Opowieść Ojca - Michael O'Brien - ebook

Opowieść Ojca ebook

Michael O'Brien

0,0
54,90 zł

lub
Opis

Znakomita powieść autora międzynarodowego bestselleru Ojciec Eliasz.

Wiedziony bezgraniczną miłością do syna ojciec wędruje na drugi koniec świata…

To współczesna parafraza przypowieści o „Dobrym pasterzu” oraz „Synu marnotrawnym”.

Życie kanadyjskiego księgarza Alexa Grahama, wdowca w średnim wieku, przewraca się do góry nogami, gdy jego syn znika bez śladu. Zaopatrzony w niewielkie fundusze ojciec rozpoczyna długą podróż, podczas której po raz pierwszy w życiu opuszcza swój bezpieczny, uporządkowany świat. Gdy natrafia na znikomy trop, idzie za nim w ślepej desperacji, co krok za krokiem prowadzi go do fascynujących miejsc oraz chwilami – przerażających ludzi i niebezpieczeństw.

Doświadczając niepewności i bólu, straty i tęsknoty, Graham wciągnięty zostaje w konflikty międzynarodowe oraz odwieczną walkę dobra ze złem. Docierając do granic wytrzymałości, powodowanych niewytłumaczalnym cierpieniem, którego jest świadkiem i którego sam doświadcza, odkrywa niespodziewane źródło siły i prze do przodu w nadziei odzyskania syna… i siebie samego.

To najlepsza z powieści Michaela O’Briena. Tworzy on postacie podobnie jak Dickens, bada stosunki ludzkie jak Austen i dysponuje swobodą epicką jak Tołstoj i Dostojewski. Mam nadzieję, że to dzieło znajdzie się na każdej liście najlepszych powieści na świecie.

o. Joseph Fessio, SJ

To wielkie dzieło zarówno pod względem treści, jak i objętości. Całe bogactwo ludzkiej duszy O’Briena uobecnia się w tej książce bardziej niż w jego krótszych utworach: jako ojca, katolika, rusofila, Kanadyjczyka, personalisty, artysty, autora opowiadań, romantyka. Nie ma tu ani jednej nudnej czy zbędnej strony. Skończywszy czytać Opowieść Ojca, chce się powtórzyć to, co Tolkien powiedział o Władcy pierścieni: „Powieść ma jedną wadę: jest za krótka”. Tysiąc stron w wydaniu Michaela O’Briena jest jak tysiąc wschodów słońca, któż mógłby narzekać?

Peter Kreeft, Boston College

Wejść w krąg zdarzeń, do których prowadzi czytelników ta książka, znaczy znaleźć się naprawdę w otoczeniu świętości. Tu jest wszystko: napięcie, wzruszenie, ciemność, dobroć, blask, odwaga i radość. George MacDonald, Charles Williams, Chesterton, Lewis i – tak – Dostojewski próbowali przebić się przez granice tej sfery. Uchylona zostaje kotara oddzielająca to, co zwyczajne od tego, co metafizyczne. Moim zdaniem osiągnięcie Mchaela O’Briena w tym względzie jest ogromne.

Thomas Howard

Michael O’Brien, ikonograf, malarz i pisarz jest popularnym autorem wielu bestsellerowych powieści, takich jak Ojciec Eliasz, Zaćmienie słońca,Dom Sophii, Teofil oraz Wyspa Świata. Mieszka w Kanadzie z żoną Sheilą i rodziną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1387




Wyrażam miłość i wdzięczność mojej siostrze w Pekinie (która musi pozostać bezimienna – kwiatuszkowi Chrystusa w Chinach) oraz jej duchowym dzieciom. Również anonimowym męczennikom z Rosji i Chin, których ofiara życia ujawniona zostanie w czasach żniwa.

Niechaj się nikt nie łudzi! Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga.

1 Kor 3,18-19

PROLOG

Pod koniec lutego pewnego roku w nieodległej przeszłości doktor Irina Filippowna, lekarka, przemierzała koleją transsyberyjską niekończącą się przestrzeń tajgi i była mimowolnym świadkiem zupełnie wyjątkowego zdarzenia. Chociaż wagon, w którym podróżowała był wagonem trzeciej klasy, siedzenie twarde, a współpasażerowie w podłych lub rozpaczliwych nastrojach z powodu niedawnego zakłócenia ruchu przez protestujących ekologów, postanowiła przespać większą część podróży pomiędzy Nowosybirskiem a Irkuckiem. Wracała po wygłoszeniu wykładu z immunologii na uczelni medycznej w pierwszym z wymienionych miast i miała nadzieję, że wysiądzie w drugim bez zbędnych problemów, po czym uda się autobusem i saniami do swej rodzinnej wioski, gdzie prowadzi niewielką, lecz niezbędną praktykę.

Była przystojną kobietą, lekko po czterdziestce, owdowiałą, z dwoma synami na utrzymaniu. Przywykła pracować z cichą determinacją i żyć jak najprościej, by przeprowadzić pozostałą część rodziny przez aktualne czasy – ową sytuację społeczno-polityczną, która obecnie wydawała się w jakiejś mierze bardziej zagmatwana niż w czasach reżimu komunistycznego. Nie żywiła sympatii do czegokolwiek, co pozostało po owej jawnej omnipotencji państwa wraz z jego zachłannością. Nie marnowała też energii, żeby zrozumieć wszechświat w innych kategoriach, gdyż cokolwiek by leżało u jego podstaw i tak nie mogłoby być udowodnione naukowo. Sama uważała się za matkę i naukowca. Często przyznawała, że jest wiele rzeczy, za które powinna być wdzięczna, zwłaszcza za męża oraz synów, którzy – jeśli można tak powiedzieć – stanowili teraz całe jej życie. Była osobą o skomplikowanej, lecz w żaden sposób nie wyjątkowej biografii. Będąc intelektualistką, co prawda zubożałą, nie miała ani sprytu polityka, ani nie można było uznać jej za naiwną. Nie hołdowała sentymentalnym iluzjom co do ojczystego kraju, jednak w duszy żywiła do niego zagorzałą miłość, mimo iż wątpiła w samo istnienie duszy.

Miała zwyczaj dostrajać od czasu do czasu swą – jak ją nazywała – rosyjską maskę, ową nieprzeniknioną neutralną minę, która wska­zywała na postawę obojętności i rezygnacji. Zdarzało się bowiem, że ześlizgiwała się ona z jej twarzy w najmniej odpowiednich momentach, przeważnie tych, które określała później jako chwile zapomnienia się ze względów humanitarnych. Nie była osobą nieczułą ani zrezygnowaną, ale idąc przez życie, nauczyła się ukrywać bardziej osobiste cechy swego charakteru – a na pewno przed obcymi. Jak sobie mówiła, była uodporniona.

Kątem oka przyglądała się jakiemuś nieszczęśliwemu mężczyźnie zajmującemu siedzenie po drugiej stronie przedziału. Odnotowała to w swojej świadomości, ale nie przywiązywała żadnej wagi do jego obecności. Mężczyzna zrazu zdawał się nie różnić specjalnie od pozostałych osób w wagonie, mimo iż był zakutany w brudny wojskowy płaszcz, wychudzony, z podkrążonymi oczami, o posępnym wzroku i nieogolony. Był mniej więcej w jej wieku, może trochę starszy. Od czasu do czasu podnosił lewą rękę, dając do zrozumienia, jakby była zwichnięta lub oparzona, i przyciskał ją do zmarzniętej szyby znajdującej się obok. Tak, to oparzenie, stwierdziła, obserwując grymas na jego twarzy, ognistoczerwoną pręgę na dłoni i sączące się pęcherze. Przyszło jej na myśl, żeby podać mu maść antybiotykową, którą miała ze sobą w apteczce, ale się rozmyśliła. Jego włosy, ufarbowane na sztuczny, rażąco żółty kolor, stały niczym sztywne kolce jak u przebrzmiałej amerykańskiej gwiazdy rocka. Całkiem sporo młodych Rosjan z wielkich miast obnosiło się z takim wyglądem, lecz u mężczyzny w średnim wieku było to odrażające. Postanowiła go nie zagadywać. Może był pijany albo był jakimś kryminalistą, albo jedno i drugie – na pewno jednak osobą niespokojną, a setki wiorst, jakie trzeba było jeszcze pokonać, mogły łatwo zamienić się w istną udrękę. Kraj był pełen szalonych, wyzutych z własności ludzi, podobnych do niego. I chociaż przez moment poczuła impuls, żeby mu pomóc, zaraz się przywołała do porządku, wyrzucając biednego głupca zdecydowanie ze swych myśli.

Zamknęła oczy, mając nadzieję, że się trochę zdrzemnie przed następnym irytującym łoskotem przy przejeździe przez kolejny zamarznięty ciek odwadniający bezkresne pustkowie. Ledwie zdążyła usnąć, gdy jego głos gwałtownie ją rozbudził. Deklamował poezję z jakimś dziwnym akcentem. Dokładniejsze przyjrzenie się patetycznie spiętemu monologującemu mężczyźnie ujawniło, że jego rysy twarzy niezupełnie pasują do typu którejś z licznych grup etnicznych zamieszkujących kraj. Kimże on może być? Skąd pochodzi? Zresztą, co ją to obchodzi; to nie jej sprawa.

Bardziej zirytowana niż zdegustowana zauważyła, że deklamuje on wiersz bardzo ładnej dziewczynie siedzącej naprzeciwko, a ta płacze. Obcokrajowiec, z wyraźną fascynacją, pożądaniem lub po prostu szaleństwem, starał się ją pocieszyć wierszem. Następnie sięgnął do kieszeni i, ku zdumieniu wszystkich obecnych pasażerów, ni stąd, ni zowąd stanął w płomieniach. Tak, to był ogień i dym. Rezolutny starszy pan chlusnął na jego spodnie filiżankę wody i ogień zgasł. Głupiec wił się w męczarniach. Zwalił się na swoje siedzenie, wykrzywiając twarz w nieznośnym bólu.

Doktor Filippowna westchnęła, potrząsnęła głową i sięgnęła do swojej apteczki.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Kres jego życia

W pierwszą niedzielę adwentu rok wcześniej człowiek nazywający się Alexander Graham odmówił modlitwę, z której miały wyniknąć nieprzewidziane konsekwencje.

Mieszkał na Oak Avenue w Halcyonie, miasteczku z dwunastoma tysiącami dusz, położonym w zalesionej, pagórkowatej okolicy na północ od jeziora Ontario. Ponieważ jego dom znajdował się zaledwie kilka kwartałów od kościoła parafialnego, wyszedł tego wieczora w śnieżycę i wlókł się ulicą z zamiarem krótkiego nawiedzenia Najświętszego Sakramentu. Chociaż nie był osobą nadzwyczajnie pobożną, od niedawna nurtowała go myśl, że jego życie dobiega już kresu, albo wkrótce dobiegnie, i chciał o tym porozmawiać z Bogiem.

