Opowiadania autora Wielkiego Gatsby'ego z angielskim - Francis Scott Fitzgerald, Marta Fihel, Dariusz Jemielniak - ebook

Opowiadania autora Wielkiego Gatsby'ego z angielskim ebook

Francis Scott Fitzgerald, Marta Fihel, Dariusz Jemielniak, Grzegorz Komerski, Gabriela Oberda

0,0

Opis

Język angielski Poziom B2

Wybór short stories z pierwszych lat epoki jazzu w wersji do nauki języka angielskiego

Autorski wybór 5 opowiadań autora Wielkiego Gatsby’ego. Większość opowiadań pochodzi ze słynnego zbioru Tales of the Jazz Age, w sugestywny sposób opisującego amerykańskie społeczeństwo z początku lat 20. XX wieku, zwanych erą jazzu.
Fitzgerald zasłynął powieścią Wielki Gatsby, ale był także autorem znakomitych opowiadań, nadal wznawianych przez najlepszych wydawców amerykańskich.

Podręcznik oparty na oryginalnym tekście opowiadań został skonstruowany według przejrzystego schematu:
- na marginesach tekstu podano objaśnienia trudniejszych wyrazów,
- każdy rozdział jest zakończony krótkim testem sprawdzającym stopień rozumienia tekstu,
- zawarty po każdym rozdziale dział O słowach jest poświęcony poszerzeniu słownictwa z danej dziedziny, wyrazom kłopotliwym dla polskich uczniów (tzw. false friends), phrasal verbs, słowotwórstwu oraz wyrażeniom idiomatycznym,
- w dziale poświęconym gramatyce omówiono wybrane zagadnienie gramatyczne, ilustrowane fragmentem rozdziału,
- dla dociekliwych został również opracowany komentarz do wybranych tematów związanych z kulturą i historią,
- różnorodne ćwiczenia pozwolą Czytelnikowi powtórzyć i sprawdzić omówione w podręczniku zagadnienia leksykalne i gramatyczne. Alfabetyczny wykaz wyrazów objaśnianych na marginesach tekstu znajduje się w słowniczku. Odpowiedzi do wszystkich zadań zamkniętych są podane w kluczu na końcu książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 465

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




F. Scott Fitzgerald Marta Fihel • Dariusz Jemielniak • Grzegorz Komerski • Gabriela Oberda

OPOWIADANIA

autoraWielkiego Gatsby’ego

z angielskim

Wybór short stories z pierwszych lat epoki jazzu w wersji do nauki języka angielskiego

Redakcja

Jadwiga Witecka

Projekt okładki

Studio KARANDASZ

Skład i łamanie

Protext

© Copyright by Poltext sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2015

Poltext sp. z o.o.

02-230 Warszawa, ul. Jutrzenki 118

tel.: 22 632-64-20

e-mail:[email protected]

internet:www.poltext.pl

ISBN 978-83-7561-569-2 (format e-pub) 

ISBN 978-83-7561-573-9 (format mobi) 

ISBN 978-83-7561-577-7 (format pdf) 

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Wstęp

Gdy krytykom literackim przychodzi wskazać najwybitniejszych pisarzy, często mają problem ze wskazaniem jednej osoby. Wyjątkiem jest F. Scott Fitzgerald – dosyć powszechnie uważany za jednego z najważniejszych prozaików, jeżeli nie najważniejszego prozaika amerykańskiego XX wieku.

Francis Scott Key Fitzgerald urodził się 24 września 1896 roku w dość zamożnej rodzinie pochodzenia irlandzkiego w Minnesocie. Jako ciekawostkę można podać, że jego ojciec pracował w Procter & Gamble. Fitzgerald dzieciństwo spędził w północnej części stanu Nowy Jork, w Buffalo (przy wodospadach Niagara). Bardzo wcześnie zainteresował się literaturą i konsekwentnie dążył do tego, aby zostać pisarzem. Odebrał staranne wykształcenie na jednej z najlepszych amerykańskich uczelni, Princeton University. Nie ukończył jednak studiów: tak bardzo wciągnęło go pisanie, że został zawieszony. Z szansy na poprawę swoich notowań już nie skorzystał: powodowany patriotycznym impulsem sam zrezygnował z dalszej nauki, aby w 1917 roku wstąpić do wojska. Jednocześnie paraliżował go strach, że zginie w bitwie i jego talent przepadnie bezpowrotnie – dlatego w panice i pośpiechu, dosłownie w kilka tygodni przed powołaniem do armii, napisał powieść The Romantic Egoist. Choć nie została przyjęta do druku, wydawca zwrócił uwagę na oryginalność stylu i walory literackie manuskryptu i zachęcił autora do podejmowania dalszych wysiłków. Szczęśliwie dla Fitzgeralda i dla literatury wojna skończyła się, zanim został wysłany na front. Podczas służby poznał jednak swoją przyszłą żonę Zeldę. Podróżował wielokrotnie do Paryża, zaprzyjaźnił się z Hemingwayem – i starał się znaleźć czas na pisanie powieści, choć utrzymywał się przede wszystkim z publikacji opowiadań, jak większość pisarzy owego okresu.

Fitzgerald już od czasów studenckich nie stronił od kieliszka. Choroba alkoholowa, nawracające zapalenia płuc, dwa zawały, ciągłe problemy finansowe – wszystko przyczyniło się do jego przedwczesnej śmierci 21 grudnia 1940 roku, również na zawał. Można jedynie gdybać, jakie perły literatury wyszłyby spod jego pióra, gdyby nie przedwczesna śmierć – jednakże powstały dorobek plasuje go bez wątpienia w panteonie światowych pisarzy.

Chociaż ukończył zaledwie cztery powieści (w tym Wielkiego Gatsby’ego, którego Czytelnicy naszej serii mieli okazję już poznać wcześniej – Wielki Gatsby… z angielskim ukazał się bowiem w 2013 roku), przyniosły mu one międzynarodową sławę.

Jego opowiadania jednak przesądziły w ogóle o tym, że mógł utrzymywać się z literatury. Wiele z nich weszło do absolutnej klasyki gatunku. Nie jest to jednak po prostu wybitna klasyka, do której trudno sięgać bez skupienia i nabożnego namysłu. Przeciwnie, to doskonała literatura także w sensie po prostu dobrej rozrywki. Świetnie nadaje się także do ekranizacji – filmy na podstawie dorobku Fitzgeralda ukazują się regularnie do dziś (ostatnią ekranizacją opowiadania był Ciekawy przypadek Benjamina Buttona z 2008 roku, z Bradem Pittem, Cate Blanchett i Tildą Swinton).

W prezentowanym zbiorze opracowaliśmy pięć opowiadań. Cztery z nich pochodzą z bodaj najbardziej znanego zbioru, Tales of the Jazz Age, a jedno z pierwszego, opublikowanego dwa lata wcześniej, Flappers and Philosophers. Choć nie będziemy ich tutaj streszczać, warto zauważyć, że w wielu z nich powtarzają się typowe dla Fitzgeralda motywy: utraconego bogactwa i młodości, trudnych wyborów między karierą a miłością. Fitzgerald nie unika także problematyki społecznej: pisze o antysemityzmie, rodzącym się ruchu socjalistycznym, a także o paradoksach ekonomii.

Opracowany przez nas podręcznik oparty na oryginalnym tekście opowiadań został skonstruowany według przejrzystego schematu.

Na

marginesach tekstu podano

objaśnienia

trudniejszych

wyrazów.

Każdy rozdział

jest

zakończony krótkim testem jednokrotnego wyboru lub testem typu „prawda/fałsz”, sprawdzającym stopień

rozumienia tekstu

.

Zawarty

po każdym rozdziale dział

O słowach

jest

poświęcony poszerzeniu słownictwa z danej dziedziny, wyrazom kłopotliwym dla polskich uczniów (tzw

. false

friends

) lub

wyrażeniom idiomatycznym.

W dziale

poświęconym

gramatyce

omówiono

wybrane

zagadnienie gramatyczne, ilustrowane fragmentem rozdziału.

