Opowiadania wszystkie - Clarice Lispector - ebook

29 osób właśnie czyta

Opis

 

Komplet fascynujących opowiadań legendarnej pisarki, zwanej „wielką czarownicą literatury brazylijskiej”, to wydarzenie na polskim rynku wydawniczym!

Urodzona w 1920 r. na Ukrainie w rodzinie żydowskiej Clarice Lispector dorastała i większość życia spędziła w Brazylii. W chwili śmierci w 1977 r. cieszyła się już międzynarodową sławą jednej z największych autorek latynoamerykańskich. Wysoko ceniona jako powieściopisarka, w powszechnej opinii niedościgłe mistrzostwo osiągnęła w krótkich formach prozatorskich.
W swych opowiadaniach
Lispector zagląda pod podszewkę codzienności, opisuje ludzi otoczonych rodziną, a jednak samotnych. Bohaterkami jej prozy są najczęściej kobiety – zmysłowe, inteligentne, zafascynowane mężczyznami
o dużym potencjale intelektualnym, ale także wyobcowane, na granicy załamania nerwowego, duszące się w mieszczańskich konwenansach, próbujące pogodzić rolę gospodyni domowej z potrzebą zachowania indywidualności. W życiu bohaterek
Lispector ważną funkcję pełnią makijaż i ubrania, traktowane jako maska i kostium, rynsztunek kobiecości, ale także ucieczka od siebie, możliwość stania się kimś innym. Autorka w wyjątkowy sposób opisuje również seksualność starszych kobiet. Jej unikatowa pod względem stylu proza jest pełna uczuć i wrażeń – a przez to uniwersalna, skutecznie opiera się upływowi czasu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 534

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Clarice Lispector

OPOWIADANIA WSZYSTKIE

przełożył Wojciech Charchalis

Obra publicada com o apoio da Fundação Biblioteca Nacional/Ministério da Cidadania

Książkę opublikowano przy wsparciu Fundacji Biblioteki Narodowej/Ministerstwa Obywatelskiego Brazylii

Tytuł oryginału: Todos os contos

Copyright © Clarice Lispector and Heirs of Clarice Lispector, 1940, 1941, 1944, 1960, 1964, 1971, 1974, 1975, 1979

Introduction and Edition of Clarice Lispector’s Complete Stories © 2015 by Benjamin Moser

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Copyright © for the Polish translation by Wojciech Charchalis, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Wstęp. Glamour i gramatyka

„Czy odrzucacieglamour zła i odrzucacie władzę grzechu?”, pyta anglojęzyczny ksiądz wiernych na Wielkanoc. Pytanie zawiera fuzję, dzisiaj dość dziwaczną, glamour i czarownictwa: glamour oznaczało coś, co mieszało, zmieniało formę, spowijało rzeczy aurą tajemniczości. Jak napisał sir Walter Scott: „To magiczna moc zwodzenia wzroku widzów, do tego stopnia, że wygląd przedmiotu staje się zupełnie inny niż w rzeczywistości”.

Legendarnie piękna Clarice Lispector, wysoka i jasnowłosa, nosząca ekstrawaganckie ciemne okulary i biżuterię wielkiej damy z Rio de Janeiro z połowy poprzedniego wieku, znakomicie wpisywała się w nowoczesną definicję glamour. Pracowała jako dziennikarka prasy kobiecej i doskonale wiedziała, jak wyglądać dobrze. Ale do glamour Clarice Lispector odnosi się także ta znacznie starsza definicja słowa: jest jak czarownica, dosłownie zwodząca i czarująca, nerwowy duch, który zacienia wszystkie gałęzie sztuki brazylijskiej.

Jej czar wzrósł niepomiernie po śmierci. Kiedy umierała w 1977 roku, twierdzenie, że jest najważniejszą pisarką współczesnej Brazylii, byłoby przesadą. Dzisiaj, kiedy jest to absolutnie bezdyskusyjne, kwestie wyżyn artystycznych, które osiągnęła, są do pewnego stopnia nieistotne. Najważniejsza jest magnetyczna miłość, jaką wzbudza u swoich admiratorów. Dla nich Clarice jest jednym z najważniejszych doświadczeń emocjonalnych życia. Jednak jej glamour jest niebezpieczny. „Uwaga na Clarice – lata temu jeden z przyjaciół przestrzegł czytelniczki. – To nie jest literatura. To czarownictwo”.

Związek pomiędzy literaturą i czarowaniem jest ważną częścią mitologii Clarice Lispector. Mitologii, której internet dał tak potężny impuls, że można ją dzisiaj zakwalifikować jako odnogę literatury brazylijskiej. W sieci nieustannie pojawiają się dzieła fantazmatyczne, pełne fałszywej głębi, wibrujące namiętnością. Clarice także zyskała w sieci fantazmatyczne pośmiertne ciało – zamiast jej portretów wciąż powielane są zdjęcia grających ją aktorek.

Choć technologia się zmienia, mitologizacja nie jest żadną nowością. Clarice Lispector stała się sławna pod koniec roku 1943 po publikacji Perto do coração selvagem. Dopiero co ukończyła dwadzieścia trzy lata, była nieznaną studentką z rodziny biednych imigrantów; jej pierwsza powieść zrobiła tak wielkie wrażenie, że pewien krytyk napisał: „Nigdy nie słyszeliśmy o bardziej sensacyjnym debiucie, który wyniósłby na takie wyżyny nazwisko do niedawna kompletnie nieznane”. Jednak kilka tygodni po tym, jak to nazwisko stało się słynne, jego właścicielka opuściła Rio de Janeiro.

Przez niemal dwadzieścia lat wraz z mężem, dyplomatą Maurym Gurgelem Valente, żyła za granicą. Mimo że regularnie odwiedzała Brazylię, na stałe wróciła do niej dopiero w roku 1959. W tym czasie tworzyły się legendy. Jej obco brzmiące nazwisko stało się przedmiotem spekulacji – jeden z krytyków zasugerował, że to pseudonim, inni, że tak naprawdę jest mężczyzną. Takie legendy odzwierciedlają pewien niepokój, wrażenie, że Clarice nie była dokładnie tym, kim się wydawała: „że wygląd przedmiotu stał się zupełnie inny od rzeczywistości”.

Słowo „wygląd” powinno tu zostać podkreślone. Piękna małżonka dyplomaty, cokolwiek by mówić – solidnej podpory brazylijskiej burżuazji – stworzyła serię tekstów w języku tak egzotycznym, że jak stwierdził poeta Lêdo Ivo, „obcość jej prozy” stała się „jedną z najbardziej bezdyskusyjnych oczywistości w historii naszego języka”. Była w Clarice Lispector dziwaczność, którą dostrzegali wszyscy czytający jej teksty po raz pierwszy. Lecz rzadko kiedy ta dziwaczność wyrażała się aż tak dobrze jak wtedy, gdy pod koniec życia, w samym środku dyktatury wojskowej, Clarice została drobiazgowo przeszukana na lotnisku w Brasilii.

– Czy mam twarz wywrotowca? – zapytała strażniczkę.

Kobieta zaśmiała się, zanim udzieliła jedynej możliwej odpowiedzi:

– W sumie to tak.

Stary szkocki słownik podaje, że glamour odnosi się metaforycznie do „fascynacji kobiecej”. Jest ciekawostką etymologiczną, że słowo to pochodzi od grammar, „gramatyki”, które w średniowieczu opisywało dowolne studia, ale szczególnie wiedzę tajemną: zdolność czarowania, odkrywania przedmiotów i życia jako „całkowicie innych od rzeczywistości” wyglądu zewnętrznego. W przypadku pisarki, zwłaszcza pisarki znanej z tego, że odkrywa ukryte rzeczywistości widzialnego życia poprzez śliską i zmieniającą się składnię, skojarzenie jest nieodparte i pomaga wyjaśnić „kobiecą fascynację”, którą praktykuje Clarice Lispector.

W osiemdziesięciu pięciu zebranych tu opowiadaniach Clarice Lispector wyczarowuje, przede wszystkim, samą siebie jako pisarkę. Od nastoletniej zapowiedzi, poprzez swego rodzaju dojrzałość, po implozję artystki, która zbliża się do śmierci, a nawet ją przywołuje – stopniowo odkrywamy postać większą niż suma poszczególnych jej utworów, ukochaną w Brazylii. Gdy mówimy o Guimarãesu Rosie, mówimy o Wielkim pustkowiu. Gdy mówimy o Machadzie de Assis, mówimy o jego książkach, a dopiero potem o kryjącym się za nimi niezwykłym człowieku. Ale gdy mówimy o Clarice Lispector, to mówimy o Clarice, zwykłym imieniu, pod którym jest powszechnie znana; mówimy o kobiecie jako takiej.

Od pierwszego opowiadania, opublikowanego, gdy miała dziewiętnaście lat, do ostatniego, odnalezionego we fragmentach po jej śmierci, towarzyszymy całemu życiu eksperymentów artystycznych obejmujących szeroką gamę stylów i doświadczeń. To literatura nie dla wszystkich: nawet niektórzy dobrze wykształceni Brazylijczycy okazują zakłopotanie przypominającą kult żarliwością, do jakiej pobudza Clarice. Jednak ci, którzy instynktownie ją rozumieją, natychmiast i niewytłumaczalnie pokochują osobę Clarice Lispector. Jej sztuka jest taka, że pragniemy poznać kobietę; a ona jest kobietą, która sprawia, że chcemy poznać jej sztukę. Ten tom ofiarowuje wizję obu: odmalowany przez sztukę portret niezapomniany wielkiej postaci w całym jej tragicznym majestacie.

Ta książka jest wyjątkowa na wiele sposobów. Po raz pierwszy zebrano tu w jednym tomie wszystkie opowiadania Clarice – zarówno dla wydania w języku portugalskim, jak i angielskim. Zawiera Listy do Hermengarda odkryte przeze mnie w archiwum. Ten niezwykły tekst ukazuje, jak ważny był dla niej Spinoza, którego czytała jako studentka i którego oddziaływanie ujawniało się przez całe jej życie.

Choć dla badacza i biografa takie bibliograficzne odkrycia są fascynujące, to kiedy spojrzeć na te opowiadania jako całość, pojawia się coś znacznie bardziej fascynującego. To spełnienie, którego historycznego znaczenia sama autorka nie mogłaby dostrzec, ponieważ jest ono uchwytne tylko retrospektywnie. A jego siła byłaby zdecydowanie mniejsza, gdyby wynikła z założeń ideologicznych, a nie w konsekwencji naturalnego doświadczenia autorki.

To spełnienie istnieje w drugiej kobiecie, którą wyczarowuje. Clarice Lispector była wielką artystką, ale była też żoną i matką z klasy średniej. Jeśli portret niesamowitej artystki jest fascynujący, to samo można powiedzieć o portrecie zwykłej pani domu, której życie jest tematem tej książki. W miarę dojrzewania artystki pani domu się starzeje. Kiedy Clarice jest nastolatką, wyzywającą i świadomą swoich możliwości – artystycznych, intelektualnych, seksualnych – dziewczyny z jej opowiadań też są takie. Kiedy w jej własnym życiu małżeństwo i macierzyństwo zastępują tę przedwcześnie dojrzałą nastolatkę, jej postaci także dorastają. Kiedy jej małżeństwo się rozpada, kiedy dzieci porzucają dom, te rozłąki znajdują odbicie w jej tekstach. Kiedy Clarice, wcześniej tak wspaniale piękna, widzi swoje ciało splugawione tłuszczem i zmarszczkami, jej postaci obserwują w swoich ciałach ten sam schyłek urody; a kiedy ostatecznie stawia czoło przemijaniu – starości, chorobie i śmierci – jej postaci są obok niej.

