Opowieści wykute w smoczym ogniu. Nim ogarnie nas pożoga. Tom 1 - Adam Zgryżniak - ebook

Opowieści wykute w smoczym ogniu. Nim ogarnie nas pożoga. Tom 1 ebook

Adam Zgryżniak

4,0
28,50 zł

lub
Opis

To miał być kolejny nudny dzień. Zimne piwko w zapomnianej karczmie na krańcu świata i miła przygoda z piękną panienką powinny ukoić i umysł, i ciało strudzonego wędrowca. Jednak w ślad za pięknymi kobietami, jak psy gończe, zwykle ciągną się kłopoty. Gdy na scenę wtacza się podejrzane jajo, a na ziemię rzuca cień przelatujący po niebie smok, sytuacja tylko się komplikuje.
Meredith ‒ włóczykij, przybłęda i rębajło – w tarapaty pakuje się często i regularnie, a jego przygody zabiorą Cię w podróż po krainie na skraju wojny, w której intrygi snują nie tylko podstępni szpiedzy, bezwzględni rabusie i piękne złodziejki, ale również pradawne i potężne krwiożercze istoty.
Jeśli myślisz, że o klasycznym fantasy wiesz już wszystko – daj się zaskoczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 412

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



 Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Korekta

Joanna Cierkońska

Szkic mapy

Justyna Skiba-Zgryźniak

Copyright © by Adam Zgryźniak, 2021

ISBN 978-83-962050-1-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Druk i oprawa

Drukarnia Cyfrowa

OSDW Azymut sp. z o.o.

ul. Senatorska 31

93–192 Łódź

Konwersja do epub i mobi A3M

Kolejny nudny dzień

Z trudem otworzył oko. Na razie jedno. Ten wysiłek i tak przyprawił go o mdłości. Zalała go fala światła... olśniewająco białego światła z rodzaju tych „na końcu tunelu”.

– Umarłem?

Potem tępy ból spłynął mu na skronie i rozlał się po całej głowie. Brutalnie, szybko i trwale pozbawił go złudzeń. Nie umarł. „Umarłego nawet na dnie piekieł nie może aż tak nakurwiać łeb. Nigdy więcej nie piję”, przeszło mu przez myśl.

Przecz chwilę podziwiał chmury, które przybrały fantazyjne kształty dwóch walczących ze sobą zapaśników. „Już czas”, postanowił i otworzył drugie oko.

Głowę zalała mu kolejna fala bólu, a wzrok utracił ostrość. Nauczony doświadczeniem zacisnął zęby i odczekał. Widok znów się wyklarował, ale teraz postacie na niebie przypominały raczej dwoje kochanków w czasie frywolnych zabaw. Dynamika tej sceny była zbyt duża jak na jego obecny stan. Mdłości się nasiliły, przekręcił głowę w bok i zwymiotował. „Dobrze, że nie na nową kurtkę”, przyszło mu do głowy.

Nie zauważył natomiast, że nowej skórzanej kurtki, którą nabył na targu w Cape Damon za równowartość miski dobrej strawy, dzbana przedniego piwa i nocy spędzonej z portową dziwką, nie ma na sobie. Nie miał też miecza, wysokich podróżnych butów i sakiewki. Zmuszony koniecznością przez chwilę podziwiał swoją wczorajszą wieczerzę. Pełen warzyw i mięsa barani gulasz, za który karczmarz kazał sobie zapłacić jak za zboże.

Odwrócił się w drugą stronę, ze świstem wypuścił powietrze, gdy spojrzał w… w dół z krawędzi dachu, chyba karczmy, i zamarł, wsłuchując się w żałosny jęk starej, zaśniedziałej, mosiężnej rynny, na której w tym momencie opierał się całym ciałem. „Solidna, kowalska robota spokojnie wytrzyma ciężar człowieka”, zdążył jeszcze pomyśleć, zanim mocowania się urwały, a on poleciał w dół w ślad za mosiężną rynną.

***

Rozedrgane upałem powietrze rozdarł dźwięk. Pisk, który wydać może tylko wiejska dziewka, uciekając przed pijanym chłopem. Jeździec wstrzymał konia i ciekawie nadstawił ucha. Znów pisk po lewej stronie drogi, ale jakby kawałek dalej. Zeskoczył z siodła.

Ubrany był w długi, znoszony płaszcz podróżny narzucony na skórzane ubranie.

Całe odzienie było czarne, a jego elementy wyblakłe w różnym stopniu od słońca i deszczu. Wędrowiec odrzucił kaptur, włosy miał ciemne i rozrzucone w nieładzie, brodę i policzki pokrywał kilkudniowy zarost.

Koń zastrzygł uszami i nerwowo parsknął. Jeździec położył dłoń na chrapach, by uspokoić jabłkowitego ogiera, który z postury przypominał dziwne połączenie rumaka kawaleryjskiego z potężnym koniem pociągowym. Wierzchowiec nosił imię Siwy Dym, choć właściciel najczęściej wołał na niego po prostu Siwek. Nie miało to znaczenia, niesforny koń i tak z reguły nie reagował na żadne z tych imion.

Mężczyzna odtroczył od kulbaki pochwę z utwardzanej skóry warana, z której wystawała prosta głownia. Pieszo zszedł z wyboistego duktu na miękką trawę i ruszył dalej.

– Aaałłł! Trzymajcie ją, bo wierzga jak prosię. – Dwóch chłopów parsknęło śmiechem. Dwóch wiejskich obiboków z rodzaju tych, którzy jeśli się ich z samego rana nie zaprzęgnie do pługa, to do południa, urżną się wątpliwej jakości samogonem i zasną w karczmie na stole. Względnie jeżeli zabraknie im pieniędzy, by do cna się urżnąć, będą biegać po wsi i napastować Bogu ducha winne dziewki. Dwóch trzymało dziewczynę z jednej i drugiej strony. Trzeci chłop, powsinoga jak pozostali, ale z odrobinę głupszym wyrazem czerwonej od alkoholu twarzy, próbował przedrzeć się przez zasłonę, jaką stanowiły wierzgające nogi.

Jeździec oparł się o drzewo, skrzyżował ramiona na piersi i obserwował.

– Ziętek, a może byś ją tak zdzielił tym kijem przez łeb? Nic jej nie będzie, ino się uspokoi. Zresztą nawet jak się bidulce zemrze, to nam za jedno!

Chłopi ryknęli gromkim śmiechem, dziewczyna zapiszczała, a Ziętek narychtował kij. Jeździec odwrócił się bezszelestnie. Zamierzał odejść. W gruncie nie był złym człowiekiem, ale życie go nauczyło nie pchać paluchów tam, gdzie mogą je odrąbać razem z ramieniem.

– Pomocy, mości rycerzu! Nie zostawiajcie mnie!

Jeździec zaklął pod nosem i odwrócił się powoli. Teraz i chłopi go zauważyli. Jego i wystającą sponad prawego ramienia rękojeść miecza.

– Uratujcie mnie rycerzu, nie ostawiajcie damy w potrzebie!

– Taki ze mnie rycerz, jak z koziej dupy trąba. Taka sama zresztą z ciebie dama – odparł, odwrócił się i ruszył przed siebie.

– Uratuj mnie, a dam ci dupy! – zawołała za nim zdesperowana.

„Mości rycerz” się zatrzymał. Dziewka była całkiem ładna. Szczupła, zgrabna i z przyjemną, choć trochę umorusaną buzią.

„Jeszcze wyjdzie z tego jakaś bieda… Ale dama w potrzebie, nawet taka umorusana wieśniaczka, to wciąż dama w potrzebie”, pomyślał.

– Zostawcie ją w spokoju.

– Takiego wała! – warknął Ziętek. – Nas jest trzech, a ty samojeden. Zostaw, co tam masz cennego, i zmykaj, zanim wydupcymy i ciebie.

Chłopi zarechotali. Wędrowiec odpiął pas z mieczem, ale nie wydobywał go z jaszczurzej skóry. Ściągnął i przewiesił przez ramię płaszcz.

– Odstąpcie albo poprzetrącam wam nogi. Ciekawe, jak wtedy będziecie ścigać dziewki po lasach.

Chłopi zaatakowali jak to chłopi, kupą i bez ostrzeżenia. Nieznajomy cisnął ciężkim płaszczem w twarz tego na przedzie. Podrzucił broń, przekręcając ją w powietrzu, i złapał oburącz metalowe okucie u dołu pochwy. Na nadbiegającego pokracznie Ziętka zamachnął się jak pałką, a uderzenie wzmocnił skrętem bioder. Cios głownią miecza trafił chłopa w szczękę, osadził na miejscu i wbił w ziemię. Z jego zdziwionej paszczy wyleciała spora garstka zepsutych zębów i obfita struga krwi. Niefortunnie wszystko to chlusnęło wprost na Bogu ducha winną dziewkę, która zaczęła piszczeć jeszcze głośniej. Trzeciego wieśniaka pozbawił tchu kopniakiem w brzuch. Tak silnym, że nie powstydziłby się go czekający nieopodal Siwy Dym. Na tego, który jeszcze stał na nogach, wciąż zaplątanego w płaszcz, zamierzył się pięścią. Wycelował tam, gdzie spodziewał się twarzy, a dźwięk pękającej w nosie chrząstki sprawił mu sporo satysfakcji.