Dla

dociekliwych został również opracowany komentarz do wybranych tematów związanych z 

kulturą i historią.

Różnorodne ćwiczenia pozwolą Czytelnikowi powtórzyć i sprawdzić omówione w podręczniku zagadnienia leksykalne i gramatyczne. Alfabetyczny wykaz wyrazów objaśnianych na marginesie tekstu znajduje się w słowniczku. Odpowiedzi do wszystkich zadań zamkniętych są podane w kluczu na końcu książki.

The Short Stories of F. Scott Fitzgerald: A Collection

Part 1The Camel’s Back

I

The glazed eye of the tired reader resting for a second on the above title will presume it to be merely metaphorical. Stories about the cup and the lip and the bad penny and the new broom rarely have anything to do with cups or lips or pennies or brooms. This story Is the exception. It has to do with a material, visible and large-as-life camel’s back.

Starting from the neck we shall work toward the tail. I want you to meet Mr. Perry Parkhurst, twenty-eight, lawyer, native of Toledo. Perry has nice teeth, a Harvard diploma, parts his hair in the middle. You have met him before – in Cleveland, Portland, St. Paul, Indianapolis, Kansas City, and so forth. Baker Brothers, New York, pause on their semi-annual trip through the West to clothe him; Montmorency & Co. dispatch a young man post-haste every three months to see that he has the correct number of little punctures on his shoes. He has a domestic roadster now, will have a French roadster if he lives long enough, and doubtless a Chinese tank if it comes into fashion. He looks like the advertisement of the young man rubbing his sunset-colored chest with liniment and goes East every other year to his class reunion.

I want you to meet his Love. Her name is Betty Medill, and she would take well in the movies. Her father gives her three hundred a month to dress on, and she has tawny eyes and hair and feather fans of five colors. I shall also introduce her father, Cyrus Medill. Though he is to all appearances flesh and blood, he is, strange to say, commonly known in Toledo as the Aluminum Man. But when he sits in his club window with two or three Iron Men, and the White Pine Man, and the Brass Man, they look very much as you and I do, only more so, if you know what I mean.

Now during the Christmas holidays of 1919 there took place in Toledo, counting only the people with the italicized the, forty-one dinner parties, sixteen dances, six luncheons, male and female, twelve teas, four stag dinners, two weddings, and thirteen bridge parties. It was the cumulative effect of all this that moved Perry Parkhurst on the twenty-ninth day of December to a decision.

This Medill girl would marry him and she wouldn’t marry him. She was having such a good time that she hated to take such a definite step. Meanwhile, their secret engagement had got so long that it seemed as if any day it might break off of its own weight. A little man named Warburton, who knew it all, persuaded Perry to superman her, to get a marriage license and go up to the Medill house and tell her she’d have to marry him at once or call it off forever. So he presented himself, his heart, his license, and his ultimatum, and within five minutes they were in the midst of a violent quarrel, a burst of sporadic open fighting such as occurs near the end of all long wars and engagements. It brought about one of those ghastlylapses in which two people who are in love pull up sharp, look at each other coolly and think it’s all been a mistake. Afterward they usually kiss wholesomely and assure the other person it was all their fault. Say it all was my fault! Say it was! I want to hear you say it!

But while reconciliation was trembling in the air, while each was, in a measure, stalling it off, so that they might the more voluptuously and sentimentally enjoy it when it came, they were permanently interrupted by a twenty-minute phone call for Betty from a garrulous aunt. At the end of eighteen minutes Perry Parkhurst, urged on by pride and suspicion and injured dignity, put on his long fur coat, picked up his light brown soft hat, and stalked out the door.

“It’s all over,” he muttered brokenly as he tried to jam his car into first. “It’s all over – if I have to choke you for an hour, damn you!”. The last to the car, which had been standing some time and was quite cold.

He drove downtown – that is, he got into a snow rut that led him downtown. He sat slouched down very low in his seat, much too dispirited to care where he went.

In front of the Clarendon Hotel he was hailed from the sidewalk by a bad man named Baily, who had big teeth and lived at the hotel and had never been in love.

“Perry,” said the bad man softly when the roadster drew up beside him at the curb, “I’ve got six quarts of the doggonedest still champagne you ever tasted. A third of it’s yours, Perry, if you’ll come up-stairs and help Martin Macy and me drink it.”

“Baily,” said Perry tensely, “I’ll drink your champagne. I’ll drink every drop of it, I don’t care if it kills me.”

“Shut up, you nut!” said the bad man gently. “They don’t put wood alcohol in champagne. This is the stuff that proves the world is more than six thousand years old. It’s so ancient that the cork is petrified. You have to pull it with a stone drill.”

“Take me up-stairs,” said Perry moodily. “If that cork sees my heart it’ll fall out from pure mortification.”

The room up-stairs was full of those innocent hotel pictures of little girls eating apples and sitting in swings and talking to dogs. The other decorations were neckties and a pink man reading a pink paper devoted to ladies in pink tights.

“When you have to go into the highways and byways – – ” said the pink man, looking reproachfully at Baily and Perry.

“Hello, Martin Macy,” said Perry shortly, “where’s this stone-age champagne?”

“What’s the rush? This isn’t an operation, understand. This is a party.”

Perry sat down dully and looked disapprovingly at all the neckties.

Baily leisurely opened the door of a wardrobe and brought out six handsome bottles.

“Take off that darn fur coat!” said Martin Macy to Perry. “Or maybe you’d like to have us open all the windows.”

“Give me champagne,” said Perry.

“Going to the Townsends’ circus ball to-night?”

“Am not!”

“‘Vited?”

“Uh-huh.”

“Why not go?”

“Oh, I’m sick of parties,” exclaimed Perry. “I’m sick of ‘em. I’ve been to so many that I’m sick of ‘em.”

“Maybe you’re going to the Howard Tates’ party?”

“No, I tell you; I’m sick of ‘em.”

“Well,” said Macy consolingly, “the Tates’ is just for college kids anyways.”

“I tell you – – ”

“I thought you’d be going to one of ‘em anyways. I see by the papers you haven’t missed a one this Christmas.”

“Hm,” grunted Perrymorosely.

He would never go to any more parties. Classical phrases played in his mind – that side of his life was closed, closed. Now when a man says “closed, closed” like that, you can be pretty sure that some woman has double-closed him, so to speak. Perry was also thinking that other classical thought, about how cowardly suicide is. A noble thought that one – warm and inspiring. Think of all the fine men we should lose if suicide were not so cowardly!

An hour later was six o’clock, and Perry had lost all resemblance to the young man in the liniment advertisement. He looked like a rough draft for a riotous cartoon. They were singing – an impromptu song of Baily’s improvisation:

”One Lump Perry, theparlorsnake,

Famous through the city for the way he drinks his tea;

Plays with it, toys with it

Makes no noise with it,

Balanced on a napkin on his well-trained knee – ”

“Trouble is,” said Perry, who had just banged his hair with Baily’s comb and was tying an orange tie round it to get the effect of Julius Caesar, “that you fellas can’t sing worth a damn. Soon’s I leave the air and start singing tenor you start singin’ tenor too.”

“M a natural tenor,” said Macy gravely. “Voice lacks cultivation, tha’s all. Gotta natural voice, m’aunt used say. Naturally good singer.”

“Singers, singers, all good singers,” remarked Baily, who was at the telephone. “No, not the cabaret; I want night egg. I mean some dog-gone clerk ‘at’s got food – food! I want – – ”

“Julius Caesar,” announced Perry, turning round from the mirror. “Man of iron will and stern ‘termination.”

“Shut up!” yelled Baily. “Say, iss Mr. Baily Sen’ up enormous supper. Use y’own judgment. Right away.”

He connected the receiver and the hook with some difficulty, and then with his lips closed and an expression of solemn intensity in his eyes went to the lower drawer of his dresser and pulled it open.

“Lookit!” he commanded. In his hands he held a truncated garment of pink gingham.

“Pants,” he exclaimed gravely. “Lookit!”

This was a pink blouse, a red tie, and a Buster Brown collar.

