Opowieści Czarownicy. Otwarta - Ewa Wyszyńska - ebook

Opowieści Czarownicy. Otwarta ebook

Ewa Wyszyńska

2,7

Opis

„Otwarta” jest pierwszą częścią cyklu „Opowieści Czarownicy”, otwierającą fantastyczną podróż do świata magii, sił nadprzyrodzonych i miłości. Czy jesteś gotowy wkroczyć do świata otwartych? Miłość, upadłe anioły, demony, potwory.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,7 (7 ocen)
2
1
0
1
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FearLeave

Dobrze spędzony czas

Przyznam szczerze, że akurat zaczęłam czytać i zapowiada się super, jestem już w 3 rozdziale, ale zaintrygował mnie komentarz Shinness, zdaje się, że już gdzieś kiedyś oceniała coś na 1 gwiazdkę ;) Konkurencja?😜
ZofiaK90

Nie oderwiesz się od lektury

Powieść bardzo wciągająca. Podobało mi się i rzeczywiście ciężko było się oderwać, przeczytałam prawie cała na raz, z krótkimi przerwami :)
10
Sylwiaa890

Nie oderwiesz się od lektury

Ja chcę kolejną część! Dlaczego jeszcze jej nie ma?
00
Daria36Wiki

Z braku laku…

Ogólnie nie pisze recenzji ale tu się pokuszę o napisanie choćby zdania , wiec hmmm początek zachęcał do czytania lecz zagłębiając się bardziej w książkę czułam tylko rozczarowanie, główna bohaterka sama nie wiedziała czego chce do tego nudna trochę i ogólnie rozgrywane akcje trochę nudne .
00
Shinness

Nie polecam

Językowo tagedia i chaos. Miejscami nie wiadomo, które opisy kogo dotyczą. Nie dotrwałam nawet do końca pierwszego rozdziału..

Popularność




Ewa Wyszyńska

Opowieści Czarownicy. Otwarta

© Ewa Wyszyńska, 2022

„Otwarta” jest pierwszą częścią cyklu „Opowieści Czarownicy”, otwierającą fantastyczną podróż do świata magii, sił nadprzyrodzonych i miłości.

Czy jesteś gotowy wkroczyć do świata otwartych?

Miłość, upadłe anioły, demony, potwory.

ISBN 978-83-8273-435-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Z całego mojego serca dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w stworzeniu tej książki. A w szczególności mojemu kochanemu mężowi za cierpliwość do mnie oraz moim dzieciom za (na szczęście) nieskuteczne przeszkadzanie w pisaniu.

Ewa Wyszyńska

Prolog

Cisza, oplatająca i pochłaniająca, wkradała się w moje wnętrze i podsycała wiarę w ratunek. Cisza dająca schronienie i nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Cisza to dar, łaskawy i pełen spokoju. Cisza to również ból, który przeminął, lęk, który ustąpił miejsca bezpieczeństwu.

Cisza to niepewność, skrytość i wątpliwości. Cisza jest nieustannym poszukiwaniem dźwięku, który nie nadchodzi. Jest trwaniem w skupieniu i w oczekiwaniu, gotowości, która już się nam nie przyda. Cisza, którą przepełnia smutek i wściekłość zarazem. Cisza, która odrywa od świata i unosi gdzieś daleko poza postrzeganie.

Cisza bywa przyjemna, może być przedłużeniem chwil błogości, a źle dobrane słowo wypowiedziane w nieodpowiednim momencie przycina ją niczym miecz, odbierając złudzenia szczęścia. Cisza pozwala zastanowić się nad swoimi uczuciami. Jest pustym miejscem wymagającym zapełnienia, odzwierciedleniem tego, za czym tęsknimy i czego pragniemy, co straciliśmy. Czeka na dźwięk — bodziec, który pozwoli nam ponownie odnaleźć się w sytuacji. Śmiech, krzyk, westchnienie, słowo, ruch, działanie — to wszystko odbiera nam ciszę, ale potrafi dać o wiele więcej.

Cisza, tajemnicza w każdej swojej cząstce, przecinająca moje uszy i powodująca w nich nieznośny szum. Cisza, która podarowała mi nagły i przyjemny spokój, pieściła moje wnętrze i zapowiadała najgorsze. Cisza bardziej jednoznaczna niż dziesiątki słów, które wypływały z ust mordercy, niż mój ból i śmierć.

— Ile to jeszcze potrwa? Chyba że się wycofujesz? — szepnął młody mężczyzna, a wielka blizna na środku jego klatki piersiowej rozpaliła się na czerwono.

— Wszystko idzie w dobrym kierunku, muszę tylko sprawić, by mnie pokochała.

— Wtedy się uda?

— Tak, prędzej czy później się dowie i nie będzie mogła z tym żyć. A ja tylko chcę, żeby była szczęśliwa, nawet beze mnie, bez różnicy. Muszę tylko mieć pewność, że mnie kocha.

— Dziękuję. Dziękuję, że to robisz. Bardzo bym chciał już tam być.

— Niedługo plan się ziści, zobaczysz. A teraz muszę wracać.

Rozdział 1

Życie układa się różnie, szczególnie jeśli jest się częścią świata dużo bardziej skomplikowanego i złożonego niż przeciętny zamknięty. Magia, moce i groźne istoty nie pozwalają mi zapomnieć, że mam swoje obowiązki, a w momentach zwątpienia nie mogę sobie pozwolić na chwilę relaksu, czy oderwania od mojej specyficznej rzeczywistości. Każdy dzień jest dla mnie pełen pracy, pracy nad sobą, nad moją Księgą i nad magią.

Kiedy byłam jeszcze mała, wyobrażałam sobie, że jako dorosła kobieta będę podróżować i odkrywać nowe lądy. Może od zawsze byłam typem podróżnika, odkrywcy i uparciucha, ale te dziecinne marzenia nijak się miały do aktualnych wydarzeń. A to, że zawsze dopinałam swego, nie doprowadziło mnie do osiągnięcia celów tej niewinnej dziesięciolatki, którą wtedy byłam. Jeśli w przyszłości miałabym gdzieś jechać, to tylko w sprawach „zawodowych”, o ile moją pozycję i misję na tym świecie można tak nazwać. Jedyne, bardziej odpowiednie słowo, które przychodzi mi do głowy to „magiczne”, bo i z magią bezpośrednio łączą się wszystkie zadania, jakich się podejmuję.

Biegłyśmy przez las chroniący przed nami swoje zakamarki w mroku. Gałęzie uginały się pod ciężką mgłą pozwalającą nam widzieć ledwie na parę metrów do przodu. Dwa dni temu miałam wizję potężnego i przerażającego potwora — Lamii. Świdrowała mnie ona swoimi przeszywającymi, czerwonymi oczami i groziła wzniosłą postawą tak, jakby była gotowa w każdej chwili zaatakować i zmiażdżyć moje wątłe ciało na miazgę.

Przypadkiem, czy też nie, zaledwie piętnaście minut temu przez moje okno wpadła dziesięcioletnia dziewczynka, która, mimo że była jeszcze małym dzieckiem, okazała się bardziej zaskakująca niż niejedna kobieta — miała takie zdolności jak ja. Po prostu musiałam jej pomóc, ktoś chciał ją zamordować, więc nie zadając pytań, postanowiłam jak najszybciej zaprowadzić ją do magów.

Niewinność dziecka powinna być świętością, niepodważalnym prawem do życia i ochrony. Nawet jeśli to dziecko należy do otwartych, nie mieściło mi się w głowie, że mogło znaleźć się w tak wielkim niebezpieczeństwie. Istoty z zaświatów nie mają sumienia, to prawda, zarzynają wszystkich, jak leci, by poczuć zapach ich krwi i usłyszeć przeraźliwy krzyk rozpaczy.

Biegłyśmy dalej, nie zważając na ostre krzaki kaleczące nasze ramiona. Jedna z wąskich, wątłych gałązek narysowała Mii na czole krwistą kreskę. Mała pisnęła. Złapałam ją za rękę i ciągnęłam dalej. Wiedziałam, że nie możemy się zatrzymać. Wibrujący ryk wściekłości zabrzmiał za nami, a każdy z moich mięśni spiął się, przygotowując do nadludzkiego wysiłku. Gdyby nas dopadli, gdyby nas dogonili, zginęłybyśmy zapewne obie i to w sposób przekraczający moją wyobraźnię, choć nieraz już słyszałam straszne opowieści o czynach demonów czy potworów. Sami otwarci też nie zawsze są honorowi, potrafią wykorzystać, omotać i zmanipulować każdego. Ja jednak nigdy nie wykorzystywałam swoich mocy do tak niegodnych czynów, wierzyłam głęboko i prawdziwie, że nie bez powodu przeżywam wszystko bardziej i mam możliwości, o których zamkniętym się nawet nie śniło. Czynię dla dobra innych, bez szkody dla nikogo, chyba że tym kimś jest akurat istota, która zagraża mi lub innym ludziom. Czy zaliczam się do rodzaju ludzkiego? Z pewnością tak. Czy czuję się jak człowiek? Zdarza się, ale zawsze z tyłu głowy pali mi się ta mała świeczka przypominająca o magii i niebezpieczeństwie.

— Są blisko — wyszeptałam, a dziewczynka ścisnęła moją rękę i z drżącymi ustami obejrzała się za siebie. — Szybko.

Las był coraz gęstszy, ostre gałęzie krzewów, co chwilę nakazywały nam skręcać i zawracać. Przez głowę przemknęła mi nawet myśl, że nie damy rady, że kręcimy się w kółko, a Matka Natura dzisiaj postanowiła nas zdradzić. Zazwyczaj nie czułam silnej więzi z przyrodą, była oczywiście bardzo, bardzo ważnym elementem mojego życia jak każdej czarownicy, ale ufność pokładałam jedynie w sobie i w swojej mocy.