Trochę to trwało, nim chłopi pozbierali się z ziemi. Zwłaszcza Ziętkowi szło niesporo. Najpierw uniósł się na kolana i zwymiotował. Kiedy w końcu złapał pion, chwiał się i bredził, jakby coś popsuło mu się w głowie. Mimo to wszyscy stanęli w końcu na nogi. Najwidoczniej byli bardzo zdeterminowani, by dobrać się do wcale ładnej wiejskiej dziewki. Odszukali w trawie pogubione podczas pierwszym ataku kije i sformowali niechlujny szereg. Rycerz się wyprostował, szybkim ruchem wyciągnął z pochwy miecz i opisał klingą szerokie koło. Miecz wykonany z niespotykanego metalu, klinga wyglądała jak srebro, ale emanowała ledwo uchwytną niebieską poświatą. Tego już było za dużo. Chłopi zrejterowali, potykając się o własne nogi i upuszczony gdzieś w biegu oręż. Jeden, uciekając, zgubił nawet portki i świecąc gołą dupą, zniknął za krzakami.

Nieznajomy odwrócił się powoli. Jego twarz mogłaby uchodzić za ładną, gdyby nie paskudne blizny. Jedna przez lewe oko i druga – od skrzydełka nosa przez prawy policzek i szyję. Dziewka przestała w końcu piszczeć i zaczęła zbierać resztki poszarpanej odzieży. Gdy wędrowiec chrząknął, spojrzała na niego i po chwili zrezygnowana spuściła wzrok.

– Rób, co chcesz, tylko proszę, bądź delikatny.

Nieznajomy bił się przez chwilę z myślami. W końcu zaklął pod nosem i powiedział:

– Daj spokój. Spuszczenie tym powsinogom manta to było coś, co po prostu trzeba było zrobić. Ubieraj się i zmykaj stąd… Sam twój widok wystarczy mi za nagrodę – dorzucił jeszcze, puszczając oczko, by zobaczyć choć rumieniec zakłopotania na jej twarzy.

Nie zobaczył go. Zobaczył natomiast, jak dziewczyna rzuca na ziemię pieczołowicie zebrane resztki poszarpanej odzieży i rozściela na miękkiej trawie jego podróżny płaszcz.

***

Ponownie otworzył oczy i ostrożnie się rozejrzał. Wyglądało na to, że leżał na złamanej w pół grubej desce dębowej, która do niedawna pełniła funkcję stołu. Wokół piętrzyły się pobite gliniane dzbany i kufle. W górze, na ścianie budynku majaczył szyld. Wymalowana ni to świnia, ni to guziec w pokracznym biegu i napis „Pod Szarżującym Świniakiem”. To rzeczywiście była karczma. Uczucie suchości w ustach było tak potężne, że skłoniło go do działania. Przypuszczał, że tak musi się czuć ryba, z której ktoś wycisnął całą wodę i porzucił na piaskach pustyni. Sturlał się z resztek ławy. Upadł na kolana, przed sobą zobaczył koryto z wodą. Dopełznął do krawędzi i zaczął pić. Pił długo i powoli, a gdy oderwał usta od mętnej wody, czuł się znacznie lepiej. W wodzie wypatrzył niewyraźny kształt, zbliżył głowę i wyłowił wysoki, podróżny but. Wymamrotał jakieś przekleństwo. Dopiero teraz zauważył, że jest boso. Sprawdził pośpiesznie ekwipunek i stwierdził brak miecza, kurtki i sakiewki. Rozejrzał się bezsilnie po obejściu.

Na końcu podwórza, w cieniu orzechowego drzewa leżał młody chłopak. Wyciągnięty na miękkiej trawie spoglądał na niego spod ronda słomkowego kapelusza i uśmiechał się bezczelnie. Dzieciak wyciągnął rękę i pokazał na coś na dachu karczmy.

– Szlag by to – warknął wędrowiec.

Drugi but się znalazł. Leżał na górze, w resztkach mosiężnej rynny. Bohater usiadł zrezygnowany na krawędzi koryta. Wylał z lewego buta spory kubek wody i wciągnął go na stopę. Prawym postanowił się na razie nie przejmować. Podniósł się i powlókł w stronę chłopaka, a ten wstał, zdjął kapelusz i uśmiechnął się przyjaźnie. Miał jasne i kręcone włosy oraz błękitne oczy.

– Widzę, że czujesz się już rześko, skoro postanowiłeś sfrunąć ze swojego gniazdka – roześmiał się szczerze.

– Łeb mi pęka od twojego rechotu.

– Jak tam w ogóle wlazłeś? I po jaką cholerę?

– Też chciałbym to wiedzieć. Słuchaj, masz chociaż ogólne pojęcie, co tu się wydarzyło i… gdzie moje rzeczy?

– Ogólne pojęcie? Mam. Wyżłopałeś większą część zapasów tutejszego poczciwego karczmarza, zresztą do spółki ze mną. Człowieku, czego tam nie było. Miejscowa, wcale zresztą niezła, gorzała... słynna na cały świat siwucha mnichów z Monahan, wino ze stoków Brennen. No i to całe gówno słodkie. Ten wynalazek wyspiarzy, co to nie wiadomo, jak to pić i czy wypada zagryzać. To ich whiskey zakichane. – Chłopak wyraźnie się skrzywił na wspomnienie tak poważanego w bardziej cywilizowanych stronach trunku.

– W każdym razie karczmarz był wniebowzięty, bo płaciłeś złotem. Do czasu.

– Do czasu? – mruknął zrezygnowany.

– Potłuczonych kubków i dzbanów nie liczę. Ani tego, że wyrzuciłeś kuchcika przez okno… Karczmarz rwał włosy z głowy, ale że szastałeś złotem na lewo i prawo, wszystko puszczał płazem. Miarka się przebrała dopiero wtedy, gdy podpaliłeś karczmę.

– O jak wielkim pożarze rozmawiamy? Karczma stoi jak stała…

– O niewielkim… czy może stosunkowo niewielkim, bo przynajmniej jeden stół i kilka krzeseł poszło z dymem.

– Wszystko zależy od perspektywy.

– Dokładnie! Prawdziwe problemy się zaczęły wtedy, gdy pojawiła się ona. – Niebieskie oczy chłopaka przybrały maślany odcień.

– Ona?

– Co za dziewczyna… ale widzę, że naprawdę niewiele pamiętasz. Nie martw się, zaradzimy coś.

Chłopak wstał i podszedł do dziupli w drzewie. Pogmerał chwilę ręką… i niczym czarodziej wyciągnął z drzewa gliniany gąsior. Odkorkował, pociągnął tęgi łyk, skrzywił się i podał dalej.

– Napij się. Być może zwrócisz, ale napij się i tak.

Napił się. Nie zwrócił, ale niewiele brakowało. Wódka była paskudna, z tych najpośledniejszego gatunku, które trzyma się w gospodach dla mniej poważanych gości. Dla pijanych w sztok mniej poważanych gości, bo na trzeźwo nikt się tym nie truł.

– Jeżeli tego też nie pamiętasz, mam na imię Renne. Spróbował zebrać myśli. Wypił kolejny haust podłego samogonu i poczuł, jak tryby w jego głowie wskakują na swoje miejsce.

– Oczywiście, że pamiętam, jak masz na imię chłopcze.

***

– Powiedz chociaż, jak masz na imię! – zakrzyknęła za nim wcale ładna wiejska dziewka.

– Wołają na mnie Meredith – odparł już z siodła.

Obrócił wierzchowca w miejscu i zmusił go, by zatańczył.

Skłonił się grzecznie i ruszył z miejsca galopem.

Po kilku chwilach droga skręciła i wyrwała się z lasu. Jeździec i koń wystrzelili do przodu. Poranna przygoda poprawiła mu humor. Słońce powoli zaczynało chylić się ku horyzontowi. Wciąż było ciepło, a pęd powietrza przyjemnie chłodził twarz. Rozkoszował się przejażdżką. Gdy nasycił się prędkością, wstrzymał konia i pojechał stępa. Nie śpieszył się. W oddali widział już zabudowania małego miasteczka, czy może raczej dużej wioski otoczonej drewnianą palisadą. Zauważył nawet pojedynczych strażników przy bramie.

Dotarł do małej rzeczki, wjechał na drewnianą kładkę i spojrzał w dół nurtu. Kawałek dalej dostrzegł jakieś obejście – chatę, parę budynków gospodarskich. Jeden tuż nad rzeczką, z potężnym młyńskim kołem. Przed nim dwie młynareczki, piękne dziewuszki, robiły w rzece pranie. Meredith gwizdnął przeciągle i zmusił Siwka, by stanął dęba. Pomachał do dziewczyn. Jedna odmachała wesoło, twarz drugiej pokryła się odcieniem czerwieni typowym dla dojrzałych wiśni.

Ruszył dalej i po chwili dotarł do bramy. Odczytał napis wymalowany białą farbą na parkanie. „Witamy w Grajdołku – mieścinie, gdzie życie wesoło płynie”. Jak się okazało z bliska, za bramę służył stary wóz drabiniasty, który w miarę potrzeby dwaj odźwierni odsuwali na bok.

– Stój! Kto jedzie! I po co!?

– Warta, jakbym wjeżdżał do zamku samego Jego Wysokości miłościwie nam panującego Eberharda II – sarknął Meredith, po czym dodał: – Jestem podróżnikiem, szukam izby na noc i gospody.

