Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 246 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowieść niewiernej - Magdalena Witkiewicz

Ewa i Maciek biorą ślub. Dla niego to racjonalny krok, dla niej spełnienie marzeń. Małżeństwo nie jest jednak bajkowe. Dla Ewy zabrakło miejsca w napiętym grafiku męża. Dzieci? Temat tabu, a później powód kolejnego rozczarowania.

W życiu Ewy pojawia się przyjaciel i kochanek z czasów młodości.

Czy to Ewa, niewierna, jest wszystkiemu winna? Nawet w małżeństwie, któremu nie można zarzucić nic, prócz tego, że brak w nim miłości?

Czy Ewa i Maciek mają jeszcze jakąś szansę?

Autorka nie daje jednoznacznych odpowiedzi – nie osądza, ale dotyka sedna, opowiada o potrzebie miłości i o samotności najtrudniejszej do zniesienia – samotności we dwoje.

Opinie o ebooku Opowieść niewiernej - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Opowieść niewiernej - Magdalena Witkiewicz

Dorocie Jaroszewskiej – Ty wiesz, dlaczego...

Z małżeństwem jest jak z nową posadą: ile na początku wynegocjujesz, tyle masz. Potem bardzo trudno zmienić warunki – zarówno pracy, jak i życia.

PROLOG

Zdrada zawsze była dla mnie czymś złym, haniebnym i obrzydliwym. Czymś, co rujnuje związek, zabija miłość, niszczy marzenia, daje ogromne poczucie niesmaku. Myślałam, że cudzołożnicy zawsze gorzko żałują swoich czynów, spuszczają oczy i gęsto się tłumaczą, pragnąc przebaczenia.

Ale…

Nigdy nie brałam pod uwagę, że to ja mogę zdradzać.

Ja? To przecież niemożliwe.

W myślach, na wszelki wypadek, dokładnie opracowywałam zemstę, którą zgotowałabym potencjalnemu wiarołomcy. Powoli, systematycznie i z uśmiechem planowałam różne wyrafinowane tortury, które podpowiadała mi bujna wyobraźnia.

Byłam przekonana, że to mężczyźni zdradzają, a biedne kobiety, zmywając gary bądź rozwieszając mokre, świeżo wyprane męskie koszule, płaczą nad swoim smutnym życiem. Tylko one wiedzą, że na tych nieskazitelnie czystych już kołnierzykach jeszcze niedawno był ślad szminki albo JEJ zapach… Tej DRUGIEJ. Mężczyźni na ogół nie piorą, kobiety w większości nie noszą kołnierzyków, zatem kobiet nikt nawet nie podejrzewa o romanse…

Nigdy nie spodziewałam się, że to właśnie mój mąż, któremu przyrzekałam, że będę z nim na dobre i na złe, zostanie rogaczem.

Przez ostatni rok nauczyłam się, że nie można mówić NIGDY. Nauczyłam się też, że nie ma jednej miłości, a to, o czym przekonują nas naukowcy, mianowicie że kobiety są monogamiczne, jest wierutną bzdurą. To mężczyźni chcieliby nas takimi widzieć… Nie lubią się dzielić nami… Z nikim… Chcą się czuć wyjątkowi i przykleić nam na piersiach wielką kartkę z napisem „towar dotknięty uważa się za sprzedany”. Są przekonani, że sam zaszczyt, jaki nas spotkał w momencie, gdy oni powiedzieli „TAK”, wystarczy, by zamknąć oczy na otaczającą nas rzeczywistość i wpatrywać się jedynie w Pana Męża, który z kolei gapi się w telewizor, bezmyślnie przerzucając kanały. W dodatku występuje wówczas w samych gaciach i podartym, pamiętającym o wiele lepsze czasy podkoszulku.

Ostatni rok pokazał mi, że to nie wystarczy.

Zobaczyłam też, że można uciekać z ramion jednego mężczyzny, by potem wpaść w objęcia drugiego. I kochać.

Czekać.

Tęsknić.

Jedno jest pewne, potem nic nie jest już takie samo…

1

Nie przyrzekałam miłości i wierności w nieskazitelnie białej koronkowej sukni, stojąc przed rozświetlonym świecami ołtarzem. Maciek nie chciał. Zawsze o tym marzyłam, ale zdawałam sobie sprawę, że marzenia nie zawsze się spełniają. Biała suknia, welon, ojciec prowadzący mnie do ołtarza… To nie wszystko, prawda? Najważniejsze, by być razem. NA ZAWSZE razem, oczywiście.

