Opowiadania o zbójcach, strachach, czarach, o zaklętych skarbach i o podobnych niezwykłych sprawach - Józef Chociszewski - ebook
Opis

Tom zawiera zbiór opowiadań o zbójcach, strachach, czarach, o zaklętych skarbach i o podobnych niezwykłych sprawach – czyli wszystkim tym, co od wieków rozpala wyobraźnię czytelników i budzi emocje. Lektura pozwala przenieść się czytelnikom w świat niebezpieczeństw, do których w realnym świecie wielu śmiałków nawet by się nie zbliżyło. I choć autor we wstępie przekornie dziwi się, że zbójectwo takim się cieszy zainteresowaniem, i przezornie zaznacza, że zbiór powstał, aby „przede wszystkim wzbudzić odrazę od zbójeckiego rzemiosła”, to dodaje też, że lektura może się „przyczynić do miłego spędzenia czasu podczas długich zimowych wieczorów”. Józef Chociszewski był przede wszystkim redaktorem i wydawcą. W swojej karierze opiekował się wieloma tytułami prasowymi. Był także zaangażowanym działaczem narodowym oraz prowadził ożywioną działalność społeczną jako organizator wielu stowarzyszeń kulturalno-oświatowych. Poprzez swoje działania często narażał się władzom pruskim, za co karano go i więziono. Był także autorem wielu książek, utworów teatralnych i artykułów oraz wydawcą książek popularnych z zakresu historii i literatury polskiej.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 76

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Józef Chociszewski

Opowiadania o zbójcach, strachach, czarach, o zaklętych skarbach i o podobnych niezwykłych sprawach

Warszawa 2012

Boga nie oszukasz

Prawdziwe zdarzenie z rewolucji francuskiej

Okropną była rewolucja francuska 1789 roku. Tysiące niewinnych ludzi zamordowano, sam nawet król i królowa na śmierć zostali skazani i ścięci. Wielka liczba księży utraciła życie. Pospólstwo rozhukane zbierało się w kupy, a chodząc po wsiach i miasteczkach, rabowali majętniejszych, często nawet i zabijali, aby się te rabunki nie wydały.

Dowiedziała się pewna taka koczująca banda, że jeden z księży posiadał znaczne pieniądze. Wnet się udali owi hultaje do tej wioski, aby księdzu pieniądze wydrzeć, lecz jakżeż się zadziwili, gdy ani księdza, ani pieniędzy znaleźć nie mogli. Próbowali raz, drugi i trzeci, ale sztuka się nie udała, ksiądz zawsze tak się umiał ukryć, że próżne były zabiegi hołoty.

Widząc, że próżne są ich zamachy, podróże i trudy, starali się przeciągnąć na swoją stronę tamtejszego karczmarza, obiecując mu dać 2000 franków, jeżeliby jakim delikatnym sposobem dopomógł im do schwytania księdza. Łakomy karczmarz chętnie się zgodził, kazał im tedy przyjść za trzy dni o północy.

Po trzech dniach zdrajca karczmarz, wziąwszy z sobą kilka butelek starego wina, poszedł do księdza wieczorem i poczęstował go winem. Gdy już wypili kilka kieliszków, zaczął karczmarz różnymi sztukami dochodzić i wypytywać się, gdzie proboszcz umie się tak dobrze ukrywać przed buntowniczą hałastrą, boby i on chciał mu towarzyszyć z obawy przed hultajami. Ksiądz słuchał spokojnie, ale z niczym się nie wydał.

Wraca karczmarz do domu, a tu hultajstwo się zjawia. Gościnny niewiele się namyślając, kładzie się w łóżko i udaje ciężko chorego. Posyła zaraz żonę po księdza, aby przybył jak najprędzej dysponować go na śmierć. Rozpustnicy aż w ręce klaskali, przyznając mu wielki rozum.

