Opiekunka - Sheryl Browne - ebook + audiobook
Opis

Mark i Melissa postanawiają przyjąć pod swój dach Jade, sąsiadkę, której dom doszczętnie spłonął. Okazuje się, że dziewczyna nawiązuje fantastyczny kontakt z dziećmi Cainów, dlatego zatrudnienie jej jako opiekunki dla Poppy i Evie wydaje się idealnym rozwiązaniem. Kiedy Mark rozpoczyna wyjątkowo trudne dochodzenie, Jade staje się niezastąpioną pomocą dla Melissy, która oprócz wychowywania córek stara się także rozwijać własny biznes. Rodzina staje się coraz bardziej zależna od pomocy opiekunki. Od momentu wprowadzenia się Jade życie Melissy i Marka zaczyna jednak rozpadać się na kawałki. Pojawia się coraz więcej problemów, a uporządkowana codzienność zamienia się w koszmar. Mark wraca do wydarzeń z przeszłości, a wtedy dociera do niego, kim tak naprawdę jest Jade. Czy jednak nie jest już za późno? Czy Mark zdoła ochronić rodzinę przed niebezpieczeństwem?

Sheryl Browne – brytyjska pisarka, która specjalizuje się w thrillerach psychologicznych. Jej opowiadania stały się częścią antologii wydanej przez Uniwersytet w Birmingham, na którym autorka ukończyła studia z kreatywnego pisania. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Literatury Kryminalnej, a jej książki mają wielu wiernych fanów. Mieszka w Worcestershire z partnerem i gromadką psów.

Na schodach zatrzymała się z walącym sercem i obejrzała się za siebie, na tego wysokiego, ciemnowłosego, barczystego mężczyznę z dzieckiem na rękach.

Jeszcze nie wie, kim ona jest. Jade zadbała o to, żeby zbyt prędko się nie zorientował. Uznała, że na początek tak będzie lepiej. Bo przecież był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem. Nie chciała, żeby zrobił coś wbrew swej naturze. Trzeba łagodnie go przekonać, że życie, które wiedzie, jest tylko namiastką prawdziwego. Że choć kocha swoje dzieci, to jednak nie zazna spełnienia u boku kobiety, która wykorzystała dziewczynki, aby złapać go w pułapkę. Mimo to ją wyczuł. Poznała po błysku w jego oku, kiedy omiótł spojrzeniem jej sylwetkę, kusząco podkreśloną piżamą, którą pożyczyła od Melissy. On też poczuł tę wyraźną iskrę między nimi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 13 min

Lektor: Joanna Chacińska-Kabaj

Popularność


Sheryl Browne

OPIEKUNKA

przełożył Jacek Żuławnik

Tytuł oryginału: The Babysitter

Copyright © Sheryl Browne, 2018

First published in Great Britain in 2018 by Storyfire Ltd trading as Bookouture

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIX

Copyright © for the Polish translation by Jacek Żuławnik, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dedykuję mojej rodzinie, która okazywała mi bezwarunkową miłość i wsparcie, ilekroć najbardziej tego potrzebowałam.

Mojemu braciszkowi. Tęsknię za tobą.

Poświęcam również Drew. Jesteś moim natchnieniem. Pomogłeś mi załatać dziury w fabule.

Kocham was wszystkich.

Prolog. Osiem lat temu

Nie zważając na mokre, maziste błoto między palcami, Grace zrobiła niepewny krok do tyłu. Wielkimi, rozświetlonymi blaskiem płomieni oczami barwy koniaku przyglądała się pożarowi domu. Zahipnotyzowana i bezradna patrzyła, jak wygłodniałe języki ognia liżą zasłony w sypialni jej rodziców. Próbowała powiedzieć, wytłumaczyć, że nie jest winna temu, co się przydarzyło Ellie.

Mała Ellie wiecznie plątała się między nogami, kiedy ich mama imprezowała z mężem numer trzy. Widziała, jak Grace i jej koleżanki zapalają zimne ognie i piszą nimi swoje imiona na atramentowym niebie – i sama też tak chciała. „Później”, obiecała Grace; przyrzekłaby jej wszystko, byle tylko młodsza siostra przestała powtarzać, że „powie mamie”, że Grace paliła papierosy – palenie, kolejna pozycja na długiej liście jej przewin.

Ellie nie zapomniała. Nie spała jeszcze, kiedy Grace wgramoliła się na łóżko, i biadoliła tak długo, aż siostra, chcąc ją wreszcie uciszyć, poddała się, zeszła na palcach na dół i przyniosła opakowanie zimnych ogni z pudła stojącego w kuchni.

Okrągłymi brązowymi oczami Ellie patrzyła w zachwycie na Grace, która pocierała zapałką o draskę i podpalała metalowy drut, wyzwalając tysiące iskier. Piszczała jak lis nocą, kiedy ogienki przypalały jej skórę, mimo że Grace powtarzała: „Bądź cicho”. Grace nie chciała skrzywdzić siostry. Ale wiedziała, że nikt jej nie uwierzy. Zawsze tak było.

Zrobiła kolejny krok do tyłu, oddalając się od domu. Serce zabiło jej mocniej, kiedy w oknie pojawiła się postać mężczyzny. Smagały go żmijowate gorące języki. To nie jej wina. Próbowała im powiedzieć. Przecież kazała Ellie trzymać zimny ogień na wyciągnięcie ręki. Nie słuchali. Oczy matki rozszalałe jak płomienie. Na wargach miała krwistoczerwoną szminkę. Wściekłe szkarłatne rozcięcie zamiast ust.

– Głupia! Zobacz, co zrobiłaś. Zobacz, co zrobiłaś!

Trzymała Ellie na rękach, ściskała pulchną dłoń dziewczynki własną, szczuplejszą, i celowała nią w Grace jak oskarżycielskim palcem. Ellie miała bąble na opuszkach i na udach tam, gdzie wylądował zimny ogień.

Matka rzuciła, że zabiera Ellie na pogotowie, i przeszła szybkim krokiem obok Grace. Ojczym ruszył za nią.

– Zawiozę cię – zaproponował, ale bez przekonania.

Po lubieżnym spojrzeniu, które na sobie poczuła, Grace poznała, że wolałby zostać w domu.

– I co jeszcze? – warknęła matka. – Wychlałeś rzekę piwa. Lepiej… zajmij się nią – dodała, sprawiając, że Grace poczuła w żołądku lodowatą grudę strachu.

Grace wiedziała, że kiedy zostaną sami, ojczym znów opuści żaluzje i odwróci się od okna z tym mętnym, nieobecnym spojrzeniem, rozpinając pasek.

Kiedy usłyszała narastający jęk syren, oderwała wzrok od okna. Gęsty, duszący dym trzymał ją za gardło, a panika ściskała i wykręcała jej żołądek. Zaczęła się cofać, aż dotarła do krzewów porastających kraniec działki.

