Opowieść Wigilijna. Literatura klasyczna - Charles Dickens - ebook
Opis

Pewnej wigilijnej nocy Ebenezer Scrooge zostaje nawiedzony przez trzy duchy, które pokazują mu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To, co widzi, całkowicie odmienia jego życie…

Wejdź w skórę głównego bohatera. Przeżyj święta Bożego Narodzenia jeszcze raz. Zobacz jak ten dzień świętują inni ludzie i dowiedz się, jak spędzisz Wigilię w przyszłości…

I co? Oglądasz te obrazy z radością czy ze strachem?

Seria Literatura Klasyczna to zbiór najpiękniejszych dzieł światowej literatury dla dzieci i młodzieży. Piękne, nowoczesne wydanie sprawia, że czytelnicy w każdym wieku z przyjemnością sięgną po lekturę, a piękne ilustracje umilą czytanie i pomogą wyobraźni przenieść się do świata fascynujących historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 130

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A CHRISTMAS CAROL
Przekład: MICHAŁ FILIPCZUK
Tekst: CHARLES DICKENS
Ilustracje i projekt okładki: AGATA ŁUKSZA Pracownia Bobra
Redaktor prowadzący: NATALIA GALUCHOWSKA
Korekta: URSZULA MALEWICKA
DTP: BERNARD PTASZYŃSKI
Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji.
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2016 All rights reserved
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-126-4
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Przede wszystkim powiedzieć trzeba, że Marley zmarł. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Akt zgonu podpisany był przez pastora, kancelistę[1], a także przez wspólnika zmarłego – Scrooge’a. Podpis tego ostatniego był najpewniejszą gwarancją.

Stary Marley zmarł na amen; był martwy jak gwóźdź w drzwiach. Zwróćcie uwagę, iż nie chcę przez to powiedzieć, że wiem – z mego własnego doświadczenia – co jest takiego szczególnego w martwocie gwoździa w drzwiach. Osobiście za najbardziej martwy z wyrobów żelaznych dostępnych w handlu skłonny byłbym raczej uznać gwóźdź w trumnie. Jednak w porównaniu tym tkwi mądrość naszych przodków i moje bezbożne ręce nie będą go zmieniać. Pozwólcie więc powtórzyć z naciskiem, że Marley był martwy jak gwóźdź w drzwiach. Czy Scrooge wiedział o tym? Oczywiście, że tak. Jakże mogło być inaczej? Scrooge i Marley byli wspólnikami – sam nie wiem, od jak wielu lat. Scrooge był jedynym wykonawcą jego testamentu, jedynym zarządcą jego majątku, jedynym dziedzicem, jedynym zapisobiorcą reszty spadkowej, jedynym przyjacielem i jedynym żałobnikiem. Ale właściwie nawet Scrooge nie był aż tak bardzo przybity tym smutnym wydarzeniem, aby nie okazać się prawdziwym człowiekiem interesów w samym dniu pogrzebu, który zresztą uczcił bezsprzecznie korzystną transakcją.

Wzmianka o pogrzebie Marleya cofa mnie do miejsca, w którym zacząłem. Nie istnieje cień wątpliwości co do tego, że Marley był martwy. Należy to w pełni zrozumieć, gdyż w przeciwnym razie nic niezwykłego nie wyniknie z historii, którą mam zamiar opowiedzieć. Gdybyśmy nie byli absolutnie pewni tego, że ojciec Hamleta zmarł przed rozpoczęciem sztuki, wówczas w tym, że wybrał się na nocną przechadzkę przy wschodnim wietrze po wałach swego zamczyska, nie tkwiłoby nic bardziej niezwykłego, niż gdyby odbył ją w jakimś wietrznym miejscu – na przykład na cmentarzu kościoła św. Pawła – po to, aby przestraszyć swego nadwrażliwego syna.

Scrooge nigdy nie zamalował nazwiska starego Marleya, tak więc jeszcze po latach nad drzwiami domu towarowego widniał napis: „Scrooge i Marley”. Firma znana była jako „Scrooge & Marley”. Nowicjusze w interesach czasem nazywali Scrooge’a Scrooge’em, a czasem Marleyem, on zaś akceptował oba nazwiska. Było mu wszystko jedno.

