Wydawca: Novae Res Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 129 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowieści Hipogryfinów - Joanna Dombrowska

Syriusz Ars Gatta, uważany za jednego z najlepszych przywódców Zakonu Hipogryfińskiego, zostaje śmiertelnie ranny w walce. Po jego pogrzebie wydaje się, że nastaje względnie spokojny czas, jednak nie trwa on długo. W poukładane dotychczas życie Hipogryfinów wkracza chaos i sekrety. Przyjazne dotąd elfy odwracają się od Hipogryfinów, a przywódcą wrogiego im zakonu zostaje tajemniczy czarny lew.

Niespodziewanie Syriusz wraca do życia…

Nadchodzi czas wielkiej wojny.

Opinie o ebooku Opowieści Hipogryfinów - Joanna Dombrowska

Fragment ebooka Opowieści Hipogryfinów - Joanna Dombrowska

Podziękowania

Jeszcze nie widziałam książki, która powstałaby przy udziale tylko jednego człowieka. I pewnie nigdy takiej nie zobaczę. Osoby, które pomagają przy tworzeniu sztuki, są po prostu wyjątkowe i godne podziwu.

Dziękuję przede wszystkim Gimnazjum nr 16 w Gdańsku, które wspomogło mnie finansowo i okazało mi wsparcie w spełnianiu marzeń, a w szczególności mojej klasie i Bożenie Dejczer-Sawickiej. Bez nich ta książka nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Zawsze będę też wdzięczna mojej rodzinie, która ani na moment we mnie nie zwątpiła i w każdej chwili służyła mi radą.

Za szczęście, długie rozmowy i przyjaźń dziękuję Haruhiko, Over, Millianie, Brienowi i Tharyanowi. Chwała im; bez nich nie czułabym się potrzebna i wielu rzeczy nigdy bym się nie nauczyła.

Rozdział 1Ginie tyran

W uszach wojownika rozbrzmiewał dźwięk podzwaniającej zbroi, obijających się o siebie pierścieni kolczugi. Słyszał też swój spokojny, miarowy oddech.

Lekki trucht nie nadwyrężał sił jego mięśni. Przed oczyma jasno malował się cel; wiedział, po co i dokąd biegnie. Najwyraźniej całkowicie skupił się na zadaniu, bo nie rozpraszały go szumy, szelesty i dochodzące zewsząd odgłosy walki. Hełm zakrywał prawie całą jego twarz, nie licząc oczu i jasnoblond brwi. Na srebrnej powierzchni kirysu wytłoczone były złote i błękitne roślinne sploty, a w samym środku rysował się śnieżnobiały hipogryf. Jego pazury i dziób wyróżniały się wśród reszty ciemną, matową szarością. Oczy miały barwę złotego bursztynu z wąską czarną obwódką. Była to zbroja zwykłego klanowego żołnierza, każdy wojownik miał również podobnie zdobione karwasze, nagolenniki i rękawice.

Metalowa podeszwa zaryła w ziemię, zostawiając głęboki ślad hamowania w miękkim piasku. Tylko wysokie skórzane obuwie było brudne od kurzu, piasku i krwi zmieszanej z błotem. Na ramieniu wojownika widniała błękitna linka – oznaczenie najniższej rangi – rekruta.

Bystre spojrzenie błękitnych oczu zlustrowało stojącego naprzeciw mężczyznę. Czarne płaty metalu pochłaniały światło, na napierśniku widać było czarny, matowy wizerunek kruka, przy barku widniały trzy czerwone plecione linki. Żołnierz ocenił pospiesznie umiejętności przeciwnika. Nie musiał, bo tak naprawdę wiedział o nim wszystko. Znał go w młodości, jego rodziców także. Plecionki oznaczały przynależność do dowództwa, a ich liczba – trzy – symbolizowała największą władzę. Mężczyzna ten był generałem. Z jego barków spływała peleryna, opierała się na łokciach, by dalej rwać się delikatnie wraz z wiatrem. Kruczy spojrzał na niego drwiąco.

– Smarkacz w walce ze mną? Udany przeciwnik.