Teraz kiedy drzewa stawały murem i osaczały nas coraz bardziej, prosiłam w myślach, by nam pomogły, bo to nie nas powinny uwięzić, a te potworne istoty, które pragnęły śmierci małej Mii. Nie przychodził mi również do głowy żaden prawdopodobny powód, dla którego ktoś chciał skrzywdzić tę niewinną dziewczynkę, a patrząc na jej trud i wysiłek, zapragnęłam złapać ją w ramiona i zniknąć albo przenieść się w jakieś bezpieczne miejsce.

Siedziba magów znajdowała się z dala od cywilizacji. Korony drzew niczym sito rozpraszały delikatne światło wiosennego Księżyca. Nie miałam nawet pewności, że podążamy we właściwym kierunku, jednak nie poddawałam się. Musiałam być silna, silna za nas obie. W szaleńczym pościgu nie potrafiłam stworzyć planu dalszego działania, a magowie wydawali mi się jedyną deską ratunku, tym bezpiecznym azylem, w którym Mia otrzyma należytą pomoc i opiekę, a ja odetchnę z ulgą. Z labiryntu wysokich pni i ostrych krzewów wypadłyśmy na jasną polanę otoczoną żywopłotem, a przed naszymi twarzami wyrósł gruby mur.

— Cholera — syknęłam przez zęby, jak mogłam zapomnieć o ogrodzeniu?

Siedziba magów z pewnością nie przypominała chatki starej wiedźmy z lasu, na moje oko była stworzona na wzór posiadłości szefa mafii albo kogoś naprawdę ważnego i niebezpiecznego. Nic zresztą nie wykluczało, iż magowie byli dużo bardziej rozbudowaną siatką, niż byłam świadoma. Mieli naprawdę olbrzymie wpływy, mogli robić, co chcieli i z kim chcieli, a dodatkowo tuszowali wszystkie swoje występki w sposób tak idealny, że nawet ja jako otwarta zauważałam jedynie jeden procent ich działalności. Szarpnęłam za stalowe kraty bramy zamkniętej na cztery spusty i poczułam, jak ściska mi się coś w brzuchu. Zerknęłam na małą, jej oczy błyszczały od łez. Nasz ratunek nagle stał się nieosiągalny i byłam o krok, o jeden malutki kroczek od utracenia nadziei i poddania się.

— Jesteś silna, damy radę. Muszę tylko znaleźć wejście. — Pocieszałam Mię, sama nie wierząc, że ktoś mógłby przypadkiem zapomnieć o zamknięciu którejś z bram.

— Ja znam sposób — oznajmiła niewinnie i złapała mnie za rękę.

Jej malutka dłoń była gorąca. W tym momencie dziewczynka wydawała mi się jeszcze drobniejsza i bardziej wymagająca ochrony niż wcześniej. Blask bijący z jej serca oblał nas, rzucając poświatę na zimną stal bramy. Nagle uniosłyśmy się w górę, zakręciło mi się w głowie. Gdy ponownie znalazłyśmy się na ziemi, już za murem, Mia cicho zachichotała. Zdałam sobie sprawę, że moc tego dziecka jest o wiele większa od mojej, ale jeszcze nie potrafiła ona w pełni nad nią panować.

Dziewczynka uśmiechała się z lekką dumą i dziecinną radością, w końcu dokonała właśnie czegoś, czego ja nie potrafiłam — wyciągnęła nas z sytuacji podbramkowej, a tak naprawdę „pod bramowej”.

— Chodź — wyszeptałam i ruszyłyśmy w kierunku wielkiego, białego budynku unoszącego się bez ruchu na morzu szarej kostki chodnikowej.

Zatrzymałyśmy się przed wysokimi, wąskimi drzwiami, prowadzącymi do środka, a po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Ostatnim razem byłam tutaj lata temu, kiedy rodzice zabrali mnie na darmowe zajęcia taneczne, oczywiście nie był to przypadek, że zaproszenie trafiło akurat do naszej skrzynki na listy. To tutaj dowiedziałam się, kim jestem i poznałam ludzi podobnych do mnie. Od kiedy pamiętam, mogłam robić różne rzeczy, niektóre naprawdę dziwne, ale to od magów otrzymałam jasną informację, że jestem inna, moje życie jest wyjątkowe i ważne. Nie dotarło to do mnie, jak na filmach, gdzie bohaterowie w jednym momencie akceptują nowy stan rzeczy, traktują coś jako normalność i otwierają się na wszelkie doznania. Po wizycie w ich siedzibie czułam się nieswojo, w pewien sposób obawiałam się samej siebie i tego, co kryło się pod określeniem „niespotykana moc”.

Szarpnęłam pewnie za klamkę, w końcu od tego zależało nasze życie, byłam gotowa na opór, jednak drzwi otworzyły się bezdźwięcznie. W środku panowała zupełna cisza. Cisza, oplatająca i pochłaniająca, wkradała się w moje wnętrze i podsycała wiarę w ratunek. Cisza dająca schronienie i nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Uśmiechnęłam się do Mii i odgarnęłam jej włosy z mokrej, spoconej twarzyczki, przeciętej aż po szyję delikatną, rozmazaną smugą krwi. Ile to dziecko musiało wycierpieć, zanim dotarło do mnie? Wśród ciemności nocy samotnie pokonała nieznaną mi odległość, wierząc, że to właśnie ja będę w stanie ją ochronić. Teoretycznie — udało mi się tego dokonać, praktycznie — największe wyzwanie jeszcze przede mną. Cóż mogłabym powiedzieć magom, by zechcieli otoczyć Mię swoją opieką i, najgorsze pytanie, które dręczyło mnie już podczas naszego szaleńczego biegu w lesie, czy magowie w ogóle będą w stanie jej pomóc?

— Wszystko będzie dobrze, mała — powiedziałam i kucnęłam, a dziewczynka mocno mnie objęła. — Każdy się czasem boi, ale to nas nie zatrzyma.

Szłam pierwsza długim korytarzem, prowadząc Mię za rękę. Chowała się za mną i mocno trzymała moją dłoń. Odniosłam wrażenie, że budynek jest pusty, a my będziemy musiały zamienić go w fortecę, jeśli postanowimy się bronić, a nie dalej uciekać. Nagle ciemne drzwi po prawej uchyliły się i wysoki mężczyzna stanął przede mną, zastawiając nam drogę. Spojrzał mi w głęboko w oczy, a jego usta delikatnie się zacisnęły. Mała zmarszczka na czole zdradzała zaskoczenie. Pomimo że wydawał mi się zimny i bezlitosny, mimo iż poczułam się tak malutka, taka bezbronna, nie cofnęłam się ani o krok. Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej, na tyle, że patrzył już teraz na mnie z góry. Milczenie podniosło mi każdy włos na ciele, a moja intuicja włączyła alarm. Mia mocno przywarła do mnie z tyłu i zaczęła łkać. Rozstawiłam nogi szerzej i przygotowałam na przyjęcie ataku, lecz napastnik stał bez ruchu, wpatrując się w moje oczy.

— Pomóż nam, proszę. — Mój głos był szorstki i zachrypnięty, a do oczu napłynęły mi łzy.

Czułam się całkowicie zależna od jego decyzji, a on nie okazywał żadnych uczuć. Może analizował sytuację, a może zastanawiał się, jak postąpić, jednak idealnie krył swoje emocje. Z reguły bardzo dobrze odczytywałam uczucia innych, ktoś mógłby mnie nazwać empatą, ale ja nie lubiłam takiego szufladkowania. W każdym razie zwykli zamknięci nie mieli przede mną sekretów, każde ich zawahanie się, kłamstwo czy niechęć wyczuwałam, zanim jeszcze zdążyli otworzyć usta. Jednak ten mężczyzna był inny, na pewno miał jakieś moce, nie miałam tylko pojęcia jakie. Właściwie nic o nim nie wiedziałam, ale przez te jego oczy złożyłam przed nim całą przyszłość — moją i Mii.

— Chodźcie za mną — odezwał się w końcu i ruszył dalej korytarzem, posłusznie poszłyśmy za nim.

Otaczająca nas biel oślepiała i ogłupiała, mijając wiele zamkniętych pokoi, dotarliśmy do końca holu. Nieznajomy nakazał nam zaczekać, wskazując krzesła stojące pod ścianą, a sam zniknął za drzwiami. Przez chwilę poczułam się, jakbym była w bardzo ekskluzywnym szpitalu albo klinice. Wszystkie ściany były idealnie białe i gładkie, tak samo jak meble, obrazy w białych ramach przedstawiające jedynie czarne kontury nierozpoznawalnych kształtów wprowadzały w zakłopotanie. Inaczej zapamiętałam to miejsce, a może to moje wspomnienia zatarły wszystkie niemiłe uczucia.

— Wszystko dobrze, Mio? — spytałam, gdy tylko zostałyśmy same.

Mała pokiwała głową, jednak nie puszczała mojej dłoni ani na chwilę. Czekałyśmy i emocje powoli zaczęły opadać. Rozluźniłam spięte mięśnie, moje ciało przeszyło ostre ukłucie i gorąco. Myśli zaczynały znów płynąć w swoim normalnym, zwykłym tempie, nic nie zmuszało mnie już do korzystania z wyrzutów adrenaliny, zbawiennych chwilę wcześniej. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio musiałam tak szybko biec, ani czy kiedykolwiek tak bardzo się bałam. Jeśli już coś lub ktoś mnie gonił, groził śmiercią czy bólem, zawsze w grę wchodziło tylko moje życie, a teraz było inaczej. Byłam odpowiedzialna za tę małą dziewczynkę, która widziałam we mnie wybawicielkę i obrończynię, która bez żadnych trudności ją ocali. Kiedy mężczyzna ponownie wyszedł na korytarz, Mia spała oparta o moją rękę.