Nie były to dla mnie puste słowa. Wtedy naprawdę wierzyłam w miłość do grobowej deski. W to, że z pewnością istnieją dwie części układanki pasujące do siebie w stopniu doskonałym i uzupełniające się wzajemnie, tak samo jak chińskie pierwiastki jin i jang, gdzie jedna nie może istnieć bez drugiej, niemalże tak jak dzień nie może nastać bez nocy, światło bez ciemności, czy śmierć bez życia.

Przed oczyma miałam przygarbionych staruszków, trzymających się za ręce podczas spaceru w parku, ich uśmiechy, pełne miłości czułe gesty. Wiek był bez znaczenia. Wierzyłam w miłość aż do końca. Do ostatnich chwil.

W tamtym czasie byłam gotowa zrobić dla Maćka wszystko. Nie musiałam mieć nawet białej sukni, welonu ani tabunu gości, skoro on sobie tego nie życzył.

Nie chciał wesela, oczepin, rzucania welonem i muszką w panny i kawalerów, których zresztą zawsze trudno było wyciągnąć na parkiet. To zdawało się naprawdę nieistotne.

Dla niego mogłam iść do ślubu ubrana w zwykłą sukienkę, w wianku uplecionym z wcześniej przez nas zebranych polnych kwiatów.

Ślub był formalnością. Na jego własne życzenie.

Ja skończyłam studia, pracowałam za niewielkie pieniądze, on, jak na tamte czasy, zarabiał bardzo dużo. Potrzebna mu była żona… By zapłacić mniejszy podatek w kolejnym roku… Chciał się wspólnie rozliczać… Teraz nie wiem, ile to było „dużo”, ale zarabiał tyle, że mógł sobie już wtedy pozwolić na niezły samochód i – gdy bardzo nalegałam – na obiad w bardzo dobrej restauracji. Na pierścionek z brylantem też go było stać. Taki właśnie dostałam.

– Mam klękać? – spytał.

Pierwszego listopadowego dnia, gdy leżeliśmy zziębnięci na sofie, oglądając telewizję, wyjął małe pudełeczko. Już od roku mieszkaliśmy razem i spodziewałam się tej chwili, ale jak każda marzyłam o wielkim bukiecie róż i oświadczynach niczym z Harlequina.

Wróciliśmy wtedy z odwiedzin u tych, których nie było już wśród nas. Każdego roku ich przybywało. Gdy zamknęłam oczy, widziałam setki światełek na grobach na jednym z gdańskich cmentarzy.

Pierwszy listopada nie wydawał mi się odpowiednim dniem na oświadczyny. W marzeniach widziałam to wydarzenie zupełnie inaczej. Ale…

– Ewa, pierścionek mam dla ciebie. Klękać? – powtórzył.

– Nie klękaj! – Uśmiechnęłam się jak zawsze, idąc na ustępstwo.

– To dobrze, bo fajnie mi się tu z tobą leży i nie chce mi się wstawać – odparł beztrosko, obejmując mnie i całując w policzek.

Wtedy potraktowałam to jako żart. Nie sądziłam, że w moim dalszym życiu te jego „żarty” wynikające z niechęci zrobienia czegokolwiek dla mnie, będą mnie doprowadzać do szewskiej pasji i staną się przyczyną wielu łez. Wtedy przytuliłam go, a oczy, mimo wszystko, mi się zaszkliły, bo w końcu pierwszy raz mi się ktoś oświadczył, a jak wiele kobiet, bardzo chciałam wyjść za mąż.

– No to kiedy? – spytałam i przywarłam mocniej do niego.

– Może w sylwestra? – zaproponował.

– Już? Maciek, jak my zdążymy wszystko przygotować? Przecież ludzie mają różne plany… Dlaczego tak szybko? Kościół, knajpa, orkiestra, na samą sukienkę się czeka miesiącami… – wyliczałam.

– Kochanie… Może weźmiemy cichy ślub, na razie cywilny, zjemy sobie obiad w restauracji, tylko rodzice i świadkowie, a potem pójdziemy gdzieś potańczyć.

– Ale Maciek, co ze ślubem kościelnym? Przecież rozmawialiśmy… – Wizja ślubu moich marzeń oddalała się z prędkością światła. – Co z weselem?

– Myszko… Wiem, że chcesz kościelny. Ja również. – Pogłaskał mnie po głowie jak niesforne dziecko. – Na razie weźmy cywilny. Potem pomyślimy.

Myśleliśmy przez cały czas trwania naszego małżeństwa. Nieustająco myśleliśmy. Przynajmniej ja. Myślałam, tłumacząc mamie, że tak będzie lepiej, choć sama w to nie wierzyłam. Przekonywałam tatę, marzącego o poprowadzeniu jedynej córki do ołtarza, że NIEBAWEM to zrobi. „Niebawem” to było ulubione słowo mojego męża. Mogło znaczyć „za chwilę”, ale częściej znaczyło „nigdy”.