Chrapliwy śmiech wzbudził w Hipogryfinie lekką grozę; czyżby tamten oszalał od ich ostatniego spotkania? Był inny – bez tego błysku w oczach, bez tej energii.

– A może sam przyszedłeś? Bez rozkazu?

Hipogryfin milczał, przyglądał się swemu przeciwnikowi. W dłoni mrocznego chybotał się niebezpiecznie miecz. Klinga wcale nie różniła się barwą od ostrza, tkanina oplatała część uchwytu, przytwierdzona doń dosyć mocno.

– Śmiesz milczeć?

Najwyraźniej jego cierpliwość powoli się kończyła, co nie wróżyło niczego dobrego. Mimo to Hipogryfin milczał nadal.

– Wiesz, co oznacza słowo „suan”?

Szeregowiec wyciągnął idealnie czysty miecz, podobnie jak kirys. Kruczy podniósł lekko głos:

– Wiesz?

Jego twarz zakryta była przednią blachą hełmu. Na Syriusza spoglądały miodowe oczy rozwścieczonego, rozszalałego tyrana, władcy nielękającego się rozlewu krwi, wojny, walki, osobistego zamordowania kogoś ważnego. W każdym człeku istnieje jednak dobro. Hipogryfin przytaknął, zachowując stoicki spokój. Klinga jego miecza różniła się znacznie od tej należącej do Suana – stojącego przed nim Kruczego. Ta część jego krótkiego rapiera miała barwę złota, a krucza była skromna, jedynie jej uchwyt obwiązano miękką tkaniną.

Głównodowodzący natarł niespodziewanie. Rekrut, wojownik klanu hipogryfińskiego, odskoczył. Ostrzem swojego miecza odbił wrogi metal. Unikał ataku za atakiem, napastnik nie męczył się praktycznie w ogóle w tym nieustającym tańcu śmierci. Szeregowiec przystąpił do kontry, rapier świsnął w powietrzu, zgrzyt żelaza. W uderzenie włożył całą swoją siłę. Złota szrama pojawiła się jakby na ostrzu wroga, gdy trzymał go w zwarciu. Obydwaj w milczeniu czekali na swoje ruchy, ciąg dalszy danse macabre. Przez kilka krótkich chwil stali w takich samych pozycjach, napierali jedynie na zetknięte ze sobą brzegi broni. Bezruch przerwał Kruczy potężnym kopnięciem opancerzonego buta w brzuch rekruta. Ten zatoczył się silnie, ledwo udało mu się odparować kolejny szybki i celny cios. Wolną dłonią złapał się za brzuch, co jednak nie przyniosło mu zbyt wielkiej ulgi, jeśli w ogóle jakąś. Suan – co dosłownie oznaczało mordercę, zabójcę – zastygł. Na jego ustach pojawił się obrzydliwy uśmieszek, pełen żądzy krwi i chorej radości, że niedługo pragnienie to zaspokoi. Przeciwnicy patrzeli sobie prosto w oczy, a szeregowiec zrozumiał, o czym dowiedział się jego wróg. Przez jego zaciśnięte zęby wydobył się szept:

– Syriusz…

Srebrny miecz Kruczego opadł delikatnie, by zaatakować sprawniej i lepiej. Jego napastnikowi najwyraźniej ta wiedza dodała energii, bo każdy kolejny atak zdawał się szybszy, pewniejszy i mocniejszy. Im dłużej walczył, tym częściej czuł ciepłą krew w miejscach obicia zbroi i kolczugi, cały jego ubiór, a także broniące go płaty żelaza barwiły się żywą czerwienią. Mimowolnie zwalniał, chybiał. Morderca zatrzymał miecz w powietrzu. Syriusz pochylił się, nie mogło być inaczej. Na piekielnej twarzy jego przeciwnika pojawił się przymilny uśmiech.

– Do widzenia.

