Opowieści z piasku i morza - Alwyn Hamilton - ebook
Opis

Pustynia skrywa jeszcze więcej magicznych tajemnic. Czy chcesz poznać je wszystkie?

 

Bestsellerowa autorka nagrodzona Goodreads Choice Awards wraca do ukochanego przez czytelników magicznego świata. Ekskluzywna kolekcja opowiadań z uniwersum Buntowniczki z pustyni stanowi doskonałe uzupełnienie dla fanów serii lub wprowadzenie dla tych, którzy chcą zacząć pustynną przygodę z Niebieskooką Bandytką. Pod piękną okładką skrywa się zbiór historii opatrzonych ilustracjami genialnej Dixie Leoty (jej ilustracje znalazły się m.in. w ostatniej kolekcji koszulek Reserved). Poznaj opowieści, o których szepcze pustynia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 93

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SKRADZIONY ŁADUNEK

Śnieg przykrywał ulice Dunport.

Dzielnica portowa na północno-wschodnim wybrzeżu Albiszu składała się z nędznych domów o szarych dachach i zaniedbanych magazynów wznoszących się wokół tętniących życiem doków. Była to ostatnia przystań, zanim wybrzeże zmieni się w wysokie klify, do których nie da się bezpiecznie przybić. Jednak przy ciemnym niebie i białych płatkach otulających miasto zdawało się, że świat nie jest aż tak ponury. Jeśli zmrużyło się oczy, przez chwilę można było odnieść wrażenie, że to stary Albisz z domkami stojącymi jeden przy drugim tuż nad ciemną krawędzią morza.

– Kończy nam się czas – stwierdził Ahmed, zasłaniając się kuflem piwa, udając, że pije.

Jin oderwał wzrok od grubej, szklanej szyby w oknie pubu i śniegu, który zmieniał się w lód wokół ramy. Ponad ramieniem brata spojrzał na ich cel, kapitana Esteva z „Ivory Queen”, nadal brylującego przy jednym z ogromnych dębowych stołów, przed którym stała kolejka albiskich chłopców. U boku kapitana siedział niższy mężczyzna z łysym plackiem na głowie i notował coś w wielkim dzienniku pokładowym, gdy każdy z chłopców starał się udowodnić, że nadaje się do pracy na „Ivory Queen”, po czym wręczał załodze pieniądze. Mówiono im, że muszą pokryć koszt zakupu zapasów dla dodatkowych ludzi na pokładzie. Dla wielu z nich to były jedyne pieniądze, jakie mieli. Ale to nie miało znaczenia, w końcu wszyscy słyszeli opowieści o ludziach, którzy wracali z morza z niesłychanym majątkiem. I wszyscy zapomnieli, ilu z nich w ogóle nie wróciło.

Byli głupi lub pełni nadziei, co według Jina niczym się nie różniło. Ale nie mógł o tym głośno mówić. On i Ahmed pięć lat temu byli tacy jak oni.

– Wciąż mamy trochę czasu. – Jin oparł się o ścianę i ze spokojem przyglądał się kolejce. – Mamy czas, dopóki on tu jest. – Ale wiedział, że Ahmed ma rację. Przy takiej pogodzie urząd celny zostanie zamknięty raczej wcześniej niż później. Połowa z nich zapewne już poszła do domów. Co oznaczało, że mają połowę czasu i połowę celników do przekupienia, by zdobyć informację, gdzie, do cholery, zacumowała „Ivory Queen”. Oznaczało to także, że kapitan Estevo być może zechce wyruszyć, zanim opady śniegu zmienią się w prawdziwą burzę śnieżną.

Statki nie rozpływają się w powietrzu. Nieważne, co zasugerował Młody Johannes po całym dniu poszukiwań w każdym doku w mieście. Całym dniu przyglądania się każdemu statkowi zacumowanemu w zimnym porcie, by odnaleźć jakikolwiek ślad tego, że „Ivory Queen” pływa pod fałszywą banderą. Stary Johannes dał wnukowi w łeb, gdy ten zaczął opowiadać historie o tym, że za sprawą nieśmiertelnych mocy zniknęły całe miasta, a każdego dnia o świcie pałace zmieniały się w wiatr, po to, żeby o zmroku znowu się pojawić.