Okna kościoła były ciemne, ale zauważył, że drzwi boczne są otwarte. W przedsionku wytarł nogi w zabłoconą wycieraczkę, by usunąć śnieg z butów, i po omacku znalazł drzwi wiodące do głównej nawy. Wewnątrz było ciepło, świeciły się tylko migoczące bursztynowe lampki wigilijne umieszczone przed posągami oraz rubinowa lampka tabernakulum, wisząca nad głównym ołtarzem. Rzucały one przytłumiony blask, wystarczający, żeby dotrzeć środkiem nawy do miejsca, które zazwyczaj zajmował. Znajdowało się po lewej stronie, w połowie drogi do ołtarza, obok kolumny. Ciche syczenie świec, zapach wosku i kadzidła wiszący w powietrzu, subtelne echo w kopule – słyszalne sza – oto według niego atmosfera całego świata. W tym kościele został ochrzczony i nigdy nie modlił się w innym. Każdy szczegół tej świątyni był tak głęboko w nim osadzony, że nie mógł sobie bez niej wyobrazić świata.

Będąc spokojnym, dystyngowanym mężczyzną dobiegającym pięćdziesiątki, był przyzwyczajony prowadzić życie bez zbędnego rozgłosu. W istocie wolał, żeby właśnie tak się toczyło. Jeśliby nawet w kościele byli jacyś inni parafianie, nie mieliby specjalnej ochoty wiedzieć, dlaczego on tam przebywa, a jeszcze mniej zainteresowani byliby, aby do niego podejść. Wyczuwał, że jego stosunek do Boga jest w dużej mierze taki sam jak do bliźnich.

Uklęknął, zrobił znak krzyża i zaczął odmawiać zwyczajowe modlitwy. Wypowiadał je w myśli, starając się pojmować każde słowo jak najlepiej potrafił. Rzadko doświadczał jakiegoś uczucia związanego z modlitwą i jeśli miałby przypomnieć sobie tego rodzaju porozrzucane przypadki, musiałby cofnąć się pamięcią parę dobrych lat, żeby wyszukać ostatnie takie fakty. Nie miało to dla niego znaczenia. Przekonany był, że na emocjach nie można polegać i że nie są one konieczne w trudzie praktykowania wiary religijnej.

Jednakże tego właśnie wieczoru zawładnęła nim jakaś chęć powałęsania się. Może dlatego, że był zmęczony i odczuwał ciężar samotności, jego uwaga ulatywała i te tchnące formalizmem modlitwy urwały się. Kiedy indziej zebrałby siły i podjął modlitwę na nowo, ale teraz z jakiegoś powodu nie potrafił. Opuścił głowę i oparł ją na ręce, pozostając tak bez ruchu przez parę minut, nie myśląc o niczym ani niczego sobie nie wyobrażając. W końcu się poruszył i westchnął.

– Moje życie jest skończone – szepnął Obecnemu w taberna­kulum.

Nie spodziewał się odpowiedzi i się jej nie doczekał. Z natury nie był pesymistą, nie miał też skłonności do depresji. Zatem owo mgliste odczucie końca lub spełnienia nie było efektem choroby. Wcale nie miał chęci umierać, ale trzeba też powiedzieć, że nie był zbytnio przywiązany do życia. Od śmierci żony kilka lat temu i wyjazdu dwóch synów na uczelnię coraz bardziej oddalał się od ludzi. Był przykładnym mężem i odpowiedzialnym oraz kochającym ojcem, choć nieco roztargnionym. I oto teraz życie jego małej rodziny osiągnęło etap, kiedy zaczęła się ona wtapiać w większą wspólnotę.

Czasami bardzo mu brakowało zmarłej żony, ale ona nie mogła już powrócić. Tęsknił za synami, ale ci wkroczyli w świat, intensywnie organizując sobie własne życie. Od czasu do czasu odwiedzali Halcyon, ale wiedział, że to prawo powrotu nie jest wieczne. Przypuszczał, że obecnie dom wydawał się synom stałym punktem w obracającym się wszechświecie, kotwicą lub rodzajem ikony, której sporadycznie dotykają, a nawet darzą szacunkiem, tak jak poważa się tradycję – kiedyś użyteczną, teraz zaś pozbawioną mistyki. Kochali go, a jakże, lecz ich usposobienia należały już do innej generacji – były aktywne, entuzjastyczne, przesiąknięte dynamiką życia w sposób całkowicie mu obcy. Dlatego był samotny. To, że kochał, i to za cenę poświęcenia, nie podlegało dyskusji. Dał im to, co powinien dać. Teraz wszak żałował, że nie poznał ich tak, jak mógł ich poznać. Oni też go nie rozumieli, bo był dosyć milczący, zaczytany i obowiązkowy.

Zastanawiał się, czy stara bomba w jego piersiach miała, jak tego od dawna oczekiwał, wkrótce detonować. Z tym zagrożeniem żył od ponad trzydziestu lat i – prawdę mówiąc – już dawno przestał sobie nim zaprzątać głowę. Czyżby to uczucie zbliżającego się końca było znakiem od Boga? Przygotuj się, Alex, uprzątnij książki, zrób ostatnie zapisy w swych notatkach, bo konto niedługo zostanie zamknięte.

Spoglądając w górę na tabernakulum, powiedział:

– Rób ze mną, co Ci się podoba.

Następnego wieczoru Halcyon gotował się do zimowego snu pod niespokojnym niebem poruszających się spiralnie gwiazd i strumieniem zielonych zórz polarnych. Sto spadzistych dachów w centrum starego miasteczka igrało soplami lodu, załamując światło bożonarodzeniowych lampek, które w ostatnim tygodniu pojawiły się na domach i sklepach, konkurując ze świetlistym niebem. Powietrze stało w całkowitym bezruchu i dym z kominów unosił się prosto w ciemność. Gdy sporadycznie jakiś samochód przejeżdżał powoli Main Street, jego opony skamlały, mieszając się ze śmiechem chłopców zdążających do domu z miejskiego lodowiska z kijkami hokejowymi i łyżwami dyndającymi im na ramionach. Niewielu innych ludzi widać było na chodnikach; było już po ósmej i cała okolica zanurzyła się we wczesnej zimowej drzemce.

Stawiając czoło z determinacją, ale i zadowoleniem, arktycznemu powietrzu, co generalnie nieczęsto się zdarzało w tej populacji, Alex wszedł na schody ze starego brunatnego piaskowca, wiodące do jego mieszkania i jednocześnie biura, zamykając za sobą drzwi. Chociaż miał zwyczaj palić światło i zostawiać drzwi otwarte w swoim sklepie z książkami dla wieczornych zainteresowanych, codziennie aż do godziny dziesiątej z wyjątkiem niedziel, ogarnęło go pragnienie wczesnego spaceru pod gwiazdami. Przez chwilę stał, zapinając guziki swego granatowego marynarskiego anoraka, zawijając szalik i zakładając wyłożone futerkiem rękawiczki. Bez kapelusza (nie lubił kapeluszy), ale chroniony gęstą czupryną kiedyś blond włosów, obecnie przetykanych pasemkami siwizny, poczuł teraz w uszach pierwsze ukłucie mrozu, co raczej go ożywiło, niż zniechęciło.

Gdy przemierzał okolicę, pomyślał po raz kolejny, a czynił to niezliczoną ilość razy, że nie ma na ziemi miejsca równie urokliwego jak Halcyon. Ta szczególna lojalność podyktowana była faktem, że rzadko wyprawiał się poza miasteczko i boczne drogi otaczającej je krainy wzgórz, oferujące okrężne wędrówki niezawodnie sprowadzające go do centrum świata. Faktycznie, nigdy nie wychylił się poza Toronto, oddalone dwie godziny jazdy na południe. Był tam tylko raz w życiu i nie kusiło go pragnienie, by powtórzyć to doświadczenie. Urodził się w Halcyonie, podobnie jak cztery pokolenia jego przodków, i czuł się z tego powodu szczęśliwy. Chociaż jego życie nie było całkowicie spokojne, czuł wdzięczność, że trudne lata, teraz odchodzące w przeszłość, nie zdominowały czasów, w których zaznał dużo szczęścia.

Alex oddychał mocno, unikając pokusy pewnych wspomnień. Zwrócił uwagę na rozgrywającą się przed nim scenę – widok, który zawsze upewniał go w przekonaniu, że chociaż życie jest niedoskonałe, to jego kardynalną zasadą jest dominacja porządku. Jego sklep usytuowany był w cichej alejce, minutkę drogi od Main Street, w pobliżu najwyższego punktu miasteczka, skąd można było oglądać większość dachów i wszystkie okoliczne wzgórza. Na oddalonych szczytach pagórków widać było nieliczne światła z samotnych gospodarstw. Pola pokryte śniegiem połyskiwały we wschodzącym księżycu, obramowane czarnymi korpusami iglaków i bledszymi koronami drzew liściastych. Samo miasteczko położone było na urwisku w dolinie rzeki Clementine, na dużym zakręcie, gdzie na początku XIX wieku zbudowano tamę. Ciężka kamienna konstrukcja nie rozpadła się i wrota śluzy ciągle działały, lecz opustoszała ruina młyna, któremu kiedyś służyła – o nazwie: Halcyoń­skie Zboża i Pasze – i wokół którego rozwijało się miasteczko, stała teraz jako milcząca pamiątka poddana próbie czasu.

Wypuścił parę mroźnych chuchów i zdziwił się, gdy iskrzące kolory zmaterializowały się w postaci mikroskopijnych kryształków oddechu. Uśmiechnął się i powiedział do siebie:

– Zawsze jest coś nowego; żyję już dłużej niż cztery dekady, a po raz pierwszy widzę coś takiego.

Zszedł na chodnik i chuchnął jeszcze kilka razy, tym razem bezpośrednio w stronę jaśniejszych świateł Main Street. Iskrzące się kryształki pojawiały się za każdym razem, opadając powoli, aż do zniknięcia.

Był tak zaabsorbowany tym zjawiskiem, że nie usłyszał zbliżających się kroków.

– Ty czuć się dobrze, Alex?

Podniósłszy wzrok, ujrzał Marię Sabbatino stojącą trzy kroki dalej, z surową miną.

– Wszystko w porządku, Mario. Obserwowałem światełka na mrozie.