To dzieło to zapis całego życia kobiety powstający przez całe życie kobiety. Jako takie jest pierwszym w literaturze tego typu rejestrem. To radykalne stwierdzenie wymaga uszczegółowienia: żony i matki wiodącej życie zamożnej heteroseksualnej kobiety Zachodu. Kobiety, której nie przerwano: która nie zaczęła pisać późno, która nie przestała pisać z powodu małżeństwa czy urodzenia dzieci, która nie uległa pokusie narkotyków ani nie popełniła samobójstwa; kobiety, która jak wielu pisarzy mężczyzn, zaczęła jako nastolatka i pisała do samego końca; kobiety, która w kategoriach demograficznych była dokładnie taka sama jak większość jej czytelniczek.

Ich historia została zapisana jedynie częściowo. Przed Clarice nie było bowiem kobiety, która pisałaby przez całe swoje życie – i o tym życiu. To stwierdzenie może się wydawać przesadne, ale nie zidentyfikowałem żadnych jej poprzedniczek.

To uszczegółowienie jest ważne. Jednak nawet kiedy je pominiemy, wciąż zaskakuje, jak niewiele kobiet zdołało stworzyć tak pełne dzieło. Te, które tego dokonały, były właśnie kobietami wolnymi od przeszkód niepozwalających pisać wielu innym. To bariery, które Tillie Olsen naszkicowała w słynnym eseju z 1962 roku, Silences in Literature – z ich powodu kobiety w XX wieku były, jak obliczyła Olsen, „jedną na dwanaście” osób tworzących literaturę. Zdarzały się wyjątki, ale one tylko potwierdzają regułę: „W naszym wieku, podobnie jak w poprzednim – pisała Olsen – niemal wszystkie wyróżniające się dzieła zostały stworzone przez kobiety bezdzietne”. Edith Wharton była daleko od klasy średniej; Colette na pewno nie wiodła konwencjonalnego mieszczańskiego życia ani nie o nim pisała. Inne – Gabriela Mistral, Gertrude Stein – miały, jak wielu pisarzy, swoje towarzyszki życia.

Clarice Lispector, co jej opowiadania jasno pokazują, osobiście poznała te bariery. Jej postaci walczą z koncepcjami ideologicznymi o własne miejsce kobiety w społeczeństwie. Stawiają czoło praktycznym problemom z mężem i dziećmi. Martwią się o pieniądze. Mierzą się z rozpaczą, która kończy się w alkoholu, szaleństwie lub samobójstwie. Jak tak wiele pisarek na świecie, Clarice nie spotkała się z łatwą akceptacją u wydawców. Tak jak nawet najwspanialsze kobiety, była systematycznie przypisywana do odrębnej (gorszej) kategorii przez krytyków i badaczy. (Aż do lat sześćdziesiątych XX wieku sama Virginia Woolf w krajach języka angielskiego rzadko figurowała w podręcznikach szkolnych). Clarice trwała mimo to, zadeklarowawszy któregoś razu, że nie lubi być porównywana z Virginią Woolf, bo tamta się poddała: „Straszne musi być pójście aż do końca”. Jednak jej współczucie wobec kobiet cichych i uciszonych jest obecne w tych opowiadaniach. Najstarsze, które napisała, nie mając jeszcze dwudziestu lat, często ukazują niespokojną dziewczynę w konflikcie z mężczyzną:

Mama przed ślubem, według ciotki Emilii, była petardą, porywczym rudzielcem z własnymi poglądami na wolność i równość kobiet. Ale pojawił się tata, bardzo poważny i wysoki, także z własnymi poglądami na… wolność i równość kobiet. Zły był ten zbieg okoliczności materii.

Choć jej kobiety są czasem stłamszone przez imponujących i fascynujących mężczyzn, w miarę jak autorka się starzeje, stają się bardziej asertywne. Ale jest to nietypowy rodzaj asertywności. Ostentacyjny feminizm studentki Clarice ustępuje miejsca czemuś znacznie mniej jawnemu, jej postaci też przestają się obnosić z opiniami na temat „wolności i równości kobiet”. Po prostu przeżywają swoje życie z największą możliwą godnością. W sztuce, tak jak w życiu, to nie zawsze zbyt dużo.

Wiele żyje w milczeniu. Babcia we Wszystkiego najlepszego obserwuje z niemym obrzydzeniem, jak małostkową pospolitość spłodziła. Kongijska Pigmejka w Najmniejszej kobiecie świata nie ma słów, żeby wyrazić swoją miłość. Kura w opowiadaniu pod tym samym tytułem nie ma słów, żeby powiedzieć, że zaraz urodzi – i że dlatego nie można jej zabić. Cudzołożnica w Spalonej grzesznicy i harmonijnych aniołach musi wysłuchać różnych ludzi mówiących o niej. „Obawiam się tej kobiety, która jest naszym słowem, które jest jej”, wyznaje kapłan. Mąż przestrzega tłum: „Strzeżcie się kobiety, która marzy”. Ona sama nie wypowiada ani słowa. Sztuka kończy się w chwili, kiedy zostaje spalona jako czarownica.

Odwrotnością milczenia jest słowo. Dzisiaj kobiety pisarki – i kobiety jako temat pisarek – są czymś tak zwyczajnym, iż trudno uwierzyć, że postaci Clarice Lispector i ich życie kiedykolwiek potrzebowały odkrycia. Jednak spoglądanie na jej dzieło z perspektywy tego, co przyszło później, pozbawia je historycznego nowatorstwa.

Clarice była zasadniczo pozbawiona tradycji. Była imigrantką i chociaż miała za sobą starą europejską tradycję żydowską, ten świat, szczególnie małego sztetlu, gdzie się urodziła, nie dawał się łatwo adaptować do życia nowoczesnego miasta. A w literaturze języka, w którym tworzyła, właściwie nie istniały ani temat nowoczesnej kobiety, ani same pisarki.

W tym aspekcie portugalski nie różnił się od żadnego innego języka, a Brazylia nie różniła się od innych krajów. Clarice miała dziewięć lat, kiedy Virginia Woolf zadała cytowane później przez nią pytanie: „Kto potrafi obliczyć ciepło i gwałtowność serca poety, kiedy uwięzić je w ciele kobiety?”. Pytanie, według Woolf, odnosiło się tak samo do kobiet jej czasów jak do kobiet czasów Szekspira.

Nowatorstwo wyjaśnia po części fascynację i zakłopotanie pierwszych czytelników „huraganu Clarice”. Możemy sobie wyobrazić podobne emocje u czytelników Dickensa, Zoli albo Dostojewskiego, kiedy literatura po raz pierwszy rzuciła światło na klasy pracujące; albo kiedy czytelnicy geje po raz pierwszy zobaczyli swoje życie opisane z sympatią; albo kiedy ludy kolonialne zmieniły ustępliwość folkloru na godność literatury. Zdumienie, które wywołały utwory Clarice Lispector, wciąż jest wyczuwalne na pożółkłym papierze recenzji zachowanych w jej archiwum.

Ten fakt nasuwa pytanie, jak mogła zatryumfować tam, gdzie tak wielu poniosło fiasko. Jak Clarice Lispector – właśnie ona – zdołała zatryumfować? Wywodziła się z tradycji klęski, z tradycji braku tradycji: jako pisarka brazylijska, jako pisarka, jako kobieta, ale może przede wszystkim w konsekwencji swojego pochodzenia. Pierwsze lata jej życia były tak katastrofalne, iż cudem wydaje się, że w ogóle je przetrwała.

Urodziła się 10 grudnia 1920 roku na Ukrainie w rodzinie żydowskiej. Był to okres chaosu, głodu, wojen etnicznych. Jej dziadek został zamordowany; matka zgwałcona; ojciec wygnany bez grosza przy duszy na koniec świata. Obszarpane resztki rodziny dotarły do Alagoas w Brazylii w 1922 roku. Tam jej bystry ojciec, zredukowany do poziomu obwoźnego sprzedawcy używanych ubrań, ledwie potrafił wykarmić swoich bliskich. Tam Clarice jako niespełna dziesięciolatka straciła matkę, która nigdy nie odzyskała sił po wojennych przeżyciach.

Jej siostra Elisa napisała, że ojciec – mężczyzna o poglądach liberalnych, który sam z powodu antysemityzmu nie mógł studiować – „był zdecydowany pokazać światu, jakie ma córki”. Dzięki jego wsparciu Clarice mogła kontynuować naukę znacznie powyżej poziomu, jaki osiągały nawet dziewczyny ekonomicznie uprzywilejowane. Zaledwie dwa lata po przeprowadzce do stolicy Clarice, pochodząca z rodziny, która tylko dzięki wyrzeczeniom utrzymywała się na najniższym szczeblu klasy średniej, weszła do jednej z redut elity, na Wydział Prawa Universidade do Brasil. Tam Żydów (zero) było jeszcze mniej niż kobiet (trzy).

Studia prawnicze wywierały niewielki wpływ na Clarice. Ona już kroczyła ścieżką swojego powołania po redakcjach dzienników Rio de Janeiro, gdzie jej uroda i inteligencja robiły olśniewające wrażenie. „Była – napisał jej pierwszy szef – błyskotliwą dziewczyną, doskonałą reporterką i w przeciwieństwie do większości kobiet potrafiła pisać”. Pierwsze opowiadanie, Tryumf, opublikowała 25 maja 1940 roku. Trzy miesiące później w wieku pięćdziesięciu pięciu lat zmarł jej ojciec.

Przed dwudziestymi urodzinami Clarice została sierotą. Na początku 1943 roku wyszła za goja, coś niebywałego dla Żydówki w Brazylii. Pod koniec tego roku wraz z mężem opuściła Rio de Janeiro. W krótkim czasie porzuciła więc rodzinę, społeczność etniczną i kraj. Zostawiła też zawód, dziennikarstwo, w którym była wyróżniającą się postacią.

Nie znosiła życia na obczyźnie, tego wygnania, i przez szesnaście lat pobytu za granicą miała coraz silniejsze skłonności depresyjne. Jednak mimo swoich niedogodności być może wygnanie – cała ta seria wygnań – wyjaśni, jak Clarice mogła pisać.

Imigranckie pochodzenie uczyniło ją mniej podatną na zastałe idee brazylijskiego społeczeństwa. A w kwestiach czysto finansowych jej małżeństwo oznaczało awans. Clarice nigdy nie była bogata, ale po ślubie nie musiała nigdzie pracować i mogła się skupić na pisaniu. Trudno sobie wyobrazić, że mogłaby stworzyć tak złożone utwory z tego okresu – trzy powieści i opowiadania z Więzów rodzinnych – pośród nieubłaganych wyzwań mizernie opłacanej pełnoetatowej pracy dziennikarki. Miała dwoje dzieci, ale przez cały czas mogła liczyć na pomoc domową. To oznaczało codziennie kilka godzin wolnych: jej własny pokój.

