Opowieść o duchach. Seria Akta Dresdena - Jim Butcher - ebook

Opowieść o duchach. Seria Akta Dresdena ebook

Jim Butcher

4,4

Opis

Oto Harry Dresden – pierwszy (i jedyny) w Chicago magiczny prywatny detektyw. Okazuje się bowiem, że „zwyczajny” świat pełen jest istot dziwnych i magicznych, a większość z nich niezbyt dobrze dogaduje się z ludźmi. I wtedy właśnie do gry wchodzi Harry. Dresden zapomniał jednak o swojej dewizie: „Magia – potrafi zabić”, co mu zaszkodziło, kiedy starł się z nieznanymi napastnikami. I choć jego dalsze istnienie stoi teraz pod pewnym znakiem zapytania, nie oznacza to, że on sam może spoczywać w pokoju.

Harry, uwięziony w krainie, która nie jest do końca ani tutaj, ani gdziekolwiek indziej, dowiaduje się, że trzy bliskie mu osoby są w niebezpieczeństwie. Aby ocalić przyjaciół, postawić zbrodniarzy przed obliczem sprawiedliwości, a samemu ruszyć dalej, musi poznać tożsamość napastnika. Byłoby mu łatwiej, gdyby wiedział, kto jest w niebezpieczeństwie. I miał (działającą) kryształową kulę. I dostęp do magii. Tymczasem nie wywiera wpływu na świat materialny i jest niewidzialny dla wszystkich poza nielicznymi magicznymi jednostkami. Nie jest też jedyną milczącą istotą krążącą po uliczkach Chicago. Do diabła, niektórych sam tam umieścił. A oni pragną zemsty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 683

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału:The Dresden Files – Book Thirteen. Ghost Story

Copyright © 2012 by Jim Butcher

Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66409-73-6

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Air, za przedstawienie mnie Mab w

Podziękowania

Jak zawsze zbyt wielu ludzi zasługuje na podziękowania, na które mam zbyt mało miejsca. Tym razem pragnę szczególnie podziękować redaktorce Anne za znoszenie moich opóźnień w pisaniu. Jestem pewien, że wiele razy przyprawiłem o ból głowy i ją, i innych ludzi próbujących ustalić plan wydawniczy w wydawnictwie Penguin. Bez pomocy mojej agentki Jenn nie udałoby się tego wszystkiego wyprostować, pomogła mi również w trudniejszych momentach, za co jestem jej wdzięczny. Wszystkich was przeprosiłbym na kolanach, gdybym był pewien, że to się już nigdy nie powtórzy. Inaczej byłoby to trochę nieszczere, więc podziękuję wam jedynie za waszą cierpliwość i wyrozumiałość.

Mieszkańcy Wariatkowa Beta zasługują na jeszcze większe podziękowania niż zazwyczaj, szczególnie wszyscy, którzy poświęcili tak dużo czasu i skupienia w ostatnich kilku tygodniach przed terminem wprowadzenia poprawek. Wasze informacje zwrotne, wsparcie i rady były szczególnie cenne.

Moi drodzy patroni, czytelnicy – mogę jedynie podziękować wam za cierpliwość po tym, jak zakończyłem ostatnią powieść w taki sposób, a później kazałem wszystkim czekać trzy miesiące dłużej niż zwykle, upewniając się, że ta książka jest gotowa do wydania. Bawcie się dobrze! (I, formalnie rzecz biorąc, Zmiany nie skończyły się cliffhangerem. Naprawdę).

Dziękuję również Shannon, która musiała żyć ze mną w tym okresie szaleństwa bardziej gorączkowego niż zwykle – jestem całkiem pewien, że w przewidywalnej przyszłości wrócę do zdrowych zmysłów. Spróbuję Ci to wynagrodzić.

Rozdział pierwszy

Życie jest trudne.

Umieranie jest łatwe.

Tak wiele rzeczy musi się złożyć, by powstało życie. Musi dojść do tego w miejscu, które umożliwia jego rozwój, co z perspektywy wszechświata jest równie rzadkie, jak śnieg na pustyni. Żeby się rozpoczęło, muszą spotkać się jego rodzice, w takiej czy innej postaci. W okresie od poczęcia do narodzin może je zakończyć wiele różnych zagrożeń. Nie wspominając już o trosce i wysiłku niezbędnych, by dbać o nowe życie do czasu, gdy będzie dość duże, by poradzić sobie samodzielnie.

Życie jest pełne trudu, poświęcenia i bólu, a w chwili gdy przestajemy rosnąć, wiemy, że zaczęliśmy umierać. Przyglądamy się bezradnie, jak rok po roku nasze ciała starzeją się i zawodzą, choć instynkt przetrwania każe nam działać dalej – co oznacza życie z przerażająca świadomością, że, tak czy inaczej, śmierć jest nieunikniona. Stworzenie i podtrzymanie życia wymaga ogromnych wysiłków, a proces ten jest pełen pułapek i niespodziewanych komplikacji.

W porównaniu z tym zakończenie życia jest proste. A nawet łatwe. Wymaga względnie niewielkiego wysiłku, pojedynczego mikroba, ostrza, dużego ciężaru... albo kilku gramów ołowiu.

Tak trudno je stworzyć. Tak łatwo zniszczyć.

Można by sądzić, że życie będzie miało dla nas większą wartość.

Umarłem w wodzie.

Nie wiem, czy zabił mnie upływ krwi z rany postrzałowej, czy utonąłem. Choć śmierć jest największą grozą ludzkiego doświadczenia, po jej zakończeniu szczegóły przestają się liczyć. Już nie jest przerażająca. Słyszeliście o tym tunelu ze światełkiem na końcu, o którym wspominają ludzie, którzy otarli się o śmierć? Mam to za sobą.