– Możesz przejechać. Pamiętaj tylko, że nie tolerujemy tutaj burd.

– Toż i ja żadnych nie planuję. Którędy do karczmy?

– A tędy, prosto główną ulicą, zaraz za stajniami. To największy budynek w mieście, tuż obok biblioteki.

– Obok czego?

– Biblioteki, to takie miejsce, gdzie się te… różne pisma studiuje… i księgi uczone czytuj...

– Wiem, co to jest biblioteka, dziwi mnie tylko, że macie jedną w takiej zapadłej dziurze.

Główną ulice łatwo było odszukać, gdyż tylko ona wyłożona była brukiem. Meredith ruszył stępa. Szybko dotarł na miejsce. Zsiadł z konia i rzucił stajennemu brązową monetę.

– Zaopiekuj się nim jak własną żoną.

Stajenny kiwnął głową z miną fachowca i przyjął lejce. Meredith poszedł dalej pieszo. Wolnym krokiem, środkiem bruku. Ludzie spoglądali na niego ciekawie, ale na wszelki wypadek schodzili mu z drogi. Naprzeciwko karczmy faktycznie znajdowała się rudera z powyłamywanymi okiennicami i wymalowanym czerwoną farbą napisem „Biblioteka”. Pod spodem ktoś dopisał, chyba węglem: „Na pohybel jajogłowym”.

Pchnął energicznie drzwi (karczmy, nie biblioteki) i wszedł do izby. W środku unosił się zapach stęchłego piwa i jakiegoś jadła. Oczywiście, jak to bywa w karczmach, dało się też wyczuć nuty rzadko zmienianych onuc. Przybysz zwracał na siebie uwagę, przyciągał spojrzenia innych. Widać, że nie mieli tu zbyt wielu gości. Po jego wejściu gwar rozmów ucichł. Postukując butami, podszedł do szynkwasu.

– Czy macie tu piwo, gospodarzu?

– A czy dzik przebiera racicami, gdy zobaczy w lesie lochę?

– Słucham?

– To karczma, oczywiście, że mamy piwo, ale z całym szacunkiem panie, my tu obcym nie ufamy. Na pewno macie czym zapłacić?

Nie mógł zaprzeczyć, że jego wygląd faktycznie nie budził zaufania. Ot, typowy przybłęda bez grosza i perspektyw. Odsłonił pękaty mieszek i rzucił na ladę złotą monetę.

– Każ wnosić piwo i żarcie... ale dobre żarcie. – Zamyślił się na chwilę. – Co do piwa, przynieś cały dzban.

Gospodarz poprowadził go do szerokiej ławy. Wędrowiec powiesił płaszcz na kołku, pas z mieczem i sztyletem położył na stole. Usiadł. Piwo właśnie podano. Pierwszy kufel przechylił tylko raz. Był spragniony i chciał spłukać z gardła pył gościńca. Nie namyślając się, znów sięgnął po dzban, nim jednak zdążył napełnić puste naczynie, dosiadł się do niego mężczyzna, a w zasadzie młody chłopak.

– Nie wypada, żeby tak szlachetny pan pił w samotności – roześmiał się i nadstawił pusty kubek. – Mam na imię Renne.

Meredith miał wyrobione zdanie na temat takich szachrajów. Nieroby i naciągacze poszukujący darmowego trunku... Ale miał dziś dobry humor, a pełna sakiewka miło ciążyła na pasku.

– Usiądź, Renne i nie nadstawiaj kubka pod ten dzban. Gospodarz właśnie niesie wódkę.

Polali. Wypili. Chłopak był wniebowzięty. Polali i wypili na drugą nogę. Zakąsili marynowanym śledziem.

– Co to właściwie za miejsce ten Grajdołek? To chyba nie jest prawdziwa nazwa osady? Niby wiocha zabita deskami, a tu wartownicy w bramie i każą się opowiadać jak na królewskim dworze.

– A bo to wójt tutejszy na przerost ambicji cierpi. Twierdzi, że skoro jest karczma, młyn i ratusz, to już miasto, a nie wioska. Ogradza się palisadą, opłaca straż, a siebie każe tytułować burmistrzem. Że niby taki światowy i obyty. Chuja tam on obyty. Za tą palisadę, co ją mijałeś po drodze, to on nie wyściubia nosa. Chyba że go żona, baba gruba jak ta beczka, do młynarza po mąkę pogoni. Przy okazji, jeżeli planujesz zabawić tu dłużej, powinieneś koniecznie odwiedzić młyn.

Mąkę może produkują tam podłą… gnoje jak nic fałszują ją kredą albo innym świństwem. Za to młynareczki… O, bracie, tu nie ma mowy o żadnym fałszerstwie. Dziewuszki prawdziwie piękne. Jedna może i nieśmiała, ale druga, gdy się po cichu zakraść, kiedy młynarza nie ma w domu, to sama ciągnie na sianko do stodoły, a prosić ani namawiać wcale nie trzeba. Tylko ja miałem pecha, bo młynarz nas zdybał i spuścił z łańcucha psa. Paskudna blizna na tyłku od jego zębów to już chyba na zawsze mi zostanie… Pokazać?

– Nie trzeba… Blizny zdobyte w boju to powód do dumy, kobiety je lubią.

Słysząc to, chłopak się rozpromienił i wypiął dumnie pierś.

– W każdym razie wójt, psie nasienie, uwziął się na nas i co rusz wymyśla nowe podatki.

– Myślałem, że nowe podatki może wymyślać tylko Jego Wysokość psie nasienie Eberhard.

– Tak i ja myślałem, ale spróbuj to powiedzieć wójtowi, jak ze strażą przyjdzie ściągać haracz. A to od trawy, co ją krowa na łące zeżre, to znowu od utrzymania tej zbitej z dech budy, którą garnizonem dumnie tytułuje, ale ostatnio to chyba żona go za mocno w łeb zdzieliła wałkiem jak pijany wrócił z karczmy. W głowie mu się do reszty popsuło, bo wymyślił sobie podatek ekologiczny, taka wójta mać! Od każdej nowo wykopanej latryny! Jak chłop ma teraz sracz w obejściu postawić, to się dwa razy zastanowi. A potem machnie ręką i pójdzie się odlać pod płotem.

Meredith pokiwał głową ze zrozumieniem. Polali. Wypili. Zagryźli kiszonym ogórkiem, a w gąsiorku nie wiadomo kiedy, pokazało się dno. Na szczęście po chwili pojawił się gospodarz, dźwigając miski z gulaszem. Zaczął zachwalać potrawę, ale Renne przerwał mu bezceremonialnie.

– Siwuchy!

– Biegiem – dodał Meredith.

Żeby nie tracić czasu w oczekiwaniu na wódkę, zabrali się za gulasz i zapomniane piwo.

– Ten nasz wójt chędożony dziś chodzi zły jak wilczur. Aż strach podejść, tak na wszystkich warczy. Jego córka, dziewka bardzo ładna, gdzieś mu się zapodziała. Niby do lasu polazła, niby jagody zbierać, ale coś nie wraca głupia siksa. A to nasze lasy bezpieczne? Zaraz ją jakiś zbój chwyci albo nawet miejscowy chłop moczymorda. Skrzywdzić nie skrzywdzi. Ale wydupcy. A wójt nie daruje. Psami poszczuje, widłami przebije. Wymyślił sobie, że wyda ją bogato za mąż. Bogato za mąż w Grajdołku! Śmiechu warte.

Meredith przełknął ślinę.

– Mówiłeś, że jak wygląda ta dziewka? Córka wójta?

– Jeszcze nie mówiłem. Myślałem kiedyś, żeby do niej cholewy smalić, ale po pierwsze jest ode mnie kilka lat starsza i powiedziała, że jestem gówniarz i łazęga i mam spieprzać w podskokach, zanim powie ojcu, że się jej naprzykrzam, bo ten nakopie mi do dupy i poszczuje psami – wyrecytował na jednym oddechu. – To już nie rokuje dobrze, a jak dodać do tego, że jestem sierotą bez majątku i bez gotowizny… to chyba za wysokie progi.

– Jesteś sierotą? – Meredith zapytał, by podtrzymać rozmowę.

– Ano jestem. Ojca mi do wojska zabrali, kiedy była wojna...

Ta, co ją tak sromotnie przegraliśmy... Sensacyjna?

– Secesyjna – poprawił Meredith.

– Właśnie. Matki nikt nie chciał wziąć razem z dzieckiem, więc w końcu zostawiła mnie i odjechała. Chyba z jakimś kowalem, który przejeżdżał przez nasze miasto i zabawił tu trochę dłużej. Miałem wtedy siedem lat. Szybko pozbyłem się resztek majątku, których nie zabrała matka. Wymieniłem je na jedzenie. Potem wylądowałem na bruku. No nie do końca na bruku. Jedyna utwardzona ulica w tym miasteczku została wybrukowana dopiero rok później przez wójta. Czyli wcześniej powiedzenie „wylądować na bruku” nie miało tu zastosowania, ale wiadomo, o co chodzi.

– Może niepotrzebnie tak źle mówisz o waszym wójcie? Ostatecznie to dzięki niemu już po roku miałeś gdzie mieszkać.

– Bardzo śmieszne, naprawdę boki zrywać. Oczekiwałem odrobiny empatii.