“Lookit!” he repeated. “Costume for the Townsends’ circus ball. I’m li’l’ boy carries water for the elephants.”

Perry was impressed in spite of himself.

“I’m going to be Julius Caesar,” he announced after a moment of concentration.

“Thought you weren’t going!” said Macy.

“Me? Sure I’m goin’, Never miss a party. Good for the nerves – like celery.”

“Caesar!” scoffed Baily. “Can’t be Caesar! He is not about a circus. Caesar’s Shakespeare. Go as a clown.”

Perry shook his head.

“Nope; Caesar,”

“Caesar?”

“Sure. Chariot.”

Light dawned on Baily.

“That’s right. Good idea.”

Perry looked round the room searchingly.

“You lend me a bathrobe and this tie,” he said finally. Baily considered.

“No good.”

“Sure, tha’s all I need. Caesar was a savage. They can’t kick if I come as Caesar, if he was a savage.”

“No,” said Baily, shaking his head slowly. “Get a costume over at a costumer’s. Over at Nolak’s.”

“Closed up.”

“Find out.”

After a puzzling five minutes at the phone a small, weary voice managed to convince Perry that it was Mr. Nolak speaking, and that they would remain open until eight because of the Townsends’ ball. Thus assured, Perry ate a great amount of filet mignon and drank his third of the last bottle of champagne. At eight-fifteen the man in the tall hat who stands in front of the Clarendon found him trying to start his roadster.

“Froze up,” said Perry wisely. “The cold froze it. The cold air.”

“Froze, eh?”

“Yes. Cold air froze it.”

“Can’t start it?”

“Nope. Let it stand here till summer. One those hot ole August days’ll thaw it out awright.”

“Goin’ let it stand?”

“Sure. Let ‘er stand. Take a hot thief to steal it. Gemme taxi.”

The man in the tall hat summoned a taxi.

“Where to, mister?”

“Go to Nolak’s – costume fella.”

II

Mrs. Nolak was short and ineffectual looking, and on the cessation of the world war had belonged for a while to one of the new nationalities. Owing to unsettled European conditions she had never since been quite sure what she was. The shop in which she and her husband performed their daily stint was dim and ghostly, and peopled with suits of armor and Chinese mandarins, and enormous papier-mâché birds suspended from the ceiling. In a vague background many rows of masks glared eyelessly at the visitor, and there were glass cases full of crowns and scepters, and jewels and enormous stomachers, and paints, and crape hair, and wigs of all colors.

When Perry ambled into the shop Mrs. Nolak was folding up the last troubles of a strenuous day, so she thought, in a drawer full of pink silk stockings.

“Something for you?” she queried pessimistically. “Want costume of Julius Hur, the charioteer.”

Mrs. Nolak was sorry, but every stitch of charioteer had been rented long ago. Was it for the Townsends’ circus ball?

It was.

“Sorry,” she said, “but I don’t think there’s anything left that’s really circus.”

This was an obstacle.

“Hm,” said Perry. An idea struck him suddenly. “If you’ve got a piece of canvas I could go’s a tent.”

“Sorry, but we haven’t anything like that. A hardware store is where you’d have to go to. We have some very nice Confederate soldiers.”

“No. No soldiers.”

“And I have a very handsome king.”

He shook his head.

“Several of the gentlemen” she continued hopefully, “are wearing stovepipe hats andswallow-tail coats and going as ringmasters – but we’re all out of tall hats. I can let you have some crape hair for a mustache.”

“Want somep’n ‘stinctive.”

“Something – let’s see. Well, we have a lion’s head, and a goose, and a camel – ”

“Camel?” The idea seized Perry’s imagination, gripped it fiercely.

“Yes, but It needs two people.”

“Camel, That’s the idea. Lemme see it.”

The camel was produced from his resting place on a top shelf. At first glance he appeared to consist entirely of a very gaunt, cadaverous head and a sizablehump, but on being spread out he was found to possess a dark brown, unwholesome-looking body made of thick, cottony cloth.

“You see it takes two people,” explained Mrs. Nolak, holding the camel in frank admiration. “If you have a friend he could be part of it. You see there’s sorta pants for two people. One pair is for the fella in front, and the other pair for the fella in back. The fella in front does the lookin’ out through these here eyes, an’ the fella in back he’s just gotta stoop over an’ folla the front fella round.”

“Put it on,” commanded Perry.

Obediently Mrs. Nolak put her tabby-cat face inside the camel’s head and turned it from side to side ferociously.

Perry was fascinated.

“What noise does a camel make?”

“What?” asked Mrs. Nolak as her face emerged, somewhat smudgy. “Oh, what noise? Why, he sorta brays.”

“Lemme see it in a mirror.”

Before a wide mirror Perry tried on the head and turned from side to side appraisingly. In the dim light the effect was distinctly pleasing. The camel’s face was a study in pessimism, decorated with numerous abrasions, and it must be admitted that his coat was in that state of general negligence peculiar to camels – in fact, he needed to be cleaned and pressed – but distinctive he certainly was. He was majestic. He would have attracted attention in any gathering, if only by his melancholy cast of feature and the look of hunger lurking round his shadowy eyes.

“You see you have to have two people,” said Mrs. Nolak again.

Perrytentatively gathered up the body and legs and wrapped them about him, tying the hind legs as a girdle round his waist. The effect on the whole was bad. It was even irreverent – like one of those mediaeval pictures of a monk changed into a beast by the ministrations of Satan. At the very best the ensemble resembled a humpbacked cow sitting on her haunches among blankets.

“Don’t look like anything at all,” objected Perry gloomily.

“No,” said Mrs. Nolak; “you see you got to have two people.”

A solution flashed upon Perry.

“You got a date to-night?”

“Oh, I couldn’t possibly – – ”

“Oh, come on,” said Perry encouragingly. “Sure you can! Here! Be good sport, and climb into these hind legs.”

With difficulty he located them, and extended their yawning depthsingratiatingly. But Mrs. Nolak seemed loath. She backed perversely away.

“Oh, no – – ”

“C’mon! You can be the front if you want to. Or we’ll flip a coin.”

“Make it worth your while.”

Mrs. Nolak set her lips firmly together.

“Now you just stop!” she said with no coynessimplied. “None of the gentlemen ever acted up this way before. My husband – – ”

“You got a husband?” demanded Perry. “Where is he?”

“He’s home.”

“Wha’s telephone number?”

After considerable parley he obtained the telephone number pertaining to the Nolak penates and got into communication with that small, weary voice he had heard once before that day. But Mr. Nolak, though taken off his guard and somewhat confused by Perry’s brilliant flow of logic, stuck staunchly to his point. He refused firmly, but with dignity, to help out Mr. Parkhurst in the capacity of back part of a camel.

Having rung off, or rather having been rung off on, Perry sat down on a three-legged stool to think it over. He named over to himself those friends on whom he might call, and then his mind paused as Betty Medill’s name hazily and sorrowfully occurred to him. He had a sentimental thought. He would ask her. Their love affair was over, but she could not refuse this last request. Surely it was not much to ask – to help him keep up his end of social obligation for one short night. And if she insisted, she could be the front part of the camel and he would go as the back. His magnanimity pleased him. His mind even turned to rosy-colored dreams of a tender reconciliation inside the camel – there hidden away from all the world….

“Now you’d better decide right off.”

The bourgeois voice of Mrs. Nolak broke in upon his mellow fancies and roused him to action. He went to the phone and called up the Medill house. Miss Betty was out; had gone out to dinner.

Then, when all seemed lost, the camel’s back wandered curiously into the store. He was a dilapidated individual with a cold in his head and a general trend about him of downwardness. His cap was pulled down low on his head, and his chin was pulled down low on his chest, his coat hung down to his shoes, he looked run-down, down at the heels, and – Salvation Armyto the contrary – down and out. He said that he was the taxicab-driver that the gentleman had hired at the Clarendon Hotel. He had been instructed to wait outside, but he had waited some time, and a suspicion had grown upon him that the gentleman had gone out the back way with purpose to defraud him – gentlemen sometimes did – so he had come in. He sank down onto the three-legged stool.