Tak samo żyła każda brazylijska kobieta z klasy jej męża. Jak zatem wyjaśnić, że tak niewiele z nich rozwinęło swój talent? Większość tkwiła w pułapce modelu, który blokował kobiety w każdym zakątku świata: brak wykształcenia i przymusowe macierzyństwo znajdowały się na szczycie listy. Ale blokowały je także powszechne lekceważenie tego, co mogłyby mieć do powiedzenia, i milczące przekonanie, że kobiety pewnych rzeczy nie robią. Bycie obcą zwolniło Clarice z obowiązku postępowania w zwyczajowy sposób. Była to produktywna alienacja kulturowa, a drugą stroną alienacji jest wolność. Doświadczenie Clarice z nimi obiema pobrzmiewa echem przez całe jej życie.

Tematy tradycyjnie „kobiece” – małżeństwo i macierzyństwo, dzieci i stroje – były już wcześniej poruszane w literaturze. Wszystkie są obecne w tej książce. Małe dramaty życia kobiet zyskują w niej jednak wyraz w wielu przypadkach po raz pierwszy: znudzenie i ukryte szczęście przeciętnej pani domu; zachwyt młodej kobiety nad własną urodą i jej późniejsze przerażenie tym, co pokazuje lustro: zniekształcona makijażem twarz, rozlane, starzejące się ciało. Czy ktoś wcześniej opisał kobietę, która w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat marzy o miłości z gwiazdą pop, albo masturbującą się osiemdziesięcioośmiolatkę? Pół wieku i więcej od powstania wiele z tych opowiadań, czytanych przecież w całkowicie innym kontekście historycznym, nie utraciło nic ze swego nowatorstwa, nic z mocy szokowania.

W tańcu, podobnie jak w muzyce, malarstwie, literaturze, wielkim artystą jest ten, kto używa najmniejszych detali – pociągnięcia pędzla, ozdobnika, wygięcia ciała albo słowa – aby stworzyć całość, która choć składa się z detali, staje się większa niż ich suma. I tak jak dzieło Clarice Lispector jako całość znaczy więcej niż każdy z jej utworów, tak z postaci odmalowanych w tych opowiadaniach – krótkich i długich, o ulotnych chwilach albo wielkich kryzysach – wyłania się mistrzowska narracja o uniwersalnym ludzkim doświadczeniu: wielkich i małych dramatach tworzących życie człowieka. Na krótko przed jej śmiercią pewien krytyk zapytał Clarice, czy dwa i dwa to pięć:

Przez chwilę siedziałam zdumiona. Ale zaraz przyszła mi do głowy podszyta czarnym humorem anegdota. Jest tak: psychotyk mówi, że dwa i dwa to pięć. Neurotyk mówi: dwa i dwa to cztery, ale ja już tego po prostu nie wytrzymuję.

Nowe tematy wymagają nowego języka. Po części dziwną gramatykę Clarice można przypisać silnemu wpływowi żydowskiego mistycyzmu, w który została wprowadzona przez ojca. Ale po części tę wyjątkowość można przypisać jej potrzebie wymyślenia tradycji. Jak stwierdzi każda osoba czytająca tę książkę od początku do końca, opowiadania Clarice są przesiąknięte nieustającym językowym poszukiwaniem, mutacyjnością gramatyczną, która nie pozwala czytać ich nazbyt szybko.

Czytelnik – nie mówiąc już o biednym tłumaczu – nierzadko wpada w pułapkę jej niemal kubistycznych szablonów. W niektórych opowiadaniach z ostatniego okresu trudności są oczywiste. Jednakże wiele nowych uporządkowań Clarice jest tak subtelnych, że czytelnik nawet ich nie zauważy. To czyni je niebywale trudnymi do odtworzenia w innych językach i wyjaśnia, przynajmniej częściowo, ich poetycką atrakcyjność. W Miłości na przykład czytamy: „Rosły, kąpały się, żądały dla siebie – źle wychowane – coraz więcej chwil”. Zdanie, jak wiele u Clarice, ma sens, jeśli przeczytać je w okamgnieniu; jednak gdy szczegółowo je analizujemy, zaczyna się stopniowo rozsypywać. We Wszystkiego najlepszego podczas przytłaczającej uroczystości dziecko werbalizuje trudną pauzę: „Matki, przecinek!”.

W Why This World: A Biography of Clarice Lispector zbadałem korzenie autorki tkwiące w mistycyzmie żydowskim i przede wszystkim duchowy impuls pobudzający jej dzieło. Można powiedzieć o Clarice Lispector, że jak kabaliści poszukiwała boskości poprzez nowe ułożenie liter, powtórzenie słów bez sensu, analizę gramatyczną wersów, poszukiwanie logiki innej niż racjonalna. Z kilkoma wyjątkami (Jajko i kura, Brasília, Krótkie studium koni) ta mistyczna jakość, która może uczynić jej prozę niemal abstrakcyjną, jest mniej widoczna w tym tomie niż w powieściach takich jak A paixão segundo o G.H. czyA maçã no escuro. Jednak spojrzenie na dzieło Clarice jako całość oznacza zrozumienie intymnej relacji pomiędzy jej zainteresowaniem językiem i jej zainteresowaniem tym, co – z braku lepszego słowa – nazywa Bogiem.

W tych opowiadaniach to, co boskie, wdziera się w zwykłe, drobiazgowo obserwowane życie. „Ona tak dobrze spacyfikowała życie – pisze Clarice w jednym z nich – tak bardzo dbała, żeby ono nie wybuchło”. Kiedy przychodzą nieuniknione wybuchy, zmiany w gramatyce zapowiadają je na długo przed ich pojawieniem się w tekście. Laura, znudzona, bezdzietna pani domu z Imitacji róży, ma „drobiazgowe ulubowanie metodyczności” – nawet jej gramatyka zaczyna się sypać.

Carlota byłaby przerażona, gdyby się dowiedziała, że oni też mają życie intymne i rzeczy, o których się nie opowiada, ale ona by nie opowiedziała, szkoda, że nie można opowiedzieć, Carlota na pewno uważała, że ją interesuje tylko porządek i że jest pospolita i trochę upierdliwa, i choć rzeczywiście musiała uważać, żeby nie zamęczać innych detalami, przy Armandzie czasem się odprężała i bywała troszkę upierdliwa, co było bez znaczenia, bo on udawał, że słucha, ale nie słuchał wszystkiego, co opowiadała, co nie sprawiało jej przykrości, bo doskonale rozumiała, że rozmowa z nią męczy trochę człowieka, ale było miło móc mu opowiedzieć, że nie znalazła mięsa, chociaż Armandowi chwiała się głowa i nie słyszał, a służąca i ona dużo rozmawiały, prawdę mówiąc, więcej ona niż służąca, i uważała, żeby nie zanudzać służącej, która czasem hamowała zniecierpliwienie i stawała się trochę opryskliwa, wina była naprawdę po jej stronie, bo ona nie zawsze wymuszała szacunek.

Te sygnały mogą być znacznie bardziej zwięzłe, jak w A paixão segundo G.H., kiedy inna pani domu opowiada o szoku mistycznym, którego doznała dzień wcześniej. Pamiętając, jaka sama wtedy była, G.H. pisze:

W końcu podniosłam się od stolika w kawiarni, ta kobieta.

Przemiana opisana w powieści – od wtedy do teraz, od wczoraj do dzisiaj, od niej do mnie, od pierwszej osoby do trzeciej – streszcza się w śmiałym anakolucie, załamanie gramatyki doskonale symbolizuje załamanie w życiu tej kobiety. Jak tyle z najlepszych zdań Clarice, fraza ta jest elegancka właśnie poprzez niezważanie na tradycyjne normy stanowiące o elegancji belles lettres.

„Zarówno w malarstwie, jak i w muzyce i literaturze – napisała Clarice – to, co nazywają abstrakcyjnym, tak często wydaje mi się figuracją delikatniejszej i trudniejszej rzeczywistości, mniej widocznej gołym okiem”. Wysiłek przezwyciężenia pozornie nieuniknionych struktur pobudzał sztukę nowoczesną. Abstrakcjoniści malowali stany umysłu i emocje, nie potrzebując zwykłego przedstawienia. Współcześni kompozytorzy rozszerzyli prawa tradycyjnej harmonii. Clarice rozbiła wzorce w gramatyce, po które sięga się odruchowo. Nierzadko musiała przypominać czytelnikom, że jej „obcy” język nie wynika z tego, że urodziła się w Europie, ani z nieznajomości portugalskiego. Jedna z najlepiej wykształconych kobiet swojego pokolenia nie ignorowała języka standardowego Brazylijczyków, tak samo jak Schönbergowi nie była obca skala diatoniczna, Picassowi zaś anatomia.

Tak samo – nie trzeba dodawać – Clarice nie ignorowała „właściwego” wyglądu kobiet. Jako dziennikarka zawodowo zajmująca się sprawami kobiecymi napawała się wyglądem swoich postaci. A potem mięła ich ubrania, rozmazywała tusz, burzyła fryzury, wyczarowując dobrze skonstruowane twarze, nieco przerażające glamour opisane przez sir Waltera Scotta. Wywracała słowa na lewą stronę, wyczarowywała świat zupełnie nieznany – wyczarowała też niezapomnianą Clarice Lispector: kobiecego Czechowa na plażach Guanabary.

BENJAMIN MOSER

Pierwsze opowiadania

Tryumf

Zegar wybił dziewiątą. Jedno uderzenie wysokie, głośne, a po nim słabsze, echo. Potem cisza. Jasna plama słońca rozciąga się stopniowo po trawie ogrodu. Wspina się po czerwonym murze domu, rozświetlając bluszcz skrzeniem się tysiąca światełek rosy. Natrafia na szczelinę, okno. Wciska się. I nagle bierze pokój w posiadanie, omijając straże lekkiej firanki.

Luisa ciągle leży nieruchomo w skotłowanej pościeli, włosy rozsypane na poduszce. Ręka w jedną, ręka w drugą, ukrzyżowana znużeniem. Ciepło słońca i jego jasność zalewają pokój. Luisa mruga. Marszczy brwi. Wykrzywia usta. Wreszcie otwiera oczy i wbija je w sufit. Dzień powoli wkracza w jej ciało. Słyszy szelest deptanych liści. Dalekie kroki, drobne i pośpieszne. To dziecko biegnie po ulicy, myśli. Znowu zalega cisza. Bawi się kilka chwil wsłuchiwaniem się w nią. Jest absolutna, jakby śmiertelna. Oczywiście dlatego, że dom stoi na uboczu, samotny. Ale… gdzie te znajome odgłosy wszystkich poranków? Kroki, śmiech, szczęk naczyń zwiastujące narodziny dnia. Powoli przychodzi jej do głowy, że zna powody tej ciszy. Jednakże uparcie je od siebie odsuwa.