Oczywiście nigdy nie słyszałem, żeby ktoś pędzący w stronę światełka usłyszał niespodziewanie przeraźliwy gwizd lokomotywy.

Nagle jak przez mgłę uświadomiłem sobie, że czuję swoje stopy i że stoję na czymś przypominającym tory. Wiedziałem, czym są, bo zbliżający się pociąg sprawiał, że drżały pod moimi podeszwami. Serce zabiło mi szybciej.

Na litość, czy nie mówiłem przed chwilą, że śmierć już nie jest przerażająca? Powiedzcie to moim gruczołom dokrewnym.

Oparłem dłonie na biodrach i z niesmakiem wpatrywałem się w nadjeżdżający pociąg. Miałem za sobą długi dzień, podczas którego walczyłem z siłami zła, całkowicie zniszczyłem Czerwony Dwór, uratowałem córkę i zamordowałem jej matkę – aha, i po drodze zostałem śmiertelnie postrzelony. Tego typu rzeczy.

Miałem zaznać spokoju, stać się jednością ze świętą światłością albo ustawić się w kolejce do następnej przejażdżki kolejką górską – a może płonąć w piecu wyposażonym w stereo, które odtwarzało wyłącznie Barry’ego Manilowa. Tak się dzieje, kiedy człowiek umiera, prawda? Czeka go nagroda. Poznaje odpowiedź na Wielkie Pytania życia.

– Nie zostaje się przejechanym przez pociąg – powiedziałem z irytacją.

Założyłem ręce na piersi, mocno stanąłem na nogach i wojowniczo uniosłem brodę, kiedy pociąg z dudnieniem zbliżał się w moją stronę.

– Co z tobą?! – ryknął jakiś mężczyzna, a później wokół mojego prawego ramienia zacisnęła się ciężka, silna ręka, która siłą ściągnęła mnie z torów. – Nie widzisz tego przeklętego pociągu?

Wspomniany pociąg zaryczał jak żywa istota, wściekła bestia, która wyła i zawodziła z rozczarowaniem, kiedy zostałem zabrany jej z drogi. Podmuch szarpał mnie jak ostre, gorące palce i nawet pociągnął mnie kilka centymetrów w stronę skraju peronu.

Minęła cała subiektywna wieczność, zanim przejechał, a ja jeszcze przez chwilę leżałem na ziemi, dysząc ciężko, moje serce zaś pędziło na złamanie karku. Kiedy w końcu zaczęło zwalniać, rozejrzałem się dookoła.

Leżałem rozciągnięty na czystym, ale podniszczonym betonowym peronie i nagle uświadomiłem sobie, że nad moją głową świecą jarzeniówki, jak na wielu stacjach kolejowych w okolicach Chicago. Rozejrzałem się po peronie, ale choć wydawał się znajomy, nie umiałem go do końca umiejscowić. Nie było innych pasażerów. Żadnych ulotek ani reklam. Tylko pusty, czysty, pozbawiony cech szczególnych budynek.

I para starannie wypastowanych eleganckich półbutów.

Przeniosłem wzrok w górę, po tanich spodniach i taniej marynarce, i ujrzałem mężczyznę koło trzydziestki, który z kolei patrzył na mnie. Był niski, ale masywny, i robił wrażenie, że gdyby zderzył się z samochodem, wgniótłby zderzak. Oczy miał ciemne i błyszczące, co sugerowało bystrą inteligencję, a linię włosów cofniętą dość daleko od miejsca, gdzie musiała znajdować się na początku. I choć nie nazwałbym go przystojnym, jego twarz wzbudzała zaufanie.

– Pociągi w kierunku południowym ostatnio jeżdżą dosyć szybko. – Patrzył na mnie z góry. – Pomyślałem, że raczej nie chciałbyś się z nim spiknąć, tajemniczy przybyszu.

Gapiłem się na niego. W głowie dodałem dwadzieścia lat i dwadzieścia kilo do mężczyzny, który stał przede mną, odjąłem jeszcze więcej włosów i uświadomiłem sobie, że go znam.

– C... – wykrztusiłem. – C-c-c...

– Powiedz to razem ze mną – polecił i wypowiedział bardzo starannie: – Carmichael.

– Ale ty jesteś... no wiesz. Martwy.

Prychnął.

– A niech mnie. Jest z nami teraz prawdziwy detektyw. Możemy wykorzystać niesamowity magiczny intelekt tajemniczego przybysza we własnej osobie. – Uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do mnie rękę. – I kto to mówi, Dresdenie.

Wciąż oszołomiony, złapałem za rękę sierżanta Rona Carmichaela, niegdyś z Wydziału Dochodzeń Specjalnych chicagowskiej policji. Był partnerem Murphy. I oddał życie, żeby ocalić ją przed rozszalałym loup-garou. To było... Na wszystkie dzwony piekieł, ponad dziesięć lat temu. Widziałem, jak umierał.

Kiedy już wstałem, przez chwilę patrzyłem na niego z góry, potrząsając głową. Byłem od niego dużo wyższy.

– Ty... Wyglądasz świetnie.

– Zabawne, jak śmierć wpływa na człowieka. – Teatralnie otworzył szerzej oczy. – A ja męczyłem się ze Strażnikami Wagi i całym tym szajsem. – Popatrzył na zegarek. – To wszystko jest bardzo miłe, ale lepiej ruszajmy.

– Uch – odezwałem się ostrożnie – dokąd właściwie mamy ruszać?

Carmichael wsunął do ust wykałaczkę i powiedział ze swoim charakterystycznym akcentem:

– Do biura. Chodź.