– Pijesz moje piwo i żresz moje jedzenie. Chcesz jeszcze empatii? Zresztą skąd w ogóle znasz takie uczone słowa? Nie obraź się, ale wyglądasz mi raczej na wiejskiego przygłupa.

– Gdy mieszkałem na ulicy, w końcu zlitował się nade mną bibliotekarz i wziął na pomocnika. Tam to mi było jak w raju. Staruszek dobrze karmił, nauczył mnie nawet czytać i pisać. To sobie studiowałem mądre księgi. Najbardziej lubiłem historyczne. No ale w końcu przyszedł rok wojny... Jak się nazywała ta druga wojna? Ta, która wybuchła po tej, w której zginął mój tatko? Wojna o królewskie szympansy?

– Wojna Ostatniej Szansy… Jak wymyśliłeś te szympansy? Dopiero co mi powiedziałeś, że z zamiłowaniem czytasz historyczne księgi. Przeczytałeś chociaż jedną?

– Mówiłem, że czytałem je przed wojną. Czyli zanim ktoś wymyślił tę nazwę. W roku wojny brakowało wszystkiego, zwłaszcza jedzenia. Po chudym lecie przyszła zima, pech chciał, że była wyjątkowo sroga. Któregoś dnia chłopi się zbuntowali. Powiedzieli, że z tych książek i tak nie ma żadnego pożytku. Wdarli się do biblioteki, rozkradli je i popalili w piecach. Pamiętam, że bibliotekarz tak się zdenerwował, że dostał zawału. Biedaczek zmarł. No a ja poszedłem na parobka i tak jest do dziś. Myślałem, żeby odłożyć jakiś grosz i wyjechać stąd. Ale z czego tu odłożyć? I gdzie pojechać? A mi w tym roku minął już siedemnasty rok.

Chłopak uniósł do góry pełny kieliszek, ale Meredith wyjął mu go z ręki.

– Siedemnasty? Chłopcze, chcesz wyjść na ludzi i wyjechać z tej dziury czy skończyć w rynsztoku jedynej brukowanej ulicy? Zostaw to świństwo, jesteś za młody.

– Daj spokój, według królewskiego rozporządzenia o przeciwdziałaniu alkoholowej degeneracji wśród jego najmłodszych poddanych, już za cztery miesiące będę dorosłym mężczyzną.

– Więc pogadamy przy wódeczce za cztery miesiące. Pozwalam ci wypić jeszcze kufel piwa. Ostatni i mały.

Zbity z tropu chłopak ucichł na chwilę. Potem napełnił swój ostatni kufel po sam brzeg. Meredith natomiast zaatakował gąsiorek z siwuchą tak zawzięcie, że już po kilku minutach zawołał:

– Gospodarzu, gorzałki!

Gospodarz akurat zniknął, chyba poszedł do kurnika po jajka, bo przez drzwi od podwórza wleciał piegowaty niedorostek, który zamiatał ganek.

– Już pędzę, mości panowie.

Drobny chłopak pobiegł do piwniczki i wrócił z dzbanem wina, który był niewiele mniejszy od niego.

– Wino przyniosłem dla jaśniepanów. Wódka, niech mnie zaraza, skończyła się! Ruch u nas na co dzień mały, nie spodziewaliśmy się takiego obrotu. W piwniczce mamy też whiskey, które karczmarz sprowadza specjalnie dla burmistrza.

– Leć po to whiskey. Wypiję kubek, skoro to taki szlachetny trunek, ale postaw wprzód to wino.

Chłopak postawił dzban, ale albo nie był wprawiony w obsługiwaniu gości, albo dzban był dla niego za ciężki, gdyż wino chlusnęło na kubrak Mereditha.

– Szlag! Nowa kurtka! Więcej ona warta niż ty razem z tą miotłą, którą podwórze zamiatasz!

Wędrowiec szturchnął chłopaka w pierś. Widać naprawdę mocno szumiało mu już w głowie i źle dobrał siłę, gdyż filigranowy człowieczek zatoczył się przez całą izbę, wyrżnął plecami o szybę i wyleciał przez okno. W karczmie zrobił się szum, powstało poruszenie, a przez drzwi wpadł zdyszany gospodarz.

– Co tu się dzieje, do cholery!?

Meredith nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Pomagier był lekki jak piórko.

– Chłopak widać potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza. Masz tu monetę gospodarzu na nowe okno i drugą na napiwek dla twojego pomocnika.

Błysnęło rzucone złoto. Karczmarz złapał je wprawnym chwytem, sarknął pod nosem i poszedł do piwniczki.

– Jesteś silny jak wół. Czym ty się właściwie zajmujesz? – zapytał Renne, który oglądał całe zajście na wpół z rozbawieniem, na wpół z podziwem.

Wędrowiec wypiął dumnie pierś.

– Jestem łowcą smoków – powiedział i nadął się jak paw. Chłopak wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i głośno.

– Owszem, słyszałem o łowcach smoków. Każdy o nich słyszał ale to tylko legenda! Przed wojną, kiedy byłem jeszcze brzdącem i miałem oboje rodziców, odwiedzał czasami naszą wieś wędrowny bajarz. Stary dziad, co za kubek cienkiego wina i kromkę chleba ze smalcem opowiadał nam różne historie. O rycerzach i bitwach, o księżniczkach, ale też o wampirach i upiorach.

– Raz, gdy zamiast wina dostał gorzałki, dalej poniosła go wyobraźnia, bo opowiedział nam legendę o łowcach smoków... mistycznym zakonie rycerzy, który zrzeszał najbardziej prawych i najwaleczniejszych. Rycerze ci stronili od alkoholu i od dziewek. Podobno by uwolnić się od cielesnych potrzeb i słabości, przed wstąpieniem dobrowolnie zgadzali się na usunięcie przyrodzenia… Na boga, Meredith! Czy ty jesteś wykastrowany!?

– Co? Oczywiście, że nie! To bzdura i wymysł tego dziada proszalnego, starego bajarza! Że też wasi rodzice pozwalali mu opowiadać dzieciom takie rzeczy... Ale reszta się zgadza. Do zakonu nie można było wstąpić dobrowolnie. Przyjmowali tylko niechciane dzieci, które chłop oddawał za parę groszy, krowę lub antałek piwa. Tak, by już od małego przyuczać je do robienia mieczem. Nie tylko biedne, chłopskie dzieci. Mało to nasza szlachta i nawet królewski dwór płodzą niechcianych bękartów? Dzieci, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo to konkurencja do tronu czy nawet głupiego spadku? Zwyczajowo topi się je w stawie albo zrzuca z wieży. Tylko że nie wszyscy wysoko urodzeni to skurwysyny. To znaczy skurwysynami to akurat są oni wszyscy, ale nie wszyscy są do gruntu źli. Taki szlachciura czy też chłop na przednówku oddawał dziecko do zakonu i sumienie miał czyste. Chłopak, bo przyjmowali tylko chłopców, przyuczony był od małego do miecza. Uczyli ich też czytać, pisać i studiować księgi, ale przede wszystkim władać mieczem. Podobno rycerze z zakonu byli tak potężni, tak dobrze wyszkoleni, że gdyby wcielić ich setkę do dowolnej armii, to ta armia podbiłaby świat. Na szczęście walczyli tylko ze smokami.

Meredith czknął głośno i kontynuował opowieść.

– Pewnie słyszałeś, że w każdej legendzie jest cząstka prawdy. W tej jest wyjątkowo dużo. Zakon formalnie, owszem, przestał istnieć wieki temu. Wciąż jednak żyją potomkowie rycerzy, którzy wędrują po świecie i zabijają smoki.

– I ty oczywiście jesteś jednym z nich i pewnie zabiłeś już dużo smoków? – roześmiał się Renne.

– A i owszem, zabiłem! Jednego na przykład w Montero, gdzie bawiłem jakiś czas temu. Nie wiem, czy do tej zabitej dechami dziury docierają plotki ze świata, ale król rozsyłał gońców po całym kraju w poszukiwaniu kogoś, kto zgładzi smoka. Pod miastem zagnieździła się wyjątkowo podła bestia. Chędożony gad porywał owce i gwałcił dziewice. – Meredith po kilku głębszych zwykle przedkładał dobrą opowieść nad sztywne trzymanie się faktów. – Przede mną stu śmiałków próbowało się go pozbyć. Rycerze, czarodzieje, zaklinacze... bez skutku. Smok mordował, pożerał, urywał łby... Ostatecznie król posłał wojsko. Kompanię piechoty i setkę kuszników. Nikt nie przeżył, a gad miał się dobrze. Zdesperowany król obiecał pół królestwa i rękę księżniczki, swojej córki. Wtedy zjawił się szewczyk, który wymyślił sobie, że zabije barana i naszpikuje go siarką. Że niby smok się tym zatruje i sczeźnie. Smok, gdy widział, jak ten trzęsąc się ze strachu podkłada truchło przed jego jaskinią, zaśmiał się śmiechem tak potężnym, że zadrżała ziemia i przemówił, bo smoki potrafią mówić ludzkim głosem: „Za to, że chciałeś mnie, największego ze smoków, w chuja zrobić, zjesz teraz sam tego barana albo ja zjem ciebie”.

