Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowieści przebrane - Wojciech Kuczok

Eksperymenty językowe i psychologiczna przenikliwość, niuanse rzeczywistości i nieograniczone przestrzenie imaginacji – debiutanckie Opowieści słychane i późniejsze o trzy lata Szkieleciarki nie uszły w swoim czasie uwadze krytyki, spotykając się z uznaniem i przynosząc autorowi miano „gwiazdy literackiej z przyszłością”. W zebranych w tym tomie opowiadaniach pochodzących z dwóch wczesnych zbiorów Wojciecha Kuczoka pojawiają się motywy oraz tematy, którym autor pozostaje wierny do dziś: rzeczywistość stopniowo ustępuje miejsca fantasmagorii, miłość splata się ze śmiercią, bohaterowie popadają w niewolę przeżyć z dzieciństwa. Postacie pojawiające się w Opowieściach przebranych, z pozoru całkowicie różne, jednym głosem opowiadają o naszych głęboko skrywanych lękach, o płynnej granicy między pamięcią i wyobraźnią. Kuczok wzmacnia ten przejmujący wielogłos swą nieokiełznaną inwencją językową. Rozmaite gwary, nieznane dialekty, kalambury, zabawne neologizmy i stylistyczne fajerwerki, tworzą żywiołową narrację, zdawałoby się wolną od jakichkolwiek reguł, a w rzeczywistości przemyślaną, podkreślającą wymowę opowiadanych historii.

Od autora

Opisuję często zupełnie ekstremalne przypadki, z pogranicza świata realnego i wyobrażonego, ale to wszystko są pewne metafory służące ukazaniu stanów, których jak podejrzewam doświadcza każdy człowiek. Staram się pisać o tym, o czym ludzie często boją się i wstydzą mówić, co sobie zachowują na te chwile, kiedy są zupełnie sami. Gdy wiedzą, że nikt ich nie podgląda i zaczynają stroić jakieś miny do lustra. Wtedy właśnie zaczynają się moje teksty, kiedy stateczny profesor znużony wykładami zdejmuje garnitur, staje przed lustrem nagi i zaczyna się krzywić do siebie.

Wojciech Kuczok

Opinie o ebooku Opowieści przebrane - Wojciech Kuczok

Fragment ebooka Opowieści przebrane - Wojciech Kuczok

Redakcja: Marianna Sokołowska

Korekta: Maria Fuksiewicz, Maciej Korbasiński, Anna Hegman

Redakcja techniczna: Urszula Ziętek

Projekt okładki i stron tytułowych:

Magdalena Bartkiewicz-Podgórska, na podstawie koncepcji graficznej Macieja Sadowskiego

Fotografia autora: © Bernard Osser

Wydawnictwo W.A.B.

02-502 Warszawa, ul. Łowicka 31

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab @wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Komputerowe Usługi Poligraficzne Piaseczno, Żółkiewskiego 7

Druk i oprawa: Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca S.A., Kraków

ISBN 978-83-7747-150-0

Książki oraz bezpłatny katalog Wydawnictwa W.A.B. można zamówić pod adresem:

ul. Łowicka 31, 02-502 Warszawa tel. (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab @wab.com.pl

www.wab.com.pl

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2005

Wydanie I

Warszawa 2005

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Opowieści słychane i Szkieleciarki pisałem jako dwudziestokilkuletni naturszczyk, kierując się intuicją albo zachłystując odkrywanymi lekturami. Pisałem na gorąco, w biegu, w szamotaninie zmiennych nastrojów, mówiłem wieloma głosami jednocześnie, chcąc wypowiedzieć wszystkie historie, na które padło niespodziewane światło w magazynach pamięci. Jakbym się bał, że możliwość pisania została mi dana tylko na chwilę. Przyszedł czas na to, by przebierając w plonach tych gorączkowych łapanek, zrobić z nich książkę nie tyle przemyślną, co przemyślaną.

Wojciech Kuczok (ur. 1972)- prozaik, krytyk filmowy. Jego powieść Gnój (W.A.B., 2003) została uhonorowana m.in… nagrodą NIKE i Paszportem „Polityki”.