Wyszedłem za nim ze stacji, a tam czekał na nas stary złoty mustang. Carmichael obszedł go, otworzył drzwi kierowcy i wsiadł. Było ciemno. Padało. Latarnie uliczne świeciły, ale okolica wydawała się opustoszała. Wciąż nie umiałem powiedzieć, gdzie dokładnie w Chicago się znajdowaliśmy, co było cholernie dziwne – znam swoje miasto. Wahałem się przez chwilę, po czym rozejrzałem dookoła, próbując określić swoją lokalizację na podstawie charakterystycznych budynków.

Carmichael otworzył drzwi.

– Nie zadawaj sobie trudu, chłopcze. Tu są wszystkie budynki, które mogły powstać, jak również te, które istnieją. Jeśli zaczniesz się nad tym zastanawiać, tylko rozboli cię głowa.

Wsiadając do starego mustanga, rozejrzałem się raz jeszcze. Zamknąłem drzwi. Carmichael wyjechał powoli na puste ulice.

– To nie jest Chicago.

– Geniusz z ciebie – odparł przyjaźnie.

– W takim razie... gdzie jesteśmy?

– Pomiędzy.

– Pomiędzy czym?

– Pomiędzy czym? Pomiędzy kim. Pomiędzy gdzie. Pomiędzy kiedy.

Zmarszczyłem czoło.

– Zapomniałeś o „dlaczego”.

Pokręcił głową i wyszczerzył zęby.

– Wcale nie, chłopcze. Bardzo tu lubimy „dlaczego”. Jesteśmy wielkimi fanami „dlaczego”.

Przez chwilę rozważałem to ze zmarszczonym czołem, po czym spytałem:

– Dlaczego tu jestem?

– Nie słyszałeś o grze wstępnej, co? Od razu przechodzisz do rzeczy.

– Dlaczego jestem tutaj, a nie, no wiesz, gdziekolwiek powinienem się znajdować?

– Może właśnie znalazłeś się na skraju śmierci. Może toniesz, a to iluzja, którą stworzył dla ciebie twój umysł, by ukryć przed tobą prawdę o śmierci.

– Bycie tutaj? Z tobą? Spotkałem się ze swoją podświadomością i on nie jest aż tak pokręcony.

Carmichael się roześmiał, co brzmiało ciepło i szczerze.

– Ale to właśnie mogłoby się dziać w tej chwili. I o to chodzi.

– Nie rozumiem. Zupełnie.

– I o to też chodzi.

Spiorunowałem go wzrokiem.

Nie przestając się uśmiechać, powiedział:

– Chłopcze, wolno ci zobaczyć tyle, ile jesteś w stanie znieść. Na razie jesteśmy w miejscu, które bardzo przypomina Chicago, jedziemy w deszczu moim starym mustangiem, bo takie są twoje ograniczenia. Coś więcej – przez chwilę zastanawiał się nad doborem słów – zredukowałoby pewne możliwości, a tego żeśmy nigdy nie lubili.

Przez chwilę się nad tym zastanawiałem.

– Właśnie użyłeś w jednym zdaniu „zredukowałoby” i „żeśmy”.

– Kupiłem jeden z tych kalendarzy „słowo na każdy dzień roku”. Nie bądź konfliktogenny.

– Chyba sobie żartujesz. – Usadowiłem się wygodniej. – Konfliktogenność to moja natura.

Carmichael prychnął i zmrużył oczy.

– No tak. Zobaczymy.

Rozdział drugi

Carmichael zatrzymał mustanga przed budynkiem, który przypominał mi stare odcinki Obławy. Zaparkował na pustej ulicy i razem ruszyliśmy w stronę wejścia.

– To dokąd idziemy?

– Mówiłem ci. Do biura.

Zmarszczyłem czoło.

– Nie mógłbym liczyć na więcej szczegółów?

Zmrużył oczy i rozejrzał się dookoła.

– Nie tutaj. Nie jesteśmy w bezpiecznej okolicy. Ściany mają uszy.

Zatrzymałem się na całkowicie pustym chodniku i rozejrzałem po nieruchomej, opustoszałej ulicy. Widziałem jedynie samotne latarnie, światła uliczne i okna pozbawione zarówno świateł, jak i zasłon, bardziej obojętne niż puste oczy trupa.

– Jasne. Mamy tu prawdziwe gniazdo intryg.

Carmichael zatrzymał się przy drzwiach i obejrzał przez ramię. Przez kilka sekund nic nie mówił, po czym odezwał się cicho, bez śladu afektacji w głosie:

– Tam są Istoty, Dresdenie. A niektóre z tych Istot są gorsze od śmierci. Lepiej, żebyś wszedł do środka.

Przewróciłem oczami. Ale...

Coś w pustce wokół mnie nagle zaczęło mi wyjątkowo działać na nerwy.

Wcisnąłem ręce do kieszeni i spróbowałem wkroczyć swobodnym krokiem do środka. Pragnienie, by między mną a pustką znalazła się solidna ściana budynku, mogło nieco podkopać moje wysiłki. Carmichael wyjął klucz, otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka, a sam przeszedł za mnie i wpatrywał się w ulicę do chwili, aż znów zamknął drzwi na klucz.

Skinął strażnikowi, gliniarzowi w mundurze galowym, który stał tuż obok windy, w pozycji „spocznij”, ale całkowicie wyprostowany, z rękami założonymi za plecami. Mundur strażnika był dosłownie idealny. Idealnie czysty, idealnie wyprasowany, z idealnie białymi rękawiczkami. Z błyszczącej czarnej kabury na biodrze wystawał zdobiony srebrem, grawerowany rewolwer. Rysy twarzy mężczyzny pasowały do munduru – absolutnie symetryczne, mocne, spokojne.

Zatrzymałem się na chwilę, popatrzyłem na strażnika ze zmarszczonym czołem i sięgnąłem po Wejrzenie.