Mark założył regulaminowe rękawiczki i ochraniacze na obuwie, nabrał dużo powietrza i zebrał siły przed wejściem do budynku.

– Komisarz Cain – przedstawił się, pokazując legitymację stojącemu w korytarzu chorobliwie blademu funkcjonariuszowi.

Młody chłopak, pomyślał, dwadzieścia parę lat, pewnie świeżo po stażu. Mark był w podobnym wieku, kiedy przed siedmioma laty zobaczył swoją pierwszą ofiarę. Nie zwrócił wprawdzie śniadania, jednak niewiele brakowało. Dzisiejsza sprawa: spalona rodzina, w tym małe dziecko; prawdziwy chrzest ogniem.

– Gdzie znajdę sierżant Moyes?

– W sypialni dziecka. Na górze, pierwsze drzwi po lewej – odparł policjant i głośno przełknął ślinę.

Mark pokiwał głową, posyłając mundurowemu współczujące spojrzenie.

– Niech pan pójdzie się przewietrzyć.

Nie, żeby powietrze na zewnątrz było dużo mniej wstrętne niż tu, w środku. Przesycony prochem zapach osmalonego drewna co prawda drażnił nozdrza, ale nie na tyle, by przykryć obrzydliwie słodki odór opalonego mięsa. Jak skwiercząca niedzielna pieczeń wieprzowa. Mark doskonale pamiętał dawne czasy, gdy nie mógł się doczekać wizyty u babci jako ucieczki od niekończących się gwałtownych kłótni w domu. Od kiedy asystował przy sprawie wypadku drogowego, w którym spłonął pechowy kierowca, zakleszczony w aucie, nie potrafił się jednak przemóc, by zjeść pieczeń.

– Nie trzeba, panie komisarzu – zapewnił go policjant.

Mark nie dał się przekonać.

– Proszę zrobić, jak mówię. Ja też nieraz zapaskudziłem miejsce zdarzenia. Proszę mi wierzyć, znam symptomy.

– Tak jest – odparł funkcjonariusz z miną wyrażającą skrępowanie przemieszane z ulgą i ruszył w stronę drzwi.

Mark odprowadził go wzrokiem, zebrał się w sobie, wszedł na piętro i skierował się od razu do pokoju dziecka. Zastał tam sierżant Lisę Moyes. Stała nad łóżeczkiem i wpatrywała się w nieduży kształt. Był z nią sierżant Cummings – diabli wiedzą, z jakiego powodu, pomyślał Mark, może dlatego, że jako pierwszy zjawił się na miejscu? Wątpliwe. Cummings to leniwy sukinsyn. Pewnie wracał z jakiegoś szemranego interesu na mieście i wpadł przejazdem, z czystej ciekawości.

Mark skinął mu głową, podchodząc do Lisy. Naprawdę nie znosił tego szowinistycznego złamasa, który uważał molestowanie za jeden z przywilejów swojej pracy.

– Co tu mamy? – spytał Lisę, która nawet na niego nie spojrzała.

Domyślił się dlaczego, kiedy zobaczył, że sierżant wyciera nos wierzchem dłoni. Ta drobna, ładna blondynka o krótkich włosach wciąż musiała udowadniać swoją wartość w środowisku zdominowanym przez mężczyzn; dążyła do tego, aby postrzegano ją jako równie bezwzględną i niewzruszoną jak niektórzy koledzy. Była jednak również matką, co uniemożliwiało jej zachowanie obojętności w takich sytuacjach jak ta.

– Dziewczynka – odparła w końcu. – Biała, mniej więcej czteroletnia. Przyczyna śmierci… – zaczęła i urwała. Podniosła wzrok i wbiła go w sufit.

– Uduszenie dymem – uzupełnił Cummings. – Drzwi były zamknięte. Miała szczęście, zawsze to lepsze niż spłonąć żywcem. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, o czym myślała, słysząc krzyki mamusi i tatusia. Biedactwo musiało być przerażone.

Lisa odwróciła się gwałtownie i rzuciła:

– Ale z ciebie palant. – Przepchnęła się obok Cummingsa i wyszła na korytarz.

– O co jej chodzi? – bąknął zaskoczony Cummings, odprowadzając ją wzrokiem. Popatrzył pytająco na Marka.

Mark westchnął, kręcąc głową. Cummings dwa razy się żenił i dwa razy rozwodził, nie miał dzieci, ale przecież nie trzeba ich mieć, żeby się domyślić, co mogła czuć ta mała.

– Lisa jest matką dwójki małych, niespełna pięcioletnich dzieci – wyjaśnił rozdrażnionym głosem i ze ściśniętym sercem przeniósł uwagę na zwinięte w pozycji embrionalnej zwłoki dziewczynki.

Trzymała kciuk w buzi i przyciskała do piersi jednookiego Kubusia Puchatka.

Mark poświęcił chwilę na otrząśnięcie się. Sam też był już bezdzietny. Kiedyś mieli z Melissą syna, którego życie okazało się zbyt krótkie i którego śmierć przeżył mocniej, niż gotów był się przyznać. Patrząc, jak Melissa tuli w ramionach ich drobnego wcześniaka, uświadomił sobie, że musi być silny – dla niej, i że ona tego oczekuje. Kiedy słabe płuca Jacoba przestały pracować, pękło serce matki. Walka Melissy z głęboką, mroczną depresją, która ogarnęła ją po tym, jak okrutna śmierć zabrała im nowo narodzone dziecko, trwała wiele ponurych tygodni. Mark czuł, że rozpada się na kawałki. Bodaj jedyną osobą, która domyślała się, jak bardzo cierpi, jak bardzo czuje się sfrustrowany i wściekły po dwóch kolejnych poronieniach, była Lisa.

Nie, naprawdę nie trzeba bogatej wyobraźni, by się domyślić, jak przerażone musiało być to dziecko. Walcząc ze łzami, Mark zamknął oczy i odmówił cichą modlitwę za dziewczynkę, po czym zwrócił się do Cummingsa:

– Możesz jechać do domu.

– A to czemu? – spytał Cummings, przyglądając się nieufnie Markowi, który tymczasem skierował się do drzwi.

Zachowywał się nerwowo przy Marku, od kiedy ten nakrył go na obmacywaniu koleżanki z pracy i postanowił załatwić sprawę po męsku. Miał się dodatkowo na baczności, gdy zwęszył, że Mark zaczął się przyglądać jego przekrętom w związku z przedmiotami konfiskowanymi przez policję. Chodziło głównie o narkotyki, zasadniczo nic wielkiego, ale też nie coś takiego, na co można było przymknąć oko. Mark miał świadomość, że Cummings mu się przygląda, czeka, aż powinie mu się noga; szuka czegoś, co mógłby wykorzystać przeciwko Markowi, gdyby ten postanowił podzielić się swoimi podejrzeniami z przełożonymi.

– Nie będziesz potrzebny – wyjaśnił. – Moim zdaniem nie doszło do przestępstwa.