— Pomożemy wam. Chodź, położysz ją w moim mieszkaniu, a później zaprowadzę cię do Przewodniczącego. Opowiesz mu wszystko i zobaczymy, co da się zrobić — wyszeptał niskim głosem, który wzbudził moje zaufanie, a może nawet sympatię.

Gdy wchodziłam do ogromnego gabinetu, nie miałam pojęcia, kogo spotkam. Obawiałam się, że ten ktoś nie będzie chciał nam pomóc, a nawet, co gorsze, odda Mię w ręce istot, które chciały ją zabić. Może i mnie skarze na śmierć albo ciężkie obrażenia, choć w pewnym sensie byłam jedną z nich. Nigdy nie zastanawiałam się, czy magowie należą do otwartych, kiedy się o nich rozmawiało, co zdarzało się niezwykle rzadko, nigdy nikt nie określał ich w ten sposób. Do mnie tytuł „otwarta” przywarł natomiast tak mocno, jak za mała czapka do głowy.

— Witaj! — powiedział niski, łysy mężczyzna stojący przy biurku i szeroko się uśmiechnął. — Co was do nas sprowadza i, co najważniejsze, jak możemy wam pomóc?

— Dzień dobry, ktoś nas ściga i chce zabić tę małą dziewczynkę — odparłam bez lania wody, może trochę zbyt nerwowo, bo głos mi zadrżał, ale odczuwałam też ogromne zmęczenie, intuicja podpowiadała mi jednak, że nasza przygoda jeszcze się nie skończyła.

— Rozumiem. Tu jesteście bezpieczne. Jestem Zachary Curtis White — przedstawił się, kłaniając w pół i wskazał na wysokiego bruneta, który mnie tu przyprowadził. — Bakchusa już poznałaś.

Zerknęłam na mężczyznę stojącego koło mnie, a on się uśmiechnął i wzruszył ramionami.

— Moira Brodie — wysłałam Zacharemu nieśmiały uśmiech.

Nazwisko White bezsprzecznie pasowało do siedziby magów. Kiedy byłam tu pierwszy raz, wszystko było bardziej szare z drobnymi akcentami złota. Teraz biel wypełniała każdą płaszczyznę. Wcześniej nie miałam okazji poznać ani Zacharego, ani Bakchusa. Przewodniczący podniósł słuchawkę telefonu i wyszeptał coś, delikatnie zasłaniając usta dłonią. Po chwili do gabinetu wszedł młody mężczyzna, wyglądający na asystenta. „Męska sekretarka” — pomyślałam i rzeczywiście właśnie taką funkcję tu pełnił.

— Panna Brodie potrzebuje naszej pomocy i chciałbym, żebyś wezwał lekarza. Chcemy mieć pewność, że nic się dziewczynce nie stało — nakazał Zachary.

— Coś duża ta dziewczynka — odparł jego podwładny i zmierzył mnie wzrokiem, a Bakchus prychnął i wyjaśnił prędko nieporozumienie.

— Sebastianie, to jest Moira Brodie i przybyła do nas z podopieczną, która aktualnie śpi w moim mieszkaniu. To dziecko miał na myśli Zachary — zaśmiał się ponownie, jednak tym razem i Przewodniczący zaczął się trząść ze śmiechu.

W tym mężczyźnie, bez znaczenia czy był otwartym, czy jakąś inną istotą, było coś niesamowitego i przyciągającego — jego uśmiech, oczy, czarne włosy. Cała jego postać magnetyzowała mnie, jakby otaczała swoją opieką całą moją duszę. Co chwilę nieśmiało zerkałam w jego stronę i wstrzymywałam oddech, kiedy moje spojrzenie spotykało jego bezgraniczne, granatowe tęczówki.

Stałam oniemiała, a asystent pospiesznie opuścił pokój ze skwaszoną miną. O tak, Pan White lubił podkreślać swoją pozycję, od momentu, kiedy weszłam do jego wybielonego gabinetu, plecy miał nienaturalnie proste, a jego twarz zdawała się ciągle napięta, choć uśmiechał się i starał być jak najbardziej życzliwy. Widocznie jego podwładni nie grzeszyli inteligencją albo po prostu mieli specyficzne poczucie humoru. Zabawna pomyłka nie wywołała jednak uśmiechu na twarzy Sebastiana, wprawiła go w zakłopotanie i nie byłabym zaskoczona, gdyby zaraz za drzwiami jego policzki rozpalił rumieniec wstydu, a oczy zalałyby się łzami upokorzenia.

Bakchus jednak wydawał się bardzo inteligentny, więc podejrzewałam, że wcale nie pracował dla White’a, a przynajmniej nie traktował go jak swojego szefa, a wielki Przewodniczący nie patrzył na niego z góry, możliwe, że nawet darzył go dużym szacunkiem lub sympatią. Szeregi magów rzeczywiście musiały być bardziej skomplikowane i złożone, niż się spodziewałam i teraz, stojąc jak na przesłuchaniu na dywaniku u dyrektora, zupełnie nie mogłam odgadnąć, kto tak naprawdę ma tu władzę, a kto jedynie zachowuje pozory.

Śmiech Zacharego i Bakchusa całkowicie odmienił atmosferę, nagle cała otoczka tego wyrafinowanego i tajemniczego miejsca opadła, a ja ujrzałam przed sobą dwóch zabawnych mężczyzn, którzy doskonale się znają. Wymieniali szybko najśmieszniejsze pomyłki ostatnich miesięcy i chichotali do łez. Całkowicie zapomnieli o mojej obecności, a ja poczułam się, jakbym im przeszkadzała. Nie chciałam wpychać się do ich życia, brać udziału w ich sprawach, jedyne, o co prosiłam, to opieka nad Mią. Cały czas miałam nadzieję, że krzyżując plany istotom, które ścigały dzisiaj dziewczynkę, nie stałam się ich kolejnym celem.

— Wybacz — szepnął Bakchus i powrócił do swojej poważnej miny. — Pozwól, Moiro, że zaprowadzę cię do pokoju, gdzie będziesz mogła się ogarnąć i przespać. Wszystko już będzie dobrze.

— A Mia?

— Teraz pewnie jest u niej już lekarz. Przyprowadzę ją, gdy skończą — zapewnił mnie i otworzył przede mną drzwi.

Wyrafinowany i jednoznaczny gest z jego strony — pośmialiśmy się, a teraz wyjdź i się nie wtrącaj. Gdyby potraktował mnie tak w innych okolicznościach, z wielką satysfakcją odburknęłabym mu coś w stylu „Panie przodem” albo „Ty pierwszy, bo masz zgrabny tyłek”, ale aktualnie takie zachowanie byłoby mocno nie na miejscu. Kiwnęłam głową w stronę Zacharego, co miało wyrażać moją wdzięczność, on już jednak nie patrzył na mnie, tylko przeglądał jakieś dokumenty, obracając zręcznie pióro w palcach. Bez sprzeciwu ruszyłam w kierunku korytarza. Przechodząc blisko Bakchusa, odczułam jego dziwną energię, pulsowała i wręcz dotykała mojej skóry, nigdy wcześniej nikt, z kim miałam kontakt, nie posiadał tak silnej aury, jak ten mężczyzna.

Najogólniej mówiąc, każdy z nas ma własną aurę i energię, która w pewien sposób emanuje na zewnątrz. Można ją zobaczyć, co jednak w sytuacji stresowej i przy tak wielu rozproszeniach było praktycznie niemożliwe. Ja często wyczuwam energię innych osób, zazwyczaj jest ona delikatna i ledwie ciepła, czasami odnoszę wrażenie, że przechodzę przez pajęczynę malutkiego pajączka albo cienkie piórko ociera się o moją dłoń. Jednak u Bakchusa objawiała się ona w tak mocny i namacalny sposób, jakby ktoś upuścił na mnie prześcieradło albo zawinął w dywan. On chyba musiał być istotą z zaświatów, bo zwykli ludzie nie są w stanie emanować mocą aż tak intensywnie.

— Proszę, nie pozwól jej skrzywdzić — szepnęłam smutno.

Chwile samotności pozwoliły mi ponownie zebrać myśli i się uspokoić. Magowie udostępnili mi miejsce bardzo przypominające hotelową kwaterę o wyższym standardzie. W wielkiej łazience zapraszała mnie ogromna wanna wypełniona prawie po brzegi pianą. Zastanowiłam się, jak to możliwe, że woda nadal była ciepła, skoro od dobrych piętnastu minut byłam w pokoju sama. Szybko jednak doszłam do wniosku, że skoro znajdowałam się w siedzibie magów, to nic nie jest nieprawdopodobne.

Uległam pokusie i zanurzyłam się w gorącej wodzie. Moje ciało zrelaksowało się bardzo szybko, ale lęk o Mię nie pozwalał mi w pełni korzystać z tej chwili błogości. Zaczęłam myśleć o całej sytuacji, kto ją ścigał i dlaczego pragnął jej śmierci, czy magowie są w stanie ją uratować i dlaczego uśmiech Bakchusa wydawał mi się tak bardzo znajomy, mimo iż byłam pewna, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Wciąż odczuwałam delikatne łaskotanie na ramionach, jego energia ogromnie na mnie wpłynęła, a jej wspomnienie właściwie mogłoby błyszczeć na mojej skórze jak magiczny pył. Tylko że pył byłby stosunkowo łatwy do usunięcia, a tego denerwującego łaskotania nie mogłam się pozbyć nawet mocnym szorowaniem i drapaniem. Jeszcze chwila, a zaczęłabym się szczypać, ale ten pomysł wydał mi się jednak zbyt głupi.

Drzwi pokoju otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Biorąc pod uwagę, że na pewno nikt z nieznajomych mi osób nie odważyłby się wejść bez pukania do apartamentu czarownicy, pomyślałam, że to moja mała podopieczna. Ucieszyłam się, że wreszcie będziemy mogły wspólnie się uspokoić, a jej obecność przerwie dręczące mnie myśli.