Rzygać mu się chciało, gdy słyszał ten sztucznie ciepły głos. Zebrał się w sobie, niech chociaż spróbuje wygrać i być może pokonać przeznaczenie. Ku niemu powędrowało kolejne uderzenie, sparował je, ostatkiem sił unosząc się do pionu. W jego oczach o odcieniu zimnego błękitu odbił się błysk stali. Lewa dłoń osunęła się z brzucha i zacisnęła na uchwycie schowanego w pochwie sztyletu. Wydobyła go cicho. Hipogryfin niczym drapieżny kot skoczył ku swemu oprawcy, a przynajmniej jednej części jego duszy, puginał wgryzł się w rękawicę Kruczego, miecz trafił w złączenie mostka z kręgosłupem; zadał cios, który natychmiast przynosi śmierć. Przyciągnął ku sobie oba ostrza, odciągnął je od ran zadanych wrogowi.

Teoretycznie już martwy Suan poruszył wargami, jego bezwładne ciało zachybotało się. Skoro jeszcze nie padł, musiał mieć pod zbroją zabezpieczenie – miecz nie wszedł wystarczająco głęboko, by zamordować od razu. Syriusz obserwował czujnie ociężały ruch ręki umierającego dowódcy. Dwuręczny miecz wzniósł się niewiele ponad niego. Podejrzewał, iż sytuacja ta nie skończy się dla niego przyjemnie. Jego umysł pracował zbyt wolno, by mógł się w porę wycofać. Zamknął oczy, metal hełmu wbijał mu się w twarz, czuł przeszywający dotyk zimnego ostrza. Od czoła do jego lewego policzka ciągnęła się nieregularna rana, zimny ogień i pioruny atakowały go od środka bólem. Zakołysał się, energia opuszczała go z każdą kroplą posoki. Hipogryfin opadł ciężko na jedno kolano, zbroja zachrzęściła, próbując ugiąć się wraz z właścicielem. Świat zaczął gwałtownie tracić barwy, wokół pojawiała się nieprzyjemna ciemność. Oparł drugie kolano o ziemię, utrzymanie się teraz choćby z kirysem stanowiło nie lada wysiłek. Zaczynało opuszczać go czucie, mrowienie pełzło od nóg jak niebezpieczna żmija wyżej i dalej, dochodziło do samych kości. Opadł na dłonie. Piasek wgryzł się w nie nieprzyjemnie. Krew zostawiała szkarłatny ślad na policzkach, nosie i czole, spajając twarz z hełmem. Czerwona zasłona zabierała mu ostatnie spojrzenie na świat, i tak już pociemniały i szary. Żwir zachrobotał, gdy jego ręce zaczęły sunąć do przodu. Opadł na ziemię. Jego oddech z każdą nadchodzącą chwilą był cięższy i bardziej chrapliwy, wypełniło go nagłe gorąco. Nie miał już sił nawet na utrzymanie podniesionych powiek. Paraliż dosięgnął i twarzy, mięśnie rozluźniły się nagle. Zamknął oczy. Czuł, jak jego świadomość oddalała się. Targnął nim ostatni spazm.

Wiedział już, że opadł na szorstki piasek. I nie udało się, stracił przytomność. Umrzeć albo żyć.

***

Słońce spokojnie chyliło się ku zachodowi, srebrzyste szeregi wojska ciągnęły się przez zieloną połać lasu. Nieprawdopodobne dla ich obserwatora były żołnierskie przyśpiewki na cześć bohaterów, dzielnych wojowników i zwycięstwa, a także głośne gawędy i śmiechy. Można było od razu wywnioskować, kim byli ci ludzie – należeli do wygranej strony. Sztab dowódców najwyraźniej nie miał zamiaru pilnować obecnie swoich podwładnych, wśród generałów i majorów błyskała flaszka, zarekwirowana jednemu z rekrutów. Woń alkoholu na szczęście pozostała niewyczuwalna dla dalszych kolumn i grup – dzięki zaklęciu jednego z magów sztabu. Szakal An Adir pogalopował lekko naprzód, starając się zachować trzeźwość, jego klacz zatańczyła, stając dęba. Mocnym uderzeniem pięt doprowadził ją do porządku. Wierzchowiec słuchał jedynie ze względu na dziwną więź łączącą go z tym właśnie człowiekiem, a nie przez wyuczenie go takiego uspokajania się ostrogami. W klanowych zamkach nie były stosowane praktycznie w ogóle. An Adir zwolnił, dostrzegając kilka pozostałości po tarczach i orężu przeciwnika, skierował się w bok, by znaleźć jeszcze trochę światła i promieni zachodzącego słońca. Już jakiś czas wcześniej dostrzegł między drzewami łąkę, nagłą pustkę otoczoną młodymi sosnami.

