Opowieść z oddziału zamkniętego - Katarzyna Lisowska - ebook
lub
Opis

Książka opowiada o życiu na oddziale zamkniętym jednego ze szpitali psychiatrycznych spod Krakowa. Opisuje przypadki pacjentów, sposób funkcjonowania personelu, same warunki panujące w szpitalu. Są to fakty nierzadko szokujące i zaskakujące.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 35


Katarzyna Lisowska

Opowieść z oddziału zamkniętego

Inna perspektywa

© Katarzyna Lisowska, 2019

Książka opowiada o życiu na oddziale zamkniętym jednego ze szpitali psychiatrycznych spod Krakowa. Opisuje przypadki pacjentów, sposób funkcjonowania personelu, same warunki panujące w szpitalu. Są to fakty nierzadko szokujące i zaskakujące.

ISBN 978-83-8189-361-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Lipiec 2014 rok

Jest gorąco. Chodzę dusznym korytarzem szpitala psychiatrycznego, jest wąski i krótki. Jak się wchodzi z klatki schodowej na trzeci piętro — najpierw są sale mężczyzn, w głębi kobiet. Kobietą i na odwrót, czyli mężczyzną — nie wolno chodzić po swoich pokojach, ale ostatnio nikt tego nie pilnuje. Szczególnie chodzi o obostrzenia nocą. Pacjenci uprawiają na oddziale ze sobą seks. Starczy tu między nimi pobyć dłużej, by dowiedzieć się jak funkcjonują i radzą sobie ze swoimi potrzebami. Jest też handel wymienny, na jedzenie, papierosy, czasem kosmetyki, czy nawet ubrania.

Są cztery piętra w szpitalu, im wyższe, tym cięższe przypadki są ulokowane.

Na korytarzu natrafiam najpierw na Bartka, stale chodzi w jedną i drugą stronę. Jest na tyle ciasno, że trudno mu się minąć z innymi pacjentami. Personel się złości. Kto się nawinie bardziej bezbronny — ląduje w kaftanie i jest przenoszony przez pielęgniarki do swojego pokoju. Jest wiązany do łóżka i jest mu podawana duża dawka leku, najczęściej w strzykawce. Tym razem znowu padło na Krysię, niewidomą dziewczynę, przy tuszy. Traciła wzrok, załamała się, ciągle płakała, rodzina ją tu zostawiła bezbronną. Kryśka nie może usiedzieć. Chodzi na oślep po korytarzu i stale są z nią jakieś akcje, że z powrotem ląduje w łóżku, najpierw w kaftanie i tak leży po parę godzin. Fakt, to nieludzkie, poza tym ciężko się jest dziewczynie w ogóle ogarnąć, umyć. W końcu nie widzi. Jest łatwym celem dla niewyżytego personelu, niezadowolonego ze swojej pracy.

Wiedziano, że jestem redaktorką pisma, od razu na wstępie podpisywałam papiery o zachowaniu tajemnicy, dlatego nie podaję, który to szpital, a jest to szpital obskurny, upadający. Przypomina obóz zamknięty. Mury są odrapane z tynku, świeci stara, brudna, ruda cegła, która się sypie też. Okna są małe i brudne, w nich zardzewiałe kraty. Teren jak więzienie — otoczony jest kolczastymi drutami, zakrzywionymi od góry. W nocy, pośród ciszy — bardziej uderzają krzyki pacjentów, które są monotonne i monotematyczne. Obsesyjnie krzyczą czyjeś imiona lub dopominają się, by wyzwolić ich z pasów.

Kiedy to piszę — siedzę przy stole w psychiatryku. Obok mnie niepełnosprawny Marcin gra w Tysiąca ze Staszkiem z DPS-u. Staszek bez skrupułów go ogrywa. Jest cwany, żeruje na pacjentach, stale wyłudza papierosy od Jolki, 40-stolatki, która ma obsesje na punkcie seksu. Byle jaki pacjent, byleby seks był. Stale rozmawia przez telefon z różnymi mężczyznami o jednym. Trudno tego na okrągło słuchać, ale wielu pacjentów tak ma — bzika na jednym punkcie. Dużo jest psychotyków. Psychopaci też są, w warunkach zabezpieczonych mają problem, by kogoś krzywdzić. Zdarza się, że robią awantury personelowi, bo nie wytrzymują, ale na wszystko są pasy i pełne strzykawki. Taki panuje tu reżim.

Wróćmy do Bartka, chłopak ma ponad 20 lat. Jest mocno nafaszerowany prochami. Siada obok mnie. Siadam z nim na schodach, pielęgniarki klną, że nie ma jak przejść. Cały czas się czegoś czepiają. Pacjent to zło konieczne, najlepiej, jakby się w ogóle nie ruszał, tylko leżał przypięty pasami do łóżka, by mu podawać tylko w zastrzykach leki, po których zasypia i nie ma z nim kontaktu na resztę dnia.

Bartek snuje się między salami męskimi i damskimi, chyba ich nie rozpoznaje. Dopytuje mnie o wiersze. Sam zaczyna pisać pod wpływem mojej obecności. Czytał wiersz na zebraniu grupy terapeutycznej, jakie jest prawie codziennie. Bartek czytał o tym jak zdrowieje, rozróżniając, co urojone, a co rzeczywiste. Co lepsze pielęgniarki — były wzruszone. Bartek był za bardzo nieprzytomny, by to dostrzec, cały nieobecny od leków, zupełnie opóźnione reakcje, spowolnienie, apatia, bardzo blada twarz, szara wręcz i wychodzona.

W szpitalu miałam swoje spotkanie autorskie. Niechętnie czytam swoje wiersze, ale robię wyjątki w takich okolicznościach. Chciano mnie zatrudnić jako terapeutkę, ale postanowiłam wybrać pracę w szkole ze zdrowymi dziećmi. Także jestem tu w czasie wolnym. Znam już dobrze tą rzeczywistość. Jest okropna. To jedno z najgorszych miejsc dla człowieka, duszna klatka, z widmem pasów i leków. Tutaj dużo się nie rozmawia, terapie są dosyć dużym złudzeniem, choć przyjęli ostatnio młodego, pełnego pasji i jeszcze entuzjazmu psychologa.

Na pierwszym piętrze jest dziewczynka, która spaceruje z misiem. Jest autystyczna. Rodzice ją tu oddali na stałe, trwają poszukiwania matki zastępczej wśród pacjentek, która zaopiekuje się małą na oddziale. Dziecko nie dostrzega nawet jak tu jest strasznie, narkomani, przestępcy, sprawcy przemocy domowej, mężczyźni, którzy siłą chcą zaciągnąć pacjentki do swojego pokoju, by uprawiać seks. To rzeczywistość na opak, trudno o jakieś zasady. Rano jest pobudka o 7.00, nie wiadomo po co, bo nie ma co tu robić. Terapeuci prowadzą ćwiczenia fizyczne, jakieś przysiady, wymachy rękami, potem jest modlitwa. Śpiewają „Kiedy ranne wstają zorze”, wyjąc niemiłosiernie, następnie odczytują modlitwy do Anioła Stróża, przynajmniej na trzeci piętrze, bo pani terapeutka kupiła ładną książeczkę z takowymi.

Parę dni temu, w upalny dzień — szło na okrągło na którymś oddziale disco polo. Można było zejść.

Do 14-stej jest