Nagle jej oczy robią się wielkie. Luisa siada na łóżku, dreszcze przebiegają ciało. Patrzy oczyma, głową, wszystkimi nerwami na drugie łóżko w pokoju. Jest puste.

Unosi poduszkę pionowo, opiera się o nią z pochyloną głową, zamkniętymi oczyma.

A więc to prawda. Przypomina sobie wczorajsze popołudnie i wieczór, burzliwy i długi wieczór, który przeciągnął się do późnej nocy. On odszedł wczoraj wieczorem. Zabrał ze sobą walizki, walizki, które zaledwie przed dwoma tygodniami przyjechały radosne z nalepkami z Paryża, Mediolanu. Zabrał ze sobą też służącego, który z nimi przyjechał. Cisza w domu znalazła wyjaśnienie. Od jego wyjścia była sama. Pokłócili się. Ona, milcząca, naprzeciwko niego. On, dystyngowany, dominujący nad nią intelektualista, złorzeczył, oskarżał ją, wskazywał na nią palcem. I to uczucie znane już z poprzednich kłótni: jeśli on odejdzie, ja umrę, umrę. Ciągle słyszała jego słowa:

„Ty mnie więzisz, niszczysz mnie! Schowaj swoją miłość, daj ją, komu ci się będzie podobało, komuś, kto nie ma nic do roboty! Rozumiesz? Tak! Odkąd cię poznałem, nic nie tworzę! Czuję się skuty łańcuchami. Łańcuchami twoich nadskakiwań, twoich pieszczot, twojego przesadnego zaangażowania, ciebie samej! Nienawidzę cię! Pomyśl tylko, nienawidzę cię! Ja…”.

Częste były te wybuchy. Zawsze groził odejściem. Luisa zmieniała się na te słowa. Ona, tak pełna godności, tak ironiczna i pewna siebie, błagała go, żeby został, tak blada i z takim szaleństwem na twarzy, że poprzednio ustępował. I wypełniało ją przemożne i jasne szczęście, rekompensujące to, czego nigdy nie wyobrażała sobie jako upokorzenia, ale co on jej wytykał ironicznymi uwagami, których nawet nie słuchała. Tym razem obruszył się na nią, jak zawsze niemal bez powodu. Luisa mu przerwała – jak powiedział – w chwili, kiedy w jego głowie kiełkował nowy pomysł, świetlisty. Zburzyła inspirację dokładnie w chwili jej urodzin jakimś głupawym zdaniem o pogodzie i kończąc okropnym „nieprawdaż, kochanie?”. Powiedział, że do tworzenia potrzebuje odpowiednich warunków, żeby pchnąć naprzód swoją powieść, ściętą zaraz na samym początku przez całkowitą niemożność skupienia się. Poszedł tam, gdzie może znaleźć „nastrój”.

I dom pogrążył się w ciszy. Ona stała pośrodku pokoju, jakby z jej ciała wyrwano całą duszę. Miała nadzieję znowu go zobaczyć, kiedy będzie wracał, męską postać ujętą we framugę drzwi. Usłyszy jego głos, jak mówi, jego kochane szerokie ramiona wstrząsane śmiechem, że to wszystko to zwyczajny żart, doświadczenie, które ma zamiar umieścić w książce.

Jednakże cisza przeciągała się w nieskończoność, przerywana zaledwie monotonnym cykaniem cykady. Bezksiężycowa noc powoli wciskała się do pokoju. A nią wstrząsał chłodny lipcowy wietrzyk.

„Odszedł”, pomyślała. „On odszedł”. To wyrażenie nigdy nie wydawało jej się tak pełne znaczenia, chociaż czytała je wielokrotnie w romansach. „On odszedł” nie było takie proste. Wlokło za sobą ogromną pustkę w głowie i w piersi. Gdyby w nie zastukać, wyobrażała sobie, rozbrzmiałby metaliczny dźwięk. Jak teraz będzie żyć? Nagle zadała sobie pytanie, ze sztucznym spokojem, jakby chodziło o coś neutralnego. Powtarzała, ciągle powtarzała: i co teraz? Powiodła wzrokiem po ciemnym pokoju. Przekręciła włącznik, poszukała ubrania, książki na nocnym stoliku, jego śladów. Nic nie zostało. Przestraszyła się. „On odszedł”.

Godzinami przewracała się w łóżku z boku na bok, lecz sen nie przychodził. Nad ranem, rozmiękczona czuwaniem i bólem, z piekącymi oczyma, ciężką głową, wpadła w stan półświadomości. Głowa nie przestała pracować, najbardziej szalone obrazy przebiegały przez nią, ledwie zarysowane, i umykały.

Wybiła jedenasta, długo i majestatycznie. Jakiś ptak przeciągle gwizdnął. Od wczoraj wszystko tkwi w bezruchu, pomyślała Luisa. Ciągle siedzi na łóżku, głupio, nie wiedząc, co robić. Utkwiła spojrzenie w morskim pejzażu, w świeżych barwach. Nigdy nie widziała wody robiącej takie wrażenie płynności i ruchu. Nigdy nawet nie zwróciła uwagi na ten obraz. Nagle, niczym oszczep, raniący ostro i głęboko: „On odszedł”. Nie, to nieprawda! Wstaje. Na pewno się obraził i poszedł spać do drugiego pokoju. Biegnie, popycha drzwi. Pusto.

Idzie do stołu, przy którym on pracuje, gorączkowo przetrząsa porzucone gazety. Może zostawił jakiś liścik mówiący na przykład: „Mimo wszystko kocham cię. Wracam jutro”. Nie, jeszcze dzisiaj! Znajduje jedynie kartkę z jego notatnika. Odwraca ją. „Siedzę co najmniej od dwóch godzin i jeszcze nie udało mi się skupić. Jednocześnie nie skupiam wyobraźni na żadnej rzeczy ze swojego otoczenia. Ona ma skrzydła, ale nigdzie nie przysiada. Nie jestem w stanie pisać. Tymi słowami rozdrapuję ranę. Moja przeciętność jest tak…”. Luisa przerywa lekturę. Zawsze to przeczuwała, nie do końca wyraźnie: przeciętność. Zamyśla się. A w takim razie czy on o tym wie? Jakież poczucie słabości, potulności na tej zwykłej kartce… Jorge… ledwie szepcze. Wolałaby nie przeczytać tego wyznania. Opiera się o ścianę. Cichutko płacze. Płacze, aż brakuje jej łez.

Idzie do umywalki i przemywa twarz. Poczucie świeżości, ulgi. Budzi się. Ożywia. Zaplata włosy, upina je na czubku głowy. Szoruje twarz mydłem, aż czuje skórę napiętą, lśniącą. Spogląda na siebie w lustrze i wydaje się sobie uczennicą. Sięga po szminkę, ale po chwili przychodzi jej do głowy, że już jej nie potrzebuje.

Jadalny był pogrążony w ciemności, wilgotny i duszny. Wreszcie otwiera okna. I jasność wpada z impetem. Szybko wpływa świeże powietrze, omiata wszystko, kołysze zwiewną firanką. Chyba nawet zegar bije z większym wigorem. Luisa staje nieco zaskoczona. Tyle czaru w tym radosnym pomieszczeniu. W tych rzeczach nagle pojaśniałych i ponownie ożywionych. Wychyla się przez okno. W cieniu drzew tej alei, kończącej się w oddali na czerwonej błotnistej drodze… Tak naprawdę nigdy wcześniej tego nie zauważyła. Zawsze mieszkała tam z nim. On był wszystkim. Istniał tylko on. On odszedł. A rzeczy nie zostały całkowicie pozbawione radości. Miały własne życie. Luisa przeciągnęła dłonią po czole, chciała odrzucić od siebie myśli. Przy nim nauczyła się tortury (sic) myśli, pogłębiania ich do najmniejszych detali.

Zaparzyła kawę i wypiła ją. A ponieważ nie miała nic do roboty i obawiała się myśleć, wzięła kilka rzeczy przygotowanych do prania i poszła w głąb ogrodu, do wielkiego zlewu. Podwinęła rękawy piżamy, podkasała nogawki i zaczęła trzeć ubrania mydłem. Pochylona gwałtownie poruszała rękami, z zagryzioną z wysiłku dolną wargą, krwią pulsującą w ciele, zaskoczyła samą siebie. Zatrzymała się, rozchmurzyła czoło i wpatrzyła przed siebie. Ona, tak uduchowiona towarzystwem tego mężczyzny… Wydawało jej się, że słyszy jego ironiczny śmiech, gdy cytował Schopenhauera, Platona, którzy myśleli i myśleli… Słodki wietrzyk sprawił, że nastroszyły się jej włoski na karku, wysuszył pianę na jej palcach.

Luisa skończyła pracę. Cała emanowała szorstką, prostą wonią mydła. Była zgrzana. Spojrzała na duży kran wyrzucający przejrzystą wodę. Czuła gorąc… Nagle przyszedł jej do głowy pomysł. Zdjęła piżamę, odkręciła kran do oporu i lodowata woda popłynęła po ciele, wyrywając z niej krzyk zimna. Ta zaimprowizowana kąpiel wzbudzała w niej śmiech przyjemności. Z jej wanny roztaczał się cudowny widok pod palącym już słońcem. Na chwilę spoważniała, znieruchomiała. Niedokończona powieść, znalezione wyznanie. Zamyśliła się, zmarszczka na czole i w kąciku ust. Wyznanie. Lecz lodowata woda spływała po jej ciele i z pluskiem wołała o jej uwagę. Dobre ciepło już krążyło w żyłach. Nagle uśmiechnęła się, pewna myśl przyszła jej do głowy. On na pewno wróci. On na pewno wróci. Spojrzała wokół siebie na doskonały poranek, oddychając głęboko i czując, niemal z dumą, jak bije jej serce, równomiernie i pełne życia. Spowił ją ciepły promień słońca. Zaśmiała się. On na pewno wróci, bo ona jest ta silniejsza.

Obsesja

Teraz, kiedy już przeżyłam swój romans, mogę wspomnieć go z większym spokojem. Nie będę próbowała sobie wybaczyć. Będę się starała nie oskarżać. To się zwyczajnie wydarzyło.

Nie pamiętam dokładnie samego początku. Zmieniłam się niezależnie od swojej świadomości i kiedy otworzyłam oczy, jad już krążył nieodwołalnie w mojej krwi, już od dawna byłam w jego mocy.

Wypada opowiedzieć nieco o mnie samej z czasów sprzed spotkania Daniela. Tylko w ten sposób pozna się ziemię, na którą zostało rzucone jego ziarno. Chociaż nie wierzę, żeby można było całkowicie zrozumieć, dlaczego te nasiona dały tak żałosne owoce.

Zawsze byłam spokojna i nigdy nie dawałam dowodów na to, że posiadam cechy rozwinięte później we mnie przez Daniela. Urodziłam się jako proste stworzenie, nasiąkłam tą wiedzą, którą zdobywa się poprzez doświadczenie i domyśla się jej poprzez zdrowy rozsądek. Mieszkaliśmy, od dzieciństwa do moich czternastu lat, w ładnym domu na przedmieściach, gdzie się uczyłam, bawiłam i poruszałam beztrosko pod dobrodusznym okiem rodziców.