W 2004 roku ukazał się niderlandzki przekład Gnoju, w przygotowaniu są wydania w dziewięciu innych językach europejskich. Gnój stal się również inspiracją scenariusza filmu Pręgi w reżyserii Magdaleny Piekorz. W 2004 roku Wojciech Kuczok wydal zbiór opowiadań Widmokrąg (w przygotowaniu wydanie niemieckie, francuskie i holenderskie). Opowieści przebrane to wybór z dwóch pierwszych tomów jego prozy, Opowieści stychanych (1999) i Szkieleciarek (2002).

konwersja.virtualo.pl

dioboł

1

widzi cmentarz, kościół i przepierzenie między świątynią a kaplicą, w której ma się odbyć lekcja religii, przed kaplicą grupka rozbieganych dzieciaków czekających na księdza, w przepierzeniu na różnych wysokościach przeprute otwory w kształcie zakonnic, dzieciaki wspinają się po nich, skaczą z wyższych, przez niższe przebiegają, on wchodzi do tej, która jest pod samym okapem, najwyżej, siada i czuje się bezpiecznie, jestem dzieckiem zakonnicy, krzyczy, aż ludzie na cmentarzu odrywają się od porządków i szukają źródła wrzasku, jestem dzieckiem zakonnicy, powtarza, a potem zeskakuje, ksiądz się spóźnia, dzieciaki się niecierpliwią, on też jest znudzony, zauważa w kącie oponę przywiązaną do zwisającej ze stropu liny, dziwi się, skąd tu taka huśtawka, wiesza się na oponie i odpycha od ściany, nagle odzywają się dzwony, ty wariacie, przestań dzwonić, krzyczą dzieciaki, ale on jeszcze nie rozumie, taka fajna huśtawka, dopiero kiedy przychodzi proboszcz i ściąga go na ziemię, potem bije w twarz i pyta, czyj ty jesteś, czyj ty, gnojku, jesteś, dopiero wtedy wie, że się pomylił, że to nie jego miejsce, wraca

2

widzi przedszkolną jadalnię w porze śniadania, dzieciaki przy stolikach po czworo, po cztery kubki mleka i cztery rogale grubo posmarowane margaryną, jego kubek jest już pusty, ale zostało pół rogala, ma nim wypchane usta, nie może przełknąć, jest mu niedobrze, inne dzieci już kończą, dopijają mleko i wpychają ostatnie kawałki, rozgląda się po sali, jeszcze tylko on i halinka przy stoliku obok, wie, czym to się skończy, wykorzystuje chwilę zamieszania, kiedy chłopcy zaczynają się tłuc, rzuca rogal pod stolik, wszystko w porządku, nikt nie widział, przychodzi pani, wstają i wychodzą leżakować, halinka zostaje ze swoim rogalem, będziesz tu siedziała, dopóki nie zjesz, rozumiesz, choćbyś tu miała spać, ale to zjesz, halinka płacze, ale jego już tam nie ma, kładzie się na leżaku i zamyka oczy, udaje, że zasnął, dzieciaki okładają się poduszkami, on leży i próbuje połknąć papkę, która zakleja mu usta, powoli produkuje ślinę i próbuje połknąć, nagle robi się cicho, do sali wpada pani, wszyscy na zewnątrz, już, wychodzić na korytarz, raz-dwa, on przeczuwa, co się stało, ze strachu prawie dławi się papką, ale wychodzi z wszystkimi, tam ustawiają ich w rzędzie, pani trzyma w ręku bambus, boże, tylko nie bambus, pani ogłasza, że znaleziono rogalik pod stolikiem, że to ciężki grzech gardzić chlebem, że ten, kto to zrobił, zostanie ukarany, ale jeśli się przyzna, to rodzice się nie dowiedzą, no, czekam, kto to, ale dziatwa milczy, więc pani podchodzi z bambusem do każdego z osobna i pyta, to ty, może ty, nie, ja przecież siedziałem przy innym stoliku, on stoi ostatni, bambus zbliża się, nikt się nie przyznaje, on ma pełne usta, papka pęcznieje, już trudno wytrzymać, jeszcze jedna osoba, wreszcie bambus zatrzymuje się przed jego twarzą, a może to ty, siedziałeś przy tamtym stoliku, prawda, ale on nic nie odpowiada, tylko myśli, że już nie wytrzyma, i na chwilę przed tryśnięciem wymiotami w kraciastą spódnicę pani zauważa przez uchylo ne drzwi jadalni halinkę, która siedzi bez ruchu przed nadgryzionym rogalem, wraca