“Wanta go to a party?” demanded Perry sternly.

“I gotta work,” answered the taxi-driver lugubriously. “I gotta keep my job.”

“It’s a very good party.”

“‘S a very good job.”

“Come on!” urged Perry. “Be a good fella. See – it’s pretty!” He held the camel up and the taxi-driver looked at it cynically.

“Huh!”

Perry searched feverishly among the folds of the cloth.

“See!” he cried enthusiastically, holding up a selection of folds. “This is your part. You don’t even have to talk. All you have to do is to walk – and sit down occasionally. You do all the sitting down. Think of it. I’m on my feet all the time and you can sit down some of the time. The only time I can sit down is when we’re lying down, and you can sit down when – oh, any time. See?”

“What’s ‘at thing?” demanded the individual dubiously. “A shroud?”

“Not at all,” said Perry indignantly. “It’s a camel.”

“Huh?”

Then Perry mentioned a sum of money, and the conversation left the land of grunts andassumed a practicaltinge. Perry and the taxi-driver tried on the camel in front of the mirror.

“You can’t see it,” explained Perry, peering anxiously out through the eyeholes, “but honestly, ole man, you look sim’ly great! Honestly!”

A grunt from the hump acknowledged this somewhat dubious compliment.

“Honestly, you look great!” repeated Perry enthusiastically. “Move round a little.”

The hind legs moved forward, giving the effect of a huge cat-camel hunching his back preparatory to a spring.

“No; move sideways.”

The camel’s hips went neatly out of joint; a hula dancer would have writhed in envy.

“Good, isn’t it?” demanded Perry, turning to Mrs. Nolak for approval.

“It looks lovely,” agreed Mrs. Nolak.

“We’ll take it,” said Perry.

The bundle wasstowed under Perry’s arm and they left the shop.

“Go to the party!” he commanded as he took his seat in the back.

“What party?”

“Fanzy-dress party.”

“Where’bouts is it?”

This presented a new problem. Perry tried to remember, but the names of all those who had given parties during the holidays danced confusedly before his eyes. He could ask Mrs. Nolak, but on looking out the window he saw that the shop was dark. Mrs. Nolak had already faded out, a little black smudge far down the snowy street.

“Drive uptown,” directed Perry with fine confidence. “If you see a party, stop. Otherwise I’ll tell you when we get there.”

He fell into a hazy daydream and his thoughts wandered again to Betty – he imagined vaguely that they had had a disagreement because she refused to go to the party as the back part of the camel. He was just slipping off into a chilly doze when he was wakened by the taxi-driver opening the door and shaking him by the arm.

“Here we are, maybe.”

Perry looked out sleepily. A striped awning led from the curb up to a spreading gray stone house, from which issued the low drummywhine of expensive jazz. He recognized the Howard Tate house.

“Sure,” he said emphatically; “‘at’s it! Tate’s party to-night. Sure, everybody’s goin’.”

“Say,” said the individual anxiously after another look at the awning, “you sure these people ain’t gonna romp on me for comin’ here?”

Perry drew himself up with dignity.

“‘F anybody says anything to you, just tell ‘em you’re part of my costume.”

The visualization of himself as a thing rather than a person seemed to reassure the individual.

“All right,” he said reluctantly.

Perry stepped out under the shelter of the awning and began unrolling the camel.

“Let’s go,” he commanded.

Several minutes later a melancholy, hungry-looking camel, emitting clouds of smoke from his mouth and from the tip of his noble hump, might have been seen crossing the threshold of the Howard Tate residence, passing a startled footman without so much as a snort, and heading directly for the main stairs that led up to the ballroom. The beast walked with a peculiar gait which varied between an uncertain lockstep and a stampede – but can best be described by the word “halting.” The camel had a halting gait – and as he walked he alternatelyelongated andcontracted like a gigantic concertina.

Rozumienie tekstu

Klucz >>>

Zaznacz zdania prawdziwe literą T (True), a fałszywe literą F (False).

Betty Medill was a good actress.

Perry chose a costume of a clown.

There were no circus costumes left.

The taxi driver couldn’t join the party because of his job.

Perry found the party easily.

O słowach

Penny

“Stories about the cup and the lip and the bad penny and the new broom rarely have anything to do with cups or lips or pennies or brooms.”

Wstęp opowiadania wręcz jeży się od idiomów. My skoncentrujemy się na jednym – mianowicie na bad penny.

Bad penny to albo po prostu podrobiona moneta albo – bardziej metaforycznie – osoba niegodna zaufania.

Bad penny występuje w dwóch wyrażeniach:

A bad penny always comes back/turns up – osoba niewarta zaufania, o złej reputacji zawsze wraca/pojawia się (zwłaszcza w niesprzyjających okolicznościach).Turn up like a bad penny – wpraszać się, zjawiać się bez zaproszenia.

Penny pojawia się również w innych idiomach, np.:

A penny for your thoughts/A penny for them – tego wyrażenia użyjemy, żeby dowiedzieć się, nad czym zamyślił się nasz rozmówca.In for a penny, in for a pound oznacza jeśli powiedziało się A, trzeba powiedzieć B.A penny saved is a penny gained/earned to odpowiednik polskiego ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka.

Gramatyka

Zdania bezokolicznikowe

“I want you to meet Mr. Perry Parkhurst.”

Pogrubiona część cytatu z opowiadania to zdanie bezokolicznikowe. Główny czasownik w tego typu zdaniach ma oczywiście formę bezokolicznika (z to lub – rzadziej – bez). Należy podkreślić, że bezokolicznik to nie tylko podstawowa forma czasownika (z to lub bez), lecz także:

bezokolicznik ciągły, zbudowany według schematu: (to) be + czasownik z końcówką ing, np. to be fixing, be dancing;bezokolicznik perfect, zbudowany według schematu: (to) have + Past Participle (trzecia forma czasownika), np. to have fixed; have danced;bezokolicznik w stronie biernej, zbudowany według schematu: (to) be + Past Participle (trzecia forma czasownika), np. to be fixed, be danced;bezokoliczniki stanowiące kombinacje struktur wymienionych powyżej.

Przyjrzyjmy się teraz zdaniom bezokolicznikowym, które mogą pełnić różne funkcje w zdaniu złożonym.

1. Zdania bezokolicznikowe w funkcji podmiotu, np.

To answer certain children’s questions is not easy.

Odpowiadać na niektóre pytania dzieci nie jest łatwo.

Powyższy przykład we współczesnej angielszczyźnie na ogół nie brzmi naturalnie. W potocznym angielskim w tego typu zdaniach funkcję podmiotu pełni it, np.:

It is not easy to answer certain children’s questions.

Nie jest łatwo odpowiadać na niektóre pytania dzieci.

2. Zdania bezokolicznikowe odnoszące się podmiotu, np.:

Her greatest wish was to become independent.

Jej największym marzeniem było stać się niezależną.

W powyższym przykładzie podmiotem zdania jest her greatest wish, a zdanie to become independent właśnie do niego się odnosi.

Mike’s duty is to keep his room tidy.

Obowiązkiem Mike’a jest utrzymywać porządek w pokoju.

Zdania takie są poprzedzone czasownikiem to be. Również w tego typu zdaniach podmiot może stanowić it – wówczas czasownik to be występuje bezpośrednio po nim, np.:

It was her greatest wish to become independent.

It’s Mike’s duty to keep his room tidy.

3.Zdania bezokolicznikowe w funkcji dopełnienia, np.

I just want to relax and forget about my problems.

Chcę po prostu odpocząć i zapomnieć o swoich problemach.

I consider it utterly stupid to have wasted all the money in such a way.

Uważam za bezdennie głupie wydać wszystkie pieniądze w ten sposób.

Zdań bezokolicznikowych używamy często, aby wyrazić cel czynności, o której mowa w zdaniu głównym, np.:

Mark left for Paris to find a better job.

Mark wyjechał do Paryża, żeby znaleźć lepszą pracę.

The receptionist has called me to ask how long I’m going to stay at the hotel.