Aż pewnego dnia odkryto we mnie dziewczynę, przedłużono mi sukienkę, kazano wkładać nowe ubrania i uznano mnie za prawie gotową. Przyjęłam to odkrycie i jego konsekwencje bez zbytniego gadania, tak samo roztrzepana jak wtedy, gdy się uczyłam, spacerowałam, czytałam i żyłam.

Przeprowadziliśmy się do najbliższego miasta, do dzielnicy, której nazwę, wraz z innymi późniejszymi szczegółami, przemilczę. Tam miałam mieć możliwość poznania chłopców i dziewczynek, jak mawiała mama. Rzeczywiście szybko się zaprzyjaźniłam z kilkorgiem dzięki mojej łagodnej i prostej radości życia. Uważałam siebie za dość ładną, a moje silne ciało i jasna skóra zjednywały mi sympatię.

Co do moich marzeń, w tym wieku tak ich pełnym, były zwyczajne, dziewczęce: wyjść za mąż, mieć dzieci i, wreszcie, być szczęśliwą, choć tego pragnienia za dobrze nie dookreślałam i niejasno wpasowywałam je w zakończenia tysiąca przeczytanych powieści, nie zarażając się ich romantyzmem. Miałam po prostu nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, chociaż nigdy nie cieszyło mnie, jeśli tak się działo.

W wieku dziewiętnastu lat spotkałam Jaimego. Wzięliśmy ślub i wynajęliśmy ładne, dobrze umeblowane mieszkanie. Przez sześć lat mieszkaliśmy razem, bez dzieci. I byłam szczęśliwa. Jeśli ktoś mnie o to pytał, potwierdzałam, dodając, nie bez odrobiny wewnętrznej rozterki: „A dlaczego nie?”.

Jaime zawsze był dla mnie dobry. A że miał mało płomienny temperament, uważałam go za niejako przedłużenie rodziców, poprzedniego domu, gdzie nawykłam do przywilejów jedynej córki.

Żyłam łatwo. Nigdy nie poświęcałam głębszych myśli żadnej sprawie. I żeby jeszcze bardziej siebie oszczędzić, nie do końca wierzyłam w czytane książki. Zostały napisane tylko dla rozrywki, myślałam.

Niekiedy melancholia bez powodu zaciemniała moje oblicze, nachodziła mnie ćmiąca i niezrozumiała tęsknota za nigdy nieprzeżytymi epokami. Pozbawiona romantyzmu, odsuwałam je jak niepotrzebne uczucia, niezwiązane z rzeczami naprawdę istotnymi. Jakimi? Nie określałam ich konkretnie i łączyłam je w dwuznacznym wyrażeniu – „sprawy życiowe”. Jaime. Ja. Dom. Mama.

Tymczasem otaczający mnie ludzie spokojnie dawali sobie radę, gładkie czoła bez zmartwień, w kręgu, w którym zwyczaj już dawno temu poszerzył pewne drogi, gdzie fakty wyjaśniano racjonalnie z oczywistych powodów, a te najbardziej niesamowite łączono, nie z powodów mistycznych, tylko dla czystego wygodnictwa, z Bogiem. Jedyne zdarzenia zdolne poruszyć ich dusze to były urodziny, ślub, śmierć i stany z nich wynikające.

A może się mylę i w mojej szczęśliwej ślepocie nie byłam w stanie zajrzeć głębiej? Nie wiem, ale teraz wydaje mi się niemożliwe, żeby w ciemnej strefie każdego człowieka, nawet tego spokojnego, nie gnieździła się groźba innych ludzi, okropniejszych i zbolałych.

Jeśli to mgliste niezadowolenie mnie niepokoiło, nie będąc w stanie go wyjaśnić i przyzwyczajona do nazywania rzeczy po imieniu, nie dopuszczałam go albo składałam na karb fizycznych dolegliwości. Poza tym niedzielne spotkania w domu rodziców, razem z kuzynami i sąsiadami, jakaś przyjemna i radosna zabawa szybko mnie przekonywały i wypychały na szeroką drogę, znowu szłam z zamkniętymi oczyma pośród tłumu.

Zauważam teraz, że pewna apatia, bardziej niż spokój, obracała moje czyny i pragnienia w popiół. Pamiętam, że Jaime powiedział kiedyś, trochę emocjonalnie:

– Dobrze by było mieć dziecko…

Odpowiedziałam nierozważnie:

– Po co?

Gruby welon oddzielał mnie od świata i, bez mojej wiedzy, przepaść oddzielała mnie ode mnie samej.

I tak żyłam, dopóki nie zapadłam na tyfus i otarłam się o śmierć. Uratowały mnie moje dwa domy, zmobilizowane do pracy dzień i noc.

Wracałam do zdrowia bardzo chuda i blada, ani trochę ciekawa świata. Ledwie jadłam, irytowały mnie zwykłe słowa. Spędzałam dnie, leżąc na poduszce, bez myśli, bez ruchu, więziona niezwyczajnym i słodkim rozleniwieniem. Nie twierdzę z całą pewnością, że ten stan pomógł Danielowi na mnie wpłynąć. Wyobrażam sobie raczej, że moja słabość pomagała utrzymywać ludzi wokoło mnie w przekonaniu, jakobym przez cały czas była chora. Kiedy Jaime przychodził z pracy, celowo podkreślałam swoją kruchość.

Nie planowałam go straszyć, ale udawało mi się to. I pewnego dnia, kiedy już nawet zapomniałam o udawaniu „rekonwalescentki”, obwieszczono mi, że spędzę dwa miesiące w Belo Horizonte, gdzie dobry klimat i zdrowa atmosfera mnie wzmocnią. Nie było dyskusji. Jaime zawiózł mnie tam nocnym pociągiem. Załatwił mi dobry pensjonat i wyjechał, zostawiając samą, bez żadnego zajęcia, nagle rzuconą w wolność, o którą nie prosiłam i z której nie potrafiłam skorzystać.

Może to był początek? Z dala od mojego środowiska, od rzeczy jakby urodzonych wraz ze mną, poczułam się pozbawiona wsparcia, bo w sumie nawet obiegowe sądy nie zakorzeniły się we mnie, tak powierzchownie żyłam. Do tamtego czasu trzymałam się nie przekonań, lecz ludzi, którzy je mieli. Po raz pierwszy dano mi możliwość zobaczenia na własne oczy. Po raz pierwszy izolowano mnie z sobą samą. W listach, które w tamtym okresie napisałam i przeczytałam dużo później, zauważam, że ogarnęło mnie przygnębienie. We wszystkich pisałam o powrocie do domu, bardzo go pragnąc. To jednak przed Danielem.

Nie mogę, nawet teraz, przypomnieć sobie twarzy Daniela. Mówię o tej jego fizjonomii z moich pierwszych wrażeń, znacznie innej od całości, do której później się przyzwyczaiłam. Dopiero wtedy, nieszczęśliwie trochę za późno, poprzez codzienną bliskość zdołałam poznać i przyswoić jego rysy. Ale były inne… Z pierwszego Daniela nie zachowałam niczego, poza znamieniem.

Wiem, że się uśmiechał, tylko tyle. Od czasu do czasu pojawia mi się jakaś jego cecha, pojedyncza, z tych poprzednich. Jego krzywe i długie palce, szeroko osadzone brwi, gęste. Nic więcej. Bo on dominował nade mną w taki sposób, powiedzmy, że to nie pozwalało mi go zobaczyć. Wierzę nawet, że moją późniejszą udrękę wzmocniła właśnie ta niemożliwość odbudowania jego obrazu. Miałam tylko jego słowa, wspomnienie jego duszy, wszystko, co nie było ludzkie w Danielu. I w bezsenne noce, nie mogąc mentalnie go odbudować, wyczerpana tymi daremnymi próbami, postrzegałam go jak cień, ogromny, o ruchomych konturach, przytłaczający i jednocześnie daleki jak groźba. Tak jak malarz, który dla uchwycenia wiatru na płótnie pochyla korony drzew, wzburza włosy i spódnice, ja potrafiłam go sobie przypomnieć, tylko przenosząc samą siebie do tej z tamtego czasu. Dręczyłam się oskarżeniami, gardziłam sobą i zraniona, pokiereszowana, żywo mu się w sobie przyglądałam.

Trzeba jednak wrócić do początku, wprowadzić nieco ładu w to moje opowiadanie…

Daniel mieszkał w pensjonacie, w którym się zatrzymałam. Nigdy mnie nie zauważał ani ja jakoś szczególnie nie zwróciłam na niego uwagi. Aż któregoś dnia usłyszałam, jak mówi, wtrącając się nagle w cudzą rozmowę, choć nie porzucając tego swojego zdystansowania, jakby właśnie wybudził się z głębokiego snu. Na temat pracy. Że nie powinna stanowić nic ponad środek zabicia pierwszego głodu. I bawiąc się wywołanym zgorszeniem obecnych, dodał – w każdej chwili porzuciłby swoją, co zresztą zrobił już kilkakrotnie, żeby żyć jak „dobry włóczęga”. Student w okularach, po pierwszej chwili ciszy i rezerwy, która się wytworzyła, odparł mu chłodno, że praca nade wszystko jest obowiązkiem. „Obowiązkiem wobec społeczeństwa”. Daniel zrobił taki gest, jakby nie był zainteresowany przekonywaniem, i poczęstował go zdaniem:

– Już ktoś powiedział, że nie ma uzasadnienia dla obowiązku.

Wyszedł z salonu, zostawiając oburzonego studenta. I mnie, zaskoczoną i rozbawioną: nigdy nie słyszałam, żeby ktoś buntował się przeciwko pracy, „tak poważnemu obowiązkowi”. Największe sprzeciwy Jaimego i taty przejawiały się co najwyżej w formie skarg bez znaczenia. W ogóle nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek nie akceptował, wybierał, burzył się przeciwko… Przede wszystkim usłyszałam w słowach Daniela lekceważenie wobec porządku, wobec „spraw życiowych”… I nigdy by mi nie przyszło do głowy, chyba że jako leciutka fantazja, pragnąć, by świat był inny, niż jest. Przypomniałam sobie Jaimego, wiecznie chwalonego za „wykonywanie swoich obowiązków”, jak sam mówił, i poczułam się, nie wiedzieć czemu, pewniej.

Później, kiedy znów zobaczyłam Daniela, zasklepiłam się w zimnej i nieużytecznej pozie, ponieważ ledwie mnie zauważył, spychając wraz z innymi na ubocze pensjonatu, bezpieczną. Tymczasem przyglądając się wszystkim podczas kolacji, poczułam niejasny wstyd, bo stanowiłam część tej bezkształtnej grupy mężczyzn i kobiet, która w milczącej zgodzie wspierała się i zagrzewała, zjednoczona przeciwko temu, co przyszło zburzyć ich dobre samopoczucie. Zrozumiałam, że Daniel gardzi nimi, i zirytowałam się, bo mnie też ta pogarda dosięgała.