3

widzi jogurt, jogurt truskawkowy, kasia codziennie wychodzi na przerwę z jogurtem, codziennie nie może się powstrzymać i prosi ją, żeby dała skosztować, ale ona tylko na to czeka, wypija przy nim do dna i daje mu pusty kubek, a on wylizuje resztki osiadłe na ściankach, liże i myśli, że kiedyś, kiedy będzie tak silny, że ojciec będzie się bał go uderzyć, wtedy będzie kazał sobie kupować jogurty codziennie, tak jak kasia, której mama pracuje tam, gdzie się robi jogurty, ale na razie wylizuje i widzi, że dzisiaj kasia ma jeszcze jeden jogurt, podchodzi do niego i pyta, chcesz cały, taka dziwna, no chcesz dostać cały, to chodź ze mną, boże, cały jogurt dla mnie, myśli i idzie za nią, wychodzą na podwórko szkolne, wchodzą między garaże i ona mówi, dostaniesz cały, jak pokażesz siusiaka, no ściągnij spodenki, zdejmuje, mogę dotknąć, pyta kasia, robi się całkiem poważna, dotyka jego ptaszka badawczo, a potem daje mu jogurt, masz, cały dla ciebie, i zostawia go między garażami samego z jogurtem, boże, czy to prawda, otwiera i pije powoli, smakuje każdy łyk z osobna, jakby już nigdy w życiu nie miało go spotkać większe szczęście, czuje chłód, przypomina sobie o siusiaku, zagląda pod spodenki, czego ona chciała, dotyka, sprawdza, cały dzień bada siusiaka, w domu, przed lustrem, potem pod kołdrą, a kiedy przychodzi ciotka, żeby pomodlić się z nim na dobranoc, zdejmuje kołdrę i pokazuje jej ptaka, ciocia, patrz, co mi się stało, ptak mu stoi, jego mały ślimak sterczy i wygląda teraz jak wyprostowany mały palec u dłoni, w dodatku jest siny jak nos ojca, ciotka wybiega z wrzaskiem, boi się, że zrobił coś złego, ślimak chowa się do muszli, wraca pod piżamę, wbiega ojciec z pejczem, zrywa z niego pościel i bije, coś ty zrobioł, coś ty zrobioł ciotce, ty pieronie ognisty, ty dioble wcielony, wali go jak starą chabetę, która nie nadąża pod górę, ból jest wszędzie, w każdym kącie pokoju, drze się na całe gardło i płacze, widzi ciotkę, która klęczy przy tapczanie i modli się do obrazka, wraca

4

widzi twarz wściekłego ojca i jego rękę, która ściska go za kolano, a potem wraca, by spleść się z drugą dłonią do modlitwy, słyszy jego szept z bliska, bardzo bliska, czuje gorące powietrze z jego ust w swoim uchu, pogodomy po mszy, jo ci dom spać na kazaniu, już nie zaśnie, choć jest niewyspany, a do końca nabożeństwa jeszcze dużo czasu, klęka, wstaje, śpiewa, uważa, żeby się nie spóźnić z żadną czynnością, pierwszy wyskakuje do komunii, a potem w ławce modli się długo, najdłużej, modli się do połkniętego kawałka, żeby go ochronił, żeby ojciec zapomniał, żeby nie bił, żeby dał się przeprosić, ale w domu czeka nieuniknione, pejcz, krzyk, łzy i ból aż do wieczora, przez całą noc, do rana, i nienawiść, postanowienie, że jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno, kiedyś na pewno rozliczy się z każdego uderzenia, dokładnie, bez przeoczeń, kiedyś, ale na razie słucha, od dziś co niedziela po mszy będziesz musioł mi opowiedzieć, co farorz godoł na kazaniu, a tak, żebych wiedzioł, że do ciebie dotarło, na razie słucha i przez cały tydzień śni kazanie proboszcza, co noc inna wersja, kiedy nadchodzi niedziela, sam nie wie już, co mu się śniło, a co ksiądz rzeczywiście mówił, choć słucha go uważnie, nawet nie drgnie, wyprostowany, słucha całym sobą, jakby uszu mogło zabraknąć, żeby usłyszeć wszystko, jakby musiał wchłonąć homilię przez skórę, prosto do krwi, słucha, ale nie rozumie, miesza, nie potrafi, modli się, żeby zrozumieć, ale już wie, wie, że to nie ma sensu, zna zakończenie, po mszy ojciec zapyta, a on nie odpowie, nie będzie w stanie odpowiedzieć, więc po komunii modli się nie o przebaczenie, nie do połkniętego opłatka, ale patrząc pod ławkę, sięgając pod drewno, pod posadzkę, pod ziemię, głębiej, tam gdzieś, gdzie przewidziano dla niego miejsce po śmierci, tam, głęboko, szuka i wyczuwa obecność, więc modli się, żeby ojciec umarł, żeby nie przeżył tej mszy, żeby serce stanęło nagle i definitywnie, żadnych szpitali, karetek, odwiedzin, tylko zamieszanie, kostnica, pogrzeb, fałszywe łzy nad grobem, a potem wolność, wolność, modli się i czuje kuksańca, siada w ławce i widzi, że msza ma się ku końcowi, że już wszyscy dawno przestali się modlić, a ojciec zdziwiony gorącym szeptem, klejąc wąsy do jego ucha, pyta, coś ty, ogupioł, co tak dugo sie modlisz, a więc żyje, żyje i wyjdzie z kościoła, i zapyta go, i nie otrzyma odpowiedzi, a więc jeszcze nie teraz, wraca

