra Gu­tin, Erik Jack­son i szcze­gól­nie Nick Ta­mar­kin, mój oso­bi­sty de­tek­tyw Cu­lver­son; ko­le­dzy, stu­den­ci i przy­ja­cie­le z Bu­tler Uni­ver­si­ty w In­dia­na­po­lis; ko­le­dzy, stu­den­ci i przy­ja­cie­le z Grub Stre­et w Bo­sto­nie.

Szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia skła­dam wszyst­kim, któ­rzy za­mie­ści­li po­sty „Wha­tWo­ul­dY­ouDo” na The­La­st­Po­li­ce­man.com – nie prze­sta­waj­cie nad­sy­łać ko­lej­nych!