Recepcjonistka zadzwoniła do mnie, żeby dowiedzieć się, na jak długo zatrzymam się w hotelu.

W tego typu wypowiedzeniach możliwa jest konstrukcja for + rzeczownik/zaimek + bezokolicznik. Używamy jej wówczas, gdy w zdaniu bezokolicznikowym mowa jest o innym wykonawcy czynności niż w zdaniu głównym, np.:

Ginger left some food in the fridge for her husband to eat.

Ginger zostawiła jedzenie w lodówce, żeby jej mąż je zjadł.

W zdaniu głównym wykonawcą czynności jest Ginger (to ona zostawiła jedzenie w lodówce); w zdaniu bezokolicznikowym celu wykonawcą czynności jest jej mąż.

Ginger’s husband left a lot of money for Ginger to spend.

Mąż Ginger zostawił mnóstwo pieniędzy, żeby Ginger je wydała.

W zdaniu głównym wykonawcą czynności jest mąż Ginger (to on zostawia żonie pieniądze); w zdaniu bezokolicznikowym celu wykonawcą czynności jest Ginger.

Podobne w konstrukcji są zdania bezokolicznikowe, w których mowa jest nie tyle o celu, co o rezultatach poznawczych danej czynności – odnoszą się one do sytuacji, w których czegoś się dowiadujemy, coś odkrywamy itd. Dlatego do czasowników stosowanych w tego typu zdaniach bezokolicznikowych należą discover, learn, find, np.:

Ginger returned home to discover that her husband had eventually left her.

Ginger wróciła do domu i odkryła, że jej mąż ostatecznie ją zostawił.

Gdybyśmy chcieli podkreślić, jak bardzo Ginger to zaskoczyło, dotknęło czy rozczarowało, moglibyśmy użyć only przed bezokolicznikiem:

Ginger returned home only to discover that her husband had eventually left her.

Ginger wróciła do domu i odkryła, że jej mąż ostatecznie ją zostawił.

Czasami zdanie bezokolicznikowe stanowi wtrącenie w obrębie dłuższej wypowiedzi, jak w poniższym cytacie z opowiadania:

“He is, strange to say, commonly known in Toledo as the Aluminum Man.”

Oto inne przykłady:

To be honest, I never thought Ginger and her husband made a good couple.

Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłem, że Ginger i jej mąż to dobrana para.

The entire business, to be frank, is a waste of time.

Cały ten interes, jeśli mam być szczery, jest stratą czasu.

Zdania bezokolicznikowe często występują po wyrazach too i enough, tak jak w poniższym cytacie z opowiadania:

“He sat slouched down very low in his seat, much too dispirited to care where he went.”

Podobną konstrukcje mają zdania:

This suitcase was too heavy to lift.

Ta walizka jest zbyt ciężka, żeby ją podnieść.

There weren’t enough people to complete the task successfully.

Nie było dostatecznie wielu osób, żeby pomyślnie wykonać zadanie.

W tego typu zdaniach również często używa się konstrukcji for + rzeczownik/zaimek + bezokolicznik – znowu po to, aby podkreślić wykonawcę czynności, np.:

This suitcase was too heavy for me to lift.

Ta walizka jest zbyt ciężka, żebym mogła ją podnieść.

The room was spacious enough for us to decorate it as we liked.

Pokój był dostatecznie przestronny, żebyśmy mogli urządzić go tak, jak nam się podobało.

Kultura i historia

Doggone

Doggone to dziwne słowo z upodobaniem stosowane przez bohaterów opowiadań Fitzgeralda, które oznacza mniej więcej tyle, co polskie przekleństwa „do diaska”, „a niech mnie” czy „psiakrew”. Jak widać, nie jest to wyraz mocno nieprzyzwoity, więc można się nim posłużyć (oczywiście nie zachęcamy) podczas toczonej po angielsku konwersacji z ciocią. W języku angielskim doggone pojawia się około połowy XIX wieku jako amerykańskie wyrażenie slangowe.

Doggone, niekiedy pod postacią dog-gone lub dog gone it, należy do przekleństw zwanych po angielsku minced oaths. Zaliczamy do tej grupy wszystkie przekleństwa powstałe wskutek zniekształcenia innych, mniej akceptowalnych, po to, aby pozbawić je części niestosownego ciężaru gatunkowego. Przodkiem doggone jest albo zwrot god-damn (jego językowa ewolucja przebiegałaby w tym wypadku tak: God damn → God darn → dog garn → doggone) bądź wyrażenie dog on it, odpowiadające z grubsza polskiemu „pies by to”. Dog on it jest z kolei bliskim krewnym innego starego angielskiego wykrzyknika, brzmiącego pox on it. Pox w tym wypadku oznacza choroby, którym towarzyszą krosty (pock to właśnie taki wyprysk, więc pocks → pox.; stąd mamy też small-pox – „ospa wietrzna”).

W trosce o wszechstronną sprawność językową czytelników, podajemy jeszcze inne minced oaths. Heck (zniekształcone hell), gosh (deformacja god) i darn oraz dang, zastępujące mniej eleganckie damn.

Warto pamiętać, że w wyrazie doggone „e” pozostaje nieme.

Buster Brown suit

Wspomniany w tekście Buster Brown collar stanowi charakterystyczny element popularnego w USA na początku XX wieku stroju dla młodych chłopców. Ów znienawidzony przez ówczesnych młodzieńców zestaw składał się z przepasywanej paskiem, dwurzędowej kurteczki lub bluzy z szerokim, okrągłym kołnierzem. Do tego troskliwe matki zawiązywały swoim pociechom pod szyją wydatne, długie kokardy, a na głowy nakładały spore, najczęściej słomkowe kapelusze. Na nogach nieszczęśni chłopcy nosili obowiązkowo pumpy bądź krótkie spodenki. Typową fryzurą stosowaną do tego stroju były włosy nieco dłuższe z tyłu i boków oraz krótka grzywka.

Nazwę komplet zawdzięcza serii komiksowych pasków, stworzonej w 1902 roku przez Richarda F. Outcaulta (1863–1928), której bohaterem był właśnie Buster Brown. Nota bene Outcault jest uważany za wynalazcę gazetowych komiksów-pasków. Buster był młodym chłopcem, dzieckiem z zamożnej rodziny, urodzonym specjalistą w dziedzinie dokazywania. Zdarzało mu się wybijać szyby strzałami z procy, robić niemądre kawały sąsiadom, tudzież przebierać się za dziewczynkę. Odcinki ukazującego się w gazecie „New York Herald” cyklu kończyło zwykle wyjście winy Bustera na jaw i wymierzona mu przez mamę kara lania.

Penates

Penates oznacza tu „domostwo państwa Nolak”. Lary i penaty (ang. Lares and Penates) były w antycznym Rzymie opiekuńczymi bóstwami domowego ogniska. W każdym rzymskim domu znajdował się poświęcony im ołtarzyk. Lary uznawano za dusze zmarłych członków rodziny, poświęcające się obronie żyjących. Penaty odgrywały podobną rolę. Z powodu silnego skojarzenia z domem w językach współczesnych zbitka „lary i penaty” oznacza właśnie „dom”, „mieszkanie” bądź też czyjś dobytek, sprzęty domowe.

Ćwiczenia

Klucz >>>

Dopasuj wyrazy (1–10) do ich synonimów i definicji (A–J).

amble

disapprovingly

dispirited

gait

garrulous

ghastly

glare

presume

puncture

tinge

to suppose, to guess that something is true

a hole

horrible

talkative

upset

with reproof

to give an angry look

to walk

a way of walking

a shade of colour

Zaznacz wyraz, który nie pasuje do pozostałych.

stalk; lockstep; threshold; amble

dispirited; petrified; dilapidated; worried

thaw; snort; grunt; bray

hail; choke; call; summon

crape; gingham; lapse; canvas

Przekształć zdania tak, aby zawierały słowa podane w nawiasach.

Paul finds reading in French difficult. (It is) ..........................................................................................

Mary’s gone to the post office because she has to send a letter. (to) ..........................................................................................

