Wydawca: Inpingo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 172 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opowieść heroiczna - Mirosław Jasiński, Mirosław Spychalski

Kiedy w 1989 roku w wydawnictwie podziemnym „Kret” ukazała się książka „Opowieść heroiczna” Mirosława Jasińskiego i Mirosława Spychalskiego nikt nie liczył na taki sukces. A jednak! Nakład rozszedł się w błyskawicznym tempie, a sama publikacja przez wielu nazwana została kultową. Pomysł na książkę pojawił się spontanicznie i był bardzo prosty. Autorzy postanowili połączyć w jednej publikacji swoje opowiadania. W ten sposób powstała książka wyjątkowa traktująca min. o „poniemieckości Wrocławia”, uważanej za temat tabu w tamtym okresie. Wątek podsycany był szyderczym stosunkiem autorów do władzy jak i opozycji. Jego połączenie z duchem Pomarańczowej Alternatywy przewijającym się pomiędzy kartami książki bujdą niezwykłą atmosferę i pozwalają poczuć klimat podziemia stojącego w opozycji do „dusznej” atmosfery PRL-u.

Opinie o ebooku Opowieść heroiczna - Mirosław Jasiński, Mirosław Spychalski

Fragment ebooka Opowieść heroiczna - Mirosław Jasiński, Mirosław Spychalski

Białe Kruki na E-booki

Mirosław Jasiński Mirosław Spychalski

Opowieść heroiczna

 

 

 Inpingo

Warszawa 2012

 

Pokryszce i Jarusiowi B.

NIEMCY

Mirosław Spychalski

Kamienicę, w której mieszkaliśmy wybudowali Niemcy jeszcze przed wojną. Kiedy wojnę przegrali musieli uciekać. Miasto zajęli najpierw Rosjanie, a później Polacy, czyli nasi rodzice. Sypała się nasza kamienica, od kiedy pamiętam tak, jak sypało się wszystko, co w mieście było poniemieckie, a nie było obiektem wojskowym czy przemysłowym. Sypało się ze starości, a także dlatego, że było poniemieckie i nikt o to nie dbał.

W naszej kamienicy po Niemcach pozostało sporo: walące się, wzmacniane w nieskończoność niezliczoną ilością źle ociosanych belek schody, stoły, krzesła i inne meble. Na sufitach były widoczne ślady niemieckich zdobień przypominających o dawnej, mieszczańskiej świetności naszej kamienicy. Poprzedni właściciele naszych mieszkań żyli wśród nas. Przy odrobinie wyobraźni można było usłyszeć niezrozumiałe okrzyki radości towarzyszące nabyciu każdego z posiadanych przez nas sprzętów. Można było sobie wyobrazić, słuchając hałasu dobiegającego z ulicy, tamte nawoływania, cosobotnie sprzątanie przy otwartych oknach, stukot butelek z zimnym piwem kupowanych w sklepie na rogu w takich ilościach, aby starczyło aż do niedzielnego wieczoru.

Można też było usłyszeć wojskowe marsze (innej muzyki towarzyszącej Niemcom w codziennych czynnościach nie potrafiłem sobie wyobrazić) grane przez radio, zakłócone tylko czasem szuraniem przesuwanych mebli, okrzykiem albo przekleństwem. Nieme ślady tamtych dni napotykaliśmy na każdym kroku, bo przecież nawet wielkie i ciężkie drzwi prowadzące do naszych mieszkań były poniemieckie.