Jednak byłam szczęśliwa, że poprosił mnie o rękę. Że będę jego żoną. Chyba go kochałam… Dopiero kilka lat później uzmysłowiłam sobie, że on wcale mnie o nic nie prosił. Wyjął jedynie pierścionek i zapytał, czy musi klękać.

Chwilę potem powiedział, że we dwójkę łatwiej rozliczać się z urzędem skarbowym, że „po co pieniądze mają iść do skarbu państwa, jak mogą do naszej kieszeni”, oraz że zamiast wydawać kasę na wesele, można się wybrać we wspaniałą podróż poślubną. Co też na pewno zrobimy. Majorka, Cypr, może Portugalia.

Uśmiechnęłam się, wmawiając sobie, że Maciek ma rację, z trudem przełykając tę gorycz, która, zupełnie nie wiadomo dlaczego, pojawiła się we mnie…

Nie wiedziałam wtedy, że z małżeństwem jest jak z nową posadą: ile na początku wynegocjujesz, tyle masz. Potem bardzo trudno zmienić warunki – zarówno pracy, jak i życia. Mechanizm działania jest dokładnie taki sam.

Ja wynegocjowałam zbyt mało.

Ale o tym miałam się dopiero przekonać.

Mój mąż był w zasadzie dobrym człowiekiem. W jego przeświadczeniu – mężem idealnym, takim, którego niejedna mogła mi pozazdrościć. Mąż idealny nie pił, nie bił, nie wałęsał się z kolegami po knajpach i nie podszczypywał innych kobiet. Ba, nie podszczypywał nikogo. Nawet mnie. O tym jednak później.

Mąż idealny nie robił nic. Nawet się nie starał. Przez pierwsze chwile małżeństwa żyłam obrazem, jaki pamiętałam z czasów, kiedy byliśmy parą, i bez zobowiązań prowadzaliśmy się za ręce po piaskach trójmiejskich plaż, ale potem codzienne życie sprawiło, że spadły mi klapki z oczu.

Maćka poznałam przez Agnieszkę, moją przyjaciółkę. Co roku organizowała imprezę urodzinową u siebie na działce w Dolinie Radości. Miała tam mały domek, taki, że gdy siedziały w nim dwie osoby, już było ciasno. Wokół rosło mnóstwo drzew, krzewów i kwiatów.

Co roku, odkąd pamiętam, Agnieszka zapraszała mnie na tę imprezę. Tego lata byłam pewna, że mogę zdobyć świat i że do czegokolwiek się wezmę, wszystko się uda. Skończyłam studia z wyróżnieniem, jako jedna z pierwszych dostałam pracę, przeprowadziłam się do mieszkania odziedziczonego po babci. Jednak żaden z poznanych mężczyzn nie zdołał zainteresować mnie sobą na dłużej. Nie byłam na stałe z nikim związana, ale nie czułam się samotna. Zawsze był ktoś, kto zjawił się na dłuższą lub krótszą chwilę, by wypić kawę, wino lub zjeść przygotowaną przeze mnie kolację przy świecach. Dwukrotnie te spotkania zakończyły się czymś więcej niż pocałunkami… Nie było to jednak – przynajmniej z mojej strony – w żadnym z tych wypadków płomienne uczucie, ale raczej potrzeba bycia akceptowaną, pożądaną. Była to też chęć rozładowania stresów bieżących dni i tęsknota za miłością. Pocałunkom i namiętnemu dotykowi zdecydowanie sprzyjało czerwone wino, wypijane, być może, w zbyt dużych ilościach.

Michał chciał zostać na dłużej. Czasem wydawało mi się, że nawet na zawsze. Nie pozwoliłam. Stał długo pod moim oknem, odpalając papierosa od papierosa i obserwując, kiedy u mnie zgaśnie światło. Kochałam się z nim raz. Długo to wspominałam… Ba, wspominam czasem do tej pory. Bez pomocy wina, samym tylko dotykiem, Michał potrafił sprawić, że wirował mój świat i zgodziłabym się na wszystko, co by mi zaproponował. Dlatego też zgodziłam się na seks. Prawdę mówiąc, nawet nie musiałam się zgadzać. Samo tak jakoś wyszło…

Kochaliśmy się długo, leżąc na ciepłym, miękkim dywanie. Bez przerwy do mnie szeptał, nie wiedziałam już, czy to, że drżę, spowodowane jest słowami, czy tym, co on ze mną wyprawiał…

Jednak potem kazałam mu iść.