– Och – zareagowała. – Jej duże czarne oczy przyglądały mu się spod frędzli srebrzystych włosów, obciętych na grzywkę. Skonsternowana zmarszczyła gęste jak u mężczyzny brwi. Miała podejrzliwy wyraz twarzy z dwoma krągłymi oliwkowymi policzkami zaczerwienionymi na odcień śliwki, jakby była bliźniaczką postaci z ilustracji książki o Pompejach.

– Alex, ty jeść dzisiaj kolację? Ty jadać?

– Zjadłem dzisiaj kolację, Mario. Jadam.

– A może ty wypić dzisiaj za dużo, co?

– Nie było dzisiaj picia, Mario.

– Alex, proszę, ty nie pić za dużo. Ty iść na spacer, upaść, nikt nie widzieć i ty zamarznąć na śmierć. Ty w porządku: może ty iść do nieba, ale ty myśleć o chłopcach, o ludziach, którzy płakać nad twoja trumna, co?

Alex uśmiechnął się i cicho zachichotał.

– Czemu ty śmiać? Nie żart: ty upaść i marznąć na śmierć.

Mając nadzieję, że nie zabrzmi to zbyt protekcjonalnie, jeszcze raz zachichotał – nie z powodu jej sposobu wysławiania się, a na pewno nie dlatego, że była w miasteczku postacią cokolwiek zabawną, lecz z powodu absurdalności jej przekonania, że ludzie zapłaczą nad jego trumną.

Któż mógłby płakać nad moją trumną?, zastanawiał się. Tylko ci, co piją za dużo z kufla emocjonalnej pobłażliwości wobec siebie. Ci, co są pochłonięci przyjemnościami Wielkiej Żałoby – łowcy interesów, reprezentujący zakłady pogrzebowe.

Nie chciał, żeby te myśli dowodziły jakiegoś braku życzliwości, i nie nosiły one nawet śladu litowania się nad sobą. Miał po prostu zwyczaj korygować w myślach błędne założenia, którym ludzie dawali bez końca upust w jego obecności; i oczywiście korygował też założenia, które od czasu do czasu pojawiały się również w jego własnej głowie.

– Mario, spójrz na to. – Wskazał na światła Main Street i wypuścił chmurkę mrozu. – Czy widziałaś kiedyś wcześniej te iskierki?

Wzruszyła ramionami.

– Ja nigdy nie widzieć tego wcześniej. No i co, Alex? Ty mieć iskierki, ale móc je ugotować?

Wyrzuciła prawą rękę w górę, w geście prawdopodobnie zrozumiałym dla jej rodaków, który pewnie miał wyrażać chęć głębszego wniknięcia w tajemnicę – tak długo, jak zachowywała swe prawa do niezważającej na nic troski oraz surowej macierzyńskiej przygany. Alex dobrze znał ten gest, chociaż nie udało mu się do końca go zrozumieć w czasie owych miesięcy, gdy Maria pracowała dla niego w ostatnim stadium choroby Carol. Przypuszczał, że był to element głuchoniemego alfabetu, rodzaj wizualnego kodu, użytecznego podczas dyskusji o przeznaczeniu, śmierci, zarobkach, przepisach na makaron oraz podchodach nastolatków.

Był on na tyle wieloznaczny, że mógł, w zależności od sytuacji, oznaczać: To nic takiego, nieważne! Choć to łamie ci serce, cóż mogę poradzić! Och, już to widziałam, nie nabierzesz mnie! Życie to nie bajka! Czy myślisz, że jestem głupia? Nie zawracaj mi głowy!, i tak dalej. Niewprawnemu oku gest ten mógł wydawać się pogardliwy, lecz w istocie – jak przypuszczał – był formą intymnej komunikacji. Gest kobiety można było prawidłowo odczytać tylko po przestudiowaniu leksykonu wyrazów twarzy i tonacji głosu, towarzyszących precyzyjnemu, szybkiemu smagnięciu podniesionego ramienia z otwartą dłonią – w dziwnej symbiozie rezygnacji i protestu – smagnięciu będącemu czytelnym produktem tysięcy lat egzystowania w rzymskiej codzienności (chodzi o imperium, a nie miasto, Alex wiedział bowiem, że Maria pochodzi z zubożałego południa, gorących i suchych wzgórz Kalabrii).

Mimo iż Alex był Celtem, w którego żyłach płynęła anglosaska krew, nie zdążył jeszcze rozkodować tego leksykonu. Nie było pewnie potrzeby jego opanowania, ponieważ w alternatywnym języku wspólnie przeżywanego cierpienia, który ma zawsze ograniczone słownictwo, rozumieli się oboje całkiem dobrze. Był wdzięczny za to, że Maria była jego sąsiadką i współparafianką – a także wybawicielką, gdyż kilka lat temu ocaliła mu życie. Wkroczyła bowiem, gdy wszystko się rozpadło: została kucharką, gospodynią, główną zrzędą, małostkowym tyranem w kuchni, a w chwilach słabości – opłakującą dolę swych podopiecznych.

Któregoś dnia przyłapał ją, jak płakała w spiżarni.

– Povera, povera Carolina! – łkała. – Biedni chłopcy, nie ma mama, nie ma mama!

Było to bulwersujące i ozdrowieńcze – ozdrowieńcze przede wszystkim dla tych trzech powściągliwych osób płci męskiej, które do owej chwili nie pokazywały swego bólu, pogodzone z losem. Nienaturalne łkanie Marii zaprowadziło Alexa i jego dwóch synów w intymność ich sypialni, gdzie każdy z nich, w towarzystwie własnych wspomnień, dał wreszcie upust swemu bólowi.

– To sprawunki na Boże Narodzenie? – zapytał, wskazując dużą papierową torbę w jej lewej ręce (prawą miała zawsze wolną, żeby gestykulować).

– Si, ja znaleźć coś dla Paola. Ładna szal i rękawica sportowa. On nie potrzebować, ale niedługo przyjechać i wtedy potrzebować.

Paolo, jej syn, bardziej wyidealizowany i wytęskniony niż piętnastowieczny rozpuszczony książę florencki, był analitykiem komputerowym w miejscu, które Maria określała z pogardą jako Valle Silicone1 w Kalifornii.

– A dla Bruna ja dostać to.

Maria po raz pierwszy się uśmiechnęła i chociaż wszystkim, którzy jej nie znali, uśmiech ten mógłby się wydać dosyć powściągliwy, Alex wiedział, że była to prawdziwa eksplozja, pełna płomieni czułości i tolerancji. Na skali jej emocjonalnego życia nie było stref tłumionych uczuć, lecz dla pogrzebów i ślubów osób, które były z nią jedynie luźno związane, zarezerwowane były tylko formalne reakcje. Najgłębsze uczucia chowała wyłącznie w swoim wnętrzu.

Pokazała mu plastikową torbę wypełnioną skórą i kabelkami.

– To elektrycznie działać rękawiczki! – oznajmiła triumfalnie. – Razem z bateriami. Czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt pięć! Gdy on pracować nocna zmiana na torach, nie marznąć mu ręce. – To powiedziawszy, wyraźnie ożywiona rozdarła plastikowe opakowanie i zamierzała zademonstrować, jak można przyczepić pakiet baterii do rękawa płaszcza za pomocą rzepów.

Zatrzymał ją, śmiejąc się.

– Nie, nie, nie, jest za zimno, Mario. Pokażesz mi innym razem.

– Ecco! No dobrze, może innym razem. Ty przyjść do nas po pasterka, wypić cicchetto da vino2 i Bruno pokazać ci rękawiczka.

Gdy ponownie pakowała podarek, spojrzał z czułością na jej głowę w czapce z imitacji lamparciego futra i poczuł irracjonalną chęć pochylenia się i niezgrabnego uściskania kobiety, ucałowania czubka jej głowy – byłby to synowski odruch, który by ją tylko zaniepokoił i zmieszał. Nie uległ więc temu impulsowi.

Gdy z powrotem zapakowała rękawiczki, podniosła wzrok, zmrużyła oczy i powiedziała z groźbą w głosie:

– Chłopaki kontaktować się z tobą w te święta?

– Jeszcze nie, ale spodziewam się od nich kartek.

– Dzieci! My łamać dla nich krzyż, łamać dusza, wypruwać flaki, dawać wszystko, a co dostawać?

– Wnuki? – zasugerował Alex.

– Ja powiedzieć ci, co my dostawać: to, że oni łamać nasze serca! – Uderzyła się w piersi ręką od gestów.

Alex kiwnął mądrze głową, mrucząc pod nosem i puszczając mniejsze kłęby pary, bez iskierek.

– Alex – rzekła, zmieniając ton i przypatrując mu się bystro. Carolina, ona odejść ile, już pięć lat?

Z filozoficzną miną zrobiła mały znak krzyża na piersiach.

Alex jeszcze raz przytaknął, czuł się nieswojo.

– Czas znaleźć jakaś dobra kobieta, ożenić w kościele przed Bóg: ona doglądać ciebie. Ty potrzebować ktoś opiekować się. Patrz te uszy! Ty nie znaleźć kogo dość szybko, Alex, jak ty stać co wieczór na ulica i puszczać kłębki. Oni zabrać cię ambulans do szpital dla ludzi matto-pazzo!

Prawą ręką w futrzanej rękawiczce bez palców zrobiła kółko nad skronią.

– Matto pazzo? A, masz na myśli: wariat.

Skinęła posępnie.

– Tak, wariat. Wiem, ty nie wariat, Alex, ale dzisiaj ja widzieć ciebie, jak stać na mrozie, gapić się, puszczać kłęby z ust i widzieć iskry. Pewnie ktoś nie znać cię, myśleć: matto-pazzo.

– Chyba że się przewrócę i zamarznę na śmierć.

Klepnęła go w nadgarstek prawą ręką w rękawiczce.

– Nie żartować z tego! Pomyśleć, co ja mówić.

– Dobrze, Mario, pomyślę o tym.

Poszła w górę ulicy, zgarbiona sześćdziesięciolatka, mierząca niecałe pięć stóp, z pogodą w sercu, opatulona, w drętwą ciemność sztucznego Nowego Świata, martwiąca się o byle co i o wszystko. Wzruszyła go jej troska, ale wiedział, że nawet minuty nie poświęci na rozważenie jej sugestii – tego panaceum oferowanego przez matczyne serca, ilekroć napotykają tragedię, zgorszenie lub ranę we wszechświecie stworzonym przez niezależną osobę płci męskiej. Nikt nie mógłby nigdy zastąpić Carol. Ta część jego życia jest zakończona.