Ależ kutwa był z tego Scrooge’a! I jak innych umiał przycisnąć, wyżąć, przydusić, chwycić za gardło, oskubać – stary, chciwy grzesznik! Twardy i ostry jak krzemień, z którego żadna stal nie skrzesała nigdy szczodrobliwego ognia. Skryty, samowystarczalny i samotny jak ostryga. Wewnętrzny chłód zamroził rysy twarzy Scrooge’a, uwydatnił ostrość jego nosa, pomarszczył policzki, usztywnił chód; sprawił, że oczy były zaczerwienione, wąskie wargi sine, głos zaś zgrzytliwy i ostry. Szron przysypał mu głowę, brwi i szczeciniastą brodę. Tę niską temperaturę swego wnętrza zawsze zabierał Scrooge ze sobą. Dzięki niej chłodził własne biuro podczas kanikuły[2] i nie podnosił jej ani o jeden stopień na Boże Narodzenie. Upały i ziąb otoczenia miały niewielki wpływ na Scrooge’a, żaden skwar nie mógłby go ogrzać ani żaden mróz oziębić. Żaden z dmących wichrów nie był sroższy niż on sam, żadna śnieżyca nie była bardziej bezlitosna ani żadna ulewa bardziej nieubłagana. Najpodlejsza aura nie wiedziała, jak go dopaść. Największe deszcze, zamiecie i gradobicia mogły się chełpić przewagą nad nim tylko pod jednym względem – często były obfite, Scrooge zaś nigdy nie był hojny. Nikt nigdy nie zatrzymał go na ulicy, by spojrzeć nań wesoło i powiedzieć: „Jak się masz, drogi Scrooge?! Kiedy przyjdziesz do mnie z wizytą?”. Żaden żebrak nie poprosił go o miedziaka, żadne dziecko nie spytało o godzinę, żaden mężczyzna czy kobieta ani raz w całym życiu Scrooge’a nie zapytali go o drogę. Zdawało się, że nawet psy ślepców go znają i kiedy widziały, że nadchodzi, ciągnęły swych właścicieli do bram i w zaułki, merdając ogonami, jakby mówiły: „Lepiej wcale nie mieć oczu, niż mieć oko złe, mój niewidomy panie”. Ale czy Scrooge’a to obchodziło? To właśnie lubił! Przemykać chyłkiem w tłumie kroczącym po ścieżkach życia, ostrzegając każdą ludzką istotę przed jakimkolwiek zbliżeniem – to było dla niego coś, co znawcy przedmiotu nazywają „frykasem”.

Pewnego razu, w najpiękniejszy spośród wszystkich dni w roku, w Wigilię, stary Scrooge siedział zajęty w swym biurze. Było ponuro, zimno i szczypał mróz, a na dodatek była mgła. Scrooge słyszał jak na podwórzu ludzie chodzą tam i z powrotem, posapując, uderzając rękami w piersi i przytupując na bruku, żeby rozgrzać stopy. Zegary miejskie wybiły zaledwie trzecią, ale było już całkiem ciemno (przez cały dzień nie było słońca) i świece w oknach sąsiednich biur płonęły niczym czerwone plamy w namacalnej czerni wieczoru. Mgła przesączała się przez każdą dziurkę i szczelinę, a na zewnątrz była tak gęsta, że chociaż dziedziniec podwórza należał do najwęższych, domy po przeciwnej stronie były niczym zjawy. Widząc, jak mętna chmura opada coraz niżej, spowijając wszystko wokół, można było pomyśleć, że natura mieszka gdzieś niedaleko i robi napar z mgły na wielką skalę. Drzwi biura Scrooge’a były otwarte, żeby ten mógł mieć oko na swego kancelistę, który w posępnej, ciasnej, przypominającej cysternę komórce przepisywał listy. U Scrooge’a palił się bardzo mały ogień, ale ogień w komórce kancelisty był tak maleńki, że wyglądał jak jeden rozżarzony węgielek. Jednakże ten nie mógł go podsycić, bo Scrooge trzymał pudło z węglem w swoim pokoju. Było oczywiste, że gdy nieszczęśnik chwyci za szuflę, jego zwierzchnik oświadczy mu, że będą zmuszeni się rozstać. Toteż kancelista otulił się białym szalikiem i próbował się ogrzać przy świecy. Ponieważ nie był człowiekiem z wielką wyobraźnią, przedsięwzięcie to zupełnie się nie powiodło.