Ale my byliśmy Polakami. Wszyscy mieszkańcy kamienicy byli Polakami, nawet Zasławscy, chociaż przyjechali ze Lwowa. Chodziliśmy do wielkiej, czerwonej, bo zbudowanej przez Niemców, szkoły położonej po przeciwnej stronie ulicy, która była polską szkołą, chociaż zbudowali ją Niemcy. Od ulicy szkołę oddzielało wielkie, otoczone kasztanami boisko, które kiedyś wysypane było żużlem, ale później położono na nim asfalt, żeby się nie kurzyło. O naszych kolanach, zdzieranych od tej pory nieustannie, nikt nie pomyślał. A przecież właśnie szkolne boisko było wówczas, zanim ukończyliśmy dziesięć lat, całym naszym światem, zawierało w sobie wszystkie nasze tajemnice i przestępstwa, było naszym lasem, puszczą, Grunwaldem i wszystkim, co tylko zdołaliśmy wymyślić.

W szkole dowiedzieliśmy się, że są Niemcy dobrzy, którzy z nami graniczą i są naszymi przyjaciółmi, bo nic od nas nie chcą oraz, że są Niemcy źli – ci z nami nie graniczą i nie są naszymi przyjaciółmi, bo chcą wygonić nas z naszych mieszkań, ze szkoły i w ogóle z miasta. Aby nie dopuścić do zabrania nam naszej kamienicy, naszego boiska i naszego miasta, mąż pani od polskiego pojechał na wojnę do Czechosłowacji, na którą napadli czy chcieli napaść źli Niemcy. Wojna odbyła się w czasie wakacji. Po wakacjach pani powiedziała nam, że wojnę wygraliśmy i była bardzo dumna ze swojego męża – czołgisty. Pokazywała nawet zdjęcie z wojny, na którym kierowany przez jej męża czołg mijał rowerzystę.

Był rok sześćdziesiąty ósmy. Ja miałem lat dziewięć, mój kumpel Leszek – jedenaście.

Leszek był synem milicjanta. Ja też chciałem być milicjantem i pilnować porządku. Wszyscy mi to odradzali, nawet ksiądz, chociaż to jemu najbardziej powinno zależeć na tym, żeby ludzie nie grzeszyli. Ale ja i tak wiedziałem, że zostanę milicjantem.

Widziałem siebie jak chodzę ulicami mojego miasta w niebieskim mundurze i czapce – takiej, jaką przymierzałem u Leszka – i pilnuję porządku. W czasie wojny w sierpniu, ale to na krótko, chciałem zostać żołnierzem, później zorientowałem się jednak, że wojsko jest fajne tylko w czasie wojny. Dlatego wolałem zostać milicjantem, jak tata Leszka. Leszek mówił, że będzie kierowcą ciężarówki. Kiedyś przyszedł do naszej szkoły milicjant i mówił o wielkiej przyjaźni jaka łączy kierowców i milicjantów. Od tego czasu byliśmy z Leszkiem najlepszymi kumplami. Łączyło nas wiele: podwórko, tajemnice i przewiny.

Obaj lubiliśmy rogale z makiem i strzelanie z kapiszonów. Również kilka razy dostaliśmy razem po gębie od chłopaków z sąsiedniego podwórka i to ostatecznie scementowało naszą przyjaźń.

W tym właśnie roku – sześćdziesiątym ósmym – zaczęliśmy tropić niemieckich szpiegów, których, jak dowiedzieliśmy się nielegalnie, pod nieobecność rodziców Leszka, oglądając program dla dorosłych, krążyła po Polsce cała chmara.

Na samych początku nie bardzo wiedzieliśmy jak taki szpieg wygląda, nie wiedzieliśmy też jak się go rozpoznaje, wiedzieliśmy tylko, że szpiegów należy tropić. Dopiero gdy obejrzeliśmy film o niemieckim szpiegu, który wylądował w Polsce na spadochronie, a potem zabił niewinnego niemowę i kierowcę ciężarówki, wiedzieliśmy, że nie ma na co czekać, bo przecież Leszek miał być kierowcą ciężarówki i zamierzaliśmy tropić naprawdę. Tropiliśmy gdzie się tylko dało, to znaczy wzdłuż i wszerz naszej ulicy, bo dalej zabroniono nam chodzić, a rodzice bardzo pilnowali przestrzegania tego zakazu śledząc nasze ruchy z okien.