Jake won’t finish the task – he thinks it’s too challenging. (to do) ..........................................................................................

A successful career is her only ambition. (to have) ..........................................................................................

Frankly, I didn’t enjoy the performance. (frank) ..........................................................................................

Zgromadź informacje dotyczące mody dziecięcej w USA początków XX wieku. Przygotuj na ten temat prezentację multimedialną (około 10 slajdów).

Rozwiąż krzyżówkę.

Across

1 dziurka (8)*

4 wspaniałomyślność, wielkoduszność (11)

5 rzadki, sporadyczny (8)

8 nastąpić, mieć miejsce (5)

9 wyczerpujący, męczący (9)

10 plama (6)

12 podobieństwo (11)

13 trupi, upiorny (10)

Down

2 zaniedbanie (10)

3 przypuszczać (7)

6 żywiołowy; buntowniczy (7)

7 lekceważący (10)

8 przeszkoda (8)

11 płótno (6)

* Liczby w nawiasach we wszystkich krzyżówkach oznaczają liczbę liter danego hasła.

Part 2The Camel’s Back

III

The Howard Tates are, as every one who lives in Toledo knows, the most formidable people in town. Mrs. Howard Tate was a Chicago Todd before she became a Toledo Tate, and the family generally affect that conscious simplicity which has begun to be the earmark of American aristocracy. The Tates have reached the stage where they talk about pigs and farms and look at you icy-eyed if you are not amused. They have begun to prefer retainers rather than friends as dinner guests, spend a lot of money in a quiet way, and, having lost all sense of competition, are in process of growing quite dull.

The dance this evening was for little Millicent Tate, and though all ages were represented, the dancers were mostly from school and college – the younger married crowd was at the Townsends’ circus ball up at the Tallyho Club. Mrs. Tate was standing just inside the ballroom, following Millicent round with her eyes, and beaming whenever she caught her bye. Beside her were two middle-aged sycophants, who were saying what a perfectly exquisite child Millicent was. It was at this moment that Mrs. Tate was grasped firmly by the skirt and her youngest daughter, Emily, aged eleven, hurled herself with an “Oof!” into her mother’s arms.

“Why, Emily, what’s the trouble?”

“Mamma,” said Emily, wild-eyed but voluble, “there’s something out on the stairs.”

“What?”

“There’s a thing out on the stairs, mamma. I think it’s a big dog, mamma, but it doesn’t look like a dog.”

“What do you mean, Emily?”

The sycophants waved their heads sympathetically.

“Mamma, it looks like a – like a camel.”

Mrs. Tate laughed.

“You saw a mean old shadow, dear, that’s all.”

“No, I didn’t. No, it was some kind of thing, mamma – big. I was going down-stairs to see if there were any more people, and this dog or something, he was coming up-stairs. Kinda funny, mamma, like he was lame. And then he saw me and gave a sort of growl, and then he slipped at the top of the landing, and I ran.”

Mrs. Tate’s laugh faded.

“The child must have seen something,” she said.

The sycophants agreed that the child must have seen something – and suddenly all three women took an instinctive step away from the door as the sounds of muffled steps were audible just outside.

And then three startled gasps rang out as a dark brown form rounded the corner, and they saw what was apparently a huge beast looking down at them hungrily.

“Oof!” cried Mrs. Tate.

“O-o-oh!” cried the ladies in a chorus.

The camel suddenly humped his back, and the gasps turned to shrieks.

“Oh – look!”

“What is it?”

The dancing stopped, but the dancers hurrying over got quite a different impression of the invader; in fact, the young people immediately suspected that it was a stunt, a hired entertainer come to amuse the party. The boys in long trousers looked at it rather disdainfully, and sauntered over with their hands in their pockets, feeling that their intelligence was being insulted. But the girls uttered little shouts of glee.

“It’s a camel!”

“Well, if he isn’t the funniest!”

The camel stood there uncertainly, swaying slightly from side to aide, and seeming to take in the room in a careful, appraising glance; then as if he had come to an abrupt decision, he turned and ambled swiftly out the door.

Mr. Howard Tate had just come out of the library on the lower floor, and was standing chatting with a young man in the hall. Suddenly they heard the noise of shouting up-stairs, and almost immediately a succession of bumping sounds, followed by the precipitous appearance at the foot of the stairway of a large brown beast that seemed to be going somewhere in a great hurry.

“Now what the devil!” said Mr. Tate, starting.

The beast picked itself up not without dignity and, affecting an air of extreme nonchalance, as if he had just remembered an important engagement, started at a mixed gait toward the front door. In fact, his front legs began casually to run.

“See here now,” said Mr. Tate sternly. “Here! Grab it, Butterfield! Grab it!”

The young man enveloped the rear of the camel in a pair of compelling arms, and, realizing that further locomotion was impossible, the front end submitted to capture and stood resignedly in a state of some agitation. By this time a flood of young people was pouring down-stairs, and Mr. Tate, suspecting everything from an ingenious burglar to an escaped lunatic, gave crisp directions to the young man:

“Hold him! Lead him in here; we’ll soon see.”

The camel consented to be led into the library, and Mr. Tate, after locking the door, took a revolver from a table drawer and instructed the young man to take the thing’s head off. Then he gasped and returned the revolver to its hiding-place.

“Well, Perry Parkhurst!” he exclaimed in amazement.

“Got the wrong party, Mr. Tate,” said Perry sheepishly. “Hope I didn’t scare you.”

“Well – you gave us a thrill, Perry.” Realization dawned on him. “You’re bound for the Townsends’ circus ball.”

“That’s the general idea.”

“Let me introduce Mr. Butterfield, Mr. Parkhurst.” Then turning to Perry; “Butterfield is staying with us for a few days.”

“I got a little mixed up,” mumbled Perry. “I’m very sorry.”

“Perfectly all right; most natural mistake in the world. I’ve got a clown rig and I’m going down there myself after a while.” He turned to Butterfield. “Better change your mind and come down with us.”

The young man demurred. He was going to bed.

“Have a drink, Perry?” suggested Mr. Tate.

“Thanks, I will.”

“And, say,” continued Tate quickly, “I’d forgotten all about your – friend here.” He indicated the rear part of the camel. “I didn’t mean to seem discourteous. Is it any one I know? Bring him out.”

“It’s not a friend,” explained Perry hurriedly. “I just rented him.”

“Does he drink?”

“Do you?” demanded Perry, twisting himself tortuously round.

There was a faint sound of assent.

“Sure he does!” said Mr. Tate heartily. “A really efficient camel ought to be able to drink enough so it’d last him three days.”

“Tell you,” said Perry anxiously, “he isn’t exactly dressed up enough to come out. If you give me the bottle I can hand it back to him and he can take his inside.”

From under the cloth was audible the enthusiastic smacking sound inspired by this suggestion. When a butler had appeared with bottles, glasses, and siphon one of the bottles was handed back; thereafter the silent partner could be heard imbibing long potations at frequent intervals.

Thus passed a benign hour. At ten o’clock Mr. Tate decided that they’d better be starting. He donned his clown’s costume; Perry replaced the camel’s head, arid side by side they traversed on foot the single block between the Tate house and the Tallyho Club.

The circus ball was in full swing. A great tent fly had been put up inside the ballroom and round the walls had been built rows of booths representing the various attractions of a circus side show, but these were now vacated and over the floor swarmed a shouting, laughing medley of youth and color – clowns, bearded ladies, acrobats, bareback riders, ringmasters, tattooed men, and charioteers. The Townsends had determined to assure their party of success, so a great quantity of liquor had been surreptitiously brought over from their house and was now flowing freely. A green ribbon ran along the wall completely round the ballroom, with pointing arrows alongside and signs which instructed the uninitiated to “Follow the green line!” The green line led down to the bar, where waited pure punch and wicked punch and plain dark-green bottles.

On the wall above the bar was another arrow, red and very wavy, and under it the slogan: “Now follow this!”

But even amid the luxury of costume and high spirits represented, there, the entrance of the camel created something of a stir, and Perry was immediately surrounded by a curious, laughing crowd attempting to penetrate the identity of this beast that stood by the wide doorway eying the dancers with his hungry, melancholy gaze.