– Jeśli „Ivory Queen” może zmienić się w wiatr, już by nas pozbawiła roboty – stwierdził kapitan Whit, zwracając się do załogi zgromadzonej na pokładzie statku „Black Seagull”. Jedną dłonią przeczesał swoje jasne włosy. Jin jeszcze nigdy nie widział go tak zmartwionego. Musiał znaleźć ten drugi statek, zanim wypłynie z portu albo raz na zawsze stracą go z oczu. Takie mieli zadanie. „Ivory Queen” nie mogła opuścić Albiszu ze swoim ładunkiem.

Ostatecznie, jedynym śladem, jaki mieli, była karteczka przypięta do ściany urzędu celnego, ukryta wśród wielu innych, na której napisano, gdzie można znaleźć kapitana Esteva, jeśli jesteś sprawny fizycznie, odporny psychicznie i poszukujesz zatrudnienia. Kapitan Whit zignorował liczne sugestie swojej załogi, że udadzą się na miejsce i poproszą o informacje, używając pięści. Jedynie naraziliby się na areszt. Wobec tego Jin i Ahmed zostali wysłani na obserwację tego mężczyzny, podczas gdy reszta marynarzy z „Black Seagull” przeszukiwała Dunport w nadziei na znalezienie jakiegoś śladu jego okrętu.

– Potrzebujemy planu. – Ahmed przesunął się na ławie i usiadł naprzeciw Jina. – Na wypadek gdyby stąd wyszedł. – Jin widział, że brat jest coraz bardziej zdenerwowany. Nie był zbyt dobrym blefiarzem. Miał zbyt szczerą twarz. To dlatego Jin celowo posadził go tyłem do Esteva.

– Czy twój plan polega na wywierceniu dziury w stole? – spytał Jin, wskazując pięść Ahmeda, którą ten od jakiegoś czasu niespokojnie stukał w blat. Jego brat zreflektował się i położył dłoń na poplamionym piwem stole.

Każdy, kto niezbyt dobrze znał Ahmeda, sądziłby, że martwi go tylko to, że Estevo może wyjść z knajpy. Ale Jin znał brata jak siebie samego.

– Wiesz, że to nie jest kradzież, jeśli towar jest kradziony – powiedział Jin, rozpoczynając kłótnię, którą toczyli już ze sto razy. Ilekroć Ahmed poczuł przypływ moralności.

Brat posłał Jinowi ponury uśmiech.

– Wcale nie. Zwłaszcza że wątpię w to, że towar kiedykolwiek prawowicie należał do Bawdena.

To mogło być prawdą. Jack Bawden nie miał wiele wspólnego z uczciwością. Kilka razy ubili z nim jakiś interes, kiedy stali w Braechester. Większość z nich była mniej więcej legalna. Było ogólnie wiadomo, że jak się dokowało w Braechester przez więcej niż jedną noc, należało posmarować Jackowi Bawdenowi. Chyba że wolało się mieć poprzecinane liny lub rozszczelniony kadłub w drodze na otwarte morze. Pewnego razu Jin i Ahmed widzieli, jak w dokach płonął statek. Władze uznały to za wypadek związany z niewłaściwym składowaniem prochu strzelniczego.

Z drugiej strony, jeśli miałbyś przypadkiem wwieźć do Albiszu jakąś kontrabandę, wiadomo było, że warto zawinąć do Braechester. Ponieważ Jack Bawden mógł skierować wzrok celników w drugą stronę na czas potrzebny do zejścia na suchy ląd.

Jednak strefa wpływów Jacka Bawdena była ograniczona. Jego imperium było Braechester, poza nim obowiązywały inne prawa, których musiał przestrzegać. Wydawało się, że kapitan Estevo dokonał niemożliwego, okradł Jacka Bawdena i bez szwanku wymknął się z jego królestwa szwindlu do bezpieczniejszego portu. Jack nie mógł zgłosić władzom kradzieży dokonanej przez kapitana Esteva, niezależnie od tego, jakby ich przekupił, nie udałoby się puścić mu tego płazem. Tym bardziej że kapitan Estevo pływał pod banderą króla Espa. Żaden albiski żołnierz nie zaryzykowałby ataku na espazjański statek i wywołania wojny.