— Mia? Jestem w wannie — krzyknęłam radośnie i sięgnęłam po szlafrok.

Był skąpy i ledwo zasłaniał mi pośladki. Najwyraźniej magowie doceniali moją figurę, choć dużo swobodniej czułabym się w babcinej koszuli prawie do ziemi. Jestem zgrabna, nie grzeszę kształtnym ciałem ani dużym biustem, ale nie będę przesadzać stwierdzeniem, że nie powinno się proponować takiej intymnej kreacji dziewczynie, którą tej samej nocy goniły potwory przez ciemny las i która przybyła prosząc o pomoc dla dziecka. Nie, to nie jest właściwe stwierdzenie, bo nikt mi nic nie proponował, postawiono mnie przed faktem dokonanym, z dwojga złego wolałam już ten szlafrok niż nagi marsz do łóżka, na którym nieroztropnie zostawiłam swoje ubrania.

Wyszłam z łazienki, a moje usta otworzyły się szeroko ze zdziwienia. Na środku pomieszczenia stał Bakchus i przyglądał mi się przez chwilę, a ja nie mogłam się zdecydować, czy uciekać do łazienki, a może rzucić się biegiem do łóżka i zakryć kołdrą, więc i ja stałam, patrząc na niego. Sytuacja robiła się z każdą sekundą coraz bardziej niezręczna.

— Przepraszam, że ci przerwałem.

— Nie przepraszaj, myślałam, że to Mia. Gdzie ona jest?

— Z Zacharym — odparł i odwrócił wzrok.

— Co się dzieje? — zapytałam i zrobiłam dwa kroki w jego stronę.

Bakchus podszedł do mnie bliżej i chwycił mnie za ramiona. Spojrzał mi w oczy, delikatnie się schylając. Jego energia ponownie otoczyła mnie ze wszystkich stron.

— Ona nie jest taka, jak myślisz, Moiro.

— Jak to? Natychmiast powiedz mi, o co chodzi — rozkazałam i poczułam, jak wypełnia mnie nagła potrzeba działania. — Gdzie ona jest?

— Ona jest kluczem. Moiro, nic nie możesz już poradzić — wyjaśnił pobieżnie, jednak zauważył, że to mi nie wystarczy. — Jej matką nie jest kobietą, a dziewczynka nie jest człowiekiem. Za to jest w połowie demonem, kiedy zakończy się rytuał przemiany, stanie się kluczem, jedynym ratunkiem przed Lamią. Magowie muszą to zrobić.

— Nie! Zabierz mnie do niej.

— Lepiej nie. Moiro, proszę, zaufaj mi. Pójdę zobaczyć, jak się czuje i czy wszystko w porządku. — Kiwnęłam niepewnie głową, nie mogłam postąpić inaczej, a mężczyzna wyszedł.

Oczywiście mogłam się rzucić w pogoń i samodzielnie odnaleźć moją podopieczną, później najpewniej czekałaby mnie walka z kilkoma magami albo innymi osobami zamieszanymi w ten cały rytuał przemiany. Jeśli bym ich pokonała, na co szanse były niemal zerowe, musiałabym zabrać stąd Mię, a przecież na zewnątrz mogło się czaić coś o wiele groźniejszego.

Usiadłam na idealnie zaścielonym łóżku, zdawało mi się, że moje serce stanęło, czas zamarł i przygniatał mnie swoim ciężarem. Nic nie mogłam poradzić, nie wygrałabym przecież z nimi, nie miałabym szans. Jednak poczucie winy zazgrzytało we mnie niczym piasek w zębach. Jak mogłam ją tu przyprowadzić? Czułam również, że nie było innego wyjścia, gdyby dopadła ją Lamia, na pewno zadałaby jej niewyobrażalny ból i zabiła. Tę małą, bezbronną dziewczynkę, która pokładała we mnie całe zaufanie i którą zawiodłam. Kiedy jej przemiana dobiegnie końca, stanie się kimś bardzo ważnym dla Zacharego White’a i ta myśl podniosła mnie trochę na duchu. Miałam nadzieję, że nie pozwoli jej skrzywdzić.

— Moiro. — Bakchus wszedł i tym razem bez pukania. — Nie wiem, co mam powiedzieć.

Jego oczy były smutne i wściekłe, przygryzł dolną wargę i usiadł koło mnie. Złapał moją dłoń. Był bardzo bezpośredni, nie lał wody, nie wspominał o wyniosłych powodach, o ryzyku czy szlachetnych chęciach. A mógłby przecież zamydlić mi oczy i odkręcić kota ogonem, magowie przecież działali dla dobra ludzi, chronili ich i walczyli za nich, gdy wymagała tego sytuacja. Jednak nie, Bakchus wypowiedział bardzo powoli i cicho zdanie, które spowodowało trzęsienie ziemi, odebrało mi tlen i zamknęło moją nadzieję w za małym, szklanym słoiku.

— Nie udało się.

— Jak to się nie udało? — krzyknęłam i zerwałam się na równe nogi.

— Tak mi przykro, jej organizm nie przetrwał rytuału przemiany.

Wielkie słone rzeki wypłynęły z moich oczu, a nogi ugięły mi się bezwiednie. Opadłam na kolana i zaczęłam głośno szlochać.

— To nie może być prawda, przecież nie mogli tak po prostu pozwolić jej umrzeć. — Zakryłam oczy dłońmi, a Bakchus klęknął naprzeciwko i mocno mnie objął.

Płakałam i zaprzeczałam, nie chciałam uwierzyć, że to koniec. Koniec mojej akcji ratunkowej, koniec mojego działania i koniec Mii. Choć spędziłam z nią tylko jeden wieczór, który polegał na ucieczce i poszukiwaniu pomocy, wytworzyła się między nami niesamowita więź, która zakotwiczyła się we mnie mocniej, niż mogłam się wcześniej spodziewać. W jakiś sposób czułam, że ona to ja sprzed wielu lat, niemogąca zrozumieć swojej mocy, zagubiona i zdezorientowana, i że muszę jej pomóc. Nie udało się. Klęczeliśmy razem dłuższą chwilę, dopóki mój atak rozpaczy nie zelżał na tyle, bym mogła znów mówić normalnie, choć nogi nadal miałam jak z waty, a myśli mieszały się ze sobą.

— Zabiorę cię do domu, dobrze? — zaproponował.

— A co z Mią? Zajmiecie się jej ciałem?

— Skremujemy ją. Niestety jej rodzice nie żyją. Dlatego pewnie trafiła do ciebie, ale nie chcę cię męczyć pytaniami. — Wstał i wziął mnie na ręce, na nagich udach poczułam jego gorącą skórę. Wrażenie naszych łączących się energii sprawiło, że zaczęłam ciężko oddychać i całkowicie poddałam się Bakchusowi. Mógłby zrobić ze mną, co chciał — zabić, wykorzystać, zmusić do rozmowy, a ja i tak na to wszystko bym się zgodziła, bo w tej chwili utraciłam kontakt ze zdrowym rozsądkiem.

Otworzył wysokie okno i wszedł na parapet. Czy naprawdę mówiąc, że zabierze mnie do domu, miał na myśli wyrzucenie mnie z okna? Magowie mogliby chcieć pozbyć się jedynej osoby z zewnątrz, która stała się świadkiem niefortunnego rytuału, ale przecież istniało dziesiątki, jeśli nie setki innych sposobów, by kogoś skutecznie uciszyć. Sposobów, które bardziej pasowałyby do wysokiego i dobrze zbudowanego wysłannika, jakim był Bakchus.

— Co ty robisz? — pisnęłam z przerażenia, a ostatnie odruchy instynktu i woli przeżycia odezwały się mimowolnie, zmuszając, bym zacisnęła ręce na jego szyi.

Nagle za plecami Bakchusa rozłożyły się ogromne, czarne skrzydła. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś tak niesamowitego i nierealnego, chociaż na co dzień obcuję z rzeczami paranormalnymi, duszami, magią. Pióra mieniły się w delikatnym świetle lampki nocnej przy każdym, nawet najdelikatniejszym ruchu. Zrobił krok i wzbiliśmy się w powietrze, nawet nie byłam świadoma, że mój tymczasowy pokój znajdował się na samej górze budynku i od ziemi dzieliło nas dobre siedem metrów. Ta wysokość przeraziła mnie, a jeszcze bardziej ogarnął mnie strach, kiedy siedziba magów zaczęła się oddalać, a my unosiliśmy się coraz wyżej. Zacisnęłam powieki i otworzyłam je dopiero przed moim domem.

— Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? — zachwiałam się, gdy mężczyzna postawił mnie na ziemi.

— Magowie cię zapamiętali, no i mają cię jeszcze w papierach. — Uśmiechnął się.

— Zapomniałam moich rzeczy — westchnęłam.

— Magowie wyślą ci je pocztą, nie martw się.

— I tak pewnie nie będą się już do niczego nadawać, a co z Lamią?

— Miejmy nadzieję, że nie nadejdzie, dopóki nie znajdziemy klucza, ale magowie nie odpuszczą, dopóki go nie zdobędą.

— Lepiej już pójdę. — Pocałowałam go w policzek i weszłam do swojego pokoju przez okno.

Kolejne miesiące pozwoliły mi zapomnieć o śmierci Mii. Przynajmniej nie myślałam już o niej codziennie i nie obwiniałam się tak bardzo. Nie przeżywałam żałoby ani wszystkich jej etapów, więź z tym dzieckiem była bardziej na poziomie duchowym niż emocjonalnym, mimo tego wyrzuty sumienia dały mi naprawdę ostro w kość, czasami uniemożliwiając mi normalne funkcjonowanie. Rzeczywiście pierwsze tygodnie po jej śmierci powodowały we mnie jedynie wyparcie i zaprzeczanie. Rano, budząc się w swoim łóżku, zastanawiałam się, czy to wszystko było prawdą, czy tylko złym snem. Później jednak nie było rozpaczy, nie płakałam, nie wspominałam, ale ogarniało mnie bezczelne poczucie, że ją zawiodłam, które chodziło za mną krok w krok. W lustrze widziałam jedynie, jak bardzo naiwna i słaba jestem.