Długo, ukrywając się za zasłoną, obserwowałam mały punkcik żarzącego się papierosa i ciemną, niewyraźną sylwetkę mężczyzny stojącego w blasku osiedlowej latarni.

Drugim mężczyzną, który kilka miesięcy później został trochę dłużej niż na kolację, był Jacek. Moje popisowe danie, łosoś w cieście i sałatka z rukoli, wywarło zamierzone wrażenie. Jednak seks trwał tak krótko, że ledwie zdążyłam zarejestrować to wydarzenie.

Zaraz po wszystkim Jacek wstał, przeciągnął się i wyszedł z pokoju, zbierając po drodze swoje ubrania rozrzucone wcześniej na podłodze. Usłyszałam szum wody, jakby chciał zmyć z siebie wszelkie ślady mojej osoby, a potem wszedł do kuchni.

Jeszcze przez chwilę łudziłam się, że wróci. Choćby na krótko. Nie, nie kochać się, ale choćby najzwyczajniej w świecie pogadać. Przytulić.

Niestety.

Nie przyszedł. Potraktował mnie jak narzędzie do zaspokojenia swoich i TYLKO swoich potrzeb.

Zniesmaczona tym, można powiedzieć, całkiem przypadkowym i zupełnie niepotrzebnym seksem, leżałam ze łzami w oczach w łóżku, szczelnie okryta kołdrą. Udawałam, że śpię, gdy Jacek, kompletnie już ubrany, delikatnie dotknął mojego ramienia i cicho szepnął:

– Wychodzę, zamknij za mną drzwi, kochanie.

To „kochanie” było chyba jakąś drwiną…

Po Jacku pozostał tylko zapach wody kolońskiej na mojej poduszce i umyte po kolacji naczynia, pozostawione na suszarce.

Na urodzinach u Agnieszki miał być właśnie Jacek. Właściwie to dla niego się wtedy stroiłam. Chciałam, by wiedział, kogo „miał” przez chwilę, ale kogo tym krótkim „posiadaniem” i jeszcze szybszym odejściem stracił na zawsze.

Chciałam mu pokazać siebie taką, jaką miał mnie zapamiętać na długo. Jeszcze dłużej miał żałować, że bardziej o mnie nie zabiegał.

A raczej nie zabiegał wcale.

Na imprezie wywarłam wrażenie na wszystkich.

Chyba każda kobieta wie, kiedy się podoba, a ja należę do tych, które rozkwitają pod wpływem zachwyconych spojrzeń i tym samym są jeszcze piękniejsze.

Tego wieczoru budziłam zachwyt zwłaszcza dwóch mężczyzn: Jacka, który przyprowadził ze sobą szczupłą brunetkę, później samotnie spędzającą większość wieczoru, oraz Maćka, który równo po dwóch latach i siedmiu miesiącach od tego spotkania u Agnieszki został moim mężem.

Zazwyczaj to mężczyźni są królami grillowania. Tak było również u Agnieszki. Maćkowi pomogłam wtedy przy grillu jedynie po to, by Jacek pomyślał, że taka fajna, piękna i superdziewczyna jak ja ma go gdzieś i wystarczy, że skinie palcem, a inny się pojawia na horyzoncie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, nigdy nie chciałabym być z Jackiem, w szczególności po tamtej nocy. Nocy? Po tych kilkunastu sekundach… Doprawdy, nie miałam czego wspominać.

Jednak urażona duma dawała o sobie znać. Która kobieta nie chce, by to mężczyzna o nią zabiegał? Ja chciałam. Jacek tego nie robił i nie miał zamiaru robić. Wtedy wstał, umył te gary po kolacji, a potem nawet się nie odezwał.

Mój urok, wspomagany czerwonym winem czy owocowym piwem, zadziałał zarówno na Jacka, jak i na Maćka.

A Maciek mnie przyciągał. Działał na mnie jak magnes. Wolny, inteligentny mężczyzna, w typie, który uwielbiam, choć wstydzę się do tego głośno przyznać… Maciej Malicki wyglądał jak starszy brat Leonarda di Caprio z czasów Titanica. Miał zniewalający uśmiech, który powodował, że wszyscy wokół czuli się szczęśliwi, oczy koloru nieba i miękki, ciepły głos, którego nie powstydziłby się niejeden wybitny baryton.

Pamiętam, jak Maciek przewracał na drugą stronę dobrze już przypieczoną karkówkę, podśpiewując sobie coś pod nosem.

Podeszłam, wyciągając talerz w jego kierunku.

– Karkóweczkę, droga pani? – zapytał.