And then Perry saw Betty standing in front of a booth, talking to a comic policeman. She was dressed in the costume of an Egyptian snake-charmer: her tawny hair was braided and drawn through brass rings, the effect crowned with a glittering Oriental tiara. Her fair face was stained to a warm olive glow and on her arms and the half moon of her back writhed painted serpents with single eyes of venomous green. Her feet were in sandals and her skirt was slit to the knees, so that when she walked one caught a glimpse of other slim serpents painted just above her bare ankles. Wound about her neck was a glittering cobra. Altogether a charming costume – one that caused the more nervous among the older women to shrink away from her when she passed, and the more troublesome ones to make great talk about “shouldn’t be allowed” and “perfectly disgraceful.”

But Perry, peering through the uncertain eyes of the camel, saw only her face, radiant, animated, and glowing with excitement, and her arms and shoulders, whose mobile, expressive gestures made her always the outstanding figure in any group. He was fascinated and his fascination exercised a sobering effect on him. With a growing clarity the events of the day came back – rage rose within him, and with a half-formed intention of taking her away from the crowd he started toward her – or rather he elongated slightly, for he had neglected to issue the preparatory command necessary to locomotion.

But at this point fickle Kismet, who for a day had played with him bitterly and sardonically, decided to reward him in full for the amusement he had afforded her. Kismet turned the tawny eyes of the snake-charmer to the camel. Kismet led her to lean toward the man beside her and say, “Who’s that? That camel?”

“Darned if I know.”

But a little man named Warburton, who knew it all, found it necessary to hazard an opinion:

“It came in with Mr. Tate. I think part of it’s probably Warren Butterfield, the architect from New York, who’s visiting the Tates.”

Something stirred in Betty Medill – that age-old interest of the provincial girl in the visiting man.

“Oh,” she said casually after a slight pause.

At the end of the next dance Betty and her partner finished up within a few feet of the camel. With the informal audacity that was the key-note of the evening she reached out and gently rubbed the camel’s nose.

“Hello, old camel.”

The camel stirred uneasily.

“You ‘fraid of me?” said Betty, lifting her eyebrows in reproof. “Don’t be. You see I’m a snake-charmer, but I’m pretty good at camels too.”

The camel bowed very low and some one made the obvious remark about beauty and the beast.

Mrs. Townsend approached the group.

“Well, Mr. Butterfield,” she said helpfully, “I wouldn’t have recognised you.”

Perry bowed again and smiled gleefully behind his mask.

“And who is this with you?” she inquired.

“Oh,” said Perry, his voice muffled by the thick cloth and quite unrecognizable, “he isn’t a fellow, Mrs. Townsend. He’s just part of my costume.”

Mrs. Townsend laughed and moved away. Perry turned again to Betty,

“So,” he thought, “this is how much she cares! On the very day of our final rupture she starts a flirtation with another man – an absolute stranger.”

On an impulse he gave her a soft nudge with his shoulder and waved his head suggestively toward the hall, making it clear that he desired her to leave her partner and accompany him.

“By-by, Rus,” she called to her partner. “This old camel’s got me. Where we going, Prince of Beasts?”

The noble animal made no rejoinder, but stalked gravely along in the direction of a secludednook on the side stairs.

There she seated herself, and the camel, after some seconds of confusion which included gruff orders and sounds of a heated dispute going on in his interior, placed himself beside her – his hind legs stretching out uncomfortably across two steps.

“Well, old egg,” said Betty cheerfully, “how do you like our happy party?”

The old egg indicated that he liked it by rolling his head ecstatically and executing a gleeful kick with his hoofs.

“This is the first time that I ever had a tête-à-tête with a man’s valet ‘round” – she pointed to the hind legs – ”or whatever that is.”

“Oh,” mumbled Perry, “he’s deaf and blind.”

“I should think you’d feel rather handicapped – you can’t very well toddle, even if you want to.”

The camel hang his head lugubriously.

“I wish you’d say something,” continued Betty sweetly. “Say you like me, camel. Say you think I’m beautiful. Say you’d like to belong to a pretty snake-charmer.”

The camel would.

“Will you dance with me, camel?”

The camel would try.

Betty devoted half an hour to the camel. She devoted at least half an hour to all visiting men. It was usually sufficient. When she approached a new man the current débutantes were accustomed to scatter right and left like a close column deploying before a machine-gun. And so to Perry Parkhurst was awarded the unique privilege of seeing his love as others saw her. He was flirted with violently!

Rozumienie tekstu

Klucz >>>

Zaznacz odpowiedź zgodną z treścią przeczytanego tekstu (A, B lub C).

Emily announced to her mother that she had seen

a ghost on the stairs.

an animal on the stairs.

a shadow in the hall.

When the camel entered the party,

everyone thought that it was a stunt.

all the guests were amazed.

Perry realized his mistake.

Mr. Tate

was scared of the camel.

told Perry to leave the house.

knew Perry.

The entrance of the camel

was a big event.

had been announced.

didn’t make any impression on anyone.

At the party, Betty

devoted half an hour to dancing.

devoted only half an hour to all men.

devoted only half an hour to each man.

O słowach

Swing

“The circus ball was in full swing.”

To be in the full swing to znaczy trwać w najlepsze, być w pełnym toku. Go with a swing oznacza udać się, być na medal i odnosi się do rozrywek, przyjęć, zabaw itp. It’s swings and roundabouts lub what you gain on the swings, you’ll lose on the roundabouts powiemy natomiast, kiedy dwie opcje, które mamy do wyboru, mają tyle samo plusów i minusów, więc zasadniczo nie ma różnicy, którą wybierzemy.

Gramatyka

Unikanie powtórzeń – rzeczownik

“Altogether a charming costume - one that caused the more nervous among the older women to shrink away from her when she passed, and the more troublesome ones to make great talk about ‘shouldn’t be allowed’ and ‘perfectly disgraceful’.”

W powyższym fragmencie opowiadania autor dwukrotnie zastępuje rzeczownik wyrazem one(s). Zabieg ten ma na celu uniknięcie powtórzeń wyrazów costume i women.

Przyjrzyjmy się, w jaki sposób możemy uniknąć zbędnych powtórzeń rzeczownika.

Rzeczowniki zastępujemy zaimkami, np.

My sister left yesterday. She had to get back to work.

Moja siostra wyjechała wczoraj. (Ona) musiała wracać do pracy.

Rzeczownik w liczbie pojedynczej możemy zastąpić wyrazem

one

, który odnosi się zawsze do rzeczownika wymienionego już wcześniej, np.

Which dress should I wear? I guess the red one is the the nicest.

Którą sukienkę powinnam założyć? Myślę, że czerwona jest najładniejsza.

I would lend you a pencil, but I haven’t got one.

Pożyczyłbym ci ołówek, ale nie mam.

We’re planning to buy a new table. We’d like a round one.

Planujemy kupić nowy stół. Chcielibyśmy okrągły.

Zauważ, że jeśli po przymiotniku (red, round) nie występuje wyraz one, pomija się przedimek (a, the), np.

We’re planning to buy a new table. We’d like round.

Planujemy kupić nowy stół. Chcielibyśmy okrągły.

Rzeczownik w liczbie mnogiej zastępujemy

ones

, np.:

Mary prefers her silver earrings to the golden ones.

Mary woli swoje srebrne kolczyki od złotych.

One i ones możemy w ogóle pominąć bezpośrednio po wyrazach takich jak: this, that, these, those, which, either, neither, another oraz po przymiotniku w stopniu najwyższym, np.:

Which dress should I wear? I guess this (one) is the the nicest.

Którą sukienkę powinnam założyć? Myślę, że ta jest najładniejsza.

I’ve got several suitcases and I can never decide which (one) to take.

Mam kilka walizek i nigdy nie potrafię zdecydować, którą wziąć.

I guess their restaurant is the most expensive (one).

Myślę, że ich restauracja jest najdroższa.

