Wydawca: Psychoskok Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 169 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowieści o uczuciach - Sylwia Niemczyk

Kolejna książka Sylwii Niemczyk. Tym razem autorka w Opowieści o uczuciach, prowadzi czytelnika za rękę poprzez ogród ludzkich uczuć i doznań. W książce pojawiają się pytania o sens życia i słuszność dokonywanych wyborów. Wiara w miłość przeplata się z pragnieniami zaspokojenia potrzeb cielesnych. Niektóre historie są smutne, inne napawają nadzieją i wiarą w lepsze jutro. Bohaterowie gubią gdzieś po drodze samych siebie, odgrywając role narzucone im przez społeczeństwo, spychają gdzieś na dno swoje pragnienia i nakładają maski, żeby się dopasować do ramek społecznych. Jedni dostrzegają światełko w tunelu i odnajdują sens istnienia, inni zatracają się w pogoni za materialnymi dobrami, przyjemnościami, folgując swojemu popędowi seksualnemu. Wszystkie historie spaja przeświadczenie, że tak naprawdę człowiekowi do szczęścia potrzebny jest drugi człowiek. Nic nie zastąpi bliskości i uczuć kochanej osoby. Miłość staje się kołem ratunkowym, które chroni przed zatonięciem w oceanie próżności, materializmu, konformizmu. Nadaje sens ludzkiej egzystencji.

Opinie o ebooku Opowieści o uczuciach - Sylwia Niemczyk

Fragment ebooka Opowieści o uczuciach - Sylwia Niemczyk

Sylwia Niemczyk "Opowieści o uczuciach"

 

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Sylwia Niemczyk, 2013

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki © HAKKI ARSLAN – Fotolia.com

 

ISBN: 978-83-7900-120-0

 

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Sylwia Niemczyk
Opowieści o uczuciach
Wydawnictwo

Większość opisanych w książce historii jest prawdziwa i zdarzyła się naprawdę. Wszystkie wykorzystane w książce wiersze są mojego autorstwa.

Na szachownicy życia każdy Twój ruch skazany na przegraną. Uśmiech przez łzy, a przecież prościej byłoby poddać się bez walki. Płonie wieża, a Ty królowa z podniesioną głową idziesz godnie, prosto w ogień– na śmierć. Szach, mat – czy warto było kochać?