Tropiliśmy dzień w dzień, jak Timur i jego drużyna, ale żaden szpieg na naszej ulicy nie chciał się pojawić.

Dopiero latem do piekarza z rogu przyjechał zły Niemiec sportowym samochodem. Po samochodzie właśnie poznaliśmy, że to zły Niemiec, dobrzy Niemcy jeździli trabantami i nie byli tacy eleganccy.

Samochód stał pod piekarnią, a on wszedł do środka. My z Leszkiem usiedliśmy po przeciwnej stronie ulicy udając, że gramy w kolarzy. Po kilku minutach z piekarni wyszedł gruby Niemiec w skórzanej kurtce, co wydało nam się od razu podejrzane, bo był upał i wszyscy normalni ludzie chodzili w koszulach, a my w krótkich spodenkach. Za nim podążał równie gruby i spocony piekarz i obaj zaczęli wyładowywać z samochodu wielkie walizki („z podwójnym dnem” – pomyśleliśmy z Leszkiem) i wnosić do budynku.

– Ja będę miał na nich oko tutaj, a ty idź zobacz od podwórka – rozkazał Leszek.

Nie bardzo uśmiechało mi się samotne przejście przez ciemny tunel, jakim była nasza brama. Zwykle wychodząc z domu przebiegałem odcinek między schodami a ulicą, żeby ten, kto się czaił w małym korytarzyku prowadzącym na podwórko nie mógł mnie złapać. Nie widziałem tam wprawdzie nigdy nikogo, ale mógł się tam znaleźć ten potwór, którego widzieliśmy kiedyś wieczorem w telewizji. Miał on pół twarzy ludzkiej i pół zwierzęcej i rozszarpywał, ten pół zwierz i pół człowiek, każdego kto mu się nawinął pod ręką. Mógł teraz tam być ten stwór, którego wiedzieliśmy w filmie dla dorosłych albo ten morderca, który zabił parę miesięcy wcześniej kobietę w sąsiedniej bramie, mógł uciec z więzienia. Bałem się iść samotnie na podwórko, Leszek też, ale on był starszy, dlatego musiałem iść ja.

Teraz musiałem iść wolno i nie robić hałasu, nie mogłem pobiec. Zresztą wcale mi się na podwórko nie spieszyło. Poruszałem się wolno, krok po kroku. Po chwili już szedłem po omacku. Wszedłem w korytarzyk, namacałem klamkę i otworzyłem drzwi. Na podwórku znalazłem się po raz pierwszy. Podobne było do studni, ciasne i ciemne. Mały kwadracik nieba prawie go nie oświetlał. Stanąłem na środku i spojrzałem w górę, dokąd sięgały odrapane ściany i zobaczyłem przelatujące ptaki i kawałek nieba, które w całości pozostało tam, gdzie był Leszek. Miałem ochotę krzyknąć by usłyszeć przynajmniej echo, bo na tym pustym podwórku mogło być co najwyżej echo, ale nie krzyknąłem. Podszedłem do okna piekarza.

W mieszkaniu siedzieli przy stole: Niemiec, piekarzowa i piekarz. Niemiec pokazywał im jakieś zdjęcia, ale tego, co było na zdjęciach nie dojrzałem. Stałem pod oknem długo, a oni pili herbatę i rozmawiali. Nie mieli nawet mapy, a cóż dopiero mówić o planach i nadajniku. Oglądali tylko zdjęcia. Długo jeszcze siedzieliśmy na parkanie trąc zziębnięte kolana i nie spuszczając oka z bramy, licząc, że może piekarz i jego podejrzany gość, korzystając z zapadającego zmierzchu pojawią się przy samochodzie, by wydobyć z niego te najbardziej podejrzane i groźne przedmioty. Tarliśmy zziębnięte kolana i czekaliśmy. I widzieliśmy jak na uroczystym apelu wręczają nam nagrody za naszą czujność, i widzieliśmy nasze zdjęcia w gazetach...