Cierpliwie dążył do miejsca, w którym chciał skorzystać z ostatniego blasku dnia. Gwałtownie zatrzymał konia, zamarł w bezruchu. Na piasku leżały dwa ciała. Plecami zwrócony do ziemi to Kruczy, Suan. Rozpoznał go po tym szyderczym uśmieszku. Zsunął się z siodła, puścił wodze wolno. Klacz stała spokojnie, pochyliła łeb, by skubać młodą trawę. Zdjął umazany posoką hełm z czarnym matowym krukiem. Nie pomylił się, to on. Obrócił w dłoniach żelazne nakrycie głowy wroga, z tyłu wyrysowano cztery paski z wydrążoną fakturą warkocza bądź plecionki – trudno było stwierdzić przez wgniecenia.

Komu przekazać to trofeum? Wyprostował się, na jego ustach zawitał delikatny, niepewny uśmiech. Spojrzał na Hipogryfina, jego plecy i nogi okryte były błękitną peleryną, która jakimś cudem uniknęła czerwonych plam. Na jego hełmie widniało oznaczenie rangi rekruta, palce i dłonie leżącego wyciągnięte były do przodu, a za nimi znajdowały się wydrążone w piachu ślady ich drogi, niewiele różniące się od zadrapań. Mistrz wyciągnął powoli rękę ku jego ciału. Nim zdążył chociażby drasnąć aksamit peleryny, srebrną powierzchnię hełmu, rozległ się cichy tupot wojskowego obuwia. Klacz Szakala, Nimre, niespokojnie zagrzebała kopytem w ziemi, uniosła łeb. Dowódca wstał, złapał cugle swego wierzchowca, wyjechał z polany, czekał, aż rozpity sztab dowódczy zbliży się tak, by każdy z nich usłyszał. Większość generałów kołysała się w siodłach, zachowywała niezwykły brak powagi i ciszy.

– Suan nie żyje.

Kilka osób uspokoiło się nagle, ktoś schował pustą już butelkę po alkoholu. Ditius wyjechał trochę przed szereg, spojrzał w oczy kolegi.

– Nie widzieliśmy go na polu bitwy.

– Niedaleko jest polana, znalazłem go tam martwego razem z naszym.

Zagryzł wargi, generał przytaknął, dając mu do zrozumienia, że wierzy w szczerość jego słów. Sztab otrzeźwiał nieco po tej informacji.

– Jedziemy! – Ditius najwyraźniej objął pełne dowództwo. – Prowadź, Szakalu!

Przewodnik od razu zawrócił konia, cichym cmoknięciem i uderzeniem pięt wszedł w wolny kłus. Kilku majorów pozostało, by pilnować rekrutów. Oczywiście trzymał ich tam tylko rozkaz, nie mogli ulec ciekawości. Na łące zebrała się już spora grupa gapiów. Szakal An Adir ponownie zeskoczył z siodła, pozostawiając klacz samej sobie. Ukląkł, sprawdził puls Hipogryfina, rozchylając lekko płaty zbroi na szyi. Poczuł słabe, lekkie uderzenia – nie wyglądało to zbyt dobrze. Któryś z mistrzów wziął hełm Suana, obracał w palcach, przejeżdżał dłonią po rzeźbieniach. Ditius pomógł podnieść nieznanego wojownika do siadu. Niektórzy odwrócili wzrok, jakby chcieli uniknąć tego okropnego widoku. Twarz wojownika oblepiona była zaschniętą krwią i piaskiem, miejscami przez dziury w hełmie było widać ropę. Zamszowy hipogryf na kirysie nabrał nagle czerwonych łat, jego skrzydła poszarpane były żałośnie. Hełm wgniatał się ukośną linią w głowę. Wydawał się spokojny, wręcz śpiący. Szakal przełknął głośno ślinę.