– Wesołych Świąt, wuju! Bóg z tobą! – zawołał jakiś młody głos. Należał on do siostrzeńca Scrooge’a, który pojawił się tak niespodziewanie, że Scrooge uświadomił to sobie, dopiero gdy usłyszał ów głos.

– Ha! – rzekł Scrooge. – Brednie!

Siostrzeniec tak bardzo się rozgrzał, idąc szybko we mgle i mrozie, że aż miał wypieki; jego twarz była rumiana i przystojna, oczy mu lśniły, oddech wzbijał kłęby pary.

– Boże Narodzenie to nonsens, wuju? – zapytał siostrzeniec Scrooge’a. – Jestem pewien, że tak nie myślisz!

– A właśnie, że tak – rzekł Scrooge. – Wesołych Świąt?! Jakie masz prawo do wesołości? Nie jesteś dość biedny?

– A więc – odparł wesoło siostrzeniec – jakie masz prawo, żeby być ponurym? Nie jesteś dość bogaty?

Scrooge, nie mając w zanadrzu żadnej lepszej odpowiedzi, rzekł:

– Ha! – I powtórzył: – Brednie!

– Nie bądź zły, wuju – powiedział siostrzeniec.

– A jaki mam być – odrzekł wuj – kiedy żyję w świecie pełnym głupców? Wesołych Świąt! Do diabła ze Świętami! Czym są dla ciebie Święta, jeśli nie okresem płacenia rachunków nie na twoją kieszeń; okresem, w którym stwierdzasz, żeś o rok starszy, lecz ani o godzinę bogatszy; okresem bilansowania ksiąg, kiedy odkrywasz, że każda pozycja w nich zawarta w przeciągu okrągłych dwunastu miesięcy jest wyzwaniem dla zdrowego rozsądku. Gdyby to zależało ode mnie – mówił z wściekłością Scrooge – wówczas każdy idiota afiszujący się swoim: „Wesołych Świąt”, zostałby ugotowany we własnym puddingu i pochowany z sercem przebitym kołkiem ostrokrzewu. O, tak!

– Wuju! – zawołał siostrzeniec. – Świętuj Boże Narodzenie!

– Siostrzeńcze – rzekł surowo wuj – świętuj Boże Narodzenie po swojemu, a mnie pozwól świętować, jak mi się podoba.

– Świętować! – powtórzył siostrzeniec Scrooge’a. – Ależ ty wcale nie świętujesz!

– A więc pozwól, że nie będą mnie te Święta obchodzić – rzekł Scrooge. – Wiele dobrego mogą ci one przynieść. Wiele dobrego przyniosły ci kiedykolwiek...

– Śmiem twierdzić, że jest wiele rzeczy, z których mogłem czerpać dobro, nie odnosząc przy tym żadnych korzyści – rzekł siostrzeniec. – A Boże Narodzenie jest jedną z nich. Choć jestem pewien, że zawsze, gdy nadchodziło Boże Narodzenie, myślałem o nim jako o pięknych, radosnych chwilach; jako o czasie przebaczenia i łaski, jedynym znanym mi okresie w całym długim roku, kiedy mężczyźni i kobiety jakby za ogólną zgodą otwierają swe zamknięte serca i zaczynają myśleć o ludziach z niższych sfer, jakby to byli naprawdę ich towarzysze w drodze do grobu, a nie jakaś inna rasa istot zmierzających do innych miejsc przeznaczenia. I dlatego, wuju, choć moja kieszeń nie zyskała w Święta ani odrobiny złota czy srebra, wierzę, że przyniosły mi one wiele dobrego i że przyniosą znowu. A zatem: Niech Bóg je błogosławi!