– I zjadł całego barana, a potem zdechł. Oczywiście szewczyk, smok miał się dobrze. Zjawiłem się wtedy, gdy król stracił resztkę nadziei. Ze łzami w oczach obiecywał mi już nie tylko pół królestwa, ale również okoliczne włości. Już nie tylko rękę córki, ale i swojej faworyty. Zgodziłem się, nie dla sławy i bogactw, nawet nie dla nocy spędzonej z królewską faworytą, choć o jej wyczynach w alkowie bardowie układają pieśni. Zgodziłem się, bo smoka trzeba było zgładzić, a nie został już nikt, kto by się tego podjął. No to podchodzę pod jego leże i krzyczę: „Smoku, skurwysynu! Ty podły gadzie! W imieniu króla rozkazuję ci: przestań pożerać królewskie owce! I przestań gwałcić królewskie dziewice! Wyjdź na pojedynek!”. I wyszedł. Smok wielki jak chałupa. Trzy głowy i wszystkie trzy zionęły ogniem. Chwyciłem za miecz, ściąłem jedną, drugą, trzecią i zgładziłem smoka! Król, padłszy na kolana, chciał mnie obsypać złotem i oddać córkę. Tylko o faworycie się nawet nie zająknął, jakby dostał amnezji i zupełnie zapomniał, że wcześniej również ją mi obiecał. Właśnie dlatego następnego ranka musiałem uciekać z Montero z pościgiem na karku i bez grosza przy duszy… Takie moje pieskie szczęście, taka dola bohaterów.

Renne pokładał się ze śmiechu na stole, niezrażony Meredith opowiadał, cała gospoda się przysłuchiwała. Gdy skończył, chłopak całkiem trzeźwo zauważył:

– Wędrowny bajarz, o którym ci mówiłem, opowiadał, że smoki, stwory z ognia zrodzone, zabić można tylko magicznym mieczem wykutym z lodu. Miecze takie mają wszyscy łowcy smoków, więc pewnie i ty jeden masz?

Ku zdziwieniu wszystkich Meredith wstał i sięgnął po swój miecz, który leżał na stole w pochwie ze skóry warana. Wyciągnął, wywinął młyńca i z rozmachem wbił w słup podpierający strop. Kiedy klinga przestała drgać, cała gospoda zamarła. Miecz emanował słabym, mglistym, niebieskim światłem. Praktycznie niedostrzegalnym, gdy miecz był w ruchu, ale teraz, gdy tkwił wbity w belkę, wszyscy wyraźnie je widzieli.

***

Meredith siedział z Rennem w cieniu starego drzewa orzechowego.

– No cóż, Renne, mój najnowszy przyjacielu, przypomnij mi, gdzie jest teraz mój miecz? I moja sakiewka? I dlaczego, do cholery, ty wszystko pamiętasz, a ja tylko strzępy?

– Za twój stan możesz być wdzięczny tylko sobie. Gdy dziś rano zobaczyłem, jak razem ze świniami próbujesz ugasić nieludzkie pragnienie w korycie z zatęchłą wodą, ja również byłem ci wdzięczny, że kazałeś mi odstawić gorzałkę i skupić się na piwie. Miałeś rację, nadmiar wódki nikomu nie służy, to chyba wiedza, którą nabywa się z wiekiem. Dziękuję, że podzieliłeś się ze mną swoją mądrością i uchroniłeś przed wszechpotężnym kacem. Natomiast co do miecza… – Oczy chłopaka się rozjarzyły na to wspomnienie. – Wygląda na to, że to ona.

– Jaka znowu ona!? Daj mi ten gąsior!

Pociągnął łyk berbeluchy, która wykręcała gębę i smakowała jak nafta wymieszana ze spirytusem i końskimi szczynami.

***

Meredith rozparty na ławie bezmyślnie gapił się w ogień na kominku i na wpół w letargu, na wpół świadomie sączył whiskey. Renne od dłuższego czasu z zaciekawieniem przyglądał się leżącemu na stole mieczowi. Otaczająca go niebieska poświata przyciągała uwagę i hipnotyzowała. Gdy w końcu oderwał od niej wzrok, postanowił skorzystać z tego, że przyjaciel przestał kojarzyć podstawowe fakty i chyba się zdrzemnął. Do stojącego na stole pucharu nalał sobie kolejny „ostatni kufelek piwa”.

Za kobietą, która podeszła do ich stolika, odwracały się głowy wszystkich mężczyzn w karczmie.

– Naprawdę zabiłeś smoka?

Meredith ocknął się z letargu i przy okazji wylał na siebie większą część bursztynowego płynu, który miał w kuflu. Jeszcze nie w pełni obudzony zlustrował sylwetkę nieznajomej i gwizdnął z podziwem. Prześlizgnął się wzrokiem po długich nogach i zarysowanej pod spódniczką talii. Tylko przez krótką chwilę podziwiał widoczny ponad białą bluzką dekolt. Serce zabiło mu mocniej, gdy spojrzał w jej oczy – zielone jak toń jeziora w słoneczny poranek. Piękna nieznajoma miała długie włosy, czarne i lekko poskręcane w malowniczym i zapewne zupełnie przypadkowym nieładzie. Zadarty nosek był leciutko skrzywiony – pewnie kiedyś złamany źle się zrósł. Rycerz uznał, że to tylko dodaje jej uroku.

– Naprawdę zabiłeś smoka? – Dziewczyna powtórzyła pytanie świadoma wrażenia, jakie zrobiła.

– Smoka? Tak, oczywiście że tak. – Meredith składał zdania i próbował się obudzić jednocześnie. – Smoka owszem! Niejednego ubiłem.

– Czy mogę się dosiąść? – Nie czekając na odpowiedź, usiadła na wolnym krześle. Meredith tymczasem odebrał Rennemu puchar i napełnił go winem.

– Napijesz się?

– Mam na imię Lanni – powiedziała dziewczyna, biorąc do ręki puchar i uśmiechając się tak pięknie, że wędrowcowi szybciej zabiło serce.

– Wołają na mnie Meredith… a ten gówniarz to Renne – powiedział, wskazując na towarzysza i machając niedbale ręką.

– Opowiedz mi o nim.

– O Rennem? Sympatyczny chłopak, chociaż trochę za dużo gada.

– Faktycznie wydaje się sympatyczny, ale chodziło mi o smoka.

Meredith podniósł szklankę, by zwilżyć usta. Odruchowo wypił do dna i po raz drugi tego wieczoru rozpoczął tę samą opowieść. Jak zwykle po kilku głębszych przełożył dobrą historię nad sztywne trzymanie się faktów.

– Smok zagnieździł się w okolicach Montero. Okrutna bestia gwałciła… to znaczy… gwałt miastu zadawała. Porywał cnotliwe panienki i zjadał owce. Król był zdesperowany. Obiecał temu, kto go ubije, całe królestwo oraz niejako awansem i na zachętę, trzy swoje córki do wyboru. Że dziewki były urodziwe, ze stu śmiałków próbowało, nim ktoś w końcu zmierzył się ze smokiem. Bezskutecznie. Nie było nadziei. Bestia mordowała, urywała głowy i pożerała. Na koniec zdesperowany król wysłał wojsko – pułk piechoty, kawalerię i kilka setek doborowych kuszników. Posłał nawet dywizjon artyleryjski z katapultami. Nikt nie wrócił żywy. Gdy król stracił nadzieję, pojawiłem się ja. Na białym rumaku i w pojedynkę uderzyłem na smoka tym oto mieczem. Staję pod jaskinią i krzyczę: „Smoku, skurwysynu” hmm, tak przecież nie rzekłem… „Smoku z nieprawego łoża! W imieniu króla rozkazuję ci przestać porywać cnotliwe panienki! I przestać pożerać owce! Wyjdź na pojedynek!”. I wyszedł. Smok wielki jak chałupa. Gdzie chałupa, jak stodoła! Miał tyle głów zionących ogniem, że ścinałem je przez bite trzy dni i dwa razy musiałem zrobić przerwę, by naostrzyć miecz. Kiedy skończyłem, smok padł, a król chciał mnie obsypać złotem, oddać wszystkie trzy córki i dorzucić ulubioną osobistą faworytę. Ale że nie dla nagród, tylko z dobroci serca smoka zgładziłem, więc plunąłem na nagrody i pojechałem dalej.

Lanni uśmiechnęła się uroczo, doceniając opowieść, a Meredith ucieszył się, że udało mu się ją rozbawić.

– Twój miecz. Jest bardzo cenny, prawda?

Łowca smoków wyszarpnął miecz ruchem tak zamaszystym, że Renne na wszelki wypadek lekko się uchylił. Położył go z namaszczeniem na stole. Dziewczyna pochyliła się odrobinę i przygryzła leciutko wargę. Gdy oglądała miecz, Meredith dostrzegł błysk pożądania w jej oczach. Lub tak mu się zdawało.

– Piękny miecz i wspaniała historia, dzielny rycerzu – powiedziała, unosząc głowę. – Dziękuję, że mi ją opowiedziałeś. Muszę już iść.

Wyprostowała się i straciła równowagę. Oparła dłoń o jego ramię, by nie upaść. Ich twarze znalazły się tuż obok siebie.

– Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy – wyszeptała mu do ucha, a wychodząc, zwróciła się do chłopaka: – Dbaj o swojego rycerza, dzielny giermku.

Chłopak poczerwieniał, a Lanni pochyliła się nad nim i niedbałym ruchem poczochrała mu włosy. Odwróciła się i odeszła, stawiając długie, energiczne kroki.

Przez chwilę panowała cisza.