– A ślady nafty? – spytał Cummings powątpiewająco.

– Jest Noc Guya Fawkesa, ludzie palą ogniska – przypomniał mu Mark. – Sądząc po dogasającym żarze na zewnątrz i oczywistych oznakach spożywania alkoholu, rodzina urządziła imprezę. Podejrzewam, że użyli nafty, żeby deszcz nie zgasił ognia.

Nafta spełniła swoje zadanie: skutecznie podtrzymała płomienie, pomyślał znużony. Idioci przechowują naftę, benzynę i inne łatwopalne środki w kuchni, gdzie wystarczy zabłąkana iskra, od której zajmą się opary, i bum!, pieprzone inferno. Mark zdusił narastający gniew. Co im strzeliło do głowy, żeby tak ryzykować, mając w domu czteroletnie dziecko?

– Sam ocenię, czy trzeba sprowadzać techników. Sierżant Moyes i ja zajmiemy się resztą. Kiedy przyjedzie koroner, spokojnie będziesz mógł się ewakuować do domu. Prześpij się, wyglądasz, jakbyś potrzebował snu. – Ostatnie zdanie było wyrazem zgryźliwości, przytykiem do zamiłowania Cummingsa do nocnych wycieczek po domach publicznych.

Mark odwrócił się plecami do sierżanta i ruszył w stronę głównej sypialni. Zapach stawał się coraz słodszy, miedziany odór przypalonej krwi i spieczonego mięsa wywracał żołądek. Z trudem powstrzymując odruch wymiotny, Mark zmusił się do wejścia do pokoju. Tuż za progiem o mało nie nadepnął na zwęglone szczątki. Kobieta. Spłonęła tam, gdzie upadła. Leżała zwinięta w takiej samej pozycji jak córeczka, choć przybrała ją nie ze strachu, ale wskutek napięcia mięśni. Usiłowała dostać się do drzwi.

Mark podszedł do łóżka, starając się zapanować nad mdłościami. Ojciec próbował dotrzeć do okna. Jego ciało prawie nie przypominało ludzkiego, było jak czarna bryła, ubranie i zasłony stopiły się z tłuszczem i mięśniami.

Mark nawet nie potrafił wyobrazić sobie bólu, jaki musieli czuć ci ludzie. Czy śmierć przez uduszenie dymem jest mniej bolesna? – zadał sobie pytanie, wracając myślami do dziewczynki. Kiedyś dowiedział się od technika kryminalistycznego, że owszem, nieznacznie. Oba sposoby umierania są równie potworne. Cholera. Wyjść stąd. Odetchnąć. Tłumiąc gniew, Mark cofnął się na schody, aby tam zastanowić się nad praktycznymi aspektami postępowania.

Wychodząc z domu, nabrał powietrza, tylko nieco mniej duszącego, i rozejrzał się po okolicy. Położona na uboczu wiejska posiadłość na granicy Worcester i Herefordshire. Zwrócił uwagę na brak ogrodzenia.

Wpatrzył się w las po drugiej stronie szosy. Zastanawiał się właśnie, jak daleko kazać rozciągnąć taśmę policyjną, kiedy podeszła do niego Moyes.

– I jak? – zagaił.

– Powoli – westchnęła. – Wysłałam jednego z funkcjonariuszy do pubu. Właściciel nie był zadowolony, że go obudziliśmy, ale przyznał, że był tu wczoraj wieczorem i nie słyszał żadnych kłótni. Według niego nie wydarzyło się nic podejrzanego. Gośćmi byli podobno głównie miejscowi. Obiecał, że poda nam nazwiska.

– Świetnie. – Mark pokiwał głową. – Ale miałem na myśli twoje sprawy.

– A, dobrze. Wszystko dobrze – zapewniła Moyes, patrząc przed siebie.

Uwadze Marka nie uszło to, z jaką determinacją zacisnęła zęby.

– Uważaj, bo uwierzę.

Przygarbiła się, jakby uszło z niej powietrze.

– No tak – przyznała, przeczesując dłonią krótkie włosy. – Przepraszam za tę scenę. Po prostu… czasem wychodzi z Cummingsa taki chamski bęcwał, że…

Mark westchnął ze zrozumieniem.

– Wiem coś o tym.

– Wyobraziłam sobie – nabrała powietrza przez ściśnięte gardło – potworny strach tej małej dziewczynki. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym straciła któreś ze swoich dzieci. Jedyna drobna pociecha to to, że rodzice tej małej nie będą musieli przechodzić żałoby… O Boże. – Mocno zacisnęła powieki. – Mark, przepraszam. Nie pomyślałam…

– Nic się nie stało – odparł szybko.

Na pewno zrozumiała.

– Co u Mel? – zapytała, siląc się na pogodny ton.

– Wszystko dobrze – zapewnił Mark, z przyjemnością zmieniając temat. – Rzuciła się w wir pracy. Udało jej się zdobyć kilka zleceń od miejscowych sklepów z rękodziełem, więc wiesz… radzi sobie.

Z wyglądu Melissa i Lisa były do siebie podobne jak dzień do nocy: Mel była wyższa od Lisy i miała długie, lekko kręcone włosy koloru jasnej miedzi. Miała refleksyjną naturę, rzadko decydowała się na szczerość, chyba że istniał ważny powód. Była też troskliwa i opiekuńcza – to akurat tak jak Lisa, która oprócz tego nie owijała w bawełnę i potrafiła kląć jak szewc. Obie cechowała żelazna determinacja, nieugiętość wobec przeciwności losu. Lisa przetrwała pełen przemocy związek i nie znała litości dla prymitywów pokroju Cummingsa. Mark nigdy nie powiedziałby jej tego wprost, ale bardzo szanował jej postawę, między innymi dlatego, że sam dorastał w atmosferze gęstej od agresji. Lisa była dla Mel przyjaciółką w potrzebie, czym zasłużyła sobie na wdzięczność Marka.

Uśmiechnął się do siebie, myśląc o żonie, która ostatnio najwięcej czasu spędzała przy kole garncarskim. Jakimś cudem wyrwała się z otchłani rozpaczy i od podstaw budowała swój – co prawda dopiero raczkujący – interes. Mark był pełen podziwu dla niej.

– Super – odparła Lisa z zadowoloną miną. – A czy nadal… e… no wiesz?

Zobaczył jej znacząco uniesione brwi.

– Tak, nadal się staramy – wyznał. I mamy nadzieję, dodał w myśli, że jakimś cudem pewnego dnia zostaniemy obdarzeni dzieckiem, którego oboje tak bardzo pragniemy.

– Taki z ciebie przystojniak – uśmiechnęła się wymownie – że żadna ci się nie oprze.

Pokręcił głową.

– Znam kilka…

– I do tego skromny. Och, bo zemdleję. – Zatrzepotała rzęsami z celową przesadą. – Wiesz, jak to się mówi: praktyka czyni mistrza i tak dalej. Uda się wam – rzuciła, zerkając przez ramię, kiedy jeden z policjantów wyszedł z domu. – Niech pan nadal staje na wysokości zadania, komisarzu.