Kancelista w swej komórce mimowolnie zaczął bić brawo, lecz natychmiast uświadomiwszy sobie niestosowność swego zachowania, zaczął grzebać w palenisku i zgasił ostatnią iskierkę.

– Niech jeszcze raz usłyszę, że wydajesz jakiś dźwięk – rzekł Scrooge – to będziesz świętował Boże Narodzenie utratą posady. – I zwracając się do siostrzeńca, rzekł: – Świetny z ciebie mówca, mój panie. Dziwię się, że nie zasiadasz w parlamencie.

– Nie gniewaj się, wuju! Zjedz lepiej jutro z nami obiad.

Scrooge odparł na to, że wolałby raczej zobaczyć go w piekle. Tak, naprawdę tak powiedział! Pozwolił sobie na takie właśnie stwierdzenie.

– Ale dlaczego? – zapytał siostrzeniec Scrooge’a. – Dlaczego?

– A dlaczego się ożeniłeś? – zapytał Scrooge.

– Bo się zakochałem.

– Bo się zakochałeś – warknął Scrooge, jakby to była jedyna rzecz na świecie śmieszniejsza nawet od Świąt Bożego Narodzenia. – Do widzenia!

– Ależ, wuju, nigdy do mnie nie przychodziłeś, zanim się ożeniłem, dlaczego więc ma to być powód, byś nie odwiedził mnie teraz?

– Do widzenia – powtórzył Scrooge.

– Niczego od ciebie nie chcę. O nic cię nie proszę. Dlaczego nie możemy być przyjaciółmi?

– Do widzenia – rzekł jeszcze raz Scrooge.

– Z całego serca żałuję, że tak postanowiłeś. Nigdy nie kłóciliśmy się ze sobą, ty i ja. Wszystko to powiedziałem, by złożyć hołd Bożemu Narodzeniu, więc wytrwam w świątecznym nastroju do końca. Wesołego Bożego Narodzenia, wuju!

– Do widzenia!

– I szczęśliwego Nowego Roku!

– Do widzenia – powiedział po raz ostatni Scrooge.

Nie zważając na to wszystko, siostrzeniec opuścił pokój bez złego słowa. Przystanął w drzwiach wejściowych, żeby złożyć życzenia kanceliście, który – choć zziębnięty – był przecież serdeczniejszy od Scrooge’a i odwzajemnił grzeczność.

– Jeszcze jeden... – mruknął Scrooge, który to dosłyszał. – Mój kancelista, z piętnastoma szylingami tygodniowo, z żoną i dziećmi... I jeszcze mu w głowie: „Wesołych Świąt!”. Ja chyba trafię do domu wariatów.

Tymczasem kancelista-szaleniec, odprowadziwszy do wyjścia siostrzeńca Scrooge’a, wprowadził do biura dwie inne osoby. Byli to dostojni jegomoście, mili z wyglądu. Zdjąwszy kapelusze, stali w biurze Scrooge’a. W rękach trzymali księgi i papiery. Powitali go ukłonem.

– Firma „Scrooge & Marley”, jak sądzę – rzekł jeden z jegomościów, spoglądając na listę. – Czy mam przyjemność rozmawiać z panem Scrooge’em czy z panem Marleyem?

– Pan Marley nie żyje – odparł Scrooge. – Zmarł siedem lat temu w noc przed Wigilią.

– Nie wątpimy w to, że jego hojność będzie kontynuowana przez jego wspólnika – rzekł pierwszy jegomość, wręczając Scrooge’owi listy uwierzytelniające.

Na złowieszcze słowo: „hojność” Scrooge zmarszczył brwi, pokręcił głową i oddał rozmówcy wszystkie listy.

– W ten świąteczny czas, panie Scrooge – rzekł jegomość, biorąc do ręki pióro – bardziej niż zazwyczaj pożądane jest, abyśmy udzielili niewielkiego wsparcia ubogim i potrzebującym, których obecne położenie jest nader ciężkie. Wiele tysięcy ludzi pozbawionych jest podstawowych środków do życia, setki tysięcy pozbawiono podstawowych wygód...