– Co za kobieta – westchnął Meredith.

– Jestem twoim giermkiem, waleczny rycerzu – chłopak się rozpromienił i puścił do niego oko.

– Nie podniecaj się, giermku, i tak nie powierzę ci bardziej bohaterskiego zadania, niż wyczesanie Siwka w stajni.

– Siwka?

– Mojego wierzchowca… Co za dziewczyna, muszę się napić – powtórzył i położył dłoń na pasku z sakiewką. – Zabrała moją sakiewkę!

Renne sięgnął do paska.

– Moją też!

Meredith, gotów mordować, sięgnął dłonią do miecza leżącego na stole. Miecza już nie było.

Łowca smoków zerwał się z miejsca, a wypity tego dnia alkohol ponownie dał o sobie znać. Wstając, zawadził głową o żyrandol i strącił płonące świece na przykryte starą słomą klepisko. Renne rzucił się do gaszenia a Meredith, ściskając obolałą głowę, ruszył do wyjścia. Szarpał przez chwilę klamkę. Ta po krótkiej walce ustąpiła, a rycerz wypadł na podwórze. Ujrzał zaskoczoną Lanni, chowającą do juków czarnej klaczy podłużny pakunek owinięty w skóry.

– Nie próbuj uciekać... Bóg mi świadkiem, nie ręczę za siebie, jeżeli w takim stanie będę musiał za tobą gonić. Oddaj mi miecz i sakiewki.

– Jak chcesz mnie złapać, skoro ledwo trzymasz się na nogach?

Doskoczył do niej, ale uchyliła się przed wyciągniętymi rękami i cofnęła z gracją. Wyszarpnęła z juków klaczy owinięty w skóry miecz i rzuciła się do ucieczki. Przebiegła podwórze i zwinnie przeskoczyła okalający je niski płot. Meredith pobiegł za nią. Chciał powtórzyć akrobatyczny wyczyn, ale zmylił krok, potknął się i z hukiem staranował płot, wyłamując trzy sztachety. Przecisnął się przez dziurę i pobiegł za znikającą w stajniach dziewczyną.

Lanni potrąciła stajennego i przebiegła pod prowadzonym przez niego ogierem. Koniuch odwrócił się, by rzucić za nią jakieś przekleństwo, ale nie zdążył. Meredith staranował go równie skutecznie, jak przed chwilą płot, i zatrzymał się dopiero na koniu. Zwierzę zaczęło wierzgać, parskać i kopać. Wędrowiec przebiegł obok, chyba tylko cudem unikając mało chwalebnej śmierci pod kopytami. Lanni szarpała się z ciężkim skoblem, który blokował drzwi wyjściowe po drugiej stronie stajni. Widząc, że pogoń jest o włos, zrezygnowała. Podskoczyła do małego okienka nad drzwiami, podciągnęła się i spróbowała w nie wcisnąć. Meredith dopadł do niej i w ostatniej chwili złapał za znikające w okienku łydki. Pociągnął tak silnie, że dziewczyna wysunęła się i wystrzeliła z okna jak z procy. Padła z hukiem na podłogę, wzburzając tumany pyłu. Skrzywiła się z bólu, przekręciła i spróbowała wstać, ale Meredith złapał ją za kark i przydusił do ziemi.

– Tak traktujesz kobiety, chamie? Puszczaj mnie, bo urwę ci jajca! Chędożony damski bokser! No, puszczaj skurwielu!

Meredith zląkł się potoku przekleństw i zawartych w nim gróźb, poluzował chwyt na karku. Dziewczyna wykorzystała to, przekręciła się i ugryzła unieruchamiającą ją dłoń. Wyrwała się i rzuciła do ucieczki. Rycerz syknął z bólu i ponownie wyciągnął rękę, ale zdołał złapać tylko jej włosy.

Lanni fuknęła oburzona i odwróciła się, uderzając go jednocześnie łokciem. Celowała w twarz, ale nie miała możliwości porządnie się zamachnąć, więc Meredtih nie trudził się nawet parowaniem ciosu. Pochylił tylko lekko głowę i przyjął uderzenie na czoło. Ledwo je poczuł. Kiedy jednak zobaczył wyraz furii na jej twarzy, strzelające z zielonych oczu błyskawice i zaciskającą się na rękojeści przypasanego sztyletu dłoń, mimowolnie puścił ją i cofnął się o krok.

– Nigdy więcej nie targaj mnie za włosy – wycedziła przez zęby. Potem chwyciła owinięty w skóry miecz i wybiegła ze stajni. Meredith niemal fizycznie poczuł jak uderzają w niego miotane przez zielone oczy gromy i jak skupia się na nim skumulowana fala nienawiści. „Ta dziewczyna naprawdę ma bzika na punkcie swojej fryzury. Trzeba na to uważać”, zanotował w pamięci, a potem pognał za nią.

Okrążyli stajnie sprintem i wybiegli powtórnie na podwórze zajazdu Pod Szarżującym Świniakiem. Lanni zatrzymała się i rozejrzała nerwowo jak zagoniona przez myśliwych sarna.

– Teraz już mi nie uciekniesz – wydyszał rycerz, sapiąc jak chart po pościgu.

Dziewczyna wrzuciła owinięty w skóry pakunek na dach. Potem rozpędziła się, wskoczyła na ścianę karczmy i zaczęła przebierać nogami. Pobiegła do góry, zrobiła trzy kroki, a gdy jej buty zaczęły się ślizgać, odbiła się od ściany, złapała strop i zgrabnie wciągnęła na dach. Spojrzała na niego z góry i uśmiechnęła się. Trochę złośliwie, ale tak pięknie, że Meredith postanowił jej nie zabijać. Oczywiście o ile odzyska miecz. Posłała mu buziaka i zniknęła.

Rycerz odczekał chwilę, by wyrównać oddech. Akrobacja była jego mocną stroną. Rozpędził się, wskoczył na ścianę, zrobił trzy kroki, zaczął przebierać w miejscu nogami i spadł z hukiem na plecy. Akrobacja była jego mocną stroną, kiedy był trzeźwy. Pozbierał się z ziemi, przesunął dużą skrzynię i po niej gramolił się do góry. Złapał za rynnę. Pośniedziała, mosiężna rynna zajęczała pod jego ciężarem, ale wytrzymała. Udało mi się wleźć na górę.

Lanni leżała na plecach. Nogi miała zgięte w kolanach, ręce rozrzucone na boki. Jej pierś unosiła się i opadała, próbowała wyrównać oddech po biegu. Gdy go zobaczyła, uniosła się do pozycji siedzącej.

– Gonisz za mną tak wytrwale… Zdążyłam już zwątpić, że chodzi ci tylko o ten miecz.

– O miecz i sakiewki.

– Poddaję się, weź go – wskazała leżący nieopodal pakunek.

Meredith spojrzał na owinięty w skóry miecz, zignorował go i usiadł obok niej.

– Więc jesteś złodziejką?

– Naprawdę imponująca dedukcja. Ty musisz być detektywem.

Meredith przełknął zaczepkę i odgryzł się:

– Przepraszam, że tam na dole w stajni zniszczyłem ci fryzurę.

Szybko pożałował tego żartu, bo w zielonych oczach znów ukazały się błyskawice, a ciszę, która zapadła, można było kroić nożem.

– To znaczy… fryzura wciąż wygląda oszałamiająco, tylko…

– Nie mam pretensji, przecież nie jestem aż tak próżna… – błyskawice zniknęły, a udobruchana Lanni się rozpogodziła. Jednak mimochodem przeczesała dłonią włosy i poprawiła kilka niesfornych kosmyków.

– Przez chwilę wtedy myślałem, że naprawdę chcesz mnie dźgnąć tym sztyletem – wskazał na broń, którą nosiła.

– Wtedy chciałam. – Meredith przełknął ślinę. – Ale przepraszam, że ugryzłam cię w rękę – dodała po chwili.

– Nic się nie stało. Mój wierzchowiec Siwek robi to praktycznie codziennie. Choć muszę przyznać, że mocno mnie zaskoczyłaś.

– Mam nadzieję, że nieostatni raz – powiedziała i wyciągnęła skądś jego piersiówkę. – Napijmy się.

Meredith zdusił cisnące się na usta przekleństwo i powstrzymał odruch sprawdzenia kieszeni. Odkorkował, napił się i oddał jej buteleczkę. Lanni pociągnęła tęgi łyk, a jemu wcale nie było przykro, gdy prychnęła jak kotka, wypluwając większość trunku. Przez następne pół minuty krztusiła się i parskała, próbując złapać oddech.

– Mogłeś mnie uprzedzić, że to nadaje się tylko do udrażniania rur i eksterminacji insektów – warknęła, gdy już jako tako doszła do siebie.

– Przepraszam, ale po tym wszystkim nie mogłem sobie odmówić odrobiny satysfakcji – zaśmiał się szczerze. Ten jeden łyczek przypomniał mu, jak bardzo jest pijany. Nie namyślając się za bardzo, ponownie przechylił flaszkę i wypił większą część tego, co było w środku.

– To sekretny przepis wymyślony przez pradziada i strzeżony w mojej rodzinie od pokoleń. Czy spróbujesz mi skraść również recepturę na ten szlachetny trunek?

– Może… jeżeli ty spróbujesz skraść mi pocałunek.