Usta Marka wykrzywił delikatny uśmiech, kiedy Lisa pokazała mu dwa podniesione kciuki i odwróciła się w stronę funkcjonariusza. Oby rzeczywiście się udało, westchnął w duchu i skupił się na czekającej go pracy. Najpierw trzeba wyznaczyć granice miejsca zdarzenia.

– Wracam do środka – powiedziała Lisa. – Będą wynosili ciała.

Uniósł brew, zaskoczony zapałem Lisy. Był zwolennikiem stawiania czoła lękom – najbardziej w swym młodym życiu bał się ojca, dopóki nie zebrał się na odwagę i nie doprowadził do konfrontacji – ale przecież sam widział, jak podziałało na Lisę to, co zobaczyła w domu.

– Jesteś pewna? – zapytał. – Możemy się zamienić. Ja wejdę, a ty…

Z determinacją pokręciła głową.

– Nie. Chcę być przy niej i dopilnować, żeby wszystko poszło sprawnie, nawet jeśli to się wydaje bez sensu.

– Nie wydaje się. – Mark uśmiechnął się wyrozumiale.

Asysta Lisy była zbędna, dziewczynka przecież i tak nie żyła, lecz kobieta wierzyła, że jeśli zadba o to, żeby ciało dziecka zostało potraktowane z należytą atencją, zdoła pozbyć się choć jednego upiora z przeszłości.

Mark zostawił ją, skręcił za róg i ruszył na tyły budynku, żeby porozmawiać z pracującymi tam policjantami. Zadzwonił jego telefon. To zapewne nadkomisarz Edwards – chce usłyszeć sprawozdanie z przebiegu postępowania, a tak naprawdę sprawdza go, ponieważ policyjny psychiatra wyraził w raporcie wątpliwość, czy Mark nadaje się do pracy. To prawda, że stracił zimną krew przy Cummingsie i bójką z kolegą z pracy nabruździł sobie w przebiegu służby, ale drań zasłużył. I rzeczywiście, jego stan emocjonalny bywał „wątpliwy”, zwłaszcza po pogrzebie, ale to już minęło i teraz Mark bez dwóch zdań nadawał się do pracy.

Kiedy jednak spojrzał na wyświetlacz, okazało się, że to nie Edwards.

– Mel? Co się stało? – rzucił do słuchawki, czując, jak niepokój oplata jego wnętrzności.

– Nic się nie stało – zapewniła go Mel. – Musi się coś stać, żeby żona mogła zadzwonić do męża?

Łypnął na zegarek.

– Jest szósta rano.

– Coś takiego! – odparła Mel, udając zaskoczenie. – To samo pomyślałam, kiedy wyciągnęłam rękę, żeby cię przytulić, i trafiłam na pustą przestrzeń pod kołdrą.

– Przepraszam – bąknął, zerkając w stronę policjantów rozmawiających w ogrodzie na tyłach domu. – Nie chciałem cię budzić. Dostałem wezwanie. Zostawiłem ci wiadomość obok czajnika.

– Jeszcze nie zeszłam na dół. Jestem zbyt zajęta podziwianiem cienkiej niebieskiej kreski.

– Słucham?

– Cienka. Niebieska. Kreska – powtórzyła powoli Mel. – Domyśl się, detektywie.

– Co?

– Są niebieskie kreski i różowe kreski… Powiem tak: gratuluję świetnej roboty, komisarzu Cain.

Nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Czyżby próbowała powiedzieć, że… O Jezu. Zalały go sprzeczne emocje. Przejechał dłonią po włosach. Miał ochotę zapiać z zachwytu i jednocześnie rozpłakać się ze szczęścia. Okazać radość, żeby Mel wiedziała, jak bardzo się cieszy. Ale jak? Tutaj? Teraz?

– Mel, oddzwonię, dobrze? – wydusił przez ściśnięte gardło. – Bo…

– Mark – ucięła z niedowierzaniem. – Słyszałeś w ogóle, co powiedziałam?

– Tak, tak. To… Mel, nie mogę teraz rozmawiać – odparł, ugniatając z rozdrażnieniem czoło.

Dwóch policjantów ruszyło w jego stronę.

– Aha. – Była głęboko rozczarowana.

– Mieliśmy pożar domu – wyjaśnił prędko. – Rodzina. Są ofiary. Muszę…

– O nie. – Natychmiast zrozumiała okoliczności. – Idź – rzuciła tylko.

Policjanci zatrzymali się przy nim.

– Zadzwoń, kiedy będziesz mógł.

– Dobrze – zapewnił szorstko, uświadamiając sobie, że teraz w żaden sposób nie zdoła zachować obojętności, patrząc w zapłakaną, przerażoną twarz dziecka.

Dziecka, o którym do tej pory nie wiedzieli, a które najwyraźniej przeżyło pandemonium. Dziewczynka, wciąż ubrana w piżamę w jednorożce, cała się trzęsła. Po jej brudnych od sadzy policzkach płynęły łzy, a szeroko otwarte oczy barwy koniaku wydawały się skamieniałe z przerażenia.

– Cholera – mruknął Mark pod nosem. – Gdzie ją znaleźliście? – zwrócił się do jednego z mundurowych.

– W krzakach – odparł tamten, wskazując brodą zarośla na skraju działki.

– Wolała się nie wychylać – zauważył drugi.

– Jakoś mnie to nie dziwi – skomentował Mark i ze ściśniętym sercem spojrzał na dziewczynkę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć i zrobić, żeby jej pomóc. Na pewno nawet nie zaczęła do niej docierać potworność tego, co się wydarzyło – i nie dotrze jeszcze przez długi czas, o ile w ogóle.

– Możemy ją z panem zostawić? – spytał pierwszy policjant. – Musimy oczyścić schody.

Mark pokiwał głową.

– Jasne, idźcie. Wezwijcie kolejną karetkę i uprzedźcie sierżant Moyes, dobrze? – dodał za odchodzącymi funkcjonariuszami. Nie miał pojęcia, co dalej. Poza tym protokół wymagał obecności policjantki. – Cześć – zwrócił się do dziewczynki, usiłując nadać swojemu głosowi jak najbardziej uspokajający ton. – Jestem komisarz Cain.

Mała przyglądała mu się zza potarganych mysich włosów.

– Mów mi Mark – dodał. – A ty jak masz na imię?

– G… Grace.

– Grace. Ładnie. – Uśmiechnął się. Żałował, że nie może zrobić nic więcej. – Mieszkasz tutaj, Grace? – spytał łagodnie.

Zerknęła za jego plecy, pokiwała twierdząco głową, po czym szybko spuściła wzrok.

No nieźle, pomyślał. Ubolewając nad własną nieporadnością w takich sytuacjach, westchnął w duchu, a następnie zdjął kurtkę i kucnął.