Sylwia Niemczyk

SERCE RYBAKA

Drewniany domek stał tuż za wydmami, na niewielkim wzniesieniu. Od plaży dzieliło go najwyżej pięćset metrów. Jego solidna konstrukcja i mistrzowskie wykonanie wymagały nie lada precyzji. Mimo, że stał na tej ziemi prawie sto lat, prezentował się okazale, wtopiony w morski krajobraz. Pomimo bliskości wody, ten żywioł nigdy nie stanowił zagrożenia dla jego domostwa. Morze jak dotąd nie upomniało się o ten teren, morska fala nie podmyła nawet progu domu, chociaż sztormy bywały całkiem potężne. Niebezpieczeństwo zwykło omijać chatę rybaka szerokim łukiem, jakby coś lub ktoś miało to miejsce w swojej opiece. Henryk wierzył w opatrzność boską, która czuwała nad jego domowym ogniskiem i nad jego łodzią, którą co ranek wypływał w morze. Tutaj przyszedł na świat, dorastał i nigdy nie miał potrzeby czy chęci, żeby opuszczać ten zakątek. Z dziada, pradziada rybackie rzemiosło przechodziło z rąk do rąk. Henryk kochał morze, był z nim związany jak kobieta w ciąży pępowiną ze swoim płodem. Zachwycał się każdym wschodem i zachodem słońca, co dzień od nowa, jakby był turystą, który ogląda te zjawiska po raz pierwszy w życiu. Nie wyobrażał sobie, że miałby zająć się czymkolwiek innym niż łowienie ryb. Kobiety, które miewał nie podzielały jego pasji i zamiłowań. Z czasem zapach ryb zaczynał im przeszkadzać, tak jak monotonia życia rybaka i jego skromne dochody. Żadna z nich nie chciała zamieszkać w drewnianej chatce, na odludziu; z dala od komunikacji miejskiej i sklepów. Szybko odchodziły z jego życia, nie zagrzewając na długo miejsca ani w jego sercu, ani w pamięci. Kiedy przekroczył czterdziestkę, jego zainteresowanie płcią przeciwną znacznie przygasło. Pogodził się z faktem, że pewnie nie założy rodziny, o jakiej kiedyś marzył i nie będzie miał potomka. Czasem z tego powodu ulegał nostalgii. Bał się, że jak będzie stary i niedołężny nie będzie obok nikogo, kto poda mu choćby szklankę herbaty i zaopiekuje się nim. Dobijała go świadomość, że po jego śmierci dom stanie się siedliskiem bezdomnych i włóczęgów, zniszczeje bo nikt nie będzie o niego dbał. Henryk lubił swoją chatę, stopniowo tyle na ile pozwalały warunki finansowe, inwestował w jej odnowę. Wszystko robił sam. Wzmacniał fundamenty, łatał dach i malował ściany. Dbał też o swoją łódkę, którą ochrzcił imieniem „Jedyna”. Łajba stanowiła jego oczko w głowie i powód do dumy. Proponowano mu zatrudnienie na wielkich statkach, ale to łączyło się z ciągłą nieobecnością w domu, kilkudniowymi wypłynięciami w morze, a Henryk bał się zostawiać swój dom bez opieki. Czasem kręcili się tutaj turyści różnego pokroju, podejrzane typki. Obawiał się nie tyle włamania, bo niewiele cennych przedmiotów posiadał, ale dewastacji czy podpalenia. Ten dom był jego bezpieczną przystanią, całym jego dziedzictwem, schedą po przodkach. Pokoik był mały i przytulny. Na białej meblościance roiło się od kolorowych maskotek, począwszy od puchatych piesków po pręgowane tygryski i lalki szmacianki. Na ławie leżała sterta tetrowych pieluch i śpioszków, przygotowana do prasowania. Obok stało kilka butelek ze smoczkiem, leżały patyczki kosmetyczne i inne dziecięce bibeloty. Mężczyzna stał nieruchomo, a po ogorzałej od słońca twarzy płynęły łzy. Patrzył na niemowlę, leżące w drewnianej kołysce. Dziewczynka wyglądała jak mały aniołek, uśmiechała się przez sen. Kręcone jasne włoski sterczały we wszystkie