Zawodowi magowie tacy jak ja mają dostęp do różnych dziwnych rzeczy. Jedną z najdziwniejszych jest Wejrzenie, które w różnych epokach opisywano jako drugi wzrok, trzecie oko, złe oko i mnóstwo innych. Pozwala magowi dostrzec prawdziwą naturę rzeczy, które go otaczają, dostrzec otaczający go niewidzialny świat energii i mocy. To niebezpieczne. Kiedy zobaczy się coś poprzez Wejrzenie, nie da się już tego zapomnieć, a wspomnienie nie blaknie wraz z upływem czasu. Jeśli spojrzy się na coś niewłaściwego, można się pożegnać ze zdrowymi zmysłami.

Jednakże cała ta scena za bardzo przypominała mi Strefę mroku i musiałem znaleźć coś, co mógłbym rozpoznać, coś znajomego, coś, czym nie karmił mnie człowiek wyglądający jak młodszy, chudszy Carmichael. Postanowiłem zidentyfikować jeden przedmiot, który z największym prawdopodobieństwem mógłby mi powiedzieć coś o otaczających mnie ludziach – źródło mocy.

Skupiłem się na broni strażnika.

Przez chwilę nie działo się zupełnie nic. A później czerń i srebro błyszczącej broni zmieniły się, przeobraziły. Kabura wydłużyła się, opadając wzdłuż nogi strażnika, wykładana macicą perłową rękojeść również się przekształciła, wyprostowała. Srebrna lufa i magazynek stały się głowicą, jelcem i rękojeścią prostego miecza. Z broni wydobywał się blask – nie odbijała światła korytarza, ale sama nim emanowała.

Strażnik natychmiast przeniósł na mnie spojrzenie swoich niebieskich oczu. Uniósł dłoń i powiedział łagodnie:

– Nie.

Moje Wejrzenie zniknęło, jakby ktoś zatrzasnął mi drzwi przed nosem, i broń była znów zwyczajnym rewolwerem.

Strażnik skinął mi głową.

– Przepraszam za gwałtowność. Mógłby pan zrobić sobie krzywdę.

Spojrzałem. Na jego identyfikatorze widniało jedno słowo – AMITIEL.

– Jasne – powiedziałem cicho, unosząc puste dłonie. – Żaden problem. Nie mam z tym żadnego problemu, stary.

Carmichael skinął z szacunkiem strażnikowi i wcisnął przycisk, żeby przywołać windę. Drzwi natychmiast się otworzyły.

– Chodź, tajemniczy przybyszu. Czas ucieka.

Wydawało się, że słowa te rozbawiły funkcjonariusza Amitiela. Z uśmiechem uniósł dwa palce do czapki, od niechcenia salutując Carmichaelowi. A następnie znów przyjął rozluźnioną postawę strażnika, spokojnie wpatrując się w pustkę, która wzbudziła we mnie taki niepokój.

Drzwi windy się zamknęły, a kabina trzeszczała przez chwilę, zanim ruszyła.

– Teraz, kiedy między nami a tym czyś, co cię niepokoi, stoi co najmniej jeden anioł stróż, czy mógłbyś mi powiedzieć, dokąd idziemy?

Carmichael zmrużył oczy i chrząknął.

– Ja tu jestem przewodnikiem, Dresdenie. Musisz porozmawiać z kapitanem.

* * *

Carmichael przeprowadził mnie przez komisariat, jedno z tych dużych pomieszczeń, w których biurka stały obok siebie, nie w boksach. Bardzo przypominało centralę Dochodzeń Specjalnych w Chicago. Przy biurkach siedziało kilkanaścioro mężczyzn i kobiet, przeglądali akta, rozmawiali przez telefony i w ogóle wyglądali jak gliny przy pracy. Wszyscy robili wrażenie rówieśników Carmichaela – dokładnie w tym wieku, w którym młodzieńcza energia i mądrość zdobyta wraz z doświadczeniem życiowym osiągają równowagę. Nie rozpoznałem żadnego z nich, choć Carmichael przywitał się z kilkorgiem skinieniem głowy. Podszedł do drugich drzwi w pomieszczeniu, prowadzących do biura, i zapukał.

– Wejść – powiedział ktoś niezbyt głośno gładkim barytonem.

Carmichael otworzył drzwi i wprowadził mnie do środka. Biuro było niewielkie i nosiło wyraźne ślady zużycia. Widziałem stare szafki na akta, stare drewniane biurko i podniszczone drewniane krzesła. Na blacie stały szufladki na sprawy do zrobienia i załatwione, nabijak do karteczek i telefon z tarczą. Nie było komputera, ale na stole obok biurka spoczywała stara elektryczna maszyna do pisania.

Mężczyzna za biurkiem również wyglądał na rówieśnika Carmichaela i robił wrażenie zawodowego boksera. Wokół oczu miał kilka blizn, a do tego wielokrotnie złamany nos. Zawiesił marynarkę na oparciu krzesła, a rękawy jego białej koszuli opinały się na bicepsach. Podwinął je do łokcia, ukazując przedramiona grube jak drewniane słupy telefoniczne i na oko równie wytrzymałe. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i szczękę tak mocną, że kojarzył mi się z buldogiem. Z jakiegoś powodu wyglądał znajomo.

– Jack – powiedział Carmichael – to Dresden.

Jack obrzucił mnie uważnym spojrzeniem, ale nie wstał ani się nie odezwał.

– Zawsze taki jest, zanim wypije kawę – wyjaśnił Carmichael. – Nie traktuj tego osobiście.

– Kawa – powiedziałem, żeby przerwać ciszę, która zapadła. – Brzmi nieźle.

Jack przez chwilę patrzył na mnie z ukosa, po czym odezwał się tym samym melodyjnym głosem:

– Jesteś głodny, Dresdenie?

– Nie.

– Spragniony?

Zastanowiłem się nad tym.

– Nie.

