Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Opiekunowie tajemnic. Muzeum złodziei ebook

Lian Tanner

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opiekunowie tajemnic. Muzeum złodziei - Lian Tanner

Świat stworzony z taką starannością , że możesz w niego uwierzyć.

Czy tego chcesz czy nie, Muzeum wkroczy w twoje sny.

I tom trylogii Lian Tanner.

Ukryta historia niezwykłego Muzeum, chroniona jest przez Opiekunów Tajemnic.

Główną bohaterką jest dziewczyna Goldie Roth. Poznajemy ją w „Dniu Odłączenia”. Dla własnego bezpieczeństwa, każde dziecko w Jewel do tego dnia nosi srebrne łańcuchy. Zagrożenie z zewnątrz, krucha struktura miasta i pościg za dziewczyną, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Siłą tej trylogii jest stworzenie alternatywnej rzeczywistości oraz rozbudowanego magicznego świata. Rewelacyjna grafika, świetna strona internetowa książki, filmowość i rozmach fabularny czynią tę serię porównywalną z najlepszą przygodową fantastyką.

Lian Tanner - autorka australijska, mieszka w południowej Tasmanii. Jej trylogia zdobyła wiele nagród na świecie, m.in. Prestiżowego Białego Kruka monachijskiej biblioteki dziecięcej.

Opinie o ebooku Opiekunowie tajemnic. Muzeum złodziei - Lian Tanner

Fragment ebooka Opiekunowie tajemnic. Muzeum złodziei - Lian Tanner

Lian Tanner

Opiekunowie tajemnic

MUZEUM ZŁODZIEI

Przełożył Rafał Lisowski

Tytuł oryginału: The Keepers Trilog y#1: The Museum of Thieves

Copyright © Lian Tanner 2010

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Dla mojej matki, Connie Tanner, która także kocha książki

Ukryta historia

W owych czasach muzeum miało czworo opiekunów – Herro Dana, Olgę Ciavolgę, Żyłkę i chłopca imieniem Żabismark. W zwyczajnych czasach zdołaliby oni dopilnować bezpieczeństwa muzeum i jego tajemnic. Ale to nie były zwyczajne czasy.

Nadciągały kłopoty. Znaki nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Opiekunowie nie wiedzieli, skąd te kłopoty nadejdą ani kiedy to się stanie. Nie ulegało jednak wątpliwości, że trudno je będzie powstrzymać.

Wykorzystując swe umiejętności ukrycia, Żyłka wyruszył na poszukiwania dziecka, które można by wyszkolić na dodatkowego opiekuna. Sześcioro dzieci, które miał na oku, okazało się nieodpowiednich. Siódma dziewczynka (zgodnie z jej oficjalnymi dokumentami) była uparta i nieposłuszna. Już trzy razy nosiła łańcuchy karne, a przecież rok dopiero się rozpoczął.

To właśnie ta dziewczynka miała zostać piątym opiekunem. Dziewczynka, która zmieniła losy muzeum i miasta.

Dzień Rozłączenia

Złotka Roth

Złotka Roth nienawidziła łańcuchów karnych. Nienawidziła ich jak niczego na świecie – może z wyjątkiem błogosławionych stróżów. Masywne mosiężne kajdany zatrzasnęły się na jej nadgarstkach, ciężar łańcucha ją przytłoczył, a ona posępnie wpatrywała się w bruk.

Wiedziała, co się teraz stanie. Stróż Nadzieja zacytuje jakąś sentencję. Coś głupiego z Księgi Siedmiorga. Stróż Ład pewnie też coś zacytuje, a potem oboje będą bardzo zadowoleni z siebie.

Rzeczywiście. Stróż Nadzieja szarpnęła za łańcuch karny, żeby się upewnić, że jest dobrze założony, a potem uniosła pulchny palec.

– Niecierpliwe Dziecko – powiedziała – to Niebezpieczne Dziecko.

– Niebezpieczne Dziecko – dodał stróż Ład, nabożnie składając dłonie – naraża Inne Dzieci na Zagrożenie!

Przecież tylko trochę się pospieszyłam, pomyślała Złotka. Ale nic nie powiedziała. Nie chciała narobić sobie jeszcze gorszych kłopotów. Nie dziś. O nie, zdecydowanie nie dziś...

Kątem oka zerknęła na kolegów z klasy. Rado, Śliwka, Gloria i Hart patrzyli wszędzie, byle tylko nie na nią, jakby się bali, że udzielą im się jej kłopoty. Jedynie Łaska przypatrywała jej się z poważną miną, a jej dłonie to zwierały się, to rozchylały w drobnych, tajnych ruchach palcomowy.

Błogosławionym stróżom wydawało się pewnie, że Łaska skubie nitki kaftana albo bawi się srebrnymi ogniwami łańcuszka ochronnego. Dla Złotki komunikat był jednak jasny jak słońce: „Nie martw się. Już niedługo”.

Złotka usiłowała się uśmiechnąć, ale ciężar łańcucha karnego wycisnął z niej chyba całą radość. „To miał być DOBRY dzień – zamigała ze złością. – A popatrz na mnie teraz!”.

– Czy to był grymas?! – odezwała się stróż Nadzieja. – Złocień, czyś ty na mnie spojrzała z grymasem?!

– Nie, stróżu – wymamrotała Złotka.

– Owszem, koleżanko, to był grymas – potwierdził stróż Ład. Ranek stał się już upalny, więc stróż poprawił na ramionach ciężkie czarne szaty i otarł czoło. – Wyraźnie zauważyłem grymas!

– Może mosiężny łańcuch to zbyt mała kara – rzekła stróż Nadzieja. – Pomyślmy. Jak uczynić tę lekcję bardziej pamiętną? – Jej wzrok padł na emaliowanego niebieskiego ptaszka przypiętego do kaftana Złotki. – Skąd masz tę broszkę?

Złotce ścisnęło się serce.

– Dostałam ją od mamy – mruknęła.

– Głośniej! Nic nie słyszę.

– Dostałam ją od mamy. Należała do cioci Chwały.

– Tej, która zniknęła przed laty?

– Tak, stróżu.

– Zniknęła? – Stróż Ład uniósł brew.