strony. Henryk uświadomił sobie, jak Melania bardzo podobna jest do zmarłej mamy. Miała jej nosek i duże czarne oczy. Mała odziedziczyła po rodzicielce pogodę ducha. Płakała, tylko gdy była głodna; krzykiem domagając się butelki z mlekiem. Mężczyzna usiadł obok kołyski, żeby pobyć blisko swojej córeczki. Wsłuchiwał się w jej miarowy oddech. Spała smacznie, wtulona w różowego jaśka; ssąc białego smoczka. Mężczyzna wyglądał na zmęczonego życiem. Podkrążone oczy świadczyły o kolejnej nieprzespanej nocy. Nerwowo poruszał rękoma. Były spracowane, jak na czterdziestolatka. Popękane i suche. Żona pilnowała, żeby na noc smarował je specjalnym kremem, nakładając rękawiczki. Dbała o niego, troszcząc się o wszystko. Teraz musiał radzić sobie sam z prozą życia, a problemy dookoła niego zdawały się narastać i kumulować. Przerastały go. Popatrzył krytycznie na ściany pokoju. Wymagały wykończenia. Pomalowane na delikatny turkusik miały mieć fantazyjne szlaczki z żółtymi misiami, nie zostały dokończone. Zabrakło misiowych uśmiechniętych pyszczków, chociaż ściany były pod ten szablon odpowiednio przygotowane. Potarł dłonią o drugą dłoń. Przypominały tarkę. Ręce rybaka zniszczone od naciągania sieci, popękane od słonej wody, pokaleczone od wyciągania ryby. Wziął z nocnego stolika kolorową książeczkę i przekartkował ją od niechcenia. Trudno było mu się skupić na krzykliwych obrazkach. Bajka dla dzieci. Przebiegło mu przez myśl, taka ze szczęśliwym zakończeniem. Posłał śpiącej córeczce spojrzenie pełne troski. Za wcześnie na czytanie książeczek, jest na to za malutka. Niemowlę i tak nic nie zrozumie, ale może to on– ojciec potrzebuje słów tej fantastycznej opowieści?– Kiedyś, kochanie, i tatuś wierzył w takie bajeczki, dzisiaj wie, że to tylko wyssane z palca opowieści dla naiwnych. Opowiem ci bajkę, królewno. Wstał i poprawił kocyk dziecku, pochylając się nad kołyską. Poznałem twoją mamę, gdy przyjechała na wakacje ze swoim narzeczonym. Była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Gdyby wierzyć legendom, że syreny mają jasne długie włosy i niesamowity magnetyzm– to mogę stwierdzić, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że twoja mama była syreną. Nie miała wprawdzie ogona, pokrytego rybimi łuskami, ale jej ciepły glos czarował i mamił, niczym syreni śpiew. Każdego poranka przychodziła na plażę, żeby obejrzeć wschód słońca. Ja wtedy dobijałem do brzegu z połowem. Ona pierwsza mnie zagadnęła, chciała kupić ode mnie świeżą rybę; dałem jej ją. Oddałbym tej kobiecie swoją ostatnią koszulę, gdyby tylko poprosiła. Zafascynowały mnie jej ciemne ogromne oczy, które zdawały się zaglądać gdzieś w moją duszę. Była taka miła i taka dobra. Zupełnie, jakby nie z tego świata. Chciałem ją chronić i opiekować się nią każdego dnia. Codziennie czekała na mnie w milczeniu, wypatrując aż moja łódka pojawi się na horyzoncie. To chyba była miłość od pierwszego wejrzenia. Od pierwszego spojrzenia po prostu wiedziałem, że albo ta albo żadna inna. Ona też zakochała się we mnie. Dajesz wiarę, córeczko? Popatrzyła w moje oczy i utonęła. Nie przeszkadzał jej rybi zapach, nie gardziła moją starą łajbą, jak większość kobiet. Nie oceniała mnie, nie zaszufladkowała. Biły od niej dobroć i ciepło. Nigdy nie uważała mnie za kogoś gorszej kategorii, tylko dlatego, że nie mam wykształcenia i jestem rybakiem. Sama była wykształcona i mądra. Delikatna i wrażliwa. Wiedziała, że