Nie byłam przyzwyczajona do zatrzymywania się dłużej na konkretnych myślach, więc lekki żal, jak zniecierpliwienie, wziął mnie w posiadanie. Od tego czasu, mimowolnie, unikałam Daniela. Widząc go, niepostrzeżenie przyjmowałam pozycję obronną, oczy otwarte, czujne. Chyba się obawiałam, że wypowie jedno z tych swoich zdań, ostrych, z niepokoju, że je zaakceptuję… Wymusiłam na sobie tę niechęć, broniąc się, sama nie wiem przed czym, broniąc taty, mamy, Jaimego i wszystkich swoich. Lecz bezskutecznie. Daniel był niebezpieczeństwem. I w jego stronę szłam.

Któregoś razu kręciłam się po pustym pensjonacie o drugiej po południu w deszczowy dzień, aż usłyszawszy głosy z poczekalni, skierowałam się w tamtą stronę. On rozmawiał z ubranym na czarno chudym mężczyzną. Obaj palili, gawędzili bez pośpiechu, pochłonięci swymi myślami do tego stopnia, że nawet nie spostrzegli, że wchodzę. Chciałam wyjść, ale pochwyciła mnie nagła ciekawość i skierowała do fotela z dala od tych, które oni zajmowali. W końcu, pomyślałam, usprawiedliwiając się, sala należy do gości. Starałam się nie wzbudzić nawet najcichszego szmeru.

W pierwszych chwilach, ku memu zaskoczeniu, nie pojmowałam nic z tego, co mówili… Stopniowo dotarło do mnie kilka pojedynczych słów, pośród innych, których nigdy w życiu nie słyszałam: terminy z książek. „Uniwersalność…”, „abstrakcyjne znaczenie…”. Trzeba wiedzieć, że nigdy nie brałam udziału w dyskusjach, w których tematem nie byłyby „sprawy” albo „historie”. Sama, obdarzona niewielką wyobraźnią i niewielką inteligencją, myślałam tylko w granicach swojej bardzo wąskiej rzeczywistości.

Ich słowa spływały na mnie, nie wnikając we mnie. Tymczasem zgadłam, wyjątkowo zawstydzająco, że skrywają właściwą sobie harmonię, której nie byłam w stanie uchwycić… Próbowałam się nie rozkojarzyć, żeby niczego nie uronić z tej magicznej rozmowy.

– Realizacja zabija pragnienie – powiedział Daniel.

„Realizacja zabija pragnienie, realizacja zabija pragnienie”, powtarzałam do pewnego stopnia olśniona. Odpływałam, a kiedy znowu zwracałam uwagę na ich słowa, już rodziło się inne, tajemnicze i lśniące zdanie, niepokoiło mnie.

Teraz Daniel mówił o sobie samym.

– Interesowałoby mnie przede wszystkim czucie, kumulowanie pragnień, napełnienie siebie sobą samym. Realizacja otwiera mnie, czyni mnie pustym i zaspokojonym.

– Nie ma zaspokojenia – powiedział ten drugi pośród kłębów papierosowego dymu. – Znowu jest niezaspokojenie wywołujące nowe pragnienie, które normalny człowiek będzie chciał zrealizować. Usprawiedliwiasz swoją bezużyteczność jakąś tam teorią. „Najważniejsze to czuć, a nie robić…”. Przepraszam. Poległeś i jesteś w stanie się afirmować tylko poprzez wyobraźnię…

Słuchałam ich sparaliżowana. Zaskakiwała mnie nie tylko rozmowa, ale i plan, na jakim się opierała, coś dalekiego od codziennych spraw, a jednak tajemniczo melodyjna, dotykająca, zgadywałam, innych nieznanych mi prawd. I zaskakiwało mnie to, że atakują się nawzajem niezbyt przyjemnymi słowami, które obraziłyby każdą inną osobę, ale przez nich były przyjmowane spokojnie, jakby… jakby nie wiedzieli, co oznacza „honor”, na przykład.

I przede wszystkim po raz pierwszy ja, do wtedy głęboko uśpiona, dostrzegłam myśli.

Niepokój, jaki wzbudzały we mnie pierwsze rozmowy z Danielem, brał się jakby z pewności niebezpieczeństwa. Któregoś dnia wyjaśniłam mu, że do myśli o tym niebezpieczeństwie dołączają wyrażenia z książek przeczytanych z niewielką uwagą, bo tylko taką obdarzałam wszystko, i teraz lśnią mi w pamięci: „owoce zła”… Kiedy Daniel oświadczył mi, że mówię o Biblii, przeszyła mnie bojaźń Boża, zmieszana jednak z silną i zawstydzającą ciekawością.

Z tych wszystkich powodów moja historia jest trudna do wyświetlenia, podzielona na części. Dokąd doszły moje uczucia wobec Daniela (używam tego ogólnego terminu, bo nie wiem dokładnie, jaka była ich zawartość) i gdzie zaczynało się moje budzenie na świat? Wszystko się posplatało, pogubiło się wewnątrz mnie i nie potrafiłabym sprecyzować, czy mój niepokój był pragnieniem Daniela czy pragnieniem poszukiwania nowo odkrytego świata. Bo obudziłam się jednocześnie jako kobieta i jako człowiek.

Może Daniel był tylko narzędziem, może podążyłam po prostu za swoim przeznaczeniem, przeznaczeniem upuszczonych wolno na ziemię, tych, którzy nie mierzą swoich działań Dobrem i Złem, może ja, nawet bez niego, uciekłam od Jaimego i jego ziemi. Skąd mam wiedzieć?

Słuchałam ich przez mniej więcej dwie godziny. Moje wpatrzone oczy bolały, drętwiały nieruchome nogi. Kiedy Daniel na mnie spojrzał. Powiedział mi później, że jego głośny śmiech, który zranił mnie tak bardzo, że niemal się rozpłakałam, był spowodowany uniesieniem, w jakim się znajdował od kilku dni, i przede wszystkim moim żałosnym wyglądem. Usta głupkowato otwarte, „puste oczy zdradzające moją zwierzęcą niewinność…”. Tak Daniel ze mną rozmawiał. Drapiąc mnie zdaniami, które wychodziły mu lekkie i bezbarwne, ale we mnie się wbijały, szybkie i ostre, na zawsze.

I tak poznałam Daniela. Nie pamiętam szczegółów, które nas zbliżyły. Wiem jedynie, że go poszukiwałam. I wiem, że Daniel stopniowo wziął mnie w posiadanie. Traktował mnie z obojętnością, a ja wyobrażałam sobie, że przenigdy nie pochyliłby się nad moją osobą, gdyby nie uznał jej za ciekawą i zabawną. Moje okazywanie mu skromności było podziękowaniem za jego przysługę… Jak ja go podziwiałam. Im bardziej cierpiałam jego lekceważenie, tym bardziej uważałam go za stojącego wyżej ode mnie, tym bardziej oddzielałam go od „innych”.

Dzisiaj go rozumiem. Wszystko mu wybaczam, wszystko wybaczam tym, którzy nie potrafią się związać, tym, którzy czynią siebie pytaniami. Tym, którzy poszukują powodów, żeby żyć, jakby życie samo z siebie nie wystarczało.

Poznałam później prawdziwego Daniela, chorego, który istniał jedynie, choć w bezustannej jasności, wewnątrz siebie samego. Kiedy zwracał się do świata, już szukając po omacku i przygaszony, było widać, że brak mu oparcia i że jest zgorzkniały, bezradny, odkrywa, że potrafi tylko myśleć. Należy do tych, którzy biorą ziemię w posiadanie, w jednej chwili, z zamkniętymi oczami. Tę jego zdolność do wyczerpywania rzeczy, zanim je dostanie, to jego proste przewidywanie tego, co „potem”… Zanim stawiał pierwszy krok w działaniu, już nużyły go przesyt i smutek następujący po zwycięstwie…

I jakby kompensując sobie niemożność realizacji, on, którego dusza tak bardzo pragnęła się rozprzestrzeniać, wymyślił inną drogę, gdzie mogła się pomieścić jego nieaktywność, gdzie mógłby się rozszerzyć i usprawiedliwić samego siebie. Zrealizować się, powtarzał, to najwyższy i najszlachetniejszy cel człowieka. Zrealizować się oznaczałoby porzucić posiadanie i zdobywanie rzeczy, żeby posiąść siebie samego, rozwinąć własne żywioły, wyrosnąć wewnątrz swoich konturów. Zagrać swoją muzykę i samemu jej słuchać…

Jakby potrzebował takiego planu… Wszystko w nim w sposób naturalny osiągało maksimum, nie w docieraniu do celu, ale poprzez samą możliwość, wywyższenie sił, z których nikt nie korzystał i które przez wszystkich, oprócz niego, były ignorowane. I ten stan był jego szczytem. Przypominał coś, co może poprzedzać realizację, i on gorąco pragnął go osiągnąć, czując się, im więcej cierpiał, bardziej żywy, bardziej ukarany, niemal usatysfakcjonowany. Był to ból tworzenia, jednak bez tworzenia.

Bo kiedy wszystko się rozwiewało, tylko w jego pamięci pozostawały jakieś ślady.

Nigdy nie pozwalał sobie na długi odpoczynek, mimo bezsensowności tej walki i choćby była najbardziej wycieńczająca. Niebawem znowu kręcił się wokoło siebie, wywąchując swoje rodzące się pragnienia, zagęszczając je aż do punktu krytycznego. Kiedy mu się to udawało, trząsł się z nienawiści, piękna albo miłości i czuł się niemal nagrodzony.

Wszystko służyło mu za punkt wyjścia. Przelatujący ptak przypominał mu nieznane ziemie, reanimował jego dawne pragnienie ucieczki. Od myśli do myśli, nieświadomie kierowany do tego samego celu, nabierał przekonania o własnym tchórzostwie, objawiającym się nie tylko w tym nieustającym pragnieniu ucieczki, nieprzywiązywaniu się do rzeczy, żeby nie walczyć o nie, ale także w niezdolności do zrealizowania czegokolwiek, skoro już to sobie wyobraził, rozszarpywaniu bez litości upokarzającego zdrowego rozsądku, który powstrzymywał go przed ucieczką. Ten duet z sobą samym był odbiciem jego istoty, odkrywał, i miał tak robić przez całe życie… Stąd łatwe stawało się zarysowanie przyszłości, długiej, wzdychającej, ociężałej, aż do nieuchronnego końca – śmierci. Tylko tyle, a osiągnie to, do czego pchała go skłonność: cierpienie.

Wydaje się to szalone. Jednak Daniel miał też swoje powody. Cierpieć, dla niego, kontemplować to był jedyny sposób na intensywne życie… I w sumie dlatego właśnie Daniel płonął: żeby żyć. Tylko tyle, dziwne były jego drogi.

Tak bardzo oddawał się uczuciu, które sam stworzył, i do tego stopnia ono stawało się silne, że w końcu zapominał o jego sprokurowanym i podsycanym pochodzeniu. Zapominał, że on sam je wykuł, przesiąkał nim i nim żył jak rzeczywistością.