– To dlatego, że jesteś martwy. – Uśmiech Jacka, który zniknął po krótkiej chwili, nie był szczególnie uspokajający. – Nie musisz pić. Nie musisz jeść. Nie ma kawy.

Popatrzyłem na Carmichaela.

– Nie wycofuję swoich słów. – Carmichael spojrzał na Jacka i wskazał palcem na drzwi. – Muszę wracać do tej sprawy z rakszasą.

– Idź – powiedział Jack.

Carmichael poklepał mnie po ramieniu.

– Powodzenia, chłopcze. Baw się dobrze.

I wyszedł zdecydowanym krokiem, jak człowiek, który ma zadanie. Ja pozostałem z Jackiem pośród niezręcznej ciszy.

– Nie spodziewałem się, że życie po śmierci będzie tak wyglądać – powiedziałem.

– To dlatego, że wcale nim nie jest.

Zmarszczyłem czoło.

– Powiedział pan, że jestem martwy. Z czego wynika życie po śmierci.

– Jesteś martwy. A to jest pomiędzy.

Znów zmarszczyłem czoło.

– To znaczy coś jak... czyściec?

Jack wzruszył ramionami.

– Jeśli ci to odpowiada, możesz używać tego określenia. Ale nie znalazłeś się tu dlatego, że musisz się oczyścić. Jesteś tutaj ze względu na nieprawidłowości związane ze swoją śmiercią.

– Zostałem postrzelony. Albo utonąłem. Ani jedno, ani drugie nie jest szczególną rzadkością.

Jack uniósł dużą, kwadratową dłoń i pomachał nią.

– Nie chodzi o kwestie fizyczne, ale duchowe.

Zmarszczyłem czoło.

– Duchowe?

– Przeciwnik. Umarłeś, bo oszukiwali.

– Chwileczkę. Jaki przeciwnik?

– Anioł stojący na straży przy windzie jest czymś, co my gliniarze nazywamy poszlaką. Mam ci wszystko rozrysować?

– Yyy... To znaczy piekło? Prawdziwi Upadli?

– Nie do końca. Ale jeśli tak chcesz o tym myśleć, może być. W pewnym sensie. Musisz wiedzieć jedynie, że to źli goście.

– Dlatego tu jestem. Bo oni... złamali jakąś kosmiczną zasadę?

– Wchodziłeś im w drogę. Chcieli, żebyś zniknął. Złamali prawo, żeby do tego doprowadzić. A to sprawia, że jesteś moim problemem.

Zmarszczyłem czoło i popatrzyłem po sobie. Zauważyłem od niechcenia, że mam na sobie dżinsy, prostą czarną koszulkę i swój czarny skórzany płaszcz – który został rozerwany na strzępy i wrzucony do jeziora godzinę albo trzy przed tym, jak zostałem postrzelony. Chcę przez to powiedzieć, że mój płaszcz umarł.

Ale oto miałem go na sobie i wyglądał jak nowy.

I wtedy właśnie to do mnie dotarło.

Byłem martwy.

Byłem martwy.

Chicago, Biała Rada, moi wrogowie, przyjaciele, córka... wszyscy odeszli. Byli przestarzali. A ja nie miałem pojęcia, co się miało teraz ze mną stać. Miałem wrażenie, że pokój zaczął się kołysać. Nogi się pode mną ugięły. Usiadłem na krześle naprzeciwko Jacka.

Czułem na sobie jego spokojne spojrzenie. Odezwał się po chwili.

– Synu, każdy z nas przez to przechodził. Trudno stawić temu czoło, ale musisz się rozluźnić i skupić, albo nic dla ciebie nie będę mógł zrobić.

Odetchnąłem głęboko z zamkniętymi oczami – i po raz pierwszy zauważyłem, jak niewiarygodnie się czuję. Zupełnie jakbym powrócił do dzieciństwa, kiedy przepełniała mnie energia i potrzeba, by pozbyć się jej, robiąc coś przyjemnego. Moje kończyny wydawały się silniejsze, szybsze, lżejsze.

Spojrzałem na lewą rękę i zobaczyłem, że nie pokrywają jej blizny po poparzeniu przed wielu laty. Była cała, jakby nigdy nie stała mi się krzywda.

Doszedłem do logicznego wniosku, że wcale nie czułem się aż tak niewiarygodnie – po prostu zniknął cały katalog obrażeń i traum. Nie było również wyblakłej, bardzo starej blizny na prawym przedramieniu – pamiątki po tym, jak ześlizgnął mi się nóż, kiedy oczyszczałem rybę, którą złowiliśmy razem z dziadkiem.

Nieodłączne, z wolna narastające dolegliwości i bóle ustąpiły. Co w sumie miało sens, bo nie miałem już ciała.

Ból zniknął.

Potarłem twarz dłonią i powiedziałem:

– Przepraszam. To dużo do przetrawienia.

Znów ten uśmiech.

– Ha. To dopiero początek.

Ton jego głosu mnie zirytował. Dał mi coś, czego mogłem się trzymać, więc zaparłem się metaforycznymi nogami i zmusiłem kołyszący się pokój do zatrzymania.

– Kim pan jest? – spytałem. – I jak może mi pan pomóc?

– Jeśli chcesz mnie jakoś nazywać, mów mi „kapitan”. Albo Jack.

– Albo Sparrow?

Jack posłał mi spojrzenie gliniarza, w którym malowała się jedynie odrobina dezaprobaty. Sięgnął nad biurkiem, wyciągnął teczkę i położył ją na podkładce. Otworzył ją i przejrzał zawartość.

– Posłuchaj, chłopcze, utknąłeś tutaj. Nigdzie nie pójdziesz, przynajmniej do czasu, aż wyjaśnimy tę rozbieżność.

– Czemu nie?