5

widzi grób matki, nad którym stoi i płacze w wieku lat pięciu, w wieku lat piętnastu, w wieku lat dwudziestu pięciu, wraca

6

widzi cudaka wyskakującego z samochodu i niepewnie obwąchującego nowy teren, cudak jest wielki i kudłaty, śmierdzi stodołą, ma pchły i jest zdziczały, ale ma rodowód, to pies ze szlacheckiej rodziny, rasowa krew, tylko że państwo go zostawili przed wyjazdem i od trzech lat spał z owcami w szopie na plebanii, proboszcz nie ma czasu na psa, i tak z trudem znajduje czas dla owiec, więc go przywiózł, wystarczy przystrzyc i wykąpać, pchły się wytruje i pies jak się patrzy, medalista murowany, i oswoi się raz-dwa, zresztą ojciec ma wprawę, ojciec już go wytresuje, proszę księdza, z tym nie będzie kłopotu, cudak biega po ogrodzie i obwąchuje zakamary, siada i się drapie, a potem znowu obwąchuje, duży, duży jest, prawda, ja, synek, wielgi dioboł, wielgi, przez noc jest już wykąpany i ogolony prawie do skóry, znosi zabiegi pokornie, nawet nie warczy, daje mu się głaskać, już patrzy spokojniej wokół, przyzwyczaja się do barłogu pod stolikiem, jakby te trzy lata z owcami i robactwem były tylko długim psim snem na kanapie państwa, a teraz się zbudził i znowu o niego dbają, tato, niech cudak będzie mój, prosi rano, dobra, obadomy, mówi ojciec i woła cudaka do kuchni, żeby dać mu żarcie, cudak, cuudak, kaj tyn pieron, szuka, wchodzi do sypialni i widzi psa na tapczanie, ojciec widzi psa na swoim tapczanie i wydaje z siebie coś jakby zdławiony krzyk, jakby był zbyt poruszony, żeby podnieść głos, natychmiast sięga po pejcz, ten sam pejcz, rzuca się na cudaka, ale pies jest szybszy, robi unik i zdziwiony wydaje ostrzegawcze warknięcie, ojciec jest purpurowy, na kogo ty warcys, ty chuju, ty na pana warcys, jo ci dom, i bierze jeszcze jeden zamach, ale cudak i tym razem unika ciosu, zeskakuje z tapczanu i nagle rzuca się na ojca, błyskawicznie zaciska swoje kły na ręce trzymającej pejcz, ojciec wyje przeraźliwie, ale nie puszcza bata, pies zaciska zęby, ojciec zaciska pięść i ryczy, ryczy jak wół, wszystko trwa wieczność i nie trwa chwili, potem pies ucieka do kuchni, a ojciec, nadal trzymając bat, osuwa się na tapczan, rana jest głęboka, bardzo głęboka, krew zostawia ślady na narzucie, ojciec wije się z bólu, on stoi i patrzy, czeka na łzy, czeka, aż ojciec zacznie z bólu płakać, aż puści ten przeklęty pejcz i poprosi go o jodynę, bandaż, telefon na pogotowie, cokolwiek, zapłacze i poprosi, ojciec wije się z batem, wije się i zaciska zęby, ale już nie ryczy, on podchodzi bliżej, całkiem blisko, bo wydaje mu się, że coś zauważył, pochyla się nad tapczanem, teraz już nie ma wątpliwości, jest, wreszcie, pojawiła się, po ojcowskim policzku spływa jedna zabłąkana i niepowtarzalna, przypadkowo pominięta przez cenzurę, najprawdziwsza łza, teraz już może odejść, idzie do kuchni, znajduje pod stołem przestraszonego cudaka, ostrożnie wyciąga rękę i głaszcze go, głaszcze i mówi, dobry cudak, dobry, kochany piesek, będziesz mój, wraca