Dziewczynka wzdrygnęła się, kiedy się do niej zbliżył, i spojrzała na niego z niepokojem.

– Żebyś nie zmarzła – wyjaśnił. – Trzęsiesz się tak, że aż kości ci grzechoczą – skomentował z uśmiechem i nadzieją, że nie pogłębia jej strachu i zamętu w głowie.

Kiedy włożył kurtkę na ramiona Grace – cały czas patrząc dziewczynce w oczy – trwoga w jej spojrzeniu nieco zelżała.

– Powiesz mi, co się stało? – zapytał cicho, poprawiając kołnierz kurtki.

Przyglądała mu się nieufnie. Wielkimi pociemniałymi oczami łypała to na niego, to na dom.

– Spałam – zaczęła i zamrugała zawstydzona.

Trudno się dziwić. Była chuda jak patyk i miała minę przerażonej pięciolatki. Wyglądała na dwanaście, może trzynaście lat. Zbyt młoda na takie przeżycia, ale wystarczająco dojrzała, by zdawać sobie sprawę, że jej rodzina zginęła.

– Coś mnie obudziło. Jakiś trzask.

– Brzęk tłuczonego szkła? – dociekał Mark ostrożnie.

Potwierdziła skinieniem głowy, gwałtownie nabrała powietrza i wytarła nos rękawem.

Włamanie, pomyślał, czy pęknięta szyba w oknie? Raczej to drugie.

– Poczułam dym – powiedziała, znów wycierając nos. – Nie wiedziałam, co robić. Krzyczałam, ale nikt nie przychodził. Próbowałam wyjść, ale nie mogłam. Przestraszyłam się i…

– Powoli, powoli – uspokoił ją, kiedy z jej ust wysypały się przerywane czkawką słowa.

– Nie wiedziałam, co robić – powtórzyła, zanosząc się szlochem. – Chciałam obudzić mamę i tatę, ale… ale…

– Czy na schodach też był dym?

– Tak – zapłakała. – I ogień. Nie mogłam go ominąć. Ani przejść przez niego. Nie wiedziałam, co robić.

Uciekła więc. Gdyby tego nie zrobiła, spłonęłaby, pomyślał Mark z wściekłością.

– Zostawiłam ich – powiedziała, a cierpienie w jej głosie dotknęło go do żywego.

– Nie miałaś innego wyjścia – zapewnił ją.

– Moja siostra krzyczała. Nie mogłam jej uratować – szepnęła na granicy słyszalności.

Człowiek czuje się bezsilny wobec czegoś takiego. Dziewczynka ponownie wbiła spojrzenie w ziemię, a Mark podrapał się po karku. Rozpłakała się na dobre. Do diabła z protokołem, pomyślał, wstając. To żadne przestępstwo przytulić dziecko, kiedy tego potrzebuje. Zawahał się, a potem wyciągnął ręce, żeby zamknąć Grace i jej łkanie w swoich ramionach.

Spragniona pociechy fizycznego kontaktu dziewczynka natychmiast do niego przylgnęła, objęła go i mocno przycisnęła buzię do jego piersi. Jej wątłym ciałem wstrząsnął nowy spazm. Mark próbował ją uspokoić, głaskał po włosach, szeptał banalne słowa otuchy.

– To nie twoja wina, Grace – powiedział chrapliwym głosem, na co ona zareagowała kolejnym wybuchem płaczu.

Stała tak przyklejona do niego, kiedy ku swej uldze Mark zobaczył biegnącą w ich stronę Lisę.

– Przyjechała karetka – oznajmiła Lisa, rzucając Markowi ostrzegawcze spojrzenie.

Mark tylko wzruszył bezradnie ramionami. Oczywiście miała rację. Jego zachowanie było niezgodne z protokołem, ale co miał zrobić?

– Grace – odezwał się łagodnie – musisz teraz pójść z Lisą. Pojedziecie do szpitala – dodał szybko, kiedy popatrzyła na niego przestraszona. – Będę miał kłopoty, jeśli nie dopilnuję, żeby ci zapewniono odpowiednią opiekę medyczną.

Dziewczynka znów z obawą zajrzała mu w oczy.

– Wszystko będzie dobrze – spróbował ją pocieszyć z dojmującą świadomością, że to nieprawda. Już nigdy nie będzie dla niej „dobrze”. Bo niby jak? – Przyjadę do ciebie, jak tylko będę mógł.

– Obiecujesz? – spytała niepewnym głosem.

Oznaczało to, że wróci do domu później, niż zamierzał, jednak…

– Obiecuję.

Lekko skinęła głową.

– Boję się – powiedziała drżącym głosem.

Marka znów zakłuło w piersi.

– Niepotrzebnie – odparł, patrząc jej w oczy. – Zawsze możesz się do mnie zwrócić. Przyjadę, jeśli będziesz chciała porozmawiać albo gdybyś potrzebowała ochrony. Przyrzekam ci to, Grace.

1. Melissa

Obecnie

– Mark! – rozpaczliwie krzyknęła za mężem Melissa, poprawiając trzymaną w zgięciu ramienia sześciotygodniową dziewczynkę i jednocześnie łapiąc za rękę wyrywającą się siedmiolatkę.

Mark puścił się biegiem w stronę spalonego budynku, który stał po drugiej stronie ulicy, ale nie bezpośrednio naprzeciwko ich domu. Pożar został już wprawdzie ugaszony, zmęczeni strażacy niespiesznie zwijali węże, lecz przecież w pogorzelisku wciąż mogło czaić się niebezpieczeństwo.

– Mark, wracaj! – zażądała.

Zawahał się przez ułamek sekundy, błyskawicznie rozważył możliwości, po czym ruszył z zamiarem wejścia na teren posesji przez furtkę prowadzącą do ogrodu na tyłach domu. Zareagował instynktownie, do działania zmusiło go rozpaczliwe miauczenie kota.

Mój Boże, co on wyprawia? – pomyślała Melissa, wstrzymując oddech, kiedy jej mąż przesadził furtkę i zniknął z drugiej strony. A potem ścisnęło ją w żołądku, kiedy starsza córeczka wyrwała się jej i bez namysłu pobiegła za tatą.

– Poppy! – wrzasnęła.

– Złapię ją – rzuciła sąsiadka, której dom zapalił się w nocy, i zanim Melissa zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, dała susa za Poppy, dogoniła ją i chwyciła w ramiona.

Strażacy wcześniej odgrodzili ulicę i Melissa na pewno dopadłaby Poppy, zanim ta dotarłaby zbyt daleko, ale jednak… Przez kilka przyprawiających o mdłości chwil czuła, że ziemia usuwa się jej spod nóg.

– Dziękuję – powiedziała, kiedy serce przestało jej walić jak młot, i uśmiechnęła się z wdzięcznością do kobiety, która przyprowadziła Poppy.