– Tak, poproszę, drogi panie – odparłam.

Tego wieczoru nie odkleił się już ode mnie. Albo ja od niego. Siedzieliśmy przytuleni do siebie na wąskiej ławce, on obejmował mnie, głaszcząc po nagim ramieniu, bo niby nie było tam miejsca, by usiąść od siebie dalej, a ja na to przyzwalałam, bo dawno nikt mnie nie dotykał w ten sposób. Agnieszka co chwilę znacząco na nas spoglądała, ale jakby celowo zostawiła nas samych. Siedzieliśmy do późna zatopieni w rozmowie o wszystkim i o niczym.

Maciek odprowadził mnie do domu.

Oczywiście nie od razu.

– Zobacz, zaraz będzie wschodzić słońce! – Pokazał na niebo. – Chcesz zobaczyć wschód słońca nad morzem?

Wsiedliśmy w taksówkę, a zaraz potem poszliśmy na plażę, trzymając się za ręce.

Prawdę mówiąc, nie mam zwyczaju chodzić za rękę z kimś, kogo dopiero poznałam, lecz moje próby uwolnienia się z uścisku spełzły na niczym. Na deptaku nie było nikogo. Latem gwarny tłum bawi się tam do samego rana, a na plaży widać splątane ciała zakochanych, słychać setki westchnień i wiele oczu spogląda wówczas w gwiazdy.

Przed sezonem, w pierwszą sobotę czerwca, gdańskie molo było wyludnione. Ktoś gdzieś w oddali krzyknął, szumiały fale. W półmroku iskrzyły się światełka statków stojących u wejścia do portu. Pachniało świeżością.

Nie poszliśmy od razu na molo. Najpierw skierowaliśmy kroki na plażę. Maciek ściągnął buty, podwinął wysoko dżinsy i się uśmiechnął.

– Na co czekasz?

– No co ty! Zimno! – odparłam, ale zsunęłam czółenka. I tak niewygodnie mi było chodzić w nich po piasku.

– A dalej? – zapytał. Przysunął się, jakby chciał pomóc mi w zdejmowaniu dalszych części garderoby. Odsunęłam go ze śmiechem i kazałam mu się odwrócić.

W tej sytuacji jakaś filmowa kusicielka zsunęłaby z siebie zmysłowym ruchem pończochy z koronkami, czym rozpaliłaby do granic wytrzymałości obserwującego ją mężczyznę. Jednak to nie był film, tylko zwykłe życie, a ja nie miałam na sobie pończoch. Tym bardziej z koronkami. Kusicielką również nie byłam. Zdjęłam szybkim ruchem rajstopy, zwinęłam je w kłębek, który włożyłam do torebki, i stanęłam nagimi stopami na zimnym i nieco wilgotnym piasku.

– Zimno… – szepnęłam, przestępując szybko z nogi na nogę.

Maciek odwrócił się, spojrzał na moje bose stopy i stwierdził, że woli patrzeć na mnie, niż podziwiać migoczące gwiazdy. Widać niepotrzebne były pończochy z koronkami.

– Zimno to dopiero będzie! – oświadczył po chwili, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą w stronę brzegu.

Nie powiem, żebym się opierała. Biegliśmy wzdłuż brzegu, chlapiąc bosymi stopami. Jak dzieci.

– Chodź na molo! – zawołał.

Pognał pierwszy, nawet nie sprawdzając, czy biegnę za nim. Zatrzymał się dopiero przy ławce, gdzieś w połowie mola.

Po chwili usiadłam koło niego.

Ujął moje stopy i zaczął otrzepywać je z piasku. Nie protestowałam. Zamknęłam oczy.

Po chwili usłyszałam tuż przy uchu szept.

– Nie śpij…

Otworzyłam oczy i włożyłam buty.

– Składam reklamację. – Uśmiechnęłam się. – Jeszcze piasek…

– To już byśmy musieli wziąć kąpiel.

– W morzu? – Wstałam i wskazałam na granatowe fale.

– Nie, w wannie. – Zmrużył oczy. Po chwili dodał: – Usiądź mi na kolanach. Popatrzymy sobie razem w niebo.

Nie… Już nawet na ten nietypowy masaż stóp nie powinnam mu pozwolić. Usiadłam obok niego. Pod wpływem jego ręki, gładzącej mój kark, zesztywniałam.

Niebo robiło się już mocno pomarańczowe.

Gdy się pojawiło słońce, bez słowa wstaliśmy i poszliśmy w kierunku mojego domu. Mieszkałam niedaleko.

Maciek odprowadził mnie pod klatkę i zatrzymał się, jakby czekał na zaproszenie do mieszkania. Milczałam.