Odwracając się od świateł Main Street, pomaszerował swoją Oak Avenue w kierunku grzbietu wzniesienia, gdzie iglice trzech kościołów tworzyły koronę Halcyonu. Najwyższym z nich był kościół Najświętszej Maryi Panny od Aniołów – neogotyckie cudo z bladoróżowego kamienia, z mistrzowsko wykonanymi witrażami, przewyższające wszystko w sąsiedztwie. Anglikański kościół Świętego Pawła, nowoczesny, ze stali i szkła, stał po przeciwnej stronie ulicy. Pół kwartału dalej znajdował się monolityczny Findley Memorial United3 z czerwonego granitu, zwieńczony krenelażową wieżą obronną. Za nim aleja zaczynała znowu opadać długim łukiem opasującym urwiska, by na końcu dotrzeć do rzeki.

Gdy wszedł na teren Najświętszej Maryi Panny, zatrzymał się chwilę na chodniku prowadzącym do drzwi wejściowych. Przypominając sobie modlitwę z dnia poprzedniego: Uczyń ze mną, co zechcesz, zastanawiał się nad sobą. Bez wątpienia tak właśnie Bóg postępował ze swymi stworzeniami. Dlaczego więc czuł potrzebę konstatacji rzeczy oczywistej? Co w ten sposób zamierzał? O co prosił, jeżeli istotnie o coś prosił? No cóż, to już nie miało znaczenia, bo zniknął ów niecodzienny nastrój przynaglający go do tej modlitwy.

W powietrzu płynęły wyciszone pienia chóru ćwiczącego kolędy. Nagle śpiew stał się głośniejszy, gdy główne drzwi kościoła Najświętszej Maryi Panny się otworzyły i dwie postacie wyszły na zewnątrz: nastolatek i dziewczynka. Przeskoczyli schodki i skierowali się na chodnik, a potem zerwali się do biegu. Gdy go mijali, zauważył ich ubogą odzież i zatroskane twarze. Trzymając się za ręce, zniknęli za rogiem przecznicy, zmierzając w kierunku Lowertown i rzeki. Nie przypominał sobie, żeby ich widział wcześniej i przypuszczał, że należą do jednej z nowych rodzin, które wprowadziły się do domów u podnóża urwiska, zbudowanych przez administrację hrabstwa w zeszłym roku, z subsydiowanymi czynszami.

Puszczając więcej kłębów, ruszył do przodu.

Mimo iż większa część życia Alexa skupiona była na zajęciach naukowych, uprzejmej wymianie zdań z klientami na temat literatury, prowadzeniu dokładnych zapisów finansowych w sklepie oraz na prostowaniu nieracjonalnych założeń, czasami pozwalał sobie na rozważania ocierające się o poezję albo przynajmniej zahaczające o nieoczekiwane strumienie świadomości. W takich momentach nigdy nie czuł się przytłoczony czy opętany. Były to raczej trafnie obrane chwile intuicji. Nie były produktywne z punktu widzenia autentycznej kreatywności, bo nie był ani poetą, ani malarzem, ani muzykiem, ale były pożyteczne, gdyż koiły jego umysł. Inni brali się za picie lub układanie wierszy, albo i coś gorszego. Alex jednak zamykał drzwi swojej księgarni i wybierał się na wędrówkę gdzie oczy poniosą, po ciemnych wzgórzach, które były mu tak znajome jak labirynt półek z książkami i hyperionowe wzniesienia miasteczka. Te drobne ćwiczenia w nieprecyzyjności, w praktykowaniu rezygnacji utrzymywały jego ciało w giętkości.

Maria Sabbatino myliła się, zakładając, że on – podobnie jak niejeden wdowiec – zaczął pić. Tak naprawdę nigdy nie miał pociągu do alkoholu, więc gdy wznosił razem z księdzem Tobym jeden jedyny toast noworoczny w salonie nad sklepem, to płyn pochodził ciągle z tej samej butelki amontillado, rozpoznawalnej po etykiecie z czerwonym krzyżem krzyżowca, zdobionym złotą tarczą zwieńczoną malutkim trójwymiarowym kielichem osadzonym w czarnym szkle hiszpańskim. Poziom likieru w butelce był każdego roku nieco niższy, co ksiądz Toby komentował żartem wyrażanym poważnym tonem. I tak to wyglądało. Do zobaczenia w przyszłym roku – o tej samej porze, w tym samym miejscu, z tą samą butelką. Pięć lat temu, trzy tygodnie po pogrzebie Carol, Maria zaskoczyła go pewnego poranka, gdy kończył whisky Seagram – należącą jeszcze do jego ojca – wlewając ją sobie do gardła prosto z butelki. Miał nadzieję, że to złagodzi zabójczy atak bólu. Niestety, tak się nie stało. Jedynym tego efektem było przeświadczenie Marii o jego problemie alkoholowym i to przekonanie nigdy jej już nie opuściło.

Oak Avenue wznosiła się w górę, po czym zaczynała opadać. Gdyby szedł nią dalej, mijając jeszcze osiem kwartałów, doszedłby na skraj miasta, do mostu nad rzeką Clementine, skąd trafiłby w okolice wzgórz północnych. Była to jego ulubiona trasa – spacer mniej więcej dwugodzinny, zależnie od pogody. Jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zachciało mu się obrać trasę najmniej lubianą, prowadzącą prosto w dół urwiska do tamy u młyna, w poprzek biegnącej tam ścieżki – przedsięwzięcie zdradliwe, lecz radosne – i dalej wzdłuż wybiegu Psia Łata ku zboczu. Wybieg, zwany przez miejscowych Psią Łatą, nosił oficjalnie nazwę: Droga Wąwozu Wolfe’a, lecz jego mniej pochlebne określenie pochodziło od zespołu budynków chylących się ku upadkowi. Wiele z nich stanowiły domy z desek szalunkowych oraz szopy zbudowane w XIX wieku, przylegające do brzegów drogi żwirowej wiodącej w górę wąwozu. Mieszkali tu kiedyś robotnicy młynarscy i rzeczni, lecz złota era tego miejsca odeszła już dawno do przeszłości. Wiele z tych budynków było teraz pustych, a te, w których jeszcze zamieszkiwano, miały wkrótce opustoszeć, bo postępy dotowanego budownictwa, usytuowanego w Halcyonie za wodą, były nie do zatrzymania. Atrakcją wybiegu było to, że prowadził na szczyt skarpy do miejsca, skąd Alex mógł widzieć teren za zakrętem rzeki i obserwować, jak wije się ona między wzgórzami na południe, w kierunki jeziora Ontario. Ponadto, z tej wysokości, i tylko z tej wysokości, można było spoglądać w dół na cały Halcyon, który nocą przybierał wygląd kolii na szyi pięknej kobiety, inkrustowanej ognistymi drogocennymi kamieniami, spoczywającej w pozycji leżącej, śpiącej w sukni układającej się w skromne i eleganckie, ale też podniecające białe satynowe fałdy. Latem suknia była zielona. Jako młody człowiek często tam chodził, żeby poczuć silną słodycz tęsknoty za tajemniczą aurą kobiecości – za bólem, który przekładałby się na zwyczajowe umiejętności towarzyskie, rozbudowane fabuły i plany zalotów, gdyby nie był tak bezgranicznie nieśmiały, nie był jedynakiem, nie odziedziczył rodzinnej ekscentryczności i nie był synem sędziego pokoju. Jakby nie dość tego, dwa lata wczesnego dzieciństwa spędził w łóżku, by odzyskać zdrowie po napadach gorączki reumatycznej. W tamtym okresie – jak mówiono – choroba uszkodziła serce i jedynym remedium miała być całkowita bezczynność. Podczas rekonwalescencji zanurzył się w świat książek i już tam pozostał. W ten sposób to, co miało być stanem przejściowym – nieśmiały charakter młodzieńca – stało się jego trwałym sposobem na życie.

Później, niczym cud, w jego życie wkroczyła Carol, przemieniając go do cna: rozniecając ogień w palenisku, mimo iż miał już ukształtowaną osobowość. Z natury był introwertykiem – jego charakter budowali umiejętnie i cierpliwie pierwszej klasy fachowcy – z solidnymi drewnianymi drzwiami, które się zatrzasnęły, i oknami zamykanymi natychmiast, tak żeby żaden przechodzień nie miał wglądu do środka. Jednak serce ciągle biło, a węgiel się żarzył. I jeżeli teraz nie było już paliwa, żeby podtrzymać ogień, Alex nadmiernie się tym nie przejmował, bo był zadowolony ze swego życia. Miał już za sobą jedną walkę na pięści z rozpaczą, i pamięć o niej słabła, pozostawiając jedynie pewne ślady na dnie duszy. Trzeba było jednak strzec się jakiegoś powrotu tego stanu, jakiejś podatności na zabójcze ukąszenie. Nawet na pierwszy rzut oka było aż nadto jasne, że mamy do czynienia nie ze zwykłym mordercą, lecz z grasującym seryjnym zabójcą i że serce jest jego ulubionym celem. Serce w ogóle jest organem najbardziej wystawionym na ciosy.

Mimo to Alex nie był tak zasklepiony w sobie, żeby polegać tylko na jakiegoś rodzaju absolutnej pewności. Zdawał sobie sprawę, że podejmowane środki ostrożności – nawet to, że wybrał życie spokojnego, dla oczu postronnych, bibliofila – nie dawały dostatecznej gwarancji bezpieczeństwa. Musisz pozostać w miarę elastyczny, mówił sobie, na tyle, na ile potrafisz. Wiedział, że jeżeli nie zdobędzie się na ten wysiłek, to w średnim wieku łatwo zwiędnie, skurczy się, wyschnie i zwapnieje, stanie się kimś w rodzaju gnoma z dickensowskiego sklepu. Sam stanie się owym starym dziwakiem. Jeśli natomiast, zamiast tego, wybierał się na piesze wędrówki do znanych sobie gęsto porośniętych wrzosowisk, to widział tam przestronne krajobrazy i utrzymywał mięśnie, serce i umysł otwarte na możliwości nieskończenie wielkiego i zadziwiającego wszechświata.

Skręcając z Oak Avenue, zszedł w dół po stromym zboczu Tamarack (z liściastymi alejkami i iglastymi uliczkami). Szedł powoli – przy każdym kroku uderzając mocno obcasami, by nie upaść. Dotarłszy bez problemu do drogi biegnącej wzdłuż rzeki, skręcił w lewo i przemierzył pół kwartału w górę rzeki, w kierunku tamy. Tam, w najwęższym punkcie doliny, rzeka miała tylko trzydzieści lub czterdzieści stóp szerokości, przy czym jej wody nabierały rozpędu w wąwozie i na krawędzi tamy, spadając z hukiem na skały w dole. Zbliżając się do kładki, usłyszał piskliwe krzyki, lecz zrazu nie zwrócił na nie uwagi, przekonany, że na położonej nieco dalej ślizgawce hałasują dzieci. Ryk wody przelewającej się przez spływ na tamie tłumił wszelkie inne dźwięki. Gdy wchodził na kładkę, zerknął w dół przez lewe ramię, od strony wysokiego boku tamy, spodziewając się zobaczyć tylko półkole piwnobrunatnej wody przed śluzą.