– Chwała Koch zaginęła – odparła cierpko stróż Nadzieja – w dzień po jej rozłączeniu. Oczywiście była zbyt zuchwała, zupełnie jak jej siostrzenica. Nie strzegł jej już łańcuszek ochronny, więc niechybnie wpadła do któregoś kanału i utonęła. Albo porwali ją handlarze niewolników i zgotowali jej życie pełne cierpienia i rozpaczy. – Ponownie spojrzała na Złotkę. – Czy ta broszka jest ważna dla ciebie i twojej rodziny?

– Tak, stróżu – wymamrotała Złotka.

– I pewnie kiedy ją nosisz, myślisz o swej zuchwałej ciotce?

– Tak... to znaczy nie, stróżu! Nigdy!

– Nie wierzę ci. Za pierwszym razem odpowiedziałaś szczerze. Nie powinnaś nosić tej błyskotki. Dajesz nią zły przykład.

– Ale...

Stróż Nadzieja szarpnęła za łańcuch karny. Brzęk, brzęk, brzęk – zadźwięczały ogniwa. Złotka ugryzła się w język i już nie protestowała. Każdego innego dnia wdałaby się w dyskusję bez względu na konsekwencje. Ale nie dzisiaj. Nie dzisiaj!

Stróż Nadzieja prędko odpięła niebieską broszkę i wsunęła ją do kieszeni swej szaty. Złotka patrzyła, jak ptaszek, który dawał jej nadzieję, znika w ciemności.

– A teraz – powiedziała stróż Nadzieja – musimy ruszać. – Jej usta wykrzywiły się w sarkastycznym uśmiechu. – Nie możemy się spóźnić na tę jakże ważną ceremonię, prawda? Wielka Protektorka byłaby baaardzo rozczarowana.

Ruszyła przez plac Opuszczonych, a Złotka powlokła się za nią. Brzęk, brzęk, brzęk. Pozostałe dzieci szły za stróżem Ładem. Łańcuszki ochronne przypięły do jego skórzanego pasa. Każdy, kogo mijali, gapił się na Złotkę, a potem szybko odwracał wzrok, jakby była chora.

Oczywiście ludzie przywykli do widoku dzieci na łańcuchach. Każde dziecko w mieście Klejnot nosiło przypięty do lewego nadgarstka łańcuszek ochronny od chwili narodzin aż do Dnia Rozłączenia. Ilekroć wychodziły z domu, łańcuszek łączył ich z rodzicami albo z błogosławionymi stróżami. Nocą przypięty był do wezgłowia łóżka, żeby nikt nie mógł ich porwać, gdy rodzice spali.

Ale łańcuchy karne to coś innego. Łańcuchy karne przypinano do obu nadgarstków. Były znacznie cięższe niż srebrne łańcuszki ochronne i głośno brzęczały, przez co każdy wiedział, że dziecko, które je nosi, zdenerwowało błogosławionych stróżów. A to bardzo niebezpieczne...

Kiedy zbliżali się do Wielkiego Kanału, Złotka usłyszała przed sobą głuchy pomruk. Stróż Ład przystanął i pochylił głowę.

– Co to? Czyżby zagrożenie, koleżanko?

Stróż Nadzieja jeszcze bardziej skróciła łańcuch karny i pociągnęła Złotkę wąską uliczką do najbliższego rogu. Złotka zacisnęła zęby, usiłując nie myśleć o niebieskiej broszce.

– To nie zagrożenie! – zawołała stróż Nadzieja. – To tylko tłum.

Stróż Ład podprowadził resztę klasy do rogu uliczki. Wszyscy spojrzeli na gromadę ludzi idących bulwarem, który biegł wzdłuż Wielkiego Kanału.

– Dokąd oni idą? – chciał wiedzieć stróż Ład. – Targ otwierają dopiero jutro.

– Pewnie do Wielkiego Dworu – odrzekła stróż Nadzieja. Podniosła głos: – Obejrzeć ceremonię rozłączenia. Tę Ohydę!

Kilku przechodniów obróciło się, żeby zobaczyć, kto to mówi. Widząc dwoje błogosławionych stróżów, skurczyli się w sobie, zupełnie jakby sam widok czarnych szat i czarnych graniastych kapeluszy przepełniał ich strachem.

Złotka poczuła przypływ gniewu. Nie cierpiała tego, że stróże zmuszają każdego, by zachowywał się przy nich tak, jakby był nikim. Obróciła dłonie, by Łaska je widziała.

„Jutro pójdę złapać pożogara – zamigała. – GŁODNEGO pożogara. Wsadzę do worka i zaniosę stróż Nadziei. Och, błogosławiony stróżu, oto podarek w podzięce za lata czułej opieki. Otwieraj nieostrożnie!”.

Twarz Łaski pozostała bez wyrazu, ale oczy się śmiały. „Nic z tego nie wyjdzie – odpowiedziała gestami. – Pożogar zdechnie ze strachu na widok paskudnej mordy Nadziei”.

– Nie wiem, co przyszło do głowy Wielkiej Protektorce – mruknął stróż Ład, zerkając na tłum – żeby obniżyć wiek rozłączenia z szesnastu do dwunastu lat! Gdyby miała trochę rozumu, to by go podwyższyła! Do osiemnastu lat. Albo i do dwudziestu!

– Protektorka jest niemądra. Wierzy, że w mieście jest bezpieczniej niż kiedyś. Myśli, że pora na zmianę – stwierdziła stróż Nadzieja.

Spojrzeli na siebie ze stróżem Ładem i bezczelnie parsknęli. Potem weszli w tłum, ciągnąc za sobą dzieci.

Ludzie prędko się przed nimi rozstępowali i już wkrótce stróże kroczyli przez pustą przestrzeń. Złotka pomyślała, że to zupełnie tak, jakby narysowano wokół nich niewidzialną linię, której nikt nie chce przekroczyć.

– Spójrz na nich – syknęła stróż Nadzieja. – Unikają nas, jakbyśmy byli psami. Nie rozumieją, jacy z nich szczęściarze, że chronimy ich dzieci!

– Może powinniśmy im o tym przypomnieć, koleżanko.