– Mogę cię pocałować? – zapytał.

Przysunęłam usta do jego ust po to, by je szybko odsunąć. Nie zaprosiłam „na drinka”, jak to zwykle bywa w amerykańskich komediach romantycznych. Otworzyłam drzwi, pomachałam mu przez szybę i wbiegłam szybko na trzecie piętro.

Agnieszka była pewna, że zaproszę go do siebie.

– Tak się do ciebie kleił, kochanie. Jestem zaskoczona, że nic z tego nie wyszło. Myślałam, że wejdzie na górę i wiesz…

Wiedziałam. Tamtego ranka nie chciałam, by do czegoś między nami doszło. Nie chciałam potem żyć złudzeniami ani patrzeć, jak kolejny facet po wszystkim myje gary i idzie sobie w cholerę, bądź sterczy pod oknem i czeka nie wiadomo na co. Tym razem miało być inaczej.

Leżąc w łóżku, pomyślałam, że topnieję. Że pancerz, który mnie pokrywał, jakimś cudem został naruszony. Naprawdę żałowałam, że wtedy, tam pod klatką, nie odwzajemniłam pocałunku.

Następnego dnia zadzwonił. Obudził mnie tym telefonem. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Chciałam spać. Odrzuciłam połączenie.

Niewiarygodne, prawda? ZAWSZE odbierałam telefony od potencjalnych narzeczonych. Tym razem ściszyłam telefon i przewróciłam się na drugi bok.

Gdy się obudziłam, na wyświetlaczu zobaczyłam trzy nieodebrane połączenia. Po chwili telefon znów zadzwonił.

– Cześć. Maciek Malicki mówi…

– Cześć. – Uśmiechnęłam się.

– To co dzisiaj robimy? – zapytał.

– Aaa… Robimy coś w ogóle? – rzuciłam zaczepnie.

– A nie?

– A tak? – Nie pomagałam mu wcale.

Umówiliśmy się na spacer. Oczywiście nad morze. Tym razem wiedziałam, że on do mnie przyjdzie, może nie na drinka, ale na kawę na pewno.

Cały dzień sprzątałam. Moje mieszkanie chyba jeszcze nigdy nie wyglądało tak nieskazitelnie. Nawet rękawiczki Anthei Turner, znanej z telewizji Perfekcyjnej Pani Domu, pozostałyby śnieżnobiałe…

Przyszedł punktualnie, trzymając małą herbacianą różyczkę i butelkę czerwonego wina.

– To na potem – szepnął, całując mnie w policzek. – Włóż różę do wazonu i chodźmy.

Gdy wróciliśmy, nalałam wino do kryształowych kieliszków. Uwielbiałam kryształy. Maciek wzniósł toast.

– Za nas!

– A jesteśmy jacyś „my”? – zapytałam.

– Jeżeli teraz nie, to wkrótce będziemy – odpowiedział z przekonaniem.

Jego pewność siebie mnie przerażała. Później się przekonałam, że Maciek jest osobą, która konsekwentnie dąży do celu, w zasadzie nie zważając na opinie innych. Jego zdanie zawsze było najważniejsze, z innymi się nie liczył. Zawsze miał rację. Wtedy ta konsekwencja, determinacja, by mnie zdobyć, stworzyć „jakieś my” sprawiały, że zaczynałam czuć się szczęśliwa.

Jakiś czas później pojechaliśmy razem w Tatry.

Tak, wiem, że nie powinno się jechać gdziekolwiek na tydzień, ba nawet na dwa dni, z dopiero co poznanym mężczyzną. Moja mama wpajała mi to przez całe życie, przed tym wyjazdem również się nasłuchałam. Z Maćkiem jednak było inaczej. Od początku czułam, że jestem na właściwym miejscu i miałam wrażenie, że znamy się wieczność.

Podczas któregoś z naszych pierwszych spacerów, tym razem po oliwskich lasach, kiedy wdrapywaliśmy się na Pachołek, Maciek nagle stanął i zapytał, czy lubię góry.

– Oczywiście! – Obawiam się, że wtedy powiedziałabym „oczywiście”, nawet gdybym do gór czuła odrazę. Na szczęście tak nie było.

– Kiedyś zabiorę cię w góry – powiedział. – Szybciej, niż ci się wydaje.

Wtedy wydawało mi się to tak odległe. Niemalże nierealne.

W góry wybraliśmy się już pod koniec lata. Maciek wynajął pokój u znajomej gaździny mieszkającej u wylotu Doliny Kościeliskiej, wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy.

Do tej pory wspominam ten wyjazd z melancholią. Tam… Można powiedzieć, że tam został przypieczętowany nasz związek.