– Czyż nie istnieją więzienia? – zapytał Scrooge.

– Jest mnóstwo więzień – rzekł jegomość, znów odkładając pióro.

– A przytułki? – wypytywał Scrooge. – Czy przytułki nadal istnieją?

– Owszem. Nadal – odrzekł jegomość – choć chciałbym móc powiedzieć, że jest inaczej.

– A więc ustawy o opiece nad ubogimi oraz sierotami przeżywają swe złote dni – stwierdził Scrooge.

– Zdecydowanie tak, sir.

– Wnioskując z tego, co mówił pan na początku, obawiałem się, że wydarzyło się coś, co uniemożliwia ich skuteczne funkcjonowanie – rzekł Scrooge. – Więc bardzo mi miło, że jest inaczej.

– Odnosząc wszelako wrażenie, że nie napełniają one serc i umysłów chrześcijańską otuchą – odparł jegomość – niektórzy spośród nas czynią starania, by zebrać fundusze na zakup żywności i opału dla ubogich. Ten właśnie dzień wybieramy, dlatego że spośród wszystkich innych potrzeba odczuwana jest wtedy najpilniej, a zamożność bywa najhojniejsza. Jaką kwotę mam podpisać pod pańską deklaracją?

– Żadną – odparł Scrooge.

– Życzy pan sobie anonimowość?

– Życzę sobie, żeby zostawiono mnie w spokoju – rzekł Scrooge. – Ponieważ pytacie mnie, panowie, czego sobie życzę, tak brzmi moja odpowiedź. Ja sam nie świętuję Bożego Narodzenia i nie mogę sobie pozwolić na dostarczanie powodów do wesołości próżniakom. Staram się wspierać instytucje, o których wspomniałem. Są wystarczająco drogie, a ci, którym się źle wiedzie, muszą tam powędrować.

– Wielu nie może, wielu wolałoby raczej umrzeć.

– Skoro wolą umrzeć – rzekł Scrooge – to lepiej, żeby umarli i zmniejszyli nadmiar ludności. Poza tym, panowie wybaczą, zupełnie mnie to nie interesuje.

– A mogłoby – zauważył jegomość.

– To nie moja sprawa – odparował Scrooge. – W zupełności wystarczy, gdy człowiek zajmuje się swoimi sprawami i nie wtrąca się do spraw innych. Moje pochłaniają mnie bez reszty. Żegnam panów.

Widząc jasno bezcelowość dalszych indagacji[3], jegomoście odeszli, Scrooge zaś powrócił do pracy, a jego uznanie dla samego siebie znacznie wzrosło. Zaczął mu też dopisywać humor o wiele lepszy niż zwykle.

Tymczasem mgła i ciemność zgęstniały tak bardzo, że tu i tam biegali chłopcy z płonącymi pochodniami, proponując, że będą podążać przed końmi ciągnącymi powozy i wskazywać im drogę. Starożytna wieża kościoła, w której potężny stary dzwon zawsze zdawał się chytrze zerkać na Scrooge’a przez gotyckie okna, była teraz niewidoczna. I tylko dzwon wybijał godziny i kwadranse pośród mgły, w powietrzu rozedrganym, wibrującym po każdym uderzeniu, jakby tam w górze dzwoniły zęby zmarzniętej wieży. Panował przenikliwy ziąb. Na głównej ulicy, na skraju podwórza, kilku robotników naprawiało rury gazowe i rozpaliło wielki ogień, wokół którego zgromadziła się grupa odzianych w łachmany mężczyzn i wyrostków ogrzewających dłonie w cieple płomieni i mrużących oczy z zadowolenia. Ponieważ zapomniano o kranie, wypływająca zeń woda natychmiast zamarzała, stając się obojętnym lodem. Jasność bijąca z witryn sklepowych, na których gałązki ostrokrzewu z jagodami błyszczały w żarze lamp, zabarwiała czerwienią blade twarze przechodniów. Stoiska z drobiem i artykułami spożywczymi sprawiały wrażenie pysznego żartu: były niczym wspaniałe widowisko i prawie nie sposób było uwierzyć, że mogą mieć cokolwiek wspólnego z czymś tak nudnym, jak zasady popytu i podaży. Lord Mayor[4] w fortecy swego potężnego Mansion House wydał swym pięćdziesięciu kucharzom i rzeźnikom rozkaz przygotowania Świąt na miarę domu Lorda Mayora. I nawet drobny krawiec, którego karał grzywną pięciu szylingów za pijaństwo i uliczną awanturę, mieszał na swym poddaszu jutrzejszy pudding, podczas gdy jego chuda żona z dzieckiem na ręku poszła kupić baraninę.