7

widzi marię, która ma czarne włosy, dorosłe piersi i chłopaka, ilekroć widzi marię, włącza mu się prąd w klatce piersiowej, widzi ją w szkole, kiedy rysuje na nudnej lekcji serca w brulionie, kiedy jedząc na przerwie drożdżówkę, ugina nogę i opiera się o ścianę, stoi jak bocian, a spódniczka przesuwa się jej wysoko ponad kolano, prąd, kiedy ćwiczy na wuefie, a on przychodzi z wiadomością dla magistra i widzi jej napięte pośladki, prąd, kiedy robi skłony, przysiady, prąd, kiedy się pochyla i przez chwilę luźna koszulka odsłania obraz, który zapamięta na długo, który będzie miał przed oczami, brandzlując się wściekle w domu, w pokoju, w ubikacji, na strychu, w ukryciu przed ojcem, który i tak wie, on wie wszystko, przed marią, której obraz jest ważniejszy od niej żywej, przed marią, która nigdy na niego nie patrzy, bo ma chłopaka, ale to jest gorsza maria, nie z tą marią idzie na strych, nie tę marię rozbiera w pokoju, nie tej marii wkłada do ust w ubikacji, nie tej marii mówi, że ją kocha, tuląc się do poduszki, ale któregoś dnia sen się przedziera w biały dzień, sen się prześnić nie chce i robi wielkie zamieszanie, maria podchodzi do niego przed lekcją, prąd, mówi do niego, otwierając usta pokryte cienką warstwą dorosłej pomadki, prąd, słyszałam, że masz owczarka, prąd, prąd, prąd, a potem, że to cudownie, bo ona kocha owczarki, i że koniecznie musi go jej pokazać, że teraz jest głupi polski, że ona nie ma zamiaru słuchać bredni o faraonie i mogą iść na wagary do niego, ha, ha, jakie to śmieszne, wagary, jak w podstawówce, to już nie prąd, to jest wanna pełna ukropu, w której zanurza się cały, po sam czubek nosa, ona, maria, idzie do niego do domu, wchodzi po jego schodach, do jego mieszkania, do jego pokoju, o, ładnie mieszkasz, dużo starych mebli, to antyki, tak, a gdzie pies, zaraz zawołam, cudak, cuudak, nie ma cudaka, ale jest ojciec, wchodzi i wita się z marią, całuje ją w dłoń, całuje jego marię w dłoń, maria się śmieje, to takie szarmanckie, tata, gdzie pies, ojciec ma zabandażowaną rękę, ojciec pyta, a lekcji ni mocie, dzisiaj nas zwolnili, proszę pana, bo zachorowała nauczycielka, no i przyszliśmy tutaj, bo chciałam zobaczyć waszego owczarka, ja kocham owczarki, mój chłopak też ma owczarka, jej chłopak, prąd, ojciec gniewnie marszczy brwi, odwraca wzrok i mówi, cudaka ni ma, zdech rano, coś musioł zeźryć, bo rzigoł, a potem zdech, maria ma łzy w oczach, ojej, jaka szkoda, biedny, tak chciałam go zobaczyć, jak to zdechł, tata, gdzie jest pies, on był zdrowy, nie mógł zdechnąć, godom, że zdech, nie móg, ale zdech, ni ma psa, zakopany w ogrodzie, wybiega z pokoju, wrzeszczy, wyje i biega po ogrodzie, woła cudaka, potem rzuca się na ziemię i ryje w niej gołymi rękami, zrywa trawę, szuka świeżo rozkopanego miejsca, w końcu przypomina sobie o marii, o tym, że prawdziwa maria, przed którą trzeba się ukrywać, jest jeszcze w jego pokoju sama z jego ojcem, który wszystko wie i pewnie właśnie jej mówi, który otruł jego cudaka, wbiega z powrotem na górę, do pokoju i rzuca się na ojca, ty skurwysynie przeklęty, ty przeklęty skurwysynie, bije go na oślep, przewraca na ziemię i kopie w głowę, w brzuch, w jądra, ryczy i kopie, dociera do niego krzyk marii, przestań, przestań, ty wariacie, ty świrze, przestaje, ojciec zwija się na ziemi, brocząc z nosa, czoła i ust, a więc to już, dzisiaj, kiedyś jest dzisiaj, dzisiaj, w którym ojciec leży skopany przez niego na ziemi, w którym prawdziwa maria mówi do niego w jego pokoju, że jest nienormalny, że powie całej klasie, od dzisiaj nie usłyszy już nigdy słowa z ust ojca ani z ust marii, której dorosłe piersi pozostaną dla niego na zawsze ukryte, która nigdy nikomu nie powie, ale będzie na niego patrzeć tak, że na zawsze odetnie dopływ prądu, że strych, ubikacja i klucz staną się niepotrzebne, bo niczego nie da się już ukryć, ani przed marią, ani przed ojcem, który umrze na zawał dwa miesiące później, na którego pogrzebie będzie sześć osób łącznie z grabarzami, którego za długa trumna zmieści się w grobie tylko dlatego, że będzie padał deszcz i ziemia będzie rozmokła, tych sześciu ludzi, wśród których i on się znajdzie, będzie mogło wkopać tę trumnę do środka, ubijając nogami, skacząc, tańcząc na trumnie ojca, z mozołem wciskającej się pod ziemię, uparcie niechcącej się zmieścić, w deszczowy, zimny poranek, wraca