– Bo to, co przychodzi później, nie jest dla ludzi, którzy oglądają się za siebie albo psioczą, że zostali niesprawiedliwie potraktowani. – Jack patrzył na mnie ze szczerą miną. – Dlatego wyjaśnimy, w jaki sposób cię wykiwali. Później ruszysz dalej do tego, co jest później.

Pomyślałem o uwięzieniu w pustej skorupie miasta na zewnątrz i zadrżałem.

– W porządku. Jak to naprawimy?

– Wracasz. I łapiesz tego męta, który ci to zrobił.

– Wracam? Wracam do?

– Na Ziemię, zgadza się. Do Chicago. – Jack zamknął teczkę i wrzucił ją do szuflady na sprawy załatwione. – Znajdziesz tego, kto cię zabił.

Uniosłem brew.

– Chyba pan sobie żartuje.

Wpatrywał się we mnie z miną tak przyjazną jak wysoka, ostra górska grań. Przewróciłem oczami.

– Chce pan, żebym rozwiązał sprawę własnego morderstwa?

Wzruszył ramionami.

– Jeśli wolisz dostać robotę tutaj, mogę ci coś załatwić.

– Auć. – Znów zadrżałem. – Nie.

– W porządku. Jakieś pytania?

– No... Co miał pan na myśli, kiedy powiedział pan, że mnie odsyła? To znaczy... z powrotem do ciała czy...?

– Nie. Jest niedostępne. To tak nie działa. Wracasz tak, jak stoisz.

Zmarszczyłem czoło i popatrzyłem po sobie.

– Jako duch.

Rozłożył szeroko ręce, jakbym właśnie pojął ogromną i niezmiernie ważną prawdę.

– Nie kręć się po wschodzie słońca. Uważaj na progi. Znasz zasady.

– Jasne. – Poczułem niepokój. – Ale bez ciała...

– Nie będziesz miał zbyt dużo magii do wykorzystania. Większość ludzi nie będzie cię widzieć ani słyszeć. Nie będziesz mógł niczego dotknąć.

Gapiłem się na niego.

– Jak mam się dowiedzieć czegoś w takim stanie?

Jack uniósł obie ręce.

– Chłopcze, nie ja ustanowiłem prawo. Ja jedynie pilnuję, by go przestrzegano. – Zmrużył oczy. – Poza tym sądziłem, że jesteś detektywem.

Zacisnąłem zęby i spiorunowałem go wzrokiem. Jestem w tym niezły, ale on nie wyglądał na poruszonego. Powoli wypuściłem powietrze.

– Rozwiązać sprawę własnego morderstwa.

Pokiwał głową.

Gniew, który narodził się w mojej piersi, przeniknął do głosu.

– Pewnie nie wystarczy, że przez całe dorosłe życie starałem się pomagać ludziom i ich chronić. Muszę zrobić coś jeszcze, zanim wyruszę na spotkanie ze Świętym Piotrem.

Jack wzruszył ramionami.

– Nie byłbym tego taki pewien. Z taką historią równie dobrze możesz znaleźć się w pociągu jadącym na południe.

– Piekło – warknąłem. – Wie pan, czym jest piekło, kapitanie Sparrow? Piekło to patrzenie na córkę ze świadomością, że już nigdy się jej nie dotknie. Nigdy się z nią nie porozmawia. Nigdy się jej nie pomoże ani nie ochroni. Poproszę jezioro płomieni. Nie może się ani trochę równać.

– Jeśli o to chodzi – powiedział spokojnie Jack – wiem, czym jest piekło. Nie jesteś jedynym martwym gościem, który ma córkę.

Opadłem z powrotem na krzesło i zmarszczyłem brwi, a później przekręciłem głowę, by spojrzeć ponad nim na prosty pejzaż wiszący na ścianie.

– Jeśli to ma jakieś znaczenie, trojgu ludzi, których kochasz, stanie się wielka krzywda, jeśli nie znajdziesz swojego mordercy.

– Co ma pan na myśli, mówiąc krzywda?

– Okaleczenie. Przemiana. Załamanie.

– O jakich troje ludzi chodzi?

– Nie mogę ci tego powiedzieć.

– Aha – mruknąłem. – Pewnie, że pan nie może.

Zastanowiłem się nad tym. Może i umarłem, ale z całą pewnością nie byłem gotów odejść. Musiałem się upewnić, że ludzie, którzy pomogli mi pokonać Czerwonego Króla, są bezpieczni. Moja praktykantka Molly została poważnie ranna poczas walki, ale to nie był jej największy problem. Po mojej śmierci nic nie chroniło jej przed przyśpieszoną dekapitacją z rozkazu Białej Rady Magów.

A moja córeczka, mała Maggie, wciąż tam była. Pozbawiłem ją matki, a ktoś inny pozbawił ją ojca. Musiałem dopilnować, by ktoś się nią zaopiekował. Musiałem pożegnać się z dziadkiem... i Karrin.

Boże. Co zastała Karrin, kiedy wróciła, żeby mnie zabrać? Wielką kałużę krwi? Mojego trupa? Brakowało jej właściwego oglądu sytuacji i była na tyle uparta, że z całą pewnością obwiniała się o wszystko, co się wydarzyło. Najpewniej doprowadziła się do załamania. Musiałem jakoś do niej dotrzeć, a nie mogłem tego zrobić z tej duchowej Syberii.

Czy to o nich mógł mówić kapitan? A może o kimś zupełnie innym.

Niech to diabli.

Moja jaźń mogła się czuć pełna energii i ożywiona, ale umysł był znużony ponad wszelką miarę. Czy nie zrobiłem już dosyć? Nie pomogłem wystarczająco wielu ludziom, uratowałem wystarczająco wielu więźniów, pokonałem wystarczająco wiele potworów? Narobiłem sobie wrogów wśród najbardziej niebezpiecznych i niegodziwych istot na tej planecie i ciągle z nimi walczyłem. A jedna z nich mnie za to zabiła.