W wodzie było dwoje dzieci, otwierających i zamykających usta w niemym krzyku. Uczepiły się kawałka kry lodowej po stronie miasteczka. Jedno z nich miało drugie pod ramieniem, a oboje drapali rozpaczliwie półkę lodową, starając się ją uchwycić, lecz jej kawałki ciągle się obrywały, i znoszeni przez prąd, w ciągu jednej, dwóch sekund tego szokującego widowiska, przemieścili się w bezpośrednie sąsiedztwo wrót śluzy.

Gdyby to było lato, przepłynęliby górą, lecz o tej porze roku nurt był słabszy i poziom wody niższy. Alex ocenił, że mimo to – zważywszy na to, gdzie się znajdowali – woda by ich przykryła. Zeskoczył z kładki, upadając na cztery kończyny i lądując na śniegu, i z całych sił popędził w ich stronę. Teraz ich słyszał: piskliwy jęk z jednych ust i krzyki z drugich.

– Trzymajcie się mocno, mocno – zawołał.

Przedarł się przez próg śnieżny przy krawędzi koryta rzeki i położył plackiem na lodzie, twarzą do dołu. Słyszał trzask kruszonego lodu, gdy usiłował energicznie uwolnić się ze skafandra z wełnianej bai. Dzieci znajdowały się przynajmniej dziesięć stóp od niego, z twarzami zwróconymi ku niemu. Dziewczynka piszczała, krztusząc się, starszy chłopiec dyszał ciężko:

– Ratunku! Ratunku!

– Idę do was! Już idę – krzyknął Alex. – Wytrzymajcie!

Dzieci miały dzikie, przerażone oczy, na twarzach i ubraniach zmrożone cząsteczki mgiełki. Alex przyczołgał się do krawędzi, próbował zbliżyć się, by móc rzucić im skafander, żeby zamiast liny posłużył do wyciągnięcia ich w bezpieczne miejsce. Pełznąc powoli do przodu – parę cali, pół stopy, cała stopa – modlił się, żeby starczyło mu czasu. Wyrzucił skafander, ale jego koniec upadł ciężko tuż obok prawej ręki chłopca usiłującej rozpaczliwie go schwycić. Kawałek lodu obłamał się pod nim, ale walcząc o złapanie się kry, pilnował, żeby nie oddalić się od dziewczynki.

Alex przesunął się do przodu na czworakach i jeszcze raz wyrzucił skafander. Tym razem ręka chłopca go pochwyciła. Alex ciągnął mocno, ale dzieci były za ciężkie; musiał podsunąć się bliżej. Jeszcze raz mocno wypchnął się do przodu, mając nadzieję, że ślizgnie się po lodzie, ale ten złamał się pod nim i mężczyzna znalazł się w wodzie.

Zimna woda sparaliżowała go i w nagłej ciemności poczuł przez moment, że traci przytomność. Mocno wierzgając, ponownie wydostał się na powierzchnię, odrzucił kawałki kry i z mozołem kierował się ku dzieciom. Siła prądu się wzmogła, gdy się do nich zbliżał, i pociągnęła go w dół. Buty uderzyły w skaliste dno koryta rzeki. Woda sięgała mu tuż powyżej mostka. Trzy stopy dalej dzieci przewracały oczami, a ramię chłopca znowu ześlizgiwało się z lodu – w odległości długości ciała od miejsca, gdzie rzeka przewalała się przez tamę.

Alex zmusił zdrętwiałe nogi do ruchu – jeden, drugi krok, jeszcze jeden. Woda sięgała teraz do szyi.

Chłopiec puścił krę, gdy Alex pół płynąc, pół skacząc, znalazł się pomiędzy nim a tamą. Chwytając dzieci mocno za ramiona, zwrócił się w kierunku brzegu, ciągnąc je za sobą. Napinając palce u nóg, szukał stopami jakiegoś kamienia czy zatopionej kłody – czegokolwiek, co mogłoby posłużyć mu za podparcie. Niespodziewanie jedna noga odmówiła mu posłuszeństwa: nie mógł jej do końca wyprostować; nie miał w niej czucia i nie wiedział, czy złapał go skurcz, czy uderzył w coś na dnie. Ruszył, wypychając biodra; parł do przodu, jednak ciężar dziecięcych ciał niemiłosiernie spowolnił jego ruchy.

Blisko brzegu wyprostował się, zauważył, że woda sięga mu tuż powyżej kolan. Lód przed nim rozpadał się z każdym jego krokiem. Nie mogąc opanować drżenia, skostniały na całym ciele, wziął dziewczynkę w ramiona i powlókł się w kierunku suchego lądu. Wciągnął ją na brzeg i położył na śniegu. Następnie wrócił po chłopca; ten dyszał głośno, usiłując stanąć na czworakach. Alex ścisnął go wokół klatki piersiowej i pociągnął w górę. Zataczając się, wyszli z wody. Gdy upadł na ziemię, ujrzał ludzi biegnących w ich stronę. Usłyszał klaksony samochodów, trzaśnięcia drzwi, wołania i krzyki. I w ciągu kilku sekund, zanim zamknął oczy, ujrzał galaktyki pomału obracające się w przestrzeniach leżących wysoko ponad rewirami serca.

Przyśniło mu się światło, i światło stało się obecnością, a obecność stała się głosem.

Musisz wrócić, szeptał głos, masz zadanie do wykonania.

Otworzył oczy i ujrzał biały jasno oświetlony pokój oraz księdza Toby’ego z purpurową stułą na szyi i lekarza stojącego obok ze stetoskopem przewieszonym przez szyję.

– Alex! – Usta księdza Toby’ego otwierały się i zamykały, aż zlały się z jego wargami. – Alex, słyszysz mnie?

– Powrócił, proszę księdza – rzekł doktor. – Mało brakowało, ale wyjdzie z tego.

Później obudził się i ujrzał księdza Toby’ego na krześle koło łóżka, czytającego jakieś czasopismo, z wyciągniętymi, skrzyżowanymi nogami. Dalej, za otwartymi drzwiami świeciła się czerwona lampka przy głównym wejściu, ludzie ubrani w zielone mundurki przechodzili żwawo to w jedną, to w drugą stronę.

Ciało Alexa było przyłączone przewodami do aparatów, które regularnie wydawały buczący dźwięk. Bulgotało mu w płucach i odczuwał w nich ból. Twarz miał zranioną i potłuczone ręce, które przeszywał rwący ból. Gdy je podniósł, zauważył, że ma zabandażowane palce.

– Oj! – rzekł chrapliwym głosem.

Ksiądz Toby, widząc, że Alex się przebudził, przysunął krzesło bliżej łóżka.

– Cześć, stary – rzekł ściszonym głosem. – Jak się czujesz?

– Boli – chrypnął Alex. – Boli, jak oddycham.

– Poboli jeszcze chwilę przy oddychaniu. Wiesz, gdzie jesteś?

– Matto-pazzo.

– Matto-pazzo?

– W szpitalu matto-pazzo.

– Tak, jesteś w szpitalu. Pamiętasz, co się stało?

– Pływałem.

– Tak, wybrałeś się trochę popływać.

Ostry ból przeszył go w koniuszkach ust, w wargach, wszędzie.

– Wiesz co, lepiej nic nie mów. Odpoczywaj. Masz zapalenie płuc, ale dobrze sobie radzisz.

Weszła pielęgniarka i ksiądz Toby wstał.

– Zaczyna z tego wychodzić – zwrócił się do niej kapłan. – Jest trochę zdezorientowany, ale myślę, że jest ciągle z nami.

– Gorąco mi! – powiedział Alex.

– Masz gorączkę, ale za chwilę może ci być znowu zimno – rzekł ksiądz Toby. – Musimy poskładać cię do kupy.

– Zamarznąć na śmierć. Łącznie z bateriami.

Pielęgniarka i kapłan spojrzeli na niego z wyrazem niepokoju na twarzach.

Alex zasnął.

Później się obudził, widział, jak światło dnia wlewa się przez okno. Zobaczył też wazon z kwiatami – czerwonymi, białymi, fioletowymi i żółtymi. Rozkwitały, zmieniając powoli barwy. Zapach rozchodził się po całym pokoju.

Znowu zapadł w sen.

Gdy się obudził, na parapecie stała ognista gwiazda betlejemska, a za nią widział gwiazdy. W hallu słychać było kolędy i bicie dzwonów.

Młoda pielęgniarka weszła do pokoju i zmieniła worek z płynem, który kapał do rurki zamocowanej taśmą do jego przedramienia. Pomogła mu podnieść się na łóżku. Łyżeczka po łyżeczce karmiła go z miseczki chudą osoloną zupą. Czuł cudownie jej ramię obejmujące jego barki. Jak słodka byłaby śmierć; właściwie można było umierać.

– Jest pani taka ciepła. – Jego głos chrypiał. – Jest pani taka piękna.

W tym momencie zmitygował się, skonsternowany tym niekontrolowanym wyznaniem. Odpowiedziała lekko ironicznym uśmiechem i wmusiła w niego następną łyżkę zupy.

Gdy później wpadł ksiądz Toby, powiedziała mu:

– Niech ksiądz pilnuje tego pana, dobrze? To prawdziwy tygrys.

– Rzeczywiście to kawał łobuza – rzekł kapłan.

Gdy wyszła z pokoju, ksiądz Toby usiadł na brzegu łóżka.

– Czyżbyś był tygrysem? – odezwał się, unosząc brwi. – Cieszę się, że wracasz do krainy żywych, Alex. Masz się lepiej? Miewasz jeszcze dreszcze?

Alex potrząsnął głową.

– Gorączkę?

– Nie, ale bolą mnie ręce, bolą mnie nogi, również twarz.

– Przez moment trochę się o ciebie martwiliśmy. Ale myślę, że wkrótce wrócisz do domu.

– Jaki mamy dzień?

– Czternasty grudnia.

– Niemożliwe!

– Możliwe, możliwe. Na moment się wyłączyłeś.

Do Alexa dotarło teraz, co się stało.

– Jak się czują dzieci? – zapytał.

– Tych dwoje dzieci? Parę dni przebywały na oddziale dziecięcym, potem wróciły do domu.

– Jak to się stało, że wpadły do wody?