Czasem jakiś kryzys, bez możliwości ucieczki, stawał się tak boleśnie gęsty, że on, zatopiony w nim, wyczerpany, pragnął się w końcu uwolnić. Tworzył wtedy, żeby się uratować, pragnienie przeciwne, które miało zburzyć to pierwsze. Ponieważ w tych chwilach obawiał się szaleństwa, czuł się chory, daleki od wszystkich ludzi, daleki od tego idealnego człowieka, którym byłaby łagodna zanimalizowana istota, o przyjaznej i nieskrępowanej inteligencji. Daleki od tego człowieka, którym on nigdy się nie stanie i którym nie mógł przestać gardzić, z tą wyższością osiąganą przez cierpiących. Daleki od tego człowieka, któremu mimo wszystko zazdrościł. Kiedy jego cierpienie za bardzo pęczniało, szukał pomocy u tego typa, który dla kontrastu z jego własną nędzą wydawał mu się piękny i doskonały, przepełniony prostotą, która w jego przypadku, Daniela, byłaby bohaterska.

Znużony torturą, poszukiwał go, naśladował go w nagłym przypływie pragnienia spokoju. To zawsze była ta siła przeciwna, którą sprowadzał do swego wnętrza, kiedy osiągał bolesne ekstremum kryzysu. Pozwalał sobie na odrobinę równowagi jako zawieszenie broni, ale zaraz dopadało go znudzenie. Aż w chorobliwym pragnieniu nowego cierpienia utwardzał to znudzenie, przemieniał je w trwogę.

Żył w tym cyklu. Być może pozwolił mi się zbliżyć w jednej z tych chwil, w których potrzebował „siły przeciwnej”. Ja, zdaje mi się, że już to mówiłam, byłam okazem zdrowia, ze swoimi wyważonymi gestami i prostą postawą. I teraz wiem, że tak bardzo starał się mnie zmiażdżyć i upokorzyć, bo mi zazdrościł. Zapragnął mnie obudzić, bo pragnął, żebym ja też cierpiała, niczym trędowaty w skrytości liczący na to, że przekaże swój trąd zdrowym.

Tymczasem mnie, naiwną, olśniewała właśnie ta jego tortura. Nawet jego egoizm, nawet jego złośliwość czyniły go podobnym zdetronizowanemu bogu – geniuszowi. A poza tym ja go kochałam.

Dzisiaj żal mi Daniela. Po tym, jak czułam się porzucona, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, nie pragnęłam ciągnąć tej przeszłości spokoju i śmierci, a nie dawałam rady, przyzwyczajona do komfortu, zapanować nad inną przyszłością – teraz rozumiem, jak bardzo Daniel był wolny i jak bardzo nieszczęśliwy. Przez swoją przeszłość – ciemną, pełną niespełnionych marzeń – nie był w stanie znaleźć sobie miejsca w zwykłym świecie, pogodzony, pół na pół szczęśliwy, średni. Co do przyszłości, za bardzo się jej bał, bo za dobrze znał własne ograniczenia. A mimo że je znał, nie rezygnował, nie odpuszczał tej ogromnej ambicji, nieokreślonej, która – później już nieludzka – kierowała się poza sprawy ziemskie. Zawodząc w realizacji tego, co stawało mu przed oczyma, zwracał się ku temu, czego nikt, tak zgadywał, nie był w stanie zrealizować.

Bez względu na to, jak dziwne by się to wydawało, cierpiał z powodu nieznanego, z powodu tego, czego, „za sprawą spiskowania natury”, przenigdy nie dotknie zmysłami choćby przez chwilę, „choćby tylko po to, żeby poznać tego materię, kolor, płeć”. „Kwalifikację tego w świecie percepcji i wrażeń”, powiedział mi kiedyś, po moim powrocie do jego towarzystwa. A największym złem, które uczynił mi Daniel, było rozbudzenie we mnie tego pragnienia, które uśpione istnieje w nas wszystkich. W niektórych budzi się i zaledwie zatruwa, jak w moim przypadku i Daniela. Innych prowadzi do laboratoriów, podróży, absurdalnych doświadczeń, do przygody. Do szaleństwa.

Wiem teraz co nieco na temat tych, którzy dążą do czucia, by poczuć się żywi. Też szłam tym niebezpiecznym szlakiem, tak nędznym, ku naszemu okrutnemu niepokojowi. I niemal zawsze rozczarowującym. Nauczyłam się czynić swoją duszę rozedrganą i wiem, że przez cały czas w największej głębi własnej istoty można pozostawać czujnym i chłodnym, jedynie obserwując spektakl, którego samemu sobie się dostarczyło. I jakże często niemal ze znudzeniem…

Teraz bym go zrozumiała. Wtedy jednak postrzegałam Daniela jako człowieka bez słabości, wyniosłego i dalekiego, który mnie hipnotyzował. Niewiele wiem o miłości. Pamiętam tylko, że się jej bałam i jej poszukiwałam.

Zmusił mnie do opowiedzenia swojego życia, byłam posłuszna, tchórzliwa, wyszukiwałam słowa, żeby nie wydawać mu się bardzo głupia. Bo on nie wahał się mówić o moim braku inteligencji, używając najbardziej okrutnych wyrażeń. Opowiadałam mu, posłuszna, drobne minione fakty. On słuchał z papierosem w ustach, z rozkojarzonymi oczyma. I w końcu mówił, z tym swoim typowym wyrazem twarzy, mieszaniną hamowanego śmiechu, zmęczenia, dobrodusznego lekceważenia:

– Bardzo dobrze, dość szczęśliwe…

Czerwieniłam się, nie wiem dlaczego przepełniona wściekłością, zraniona. Ale nie dawałam mu riposty.

Któregoś dnia opowiedziałam mu o Jaimem i on powiedział:

– Interesujące, bardzo normalne.

Och, słowa są pospolite, ale sposób, w jaki je wypowiadał. Rewolucjonizowały mnie, sprawiały, że wstydziłam się tego, co skrywałam najgłębiej.

– Cristina, czy ty wiesz, że żyjesz?

– Cristina, czy dobrze jest być nieświadomą?

– Cristina, ty niczego nie chcesz, prawda?

Płakałam potem, ale znowu do niego wracałam, bo zaczynałam się z nim zgadzać i w skrytości miałam nadzieję, że raczy wprowadzić mnie w swój świat. A jak on potrafił mnie upokarzać. Wyciągnął szpony nawet po Jaimego, po wszystkich moich przyjaciół, zmasakrował ich jak coś godnego pogardy. Nie wiem co, od samego początku, powstrzymywało mój bunt. Nie wiem. Przypominam sobie tylko, że ego Daniela z przyjemnością dominowało, a ja byłam łatwa.

Któregoś razu zobaczyłam, że się nagle ożywia, jakby poruszony inspiracją jednocześnie szczęśliwą i komiczną:

– Cristina, czy chcesz, żebym cię obudził?

I zanim zdążyłam się zaśmiać, już kiwałam głową na zgodę.

Nastały zatem dziwne i odkrywcze spacery, te dni, które naznaczyły mnie na zawsze.

On ledwie zgadzał się na mnie patrzeć, sprawiał, że miałam zrozumieć, jeśli postanowiłam się zmienić. Bez względu na to, jak szalone się to teraz wydaje, często powtarzał: chciał mnie zmienić, „tchnąć w moje ciało odrobinę trucizny, dobrej i okrutnej trucizny”…

Rozpoczęła się moja nauka.

On mówił, ja słuchałam. Dowiedziałam się o życiu mrocznym i pięknym, dowiedziałam się o cierpieniu i o ekstazie „uprzywilejowanych przez szaleństwo”.

– Pomyśl o nich, ty, ze swoim szczęśliwym półśrodkiem.

I rozmyślałam. Przerażał mnie nowy świat, który przekonujący głos Daniela pozwalał mi dostrzec, mnie, która zawsze była spokojną owieczką. Przerażał mnie, a jednak już nęcił zapierającą dech siłą spadania…

– Przygotuj się, żeby czuć wraz ze mną. Wysłuchaj tego fragmentu z głową odrzuconą do tyłu, z przymkniętymi oczyma, rozchylonymi ustami…

Udawałam, że się śmieję, udawałam, że go słucham dla zabawy, jakbym się usprawiedliwiała przed dawnymi przyjaciółmi. I w swoich oczach za to, że zgodziłam się na takie jarzmo. Nic jednak nie było dla mnie poważniejsze.

On, niewzruszony, poprawiał mnie, jakby podczas rytuału, nalegał poważny:

– Bardziej powłóczyste spojrzenie… Rozluźnione nozdrza, gotowe na głęboką absorpcję…

Byłam posłuszna. Przede wszystkim byłam posłuszna, starając się nie spowodować czymś jego niezadowolenia, oddając się jego rękom i prosząc o wybaczenie za to, że nie daję mu więcej. I ponieważ o nic mnie nie prosił, o nic, czego nie zawahałabym się mu ofiarować, wpadałam w jeszcze głębsze przekonanie o swojej niższości i o tym, że daleko mi do niego.

– Pozwól sobie na więcej. Pozwól, niech mój głos będzie twoimi myślami.

Słuchałam. „Dla tych, którzy pozostają uwięzieni (nie tylko w więzieniu, przerywał Daniel), łzy stanowią część codziennego doświadczenia; dzień bez łez jest dniem, w którym serce jest utwardzone, nie dniem, w którym serce jest szczęśliwe”… „ponieważ sekretem życia jest cierpienie. Ta prawda zawiera się we wszystkim”.

I stopniowo rzeczywiście rozumiałam… Ten powolny głos w końcu płonął w mojej duszy, poruszał nią do głębi. Przez długie lata kroczyłam po jaskiniach i nagle odkryłam promienne wyjście na morze… Tak, krzyknęłam mu raz, ledwie dychając, ja czułam! On tylko się uśmiechnął, jeszcze niezadowolony.

Tymczasem była to prawda. Ja, tak prosta i prymitywna, która nigdy nie pragnęłam niczego intensywnie. Ja, nieświadoma i wesoła, „bo posiadałam wesołe ciało… Nagle budziłam się: jakże mroczne życie miałam dotychczas. Teraz… Teraz się odradzałam. Żywo, w bólu, w tym bólu, który spał spokojny i ślepy na dnie mnie samej”.

Stałam się nerwowa, pobudzona, bardziej inteligentna. Oczy zawsze niespokojne. Niemal nie sypiałam.

Przyjechał Jaime, by spędzić ze mną dwa dni. Otrzymawszy jego telegram, zbladłam. Chodziłam jak oczadziała, wymyślając sposób, żeby Daniel nie mógł go zobaczyć. Wstydziłam się Jaimego.

Pod pretekstem, że chcę wypróbować hotel, zarezerwowałam pokój w jednym z nich. Jaime nie domyślił się prawdziwego powodu – czego należało się spodziewać. I to jeszcze bardziej zbliżyło mnie do Daniela. Pragnęłam niejasno, żeby mój mąż zareagował w moim imieniu, wyrwał mnie z tych szalonych rąk. Obawiałam się sama nie wiem czego.

To były dwa okropne dni. Nienawidziłam siebie, bo wstydziłam się Jaimego, ale robiłam wszystko, co tylko możliwe, żeby ukryć się z nim w miejscach, gdzie Daniel nas nie zobaczy…

Kiedy wyjechał, wreszcie, między poczuciem ulgi i porzucenia, pozwoliłam sobie na godzinę odpoczynku przed powrotem do Daniela. Usiłowałam oddalić niebezpieczeństwo, ale nigdy nie przyszło mi do głowy uciec.