Stróż Nadzieja w zamyśleniu kiwnęła głową.

– Może powinniśmy. – Podniosła głos: – Dla każdej myślącej osoby to oczywiste, kolego, że obniżając wiek rozłączenia, Protektorka popełnia poważny błąd. Nie sądzisz?

– Owszem, koleżanko. Bardzo poważny błąd.

– Klejnot wciąż jest równie groźnym miastem, jak kiedyś. Tylko dzięki czujności błogosławionych stróżów dzieci są bezpieczne. Gdyby nie ta czujność, natychmiast wrócilibyśmy do dawnych czasów! Czy wszyscy już zapomnieli, jak wtedy było strasznie? Zapomnieli o utonięciach? O chorobach?

– O pąsowej febrze – dodał stróż Ład i wzdrygnął się teatralnie. – O ropiejącym świerzbie serca. O dżumie!

Ludzie na bulwarze zerkali na siebie z niepokojem.

– Czy zapomnieli o handlarzach niewolników? – pytała stróż Nadzieja.

Czy zapomniałaś o swojej broszce? – szepnął głosik w umyśle Złotki.

Dziewczynka szeroko otworzyła oczy. Całe życie słyszała ten głos, jakby to był szept dochodzący z głębi jej duszy. Czasem wpędzał ją w tarapaty, a czasem z nich wyciągał. Nigdy nikomu o nim nie powiedziała, nawet mamie i tacie. Nawet Łasce.

Ona ci jej nie odda, szepnął głosik. I może już nigdy tak się do niej nie zbliżysz.

Złotka spuściła wzrok. Spojrzała na swoją prawą dłoń przyciśniętą do szat stróż Nadziei. O kurczę, pomyślała i w duchu pokręciła głową. To zdecydowanie jeden z tych przypadków, kiedy głosik wpędzał ją w tarapaty. Co by to było, gdyby stróż Nadzieja odkryła, że broszka znikła!

Pomyśli, że ją zgubiła, szepnął głosik. A poza tym dziś Dzień Rozłączenia.

Dzień Rozłączenia! Dzień, w którym srebrny łańcuszek ochronny Złotki zostanie zdjęty na zawsze! Od tej pory sama będzie mogła chodzić po ulicach, nieprzywiązana do żadnego z błogosławionych stróżów. To zupełnie jak początek nowego życia.

Może głosik ma rację...

Stróż Ład nachylił się do stróż Nadziei.

– Wiem z dobrze poinformowanego źródła – rzekł głośno – że statki handlarzy niewolników czają się tuż za horyzontem i tylko czekają, aż stracimy czujność! Natko Mewa, Stara Dama Licha, niesławny kapitan Śluz. Niech mi kto powie, jakie szanse wobec takich potworów ma dwunastoletnie dziecko?

– Niech Siedmioro Bogów ma nas w swojej opiece – mruknął mężczyzna na skraju niewidzialnego kręgu i nerwowo pstryknął palcami.

Złotka na wszelki wypadek też pstryknęła.

Siedmioro Bogów Klejnotu to nie były życzliwe bóstwa. Były gwałtowne i nieprzewidywalne (z wyjątkiem Łysego Toka, bo w jego przypadku główny problem stanowiło osobliwe poczucie humoru). Wyznawanie ich to trudna sprawa. Nie należało ich ignorować, bo bogowie nie lubią być ignorowani. Wzywanie na pomoc wiązało się jednak z ryzykiem. Jeśli akurat byli w złym nastroju, mogli zesłać na ziemię ognisty deszcz, chociaż ktoś prosił tylko o ciepłą pogodę, żeby owoce mango ładnie dojrzały.

Dlatego Złotka, tak jak większość ludzi, zwracała się do nich w trudnych chwilach, ale jednocześnie pstrykała palcami, co oznaczało: „Mną się nie przejmujcie! Idźcie pomóc komuś innemu!”.

Zdecydowanie nie chciała, żeby Wielki Drewnik i jego nieśmiertelni towarzysze zainteresowali się nią właśnie teraz. Na szczęście wszyscy w wolno przesuwającym się tłumie spoglądali wprost przed siebie, starali się być mali i nieistotni, żeby nie upatrzyli ich sobie błogosławieni stróże. Złotki nikt nie obserwował.

Dziewczynka pomyślała o niebieskim ptaszku zagubionym w mroku szat stróż Nadziei. Pomyślała o cioci Chwale. Zuchwałej cioci Chwale! Wzięła głęboki wdech. Przesunęła obręcz łańcucha karnego najwyżej, jak się dało, żeby nie zabrzęczał ani nie przeszkadzał. Potem włożyła dłoń do kieszeni stróż Nadziei.

Zawsze była dobra w bezszelestnym poruszaniu się. Teraz po omacku znajdowała drogę w ciemności, bezdźwięcznie niczym spadający liść. Zdradliwy łańcuch milczał. Stróż Nadzieja stała obok Złotki z chmurną miną.

Palce dziewczynki dotknęły rozpostartych skrzydeł.

I nagle poczuła, że ktoś jednak ją obserwuje. Jej dłoń zamarła, zanurzona w kieszeni czarnej szaty. Złotka rozejrzała się dokoła tak niewinnie, jak tylko potrafiła. Nie zauważyła nikogo, kto by się jej przyglądał. Otaczał ją zwyczajny, wystraszony tłum. Oprócz... oprócz jednego szczególnego miejsca, po którym jej spojrzenie jakby się prześlizgiwało.

Przyjrzyj się uważniej, szepnął głosik w głębi jej umysłu.

Wobec tego Złotka przyjrzała się uważniej. Mignęło jej coś czarnego, co nie przynależało chyba do żadnej ze stojących obok osób. Nie wiedzieć czemu dziewczynka z trudem koncentrowała na tym wzrok. Światło tak jakby... ześlizgiwało się z tego punktu, zupełnie jak gdyby znajdowało się tam coś zbyt nieistotnego, żeby się tym przejmować.

Przyjrzyj się uważniej.