Kiedy w końcu nauczyłam się odpędzać wyrzuty sumienia, starałam się najzwyczajniej w świecie zapomnieć, moje cierpienie nie przywróciłoby jej życia, za to mogło zniszczyć moje. Postanowiłam rozwijać swoje umiejętności i skupić trochę bardziej na sobie. Wizje o nadchodzącym niebezpieczeństwie odpuściły, a ja cieszyłam się życiem zwykłej siedemnastolatki.

Lato nadeszło wcześnie i ciepłe promienie Słońca ogrzewały odradzającą się ziemię. Korzystałam ze spokoju i poczucie mojego bezpieczeństwa powoli znów pozwalało mi spać jak dziecko, którym zresztą sama jeszcze byłam. Cieszyłam się wolnym od szkoły, wypadami z przyjaciółmi, czasem spędzonym z mamą. Całymi nocami dopieszczałam moją Księgę Cieni, a potem przesypiałam calutki dzień. Niczego nie planowałam, nie ustalałam celów, działałam pod wpływem chwili. Jeśli czułam, że chcę obejrzeć film, po prostu go oglądałam, a jeżeli naszła mnie wena, by popracować nad formułami magicznymi, wyciągałam kartki i długopis. Robiłam też więcej rzeczy, które pozwalały mi osiągnąć satysfakcję i radość, wiedziałam, że w jednej chwili jestem tu i siedzę z mamą w kuchni, pałaszując jej pyszne ciasto czekoladowe, a za chwilę mogę zniknąć.

Wakacje skończyły się, jak co roku zbyt szybko, a myśl o powrocie do szkolnej, nudnej rutyny przyprawiała mnie o mdłości. Pogodziłam się ze świadomością, że rozdział Mii, potworów i Bakchusa zamknął się, przynajmniej na razie, dopóki nie przyjdzie nam zmierzyć się z Lamią. Ufałam moim wizjom i przeczuciom, z których jasno wynikało, że mistyczna postać pragnęła mnie znaleźć, choć w duchu miałam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

Dzień zaczął się spokojnie, wstałam dopiero o dziewiątej. „Niedziela, ale super” — ucieszyłam się i wskoczyłam pod gorący prysznic. Na koniec polałam całe ciało zimną wodą, co dodało mi niesamowitej energii. Pamiętam początki tego kąpielowego rytuału, piszczałam i skakałam, kiedy lodowate strumienie stykały się ze skórą, ale za każdym razem to odczucie mrowienia i orzeźwienia było coraz przyjemniejsze. Aż któregoś ranka, kiedy zakręciłam ciepłą wodę, a ciało znów zostało oziębione, mój organizm przestał się bronić, nie trzęsłam się, nie spinałam mięśni, po prostu delektowałam się chwilą.

Nie miałam ochoty związywać włosów, więc delikatnie podkręciłam ich końce i zostawiłam rozpuszczone. Nie miałam żadnej wyszukanej fryzury, zwykłe, proste włosy do ramion. W dzisiejszych czasach każdy kojarzy czarownicę z kobietą, która nigdy nie chodzi do fryzjera, zaplata długi warkocz, który ciągnie się za nią po podłodze. Albo wręcz przeciwnie, ma wygolone pół czaszki, na której wytatuowała sobie jakieś tajemne znaki. Ja nie stronię od fryzjerów, ani nie mam tatuaży, staram się być naturalna i czuć się swobodnie w swoim ciele, to wszystko.

— Mój śpiochu, co zjesz na śniadanie?

— Może ja dzisiaj zrobię coś dla ciebie do jedzenia? — spytałam i szeroko się uśmiechnęłam.

— To ja muszę dbać o ciebie, kanapki?

— Dobrze, dziękuję, mamo.

Lubiłam rozmawiać z nią o wszystkimi i o niczym, może problem polegał na tym, że nie miałyśmy żadnych konkretnych tematów do rozmów. Zajmowałyśmy więc milczenie gawędzeniem o rzeczach prostych i codziennych, zupełnie nic nieznaczących. Mimo to naprawdę lubiłam nasze rozmowy.

— Jadę do Katty, wrócę pewnie późnym wieczorem, a tata — przerwała i nalała mi herbaty. — Tata jest jak zwykle w pracy.

— Poradzę sobie — odparłam szybko, a ona objęła mnie czuło i pocałowała w głowę, po czym wyszła.

Postanowiłam wykorzystać samotny czas na lekturę i sporządzanie magicznego rytuału, którym ostatnio bardzo się zainteresowałam. Zamykanie portali nigdy nie było moją mocną stroną, chciałam więc trochę się nad tym pochylić, opracowałam nawet swój własny rytuał. Nie miałam jednak jeszcze szansy go wykorzystać i, w sumie, cieszyło mnie to. Zamykanie portali wcale nie było łatwe, nawet z odpowiednim przygotowaniem magicznym. Z tego, co udało mi się odszukać w literaturze, portale służą różnym celom i przez to do każdego trzeba podchodzić bardzo indywidualnie, a nawet zmieniać treść formuły. Jednak, gdyby nie umiejętności otwartych, świat dawno zalałaby już krwista fala demonów i potworów podobnych do Lamii.

Pozmywałam po śniadaniu, podreptałam na taras i zamiotłam z niego wszystkie liście. Jesień nieuchronnie się zbliżała, a natura jasno to okazywała. Coraz więcej drzew mieniło się na pomarańczowo i żółto, trawa powoli traciła intensywny kolor, a zmierzch nadchodził coraz wcześniej. Często też padało, dużo częściej niż zazwyczaj, chociaż deszcz jest nieodłącznym elementem naszego krajobrazu. Przez ten cały czas nie myślałam o magach, nic mnie z nimi nie łączyło. W swoich działaniach magicznych starałam się zawsze pozostawać samodzielna i niezależna, co dawało mi ogromną satysfakcję, ale też spokój. Niektórzy otwarci podobno zrzeszają się w różne grupy, ale mnie nie ciągnęło do ludzi, mój wewnętrzny świat miał mi o wiele więcej do zaoferowania niż durne rozmowy, dyskusje i kłótnie. Właściwie ludzie ciągle się o coś sprzeczają, walczą ze sobą o totalne głupoty i nigdy nie przyznają się do błędu. Gdybym mogła sobie wybrać, którą istotą ze świata lub z zaświatów miałabym zostać w kolejnym życiu, z pewnością nie byłoby to ludzkie wcielenie. Ludzie potrafią zniszczyć wszystko, zrównać z ziemią, wykorzystać do ostatniej kropli, a później porzucić. Może do tej pory nie poznałam zbyt wielu demonów, ale bardzo dużo o nich czytałam i nawet te okrutne istoty mają swoje zasady, których trzymają się w każdej sytuacji.

Jakieś trzy lata temu interesowałam się mieszkańcami zaświatów, niestety w dostępnych mi książkach niewiele było informacji, ale jeśli już natrafiłam na wartościową literaturę, czytałam ją minimum dwa razy, robiąc dokładne notatki i zapisując swoje wnioski. Dzięki temu powstała moja osobista Księga Demonów, ale rzadko z niej korzystałam. Ostatnio przerzuciłam się na lżejsze lektury, bardziej dostępne i ludzkie. Czytałam właśnie książkę o zastosowaniu ziół w magii ceremonialnej, która bardzo mnie wciągnęła, więc niechętnie ją odłożyłam, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.

— Witaj, Moiro.

— Cześć. Mogę w czymś pomóc?

Za drzwiami stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, którego od razu rozpoznałam. Zastanawiałam się, czy przyleciał tu na swoich skrzydłach, czy skorzystał z komunikacji dla ludzi. I właściwie, co tu robił?

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. — Uśmiechnął się uroczo i spojrzał mi w oczy tak głęboko, jakby chciał w nich znaleźć odpowiedź na swoje pytanie.

— Nie, właściwie to czytałam, ale wejdź.

Usiedliśmy w salonie na kanapie i przez chwilę trwaliśmy w ciszy. Czułam skrępowanie i niepokój, przez moment nawet pożałowałam, że nie wykręciłam się jakąś wymówką i że w ogóle go zaprosiłam do środka. Widzieliśmy się raz w życiu, więc był dla mnie obcy, może wykazałam się znów tą przeklętą naiwnością wpuszczając go do domu, kiedy jestem sama. Nie zdołałabym przed nim uciec ani z nim walczyć.

— Napijesz się czegoś? Kawa, herbata? — Ucieczka do zwykłych zasad kulturalnego zachowania delikatnie rozluźniła atmosferę.

— Woda, jeśli to nie problem — odpowiedział, a kiedy wychodziłam do kuchni, czułam na sobie jego wzrok. Dlaczego tak mnie obserwował?

— Przychodzę w pewnej sprawie — usłyszałam nagle za swoimi plecami i aż podskoczyłam, uderzając szklanką o blat. Na mojej dłoni pojawiła się wielka kropla krwi.

— Och, Bakchusie, nie strasz mnie — syknęłam i wsadziłam dłoń pod kran, ale mężczyzna złapał mnie za nadgarstek.

— Tak się tego nie robi. Pozwól, że ci pomogę.

Nic nie mówiąc, opatrzył mi małą ranę w łazience, w końcu zaproponował, że sam zrobi herbatę, by uniknąć groźniejszych wypadków. Gdy przyniósł dwa gorące kubki do salonu, poczułam się już dużo swobodniej w jego towarzystwie. Usiadł koło mnie i niespodziewanie się zaśmiał. Jego śmiech wzbudził we mnie dziwne uczucia, był bardzo przyjemny. Przyjrzałam się aniołowi z zaciekawieniem.

— Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć w kuchni, ale przynajmniej teraz wiem, że pamiętasz jak mam na imię.

— Pamiętam, ale co w ogóle tu robisz?

— Chciałem sprawdzić, jak się trzymasz. Dużo przeszłaś.

— Gdybym się jakoś nie trzymała, pewnie już by było za późno na ratunek. — Uśmiechnęłam się nieśmiało i sięgnęłam po herbatę.

— Rzeczywiście, trochę czasu minęło.

Zdawał mi się chłodny, ale uprzejmy, z jego oczu niewiele mogłam wyczytać. Byłam pewna, że przeżywa wszystko inaczej niż ludzie. W jednym momencie się śmiał i żartował, a w drugim wpatrywał się we mnie, jakby czytał mi w myślach. Onieśmielało mnie to i w pewien sposób zawstydzało. Kiedy, opowiadając mi o swoich zadaniach, które powierzyli mu ostatnio magowie, położył mi rękę na kolanie. Gwałtownie się odsunęłam, ale on w ogóle jakby tego nie zauważył. Zapewne uznał swój gest za wyłącznie przyjacielski.

— Teraz częściej współpracuję z Radą Upadłych niż z magami, tam bardziej czuję się częścią czegoś ważnego.

— Czy magowie nadal mają mnie w swoich aktach?

— Zapewne tak, ale nie pomyślałem, aby ci je oddać. — Zmieszał się.

— Oddać? Czemu?

— Lepiej nie mieć z nimi za dużo wspólnego, nie trzymają wszystkich danych tak po prostu. Często wzywają kogoś do siebie w jakimś celu.

— Mówiłeś, że jesteś tu w konkretnej sprawie.

— Tak, chciałem cię prosić o pomoc. Rada Upadłych zajmuje się pewną sprawą, niestety nie mogę powiedzieć ci więcej. Dostałem dokumenty do przetłumaczenia, ale zupełnie nie wiem, o co w nich chodzi, może będziesz mogła pomóc.

Nie do końca mu wierzyłam, że po tylu miesiącach przypomniał sobie o mnie tylko z powodu jakichś papierów, w dodatku, jeśli nie miał pewności co do moich umiejętności. Przez moment wydał mi się jakiś taki ludzki — znając dokładnie całą historię próby ratunku Mii, wiedząc, że tak mocno to przeżyłam i pewnie domyślając się, iż wyrzuty sumienia dręczą mnie każdego dnia, postanowił mnie odwiedzić, dopiero kiedy miał do mnie jakiś interes.

— Mam je ze sobą, zerkniesz? — dodał i wyciągnął ze skórzanej torby teczkę.

— Dobrze, przenieśmy się do mojego pokoju. I jeśli mogę cię prosić, żebyś nie przychodził tutaj. W sensie nie drzwiami. Mieszkam z rodzicami, a oni nie wiedzą, że jestem otwartą.

— Och, rozumiem. Nie ma problemu, Moiro — podkreślił moje imię i zbyt długo trwał w bezruchu.

Jego ludzkie pozory wyparowały, raczej nie starał się ich nawet zachować. Zastanowiłam się przez parę sekund, czy kiedykolwiek udaje człowieka, a może od razu da się poznać, że coś jest z nim nie tak. Wstałam, a Bakchus podążył za mną.

— Fajny pokój — stwierdził, gdy zamknęłam za nami drzwi.

— Dzięki, można powiedzieć, że to taka moja świątynia.

Stanął przy otwartym oknie i popatrzył na mnie porozumiewawczo. Byliśmy sami w domu, ale z nieznanych mi przyczyn ciągle mówiłam szeptem, jakby obawiając się, że ktoś nas usłyszy. Być może schadzki z aniołem nie były traktowane przez moją podświadomość jako sytuacja normalna.

— Tak, możesz wchodzić po drzewie — wyjaśniłam. — Jeśli będziesz wchodzić, a nie… — urwałam., a on znów się zaśmiał.

— Chyba nie za często masz styczność z upadłymi, co? — Pokręciłam głową. — Nie martw się, nie wiele różnimy się od ludzi, jak widzisz zresztą.

Faktycznie, fizycznie przypominał zwykłego mężczyznę, wysokiego i umięśnionego. Nie miał na sobie koszulki, ale wychodzę z założenia „de gustibus non est disputandum” — o gustach się nie dyskutuje. Swoim zachowaniem jednak ciągle mnie zadziwiał, jego spojrzenie przeszywało mnie, oddech był inny — dłuższy i głębszy niż u człowieka. Cały czas przypominały mi się jego skrzydła, zastanawiałam się, gdzie się podziały. Czy wyrastały mu z pleców i czy go to bolało? Właściwie to był pierwszym upadłym aniołem, którego poznałam. Nie byłam pewna też, czy jestem w stanie mu pomóc i czy na tym nasza znajomość się zakończy.

Podał mi teczkę, a ja usiadłam na fotelu i wyjęłam z niej dokumenty. Były to kserokopie jakiejś starej księgi, trochę zniszczonej i nadgryzionej przez czas. Niektóre fragmenty były nieczytelne, ale inne nie pozostawiały wątpliwości. Przejrzałam jednak wszystko bardzo dokładnie, upewniając się, czy mój gość dostrzega wysiłek, jaki w to wkładam. Cmokałam, wzdychałam i mrużyłam oczy, niczym dziewięćdziesięcioletnia babcia czytająca gazetę, chciałam wyglądać profesjonalnie i inteligentnie. Szkoda, że nie nosiłam okularów, bo one z pewnością ułatwiłyby mi zadanie. Mogłabym je poprawiać na nosie lub zdjąć i przez moment przygryzać ich zausznik, jak nauczycielka sprawdzające pracę najlepszych uczniów.

— Chyba wiem, co to jest — powiedziałam po dłuższej chwili, a anioł kucnął przy mnie. — Widać tutaj sporo odniesień do magii enochiańskiej — przesunęłam palcem po symbolach — to Sigillium Dei, znaczy pieczęć boga.

Bakchus spojrzał na mnie z niekrytą radością i ciekawością, choć nie do końca wierzyłam mu, że sam nie mógł zająć się tymi papierami. Czyżby siedemnastolatka okazała się mądrzejsza i sprytniejsza od anioła? To prawda, zajmuję się magią i chyba zagłębiałam się we wszystkie tematy z nią związane, poszukując tych, które staną się moją pasją, ale Bakchus przecież o tym nie wiedział. W takim razie zaryzykował, że go wyśmieję albo zamknę mu drzwi przed nosem, rzucając szeptem zaklęcia i ciskając w niego piorunami? Miałam trochę czasu, by się nad tym zastanowić, szczerze mówiąc, niewiele mogłam mu pomóc, bo nie udało mi się zrozumieć ani jednego zdania ze starej księgi. Doszłam do wniosku, że jego intencje nie były jasne, więc też nie będę wypruwać sobie żył i zgłębiać tego tematu.

— Magia enochiańska, no cóż, niewiele mi to mówi — przyznał.

— Magia, która powstała na podstawie Księgi Enocha, skupia się na mocy aniołów i ich przyzywaniu w celach magicznych, ale mniejsza o to. Nie jest to zupełnie magia enochiańska, język jest niezrozumiały. Enochiański ma swoją gramatykę, a ten tutaj — zamilkłam i przyjrzałam się dokładnie — Z pewnością nim nie jest, choć był na nim wzorowany.

— To taka magia anielska — uśmiechnął się i oparł ramię na moim udzie, by bliżej widzieć kartki. — Zajmujesz się nią? Bo wiesz, możesz mnie przyzywać, kiedy tylko chcesz.

— Nie, niestety, nie wiem o niej zbyt wiele, kiedyś próbowałam, ale zupełnie się w tym nie odnalazłam. Dla mnie magia to intuicja, a nie gotowe schematy.

Schował papiery do teczki, którą umieścił z powrotem w torbie. Usiadł na łóżku i cały czas śledził mnie wzrokiem. Wzięłam z szafki dwie książki związane z tą magią i podałam mu.

— Może się wam przyda do tłumaczenia, niektóre słowa pochodzą z enochiańskiego.

— Dzięki, zwrócę ci je. Wszystko w porządku? Jesteś jakaś smutna — spytał cicho.

Był bardzo dobrym obserwatorem, miał rację, odczuwałam znaczne obniżenie nastroju spowodowane jego wizytą. Jednak nie przez Bakchusa się smuciłam, a przez Mię. Wspomnienia nie dawały mi spokoju bardzo długo, a wreszcie, gdy wydawało mi się, że już sobie z nimi poradziłam, zjawia się osoba, która brała bezpośredni udział w mojej nieszczęsnej próbie ratunku małej. Zajrzałam w jego granatowe oczy i przez chwilę się w nich zapomniałam. Kolor był tak intensywny i zarazem zimny. Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która zdradzała to, że Bakchus nie jest człowiekiem, poza jego specyficznym zastyganiem w bezruchu, wybrałabym właśnie tęczówki.

Nigdy jeszcze nie miałam wrażenia, że znałam kogoś wcześniej i nie chodziło o to, że poznałam tego upadłego w noc, kiedy zmarła Mia, ale coś w środku podpowiadało mi, że łączy nas silna więź. Nie miałam tylko pojęcia, skąd to uczucie się bierze i co mogło nas łączyć. Z pewnością nasza wcześniejsza relacja nie pochodziła z tego życia albo wymiaru. A skoro nasze drogi spotkały się we wcześniejszym wcieleniu, dlaczego ponownie się zeszły i jaką misję musieliśmy wspólnie wypełnić, jaki dług karmiczny przepracować?