„Niech odpoczywa w pokoju” piszą na tych wszystkich nagrobkach. Walczyłem przeciwko napierającej fali, aż całkiem dosłownie mnie zabiła. Gdzie więc, do diabła, był mój odpoczynek? Mój pokój?

„Trojgu ludzi, których kochasz, stanie się wielka krzywda, jeśli nie znajdziesz swojego mordercy”.

Moja wyobraźnia stworzyła sceny udręki ludzi, na których najbardziej mi zależało. Co właściwie przypieczętowało sprawę. Nie mogłem pozwolić, by doszło do czegoś takiego.

Poza tym była jeszcze jedna rzecz, przez którą zyskałem pewność, że chcę wrócić. W ostatecznym rozliczeniu... jakiś sukinsyn mnie zabił.

Takich rzeczy nie można puścić płazem.

A gdybym dzięki temu mógł wydostać się z tego miejsca i ruszyć dalej, dokądkolwiek miałem się udać, była to wartość dodana.

– W porządku – powiedziałem cicho. – Jak to działa?

Przesunął w moją stronę podkładkę, kawałek papieru i ołówek.

– Trafisz pod podany adres w Chicago. Zapisz go tutaj. Kierowca cię tam zawiezie.

Wziąłem podkładkę i papier, spojrzałem na nie ze zmarszczonym czołem i próbowałem wymyślić, dokąd się udać. Chodzi o to, że nie mogłem pojawić się w dowolnym miejscu. Jeśli miałem tam trafić jako czysty duch, próba skontaktowania się ze zwyczajowymi sojusznikami spełzłaby na niczym. Potrzeba sporego talentu, by zobaczyć ducha, który się jeszcze nie zmaterializował w postaci, w jakiej bywają widoczne dla gołego oka. Przyjaciele nie wiedzieliby nawet o mojej obecności.

– Z czystej ciekawości, co się stanie, jeśli nie złapię zabójcy?

Jack spoważniał i odezwał się przyciszonym głosem.

– Zostaniesz tam uwięziony. Może na zawsze. Niezdolny niczego dotknąć. Niezdolny mówić. Będziesz obserwował wydarzenia na świecie bez możliwości wywarcia na nie jakiegokolwiek wpływu.

– Piekło – powiedziałem cicho.

– Piekło.

– Cóż za radosna perspektywa.

– Jesteś martwy, synu. W twojej sytuacji radość nie jest wskazana.

Pokiwałem głową.

To było piekielne – badum tss! – ryzyko. To znaczy pozostanie w Czyśchicago może nie byłoby świetną zabawą, ale nie oznaczałoby też udręki. Oceniając po słowach Carmichaela i Jacka oraz sposobie, w jaki zajmowali się swoimi sprawami, wywierali wpływ na otoczenie i może nawet robili coś dobrego. Nie wyglądali na szczególnie podekscytowanych tym, co robili, ale było po nich widać, że ich praca ma sens.

Duch uwięziony na ziemskim padole? To by było o wiele gorsze. Zawsze obecny, zawsze obserwujący i zawsze bezsilny.

Nigdy tak naprawdę nie udało mi się rozwinąć umiejętności z gatunku „nie angażuj się”. W ciągu roku bym oszalał i stał się kolejnym żałosnym, szalonym, uwięzionym duchem nawiedzającym miasto, które chroniłem przez całe dorosłe życie.

– Pieprzyć to. – Zacząłem pisać na kartce. – Jeśli przyjaciele mnie potrzebują, muszę spróbować.

Jack wziął ode mnie kartkę i skinął głową, być może z aprobatą. Później wstał i włożył marynarkę. W jego dłoni zabrzęczały kluczyki. Był średniego wzrostu, ale poruszał się z pewnością siebie i opanowaną energią, która sprawiała, że z jakiegoś powodu wyglądał znajomo.

– Chodźmy.

Kilkoro gliniarzy – byłem pewien, że są gliniarzami albo przynajmniej robią coś tak podobnego, że to określenie pasowało – kiwało Jackowi głową, kiedy przechodził obok.

– Hej! – zawołał ktoś zza naszych pleców. – Murphy!

Jack przystanął i obejrzał się.

Mężczyzna w garniturze, który pasowałby do historycznej agencji detektywistycznej Pinkertona, podszedł do Jacka z podkładką i wyciągnął ją do niego, razem z piórem. Jack przejrzał treść dokumentu, podpisał go i oddał mężczyźnie.

Znów ruszył przed siebie. Wcisnąłem dłonie do kieszeni płaszcza i poszedłem za nim.

– Kapitan Collin J. Murphy? – spytałem cicho.

Chrząknął.

– Jest pan ojcem Karrin. Prowadził pan sprawy Czarnych Kotów.

Nic nie odpowiedział. Zjechaliśmy windą, minęliśmy anioła stróża i wyszliśmy na ulicę, gdzie przy krawężniku czekał stary buick skylark, ten z płetwami i składanym dachem. Kapitan otworzył drzwi od strony kierowcy i obaj wsiedliśmy. Deszcz bębnił o dach samochodu.

Jack przez chwilę siedział za kierownicą i patrzył niewidzącym wzrokiem.

– Tak – powiedział w końcu.

– Mówiła o panu.

Pokiwał głową.

– Słyszałem, że opiekowałeś się moją Karrie.

Karrie? Próbowałem wyobrazić sobie człowieka, który zwróciłby się tak do Murphy. Rawlins zrobił to raz i tylko raz, ale on nie tylko był jej partnerem, ale też pracował z jej ojcem, kiedy była jeszcze mała. Rawlins był właściwie członkiem rodziny.

Każdy inny, kto chciałby to zrobić, musiałby być Terminatorem. Z planety Krypton.