I wtedy go zobaczyła. Wysokiego, chudego mężczyznę w czarnej pelerynie i staromodnym wojskowym fraku. Rękawy fraka były zbyt krótkie dla jego długich rąk, przez co nadgarstki wystawały z nich pod niezręcznym kątem. Chudzielec dotrzymywał kroku grupce dzieci i stróżów. Patrzył wprost na Złotkę.

Kiedy zauważył, że i ona na niego patrzy, pobladł z zaskoczenia. Schował się za jakimś mężczyzną i zniknął w tłumie.

Złotka odzyskała władzę w palcach. Zacisnęła je na niebieskim ptaszku, po czym delikatnie wysunęła go z kieszeni stróż Nadziei. Miała wrażenie, że skrzydełka furkoczą jej w dłoni, zupełnie jakby ptak dziękował, że zwróciła mu wolność.

Mimo ciężaru łańcucha Złotka w głębi duszy poczuła podniecenie. Dziś Dzień Rozłączenia. Już za godzinę ona także będzie wolna.

Wielka Protektorka

Wielka Protektorka

Stróż Nadzieja trzymała Złotkę spiętą łańcuchem karnym aż do czasu, kiedy stanęli przed Wielkim Dworem. Kiedy w końcu rozpięła okowy, dziewczynka odetchnęła z ulgą. Teraz został mi już tylkołańcuszek ochronny, pomyślała. A niedługo i on zniknie!

Mama i tata czekali przed dworem z resztą rodziców. Stróż Nadzieja i stróż Ład odczepili łańcuszki, a następnie w ciszy przekazali dzieci. Rodzice przypięli je do swoich pasków.

Po drodze do sceny mama szepnęła Złotce na ucho:

– Czy to prawda, perełko? Zakuła cię w łańcuch karny w twój Dzień Rozłączenia? Och, nie do wiary! Ona nie ma serca!

– Ćśśś! – szepnął tata. – Przecież wiesz, że oni mają świetny słuch.

Teraz, kiedy oddalili się od błogosławionych stróżów, koledzy Złotki zachowywali się bardziej naturalnie. Za plecami dziewczynki Herro Oster ryknął:

– Radoście, przestań tak podskakiwać! O mało mnie nie przewróciłeś!

– Wybacz, tato – zaćwierkał Rado, który wcale nie wyglądał na skruszonego.

– Chyba p-pan odetchnie, gdy on się rozłączy – rzekł tata Łaski, Herro Berg, który trochę się jąkał. – To utrapienie, kiedy w-wchodzą w taki wiek, prawda?

– Nie mam pojęcia, jak mógłbym wytrzymać jeszcze cztery lata – odparł Herro Oster nieco zbyt głośno, żeby zabrzmiało to przekonująco. – Cały jestem posiniaczony przez to jego nieustanne wymachiwanie rękami i nogami. Błogosławieństwa dla Protektorki za obniżenie wieku rozłączenia.

– Właśnie, błogosławieństwa, błogosławieństwa – zaczęli mruczeć inni rodzice.

Wszyscy byli jednak bladzi i Złotka miała wrażenie, że źle spali.

Ustawili się rzędem u stóp sceny i czekali, aż oficjalny blacharz usunie dzieciom srebrne obręcze. Sala pełna była gapiów. W pierwszym rzędzie tuzin żurnalistów już robił notatki do jutrzejszych gazet.

Mama poklepała Złotkę po ramieniu.

– Nie możesz się teraz bać, perełko.

– Nie boję się – powiedziała Złotka.

– Oczywiście, że nie – odparła prędko mama. Zawahała się. – Ale kiedy się rozłączysz, będziesz uważać na handlarzy niewolników, prawda?

Nachyliła się do nich Frow Berg.

– I na jadowite owady – dodała.

– Na ostre noże – powiedziała Frow Oster.

Złotka usłyszała w oddali przytłumiony grzmot. Rozejrzała się. Chyba tylko ona zwróciła na to uwagę.

– Na grasujące ptaki – wtrącił Herro Oster. – Na wściekłe psy. W ogóle na wszystkie psy!

– Na b-b-brudną wodę – wyjąkał Herro Berg. – Plugawą wodę, p-p-pełną chorób wodę, w której topią się dzieci! To ona mnie martwi. I to, że się z-zgubicie. Cokolwiek się stanie, n-n-nie zgubcie się!

Złotka słyszała te ostrzeżenia ze sto, nie, z tysiąc razy. Pochyliła się i uśmiechnęła do Łaski, lecz jej przyjaciółka kiwała głową z poważną miną, wysłuchując znajomej listy przestróg.

– Coś mi się przypomniało – powiedziała mama. Z kieszeni wyjęła paczuszkę. – Kupiliśmy ci coś, perełko, żeby uczcić tę okazję.

Oczywiście był to kompas. Tradycyjnym prezentem na Dzień Rozłączenia był albo kompas (żeby dziecko mogło znaleźć drogę do domu, jeżeli się zgubi), albo gwizdek (żeby mogło wezwać pomoc, jeżeli zaatakują je handlarze niewolników).

Na widok kompasu Złotka wydała pomruk zaskoczenia i radości. W duchu żałowała jednak, że nie dostała składanego noża, żeby mogła walczyć, jeśli wpadnie w tarapaty. Albo lunety, żeby obserwować odległe miejsca i marzyć o dniu, gdy będzie dość duża, żeby zostawić Klejnot i błogosławionych stróżów daleko, daleko za sobą.

Dwadzieścia minut później Złotka i jej koledzy stali na olbrzymiej scenie wraz z setką innych dzieci oraz ich rodzicami. Mieszkańcy Klejnotu nie pamiętali tak wielkiego Dnia Rozłączenia. Wolność miały dziś uzyskać wszystkie dzieci w wieku od dwunastu do szesnastu lat.

Obręcz i łańcuszek ochronny Złotki już zniknęły i teraz z mamą łączyła ją tylko jedwabna biała wstążeczka. Lewe ramię dziewczynki piekło i było jakieś dziwne. Czekając, aż Protektorka podejdzie do podium, Złotka czuła w całym ciele nerwowe mrowienie.