Kiedy rodzice zawołali nas do domu ustaliliśmy, że będziemy czuwać w oknach przez całą noc, zaraz, gdy tylko wszyscy w domu pójdą spać.

Miałem czekać, aż wszyscy w domu zasną, ale w łóżku leżałem tylko ja. Nie poszła jeszcze spać, krzątająca się po kuchni mama, ani ojciec naprawiający, jak co wieczór, stare, poniemieckie radio strasznie nad nim biadoląc.

– Trzeba wyrzucić tego grata i kupić nowe – mruczał nad skwierczącą lutownicą, otulony zapachem topionej cyny zmieszanej z kalafonią.

Miałem czuwać, ale przecież lubiłem te chwile kiedy już mnie prawie nie było, chociaż jeszcze widziałem i słyszałem, leżąc w pachnącej pościeli. Lubiłem kiedy dochodzące z rozbebeszonego radia – wyczarowywane przez ojca, który jak dyrygent albo nawet ktoś ważniejszy pozwalał im mówić – głosy mieszały się ze stukotem naczyń i śpiewem pana Zasławskiego, wybijającym się ponad wszystko, co jeszcze – o tej porze – miało w kamienicy coś do powiedzenia. Bo pan Zasławski jak sobie wypił i zaśpiewał:

„Na zielonym gankie, na zielonym gankie

Siedział ułan sa swojej kochankie.

On ją za kalieni, ona się rumieni...

Bedzie, bedzie swawoleni...”

– to nie można było nie usłyszeć, choćby się nawet chciało. A ja przecież nie chciałem nie słyszeć, mimo że nic nie rozumiałem z cowieczornej, skocznej śpiewki pana Zasławskiego, zwłaszcza z drugiej zwrotki -

„Po wypiciu wódki ptaszek jest mięciutki.

Kak swawolić kiedy on malutki?

Po wypiciu wina ptaszek jak sprężyna -

W te i wewte się wygina!!!”

– po której mama zawsze mówiła, że znów ten stary świntuch się upił, bo pan Zasławski upijał się prawie co wieczór. Ale ja chciałem słuchać tej piosenki, chociaż była świńska – jak mówiła mama – a nawet tym bardziej. Lubiłem jak mieszała się ze wszystkimi głosami świata, które wyczarowywał tata i wzbijała się w studni podwórka uderzając aż o niebo, a potem – opadając – mieszała się z kruszejącym niemieckim tynkiem i razem z nim opadała na leżące na dnie podwórka gruzy i stare rupiecie. Lubiłem wtedy przeciągać się słodko do granic świadomości, za którą cichną wszystkie języki mojej kamienicy. Za którą nie ma już ani mnie, ani Niemców, ani Polaków – jest coś innego, kolorowego, czego jeszcze nie widziałem.

Leszek również przespał wyjazd Niemca.

Pobiegliśmy szybko pod piekarnię i siedzieliśmy na parkanie przez cały ten dzień i następne. Ale piekarz sprzedawał jak dawniej ciastka i rogaliki uśmiechając się do wszystkich i kłócąc się cztery razy dziennie z panem Zasławskim o to, gdzie we Lwowie dawali najlepsze piwo z beczki. Kłócili się o to codziennie i kłócić się nie przestawali nigdy, bo przecież tego nie dało się już sprawdzić.

Wieczorem zamykał sklep, zasuwał poniemiecką kratę i szedł wolno przez podwórko do odrapanej oficyny, gdzie mieszkał. Kiedy znikał w bramie kończyliśmy obserwację, bo wołano nas do domu. Pilnowaliśmy go aż do końca wakacji. W sierpniu, jak wybuchła wojna w Czechosłowacji, musieliśmy pilnować na zmianę, bo na przemian stawaliśmy w kolejce po sól, którą wszyscy wykupywali w takich ilościach, żeby starczyło na całą spodziewaną wojnę, która miała nastąpić również u nas.