Wracaliśmy właśnie chyba z Kasprowego Wierchu, gdy zaczął padać rzęsisty deszcz. Nie pomogły wtedy nawet foliowe płaszcze.

Po krótkim ogrzaniu się w Murowańcu i wypiciu gorącej herbaty podanej w olbrzymich kubkach, zeszliśmy na dół. Już dokładnie nie pamiętam, dokąd schodziliśmy. Na kwaterę wracaliśmy busem.

Po drodze Maciek kupił wełniane skarpety i butelkę wina, z którego potem gaździna wyczarowała pachnący, rozgrzewający i wielce rozweselający napój.

Siedzieliśmy przykryci jednym kocem w kratę z parującymi kubkami w dłoniach. Maciek założył mi te wielkie wełniane skarpety.

– Ciepło ci już? – spytał z uśmiechem.

Po chwili miałam na sobie już tylko te skarpety. Nie marzłam.

Smakowaliśmy siebie powoli, jakbyśmy chcieli zapamiętać na zawsze tę chwilę, jakbyśmy chcieli przez ten krótki moment nauczyć się na pamięć każdego zakamarka naszych ciał. Ta noc była niepowtarzalna, chciałoby się powiedzieć magiczna.

Wąskie, niewygodne łóżko w małym drewnianym zakopiańskim domku wydawało nam się wtedy królewskim łożem.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam od Maćka słowa „kocham cię”.

– Niemożliwe. – Uśmiechnęłam się. – Prawie mnie nie znasz.

Maciek wtedy powiedział tylko, że może nie zna zbyt dobrze, ale bardzo, bardzo chce mnie poznać.

Tamtej sierpniowej nocy czułam dokładnie to samo.

Zasnęliśmy w swoich objęciach. Następnego dnia, wstyd przyznać, nie wyszliśmy na szlak. Nie wychodziliśmy nawet z pokoju…

Łóżko w dalszym ciągu wydawało się nam królewskim posłaniem.

Przed ślubem często, przynajmniej na początku, z Maćkiem bywało jak w bajce. Bywało też gorzej, ale wiadomo, na początku związku człowiek ma klapki na oczach i nie widzi niepokojących sygnałów. Nie chce też słuchać życzliwych osób, które odbierają te sygnały. W tamtym czasie nawet jeżeli coś mnie niepokoiło, to nie przywiązywałam do tego wagi.

Nie mieszkaliśmy razem, więc chodziliśmy na randki. Och, jak ja uwielbiałam te przedrandkowe przygotowania! Ten dreszczyk emocji, gdy malując rzęsy, uśmiechałam się do swojego odbicia w lustrze, i ten ucisk w żołądku, gdy zza firanki wypatrywałam samochodu Maćka.

Kiedyś przyjaciółka zapytała, czego najbardziej brakuje mi w małżeństwie.

– Randek – odparłam bez namysłu.

– Randek? – zdziwiła się.

– Tak… Tego by się umalować, ubrać i ze ściśniętym sercem biec na spotkanie.

– Hmm… – mruknęła. – My z Miśkiem w zasadzie mamy randki… – Uśmiechnęła się. – Spotykamy się w łóżku.

Ona z Miśkiem… Idealna para…

W tamtym czasie, przed ślubem, chodziliśmy jednak na randki. Maciek pokazał mi Gdańsk, jakiego nie znałam. Niczym przewodnik turystyczny zabierał mnie w miejsca, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Był historykiem, architektem i archeologiem. I doskonale opowiadał.

Kiedyś, w najdłuższą noc w roku, kazał mi się ciepło ubrać, przygotować na „najgorsze” i czekać. Przyszedł około dwudziestej drugiej, wtedy, kiedy już prawie zapomniałam, że się umówiliśmy.

– Gotowa? – zapytał od progu.

– Myślałam, że nie przyjedziesz…

– Ja? Ja zawsze przyjeżdżam.

– Idziemy gdzieś? O tej porze? Gdzie?

– Zobaczysz.

Pojechaliśmy do Wrzeszcza. Maciek skręcił w boczną od Jaśkowej Doliny i zaparkował.

– Wysiadamy, kochanie. – Z bagażnika wyjął koc, szampana, wziął mnie za rękę i poprowadził w górę ulicy. – Willa Sobótki. Opuszczona. – Pokazał duży budynek. – Kiedyś należała do masonów. Wiesz, że w tej willi straszy? – powiedział. – Bo najpierw były tu czarownice!

– Czarownice? – zapytałam, wspinając się z nim na sporą górkę.

