Opowieść wigilijna - Charles Dickens - ebook + audiobook + książka

Opowieść wigilijna ebook i audiobook

Dickens Charles

3,6

Opis

Uniwersalne przesłanie Opowieści wigilijnej sprawia, że należy ona od dwóch wieków do wąskiego kanonu najsłynniejszych bajek świata.

Książka opowiada historię przemiany skąpego, bezdusznego, samolubnego Ebenezera Scrooge’a w hojnego, serdecznego, sympatycznego człowieka. Dzięki niesamowitym przeżyciom jakie go spotkały w noc wigilijną zrozumiał do czego prowadzi skąpstwo, egoizm i skupienie wszystkich uczuć na pieniądzach. Człowiek, który żyje wyłącznie po to, aby pomnażać majątek, zostanie zapomniany. Bajecznie kolorowa, ciepła i pełna fantazji oprawa graficzna Artura Piątka pobudzi wyobraźnię każdego dziecka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 52

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 16 min

Lektor: Łukasz Lewandowski

Popularność




W biurze

Scrooge i Marley byli wspólnikami od niepamiętnych czasów. Prowadzili dom handlowy i instytucję finansową pod szyldem „Scrooge & Marley”. Pewnego dnia Marley umarł, co nie zmąciło specjalnie umysłu przykładnego wspólnika – bynajmniej – właśnie podczas pogrzebu Scrooge obmyślił plan doskonałego interesu, który przyniósł mu piękny dochód.

Scrooge zasłynął w Londynie jako skąpiec nad skąpcami, umiał on wyrwać, wykręcić, wydusić, a nigdy nie wypuścić, co raz dostał w swoje pazury. Ostry jak brzytwa, twardy jak krzemień, był przy tym milczący i zamknięty w sobie. Lodowaty chłód serca skurczył mu oblicze, ścisnął spiczasty nos, pomarszczył czoło, zapalił oczy zimnym blaskiem, zacisnął mocno sine usta, a całą jego sylwetkę uczynił podobną do ostrego gwoździa.

Pewnego dnia, a był to najpiękniejszy ze wszystkich dni roku, Wigilia Bożego Narodzenia, stary Scrooge, bardzo zajęty, siedział w swoim biurze. Zimno było dotkliwe i przenikające, czas mglisty; Scrooge mógł wyraźnie słyszeć, jak przechodnie starali się ogrzać, chuchając w palce, rozcierając ręce, przytupując nogami. Na wieży wybiła godzina trzecia, a było już zupełnie ciemno.

Drzwi do pokoju były otwarte, bo Scrooge nie chciał spuścić z oka buchaltera, siedzącego w malutkim sąsiednim pokoiku, w którym przepisywał listy. W pokoju Scrooge’a tlił się maleńki ogień – lecz w izbie księgowego na garstce popiołu żarzył się zaledwie jeden węgielek. Nie śmiał biedak położyć więcej, tym bardziej że kosz z węglami stał w pokoju pryncypała.

– Wesołych świąt, wujaszku, niech cię Bóg błogosławi! – rozległ się nagle młody i dźwięczny głos. Był to głos siostrzeńca Scrooge’a, który wpadł niespodzianie, zacierając ręce.

– Ba – rzekł Scrooge – nie pleć głupstw!

– Święta Bożego Narodzenia, wujaszku, to nie są głupstwa.

– Owszem, są – rzekł Scrooge. – I nie upoważniają cię do tego, żebyś się oddawał rujnującej wesołości! I tak jesteś dosyć ubogi.

– No, no! – odpowiedział siostrzeniec. – A jakim prawem ty, wujaszku, jesteś taki smutny? Dlaczego w taki dzień zajmujesz się nudnymi rachunkami? I tak jesteś dosyć bogaty.

– Znowu pleciesz głupoty – zawołał Scrooge. – Czym jest tak naprawdę to twoje Boże Narodzenie? Chwilą rozrzutności i zaciągania długów, których później nie będziesz umiał spłacić. Idź do licha z twoją wesołością!

– Boli mnie, bardzo mnie boli twoja zaciętość, wuju. Przyszedłem dziś do ciebie dla uczczenia święta Bożego Narodzenia i pomimo przykrości, jaka mnie tu spotkała, będę się cieszył i radował. Tak więc, wuju, życzę ci świąt wesołych!

– Dobranoc! – syknął Scrooge.

Nie mówiąc już ani słowa, siostrzeniec wyszedł z pokoju. Zatrzymał się jeszcze chwilkę przed drzwiami buchaltera, aby powtórzyć mu swoje życzenia, a biedny człowiek, choć do szpiku kości przemarznięty, goręcej je przyjął od starego Scrooge’a i dziękując serdecznie, wyprowadził gościa aż do sieni.

– Następny głupiec! – mruknął Scrooge z gniewem, zabierając się na nowo do pracy. – Mój księgowy, nędzarz, zarabiający 15 szylingów tygodniowo, obarczony żoną i dzieciakami, mówi o wesołych świętach! Dalibóg, w domu wariatów są chyba rozsądniejsi ludzie.

Nadeszła wreszcie chwila zamknięcia biura.

Scrooge podniósł się z krzesła, dając tym samym znak księgowemu, że może już skończyć pracę. Biedak od dawna wyczekiwał tej chwili. Zgasił szybko świecę, owinął szyję długim szalikiem i wziął do ręki kapelusz.

– Pewnie jutro chciałby pan mieć wolne? – rzekł Scrooge z nieukrywaną zgryźliwością.

– Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu…

– Mam bardzo wiele. A pana, widzę, nic nie obchodzi krzywda i strata, jaką ponoszę, płacąc za dzień, w którym nie będę miał z pana żadnego pożytku.

Buchalter ośmielił się zwrócić swojemu pracodawcy uwagę, że to się zdarza tylko raz do roku.

– Wielka mi racja! Dziwne usprawiedliwienie bezkarnego sięgania do cudzej kieszeni, tylko dlatego że jest to 25 grudnia – odpowiedział Scrooge, zapinając surdut pod szyję. – No, cóż robić, muszę darować panu jutrzejszy dzień, proszę tylko wynagrodzić mi tę stratę i następnego dnia przyjść do biura wcześniej niż zwykle.

Księgowy przyrzekł uroczyście, a Scrooge wyszedł, wzruszając ramionami i pomrukując o lenistwie i próżniactwie pracowników. W mgnieniu oka biuro zamknięto, buchalter spiesznie wyszedł i ciągle przyspieszając kroku, zmierzał w kierunku domu, w nadziei, że zdąży jeszcze pobawić się z dziećmi w ciuciubabkę.

W domu

Scrooge zjadł lichy obiad w lichej restauracji, w której zwykł się stołować. Po przeczytaniu wszystkich gazet i uprzyjemnieniu sobie wieczoru przeliczeniem w głowie zysków osiągniętych tego dnia tuż przed północą wstał od stołu i poszedł do siebie do domu, aby położyć się spać.

Mieszkał w ponurej kamienicy położonej w zaułku małej, zapuszczonej uliczki. Budynek był stary i złowieszczo ponury, tym bardziej że nikt w nim nie mieszkał, oprócz Scrooge’a. Pozostałe lokale wynajmowano na biura kupieckie i magazyny. Dziedziniec był tak ciemny, że nawet Scrooge, który znał doskonale niemal każdy kamyk, musiał iść po omacku, pomagając sobie rękami. Scrooge dotarł wreszcie do bramy, włożył klucz do zamka, kiedy nagle ujrzał na kołatce nie okrągły młotek, ale… twarz Marleya!

Tak