8

widzi ojców, bogów ojców, godnych i sprawiedliwych, hosanna na wysokości, karzących i uczących, posępnych i wszechwiedzących, władczych i niedostępnych, powiedz tylko słowo, nieśmiertelnych, nieporuszonych, niewidzialnych, niezłomnych, jam jest jeden, zakazujących, nakazujących, stwórców i niszczycieli, posiadaczy, kaprali, sztygarów, naczelnych, dyrektorów, ministrów, sędziów, premierów, prezydentów, imperatorów, widzi przez całe życie, w ojcu kasi, którą spotyka miesiąc po maturze w pociągu i z trudem poznaje, a potem czeka, które pierwsze zapyta, pamiętasz jogurt, a potem spędza wakacje w jej namiocie, w jej ojcu, który nakłania ją do usunięcia, bo studia, nauka, plany na przyszłość, stypendium zagraniczne, wszystko ci opłacę, tylko usuń i rzuć tego gnojka, w jej ojcu, którego wieczorami wywołuje przed dom, który szczuje go psem i policją, który wysyła w końcu kasię do izraela na wieki wieków, w ojcu halinki, której nie poznaje wcale, dopiero po miesiącu u niego na materacu, kiedy leżą w sobie pomiędzy jednym a drugim wyznaniem miłosnym, śmiejąc się, przypominają sobie o przedszkolu, przecież to ty wywaliłeś rogala, a ja wtedy siedziałam do wieczora w jadalni, ale mama mnie odebrała i zrobiła taką zadymę, że tę kretynkę panią wylali na zbity pysk następnego dnia, w jej ojcu, który nie przychodzi na ich ślub i przysyła list zamiast prezentu, żeby wam bóg wybaczył, bo ja nie mogę, w sobie, kiedy jego syn dorasta, kiedy widzi w nim swoje odbicie, a w sobie odbicie ojca, kiedy zaczyna nienawidzić, choć nie wie kogo i za co, kiedy dochodzi do wniosku, że za syna, za siebie, za halinkę, za powtarzalność, za mojrę, za ojcostwo we wszystkich formach, widzi twarz ojca, który wie i czeka na niego, kiedy zakłada sobie pętlę i kopie stołek, zanim halinka zapuka do pokoju, widzi twarz ojca, która po raz pierwszy jest pełna zrozumienia, idzie więc do niego, bez powrotu.