– Trzeba zdjąć mu zbroję.

Na samą myśl o skórze przyklejonej do materiału, złączonej także z kolczugą, robiło mu się niedobrze. Metalowe rękawice jednego z bardziej wytrzymałych i spokojnych psychicznie generałów zacisnęły się na rzemieniach łączących tył i przód napierśnika. Odpinał je dosyć szybko – nie były to miejsca brudne i zranione, to jest ramiona i boki. Powoli odciągał obie części kirysu; robił to bardzo delikatnie, obawiając się widoku ran i zeschłej krwi. Tę część zbroi udało się zdjąć bez problemu.

– Przewieziemy go w uzbrojeniu, które złączyło się ze skórą.

Odetchnął cicho.

– Nie zdejmujcie kolczugi, ma pod tym zapewne tylko koszulę. Teraz tylko zdjąć mu hełm – po tych słowach Ditiusowi zebrało się na wymioty, nie miał zamiaru przyglądać się tej operacji.

Szakalowi jakoś udało się zachować spokój, panował nad swoimi odczuciami. Dowodzenie przeszło w jego ręce.

– Ci, którzy nie czują się na siłach, by na to patrzeć, wracają do oddziału i prowadzą go dalej do fortecy, reszta dołączy później.

Jego pierwszy prawdziwy dzisiaj rozkaz przyniósł ulgę większości patrzących, którzy uważali, że stanie tu jest ich obowiązkiem. Szakal został z dwójką generałów, którzy nie za bardzo przejęli się tym widokiem. Hipogryfin zdjął rękawicę, będzie potrzebował w pełni sprawnych palców. Rozplątał i rozwiązał linki trzymające hełm pewniej na łbie, przechodzące pod brodą. To ich patent, dosyć wygodny w walce. Gestem przywołał ku sobie pomocników.

– Złapcie boki otworów i powoli starajcie się odciągać je na zewnątrz, gdy dam rozkaz, podniesiecie cały hełm.

Posłusznie wzięli się za wykonanie zadania. Nieprzytomny skrzywił się, gdy pod stalą zabrzmiał cichy chrzęst.

– Już – szept, bardzo cichy, jakby nie chciał obudzić rannego.

Rozlegały się coraz częstsze i głośniejsze chrupnięcia, błysk unoszonej wyżej stali. Błysk słońca ginącego za drzewami. Głuche westchnienie, on, An Adir, odwrócił wzrok. Otworzyła się przed nim tajemnica, której nie chciał znać. Brudny hełm rannego wylądował na ziemi obok. Ze świeżo rozerwanych ran sączyła się krew, szrama błyszczała, czarna od ropy. Wiatr delikatnie smagał krótkie jasne włosy, sklejone potem i zmieszane z ziarnkami piasku. Wąskie, sine wargi poruszyły się w niesłyszalnych słowach. Oczy o kolorze mroźnego błękitu spoglądały nań jakby zza potężnej mgły, mężczyzna dopiero uniósł powieki. Żaden z dowodzących nie mógł odczytać z jego ust przekazywanych w półśnie słów. Szakal dopiero na niego spojrzał, uniósł w ramionach, posadził w siodle. Oparł go o szyję swojego konia, objął, by nie spadł. Dwaj generałowie podążali za nim. Na krawędzi żołnierskiego traktu stał paź trzymający cugle trzech wierzchowców. Gregor i Fredric, jego pomocnicy, od razu ujęli wodze swoich ogierów. W pośpiechu skoczyli na siodła i popędzili na początek szeregu, do reszty sztabu. An Adir dosiadł trzeciej kobyły, do uzdy swojej klaczy doczepił linkę, drugi jej koniec owinął sobie wokół dłoni. Jechał stępa, w kłusie mógłby nie utrzymać Syriusza w siodle. Skazani byli na powolną podróż wśród rekrutów, na szarym końcu. Co jakiś czas ludzie obracali się ku nim z zainteresowaniem, przerywając śmiechy i rozmowy. Kogo wieziono na znanej wszystkim Nimre? I czemu pilnował go jeden z najznamienitszych mistrzów klanowych? Nikt nie ośmielił się zapytać.