Gdyby Bakchus był człowiekiem, zapewne w podstępny sposób poznałabym jego datę urodzenia i sprawdziła numerologicznie, czy tworzymy związek karmiczny, ale że nie należał do rodzaju ludzkiego, numerologia okazałaby się zbędna. Związki karmiczne nie zawsze są złe, są jednak szybkie, gwałtowne i pełne silnych emocji oraz kłód pod nogami, ale niosą ze sobą wartościową naukę, z której zawsze warto skorzystać.

Rozdział 2

Dni leciały szybko jak kolejne liście z drzew. W końcu, po wielu tygodniach zmagań i przesiadywania każdej wolnej chwili w pokoju, ukończyłam mój rytuał zamknięcia portalu. Jeśli Lamia, pojawiająca się jeszcze co jakiś czas w moich wizjach, zechciałaby wykorzystać takie przejście do naszego świata, zapewne pokrzyżowałabym jej plany. Czułam niesamowitą satysfakcję i ulgę, kiedy zapisałam ostatnie słowa w Księdze Cieni i zamknęłam ją. „Niezła robota” — pochwaliłam się w myślach i głęboko odetchnęłam. Ręka bolała od pisania, a kręgosłup wysiadał. Nie mam pojęcia, jak niektórzy mogą pracować całymi dniami na siedząco, ja nie dałabym rady. Nawet mówi się, że siedzący tryb życia jest przekleństwem naszych czasów, z czym całkowicie się zgadzam. Pamiętając też o tym, że ruch to zdrowie, a podczas przebywania w jednej pozycji nasza krew ma problem, by odpłynąć z nóg, wykonałam parę skłonów, pajacyków i przysiadów. Choć nie przepadałam za sportem, od czasu do czasu lubiłam przypomnieć sobie, że pomimo wszystko jestem w miarę w normalnej formie fizycznej.

Jesień oddychała na zewnątrz pełną piersią, noce były chłodne, a deszczowe chmury właściwie nie schodziły z nieba. Zbliżała się Pełnia Myśliwych, tak ogólnie rzecz biorąc, to każda Pełnia Księżyca jest dla mnie ważnym wydarzeniem, ale akurat tę chciałam celebrować wyjątkowo mocno. Może ze względu na tragiczny finał z Mią, a nasza ucieczka przez ciemny las kojarzyła mi się właśnie z polowaniem. Nieszczęśliwie to my musiałyśmy być zwierzyną, a prawdopodobnie Lamia nas ścigała, ale skojarzenia kierują się własnymi zasadami i nic na to nie mogłam poradzić.

Swoją nazwę Pełnia Myśliwych zawdzięcza okresowi, kiedy ludzie polowali na zwierzęta po letnim okresie urodzaju. Poza tym Księżyc w tym czasie jest dużo jaśniejszy niż zazwyczaj, co dawało myśliwym możliwość działania również w nocy. W magii łączy się ona akurat z magią początków, wspierając nowe plany i czyny, wspomaga również przemianę wewnętrzną i rozwój. Z tej szczególnej okazji zaplanowałam rytuał dziękczynny i z pomocą Żywiołu Ognia chciałam podziękować Wszechświatowi za spokój i bezpieczeństwo, którym pozwalał mi się cieszyć oraz oczywiście prosić o pomyślność na kolejne miesiące.

Kiedy Księżyc pojawił się na niebie, zapakowałam wszystkie niezbędne przedmioty do torby i wyszłam z domu. Rytuał chciałam przeprowadzić w miejscu odosobnionym i wspaniałym, dlatego wybrałam mały las na końcu ulicy. Bardzo często przychodziłam tam pomyśleć lub medytować, to było takie moje miejsce, mój azyl. Drzewa nie były za wysokie, przez co nawet w nocy ziemia była doskonale oświetlona blaskiem Luny. Nie było tam również żadnych krzaków czy gęstwin, więc spokojnie mogłam dostrzec dzikie zwierzęta, najczęściej obserwowałam w oddali polującą kunę.

To małe, ale doskonale radzące sobie zwierzątko jest pomyślnym znakiem od Wszechświata, zwiastuje pomyślność w zmianach, osiągnięcie swoich celów, powodzenie w zaplanowanych działaniach. Gdybym była w związku, mogłaby ona zapowiadać wszelkiego rodzaju kłótnie, niedopowiedzenia czy nawet kłamstwa oraz wykorzystywanie mojej dobroci i otwartego serca. Na całe szczęście byłam singielką i nic nie zapowiadało, aby to miało się zmienić w najbliższym czasie.

Dotarłam tam w mniej niż pięć minut. Ustawiłam na ziemi mosiężny kociołek i wrzuciłam do niego gałązki suszonych ziół, głównie liście dębu, konwalie, piołun, wrzos i żywotnik oraz parę takich moich osobistych roślin, których zawsze używam przy magicznych działaniach. Świece wbiłam w ziemię, a pośrodku nich nakreśliłam sztyletem pentagram. Energia płynęła swobodnie, kumulowałam ją i przesyłałam pełną mocy. Przeżywałam każdy powiew wiatru, jak zapowiedź dobrych, bezpiecznych czasów. Zamknęłam krąg magiczny i usiadłam na obumierającej trawie, obserwowałam spokojne, wysokie płomienie i wąskie strużki dymu unoszące się do góry.

Niesamowite, jak wiele współczesnych czarownic zapomina o kumulowaniu energii, ten prosty zabieg wzmacnia siłę rytuału, a dodatkowo podnosi nasze wibracje, przez co po czynieniu nie czujemy się wyssani. Przeciętna otwarta, która praktykuje magię rytualną nie jest świadoma, że właśnie wszystko zależy od tego, czy zbierzemy i wzmocnimy swoją moc, później należy ją wysłać, ale bez skumulowania wysyłamy zaledwie ułamek tego, co mogłoby się uwolnić. Malutki okruszek prawdziwej siły, którą osiągnęłaby, gdyby tylko jej się zachciało. Gdyby rozwijała się cały czas, a nie wyłącznie na pokaz, a zamiast internetowych webinarów na temat dopieszczania swojego wewnętrznego dziecka, przeczytałaby jakąś porządną księgę magiczną albo postarała się zrozumieć, o co w ogóle chodzi w pracy z energią.

Ja zdobywałam wiedzę bardzo długo, byłam typowym samoukiem, ale chyba nie z własnego wyboru, a przez to, że mało kto tak naprawdę chce się uczyć czarownictwa. Można powiedzieć, że latami przeszukiwałam biblioteki i Internet, by znaleźć wartościowe źródła do nauki, wszystko, co ważne spisywałam w Księdze Cieni i to chyba dlatego miała ona już ponad pięćset kartek. Dzięki mojej intuicji wykonałam ją przez połączenie ze sobą zeszytów, więc bez problemu mogłam doszywać kolejne, a to opasłe tomiszcze stawało się coraz grubsze i cięższe.

Kiedyś myślałam, że przeznaczone mi będzie uczyć inne otwarte, być ich przewodnikiem i przyjaciółką, wieczorami wyobrażałam sobie, jak odprawiamy wspólne rytuały przy płonących ogniskach, wypowiadamy razem zaklęcia i tańczymy w blasku Księżyca. Sceny jak z filmu, ale w niektórych kręgach świętuje się tak na przykład przesilenia. Później jednak odpuściłam sobie poszukiwania znajomych wśród otwartych, wszystkie wydawały mi się puste i naiwne, uważały, że mają ogromną moc, silniejszą niż ktokolwiek inny, a w rzeczywistości więcej czasu spędzały na malowaniu paznokci i prostowaniu swoich spalonych rozjaśniaczem włosów niż na magii. Nie rozumiałam wtedy jeszcze, że jest istotna różnica między czarownicą, która jest nią dla siebie i by pomagać, a pseudowróżką, co to najchętniej prowadziłaby jakiś przesączony efektami specjalnymi program rozrywkowy w telewizji. Jeśli taka kobieta skupia się wyłącznie na tym, co inni o niej sądzą, czy uważają ją za kogoś ważnego i wyznaczonego przez los do wielkich rzeczy, to oznacza tylko jedno — ściemniara z niej, a nie otwarta.

Usłyszałam kroki z lewej strony, a kiedy się obróciłam, zobaczyłam, że w moim kierunku zmierza Bakchus. „Jak mnie tu znalazł?” — przemknęło mi natychmiast przez głowę.

— Moiro, nie przeszkadzaj sobie. Chętnie popatrzę — powiedział cicho i usiadł koło mnie. — Mogę tutaj przebywać, czy lepiej zachować dystans?

— Już skończyłam czynienie, teraz tylko zaczekam, aż świece się wypalą.

— To chyba potrwa — zaśmiał się, po czym zdjął swój płaszcz i zarzucił mi na ramiona.

Noce naprawdę były coraz chłodniejsze, czuć było nadchodzącą wolnymi krokami zimę. Jednak Bakchusowi to nie przeszkadzało, siedział teraz z nagim torsem, a światło płomieni delikatnie rozjaśniało jego oliwkową skórę. Miał rację, świece palą się długo, czasami nawet parę godzin, ale ja lubiłam siedzieć i je obserwować, nie tylko ze względu na niesamowity widok, ale było to też pewnym rodzajem medytacji i skupienia.

— Chętnie z tobą posiedzę. Oczywiście, jeśli chcesz.

— Bakchusie, lubię twoje towarzystwo. Jak mnie tu znalazłeś?

— No tak, odludne miejsce w lesie, które zdaje się idealne na czary? — Kiwnęłam głową, a anioł się zaśmiał. — Miejsce tak idealnie widoczne z okna mojej sypialni. — Objął mnie ramieniem i przysunął się blisko mojej twarzy, wskazał ręką na ogromny, opuszczony dom na końcu mojej ulicy.

— Myślałam, że nikt tam nie mieszka.