Wobec tego Jack Bawden zrobił to, co zrobił, czyli wynajął ludzi do wykonania brudnej roboty, którzy brali ryzyko na siebie. Potrzebował statku, który podąży za „Ivory Queen”. „Black Seagull” wpłynęła do portu dzień później. Dlatego zostali przez niego wynajęci.

– Jakby nie patrzeć, towar został ukradziony człowiekowi, który też go ukradł. – Jin wzruszył ramionami, nie przejmując się obawami brata. Jin nie do końca podzielał rozterki moralne Ahmeda. – A my ukradniemy go ponownie, i tak to się kręci. Poza tym – dodał, na wypadek gdyby jego brat zapomniał, po co to robią – zapłacą nam za to.

Ahmed przytaknął, chociaż myślami wydawał się gdzieś daleko. Wiedział równie dobrze jak Jin, dlaczego to robią. Dla matki i siostry. Musiały dostać pieniądze za wykonaną przez nich robotę.

Coś poruszyło się za ramieniem Ahmeda. Jin przesunął się, żeby lepiej widzieć. Niski łysiejący mężczyzna siedzący obok kapitana Esteva zamknął księgę, wcześniej skrupulatnie wsuwając pomiędzy kartki wyświechtaną materiałową zakładkę. Kapitan Estevo wstał i gestem rozpędzał pozostałych młodych mężczyzn z kolejki. Zapewne nie miał więcej miejsc na statku.

Ahmed zauważył zmianę wyrazu twarzy Jina, więc przez ramię zerknął na Esteva, po czym szybko się odwrócił.

– Wychodzi.

– Widzę. – Jin spojrzał na drzwi. Nie przyszedł po nich żaden marynarz z „Black Seagull”. Co oznaczało, że jeszcze nie znaleźli „Ivory Queen”.

– Idziemy za nim – powiedział Ahmed rzeczowym tonem, jego obawy zniknęły w mgnieniu oka. Jeśli jego brat miał jakieś skrupuły, w sytuacji kryzysowej potrafił nad nimi zapanować. Jin mógł mu ufać, wiedział, że może na niego liczyć.

– Widziałeś, co dzieje się na dworze? – Śnieg sprawił, że nie dało się szybko przemieszczać. Każdy krok był zdradziecki, poza tym nie można było kryć się za budynkami. Gdyby Estevo się odwrócił, być może nie ujrzałby Jina i Ahmeda, ale na pewno zobaczyłby ślady ich stóp.

Po drugiej stronie knajpy kapitan Estevo i członkowie załogi, którzy mu towarzyszyli, zakładali kapelusze z szerokim rondem, odpowiednie na taką pogodę. W chwili, gdy ruszyli w kierunku wyjścia, Jin i Ahmed musieli podjąć decyzję.

Kapitan Estevo podszedł do drzwi, jego skryba i dwóch osiłków, których ze sobą przyprowadził, szło tuż za nim, niczym piana za kilem pędzącego statku. Za trzy sekundy dotrą do stolika okupowanego przez Jina i Ahmeda. Za cztery wyminą ich. Za pięć będzie można bezpiecznie ruszyć za nimi. Jednak tym razem nie będzie bezpiecznie.

Jin odliczał sekundy, gdy mężczyźni zbliżyli się do ich stolika.

Jeden.

Dwa.

Trzy.

Zanim w ogóle zastanowił się, co robi, Jin zerwał się na równe nogi i stanął pomiędzy kapitanem Estevem i drzwiami, blokując mu drogę do wyjścia. Kątem oka zauważył, że Ahmed zgarbił się na myśl o tym, że zaraz zrobią coś głupiego.

Kapitan Estevo zamrugał z zaskoczenia, jakby powoli docierało do niego, jakiego rodzaju przeszkoda stanęła mu na drodze. Uniósł rękę, dając znak swojemu oprychowi, więc jeden z nich ruszył w stronę Jina, żeby zepchnąć go na bok. Ale wtedy Jin się odezwał:

– Jeszcze nie doszedłeś do końca tej kolejki – powiedział oskarżycielsko po espazjańsku, ruchem głowy wskazując grupę chłopaków, koło których przeszedł, gdy ruszył do drzwi. Nadal mieli niepewne miny, zastanawiali się, czy wyjść, czy zostać, bo nie docierało do nich, że stracili swoją szansę.