Noc była ciemna, pod naszymi stopami szeleściły trawa i liście, stukały kamienie. Słychać było odgłosy miasta, ale też nieco inne. Czarownice? Zrobiło mi się jeszcze zimniej.

– Czarownice? I co one robiły?

Maciek złapał mnie mocno i delikatnie pchnął, aż oparłam się o spory kamień.

– W najdłuższą noc w roku oddawały się diabłu! Diabeł przytachał tu ten kamień właśnie po to, by mogły się z nim kochać!

Zaczęłam się śmiać, on obsypywał mnie pocałunkami. Wtedy najchętniej sama oddałabym się swojemu przyszłemu mężowi na tym „diabelskim” wzgórzu, zaczęłam nawet w tym celu rozpinać polar, ale niestety Maciek popsuł całą atmosferę, mówiąc, że czarownicom i diabłu na pewno mrówki wchodzące w tyłek nie przeszkadzały, a nam będą z pewnością…

A ja tam bym mu się z chęcią oddała, mimo tych mrówek… Wtedy wypiliśmy tylko szampana, całując się pomiędzy kolejnymi łykami. Na końcu Maciek wzniósł toast „za swoją przeuroczą wiedźmę” i wróciliśmy do domu. Potem zrekompensowaliśmy sobie to, czego Maciek nie chciał zrobić na diabelskim kamieniu… Było chyba nawet przyjemniej…

Innym znów razem Maciek zabrał mnie na spacer na ulicę Łąkową, choć nigdy bym nie podejrzewała, że można tam spacerować. Marudziłam, że mieliśmy iść do parku. Do tej pory Łąkowa kojarzyła mi się jedynie ze znienawidzonym miejscem pracy koleżanek. A bo to wyzysk, a bo zwalniają z dnia na dzień, a nawet nie wiesz za co… Właśnie opowiadałam o tym Maćkowi, ale on nawet nie słuchał. Kazał mi oglądać stare domy. Już lepiej by mnie zabrał na Długą…

– Popatrz uważnie. Widzisz, jakie wysokie okna?

– Noo… – odparłam, ziewając. Nawet chyba nie spojrzałam w tamtym kierunku.

– Zobacz. – Pokazał na jeden z budynków. – Podobno przy Łąkowej przed wojną było osiedle liliputów.

– Liliputów?

– Tak. Te wysokie mieszkania dzielili w poziomie na pół i specjalnie przystosowywali je dla niskich ludzi. Płaciłaś pięć guldenów i mogłaś oglądać. Jak na tamte czasy – kupa forsy.

– O kurczę! A co się z nimi stało?

– Ponoć przyszedł Hitler, a oni nie pasowali do rasy aryjskiej… Resztę sama sobie dopowiedz. W czterdziestym trzecim bodajże te mieszkania przebudowano.

Życie z Maćkiem bywało ciekawe.

Między innymi dlatego się w nim zakochałam.

Dlaczego jeszcze?

Bo on mnie kochał.

Czasami to wystarczy, by odwzajemnić uczucie…

Kiedy jeszcze nie mieszkaliśmy razem, Maciek często wychodził ode mnie dopiero nad ranem. Tylko po to, by szybko skoczyć do domu, ogolić się i pędzić do pracy – często niewyspany, po naszych nocnych rozmowach do rana, przeplatanych namiętnością.

Już wtedy był dyrektorem. Pracował w firmie zajmującej się spedycją. Wysyłał te swoje kontenery w różne strony świata i naprawdę powinien być w pracy wypoczęty…

Zawsze zastrzegał się, że nie będzie u mnie nocował. Jednak wystarczyło jedno moje „Zostań, kochanie”, przymrużone oczy, dłoń na jego ramieniu i zapominał, że obiecał sobie nie zostawać u mnie dłużej.

W pracy zdradzały nas tylko podkrążone oczy, gdy siedząc przed monitorami, pozornie ciężko pracując, wysyłaliśmy do siebie pełne czułości mejle. To prawda, że gdy człowiek jest zakochany, nie musi spać, nie musi jeść, do życia wystarczy mu tylko miłość, która wtedy wydaje się wieczna.

Kiedyś, już długo po ślubie, przez przypadek trafiłam na te mejle. Porządkowałam komputer i znalazłam przepełnione miłością słowa od mojego – wtedy jeszcze przyszłego – męża.

To od Maćka, mojego męża? – pomyślałam ze zdziwieniem, gdy je czytałam. – Niemożliwe… Zupełnie niemożliwe…

Te mejle nie brzmiały jak od niego. Kilka lat temu to był zupełnie inny człowiek. Romantyczne słowa, czułe obietnice, miłe gesty, wspomnienia i komplementy.

– Maciek… Co