Ufałam, że przed moim wyjazdem Daniel mnie pokocha.

Tymczasem wiadomość, że mama jest chora, zawezwała mnie do Rio znacznie wcześniej. Powinnam była wyjechać.

Porozmawiałam z Danielem.

– Jeszcze jedno popołudnie i być może nigdy więcej się nie zobaczymy – zaryzykowałam strachliwie.

On zaśmiał się cicho.

– Z całą pewnością wrócisz.

Odniosłam wyraźne wrażenie, że próbuje mi zasugerować powrót, jakby rozkaz. Powiedział mi któregoś dnia: „Słabe dusze, jak twoja, łatwo doprowadzają do dowolnego szaleństwa zaledwie spojrzeniem dusze silne, takie jak moja”. Byłam tak ślepa, że ucieszyła mnie ta myśl. I zapomniawszy, że on sam już zadeklarował obojętność wobec mnie, uczepiłam się tej możliwości: „Jeśli mi sugerujesz, żebym cię odnalazła któregoś dnia… to czy nie dlatego, że mnie kochasz?”.

Zapytałam go, siląc się na uśmiech:

– Wrócić? Dlaczego?

– Twoja nauka… Jeszcze nie jest skończona.

Zapadłam się w sobie, w ciężkim przygnębieniu, które na kilka chwil unieruchomiło mnie i uczyniło pustą. Tak, koniecznie trzeba przyznać, on nigdy nawet nie przejmował się moją obecnością. Ale znowu ten jego chłód jakby mnie podniecał, powiększał go w moich oczach. Podczas jednej z tych nagłych egzaltacji, które nachodziły mnie często, zapragnęłam uklęknąć obok niego, poniżyć się, wielbić go. Nigdy więcej, nigdy więcej, pomyślałam przestraszona. Bałam się, że nie wytrzymam bólu po jego stracie.

– Daniel – powiedziałam do niego cicho.

Uniósł wzrok i na widok mojego udręczonego oblicza zmrużył oczy, analizując mnie, próbując zrozumieć. Nastąpiła długa minuta ciszy. Czekałam i drżałam. Wiedziałam, że ta chwila jest pierwszą naprawdę żywą pomiędzy nami, pierwszą, która bezpośrednio nas łączy. Ta chwila nagle oddzieliła mnie od całej mojej przeszłości i w osobliwej wizji przyszłości dostrzegłam, że on się wyróżnia jako czerwony punkt na całym przebiegu mojego życia.

Czekałam i w oczekiwaniu, wszystkie zmysły wyostrzone, pragnęłam unieruchomić cały wszechświat, obawiając się, że poruszy się jeden liść, że ktoś nam przerwie, że mój oddech, jakiś gest zburzy urok chwili, rozwieje to i sprawi, że znowu wpadniemy w oddalenie i próżnię słów. Krew pulsowała mi głucho w nadgarstkach, w piersiach, w skroniach. Lodowate, wilgotne ręce niemal bez czucia. Mój niepokój wpędzał mnie w krańcowe napięcie, czynił jakby gotową rzucić się w odmęt, jakby gotową pogrążyć się w szaleństwie. Na drobny ruch Daniela wybuchłam krzykiem, jakby gwałtownie mną potrząsnął:

– A jeśli wrócę?

Przyjął to zdanie z niesmakiem, jak zawsze, kiedy „szokowała go moja zwierzęca intensywność”. Wbił we mnie wzrok i stopniowo jego rysy się zmieniły. Spąsowiałam. Ciągłe pragnienie, żeby posiąść jego myśli, nie dawało mi mocy przeniknięcia do najważniejszych, lecz wyćwiczyłam intuicję co do mniejszych. Wiedziałam, że aby Daniel się nade mną ulitował, powinnam być żałosna. Ani głód, ani niczyja nędza nie poruszały go bardziej niż brak estetyki. Rozpuszczone włosy, wilgotne od potu, spadały mi na rozognioną twarz i ból, do którego moja fizjonomia, przez długie lata spokojna, jeszcze się nie przyzwyczaiła, powinien wykrzywić moje rysy, nadać im nutę lekkiej groteski. W najpoważniejszej chwili mojego życia byłam żałosna, mówiło mi to strapione spojrzenie Daniela.

Siedział w milczeniu. I jakby po długim wyjaśnieniu podkreślił głosem powolnym i łagodnym:

– A poza tym znasz mnie lepiej, niż potrzeba, żeby ze mną żyć. Zbyt wiele już mówiłem. – Pauza. Nieśpiesznie zapalił papierosa. Spojrzał mi bardzo głęboko w oczy i z półuśmiechem podsumował: – Znienawidziłbym cię w dniu, w którym nie miałbym ci nic więcej do powiedzenia.

Byłam już tak sponiewierana, że mnie to nie zraniło. To był jednak pierwszy raz, kiedy otwarcie mnie odrzucał, mnie, moje ciało, wszystko, co posiadałam i co mu ofiarowywałam z zamkniętymi oczami.

Przerażona własnymi słowami, które prowadziły mnie, niezależne od mojej woli, mówiłam pokornie, starając się go udobruchać.

– Przynajmniej odpowiesz na moje listy?

Zrobił niedostrzegalny gest zniecierpliwienia. Ale odpowiedział mi, kontrolując głos, złagodniały:

– Nie. Co nie przeszkadza, żebyś do mnie pisała.

Zanim odeszłam, pocałował mnie. Pocałował mnie w usta, wcale nie uśmierzając mojego niepokoju. Bo robił to dla mnie. A ja chciałam, żeby czuł przyjemność, żeby się uczłowieczył, żeby się upokorzył.

Mama szybko wyzdrowiała. A ja ostatecznie wróciłam do Jaimego. Wróciłam do poprzedniego życia. Tymczasem poruszałam się jak niewidoma, w swego rodzaju odrętwieniu, które opadało ze mnie, kiedy pisałam do Daniela. Nigdy nie otrzymałam od niego nawet jednego słowa. Więcej nie czekałam. I dalej pisałam.

Czasem mój stan się pogarszał i każda chwila stawała się bolesna, jakby mała strzała wbijała się w moje ciało. Myślałam o tym, by uciec, pojechać do Daniela. Popadałam w gorączkowość ruchów, nad którą bezskutecznie próbowałam zapanować w domowych obowiązkach, żeby nie zwracać uwagi Jaimego i służącej.

Potem następował stan znużenia, w którym mniej cierpiałam. Ale nawet w tym okresie nie uspokajałam się całkowicie. Analizowałam siebie uważnie: „czy to wróci?”. Odnosiłam się do tortury niejasnymi słowami, jakbym tym sposobem ją odsuwała.

W chwilach większej świadomości przypominałam sobie to, co mi powiedział któregoś dnia:

– Trzeba umieć czuć, ale także wiedzieć, jak przestać czuć, bo jeśli doświadczenie jest wzniosłe, może stać się niebezpieczne. Naucz się czarować i odczarowywać. Obserwuj, uczę cię czegoś cennego: magii przeciwnej do „Sezamie, otwórz się”. Żeby jakieś uczucie straciło zapach i przestało nas truć, nie ma nic lepszego, niż wystawić je na słońce.

Próbowałam myśleć, co się wydarzy, z jasnością i obiektywizmem, żeby zredukować swoje uczucia do jednego tylko schematu, bez zapachu, bez tekstu między wierszami. Wydawało mi się to jakby zdradą. Daniela, mnie samej. Próbowałam, mimo wszystko. Sprowadzanie mojej historii do dwóch czy trzech słów, wystawianie jej na słońce wydawało mi się rzeczywiście śmieszne, ale nie zarażałam się chłodem własnych myśli i raczej wyobrażałam sobie, że zajmuję się romansem jakiejś obcej kobiety z nieznanym mężczyzną. Och, oni nie mieli nic wspólnego z opresją, która mnie przygniatała, z tą bolesną tęsknotą, która mgliła mi wzrok i oszałamiała umysł… A nawet, odkryłam, bałam się uwolnić. „To” za bardzo rosło we mnie, wypełniało mnie. Zostałabym porzucona, gdybym się wyleczyła. W sumie czym teraz byłam, czułam, jeśli nie odbiciem? Gdybym odmówiła sobie Daniela, stałabym się pustym lustrem.

Byłam rozedrgana, dziwacznie nadwrażliwa. Nie znosiłam już tych spokojnych popołudni z rodziną, które dawniej tak mnie bawiły.

– Gorąco, prawda, Cristino? – zagadywał Jaime.

– Od dwóch tygodni próbuję tego ściegu i nic – zauważała mama.

Jaime podsumowywał, przeciągając się:

– Wyobraź sobie, robić na szydełku przy takiej pogodzie.

– Nie szydełkowanie jest ciężkie, tylko łamanie sobie głowy nad tym ściegiem – odpowiadał tata.

Przerwa.

– Mercedes w końcu zostanie narzeczoną tego chłopaka – informowała mama.

– Chociaż taka jest brzydka – podrzucał tata od niechcenia, przewracając stronę gazety.

Przerwa.

– Szef postanowił teraz zastosować system wysyłki…

Maskowałam przygnębienie i wymyślałam pretekst, żeby się wycofać na kilka chwil. W pokoju gryzłam chusteczkę, tłumiąc krzyki rozpaczy, które zagrażały mojemu gardłu. Padałam na łóżko, twarz zatopiona w poduszce, czekanie, aż coś się wydarzy i mnie uratuje. Zaczynałam nienawidzić ich wszystkich. I pragnęłam ich opuścić, uciec od tego uczucia, które rozwijało się z każdą chwilą, zmieszane z trudną do zniesienia litością nad nimi i nade mną samą. Jakbyśmy razem byli ofiarami tego samego i niemożliwego do powstrzymania zagrożenia.

Próbowałam przywołać w pamięci obraz Daniela, rys po rysie. Wydawało mi się, że jeśli go sobie wyraźnie przypomnę, niejako będę miała nad nim moc. Wstrzymywałam oddech, napinałam się, zagryzałam usta. Jeszcze chwila… Jeszcze chwila i będę go mieć, gest po geście… Jego postać już się wyłaniała, zamglona… I w końcu, stopniowo, przybita, dostrzegałam, że się rozwiewa. Odnosiłam wrażenie, że Daniel ucieka ode mnie, z uśmiechem. Ale jego obecność mnie nie opuszczała. Któregoś razu, gdy byłam z Jaimem, poczułam go i oblałam się rumieńcem. Wyobraziłam sobie, że nas obserwuje, ze swoim spokojnym i ironicznym uśmiechem:

– Cóż, popatrzmy no, szczęśliwe małżeństwo…

Zadrżałam ze wstydu i przez kilka dni ledwie byłam w stanie znieść cień Jaimego. Myślałam o Danielu, z jeszcze większą intensywnością. Jego zdania krążyły w moim wnętrzu jak wir. To czy inne wyróżniało się i dręczyło mnie całymi godzinami. „Jedyne podejście godne człowieka to smutek, jedyne podejście godne człowieka to smutek, jedyne…”.