– Jedna z sąsiadek miała je zabrać po próbie chóru w kościele Najświętszej Maryi Panny. Ale ulice były zbyt oblodzone i nie miała na tyle dobrych opon, żeby wjechać na wzniesienie. Uzgodnili więc wspólnie, że spotkają się na dole przy drodze biegnącej wzdłuż rzeki, na wysokości tamy. Gdy tam dotarli, chłopiec uznał, że kobieta się spóźnia. Nie chcieli stać i marznąć. Postanowili więc obrać skrót przez rzekę i spotkać się z sąsiadką po drugiej stronie.

– Czy nie wiedziały, że to bardzo niebezpieczne? Dlaczego przechodziły tak blisko przelewu?

– To nie wina chłopca. Chciał przechodzić dalej od przelewu, ale dziewczynka biegła przodem. Wołał, żeby się zatrzymała, ale było już za późno. Ona wpadła, a on pobiegł za nią. – Księdzu Toby’emu dreszcz przebiegł po plecach. – Bogu dzięki, że ty się zjawiłeś.

– Cieszę się, że są bezpieczne. Dlaczego nie puszczono mnie do domu?

– Z początku byłeś w szoku i miałeś hipotermię. Później nastąpiło wstrzymanie pracy serca, prawdopodobnie bez trwałego skutku. Ale wdało się zapalenie płuc i lekarze są jeszcze nieco zaniepokojeni z powodu serca, zważywszy na to, co ci się przydarzyło. Chodzi o okres, gdy opuściłeś szkołę – to było po ukończeniu klasy dziesiątej, prawda? Leżałeś wtedy trochę w łóżku.

– Dwa lata.

– Doktor Hendricks powiedział mi, że twoje krążenie nie jest całkiem w porządku. Chcą cię mieć na oku. Na pewno powie ci, o co dokładnie chodzi.

– W porządku – powiedział Alex sennie.

– Muszę teraz wracać do parafii spowiadać, ale zjawię się później. Mam ci przynieść kilka książek?

– Nie, dziękuję.

Znowu zrobiło mu się gorąco, myśli mu się mąciły. Gdy ponownie otworzył oczy, było już jasno i ksiądz Toby siedział na krześle i czytał.

– Kto ma pieczę nad sklepem? – zapytał Alex.

Ksiądz Toby podniósł wzrok, zamknął książkę i uśmiechnął się.

– O ile się orientuję, to nikt. Zjawiła się Maria Sabbatino. Głośno lamentowała nad tobą i poprosiła o twoje klucze. Dałem jej. Pomyślałem, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, zważywszy, że parę lat temu była u ciebie gospodynią. Powiedziała, że chce wejść i sprzątnąć, zanim wrócisz, włożyć ci do lodówki coś do zjedzenia, przybrać mieszkanie na Boże Narodzenie.

Alex jęknął.

– Niepotrzebnie, ja w każdym razie nigdy nie robię dekoracji. Odkąd chłopcy sobie poszli. Odkąd... no... Carol zawsze to robiła.

Stary ból niemiłosiernie powrócił. Ksiądz Toby spostrzegł to i przyciągnął krzesło bliżej łóżka.

– No stary – powiedział, szeroko się uśmiechając – czy wiesz, że jesteś niemałym bohaterem?

Alex patrzył na niego beznamiętnie.

– A tak. Całe miasto się w tobie zakochało.

– Ojej.

– Zdarzenie znalazło się na pierwszej stronie Halcyon Leader4, zawojowało też gazety w Toronto i poświęcono mu sześćdziesiąt sekund w CBC National5. Jednak atmosfera Bożego Narodzenia, poczucie wspólnoty, heroizm jeszcze nie umarły. Właśnie.

– Co za bzdura!

– Nie mów, Alex. Twój świetny wyczyn pływacki rozświetlił wiele serc. Wiarę w ludzi i tak dalej.

– To mogło się zdarzyć każdemu.

– Być może. Ale fakty są takie, że zdarzyło się tobie.

– Ten chłopiec uratował swoją siostrę. Ja akurat się tam znalazłem.

– I akurat uratowałeś tę dwójkę.

Alex dostał napadu kaszlu. Gdy mu przeszło, powiedział:

– Wiesz co, nie róbmy z tego jakiejś wielkiej sprawy. Wolałbym raczej, żeby ludzie o tym zapomnieli.

– Tamta rodzina nie zamierza o tym zapomnieć.

– To szkoda. Chciałbym, aby wszyscy zapomnieli.

– Ale to się nie uda, bracie.

– Mam nadzieję, że jednak tak się stanie.

– Poza tym, jesteś akurat takim bohaterem, jakiego ludzie kochają, pokornym bohaterem.

– To nie pokora. Chcę po prostu powrócić do swojego życia i nie musieć mieć do czynienia z hipotezami ludzi.

Ksiądz Toby spojrzał na niego zaciekawiony.

– Jakimi hipotezami?

Alex wzruszył ramionami.

– To fałszywe wyobrażenia.

– A cóż to takiego?

– Nie wiem. Ludzie spodziewają się czegoś po człowieku. Chcą go poznać.

– A co w tym złego, że ludzie chcą cię poznać?

Klatka piersiowa Alexa zaczęła się unosić, w płucach mu bulgotało. Przechylił się nad miską ze stali nierdzewnej, aż atak ustał. Potem opadł wyczerpany na łóżko.

– Spokojnie, stary. Nic już nie mów. Potrzebujesz odpoczynku.

Alex skinął głową i zamknął oczy.

Gdy je ponownie otworzył, zobaczył księdza Toby’ego wchodzącego do pokoju w płaszczu, strząsającego z ramion płatki śniegu.

– Dzień dobry, bohaterze.

– Nie nazywaj mnie tak.

– Dlaczego nie? Przecież to prawda.

– To nieprawda.

– W czym rzecz? Nie możesz przyjąć małej pochwały?

Ksiądz Toby zmarszczył brwi i spojrzał badawczo na Alexa.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz, księże?

– To znaczy jak, Alex?

– W ten sposób.

– W jaki sposób?

– W taki właśnie.

I tak wyglądała stara gra, którą toczyli z przerwami od dzieciństwa. Jej reguły zmieniały się z latami, a sens nie był czytelny dla nikogo poza tymi dwoma graczami. Obaj jednak wiedzieli, o co chodzi. Schodząc na poziom irracjonalnego, dziecinnego zachowania, wytworzyli między sobą równowagę. Była to wojna woli, która bez względu na swą temperaturę była absolutnie przyjacielska. Od początku stała się treningiem umacniania formy dwóch raczej refleksyjnych temperamentów, trochę tak jak zwykli chłopcy popychający i przepychający się, wreszcie zaczynający się mocować bez krzty wrogości – następnie wstający i odchodzący zgodnie na spotkanie rzeczywistości.

– W jaki sposób, Molu?

Taki przydomek od dawna miał u Toby’ego Alex ze względu na swe związki z książkami.

– Otóż w taki sposób, Toffi.

Tak Alex od dawna nazywał Toby’ego, który był kiedyś uzależniony od cukierków toffi Mackintosha, a na nazwisko miał McIntosh.

– W jaki sposób?

– W taki właśnie sposób.

W miarę jak stan zdrowia Alexa się poprawiał, mężczyznę ogarniały innego rodzaju myśli. Uderzyło go, że ksiądz Toby był jego jedynym bliskim przyjacielem, właściwie jego jedynym przyjacielem, i że był obecny w jego życiu od bardzo dawna. I chociaż cenił tę przyjaźń, uświadomił sobie, że nie jest od niej uzależniony i gdyby miała zniknąć z jego życia, jak zniknęło tyle innych rzeczy, nie brakowałoby mu jej za bardzo. W przeciwieństwie do niego ksiądz Toby miał kilkoro bliskich przyjaciół, ponieważ jego dobrotliwa, wychodząca naprzeciw potrzebom bliźnich natura przyciągała do niego ludzi. Ten niski, gruby, nieśmiały Toby, który był zbawiennym towarzyszem Alexa w dzieciństwie, nie był już tym samym chłopcem co kiedyś. Jego wyjątkowy status uległ stopniowemu rozpłynięciu się w okresie, gdy Alex był przykuty do łóżka. Talent hokejowy i związane z tym schudnięcie, gwałtowne zadziałanie przysadki mózgowej w wieku lat piętnastu i autentycznie zadziwiający skok wzrostu – cudowne szczęście, jakie odczuwał z powodu swej własnej metamorfozy, przemieniły go na zawsze. Cierpienie z wczesnych lat młodości przeobraziło się w coś na kształt cierpkiej mądrości. Mdła dziecięca pobożność stała się, w jakimś sensie równolegle, czymś silnym i głębokim, co ostatecznie doprowadziło go do święceń kapłańskich.

Gdy tak prowadzili tę starą zabawę słowną, Alex zaczął czytać między wierszami. Zauważył, że w ostatnim okresie nie był nawet w połowie takim przyjacielem dla księdza Toby’ego, jak kapłan dla niego. Zauważył też, że mógł pomylić się co do łączącej ich relacji. Zawsze zakładał, że ksiądz Toby naprawdę go lubił, być może podziwiając obrany przez Alexa styl życia, właściwy dla intelektualisty. Przypuszczał, że miał do czynienia z przypadkiem późno dojrzewającego ekstrawertyka wciągniętego na spokojne wody wiecznego introwertyka, co stanowiło wygodne wzajemne uzupełnienie. Teraz zastanawiał się, czy ksiądz Toby, przecież szeregowy katolik, co prawda miłosierny, czuł do niego litość, uważając, że Alex jest samotną duszą potrzebującą przyjaciela.

Jeżeli rzeczy tak się miały, to bardzo istotna hipoteza w życiu Alexa wymagała wyjaśnienia. Przerwał grę w pół zdania.

– Księże, powiedz mi prawdę.

– Jaką prawdę?

– Dlaczego tak na mnie patrzyłeś?

– Jak patrzyłem?

– Naprawdę chcę wiedzieć.

Ksiądz Toby zaśmiał się, spuścił wzrok.

– Alex...

– Jestem gotowy się dowiedzieć. Proszę, powiedz.

– Jesteś chorym człowiekiem. Lepiej odpocznij.

– Spojrzałeś na mnie w ten szczególny sposób, którym się posługujesz, gdy chcesz o mnie powiedzieć coś, czego nie chcę słyszeć. To takie uduchowione spojrzenie.

Ksiądz Toby się żachnął.

– Coś ci się wydaje.

Popatrzyli na siebie ze sztucznie miłym wyrazem twarzy.

– Wygląda mi na to, że robisz uniki – powiedział Alex.