A daleko nad lasem zarysował się zamek, będący sennym marzeniem, prawie mgłą zlaną z błękitem nieba.

***

Syriusz uniósł powieki, gotów wstać; nie widział łąki, a jedynie swój pokój oddzielony od gabinetu mniej więcej metrową półścianą. Na krześle przy łóżku siedział wysoki mężczyzna o długich jasnych włosach. Ubrany był w ciemnobrązową togę, spod której wystawały ciemnozielone spodnie ze sztruksu. Na jego szyi kołysał się na chudym łańcuszku srebrny wisiorek ze znakiem hipogryfa. Ów mężczyzna wpatrywał się w Syriusza. W oczach niewiele różniących się barwą od kasztanów widać było zmęczenie. Jego miękki, wysoki głos przyjemnie rozbrzmiewał w uszach:

– Zawiodłem się na tobie, Syriuszu.

Nawet te bolesne słowa nie zepsuły tego delikatnego dźwięku, oj, świetny byłby z niego mówca. Ranny dopiero zauważył i poczuł bandaż na głowie. Najwyraźniej podano mu jakieś środki przeciwbólowe, bo rana nie była już tak bolesna jak wcześniej.

– Czy na pewno, Ditiusie?

– Tak, panie.

Hipogryfin skrzywił się, jego przyjaciel wiedział, gdzie uderzyć. Uśmiechnął się gorzko.

– Jak już ci kiedyś mówiłem: nie życzę sobie, byś mnie tak nazywał.

Był wyraźnie poirytowany. Położył dłoń na swoim boku. Pod cienkim kaftanem poczuł mniejsze zadrapania, kilka z nich zapulsowało lekkim bólem. Ditius podniósł się z krzesła, spojrzał wprost w błękitne oczy leżącego. Złotowłosy najwyraźniej myślał nad kolejną wypowiedzią, bo zamilkł na chwilę.

– Straciłeś przytomność po walce, miałeś szczęście, że zauważył cię Szakal, inaczej już byś nie żył. Wykrwawiłbyś się, umarł z wycieńczenia. Wygraliśmy, przerwaliśmy ich szereg kawalerią. Strategia obu wojsk padła po wyruszeniu naszej ciężkozbrojnej piechoty. Wtedy to po prostu była rzeź. Muszę jednak przyznać, że plan miałeś ciekawy: przebrać się za rekruta i oddalić się od reszty żołnierzy. Twarz ukryłeś pod hełmem, z Suanem pewnie umówiłeś się już wcześniej, bo nie widzieliśmy go na polu bitwy. Wziąłeś ze sobą jedynie własny rapier…

Syriusz zachowywał się spokojnie, a przynajmniej się starał.

– I co wobec tego?

Twarz jego rozmówcy wykrzywiła się w desperackim uśmiechu, skojarzył tę mimikę z widokiem zniecierpliwionego nauczyciela, tłumaczącego jakiś trudny temat niezbyt skupionemu dziecku.

– Nie możemy stracić kolejnego przywódcy. Gdzie pokój, o który mieliśmy się ubiegać? Na wojnie?

Ditius przespacerował się po komnacie, z wahaniem zatrzymał się przed drzwiami. Obejrzał się i popatrzył na zabandażowaną twarz towarzysza.

– Jest jeszcze coś. Nie przeglądaj się w lustrze. Do widzenia, Syriuszu.

Ukłonił się, trzymając prawą dłoń na plecach, pod peleryną. Leżący odwrócił się ku oknu, jak zwykle próbował uciec rzeczywistości.

– Do widzenia – tymi słowami zwolnił mężczyznę z obowiązku czuwania przy sobie, czego miał już chyba dość.

Podwładny Syriusza