 

Rzeczowniki niepoliczalne możemy zastępować wyrazami

some

,

any

oraz innymi kwantyfikatorami, np.

I’d lend you the money, but I haven’t got any.

Pożyczyłbym ci te pieniądze, ale nie mam (żadnych).

I’ve got plenty of money, so I can lend you some.

Mam mnóstwo pieniędzy, więc mogę ci (trochę) pożyczyć.

Kultura i historia

Sycophant

Słowo sycophant wywodzi się z systemu prawnego starożytnych Aten. W tym najbardziej znanym państwie-mieście antycznej Grecji nie istniała policja, a oficjalnych urzędników pełniących funkcję prokuratorów było niewielu. Większość spraw trafiała więc przed oblicze sprawiedliwości za sprawą zawodowych donosicieli, zwanych właśnie sykofantami. System ten nie był sprawny, ponieważ nakłaniał sprawujących tę funkcję do licznych nadużyć, np. do wysuwania fałszywych oskarżeń z nadzieją na uzyskanie finansowej korzyści. Z tego powodu sam wyraz sykofant zaczął dość szybko oznaczać „rzucającego fałszywe oskarżenia”. We współczesnym języku angielskim oznacza „nieszczerego pochlebcę”, lecz np. w nowożytnej grece czy francuskim oznacza po prostu „informatora”. W polszczyźnie sykofantą nazwiemy natomiast „intryganta”, „oszczercę” lub „szantażystę”.

Greckie sycophantes oznacza „wskazującego/ujawniającego figi”. Pochodzenie nazwy nie zostało ostatecznie wyjaśnione. Starożytni – m.in. grecki historyk Plutarch (50–125) – wskazywali, że jej źródłem mogło być ateńskie prawo, zakazujące eksportu fig. Ci, którzy ujawniali działania osób łamiących ten przepis, zostali więc nazwami sykofantami. Innym wyjaśnieniem może być metoda zbierania fig, które wyszukuje się potrząsając drzewem, aby zobaczyć skrywające się wśród liści owoce. W tym ujęciu sykofant „potrząsa” oskarżonym, ujawniając jego przestępstwa. Istnieją również teorie według których oskarżenie było dla podsądnego taką obrazą, jakby ktoś „pokazał mu figę” (gest ten był w antyku ogromnie nieprzyzwoity) bądź że oskarżenia sykofantów były „figę warte”.

Handicap

Słowo handicap wywodzi się od starej gry losowo-hazardowej, nazywanej hand in cap. Zabawę tę znano z całą pewnością już w 1653 roku, lecz bez wątpienia w „rękę w czapce” grano już wcześniej. Przyjrzyjmy się jej – dość zawiłym – zasadom.

W grze brały udział trzy osoby. Dwóch partnerów i arbiter. Obaj partnerzy, nazwijmy ich handlarzami, oferowali na wymianę po jednym przedmiocie, a także umieszczali w czapce pewną niewielką sumę pieniędzy w charakterze zakładu. Wtedy osoba trzecia – arbiter – oceniał wartość obu zaproponowanych fantów. Jeśli w jego opinii np. płaszcz był wart sześć pensów więcej niż kaptur (te akurat przedmioty pochodzą z pierwszego znanego opisu reguł), proponował, aby handlujący wymienili się nimi, pod warunkiem że właściciel kaptura dopłaci partnerowi owe sześć pensów różnicy. Chodziło, co ważne, o wyrównanie wartości.

Teraz nadchodziła pora na decyzję handlujących. Każdy z nich mógł wycenę arbitra zaakceptować bądź odrzucić, a od ich decyzji zależał los wpłaconych wcześniej do czapki pieniędzy. Gracze wkładali ręce do czapki, po czym jednocześnie je wyciągali. Dłoń otwarta oznaczała zgodę z opinią arbitra, zaciśnięta pięść wyrażała odmowę wymiany. Jeżeli obaj handlujący podejmowali taką samą decyzję (na tak bądź na nie), pieniądze z zakładu trafiały do arbitra i do wymiany dochodziło (lub nie). Jeśli natomiast jeden zgadzał się na wymianę, a drugi nie, suma z czapki przechodziła na rzecz gracza, który chciał się wymienić. Arbiter pozostawał z niczym, a drugi z handlujących tracił wpłaconą na początku sumę zakładu.

Nazwa gry stopniowo ewoluowała. Z początkowego hand in cap została skrócona do handy-cap, aby ostatecznie przybrać formę handicap.

Z biegiem czasu znaczenie słowa uległo rozszerzeniu. Handicap nie oznaczało już tylko gry, lecz sam akt wyrównywania szans (pamiętamy, że arbiter starał się wyrównać wartość przedmiotów) w rozmaitych rozgrywkach i dyscyplinach sportu. Odbywało się to przez specyficzne „karanie” lub „utrudnianie rozgrywki” zawodnikom silniejszym. Na przykład szybszy we wcześniejszych wyścigach biegacz musiał rozpoczynać bieg z większej odległości od mety niż jego słabsi konkurenci. W praktyce handicap zastosowano po raz pierwszy w wyścigach konnych w 1754 roku. Wkrótce potem do grona dyscyplin, w których zwyczaj ten był stosowany dołączyły m.in. golf, polo i kręgle.

W roku 1883 słowo handicap stosowano już – w sensie „wyrównywania” – także w wielu pozasportowych dziedzinach życia.

Ponieważ sportowy handicap sprowadził się do „upośledzania” zdolności silniejszego zawodnika, słowo zyskało kolejny sens. Handicapped zaczęło oznaczać właśnie ludzi niepełnosprawnych, „upośledzonych” względem osób fizycznie bądź psychicznie zdrowych. Najpierw – od około 1915 roku – handicapped stały się niepełnosprawne dzieci, a po niecałym półwieczu określano tym terminem już i dorosłych (1958).

Współcześnie jednak handicapped jako określenie niepełnosprawnych stosowane jest coraz rzadziej. Nabrało negatywnych konotacji – podobnie jak polski wyraz „kaleka” – i wiele osób odbiera jako obraźliwie. Bezpieczniej więc będzie ograniczyć stosowanie wyrazu handicap do sportu.

Ćwiczenia

Klucz >>>

Uzupełnij zdania wyrazami z ramki w odpowiedniej formie.

beam; exquisite; muffled; saunter; abrupt; ingenious; mumble; heated

The ladies were .......................... in the garden.

Sally ......................... with pleasure when she heard the news.

We could hear ......................... voices from the other room.

The ........................ dispute concerning new policies took a long time.

The team invented a/an ............................... device.

The car suddenly came to a/an ......................... halt.

She ............................. something, but I didn’t understand.

What a/an ........................... sculpture!

Przyporządkuj poniższe wyrazy do odpowiednich kategorii.

garrulous; stalk; dispirited; petrified; glare; amble; peer; saunter; discourteous; animated; gruff; gleeful; toddle

FEELINGS

PERSONALITY ADJECTIVES

WAYS OF LOOKING

WAYS OF WALKING

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaznacz poprawną formę lub wyraz.

Jim’s parents bought him a mobile three months ago, but now he wants

new one/a new one

.

These scarves are beautiful. I’d buy

one/it

if I had enough money.

There’s no milk in the fridge – can you get

one/some

, please?

I really admire Luke’s photos – especially

the ones/ones

he took in Asia.

She loves all kinds of cookies, so I don’t know

which ones/ones

to get her.

I need a dictionary. Can you lend me

any/one

?

Napisz opowiadanie, którego akcja toczy się na balu maskowym (około 350 słów).

Rozwiąż krzyżówkę.

Across

1 wzburzenie, poruszenie (9)

6 zarzut, nagana (7)

8 warczenie, pomruk (5)

9 mamrotać (6)

12 widocznie, najwyraźniej (10)

13 ukradkiem (15)

14 smętnie, żałośnie (12)

Down

1 słyszalny (7)

2 zakątek, kąt (4)

3 stłumiony (7)

4 pogodny (6)

5 riposta (9)

7 niespodziewany (11)

10 rozpraszać się (7)

11 jadowity (8)