Żona karczmarza pobiegła uradowana, będąc pewną, że im ten fortel się uda i że dostaną 2000 franków za oszukaństwo, a trzeci skorzystają za trunki i jedzenie. Przyszedłszy pod okno do plebanii, stuka i prosi mocno na wszystkie świętości, aby ksiądz przyszedł czym prędzej opatrzyć konającego męża św. sakramentami na drogę wieczności. Ksiądz, przestraszony tak nagłym wypadkiem, jako dobry pasterz, nie zważając na niebezpieczeństwo, bierze komunię św., komżę i stułę, chłopiec zaś latarnię i dzwonek i idą wszyscy razem do gościńca.

Tam stanąwszy, idzie kapłan do łóżka i pyta się mniemanego chorego, czy się chce spowiadać? Ten milczy. Ksiądz chwyta go za rękę, ale ręka zimna. Obrócił się zatem do żony i rzekł: „Kobieto, cóżeś ty najgorszego zrobiła, żeś mi tak późno znać dała, wszakżeż twój mąż już nie żyje”.

Ta przelękniona leci do łóżka, rusza, cuci męża i woła, a widząc, że na prawdę umarł, zacznie ręce załamywać, płakać i krzyczeć. Zbójcy, zaczajeni na górze i w stajni, słysząc ten hałas, wpadają zbrojni do izby. Kobieta, pełna rozpaczy, zaczęła na nich wykrzykiwać: „A wy szelmy, złodzieje i zbójcy, namówiliście męża mojego, aby się położył i konającym uczynił, dlatego jedynie, aby księdza schwytać i z pieniędzy go złupić, a teraz oto Bóg skarał mego męża nagłą śmiercią. I cóż ja nieszczęśliwa pocznę?”

Buntownicy, słysząc to, struchleli, jednakże nie dowierzając jej słowom, przystąpili do łoża, budzili i przewracali nieboszczyka, ale na próżno, bo kto raz umarł, ten więcej nie wstanie.

Ksiądz przelękniony, widząc wielką bandę rabusiów, a słysząc, że to na jego zgubę było przygotowane, powstał, a wyjąwszy hostię z puszki, trzymał ją w palcach i mówił, podniósłszy ją do góry: „Francuzi! Ten Bóg utajony w przenajświętszym Sakramencie pomścił się swojej zniewagi, że Go nadaremno żądano. Wy zowiecie się patriotami, a tymczasem jesteście obłudnicy i złodzieje, którzy rabujecie i niszczycie swych bliźnich. Hańba, wstyd i niesława dla was; na mnieście to dybali, jak teraz z ust tej obłudnicy słyszę, ale Bóg utajony w tym Sakramencie natychmiast was trupem położy, jeżeli mi jaką krzywdę wyrządzicie”.

W podobny sposób ostro i czule do nich prawił, a oni truchleli na te słowa, przepraszając za zniewagę Bogu wyrządzoną. Wyliczyli potem karczmarce 100 franków na pogrzeb i inne koszty, a kapłan bez trwogi odszedł do plebanii. Już się więcej u niego ta horda nie pojawiła.

Dlatego pamiętajcie sobie: Boga oszukać nie można.

Podróż dzwonów do Rzymu

Legenda

Szedł ubogi pielgrzym do Rzymu. Było to właśnie w Wielki Piątek. Idzie, idzie, aż tu nagle zahuczy, zadźwięczy powietrze, a oto nad ziemią płyną na skrzydłach dzwony potężne, jak olbrzymy, i mniejsze, i dzwonki i dzwoneczki. Szły też na ziemi pieszo dzwony różne, a że im ciężko było, przeto kijami się podpierały. Choć te w powietrzu prędzej lecieć powinny, jednakże pieszo idące nie dały im się wyprzedzić, dlatego, że tym w górze ciężko było w powietrzu latać, i nie dziw – wszak dzwony są ciężkie.

Aż się czarno zrobiło w powietrzu, tyle tych dzwonów było. Ujrzawszy je pielgrzym zawołał: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” – Mój Jezu! Co za dźwięk się zrobił, bo wszystkie dzwony, a było ich bardzo wiele, gdyż z całego świata się zeszły, wybrzęczały jak mogły: „Na wie-wie-ki, na wie-ki-ki. A-a-men-men!” Gdyż i dzwony, podług wiary ludu, mają pewne czucie i są pobożne, pobożniejsze, niż niejeden człowiek.