jestem prostym człowiekiem, ale mam swoje zasady i to jej imponowało. W kółko powtarzała mi, że nie dzieli ludzi na bogatych i biednych, wykształconych i prostaków, ale na dobrych i złych. Jakby to było wczoraj, pamiętam jak trzęsły mi się nogi, gdy zapraszałem ją na kolację. Bałem się odrzucenia i odmowy. Myślałem, że mnie wyśmieje, ale ona z chęcią się zgodziła. Przyrządziłem wtedy dla nas rybę, według przepisu mojej babci. Wyglądała imponująco, cała w ziołach i paprykowym sosie. Dominika przyniosła białe wino. Przegadaliśmy całą noc. To było jak magia, czym więcej się o niej dowiadywałem, tym bardziej mi imponowała swoimi poglądami na świat i skromnością. Następnego dnia po tym cudownym wieczorze jej narzeczony wyjechał, po tym jak z nim zerwała, a ona wprowadziła się do mnie. Żyliśmy skromnie, ale nie brakowało nam niczego. Mieliśmy siebie nawzajem i swoje uczucie. Ja łowiłem ryby, ona od czasu do czasu sprzedawała pamiątki turystom na pobliskim bazarze. Nie tęskniła do luksusów, nie brakowało jej zbytku do którego przywykła. Nie 0ciągnęło ją z powrotem do dużego miasta, w którym została wychowana. Tu był jej dom. Jej miejsce na ziemi. Dominika marzyła o cichym ślubie, więc taki wzięliśmy na jednej z dzikich plaż. Wkrótce okazało się, że będziemy mieli dzidziusia. Nie umieliśmy ogarnąć naszego szczęścia. Przepełniała nas radość i miłość do całego świata, uczucie spełnienia. To było jak najpiękniejszy sen, jak opera mydlana. A potem w jednej, krótkiej chwili całe moje życie legło w gruzach. Kobieta, z którą pragnąłem się starzeć przez resztę życia umarła, wydając na świat dziecko. Zostawiła nas samych, gdy najbardziej jej potrzebowaliśmy. Myślałem, że tego nie przeżyję, nie umiałem poradzić sobie z bólem i złością, które wypełniły moją duszę. Kiedy wziąłem naszą córeczkę pierwszy raz na ręce nie umiałem się nawet uśmiechnąć. Przepełniał mnie smutek i gorycz tak wielka, że chciało mi się wyć z rozpaczy. Myślałem, że ją znienawidzę, ale nie potrafiłem. Pokochałem to bezbronne stworzenie całym sercem i zająłem się nim najlepiej jak potrafiłem. Niemowlę uniosło maciupeńką piąstkę, delikatnie się poruszając. Ciekawe o czym śni?– przeszło mu przez myśl. Mężczyzna przypomniał sobie twarz swojej żony i poczuł ukłucie w sercu. Tak bardzo tęsknił za jej ciepłym głosem, roześmianą twarzą i bliskością. Jeśli za życia jest się tak dobrym człowiekiem, jak ona to pewnie po śmierci należy jej się nagroda. Pewnie ma teraz jaśniejące blaskiem skrzydła i jest aniołem, który czuwa nad nami. Na pewno jest teraz obok, patrzy na mnie i na nasze maleństwo i się uśmiecha. Szkoda tylko, że nie mogę jej zobaczyć. Westchnął smutno, poprawiając różową kołderkę Melanii. Stał teraz przy kołysce, lekko ją bujając. Sam ją dla niej zrobił i był z tego bardzo dumny. Kawałek drewna ożył w jego zwinnych rękach i dostał duszę. Spojrzał na stary ścienny zegar wiszący tuż nad łóżkiem, gdzie jeszcze kilka nocy temu trzymał swoją ukochaną w ramionach. Zegar nieubłagalnie odmierzał czas, przybliżając go do tej chwili, której tak bardzo się bał. To ostatnie godziny, gdy ma swoje dziecko tuż obok siebie. Opiekę nad jego córeczką przejmą jej dziadkowie. Z samego rana przyjadą po nią i ją zabiorą. A więc straci wszystko co kochał. To dla jej dobra. Tam będzie miała lepszą opiekę i warunki życia. Nie mogę myśleć tylko o sobie córeczko, ty jesteś najważniejsza. Oni