Wielka Protektorka Klejnotu wcale nie była wielka. Nosiła szkarłatne szaty i złoty łańcuch, ale miała niewiele więcej wzrostu niż mama Złotki, a jej włosy barwą przypominały słomę. Ponad jej głową szklana kopuła Wielkiego Dworu skąpana była w świetle. Mechaniczne ptaki śmigały z filara na filar na srebrnych drucikach. Mechaniczne motyle otwierały i zamykały skrzydła.

Protektorka wsunęła okulary na nos i zwróciła się twarzą do publiczności.

– Był taki czas – powiedziała głośno – kiedy miasto Klejnot nie istniało. Zamiast niego znajdował się tu mały, paskudny port morski o nazwie Dunt, który tkwił na południowym wybrzeżu Półwyspu Faruńskiego niczym krosta na brodzie starca. Samo miasteczko również było jak krosta, pełne chorób i niebezpieczeństw.

Złotka usłyszała szmer wśród publiczności. Wszyscy rozluźnili się, oczekując znajomej historii. Ale tym razem Protektorka wyjątkowo nie przypomniała o tym, że ich przodkowie przybyli z Merny i założyli tu kolonię. Nie opowiedziała o wojnach rodzimych, wojnach bestii ani wojnach o niepodległość, o powodziach, morderstwach i klęskach głodu, o roku rozpaczy, w którym dzieci padały jak muchy. Nie mówiła również o bohaterskich zmaganiach nielicznych, którzy uratowali dzieci pozostałe przy życiu, ani o tym, jak ludzie ci zostali pierwszymi błogosławionymi stróżami.

Zamiast tego uśmiechnęła się i rzekła:

– Ale to było dawno temu. Od ponad dwustu lat miasto stopniowo oczyszczano z zagrożeń. Kanały ogrodzono, na pustych działkach pobudowano domy. Zwierzęta i ptactwo wygnano. Wstrętny Dunt stał się pięknym Klejnotem. Nie potrzebna nam już taka czujność.

Wiele osób kiwało głowami, ale Złotka widziała, że niektórzy wyraźnie są innego zdania. W drugim rzędzie widowni stała stróż Nadzieja z twarzą mroczną od gniewu.

– Te dzieci za moimi plecami – powiedziała Protektorka – wprowadzą nas w świetlaną przyszłość.

Zawiesiła głos. Złotka zerknęła na kolegów z klasy. Łaska obgryzała paznokcie. Hart się uśmiechał, ale w tym uśmiechu było coś zastygłego, zupełnie jakby chłopak przybrał go wcześniej, a potem o nim zupełnie zapomniał. Śliwka i Gloria pobladły ze zdenerwowania, a Rado przeskakiwał z nogi na nogę. Złotka usłyszała syk Herro Ostera:

– W imię Siedmiorga, Radoście, czy nie potrafisz ustać spokojnie pięciu minut?

Widzowie zaśmiali się nerwowo. Protektorka znowu się uśmiechnęła.

– Jego Ekscelencja Naczelnik – oznajmiła – dokona teraz błogosławieństwa.

W sali zapanowała cisza. Nikt się nie ruszył.

– Gdzie jest Naczelnik? – szepnęła Złotka do mamy.

Jakby w odpowiedzi wśród publiczności rozległo się szuranie.

– Z drogi, z drogi! – krzyknęła stróż Nadzieja, po czym weszła na scenę, robiąc przy tym mnóstwo szumu. Przygładzała fałdy szaty, poprawiała kapelusz.

Protektorka zerknęła na nią znad okularów.

– Czyżby zmieniły się plany? – zapytała. – Nikt mnie o tym nie poinformował. Gdzie wasz przełożony?

– Wasza Miłość – powiedziała stróż Nadzieja – Jego Ekscelencja powinien tu być, ale coś go zatrzymało. Może powinniśmy także wstrzymać rozłączenie.

Złotkę coś ścisnęło za serce. Protektorka odrzekła jednak łagodnie:

– Skoro Naczelnika tu nie ma, stróżu, to z pewnością błogosławieństwa możecie dokonać wy.

– Och nie, to by było...

– I to natychmiast, stróżu – dodała Protektorka głosem, który nie był już łagodny.

Stróż Nadzieja znów zaczęła poprawiać kapelusz, a potem spojrzała z niechęcią na długie rzędy dzieci.

– Czy przysięgacie zachować czujność i nie narażać siebie ani innych – wymamrotała – nie znajdując się już pod opieką błogosławionych stróżów?

Złotce nagle zaschło w ustach. Odpowiedziała wraz z chórem setki głosów:

– Przysięgamy.

– Czy przysięgacie czcić Siedmioro Bogów i zachować posłuszeństwo ich planom wobec was, wyjawionym poprzez błogosławionych stróżów?

– Przysięgamy.

– Czy przysięgacie wystrzegać się bluźnierstwa i potępiać Ohydę, ilekroć się z nimi zetkniecie?

– Przysięgamy.

Stróż Nadzieja się zawahała. Złotka zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.

Protektorka odchrząknęła.

– Proszę kontynuować.

– Bądźcie zatem błogosławieni. – Mimo oporu głos stróż Nadziei podniósł się w znajomym rytmie. Kolejno wymieniła bogów zgodnie z ich ważnością, tak by żadnego nie urazić. – Niech Wielki Drewnik nigdy nie przyśle po was nocą Czarnego Wołu! Niech Płacząca Dama innych wini za swe łzy! Niech Gromowładny, Marzyciel i Ślusarz zapomną waszych imion! Niech Pomocnica nigdy nie uzna, że potrzebna wam jej pomoc! I niech Łysy Tok żartuje gdzie indziej. – Wraz z każdym wspomnianym imieniem Złotka pstrykała palcami. – Błogosławieństwa, błogosławieństwa, po trzykroć wam błogosławieństwa. Dokonało się! – Gdy tylko stróż Nadzieja wypowiedziała te słowa, zeszła ze sceny, jakby nie chciała mieć już nic wspólnego z ceremonią.

– Komendancie poruczniku? – wymamrotała Protektorka.

Komendant porucznik gwardii stał nieopodal. Podał jej małe nożyczki. Protektorka wyjęła kartkę z kieszeni szaty, zmrużyła oczy i odczytała głośno:

– Złocień Roth.