Pielgrzym, nabrawszy otuchy, zawołał znowu: „Powiedźcie mi, moje kochane dzwony, gdzież wy tak spieszycie?” Na to odezwie się dzwon bardzo stary, bo aż sczerniały z starości: „Do Rzymu, do Rzymu, do Ojca Świętego”. I nuże ów dzwon opowiadać, jak wszystkie dzwony z całego świata co rok udają się w Wielki Piątek, w ten dzień, kiedy nie dzwonią, do Rzymu do Ojca Św. po błogosławieństwo, bo i dzwony potrzebują błogosławieństwa. Niektóre dzwony lecą w powietrzu, inne na ziemi piechotą, a te bardzo stare kijami się podpierają, bo już im ciężko chodzić. Tymczasem już i Rzym w dali było widać, a że inne dzwony znacznie ich już wyprzedziły, przeto i ów dzwon sędziwy pożegnał uprzejmie pielgrzyma i przyspieszył kroku, aby się połączyć z towarzyszami.

Takie jest podanie ludowe, że dzwony co rok w Wielki Piątek do Rzymu się udają. Powstało zaś stąd owo podanie, że w dniu tym dzwony milczą, przeto lud sobie wystawia, że wtedy mogą do Rzymu się udać. To podanie zawiera bardzo piękną myśl, oto, że gdy nawet dzwony do Rzymu, do Ojca Św., po błogosławieństwo spieszą, zatem i katolicy powinni czcić Ojca Św. i starać się o jedność w wierze świętej.

Dzwony w kościele katolickim ważne mają znaczenie. Wzywają wiernych na nabożeństwo i do modlitwy, płaczą i jęczą nad umarłymi i ostrzegają ludzi podczas niebezpieczeństw, a mianowicie gdy wybuchnie pożar. Dlatego też dzwony po ulaniu, nim je w dzwonnicy powieszą, chrzest odbierają i imiona.

Między ludem polskim krąży bardzo wiele podań o dzwonach zatopionych w jeziorach. I tak w jeziorze łekińskim przy miasteczku Łeknie ma się dzwon znajdować, tak samo w jeziorze trzemeszeńskim leży na dnie kilka dzwonów. W Prusach Zachodnich, w powiecie kościerskim, na trakcie między Chojnicami a Gdańskiem leży wieś Szczodrzykowo, w której się znajduje starożytny kościołek, filia do kościoła parafialnego w Skarszewach. W tym kościółku znajdują się trzy dzwony, zachwycające pięknym głosem, do głębi duszy przenikającym. O tych dzwonach krąży następujące podanie ludowe: blisko wsi Szczodrzykowo znajduje się pagórek, na którym znajdują się ślady zamczyska, a u stóp jego małe jezioro. Za dawnych czasów przechodził tam podróżny. Idzie, aż wtem naraz słyszy najcudniejszą muzykę. Spojrzy podróżny w tę stronę, skąd ta cudowna muzyka dochodzi, aż oto widzi, że po jeziorze pływa dwanaście dzwonów i dzwonią. Wzięła chętka podróżnego, aby wyłowić jeden z tych dzwonów. Urżnął tedy gałąź, a zachwyciwszy końcem trzeci z końca zaczął ciągnąć do brzegu. Ku wielkiemu zdziwieniu zobaczył, że nie jeden, ale trzy dzwony bez żadnych trudności do brzegu płynęły, ale te inne dzwony z wielkim trzaskiem i smutnie a żałośnie jęcząc, zatonęły. Teraz dopiero zaczął podróżny ubolewać, że nie zaczepił największego dzwonu, gdyż w ten sposób byłby wszystkie wyratował. Zawieszono potem te trzy dzwony w kościele szczodrzykowskim, gdzie się dotychczas znajdują, a te dziewięć innych spoczywają na dnie jeziora, czekając, aż je ktoś wybawi. A teraz przypatrzcie się obrazkowi, jak te dzwony na ziemi i w powietrzu lecą.