dadzą ci wszystko, to czego ja nigdy nie byłbym w stanie tobie ofiarować. Zadbają o twoje wykształcenie i zaspokoją wszystkie twoje potrzeby. Będą nosić cię na rękach i kochać, jak potrafią. Będziesz nosić śliczne sukienki, jak prawdziwa księżniczka. Zamieszkasz w willi z wielkim ogrodem, widziałem zdjęcia tamtego miejsca. Twój pokój będzie większy, niż cały nasz dom. Kupią ci wszystko, czego zapragniesz, spełnią każdy twój kaprys i zachciankę. Dadzą ci dobry start w życiu i solidne podstawy edukacji. Ja nie mam dość pieniędzy, żeby dać ci życie pełne wygód i luksusów. Jestem prostym rybakiem, który ledwo wiąże koniec z końcem. Nie mam prawa przez swój egoizm odbierać ci dobrego dzieciństwa, które tam będziesz miała. Nie wolno mi skazywać cię kruszynko na takie życie, jakie sam wiodę. To dla ciebie za mało. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Na obiad ryba, na śniadanie ryba i na kolację to samo. Przypomniały mu się słowa Dominiki, która stwierdziła, że woli taki posiłek z nim, niż najlepsze potrawy świata bez niego. Teraz te słowa nie dodawały mu otuchy, lecz pogłębiały rozpacz. Przy drewnianej kołysce stały pootwierane kartony, czekając na rzeczy maleństwa, które Henryk tam spakuje. Zdawał sobie sprawę, że pewnie nie będą chcieli nic z tych drobiazgów małej zabrać, kupią jej wszystko nowe, najlepszej jakości. Ale jak ją wezmą, to on i tak nie zniesie widoku śpioszków, zabawek czy innych drobiazgów Melanii, za bardzo będą mu przypominały jego córeczkę. Zostawił tylko jej ulubioną grzechotkę w kształcie rybki, spróbuje przekonać ich, żeby ją zabrali dla niej. To jego żona kupiła ją dla maleństwa, to było tego samego dnia gdy wracała do niego od lekarza z dobrą nowiną. Niemowlę ruszyło rączką, otwierając maleńką piąstkę, którą wcześniej trzymało zaciśniętą. Henryk wpatrywał się z czułością w maleńkie paluszki, urzeczony widokiem miniaturowych paznokietków. Pochylił się nad kołyską, wdychając słodki zapach dziecka, palcem pogładził środkową część rączki maleństwa. Dziewczynka zacisnęła go mocnym, jak na niemowlaka uściskiem. Oczy mężczyzny znowu zwilgotniały od łez. Jakby wiedziała, że to nasze pożegnanie. Przebiegło mu przez myśl. Czuł jej ciepło, a uścisk w gardle stawał się coraz bardziej nieznośny. Miał ochotę krzyczeć z bezsilności, że nie chce, że jej nie odda, że się nie zgadza. Chciał być zawsze przy niej, patrzeć jak rośnie i się rozwija. Uświadomił sobie, że ominie go jej pierwszy kroczek, przegapi jej pierwszy wypowiedziany wyraz. Nie powie mamo, tato – jak inne dzieci. Zawoła babciu, dziadku. Nie będzie brał jej na kolana i opowiadał bajek, ktoś inny będzie jej czytał książki przed snem i otulał kołderką jej wiotkie ciałko. Nie będzie go obok niej, gdy będzie się śmiała i nie on będzie ocierał jej łzy. Trzymała jego palec w mocnym uścisku, jakby chciała zaprotestować przeciw temu, co przyniesie poranek. Życie to nie bajka, kochanie, wyszeptał, delikatnie uwalniając się z jej uścisku i całując ją w czoło. Muszę cię oddać. Kiedyś to zrozumiesz i może mi wybaczysz. Jeszcze raz spojrzał na zegar. Zbliżała się pora karmienia. Wiedział, że za kilkanaście minut mała zacznie domagać się mleka, głośnym krzykiem. To będzie ostatni jej płacz, zanim ją zabiorą z jego ramion. Trzeba podgrzać mleko i nakarmić niemowlę, potem przewinąć i koniecznie poczekać, aż mu się odbije. Teraz, teraz. Zaraz. Przecież jutra nie będzie.