– A czego miałbym unikać? Słuchaj, czujesz się w tej chwili podle, Alex, i sporo przeszedłeś przez ostatnie pięć lat. Nie nadawaj rzeczom nadmiernych znaczeń.

Następnego dnia Alex otworzył oczy i zobaczył Marię stojącą obok łóżka, z wilgotnymi oczami, wpatrującą się w niego, jakby był jakimś woskowym bambino w żłobku. Mówiła mu coś o kluczach, ale nie mógł się skupić. Potem z bardzo dumną miną, wynikającą z prawa własności, wyjaśniła mu, że Bruno uratował jego skafander z bai, wyciągając go z rzeki. Parafianie zrzucili się, żeby oddać go do czyszczenia.

– Oto on – powiedziała, otwierając szafkę przy łóżku. – Jak nowy, jak kurtka powinien wyglądać, czysty pierwszy raz od pięć lat.

Zamknął oczy i odpłynął.

Później, rano, doktor Hendricks podszedł do łóżka i przekazał Alexowi szczegóły dotyczące jego stanu fizycznego, powiedział, że dopiero co przeprowadził serię testów, wyniki są dobre: wydruki elektrokardiogramu i z monitora wskazują, że serce nie jest uszkodzone. Jednak ze względu na zapalenie płuc, chce zatrzymać Alexa parę dni dłużej na obserwacji.

– Ksiądz Toby mówi, że miało miejsce zatrzymanie akcji serca – podpowiedział Alex.

Hendricks, minimalista i asekurant, lekko się skrzywił.

– Powiedziałbym, że pańskie serce nie biło regularnie.

– Czy ja umarłem?

– Mówiąc fachowo: tak. Przez trzydzieści sekund nie było pulsu i ślicznie pan zsiniał. Dosyć szybko jednak pana odzyskaliśmy. Poza wysokim ciśnieniem, związanym z zapaleniem płuc, jest pan w dobrej formie. Na razie ciśnienie jest stabilne, gdy pielęgniarka wychodzi. Proszę po prostu przez chwilę unikać skakania do zamarzniętych rzek, a będzie dobrze.

Nareszcie bez rurek, uwolniony od nieustającego dźwięku buczka, Alex wydostał się z łóżka i przemierzał pokój tam i z powrotem, penetrując las roślin doniczkowych i kwiatowe aranżacje. Kręciło mu się w głowie i miał miękkie nogi, był jednak zadowolony, że kwiaty znowu zaczęły się zachowywać normalnie: już nie rozwijały płatków jak w zwolnionym filmie, a ich fale zapachowe stały się niewidzialne. Karteczki przy podarkach zawierały kilka nazwisk, które rozpoznawał, lecz dużo bilecików było od nieznajomych. Na stoliku obok łóżka leżała paczka kopert; na wierzchu był list od jego najstarszego syna. Usiadł na skraju łóżka i go otworzył.

Kochany Tato!

Jestem z Ciebie bardzo dumny. Wszędzie się tutaj w Toronto o tym pisze. Nawet jeden z adwokatów z Osgoode Hall zapytał mnie, czy jesteśmy spokrewnieni. Jak tylko się dowiedziałem, chciałem wskoczyć w pierwszy pociąg do Halcyonu, ale mając na głowie za kilka tygodni egzaminy adwokackie, boję się, że jeśli się zjawię, to nie dam rady. Dzwoniłem codziennie do dr. Hendricksa i on mówi, że z tego wyjdziesz. Czuję się okropnie, że nie mogę akurat teraz Ci pomóc, mam jednak nadzieję, że w Boże Narodzenie wpadnę na dwa dni do domu. Chcę dowiedzieć się wszystkiego z pierwszej ręki, chociaż CBC już Cię wyprzedziło. Ha, ha!

Mam Ci parę rzeczy do powiedzenia.

Czy Andrew wie, co się stało? Próbowałem go łapać, ale na razie nie oddzwonił.

Zdrowiej jak najszybciej,

Jacob

Późnym popołudniem młoda pielęgniarka weszła do pokoju i powiedziała Alexowi, że ma gości. Wyszła na korytarz i po chwili wróciła z dwojgiem dzieci. Siedmio- lub ośmioletnia dziewczynka weszła pierwsza, za nią chłopiec mniej więcej piętnastoletni. Pielęgniarka poklepała ich czule po ramionach i rzekła:

– Zostawiam was samych. – I wyszła, zamykając drzwi.

Goście Alexa stanęli obok łóżka, zrazu niezdolni do spojrzenia mu w oczy. Czuli się nieswojo, nie wiedząc dobrze, co powiedzieć. Obwódki ich uszu nosiły purpurowe ślady otarć. Dziewczynka miała spuszczoną głowę, lecz jej oczy spoglądały na Alexa z mieszaniną nieśmiałości i poufałości. Miała słodką, gładką twarzyczkę z niebieskimi oczami, jej blond włosy były starannie uplecione w warkocz. Chłopiec wpatrywał się w podłogę; nagle oczy mu zabłysły, lecz równie szybko odwrócił wzrok. Szczupła, powściągliwa twarz, piwne oczy pod nieuporządkowaną czarną czupryną. Ściągnął szybko swoje nakrycie głowy w kształcie stożka i zerwał wełnianą dzianą czapeczkę z głowy siostry.

– Cześć – zagaił Alex.

– Dzień dobry – odpowiedzieli uroczyście unisono.

Chłopiec popchnął dziewczynkę do przodu. Wręczyła Alexowi kopertę i cofnęła się o krok.

– Chcemy panu podziękować za uratowanie nas – wymamrotał chłopiec niezdarnie. – Za wyciągnięcie nas z rzeki.

Twarz dziewczynki się rozjaśniła.

– Prawie się utonęliśmy – zawołała.

– Utopiliśmy – poprawił ją brat.

– Zginęlibyśmy! I nasza mama złamałaby sobie serce.

– Miałaby złamane serce – powiedział chłopiec.

Alex uśmiechnął się do nich i rzekł do chłopca:

– Zdawało mi się, że to ty najwięcej zdziałałeś. Nie pozwoliłeś siostrze utonąć. Jak długo byłeś w wodzie?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Może parę minut.

– Jak macie na imię?

– Ja jestem Jamie, a to jest Hannah.

– No cóż, miło mi was widzieć. Czy wiecie, jak się nazywam?

Jamie skinął głową. Hannah podeszła do krawędzi łóżka i powiedziała żywiołowo:

– Pan nazywa się Graham. Pan nas uratował!

Chłopiec nerwowo zwijał czapkę.

– No więc, było nam miło spotkać się z panem – rzekł. – Chcieliśmy po prostu wpaść i podziękować. Pielęgniarka powiedziała, że możemy być tu tylko minutę. Musimy złapać ostatni autobus szkolny.

– Jasne, Jamie i Hannah. Dziękuję, że przyszliście. Bardzo się cieszę, że z wami już wszystko w porządku.

– Moja mama też dziękuje – dodała Hannah. – Napisała do pana list.

Obserwował, jak idą przez hall i rozmyślał nad ich zachowaniem. Był zdania, że ubogim dzieciom brakuje pewności siebie.

Wyczerpała go ta wizyta, odbywana w nieco napiętej atmosferze. Nigdy nie potrafił rozmawiać z dziećmi, co wynikało z tego, że generalnie nie umiał komunikować się z ludźmi. Położył kopertę otrzymaną od dzieci na stoliku przy łóżku, zamknął oczy i zapadł w sen.

Na kolację zjadł cały posiłek bez pomocy pielęgniarki. Po filiżance gorącej herbaty i męczącym kaszlu mającym oczyścić płuca otworzył kopertę. List był napisany odręcznie na papierze w linie, z datą trzy dni po wypadku.

Szanowny Panie Graham,

Brak mi słów, żeby wyrazić podziękowanie za Pański odważny czyn. Ryzykował Pan własnym życiem, żeby uratować Jamie’ego i Hannah. Będę Panu za to dozgonnie wdzięczna. Nie mogę Panu zapłacić (choć wiem, że należy Pan do tych osób, które i tak nie chciałyby zapłaty), ale proszę pamiętać, że jest na tym świecie pewna rodzina, która nigdy nie zapomni tego, co Pan zrobił.

Wiem, że jest Pan zajęty i ma własne, niewątpliwie bardzo wypełnione życie. Lecz jeśli znalazłby Pan odrobinę czasu, bylibyśmy bardzo szczęśliwi, gdyby zechciał Pan nas odwiedzić i zjeść z nami posiłek. Mieszkamy przy ulicy Concession 4, powyżej Wąwozu Wolfe’a.

Dzwoniłam do szpitala i powiedziano mi, że jest Pan ciągle bardzo chory, ale że wyzdrowieje. Dziękuję za to Bogu. My wszyscy tutaj (cała ósemka) codziennie modlimy się za Pana.

Z poważaniem

Mrs. Teresa Colley

PS Przyjechałabym do miasta, żeby Panu osobiście podziękować, lecz niestety obecnie nie mamy samochodu.

Włożył list z powrotem do koperty i położył ją na stoliku. Ogarnęła go przez chwilę fala smutku, gdy pomyślał o ich życiu, o którym tyle się dowiedział z tych krótkich zdań.

List nie mówił: Mój mąż i ja pragniemy Panu podziękować, lecz tylko ja. Gdzie jest mąż, jeżeli w ogóle jest. Podpisała się Mrs., więc musi być mąż. Dziewczynka nie była doświadczona, ale chłopiec był świadkiem paru bolesnych wydarzeń. Zauważył u niego coś w rodzaju rezerwy, a nawet cynizmu. Może jego matka jest kobietą, która miała kłopoty z mężczyznami i chłopiec doznał z tego powodu jakiejś krzywdy? Dziewczynka, bez wątpienia, będzie wzorowała się na matce i sama doświadczy szkody, chociaż to nie przyjdzie od razu.

Wzmianka o zapłacie. Dlaczego to poruszyła? Może dlatego, że sama walczy o byt, ma swoją dumę i musi płacić, żeby funkcjonować w życiu, chcąc uniknąć zobowiązań i upokorzeń, których musiałaby doznać, przyjmując pomoc. Z drugiej strony, zaprosiła go na posiłek do własnego domu. Jeżeli to była szczera oferta, traktowała gościnność swej rodziny jako coś godnego szacunku.

Przeprosiła za to, że nie dziękuje osobiście, tłumacząc to brakiem samochodu. Było raczej rzadkością, żeby mieszkańcy wsi pozostawali bez samochodu. Czy został oddany do naprawy? Może ktoś go przejął. Czyżby jej mąż odjechał nim i go nie zwrócił?