Sąsiadka wprowadziła się krótko przed narodzinami Evie. Melissa zbierała się z przyjacielską wizytą, lecz przy małym dziecku i w początkach własnej działalności – której powodzenie było uzależnione od tego, czy Melissa zdoła zrealizować wszystkie spływające zamówienia – jakoś wciąż nie udawało jej się wygospodarować czasu. Teraz pożałowała. Dobrze mieć taką sąsiadkę, pomyślała.

– Chcę do tatusia – jęknęła Poppy, przecierając piąstkami zmęczone oczy. – Boję się.

– Tata zaraz wróci, kochanie – zapewniła ją kobieta, delikatnie odsuwając dłoń małej od buzi. – Wie, że moja kotka boi się tak samo jak ty, dlatego postanowił ją uratować. Jest bardzo odważny, prawda?

Poppy obrzuciła kobietę niepewnym spojrzeniem, po czym pociągnęła nosem i pokiwała głową, wkładając kciuk do ust.

– Jest policjantem – odparła nieśmiało.

– Ach tak? – Kobieta otworzyła szeroko oczy, robiąc zdziwioną minę na użytek Poppy. – Wobec tego jest bardzo dzielnym policjantem. Powinien dostać medal, nie sądzisz?

Poppy radośnie przytaknęła.

– Tak – powiedziała, przytulając się mocniej do kobiety.

– Przypilnuję jej. – Sąsiadka zwróciła się z uśmiechem do Melissy i wskazała brodą drugiego malucha. – Pani i tak ma ręce pełne roboty.

Melissa podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem, które padło na spoczywający w ramionach matki zadowolony mały cud. Dziewczynka smacznie spała pomimo kakofonii akcji ratowniczej.

– Dziękuję – powtórzyła Melissa i przyjrzała się młodej kobiecie. Dopiero teraz się zorientowała, że sąsiadka ma co najwyżej dwadzieścia kilka lat. – Wszystko w porządku? – spytała z troską w głosie.

Zaledwie kilka godzin wcześniej Mark, ujrzawszy przez okno sypialni złowieszczy pomarańczowy blask, wybiegł z domu i zobaczył Chatę Monka – taki przydomek nosił dom – w płomieniach i stojącą na ulicy zapłakaną kobietę.

– Wie pani – lekko wzruszyła ramionami sąsiadka, zdobywając się na drżący uśmiech – przynajmniej tyle, że zdołałam ujść z życiem.

– Mamusiu, kiedy tata wróci? – dopomniała się Poppy.

Melissa zamyśliła się nad głupotą swojego pytania. Oczywiście, że nic nie jest w porządku, przecież cały dobytek kobiety poszedł z dymem.

– Niedługo, kochanie – zapewniła córeczkę, przenosząc spojrzenie z wielkich czekoladowobrązowych oczu dziewczynki, w których zupełnie jak w Markowych uwidaczniały się wszystkie emocje, na okopcone od dymu ściany budynku, i modląc się, żeby Markowi nie przyszło do głowy wchodzenie do środka.

Nie, na pewno tego nie zrobił – mówiła sobie. Był przecież świadom zagrożenia, nie ryzykowałby nawet dla przerażonego kota. Mimo to jej niepokój rósł. Jeden ze strażaków ruszył za Markiem.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię – zagadnęła kobieta, zwracając się do Poppy.

Melissa była wdzięczna sąsiadce, że próbuje odwrócić uwagę dziewczynki.

– Poppy… A ty?

– Jade. Myślę, że twój tata za chwilę wróci. A wiesz, skąd wiem?

Poppy zmarszczyła czoło. Nadal trzymała palec w ustach.

– Skąd?

– Posłuchaj. – Jade nadstawiła uszu. – Co słyszysz?

Poppy przekrzywiła głowę. O jej skupieniu świadczyła pogłębiająca się bruzda między brwiami.

– Kotka przestała miauczeć – oznajmiła nagle z radością.

– Zgadza się. To zapewne oznacza, że twój tata ją odnalazł. A to znaczy, że jest bohaterem.

– Bo jest. – Poppy z powagą pokiwała głową. – Łapie złych ludzi i zamyka ich w więzieniu, żebyśmy byli bezpieczni.

– No pewnie. – Jade wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Melissą. – I ratuje ludzi, i zwierzęta…

– Tak! I jeszcze przegania straszne robale potwory spod mojego łóżka – oznajmiła zdecydowanym tonem dziewczynka. – Ja też zostanę policjantką, kiedy dorosnę, prawda, mamusiu?

– Oczywiście, kochanie – potwierdziła odruchowo Melissa, wciąż wpatrując się w furtkę po drugiej stronie ulicy.

– Tata mnie nauczy, jak…

– Och, dzięki Bogu. – Melissa w końcu odetchnęła z ulgą, kiedy jej mąż wyszedł zza budynku, niosąc na rękach zaskakująco spokojną kotkę.

Mark na pewno roztoczył nad nią swój urok. Przy dzieciach i zwierzętach stawał się wyjątkowo delikatny i łagodny. Melissa nieraz zachodziła w głowę, jak on może wykonywać swoją pracę, oglądać ofiary haniebnego okrucieństwa, być świadkiem rzeczy potrafiących doprowadzić dorosłego mężczyznę do płaczu. Mimo to teraz, widząc, że się zbliża, zrobiła odpowiednio zagniewaną minę.

Wyczuwając, że szykują się kłopoty, Mark sięgnął po sprawdzony zestaw sztuczek. Rozbroił żonę niewinnym, zdecydowanie zbyt ujmującym uśmiechem, posyłając jej sytuujące się gdzieś pomiędzy skruchą a przekorą spojrzenie swych smętnych brązowych oczu. Komisarz Mark Cain oczywiście doskonale ją znał i wiedział, był pewien, że wybaczy mu grzechy – bo go kochała, głęboko i nieodwołalnie. Był jej opoką, trwał przy niej, gdy się pogubiła, łagodnie pomógł jej odnaleźć wolę życia, kiedy nakryła się ciemnym, grubym kocem depresji, który mógł ją udusić. Po stracie Jacoba chciała ze sobą skończyć. I zrobiłaby to, gdyby nie Mark, też przecież cierpiący w skrytości ducha. Mark kochał synka, tę z pozoru doskonale zdrową istotkę, której płuca nie potrafiły jednak działać samodzielnie. Jego ból uzewnętrzniał się w wymownym spojrzeniu. Mark pragnął rodziny, lecz Melissa nie była w stanie mu jej dać. Normalnej, zwyczajnej rodziny, która pozwoliłaby mu zapomnieć o koszmarze pełnego przemocy własnego dzieciństwa. Nigdy jej w żaden sposób nie oskarżył, ani spojrzeniem, ani gestem, a mimo to czuła, że go zawodzi. Zwłaszcza po poronieniach.