Na twarzy kapitana Esteva pojawiło się zdziwienie, gdy usłyszał swój ojczysty język. Uniósł dłoń, żeby powstrzymać swojego oprycha. Jego zaskoczenie dało Jinowi trochę czasu. Znowu zaczął mówić, lecz jego rozmówca stracił zainteresowanie.

– Nawet nie stoisz w tej kolejce – odpowiedział spokojnie Estevo w tym samym języku. – Nie chciało ci się tak długo stać? Wobec tego powinieneś wiedzieć, że lenistwo nie jest pożądaną cechą u marynarza.

Kapitan Estevo, według Jina, wyglądał jak najprawdziwszy marynarz. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat, ale jego twarz poorana była zmarszczkami od słońca, soli i morskiego wiatru. Inteligentne, ciemne oczy dominowały nad wydatnym nosem, który przypominał dziób, a ciemne, kręcone włosy kryły się pod szerokim, wyświechtanym kapeluszem.

Te inteligentne oczy oceniały Jina, zapewne zastanawiając się, co począć z tym zagradzającym drogę chłopakiem. Jin wypiął pierś, robił, co mógł, żeby wyglądać na mniej niż szesnaście lat, a jednocześnie bardziej arogancko, niż powinien. Czyli tak, by kapitan Estevo mógł go zlekceważyć.

– Chciałem, żeby zobaczył pan, co mają do zaoferowania męty z Dunport, żeby mógł pan docenić moje zalety.

Mógłby przysiąc, że kątem oka zobaczył, jak jego brat, słysząc tę przemowę, wywraca oczami. Ale wiedział, że Ahmed trzyma jedną rękę na rewolwerze, w razie gdyby go potrzebował. Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, niż zamierzał.

Kapitan Estevo, cmokając, zmierzył Jina wzrokiem.

– Jak to się stało, że znalazłeś się tak daleko od domu, xichański chłopcze?

Xicha nie jest jego domem. Ale Jin ugryzł się w język i nie oponował. Rzadko się zdarzało, żeby ktokolwiek zauważył, że nie był narodowości xichańskiej. Nie dostrzegali niczego poza jego wschodnimi rysami, które odziedziczył po matce, i nawet nie domyślali się, że był kimś innym. Zwłaszcza kiedy stał obok Ahmeda, który miał ciemną skórę i ciemne, kręcone włosy, charakterystyczne dla ludzi pochodzących z pustyni.

– Pracowałem na „Fortune’s Prize”. – Jin szybko wymyślił jakieś kłamstwo. – Zwiałem stamtąd, gdy pierwszy z załogi się rozchorował. Słyszałem, że dokonałem właściwego wyboru.

„Fortune’s Prize” był statkiem kupieckim, który odnaleziono kilka tygodni temu, gdy dryfował przy brzegu pomiędzy Albiszem a Gallanem. Na pokładzie byli tylko martwi ludzie. Mówiono, że wszystko wskazywało na to, że załogę zabiła jakaś choroba. Ostatnim portem, do którego zawinęli, był Dunport. Kłamstwo mogło ujść, jeśli Estevo nie będzie zbyt wnikliwie mu się przyglądał.

Jin miał już zacząć wyliczać swoje kwalifikacje, lata spędzone na morzu, każdy węzeł, jaki umiał zawiązać, każdy znany sobie sposób nawigacji, kiedy wzrok kapitana Esteva powędrował w stronę Ahmeda, który nadal siedział i wpatrywał się w zawartość swojego kufla.

– A to kto?

– Ktoś, z kim piłem, kiedy czekałem na swoją kolej. – Jin wzruszył ramionami i spojrzał obojętnie na brata. – Dopiero co się poznaliśmy.

Kapitan Estevo przyglądał się Ahmedowi. I gdy znowu się odezwał, nie mówił po albisku. Chociaż język, którym się posługiwał, z trudem dało się zrozumieć.

– To ty umieć pustynne język? – zapytał tak kiepskim mirajińskim, że Jin niemal się wzdrygnął, a Ahmed aż podniósł głowę. Z jedną uniesioną brwią. Lecz Estevo go zignorował i z powrotem przestawił się na espazjański. – Skoro