Złotka poczuła dreszcz. To ona miała być pierwsza! Ruszyła naprzód, obok niej szli mama i tata.

Wielka Protektorka uśmiechnęła się. Jej oczy za szkłami okularów były bystre i mądre.

– Wyciągnij rękę – poprosiła.

Złotka wykonała polecenie. Jedwabna biała wstążka mocno się naprężyła.

– Z łaski Siedmiorga Bogów – oznajmiła głośno Protektorka – i w zgodzie z ustawą o stróżowaniu, niech to dziecko będzie rozłączone!

Uniosła nożyczki. Mama pisnęła cicho w proteście, ale nic nie powiedziała. Tata ścisnął Złotkę za ramię. Żurnaliści na widowni zanurzyli pióra w przenośnych kałamarzach i zaczęli gorączkowo gryzmolić. Złotka wstrzymała oddech...

Z przeciwległego końca sali dobiegł donośny łomot. Ktoś walił w wielkie drewniane drzwi, które zamknięto dla ochrony przed upałem. Protektorka się zawahała.

– Wpuśćcie mnie! Wpuśćcie mnie! – krzyknął stłumiony głos.

Idź sobie! – pomyślała Złotka. – Nie przeszkadzaj!

Jeden z gwardzistów pilnujących drzwi lekko je uchylił.

– Sza! – powiedział. – Jej Miłość właśnie zaczęła rozłączenie.

Jakiś mężczyzna przepchnął się obok niego. Jego czarne szaty były brudne i poszarpane, twarz umazana krwią.

– Nieszczęście! – wrzasnął. – Morderstwo! Dzieci...! – Po czym zemdlał i dramatycznie padł na ziemię.

Naczelnik

Naczelnik

Ludzie na widowni zerwali się na równe nogi i zaczęli się tłoczyć wokół leżącego mężczyzny, wykrzykując jeden przez drugiego:

– O co chodzi?!

– Kto to jest?!

– Jakie dzieci?!

– Nie depczcie go. Uważajcie, co robicie!

– Przynieść mu krzesło! Przynieść mu wody! – zawołała Protektorka.

Wcisnęła nożyczki w ręce komendanta porucznika, zeskoczyła ze sceny i zaczęła przeciskać się przez tłum.

Mama mocno przytuliła Złotkę. Tata objął ramionami obie.

– Dzieci – szepnął. – Co się stało z dziećmi?

Złotka miała wrażenie, że jej lewy nadgarstek dosłownie płonie. Wsunęła prawą rękę do kieszeni i zacisnęła palce na niebieskim ptaszku. Pospieszcie się, pomyślała. Pospieszcie się i skończcie z tym zamieszaniem, żebyśmy mogli wrócić do rozłączenia.

Jeden z gwardzistów przepchnął się wśród ludzi z dzbanem wody. Oblał nią głowę intruza. Mężczyzna jęknął i usiadł.

– To Naczelnik! – wykrztusił ktoś ze zdumieniem.

Zdziwiona Złotka spojrzała na rozczochraną postać. Jego Ekscelencja Naczelnik Klejnotu, przełożony błogosławionych stróżów i rzecznik Siedmiorga Bogów, był wysokim, przystojnym mężczyzną. Kiedy pojawiał się publicznie, jego czarne włosy zawsze były gładkie jak skrzydło kruka, a srebrny splot na szatach lśnił pięknie. Tymczasem teraz jego szaty były w strzępach, a czoło zakrwawione. Mimo krwi można było dostrzec, że jego twarz jest biała od popiołu i z przerażenia.

Tłum się uciszył. Naczelnik rozejrzał się wkoło, jakby nie wiedział, gdzie jest.

– To był... to był wybuch – wychrypiał. – Dzieci... – Urwał, ponieważ nie mógł mówić dalej.

Złotka przypomniała sobie cichy grzmot, który słyszała wcześniej. Wybuch!

– Niech nas Wielki Drewnik chroni! – szepnęła mama, pstryknęła palcami i mocniej ścisnęła córkę.

– Dajcie mu pić – poleciła Protektorka.

Naczelnik łapczywie pił wodę, aż opróżnił dzban. Otarł usta zakrwawioną dłonią. Potem, trzęsąc się i przerywając co kilka słów, żeby złapać oddech, opowiedział przerażonym ludziom, co się stało.

– Wycieczka... dziś rano... tylko czworo dzieci i ich stróże... Zaprosiłem je do zwiedzenia mojego urzędu przed ceremonią rozłączenia. Niech mi Siedmioro Bogów wybaczy. – Jego głos był zaledwie o ton głośniejszy od szeptu, ale Złotce wydawało się, że niesie się przez całą salę. – Byliśmy w bibliotece... pokazywałem im portrety... moich poprzedników na stanowisku naczelnika... wielkich ludzi... którzy służyli Siedmiorgu, strzegli dzieci naszego miasta... – Znowu przerwał. Przez okropną chwilę Złotce wydawało się, że Naczelnik się rozpłacze. Jedna łza spłynęła mu po policzku, rzeźbiąc rowek w popiele, który osiadł na jego twarzy. Otarł ją i mówił dalej: – To było jak... potężny cios. Moi stróże... rzucili się, żeby zasłonić dzieci. Nikt z nas nie rozumiał, co się stało. Ogłuszyło nas... ten huk, spadający tynk... wokół waliły się ściany. Dzieci...

Tata stęknął. Mama nie kryła łez i nie była w tym jedyna. Protektorka uniosła dłoń, nakazując ludziom milczenie.

– Gdy znów mogliśmy coś zobaczyć – opowiadał dalej Naczelnik – okazało się, że dzieci są bezpieczne. Wstrząśnięte, lecz bezpieczne. Wszystkie z wyjątkiem małej dziewczynki z... – Wzdrygnął się i odetchnął głęboko. – Małej dziewczynki z... Kanału Febrokostnego. Była... martwa.

W sali wybuchła wrzawa. Złotka słyszała, jak jej własny okrzyk przerażenia wyrywa się ze wszystkich gardeł. Mama i tata ścisnęli ją jeszcze mocniej. Martwa? Martwa?! Martwe dziecko?! W Klejnocie?! Ziścił się najgorszy koszmar każdego z mieszkańców.