Cobyś widzioł…

A kiedyś tam, kiedyś, za życia, czyli w dzieciństwie, zaczęliśmy jeździć w góry na wieś na wakacje, mama tata ja; a była to jeszcze ta stara poczciwa wieś drewniana, z kornikowymi chrobotami przed zaśnięciem. Ojciec zamiast baranów liczył po obiedzie sęki. Tam były te ściany drewniane, z poziomych belek; między belkami rzędy słomianych warkoczy – a ja zawsze miałem palce wszędobylskie; wypchnąłem raz, lub też wyciągnąłem, dziurka się zrobiła na wylot do sąsiedniego pokoju, więc oko w tę dziurkę, przez którą chłodek przeciążek i wszystko widoczne z ukrycia. Miałem tedy judasza odkrytego na jasną godzinę, czas kąpieli gaździny; chodziłem więc wierciłem się zaglądałem do kuchni, gdzie w krzyżoka rżnięto, i między meldunki dzwonkowe a winne się wtrącając, pytałem: „Tata, a która już gaździna?”, nawet przejęzyczenia nie zauważając z podniecenia, a chłopy się śmiały i meldowały: „Styrdzieści!”, „ I dźze ku izbie, nie trza cie tu!”, „Łosimdziesiąt!”, „E, krucafuks, sto!”, wracałem czekałem i wiał mi z dziurki w oko przedgrzeszny zefirek; myślałem, co to będzie, jak się na to patrzy, czy od tego się nie ślepnie; myślałem o Jasnogórskiej z obrazka, która patrzyła w oczy, pod jakim by się kątem stanęło; myślałem o rojach ciem i latających robali, które kotłowały się po drugiej stronie szyby wygłodniałe światła, i nagle pojąłem, co mnie może zgubić tą porą wieczorową: światło! Trzeba zgasić światło! Bo z judasza mojego strumyczek świetlisty sąsiedni pokój przecinał! I gdyby wreszcie weszła gaździna toalety zażywać, mogłaby zauważyć ów promień i po tejże nitce dojść do kłębka mojego wzroku i oko w oko spotkać się ze mną przez dziurkę! I złapać przyłapać wydać na pastwę potępienia! Pobiegłem więc i zgasiłem i – och, cudzie – w tejże właśnie chwili za ścianą usłyszałem drzwi trzaśnięcie i kroki i stęknięcie miski stawianej na taborecie. Przywarłem okiem do mojego otworku i mrużąc kręcąc się pozycję dobierając, stwierdziłem z rozpaczą, że ta wytęskniona kąpiel się dokona poza zasięgiem mojego wizjera, a nawet dokonuje się już najwyraźniej, bo pierwsze chlupoty stamtąd dobiegały i pierwsze nucenia piosnki góralskiej, i gorliwie zacząłem zabierać się do słomianych klinów dwa metry dalej, bliżej drzwi, tam gdzie się schowała bezwiednie przede mną cała obmywalność, cała mokrość, cała gaździnowa odkrytość, i szarpałem raz po raz, ale się nie chciały wyciągnąć spomiędzy belek te zatyczki, więc już stawiając wszystko na jedną kartę spełnienia, nie myśląc o zgrozie, zacząłem na nie napierać palcem, wypychać w stronę pokoju gaździny, i dopiero wtedy jeden się poddał, i to poddał tak nagle i gwałtownie, że wystrzelił ze ściany jak z szampańskiej butelki i na swej trajektorii napotkał jakże szczęśliwie punkt, w którym natychmiast potem skupiło się moje przestępcze spojrzenie, punkt, do którego przylgnęło w zdumieniu i zachwycie to jedno, to drugie oko, bo nie chciałem żadnego pokrzywdzić, bo chciałem, żeby oba się napatrzyły i uwierzyły, że Bóg istnieje, bo tylko Bóg mógł wymyślić coś równie niepojętego, jak wielki, okrągły, ze wstydu chłodu sterczący, czerwieniący się wprost we mnie, mający brata bliźniaka równie przytłaczającego swoim jestestwem, sutek gaździny naszej, Hanny Budzyńskiej z domu Pietrasówny, lat czterdzieści i dwoje mającej, która właśnie w tymże momencie mojej zadumy na wieki zapamiętanej, z oburzenia nawet się nie zasłoniwszy, postrzelona w wierzchołek lewej piersi moim słomianym pociskiem, wypowiedziała wprost w moje oko straszliwe przekleństwo: „Ty jancykryście! Żeby ci łocy zbielały!”