— Załatwiam jeszcze formalności, wprowadziłem się parę miesięcy temu. Ciężko było przekonać właściciela do sprzedaży, ale w końcu się udało i jutro oficjalnie odbieram klucze. Drzwi już od dawna stały otwarte, więc pomyślałem, że wcześniej zajmę się urządzaniem domu. — Wzruszył ramionami i zapatrzył się w ogień.

Zapadła znów cisza, ale nie zareagowałam na nią tak dużym skrępowaniem, jak ostatnio, kiedy zaskoczył mnie w moim domu. Była nawet przyjemna i miła, trwanie z kimś i nieodczuwanie potrzeby wiecznej rozmowy o niczym jeszcze bardziej wzmocniło we mnie odczucie, że kiedyś się już spotkaliśmy. Musiało to być bardzo dawno temu, może nawet zanim Bakchus stał się upadłym. Nie miałam pojęcia, jak to wszystko się odbywa. Czy po śmierci trafiamy od razu do zaświatów, czy musimy w nich przebywać określony czas, a później ponownie wracamy na ziemię, tylko już jako ktoś inny? Nie wiedziałam również czy moja teoria o naszej więzi z poprzedniego wcielenia była w ogóle prawdopodobna, bo może anioły w ogóle nie inkarnują, a kiedy ktoś je zgładzi, znikają i nigdy się nie odradzają.

— Moiro — przerwał milczenie i spojrzał mi w oczy. — Może kiedyś wpadniesz na herbatę?

Doszłam do wniosku, że jednak z mojej medytacji nici, Bakchus chyba naprawdę lubił ze mną przebywać, ale zdawało mi się, że ja wywieram na nim odwrotne wrażenie. Zawsze w jakiś sposób zabezpieczał się przed utratą kontaktu, ostatnim razem próbował mnie wciągnąć w tłumaczenie dokumentów, no i pożyczyłam mu książki. Teraz postanowił po prostu mnie zaprosić na herbatę. Chciałam być miła i pokazać mu, że wcale nie zamierzałam go unikać, dobrze mi się z nim rozmawiało i był tak naprawdę jedyną osobą, oprócz mojej mamy, w której towarzystwie czułam się naprawdę swobodnie.

— Na herbatę? Może na coś mocniejszego? — zażartowałam, nie ukrywając wcale, że lubię alkohol, choć do gustu przypada mi jedynie wino, czasami mam ochotę na zimne piwo z sokiem lub drinka z whiskey — Wino?

— Alkohol z niepełnoletnią? Za kogo ty mnie uważasz? — Jego ramiona zatrzęsły się od śmiechu, a mięśnie na barkach wyraźnie zaznaczyły. — Co lubisz robić w wolnym czasie?

Dociekliwy ten Bakchus, zastanawiałam się, czy zapyta mnie za chwilę o ulubiony kolor albo znak Zodiaku. Choć może wcale by go to jednak nie interesowało, bo z tymi całymi horoskopami to ciężka sprawa. Przez tyle lat ludzie zrobili sobie z nich niezły biznes. Są już chyba w każdej gazecie i pełnią funkcję głównie rozrywkową, ja nigdy gwiazdami i planetami się nie zajmowałam. Oczywiście mogą mieć na nas jakiś wpływ, jak na przykład Księżyc ma wpływ na ludzkie ciało, oddziałuje na przypływy i odpływy, to i na wodę w organizmie również. Byłam jednak pewna, że żadna Wenus nie przyniesie mi powodzenia u mężczyzn, a Merkury nie zsyła na mnie braku cierpliwości, bo akurat jest w retrogradacji. I nikt mnie nie przekona, że właśnie w tym tygodniu wszystkie osoby spod znaku Barana będą spokojne i melancholijne, a każdy Lew odnajdzie swoją ścieżkę do sukcesu zawodowego. W sumie to horoskopy niewiele różnią się od wróżek przez telefon, które tylko napędzają zyski, leją wodę i manipulują, wmawiając klientom jak najbardziej uniwersalne prawdy.

— W wolnym czasie? — zadumałam się na chwilę. — Lubię czytać i tworzyć formuły magiczne.

— No w czarach to nie śmiem z tobą konkurować, czarodziejko Moiro, ale książki to akurat nieodłączna część mojego życia. Co powiesz na wieczór z winem przy książce? — zaproponował, a to, w jaki sposób wymawiał moje imię, zaniepokoiło mnie, a zarazem zaciekawiło.

— To już brzmi bardziej niewinnie, proszę pana.

Siedzieliśmy blisko, a jego płaszcz niesamowicie pachniał — męskie perfumy z zapachem skóry. Zastanawiałam się, czy to, co zaczęło nas łączyć, ma szansę na przerodzenie się w jakieś głębsze uczucie. Jednak szybko odrzuciłam tę myśl, był przecież upadłym aniołem, a ja nastolatką, która nawet nigdy nie była w prawdziwym związku.

Miałam paru chłopaków, którzy szybko jednak okazywali się płytcy i skupieni wyłącznie na fizyczności. Jeden wpadł w szał, kiedy przypadkiem ochlapałam mu podkoszulkę sokiem, bo przecież była markowa i bardzo droga. Tak naprawdę mógł ją schować w foliowy pokrowiec i powiesić na ścianie, choć w jego mniemaniu, kiedy ją nosił, wyglądał lepiej i czuł się lepszy od innych. Związek z Bakchusem na pewno też okazałby się niewypałem i jednym wielkim zawodem. Poza tym anioł zupełnie nie okazywał mi żadnego zainteresowania, traktował jak kogoś, kim trzeba się opiekować, a nie kogoś, o kogo trzeba zabiegać. Przy jego wyglądzie mógł mieć każdą, ale czy upadłe anioły w ogóle interesowały się ludzkimi kobietami? Z pewnością nie.

— Miałbym też do ciebie prośbę, wydaje mi się, że jakaś dusza została w tym domu i chciałbym ją odprowadzić do zaświatów, nie mam tylko pojęcia, jak to zrobić.

— Jasne, akurat w tym jestem dobra.

Znów nasze spotkanie nie było przypadkowe, a Bakchus nie zapraszał mnie do siebie bezinteresownie. Podejrzewałam, że albo ma taki charakter, że wyciąga od innych, ile się da i zagarnia pod siebie, albo wszystkie jego prośby do mnie są jedynie wymówkami, by bliżej mnie poznać. Miałam nadzieję tylko, że druga opcja nie okaże się próbą wykorzystania mnie lub manipulacji, w końcu coś musiał przeskrobać, by stać się upadłym.

Umówiliśmy się na przyszły tydzień, rozmawialiśmy jeszcze trochę o samym rytuale odprowadzenia, o meblach i zasłonach, choć takie prymitywne tematy zupełnie do niego nie pasowały. Upadłe anioły głównie kojarzyły mi się z postaciami w czarnych kapturach stojącymi na straży jakiejś świątyni czy miejsca kultu. Bakchus mógłby trzymać w dłoniach wielki miecz i wyglądałby dla mnie bardziej normalnie, niż teraz opowiadając, jak ciężko było mu znaleźć trzy i pół metrowe zasłony, a przecież za krótkie wyglądałyby źle.

Świece powoli się wypalały. Nagle płomienie zaczęły szaleć i skakać, aż iskrzyły, a ja poczułam, że po plecach przeszedł mnie zimny dreszcz.

— Co się dzieje? — spytał Bakchus i podał mi rękę, kiedy wstawałam. — Przecież nie wieje.

Wręcz przeciwnie, atmosfera się zagęściła, a wszelkie odgłosy natury umilkły, powietrze stało, drzewa przestały szumieć. Otoczyła nas zupełna cisza i chłód.

— Coś przerwało rytuał — oświadczyłam.

W jednej chwili wszystkie świece zgasły, a ich knoty nawet się nie żarzyły. Coś zakłóciło przepływ energii. Wyjęłam z torby Księgę i dokładnie sprawdziłam, czy wykonałam wszystkie kroki poprawnie. Nie popełniłam błędu, więc powodem niepowodzenia musiało być coś innego.

— To się zdarza? — zapytał cicho i złapał mnie za rękę, kiedy już szliśmy w kierunku ulicy.

— Tak, zdarza się, rzadko, ale jednak — przyznałam. — Cały rytuał przeprowadziłam prawidłowo, nie mam pojęcia, czemu tak się stało. Teraz nie mam czasu już na jego powtórzenie, bo Księżyc rozpoczyna niedługo pusty bieg[1], spróbuję za miesiąc.

— To dobrze. Już się bałem, że to przeze mnie. Nie znam się zbytnio na czarach, ale wszystko wyglądało bardzo niebezpiecznie. — Uspokoił się, ale moją dłoń puścił dopiero pod moim oknem.

— Wejdziesz? — spytałam niepewnie, sama nie wiedziałam czy z grzeczności, czy naprawdę chciałam przedłużyć nasze spotkanie.

— Dziękuję za zaproszenie, ale muszę jeszcze coś załatwić. Spokojnych snów, Moiro.

— Nawzajem.

Oprócz bycia otwartą, odprawiania rytuałów i spotkań z upadłymi aniołami czy innymi istotami, prowadziłam również zwykłe, ludzkie życie. Chodziłam do szkoły, spotykałam z przyjaciółmi, miałam konto na Facebooku, chociaż rzadko kiedy coś na niego wrzucałam. Miałam dwa oblicza — pierwsze jako zwykła siedemnastolatka — nie przyciągałam zbytnio uwagi, nie sprawiałam problemów ani nie szalałam na imprezach, rówieśnicy nie postrzegali mnie jako dziwaka ani odmieńca, ale trudno było mi się przed nimi otworzyć. Drugie, to magiczne oblicze kręciło się głównie wokół rytuałów, rozwoju wewnętrznego i odprowadzaniu napotkanych dusz w zaświaty. Właściwie to one same do mnie przychodziły po pomoc, a ja jedynie wypełniałam swoją powinność.