Protektorka miała twarz białą jak ściana, ale znowu uniosła dłoń, domagając się ciszy.

– Kiedy pan tu wszedł, Naczelniku – rzekła niemal spokojnie – wołał pan: „morderstwo”.

– Myślałem... myśleliśmy, że to wybuch gazu wodnego – odparł Naczelnik. – Wypadek. Ale świadek widział... dwóch uciekających ludzi. Nieznajomych. A moi stróże znaleźli resztki... urządzenia. Na Siedmioro, Wasza Miłość, to nie był wypadek. To była... bomba.

Na kilka minut zapanował zgiełk. Wszyscy krzyczeli. Złotka miała wrażenie, że straciła dech w piersiach. Widziała, jak Protektorka przywołała do siebie komendanta porucznika. Chyba z nią dyskutował. Warknęła na niego, a wtedy odmaszerował z powrotem na scenę i stanął obok Złotki. Jego twarz była jak zastygła maska gniewu.

Protektorka pospiesznie ruszyła do wyjścia, a za nią podążyła reszta gwardzistów. Tłum rozstąpił się, żeby ich przepuścić. Na twarzach wszystkich ludzi malowało się to samo oszołomienie. Bomba?! W Klejnocie?!

– To niemożliwe – mruczał w kółko tata. – Niemożliwe!

Łzy mamy wsiąkały w kaftan na ramieniu Złotki.

Na środku sali zapanowało nagłe poruszenie, kiedy Naczelnik podniósł się ociężale. Ludzie ruszyli mu na pomoc, ale odgonił ich ruchem ręki, a potem wdrapał się na scenę.

– Przyjaciele – zaczął ciężkim głosem. Tłum stopniowo milkł, choć niektórzy wciąż szlochali. – Przyjaciele. Otacza nas niebezpieczeństwo. Któż wie, gdzie teraz uderzy? Musimy błagać Siedmioro, by nas osłaniali.

Złotka wymamrotała krótką modlitwę i pstryknęła palcami. Nie chroń nas, Wielki Drewniku! Nie osłaniaj nas, Płacząca Damo! Dość już zrobiliście! Idźcie gdzie indziej! Proszę!

– Wielka Protektorka poszła zająć się tą tragedią – ciągnął Naczelnik – zgodnie ze swym obowiązkiem. Gdyby jednak tu była, na pewno zgodziłaby się ze mną. Wola Siedmiorga Bogów jest teraz jasna. Nie pora na zmiany. Niniejszym rozłączenie zostaje odwołane.

Przez chwilę Złotka nie pojmowała jego słów. Na ten dzień czekała całe życie. Nie mógł zostać odwołany. Nawet z powodu bomby i śmierci jakiejś dziewczynki. To niemożliwe.

A może?

Jej dłoń – ta, w której trzymała niebieskiego ptaszka – była lodowata, a jednocześnie w Złotce narastał żar, jakby ktoś podpalił jej wnętrzności.

– Tato – szepnęła, usiłując panować nad głosem. – Czy Naczelnik może to zrobić?

Najwyraźniej mógł. Właśnie wzywał blacharza z powrotem na scenę.

Tata westchnął.

– Słońce, teraz jest zbyt niebezpiecznie, żeby przeprowadzić ceremonię. Może za rok Protektorka spróbuje znowu.

– Albo za dwa lata – odezwała się mama, usiłując jednocześnie przytulić Złotkę i pchnąć ją w stronę blacharza.

Żar we wnętrznościach dziewczynki wciąż się nasilał. Głosik w głębi umysłu szepnął: Nie możesz tyle czekać. Musisz rozłączyć się dzisiaj.

– Nie mogę tyle czekać! – zawołała Złotka. Słowa jakby same wystrzeliły z jej ust. – Muszę rozłączyć się dzisiaj!

Stróż Nadzieja gwałtownie obróciła głowę.

– Nienaturalne dziecko! Popełniono morderstwo! Gdzie twój strach? Gdzie twoje drżenie?

– Zdenerwowała się, to wszystko – powiedziała pospiesznie mama. Położyła dłoń na czole Złotki. – Jest w szoku. Wkrótce poczuje się lepiej.

– Wcale się lepiej nie poczuję! – odparła Złotka. Wiedziała, że pogarsza sprawę, ale nie mogła nic na to poradzić. – Obiecali, że dziś się rozłączymy. Obiecali!

Patrzyli na nią teraz chyba wszyscy w sali, ale miała to w nosie. Wiedziała tylko, że nie zniesie ponownego założenia srebrnej obręczy i przypięcia łańcuszka.

Naczelnik zmierzył ją wzrokiem.

– Kim jest to dziecko, które śmie podważać świętą wolę Siedmiorga?

Stróż Nadzieja uśmiechnęła się pogardliwie.

– To Złocień Roth, Wasza Ekscelencjo. Wieczna awanturnica. Ledwo co spuściłam ją z łańcucha karnego.

– W takim razie może powinniście zakuć ją ponownie – stwierdził Naczelnik. – Dopóki się nie nauczy.

– Nie zrobiła nic złego! – zawołała mama. – Po prostu trochę się zdenerwowała.

– Zdenerwowała? – parsknął Naczelnik. – Wasza córka nie jest zdenerwowana, Frow. Ona jest niemądra! Niecna! Jeżeli nie okazuje posłuszeństwa, to zasługuje na łańcuch karny.

– Nie! – krzyknęła Złotka, która chyba już całkiem straciła panowanie nad językiem.

– Chyba że – dodał Naczelnik – wolelibyście oddać ją nam do Opieki.

– To nie będzie konieczne – odparł tata. Złotka czuła, że drżał, ale głos miał spokojny. – Moja żona nie chciała się skarżyć, Wasza Ekscelencjo. Nasza córka włoży łańcuch karny, prawda, słońce? No już, oczywiście, że włożysz. Zatem postanowione.

Stróż Nadzieja weszła na scenę z ciężkim mosiężnym łańcuchem w dłoni. Naczelnik odwrócił się do zebranych i stanął prosto jak struna.

– Ta tragedia uzmysłowiła nam jedno – odezwał się głośno. – W mieście potrzeba więcej błogosławionych stróżów!