Mgła coraz gęstsza i coraz zimniej! Przeszywający, przenikliwy i gryzący ziąb. Gdyby tylko św. Dunstan szczypnął Złego Ducha w nos takim mrozem jak ten dzisiejszy, ów zapewne gromko by wrzasnął. Młody właściciel chudego przemarzniętego nosa pochylił się przy dziurce od klucza u drzwi Scrooge’a, by uraczyć go kolędą, ale po pierwszych słowach: „Niech Bóg ci błogosławi, miły panie, i oby lęk nie gościł w twoim sercu”, Scrooge chwycił za liniał[5] z taką werwą, że śpiewak czmychnął przerażony, dziurkę od klucza pozostawiając mgle i mrozowi – gościom milej tu widzianym.

W końcu nadeszła pora zamknięcia biura. Scrooge niechętnie wstał z krzesła i w milczeniu dał znak oczekującemu w swym pomieszczeniu kanceliście, który natychmiast zdmuchnął swoją świecę i włożył kapelusz.

– Cały jutrzejszy dzień chcesz pan zapewne mieć wolny – rzekł Scrooge.

– Jeśli to panu odpowiada, sir.

– Ani trochę – rzekł Scrooge – to nie w porządku. Gdybym tak potrącił panu za to pół korony, uznałby pan się za pokrzywdzonego, jak sądzę?

Kancelista słabo się uśmiechnął.

– A jednak mnie pan za skrzywdzonego nie uważa, kiedy płacę panu dzienną stawkę, choć pan nie pracuje.

Kancelista zauważył, że było tak tylko raz do roku.

– Marny to pretekst do wybebeszania cudzej kieszeni każdego 25 grudnia – rzekł Scrooge, zapinając płaszcz aż po samą brodę. – No cóż, jednak musisz pan mieć cały dzień wolny. Za to następnego dnia przyjdź pan jak najwcześniej.

Kancelista obiecał, że przyjdzie, a Scrooge wyszedł na ulicę, pomrukując. Biuro zamknięto w mgnieniu oka i kancelista z końcami białego szalika dyndającego mu poniżej pasa (nie mógł się chlubić posiadaniem płaszcza), ustawiwszy się na końcu szpaleru chłopców, zjechał – na cześć Wigilii Bożego Narodzenia – dwadzieścia razy po ślizgawce na Cornhill, następnie zaś ile sił w nogach pobiegł do domu na Camden Town, żeby zdążyć na grę w ciuciubabkę.

Scrooge jak zwykle zjadł posępny obiad w posępnej gospodzie, a przeczytawszy wszystkie gazety i resztę wieczoru spędziwszy nad księgą z finansami, poszedł do domu. Mieszkał w apartamencie niegdyś należącym do jego zmarłego wspólnika. Było to ponure mieszkanie w niskim gmachu znajdującym się w głębi dziedzińca. Gmach ten nie pasował tam do tego stopnia, iż nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że będąc jeszcze młodym domkiem i bawiąc się w chowanego z innymi domami, pobiegł tam, a potem zapomniał drogi powrotnej. Budynek ten był teraz stary i ponury. Nie mieszkał w nim nikt poza Scrooge’em, a wszystkie pozostałe pokoje służyły za biura. Na dziedzińcu było tak ciemno, że nawet Scrooge, który znał tam każdy kamień, musiał szukać drogi po omacku. Skutą mrozem starą czarną bramę wejściową domostwa mgła spowiła tak gęsto, że zdawało się, iż Geniusz Pogody przysiadł w posępnej zadumie na progu domostwa.

W każdym razie