ONA I ON

Mieszkają obok siebie w tej samej odrapanej kamienicy, pomalowanej na lawendowy kolor, ale znają się tylko z widzenia. Ona zamieszkuje najwyższe piętro, on egzystuje na parterze. Wymieniają się grzecznym dzień dobry, bo tak wypada, ale nigdy nawet zdania ze sobą nie zamienili, zresztą mijają się rzadko. Ich godziny wyjść i powrotów są rozbieżne, jak dwa pociągi, które rzadko stacjonują na tym samym peronie. Żyją zamknięci w swoich małych światach, wśród czterech ścian. Ona ma dwie kiepsko płatne prace, biegnie z jednej do drugiej, goniąc za pieniędzmi, które ciągle wyciekają gdzieś między palcami. On zarabia nienajgorzej, ale opieka nad chorym ojcem to inwestycja bez dna. Drogie lekarstwa i opieka medyczna, zatrudnienie pielęgniarki, kiedy jest w pracy; wszystko to uszczupla jego budżet. Ona prowadzi dom despotycznej matce, która całymi dniami siedzi przed telewizorem, oglądając seriale i telenowele. Ona maszeruje z miasta z siatkami pełnymi zakupów, a potem stoi nad garnkami, wymyślając wykwintne potrawy, żeby zyskać uznanie i aprobatę złośliwej staruszki. On zaraz po pracy zmienia opiekunkę swojego ojca i sam przejmuje wszystkie nad nim obowiązki. Nauczył się zdrowo gotować, dieta jest ważnym punktem troszczenia się o chorego. Umie też robić staruszkowi zastrzyki, kiedyś przychodziło mu to z trudem, dzisiaj stało się już rutyną, niczym mycie zębów. Ona piecze dobre ciasta, objadając się słodyczami, żeby poprawić sobie nastrój. On myje swojego ojca, przykutego do łóżka, pogwizdując przy tym pod nosem. Ona przestała chodzić na randki, żaden kandydat nie odpowiadał wyobrażeniom jej matki, żaden nie był podobny do jej nieżyjącego męża, a tylko kogoś takiego pragnęła dla córki. On dał sobie spokój z płcią piękną, nie znajduje już na to czasu i chęci. Chory rodzic wymaga stałej opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę. Żadna z kobiet, z którymi się spotykał i był w dłuższych, czy krótszych związkach nie chciała zgodzić się na zamieszkanie z obłożnie chorym ojcem pod jednym dachem. Ani jeden z mężczyzn, z którymi ona była nie był na tyle wyrozumiały, żeby zaakceptować jej silny związek z matką. On nie ma wielu znajomych, nie licząc kolegów z pracy, którzy mają już swoje rodziny. Ona ma prawie dwa tysiące znajomych na Facebooku i jednego przyjaciela w realnym świecie, dla którego trudno jest jej znaleźć czas; więc najczęściej kontaktują się telefonicznie. On udziela się na Chomiku, czasem flirtując z kobietami. Ona wykonuje nudną i mało opłacalną pracę, której nie lubi. Nie ma stałej umowy, etatu. Ciągle tylko umowy –zlecenia, ale nie skarży się, wie jak trudno jest na rynku pracy o zatrudnienie. Nie ma urlopu, chorobowego a jej widoki na emeryturę są marne. On też nie przepada za zajęciem jakie wykonuje, przypomina robot, który mechanicznie wypełnia powierzone mu zadania. Ona w czarnym mundurze musi współpracować z wyjątkowo toksycznymi i trudnymi ludźmi, pracować w atmosferze pełnej podłości. On w szarym kombinezonie siedzi przy buchającym ciepłem piecu i trzymając pędzel w ręce, maluje sunące po wyciągu fotele. Ona ma talent do pisania. Niepotrzebnie rzuciła studia, pieniądze były bardziej potrzebne niż zaspokojenie ambicji. On marzył o malowaniu obrazów, ale jego rodzice wybili mu to z głowy tłumacząc, że takim fachem nie zarobi na chleb. Ona pisuje w sieci artykuły na zamówienie, zarobione pieniądze przeznacza na drobne zachcianki. Nowa torebka, perfumy czasem potrafią poprawić humor, sprawić radość. On rysuje portrety ołówkiem i chowa je do szuflady. Nie wie, że są dobre. Nie ma ich komu pokazać. Ona zbiera figurki