– Czasami. Ona nie potrzebuje wielkiej opieki.

– Każdy czasem kogoś potrzebuje. – Przekręcił kluczyk i silnik uruchomił się z przyjemnym, gardłowym mruczeniem. Jack w zamyśleniu przesunął dłonią po kierownicy i wyjrzał na deszcz. – Możesz się z tego wycofać, jeśli chcesz, synu. Aż do chwili, kiedy wysiądziesz z samochodu. Kiedy to zrobisz, przypieczętujesz wybór drogi... i wszystko, co się z tym łączy.

– Jasne. – Stanowczo przytaknąłem. – Im szybciej zacznę, tym szybciej skończę.

Uniósł w uśmiechu kącik ust i pokiwał głową, jednocześnie chrząkając z aprobatą. Spojrzał na podkładkę, przeczytał zapisany przeze mnie adres i mruknął:

– Dlaczego tutaj?

– Bo w tym miejscu znajdę jedyną osobę w Chicago, która z całą pewnością może mi pomóc.

Kapitan Murphy pokiwał głową.

– W porządku. Ruszajmy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Od autora

Kiedy miałem siedem lat, dostałem paskudnej anginy i przez tydzień nie chodziłem do szkoły.

W tym czasie siostry przyniosły mi moje pierwsze książki fantasy i s.f. – komplet Władcy pierścieni w jednym pudełku i komplet napisanych przez Briana Daleya powieści o przygodach Hana Solo, również w jednym pudełku. Pochłonąłem je w ciągu tego tygodnia.

Od tamtej pory byłem właściwie skazany na dołączenie do fandomu SF&F. A wtedy już tylko krok dzielił mnie od podjęcia decyzji, że chcę pisać swój ulubiony rodzaj prozy, i oto jesteśmy.

To wszystko wina moich sióstr.

Moją pierwszą miłością jako fana była rycerska fantasy. Po Tolkienie przeczytałem C.S. Lewisa. Po Lewisie był Lloyd Alexander. Później Fritz Leiber, Roger Zelazny, Robert Howard, John Norman, Poul Anderson, David Eddings, Weis i Hickman, Terry Brooks, Elizabeth Moon, Glen Cook... i zanim się zorientowałem, miałem podwójne obywatelstwo Stanów Zjednoczonych i Lankhmaru, Narnii, Goru, Cymerii, Krynnu – sami rozumiecie.

Kiedy postanowiłem zostać pisarzem, przez lata pisałem rycerską fantasy – i wydawało się, że nie mam do tego wielkiego wrodzonego talentu. Ale szlifowałem swoje umiejętności pisarskie, w ramach eksperymentu wyprawiałem się w inne rejony, włączając w to s.f., kryminał i współczesną fantasy. Tak właśnie powstały Akta Dresdena – jako szczęśliwy przypadek, kiedy usiłowałem osiągnąć coś innego. Trochę jak penicylina.

Ale nigdy nie zapomniałem o pierwszej miłości i ku swemu ogromnemu zadowoleniu pewnego dnia dostałem telefon od agenta i dowiedziałem się, że będę mógł się podzielić swoją najnowszą powieścią fantasy.

Codex Alera to seria umiejscowiona w brutalnym świecie Carna, gdzie w każdym aspekcie życia kryją się duchy żywiołów, zwane furiami, i gdzie wiele inteligentnych ras walczy o bezpieczeństwo i przetrwanie. Kraina Alera to monolityczna cywilizacja ludzkości, a jej niezwykła zdolność do panowania nad furiami i wydawania im rozkazów jest jedynym, co umożliwia jej przetrwanie w obliczu potężnych, czasami wrogich mocy żywiołów Carny, jak również w walce z dzikimi istotami, które chciałyby spustoszyć Alerę.

Jednakże nawet kraj tak potężny jak Alera nie jest bezpieczny przed zniszczeniem od wewnątrz, a śmierć następcy tronu doprowadziła do gorączkowych manewrów politycznych i walki między Wysokimi Panami, którzy posługują się najpotężniejszymi furiami znanymi ludzkości. Politycy intrygują, nie brakuje zdrajców i szpiegów, wojna domowa wydaje się nieunikniona – a wrogowie z zewnątrz tylko się przyglądają, gotowi zaatakować przy pierwszej oznace słabości.

Tavi to młody mężczyzna żyjący na skraju cywilizacji Alery – bądźmy szczerzy, powieści fantasy tego typu zwykle zaczynają się w takim miejscu. Tavi urodził się jako odmieniec, niezdolny do wykorzystywania mocy furii, i aby przetrwać, musi polegać na sprycie, szybkości i odwadze. Kiedy ambitny spisek, by zdyskredytować koronę, sprawia, że dom Taviego, Dolina Calderon, staje otworem przed hordą barbarzyńskich Maratów, chłopak i jego rodzina znajdują się w bezpośrednim niebezpieczeństwie.

Nie ma Wysokich Panów, którzy mogliby ich obronić, na polu bitwy nie stają legiony i rycerze z potężnymi furiami. Tavi i wolni mieszkańcy Doliny Calderon muszą znaleźć sposób, by odkryć spisek i obronić domy, stając przeciwko bezlitosnej hordzie Maratów i ich bestii.

To chwila, gdy los całej Alery wisi na włosku, garstka zwyczajnych gospodarzy musi znaleźć odwagę i siłę, by stawić czoło przytłaczającym siłom wroga, a odwaga i inteligencja jednego młodzieńca mogą ocalić kraj – albo go zniszczyć.

Dziękuję Wam, czytelnicy i fani, za wsparcie i życzliwość. Mam nadzieję, że czytanie książek z cyklu Codex Alera sprawi Wam równą przyjemność, jak mnie ich tworzenie.

Jim