Mark nie był wolny od wad. Miał skłonność do zamykania się w sobie podczas pracy nad makabryczną sprawą i wtedy tym, którzy nie znali go od czułej, troskliwej strony, wydawał się kapryśnym i ponurym typem. Melissa jednak od razu, od pierwszego spotkania – a poznali się, kiedy zdecydowała się złożyć doniesienie na swojego poprzedniego chłopaka, egoistyczną namiastkę mężczyzny, który w końcu pokazał prawdziwą twarz i uderzył ją – wiedziała, że Mark jest dobrym człowiekiem. Zajął się jej sprawą z wyczuciem, a po wszystkim sprawdzał, jak Melissa się czuje, stał się jej wybawicielem. Stanowił dobrą partię. Kiedy raz mu o tym powiedziała, nie przepuścił potem żadnej okazji do przywołania jej słów. Poza tym świetnie masuje, przypomniała sobie, i kiedy Mark zatrzymał się przy nich, mimo woli ułożyła usta w uśmiech.

– Znalazłeś ją! – wykrzyknęła Poppy, z podnieceniem podskakując w ramionach Jade. – Tatusiu! Jesteś bohaterem! – Wyciągnęła do niego rączki. Oczywiście chciała uwiesić się na jego szyi, nie bacząc na biednego kota.

– O tak, prawdziwy bohater – potwierdziła z przejęciem Jade i podeszła do Marka z oczami pełnymi łez.

Niebieskie, zauważyła Melissa, bladoniebieskie i uderzająco piękne, takie, obok których nie sposób przejść obojętnie.

– E… – Mark wyraźnie nie wiedział, jak dokonać wymiany: on z futrzastą paczuszką, ona z jego dzieckiem na rękach. – Szkrabie, stań na chwilę na ziemi – poprosił Poppy, wzmacniając prośbę dodającym otuchy uśmiechem. – Wezmę cię na ręce, jak tylko Jade odzyska kotkę, dobrze?

– To twój dzidziuś? – spytała Poppy, posłusznie pozwalając postawić się na trawie.

– Tak – odparła Jade i ostrożnie odebrała mruczącą kulkę, po czym złożyła delikatny pocałunek na policzku Marka. – Jest dla mnie wszystkim. Dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł nieco speszony i pochylił się, żeby podnieść Poppy.

Dziewczynka objęła ojca za szyję i oznajmiła:

– Tata jest też dobry w robieniu dzieci. Zrobił mamusi. Prawda, tatusiu, że zrobiłeś? Tobie też może zrobić, jeśli go ładnie poprosisz, co nie?

– E… – Mark nie wiedział, co zrobić z oczami, a Melissa i Jade wymieniły rozbawione spojrzenia.

– Myślę, Poppy, że tata jest zbyt zajęty… – wyjaśniła Melissa, uznawszy, że pora wybawić męża z opresji.

– Zajęty powodowaniem zamieszania – zauważył komendant straży pożarnej. Podszedł do nich i zwrócił się do Marka: – Nigdy więcej tego nie rób, kolego. Kto jak kto, ale akurat ty powinieneś wiedzieć, co jest dopuszczalne, a co nie. Nikt nie ma prawa zbliżyć się do posesji, dopóki nie sprawdzi jej inspektor ochrony przeciwpożarowej. Powinienem to zgłosić, wiesz? Mógłbym mieć duże kłopoty, gdybyś się nawdychał dymu i coś by ci się stało.

– Przepraszam – odparł Mark ze skruchą. – Nie…

– Ona nie była w budynku, tylko na drzewie. Przestraszyła się i uciekła, zanim zdążyłam ją złapać – wtrąciła Jade, widząc, że tym razem to Mark potrzebuje pomocy. – Kiedy mogę się spodziewać inspekcji? – dodała, gładko zmieniając temat.

Komendant odwrócił się do Jade i zrobił wielkie oczy. Nic dziwnego, pomyślała Melissa. W koszuli nocnej – wprawdzie skromnej, flanelowej, ale jednak – pod narzuconą na ramiona kurtką jednego ze strażaków i z potarganymi długimi blond włosami – które nadawały jej czarujący, niedbały wygląd, jakby dopiero co wstała z łóżka – wyglądała niewątpliwie atrakcyjnie.

– Nie jestem pewien – odparł, wyraźnie będąc pod wrażeniem jej wdzięku. – Może zaczeka pani w samochodzie, a ja zadzwonię?

Melissa odprowadziła ich wzrokiem. Jade tuliła kotkę, sprawiała wrażenie bezbronnej i delikatnej pomimo krągłości rysujących się pod materiałem koszuli. Idący obok komendant nie potrafił się powstrzymać od zerkania na nią.

– Myślisz, że próbuje jej zaimponować? – spytała Marka.

– Bez dwóch zdań – przyznał Mark. – Tylko niewiele mu z tego przyjdzie.

– Ach tak? Bo jest piękna? – Ciekawe, czy zrobiła sobie botoks, przemknęło jej przez głowę. Bo usta i brwi ma wręcz doskonałe. Ale w jej wieku to przecież normalne.

– Tak. – Mark pokiwał głową, patrząc przed siebie. – I młoda – uzupełnił pod gromiącym spojrzeniem Melissy, wykrzywiając usta w szelmowskim uśmiechu. – Oho – powiedział, puszczając oczko do Poppy. – Chyba jednak będę miał przechlapane i przyjdzie mi spać na kanapie. Albo w budzie z Herkules.

– Tatusiu, nie bądź niemądry. – Poppy westchnęła głęboko, przewracając oczami. – Przecież Herkules nie ma budy. Ona śpi ze mną w łóżku.

– No to będzie się musiała posunąć, żeby zrobić mi miejsce. – Roześmiał się, zauważając pełną złości minę Mel. – Chodziło mi o to, że jest od niej dwa razy starszy – wyjaśnił z pełną świadomością, że stąpa po kruchym lodzie. – Owszem, Jade jest ładna, jak zresztą sama zauważyłaś, ale nawet nie umywa się do pani Cain. Dobrze mówię, szkrabie? – zwrócił się do Poppy i szepnął jej do ucha: – Powiedz, że tak.

Poppy zrobiła niepewną minę, na co Melissa wybuchnęła śmiechem. Nie zdołała się powstrzymać. Mark plus Poppy równa się psota.

– Zwłaszcza gdy wkładasz moją koszulę – uzupełnił Mark, ratując się z opresji. – Z tym że wolę bez legginsów pod spodem.

– Hm? – Melissa nie zamierzała mu łatwo darować.

– Przecież ty nie nosisz legginsów – pisnęła Poppy i zaczęła się wiercić na rękach u taty, żeby ze zdziwieniem spojrzeć na niego oczami wielkimi jak spodki.

Widząc to, oboje parsknęli śmiechem.

– Tylko przy niedzieli – zapewnił córkę Mark i przytrzymał ją jedną ręką, by drugą sięgnąć po dzwoniącą komórkę.

– Znacie się? – odezwała się Melissa, uchylając rąbek chusty, żeby sprawdzić, czy Evie nadal mocno śpi.

– Co? – Mark w roztargnieniu podniósł głowę znad telefonu.