Od nudnego wyczekiwania pod sklepem piekarza ostatecznie oderwała nas szkoła i wielka wojna z sąsiednią ulicą. W wojnie brali udział starsi – brat Leszka – Jurek i jego kumple – ale również my musieliśmy wówczas kluczyć podwórkami, by bezpiecznie ominąć kontrolujących drogę do szkoły, chłopaków z ulicy Otwartej.

Wprawdzie szkoła znajdowała się naprzeciwko naszych okien, ale droga do niej była miejscem walk i kontrolowały ją na przemian obie strony. W okresie wojny nie byliśmy bezpieczni nawet na szkolnym boisku i większość czasu po powrocie ze szkoły spędzaliśmy w domu. Była to najdłuższa ze wszystkich wojen, jakie przeżyłem – trwała ponad pół roku. Pokój zawarto ostatecznie wiosną, kiedy w jednej z bitew wybito oko chłopakowi z sąsiedniej bramy i w wojnę wmieszali się rodzice i milicja. Do poprawczaka poszedł Adaś z parteru, na którego mówiono Adolek, bo jego ojciec miał takie same wąsy jak Hitler.

Jeszcze w czasie wojny przyjechali do nas Niemcy. Siedzieliśmy z Leszkiem u mnie w pokoju, bo jego rodziców jeszcze nie było w domu i Leszek jadł u nas obiad. Kiedy zadzwonił dzwonek pomyśleliśmy, że to rodzice Leszka, ale moja mama przyprowadziła dwóch eleganckich grubasów i jakąś panią i powiedziała, że to są Niemcy, którzy mieszkali przed wojną w naszym mieszkaniu. Potem okazało się, że jeden z grubasów jest Polakiem ze Śląska i tylko jeździ z tamtymi po Polsce, bo drugi grubas i ta pani nie znają polskiego. Rozglądali się z zaciekawieniem po pokoju i coś mówili między sobą po niemiecku. A mnie zrobiło się wstyd odpadającego ze ścian i sufitów tynku, odrapanych schodów i tego, że zajmujemy tylko jeden z czterech pokoi, jakie Niemcy posiadali przed wojną, a pozostałe zajmują dwie inne rodziny. Mamie też chyba zrobiło się wstyd, bo zaczęła tłumaczyć, że dom będzie niebawem burzony i mamy się niedługo wyprowadzić. Kiedy Leszek usłyszał, że Niemcy są z Monachium, czyli że nie są to ci dobrzy Niemcy spojrzał na mnie podejrzliwie i powiedział, że musi już iść. Musiałem go odprowadzić do drzwi, bo Leszek bał się przejść samotnie przez nasz ciemny przedpokój po tym, jak obejrzeliśmy film o półzwierzu półczłowieku. Ja się nie bałem ciemnego przedpokoju, po tym filmie właściwie wcale się nie bałem, czasem tylko nieco szybciej przebiegałem przez ciemny korytarz na parterze, ale to tak na wszelki wypadek.

Kiedy wróciłem mama opowiadała Niemcom jak przyjechała do miasta po wojnie. Miała siedemnaście lat i chodziła do pracy przez gruzy, co było bardzo niebezpieczne, bo wielu ludzi miało broń, w mieście było dużo bandytów i niewypałów. Miasto wtedy nie było tak ładne i oświetlone jak teraz. Opowiadała o tym jak zamieszkała w zimnym pokoju, bo nigdzie nie można było kupić węgla, i o szczurach biegających po ciemnych schodach naszej kamienicy.