aniołów, on kolekcjonuje monety. On czasem topi smutki w winie, ona lubi sobie czasem wypić drinka z coca colą. Ona zajada pustkę słodyczami, potrafi na jedno posiedzenie zjeść połowę blachy sernika. On obżera się dziczyzną, którą sam przyrządza. On przekroczył już czterdziestkę, ona akurat się do niej zbliża. On nie myśli o swoim wieku, w lustro spogląda tylko wtedy, gdy się goli. Ona wie, że jej biologiczny zegar głośno tyka, ale tłumaczy to sobie bardzo mądrze, że nie każda kobieta musi mieć dzieci. Widocznie los chce, żeby była starą panną. Ona przysypia nad książką, zmęczona nadmiarem obowiązków. Wstaje przed czwartą rano. On śpi w tramwaju w drodze do pracy, wymęczony organizm domaga się odpoczynku. Ona kupiła sobie pierwszy w życiu aparat. Robi zdjęcia otaczającej ją przyrodzie. On nabył wędkę, zawsze chciał mieć taki model. Może teraz uda mu się choć na kilka godzin wyjechać za miasto i się zrelaksować. Ona wypija kilka mocnych kaw dziennie, nie przerwałaby tylu godzin na nogach bez dużych dawek kofeiny, często oczy zamykają się same, powieki się kleją jakby ktoś je lepem posmarował. Jej dzień pracy ma dwanaście godzin, ale nigdy się nie kończy. Obowiązki domowe czekają na nią każdego dnia, a jeszcze trzeba znaleźć trochę czasu na pisanie. Czas nie jest jak plastelina. Nie da się naginać i urabiać według naszego uznania. Płynie nieubłagalnie, nie daje się go zatrzymać. On pochłania dziennie kilka puszek napoju energetycznego, potrzebuje pobudzenia, żeby sprostać wszystkim obowiązkom, których się podejmuje. Wciąż na wysokich obrotach, dyspozycyjny i energiczny. Ona relaksuje się w wannie pełnej piany, rozkoszując się zapachem różanego olejku do kąpieli. On odpoczywa w głębokim fotelu, przed telewizorem z pilotem w dłoni, zasypiając. Ona zauważa pierwszy siwy włos na swojej skroni, wyrywa go pincetą, szybko o tym zapominając. On walczy z odciskiem na stopie, który bardzo go boli, utrudniając poruszanie. Ona namiętnie obstawia totolotka, licząc naiwnie na główną wygraną. On kupując losy, próbuje pomóc swojemu szczęściu. Ona nigdy nie wygrywa w grach liczbowych, on nie ma szczęśliwej ręki. Ona lepi pierogi, porcjując je i zamrażając. Kręci ciasto na kolejny placek, robi zakupy z kartką w ręce. On obcina obcążkami ojcu paznokcie u stóp, karmi go papką– podawaną cierpliwie z łyżeczki. Ona odgania od siebie kolejnego adoratora, zmęczona życiem, jakie prowadzi. On odrzuca zaloty sympatycznej pielęgniarki, opiekującej się jego tatą, nie ma głowy na amory. Ona tęsknie wzdycha, wracając do domu po ciężkim dniu. On zacina się przy goleniu, klnąc pod nosem na monotonię życia. Ona chce uciec, ale nie ma dokąd i za co, zresztą nie może zostawić samej swojej matki, ona by tego nie przeżyła. Ciągle powtarza jej, jak wiele jej zawdzięcza. Nawet, gdyby chciała, nie wolno jej odejść, nie jest wyrodną córką. On ma często ochotę wyjść z domu i nie wrócić, kupić bilet w jedna stronę i uciec od tego wszystkiego, jak najdalej, ale nie zrobi tego. Nie jest bez serca, tylko ktoś taki zostawiłby przykutego do łóżka ojca samego. Ona pisze z nim na Facebooku. Trafili na siebie przypadkiem. Codziennie klikają ze sobą piętnaście minut, to tyle ile mogą dla siebie wygospodarować w napiętych grafikach dnia. Nikt nie proponuje spotkania, twarzą w twarz. Żadne z nich nie ma odwagi, żeby wyrwać się ze swojego prywatnego więzienia i zacząć żyć. Ona pisze, że nie ma czasu, on to lajkuje. Jest tyle rzeczy do zrobienia. Odpowiada on. Jedno drugie rozumie. Może kiedyś się spotkamy. Klika ona. Kiedyś, na pewno. Odpowiada on. Może, kiedyś– dopowiada życie. Nie czekając, mija.

WĄSIK

W