Zawahał się tylko chwilę. Przysunął się i ją objął. Drugą ręką chciał pogładzić jej włosy, ale na wszelki wypadek zrezygnował i od razu ją pocałował. Długo i namiętnie. Potem chciał powiedzieć coś miłego o jej miękkich ustach i miętowym oddechu, ale się rozmyślił, gdy usłyszał:

– Po zapachu wnoszę, że przez większą część popołudnia zabawiałeś się właśnie z alkoholem według przepisu pradziada?

Zmieszał się i przestał majstrować przy guzikach jej bluzki, ale Lanni roześmiała się tylko i sama pomogła mu zdjąć kurtkę.

Meredith zaczął mocować się ze swoim butem, szarpał go i szarpał, w końcu zdjął i odrzucił za siebie. Plusnęło gdzieś w oddali, but chyba wpadł do koryta z wodą. Z drugim poszło łatwiej, bo przypomniał sobie, że trzeba rozpiąć klamry. Już miał zabrać się za koszulę i spodnie, gdy zauważył, że dziewczyna zniknęła.

***

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Również podły alkohol w glinianym gąsiorze.

– No cóż, brachu, nie ma co, poszczęściło ci się wczoraj jak tej kurwie w deszcz.

Chłopak podszedł do starego orzecha i wrzucił pusty już gąsior do dziupli.

– Przypominam, że ty również straciłeś sakiewkę – zauważył Meredith.

– Właśnie tej sakiewki najbardziej mi szkoda. Co prawda, zrobiłem ją z futra wyliniałego szczura, ale i tak była warta więcej, niż jej zawartość.

– Moja była wypchana brzęczącym złotem...

– Tyle dobrego, że chociaż część twoich pieniędzy poszła na dobry cel, bo przecież ogołociliśmy piwniczkę karczmarza. Ale chyba musisz zapłacić za zniszczenia?

– Raczej spróbuję wyjechać stąd niepostrzeżenie. Możesz mi pomóc?

– Tak sobie myślałem, nic mnie tu nie trzyma… może…

– Wykluczone.

– Ale ja…

– Naprawdę nie potrzebuję towarzysza. To dla mnie dodatkowy kłopot, a dla ciebie niemal pewne problemy.

– Dobrze już, dobrze. Ściągnij jakoś z dachu drugi but, ja tymczasem pozbieram w karczmie to, co pozostało z twojego dobytku.

Renne zajrzał do gospody przez wybite okno. Ponieważ nie zauważył nigdzie w pobliżu karczmarza, uchylił cicho drzwi i wszedł do środka. Ominął wypalone na podłodze dziury i przestąpił nad zrzuconym żyrandolem. Odszukał na ziemi pas ze sztyletem Mereditha, a z kołka na ścianie zdjął jego płaszcz.

– Widziałeś dziś tego przybłędę, chłopcze? – karczmarz wyłonił się jak spod ziemi.

– Kogo?

– Chędożonego łowcę smoków, a kogóż by innego?

– Hmm, o ile wiem, wsiadł na konia i odjechał.

– Tego na pewno nie zrobił – gospodarz uśmiechnął się chytrze. – Zamknąłem jego konia w stodole. Jako poręczenie długu, jaki u mnie ma.

– To przecież kradzież!

– Jaka kradzież!? On jest mi winny kupę złota! Jeśli go spotkasz, to mu powiedz, że może pójść poskarżyć się do wójta. Tylko że wójt nabije go na widły, jak go zobaczy. Podobno hultaj napadł w lesie jego córkę i wychędożył bidulkę.

– Jak go spotkam, oczywiście powtórzę – Renne szybko wycofał się z karczmy.

Za rogiem czekał ukryty Meredith. Miał już na sobie buty, wziął od chłopaka pas i włożył obszerny płaszcz.

– Zobacz, co znalazłem na dachu – pokazał mu owinięty w skóry pakunek.

– Twój miecz!

– Nie podniecaj się tak. – Odwinął skórę, w pakunku znajdował się tylko sękaty kij.

– Jak to możliwe?

– Renne, nie czas na to. Wskaż mi drogę do stodoły, gdzie ten stary cap ukrył mojego konia, i możemy zacząć się żegnać.

– Dobrze, tylko jedna sprawa. Naprawdę wychędożyłeś córkę wójta?

– To długa historia. I to był jej pomysł. W drogę.

Meredith zakradł się do stodoły, okrążył ją i odszukał tylne wejście. Przez chwilę mocował się z kłódką, w końcu wyłamał ją znalezionym w pobliżu solidnym, metalowym prętem. Otworzył drzwi.

– Ha! Mówiłem, że tu przyjdzie! – wydarł się tryumfalnie uzbrojony w tasak karczmarz.

Obok niego stał wójt zwany burmistrzem z widłami w ręku, a obu otaczało dziesięciu pachołków uzbrojonych w piki.

– Witam jaśniepanów. – Meredith skłonił się dwornie i szybko wycofał, ale drogę odcięła mu gromada chłopów. Na ich czele stał Ziętek uzbrojony w pałkę, pozostali chłopi dzierżyli w garści grabie, motyki, szpadle i sztachety.

– Wójcie! Tfu, burmistrzu! – Ziętek trochę seplenił, bo po porannej przygodzie napuchły mu wargi i brakowało mu kilku zębów. – Jak mówiłem, to właśnie ten, co napastował w lesie twoją córkę!

– To prawda, psie nasienie, że nastawałeś na cnotę mojej córki?

– Dużo dobrego można powiedzieć o twojej córce, ale na pewno nie to, że jest cnotliwa – odpowiedział Meredith, zanim ugryzł się w język.

Wójt poczerwieniał.

– Każę cię końmi rwać hultaju, a wcześniej w rzyć te widły wrażę!

– Burmistrzu, niech wprzód wyrówna rachunek u mnie! – zawył karczmarz.

Meredith rozejrzał się, szukając drogi ucieczki, ale żołnierze i chłopi zdążyli już się rozproszyć i otoczyć go zwartym kołem. Ruszyli w jego kierunku.

„Przecież to tylko chłopi”, pomyślał i nie widząc innej rady, wyszedł im naprzeciw. Dopadł stojącego na czele Ziętka, złapał go obiema rękami za kołnierz i z rozmachem uderzył czołem w jego nos. Chrupnęły pękające chrząstki, a Ziętek zawył jak ranione zwierzę. Meredith wyrwał mu pałkę i trzasnął nią po łydkach, powalając go na ziemię. Ujął ją w prawą dłoń i zakręcił młyńca, lewą wyszarpnął sztylet. Zaczął torować sobie drogę przez ciżbę, waląc pałką, kogo popadnie, i tnąc nożem, gdzie się uda. Głównie po rękach, które próbowały go pochwycić, i po szpadlach, które próbowały go dosięgnąć. Uważał, by nikogo poważnie nie zranić, jednak trochę krwi się pojawiło. Gdy chłopi ujrzeli czerwoną posokę na swoich dłoniach i przedramionach, spanikowali. Wędrowiec zdołał przedrzeć się przez pierścień.

– Nie dajcie mu uciec, bo podwyższę podatki! – darł się wójt.

Po tej groźbie morale chłopów zdecydowanie wzrosło. W stronę Mereditha poleciały kamienie. Straż próbowała przebić się przez ciżbę, by dopaść wędrowca. Gdy zrobiło się naprawdę gorąco, zza rogu stodoły wypadł Renne na gniadym koniu i wjechał w tłum, roztrącając go na boki.

– Wskakuj, zanim wójt naznaczy ci rzyć widłami!

W stronę Mereditha poleciała właśnie rzucona przez kogoś łopata, grabie i średniej wielkości sierp. Rycerz uchylił się przed dwoma pociskami, ale celnie rzucone grabie boleśnie ugodziły go w łopatkę. Stęknął, nie namyślając się, wskoczył na konia tuż za plecami Rennego. Chłopak z miejsca ruszył galopem. Kątem oka obaj ujrzeli jeszcze mijające ich o włos widły. Jak wiatr przemknęli przez osadę. Przy bramie nie spotkali strażników, widać wójt zabrał ze sobą cały garnizon. Wypadli ze wsi i pomknęli dalej drogą.

***

Na polance w sosnowym lesie płonęło ognisko. Małe, by nie ściągnąć ewentualnej pogoni. „Wiedziałem, że z tej draki z wcale ładną wiejską dziewką wyjdzie coś niedobrego”, pomyślał rycerz. Gdzieś w oddali zawył wilk. Poza tym ciszę nocy przerywało tylko strzelanie ognia i uciążliwe pytania chłopaka.

– Meredith?

– Słucham cię, Renne.

– Teraz muszę z tobą pojechać. Nie mogę wrócić do wsi. Nie mogę i nie chcę.

Wędrowiec spojrzał na niego spode łba.

– Wójt mi nie daruje, karczmarz też nie.

– Możesz pojechać ze mną do Gal Solean. To duże miasto, tam sobie poradzisz.

– Więc niech będzie Gal Solean.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Z oddali dobiegł ich tętent kopyt.

– Przygaś ognisko, Renne, jesteśmy zbyt blisko traktu.

Chłopak kopniakiem rozrzucił szczapy, potem oboje podpełzli do drogi. Słuchali. Jeźdźców było dwóch. Konie zwolniły, szły dalej stępa. W końcu zza zakrętu drogi wyłoniła się sylwetka na czarnym koniu. Drugiego, siwego luzaka, prowadziła za uzdę. Jeździec się zbliżył.