Nie! − pomyślała Złotka.

– W każdym budynku publicznym niezbędny jest stróż rezydent! – krzyknął Naczelnik. – Ktoś, kto ochroni to, co mamy najcenniejsze: nasze dzieci!

Wśród zebranych podniósł się radosny okrzyk.

– Pamiętajcie – zawołała Naczelnik. – Kiedy Narażamy Siebie, Narażamy Innych.

– Naszą Powinnością Jest Nasze Bezpieczeństwo! – Stróż Nadzieja zaintonowała odpowiedź starą jak świat, a tłum dołączył do niej i ryknął pełną piersią.

Wtedy Złotkę opanowała jakaś dzikość. Nie chciała być bezpieczna. Chciała być wolna! Miała wrażenie, że jedwabna wstążka zaciska się na jej nadgarstku. Wysoka szklana kopuła Wielkiego Dworu przytłaczała ją i Złotka miała wrażenie, że zaraz się udusi.

Spójrz, szepnął głosik. Spójrz na komendanta porucznika. Spójrz za niego.

Złotka pochyliła głowę. Komendant porucznik gwardii stał tuż obok niej. Za nim, z tyłu sceny, znajdowały się niewielkie drzwi.

– Niebezpieczeństwo Czyha z Każdej Strony! – wołał Naczelnik. – Nie Śpi i Czai Się Wśród Nas.

– Naszą Powinnością Jest Ostrożność!

Złotka przełknęła ślinę. W jej uszach hałas był tak głośny, iż miała pewność, że wszyscy go słyszą. Serce jej łomotało i podchodziło do gardła. Koniuszki palców mrowiły.

Ścisnęła emaliowanego ptaszka. Może cioci Chwały wcale nie porwali handlarze niewolników, pomyślała. Może ciocia uciekła, bo nie mogła tu dłużej żyć.

– Strzeżcie Się Zuchwałych i Lekkomyślnych, Sprowadzą Bowiem Nieszczęście na Nas Wszystkich! – krzyknął Naczelnik.

– Naszą Powinnością Jest Strach!

Kiedy wybrzmiało ostatnie słowo, stróż Nadzieja zawołała:

– Niech żyje Naczelnik, święty sługa Siedmiorga! Hip, hip, hura!

Wokół Złotki hałas podniósł się jak wzburzona fala. Dziewczynka zamknęła oczy. Kiedy je znów otworzyła, obserwowała ją Łaska.

Złotka spróbowała się uśmiechnąć, ale nie była w stanie. Nie spuszczając wzroku z najlepszej przyjaciółki, puściła niebieskiego ptaszka i wsunęła dłoń do kieszeni komendanta porucznika.

Łaska patrzyła. Tłum wiwatował. Złotka namacała chusteczkę, namacała pęk kluczy; jej palce poruszały się lekko jak podmuch wiatru. I nagle odnalazła nożyczki. Wyjęła je z kieszeni komendanta porucznika i włożyła do własnej.

Stanie w bezruchu było teraz jedną z najtrudniejszych rzeczy w jej życiu. Drżała od stóp do głów. Łaska patrzyła oczami wybałuszonymi z osłupienia, ale nic nie powiedziała.

Złotka odchyliła się do tyłu, żeby oprzeć głowę na szerokim torsie ojca.

– Kocham cię, tato – szepnęła.

Panował tak wielki hałas, że ojciec pewnie jej nie dosłyszał. Mimo to podniósł rękę i pogłaskał córkę po włosach.

Dziewczynka pocałowała mamę w policzek.

– Ciebie też kocham, mamo. Nie martw się o mnie.

– Słucham? – Jej matka przyłożyła dłoń do ucha. – Możesz powtórzyć, perełko?

Złotka czuła, że łzy napływają jej do oczu. Gwałtownie zamrugała, by je powstrzymać. W kieszeni na próbę trzy razy otworzyła i zamknęła nożyczki.

Zerknęła na publiczność. Jej spojrzenie otarło się o dziwną plamę powietrza. Zmusiła wzrok do powrotu w to miejsce. Zobaczyła tamtego człowieka w czarnej pelerynie. Obserwował ją...

Było za późno, żeby się tym przejmować. Głosik w umyśle krzyczał: Idź! Idź!

Złotka wyciągnęła nożyczki z kieszeni i jednym ruchem przecięła jedwabną wstążkę. Potem, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, zbiegła ze sceny i uciekła tylnymi drzwiami z Wielkiego Dworu.

Kilka nieistotnych dokumentów

Stróż Nadzieja

Protektorka, utykając, zeszła po trapie do oficjalnego tramwaju wodnego. Bolały ją nagniotki, była zmęczona i przybita. To był okropny dzień.

Pierwotnie zamierzała opuścić Wielki Dwór tuż po ceremonii rozłączenia i udać się na wizytację wałów chroniących Klejnot od strony morza. Zdaniem wałmistrza wymagały pilnej naprawy.

Zamiast tego wezwała gwardię do poszukiwań osoby, która podłożyła bombę. Udała się do zrujnowanego urzędu Naczelnika i rozmawiała ze świadkami. Odwiedziła też rodziców zabitej dziewczynki, a potem dzieci, które przeżyły eksplozję.

A teraz jeszcze ta nieszczęsna sprawa małej uciekinierki – oraz stróżów rezydentów.

Protektorka otarła pot spływający do oczu i pokręciła głową. Uciekinierka! Tuż po wiadomości o wybuchu bomby! Całe miasto dopiero otrząsało się z szoku.

Ona również była zszokowana, choć z innej przyczyny. Żałowała, że opuściła dwór w takim momencie. Powinna się była domyślić, że Naczelnik wykorzysta każdą okazję, żeby podburzyć ludzi.

Jeszcze więcej błogosławionych stróżów! Protektorka chciała osłabić żelazny uścisk, w którym trzymali całe miasto, a nie go wzmocnić! Po wprowadzeniu nowego wieku rozłączenia zamierzała zmniejszyć liczbę stróżów o połowę.

Skrzywiła się. Cóż, ten plan przepadł i minie dużo czasu, zanim będzie go mogła wskrzesić.