Alex usiadł raptownie w łóżku i w myślach zganił siebie samego. To było osądzanie, powiedział do siebie. Uprzedzenie. Przypomniał sobie, że wiele kobiet znajduje się w poważnych tarapatach nie ze swojej winy. Dlaczego zakładał to najgorsze? Rzeczywiście, ostatnie dane statystyczne na temat nieudanych małżeństw nie były zadowalające: sześćdziesiąt procent z tendencją rosnącą. Mogła być wszelako wdową walczącą heroicznie, by utrzymać dzieci ze skromnych zasobów.

Jak słusznie stwierdził ksiądz Toby, nie był w dobrej kondycji. Jego stan sprawiał, że był bardziej podatny na wyobrażanie sobie różnych rzeczy. Ten umysł, umysł! Ciągle gotowy przenosić własne założenia na innych, na wspólnotę, na cały świat. Relacje międzyludzkie są tak skomplikowane i zawsze skręcające w kierunku irracjonalności. Trzeba czym prędzej wracać do sklepu i książek.

1 Właściwie: Silicon Valley (Dolina Krzemowa); wszystkie przypisy, chyba że zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza.

2 Lampkę wina (wł.).

3 Wspólny Memoriał Findleya.

4 Przewodnik Halcyoński.

5 Canadian Broadcasting Corporation (Kanadyjska Rozgłośnia Radiowa).

2. Wracanie do normalności

Doktor Hendricks odesłał Alexa do domu dwudziestego grudnia, nafaszerował go antybiotykami i surowo nakazał, żeby odpoczywał. Wypuścił go tylko pod warunkiem, że otworzy księgarnię dopiero po Nowym Roku. Gdy taksówka podjechała do krawężnika, Alex rzucił z lubością okiem na szyld witryny swojego sklepu: Książki Zimorodka. Srebrzysto-niebieskie pióra błyszczały w popołudniowym słońcu, oko ze szlachetnego kamienia mrugnęło do niego, grzebieniasty czubek skłonił się w królewskim pozdrowieniu wracającemu gospodarzowi.

Próbował zapłacić kierowcy, mężczyźnie o nazwisku Jedediah Smythe, który był jego kolegą klasowym, a którego koleje życiowe od tamtego czasu rzadko zbiegały się z jego. Jed odmówił przyjęcia pieniędzy, mówiąc:

– To już moja sprawa, panie Graham.

– Chyba żartujesz.

– Ojej, mówię poważnie.

– Ale dlaczego?

– A musi być powód?

– To bardzo ładnie z twojej strony, ale ja nie mogę ci na to pozwolić.

– Jak następnym razem uratuje pan komuś życie, to znowu przejedzie się za darmo.

– Nie zrobiłem niczego, czego nie zrobiliby inni.

– Jasne. – Jed uchylił czapki. – No to wesołych świąt, panie Graham, i spokojnie, okej?

Podkręcił szybę i przygazował, aż opony przywarły do śliskiej nawierzchni alejki i taksówka ruszyła do przodu. Alex patrzył, jak znika za garbem na wysokości Oak Avenue.

No tak, już się zaczęło. Jest personą publiczną, bohaterem. Ale dlaczego Jed cały czas nazywał go panem Grahamem?

Potrząsając głową, wszedł na schody, zauważył, że ktoś oczyścił je ze śniegu. Otworzył drzwi do księgarni i wszedł do środka, wdychając z lubością zapach starzejących się książek i starego werniksu. Spoglądając dokoła na ciemną boazerię i panelowy sufit, witając milczące rzędy ściśniętych książek, nieomal nadepnął na stertę kopert rozrzuconych pod otworem na listy. Z pewnym wysiłkiem pochylił się i zebrał je wszystkie. Na szczęście biurko było niedaleko drzwi. Podszedł do niego na chwiejnych nogach, usiadł i nie zdejmując skafandra i butów, zaczął sortować pocztę. Kilka rachunków, parę listów służbowych i kilka tuzinów kartek świątecznych (poprzednio rzadko otrzymywał więcej niż dziesięć). Nie otworzył żadnej, czytał tylko adresy nadawców, których większości nie rozpoznawał. Nie było niczego z Anglii.

Była jedna kartka od Jacoba. Uśmiechając się, Alex rozciął kopertę nożykiem i wyciągnął kartę, która na pierwszy rzut oka wydawała się fotografią placu budowy. Po bliższym przyjrzeniu się dostrzegł, że jest to jakieś abstrakcyjne dzieło sztuki wykonane z aluminium, zatytułowane: Anioł.

Cześć Tato!

Moi informatorzy meldują mi, że za parę dni wypuszczą Cię za dobre sprawowanie. To wspaniała wiadomość. Jestem pewien, że w czasie świąt będziesz zajęty, skoro zostałeś bohaterem miasta. Miałem nadzieję, że wpadnę na dzień lub dwa do domu na wakacje, ale zdarzyło się coś wielkiego.

Chciałem Ci powiedzieć osobiście, ale nie wychodzi, jak planowałem. Poznałem kogoś nadzwyczajnego. Jej rodzina jest dość zamożna i zaprosiła mnie do Whistler na całe Boże Narodzenie. To taka okazja, która zdarza się jeden raz w życiu – pełny pakiet wczasowy w najlepszym uzdrowisku narciarskim Kolumbii Brytyjskiej, a nawet w ogóle na świecie. Oni za mnie płacą.

Bądź spokojny – to rodzinny wypad i będziemy tam stale pilnowani. Wracamy pod koniec pierwszego tygodnia stycznia. Czy jest szansa, żebyś przybył do Toronto spotkać się z nią? Daj mi znać telefonicznie, zanim wyruszysz.

Moc uścisków. Radosnych świąt Bożego Narodzenia!

Jacob

Jak ona ma na imię, Jacob? Kto to jest? Jak wygląda?

Powiesiwszy skafander na wieszaku i zdjąwszy buty, postawił je równo na macie przy wejściu, sprawdził zegar po dziadku, który się zatrzymał, gdy Alex przebywał w szpitalu. Ustawił należycie wskazówki: minutową i godzinową, nakręcił sprężynę i udał się na górę do swego mieszkania. Tam zauważył, że salon jest przystrojony czymś, co – jak zgadł – było włoskimi dekoracjami. Były to kolorowe wstążki przecinające pokój krzyżowo, czekoladowi święci zwisający na nitkach z żyrandola oraz dania z dziwnie wyglądającej masy kandyzowanej na każdym stole. Kuchnia błyszczała czystością jak oddział szpitalny, linoleum było wyszorowane i nawoskowane po raz pierwszy od lat, lodówka pełna plastikowych pojemników z doczepionymi małymi karteczkami.

Sypialnia nie była szczególnie zmieniona, choć stosy książek wzdłuż ścian były ułożone bardziej prosto i widać było, że ktoś tam odkurzał. Na stoliku nocnym koło łóżka zauważył wazon z czerwonymi goździkami obok zdjęcia Carol. Wyrzeźbiony w drewnie krucyfiks wiszący nad łóżkiem został oczyszczony, jego korpus wytarty z kurzu i nasączony oliwą. Wytarty dywan był odkurzony, obrazy na ścianie wyprostowane. Bielizna w łóżku z baldachimem też była zmieniona i nie było to już kłębowisko przesiąkniętych potem poduszek, zalatujących piżmem kocy i zszarzałych prześcieradeł, tylko nieskazitelnie czyste dzieło: świeżo wyprasowana biała pościel zdradzała, że została wygotowana i wykrochmalona, podwinięta niczym zgięta kartka i przykryta niebieskim kocem misternie wykończonym rdzawoczerwoną szydełkową lamówką.

Był tam ślad Marii.

Czuł wdzięczność za jej liczne przejawy życzliwości i pomyślał, że powinien do niej przedzwonić, jednak nagle poczuł się tak znużony, że położył się na łóżku i zasnął.

W Wigilię Bożego Narodzenia stan jego płuc na tyle się poprawił, że postanowił stawić czoło zimnu nocy i pójść na pasterkę. Włożył garnitur i krawat, wyczyścił buty i z głębi zakamarków szafy w sypialni wydobył jedną ze swych najwartościowszych rzeczy: płaszcz, który należał jeszcze do jego dziadka. Długość i krój całe pokolenia temu wyszły z mody. Poza tym jedwabna podszewka była cienka, ale jodełkowy tweedowy wierzch wydawał się niemal w takim stanie, jak w dniu wyprodukowania. Ważył dwa razy tyle, co współczesne płaszcze. W sam raz pasował w ramionach, co uzasadniało ubranie go nie tylko dlatego, że był ciepły, ale i dla podkreślenia tradycji, godności, znaczenia. Do tego dodał jeszcze jeden skarb: wełniany szkocki szal klanu Grahamów, w kratę – leśna zieleń przecinana czernią.

Zwykle w ciągu roku kościół Najświętszej Maryi Panny wypełniony bywał w niedzielę tylko w trzech czwartych, dzisiaj jednak pozostały jedynie miejsca stojące, co zresztą było typowe w okresie Bożego Narodzenia. Na organach w chórze grała z większym niż zwykle entuzjazmem panna Dufort, wraz z młodszą siostrą, również panną Dufort, która przewracała strony. Mszę świętą koncelebrowali proboszcz, wielebny Penny, oraz ksiądz Toby. Prezbiterium roiło się od ministrantów, był wśród nich Jamie Colley. Homilię, rozważanie na temat aspektu Wcielenia w wierze katolickiej, wygłosił ksiądz Toby. Alexowi trudno było się skoncentrować, chociaż był pewny, że treść była równie znakomita, jak płynący prosto z serca przekaz. Próbował się modlić przez całą mszę, ale był wyczerpany i rozproszony natężeniem emocjonalnych bodźców. Hymn po komunii wykonały dzieci z parafii, które zgromadziwszy się na tle bożonarodzeniowej sceny, śpiewały rzewną Kolędę dzwonów i potrząsały różnorodnymi dzwoneczkami. Alex oparł się pokusie rozejrzenia się po ławkach w poszukiwaniu kobiety bez męża otoczonej kilkorgiem dzieci.

Po modlitwach końcowych organy potężnie rozbrzmiały pieśnią na wyjście: Ten dzień tak bardzo radosny. Wierni wychodzili chwiejnym krokiem, śpiewając banalny tekst dopisany do kompozycji Bacha. Na szczęście słowa zagłuszyły stuletnie niemieckie piszczałki. Gdy pieśń się skończyła, wśród tłumu w ławkach rozległy się pełne uniesienia rozmowy. Wiele osób kierowało się ku wyjściu, dzieci biegały po nawach tam i z powrotem. Tylko garstka wiernych klęczała, modląc się u żłóbka pod ołtarzem.