– Tylko nie to – warknął Meredith, podniósł się i wyszedł na drogę.

Lanni osadziła w miejscu piękną klacz, która przy potężnym Siwku wyglądała na drobnego konika.

– Tak myślałam, że to was tu znajdę. Kto inny byłby na tyle nierozsądny, żeby rozpalić ogień tak blisko drogi, kiedy ma pościg na karku?

Jej klacz była czarna jak smoła poza jedną białą plamką nad lewym ślepiem. Meredith wprawnym okiem ocenił szlachetny rodowód wierzchowca. Na jej grzywie Lanni zaplotła warkoczyki. Dziewczyna zsiadła z konia. Miała na sobie wysokie za kolana buty, jeździeckie spodnie i skórzaną kurtkę Mereditha. Z broni miała tylko przypięty do uda sztylet. Swoje długie włosy dziś zaplotła w warkocz. Uśmiechnęła się tak pięknie, że Meredith postanowił wybaczyć jej jakąś tam część przewinień.

– Powiedz mi, proszę, jak to się stało, że dzielny łowca smoków uciekł przed garstką chłopów uzbrojonych w łopaty i grabie?

– I Herkules zbierze w mordę, kiedy spotka wrogów hordę – rzekł smętnie Meredith. – Zresztą widać, że nigdy nie dostałaś grabiami po grzbiecie. Boli jak cholera.

Lanni się zaśmiała.

– To chyba twój koń, bo narowisty tak samo jak i ty. 

Podeszła do wędrowca i wręczyła mu lejce. Meredith pogładził czule chrapy ogromnego zwierzęcia, Siwy Dym wesoło zarżał. Ucieszył się ze spotkania tak samo jak jeździec.

– Jeżeli faktycznie u koni należy dopatrywać się cech ich jeźdźców, to twoja klacz pewnie opróżniła już sakwy mojego Siwka.

– Tego nie wykluczam, mogłam spuścić ją na chwilę z oka.

– Jak ci się udało go wykraść? Bo nie sądzę, żebyś go odkupiła?

– Wiesz, rycerzyku, jestem naprawdę zręcznym złodziejem.

– Zauważyłem… Kiedy udało ci się podmienić miecz na sękaty kij w tym tobołku?

– Złodziej nie zdradza swoich sztuczek.

– Nawet jeżeli ja zdradzę ci przepis na samogon mojego pradziada?

Lanni parsknęła śmiechem.

– Powiem ci pod warunkiem, że nigdy nie zdradzisz mi tego przepisu.

– Umowa stoi.

– W pakunku nie było miecza. Nawet przez chwilę. Gdy z wami rozmawiałam w karczmie, dyskretnie schowałam go pod ławą, na której siedział chłopak. Zabrałam go stamtąd dopiero po naszej przygodzie na dachu. Tobołek, z którym uciekałam, to była zmyłka.

Meredith gwizdnął z podziwem, tymczasem dziewczyna wyciągnęła z juków klaczy kawałek metalu owinięty w szmaty.

– Przemyślałam to sobie. Na pewno jest cholernie cenny, ale sprzedając tak rzadką broń, zwrócę na siebie zbyt dużo uwagi. Co prawda znam jednego kupca, ale mamy teraz na pieńku.

Wręczyła mu pakunek, a nauczony doświadczeniem Meredith od razu sprawdził zawartość.

– Niepotrzebnie go w ogóle zabrałam… Czasem, kiedy widzę ładne rzeczy, działam impulsywnie. Poza tym nie chciałabym, żebyś następnego smoka musiał zabijać gołymi rękami… Ani tym bardziej, żebyś musiał szprycować siarką Bogu ducha winną owieczkę.

– Dziękuje. Teraz oddaj sakiewkę, a po latach będziemy mogli się śmiać z całego zajścia.

– Potraktuj sakiewkę jako zapłatę za konia – roześmiała się Lanni. – Chyba to lepiej, że mam ją ja, a nie karczmarz… Ale mogę ci oddać kurtkę.

Dziewczyna sięgnęła do zaciągniętego pod szyję suwaka, ale rycerz ją powstrzymał.

– Wyglądasz w niej dużo lepiej niż ja. Jak to w ogóle możliwe, że tak dobrze na tobie leży? I co to za ozdobne ornamenty na rękawie? Tego tu nie było!

– Zdążyłam odwiedzić przed wyjazdem krawca i trochę ją przerobić. Materiał bardzo mi się podobał, ale sama kurtka… Nie obraź się, ale była wielka jak derka na mojego konia. Samego kroju nawet nie skomentuję.

– Czyli nawet przez chwilę nie chciałaś mi jej oddać?

– Nawet przez chwilę nie wątpiłam, że zachowasz się jak dżentelmen. A teraz muszę ruszać.

Meredith objął ją i pocałował w policzek. Dziewczyna się uśmiechnęła i wskoczyła na konia.

– Wiele tu nie zarobiłam, ale mimo wszystko uważam, że to było miłe doświadczenie.

– I ja tak uważam.

– Jeżeli zmienisz zdanie, możesz spróbować odebrać kurtkę w Catalanie. Zabawię tam jakiś czas…To miasto to raj dla złodziei, ale może i jakiś smok do ubicia się tam znajdzie.

Lanni zmusiła klacz do galopu i krzyknęła jeszcze przez ramię

– Dbaj o mojego rycerza, giermku!

– Meredith – odezwał się Renne, gdy dziewczyna odjechała – sprawdź lepiej kieszenie. Może znowu ci coś podwędziła.

– Chyba nie... Powiem więcej, ja też mam zręczne palce.

Rycerz uniósł do góry swoją sakiewkę i uśmiechnął się tryumfalnie.

***

Wędrowcy wrócili do ogniska, na powrót je rozpalili. W jukach Siwka znalazło się trochę prowiantu – smakowite paski wędzonej słoniny, czerstwy chleb, trochę sucharów i cebula, a nawet bukłak wina. Dobrego wina z Brennen. To był ciężki dzień i właśnie zabierali się za swój pierwszy posiłek.

– Meredith? – pytaniom chłopaka nie było końca.

– Tak? – wędrowiec nieśpiesznie rozpalał wyjętym z ogniska patykiem drewnianą fajeczkę.

– Naprawdę jesteś łowcą smoków? Wychowałeś się w zakonie? Nie wyglądasz mi na cnotliwego rycerza.

Meredith zaciągnął się fajką, zamyślił się, wypuścił z ust kłąb dymu.

– Oczywiście, że nie… Ale rzeczywiście zostałem porzucony lub sprzedany jako małe dziecko za beczkę piwa albo jej równowartość. Niewiele z tego okresu pamiętam. W każdym razie wychowałem się wśród piratów i to ich, a nie zakonnych rycerzy filozofia życia jest mi bliższa.

– A ten miecz?

Meredith odwinął brudne szmaty, spod których ukazała się rękojeść i jelec, a później klinga. W ciemności rozświetlanej jedynie płomieniem ogniska miecz emanował bardzo wyraźną poświatą. Renne dostrzegł wyryte na całej długości ostrza runy, na które wcześniej nie zwrócił uwagi.

– Nie wiem, czy jest magiczny, ale na pewno jest niezwykły – rzekł Meredith.

– Chodzi o to niebieskie światło?

– Mówię nie tylko o tym. Ten miecz jest zawsze zimny. Więcej nawet, im cieplej jest wokół, tym chłodniejszy się staje. Dotknij.

Renne dotknął miecza, który od dłuższego czasu leżał koło ognia. Był zimny.

– Myślę, że gdybyś włożył go w ogień, pokryłby się szronem. Miecz pewnie by na tym nie ucierpiał, ale nie chcę ryzykować. Jest zbyt cenny.

– W takim razie nie powinieneś machać nim po pijaku w karczmach.

– Masz rację, nie powinienem.

Meredith zaciągnął się tytoniowym dymem, wziął miecz do ręki i go schował do pochwy.

– Naprawdę wiele w życiu widziałem. Stwory, które budzą grozę i samotnemu wędrowcowi lepiej ich nie spotykać. Miejsca, które wręcz promieniują mroczną magią… Ale magicznych smoków nigdy nie spotkałem. Co do łowców smoków… Cóż, ten miecz wygrałem w karty. Od pewnego rycerza. Obdartusa, który podawał się za smokobójcę. Spotkałem go na szlaku. Był biedny i wygłodzony, a ja dodatkowo orżnąłem go w karty.

Wędrowiec się zamyślił.

– Nie wiem, kim rycerz był naprawdę, ale jeżeli spotkam kiedyś smoka, jeżeli kiedyś będę musiał z jakimś walczyć, nie chcę innej broni niż ten miecz. Gdy wbiję go w pierś gada, gorący smoczy ogień sprawi, że klinga zamieni się w lód i zabije go. Być może. A być może nie, ale wtedy nie będę miał okazji ci o tym opowiedzieć.

Zapadła cisza przerywana tylko odległym wiciem wilka.

– No, a teraz kładź się spać, jutro czeka nas długa droga. Wezmę pierwszą wartę.

– Długa droga do Gal Solean?

– Do Catalany.

– Wiedziałem!

– To nie ma z nią nic wspólnego. Po prostu sobie przypomniałem, że muszę tam coś załatwić.

– Oczywiście…