Niemcy rozglądali się po mieszkaniu i widziałem jak ustawiają na powrót swoje meble, przemalowują ściany, Niemka krzątała się po kuchni, a Grubas zamienia się w małego Grubaska i rysuje coś przy moim stole moimi kredkami. Ktoś stuka do drzwi, ale tego stukania nie słychać, zostało zagłuszone przez stuk końskich kopyt i inne odgłosy dobiegające z ulicy przez otwarte okno. Właśnie jest gorący wrzesień i Grubas rysując gryzie jabłko, a z kuchni unosi się zapach przetworów. To pukał listonosz. Niemka wchodzi do kuchni, rozrywa kopertę i płacze. Grubas rysuje czołgi i samoloty z czarnymi krzyżami, a w radio nadają komunikaty wojenne o tym, że właśnie zdobyto Poznań i niezwyciężona armia prze dalej.

Niemka szuka wzrokiem sofy i portretu na ścianie, przynajmniej ich śladów, a może już tylko czegokolwiek, co przypominałoby tamten świat. A ja już wiedziałem, że od teraz będziemy mieszkali razem, że przywiozą tutaj w końcu swoje meble i porozstawiają je po wszystkich pokojach i będziemy tak mieszkać do przeprowadzki, i że zawsze idąc do szkoły będę czuł na sobie oddech zaspanego Grubasa.

Kiedy się już rozejrzeli, zaczęli opowiadać jak uciekali stąd w czterdziestym piątym z dwiema walizkami, bo więcej nie mogli – ani Niemka, ani dwunastoletni Grubasek – unieść. Potem miasto zamieniono w twierdzę, którą szybko zdobyli Rosjanie i Polacy.

Niemiec wyjął aparat i zapytał czy może zrobić zdjęcia. Kiedy on chodził po mieszkaniu i pstrykał, my piliśmy przy stole herbatę. Niemka wyjęła z torebki czekoladę i z uśmiechem mi ją podsunęła. Nie chciałem tej czekolady – mogła być zatruta – ale musiałem wziąć, bo mama zawsze mówiła, że prezenty należy przyjmować, choćby się nawet ich nie chciało. Niemiec robił zdjęcia z okna.

Gdy skończył pstrykać, powiedział o naszej szkole, że jest jego szkołą i zapytał czy nie poszedłbym z nim na szkolne boisko. Ślązak wyszedł z nami. Gdy mijaliśmy skrzyżowanie z ulicą Otwartą, Niemiec zaczął opowiadać o wojnach, jakie nasza ulica toczyła z tamtą i o bitwach w parku, którego teraz już nie było – wybudowano tam przychodnię, a w miejsce fontanny basen przeciwpożarowy zamieniany przez nas zimą na lodowisko, gdzie graliśmy w hokeja. Nie zapytałem czy oni też umieli grać w hokeja, bo przecież w fontannie nie można zrobić nawet porządnej ślizgawki, a co dopiero mówić o hokeju. Zresztą Niemcy nie są dobrzy w hokeja, najlepsi są przecież Ruscy i Czesi. Nie zdążyłem go o nic spytać, bo ruszył szybko w stronę rosnących na skraju boiska drzew. Chodził pomiędzy nimi wolno i głaskał ich pnie. Potem patrzył w górę na pękające kolczaste pąki, z których wypadały kasztany. Chodził pomiędzy drzewami kopiąc kamyki. Podszedł do muru, który otaczał bazę samochodową i też go pogłaskał. Wtedy upadła mu pod nogi, kopnięta za mocno przez Leszka, piłka. Podniósł ją z ziemi i głaskał jakby była czymś drogocennym, a nie zwykłą sznurowaną futbolówką, która nigdy nie odbijała się jak należy, kiedy spadała wiązaniem do ziemi. Nie to co telewizyjna, taka w biało-czarną kostkę, jaką rozgrywają prawdziwe mecze.

Chodziłby pewnie długo jeszcze, a chłopaki już rozpoczynali mecz. Na szczęście z bramy wyszły już mama i Niemka, która go zawołała. Kiedy usłyszał swoje imię zerwał się jakby chciał pobiec, ale zaraz coś sobie przypomniał i poczłapał wolno do samochodu.

A ja pobiegłem do chłopaków i jeszcze zdążyłem zagrać.