SMS z pracy, domyśliła się Melissa.

– Z Jade. – Wskazała brodą dziewczynę, wokół której zebrał się tłumek umundurowanych wielbicieli. – Użyłeś jej imienia, więc założyłam, że się znacie.

– A, tak. Poznaliśmy się podczas joggingu. Biegamy w podobnych godzinach – potwierdził Mark, wyraźnie bardziej pochłonięty wiadomością niż rozmową o nowej sąsiadce.

– Młoda, prawda? Ciekawe, że osoba w takim wieku ma już własny dom.

– To samo pomyślałem – przyznał Mark, skupiony na wklepywaniu odpowiedzi. – Podobno niedawno straciła rodziców. Zostawili jej przyzwoitą sumkę.

– O nie…

Melissie zrobiło się żal dziewczyny. Sama okropnie przeżyła śmierć matki przed własną trzydziestką, a co by to było, gdyby umarli oboje jej rodzice, kiedy była w tak młodym wieku jak Jade.

– Trzeba jej przyznać, że jest odważna, skoro kupiła dom, i to taki wymagający remontu. – Mark łypnął na Melissę, a potem na Poppy, która na pewno już rozumiała, że sygnał telefonu Marka o tak wczesnej porze oznacza, iż tata zaraz będzie musiał wyjść. Mocniej oplotła rękami jego szyję.

– Zwłaszcza teraz – powiedziała Melissa, zerkając na nienadającą się do zamieszkania konstrukcję po drugiej stronie ulicy. Przeniosła spojrzenie na Jade, która szła w ich stronę ze zbolałą miną.

Na widok świeżych łez w oczach dziewczyny przez Melissę przetoczyła się kolejna fala współczucia.

– To trochę potrwa, prawda? – spytała łagodnie, domyślając się odpowiedzi.

Jade potwierdziła skinieniem głowy, opuściła wzrok i musnęła nosem sierść kotki.

– Wygląda na to, że doszło do zwarcia w instalacji elektrycznej, ale ostatecznie będzie wiadomo dopiero po przeprowadzeniu ekspertyzy.

– Co teraz zrobisz? – odezwała się Mel, gładko przechodząc z Jade na ty i usiłując złapać kontakt wzrokowy z Markiem, którego telefon zaczął dzwonić.

– Chyba po prostu zacznę remont od nowa. – Jade westchnęła, po czym, widząc, że Mark koniecznie musi odebrać połączenie, a Melissa próbuje poprawić pozycję Evie, tak by mała ułożyła się w zgięciu matczynego łokcia, zaczęła przekonywać Poppy do odstąpienia od ojca, kusząc ją czekoladą.

Melissa była jej wdzięczna za interwencję, choć niezbyt zachwycona wyborem przynęty.

– Ma alergię na nabiał – powiedziała, nie zapominając o uśmiechu. – Ale myślę, że była na tyle grzeczna, że zasłużyła na wegańską czekoladę. Co ty na to, Poppy?

O dziwo Poppy pozwoliła odkleić się od ojca, który nie potrafił wykrzesać z siebie stanowczości wobec córki.

– Alergię? – Jade postawiła Poppy na trawie i podała jej rękę.

Mark odszedł kilka kroków, żeby odebrać telefon.

– Boże, jakie to było głupie z mojej strony – powiedziała, zamykając oczy.

– Spokojnie – roześmiała się Melissa. – Skąd miałaś wiedzieć?

– Racja, ale przecież omawialiśmy alergie na zajęciach, więc powinnam była pomyśleć o tym, żeby zapytać – odparła ponuro Jade. – Na studiach zaliczyłam kurs opieki nad dziećmi – dodała gwoli wyjaśnienia, gdy Melissa spojrzała na nią pytająco.

– Następnym razem będziesz pamiętała. – Melissa uśmiechnęła się krzepiąco. – Chodziło mi o to, gdzie zamieszkasz. – Dziewczyna została praktycznie tylko w tym, co miała na sobie.

Jade smutno wzruszyła ramionami.

– Mogłabym spróbować u przyjaciółki – odparła niepewnym głosem.

Melissa znów poczuła ukłucie w sercu.

– A rodzina? Nie masz do kogo zadzwonić? – zapytała ostrożnie.

Na to Jade gwałtownie pokręciła głową, po czym spojrzała na Poppy i powiedziała, dodając sobie otuchy uśmiechem:

– Nie martw się o mnie, coś wymyślę. – Ścisnęła dłoń małej.

Poppy nie wyglądała na przekonaną.

– Nie możesz chodzić w piżamie – zauważyła z przerażeniem w oczach. – To zabronione.

– Zostań u nas – zaproponowała Melissa. Przynajmniej tyle mogła zrobić.

– Hurra! – Poppy podskoczyła, z miejsca przyklaskując pomysłowi.

– Na pewno znajdę ci jakieś ubranie. Nosimy podobny rozmiar – powiedziała Melissa, a widząc wahanie Jade, dodała: – O ile nie masz nic przeciwko dżinsom i legginsom. Kiedy nie zmieniam pieluch albo nie muszę jechać do szkoły, spędzam większość czasu po łokcie w glinie, więc obawiam się, że mam do wyboru tylko dżinsy albo kreacje wieczorowe.

– No przecież nie może chodzić w błyszczącej sukience w ciągu dnia – zauważyła z irytacją Poppy.

– Kto taki? – rzucił Mark z dobrze Melissie znanym nieobecnym wzrokiem, a następnie schował aparat.

– Jade – poinformowała go Poppy. – Zostanie u nas. Mama da jej swoje ubrania.

– Dobry pomysł. – Mark się uśmiechnął. – Przepraszam, ale muszę lecieć – powiedział, całując w czubek nosa najpierw Poppy, a potem, delikatniej, Evie.

– Nie zapomniałeś o czymś? – spytała Melissa, kiedy się odwrócił, żeby pójść do auta.

– Cholera. – Zacisnął powieki, cofnął się i pocałował Melissę.

Wzrok ma całkiem błędny, zauważyła. To musiał być ważny telefon. Nieraz już widziała to jego spojrzenie.

– Miałam na myśli kluczyki do samochodu – wyjaśniła.

– A, racja. – Dotarło do niego, że przecież wybiegł do pożaru i nie ma przy sobie ani kluczyków, ani służbowej kurtki, ani legitymacji. Popędził więc do domu.

Melissa z rozbawioną miną przewróciła oczami i kiedy Mark zniknął w drzwiach, gestem zaprosiła Jade – z radośnie podskakującą u boku Poppy – do środka. Poszły w tym samym kierunku co on, choć znacznie wolniej.

Pół minuty później Mark znów przemknął obok nich.

– Cześć – rzucił, obracając się na pięcie i uśmiechając przepraszająco. – Wybaczcie, ale to…

– Pilne. Domyśliłam się. Leć. – Melissa machnęła ręką.

– Cześć, tato! – zawołała za nim Poppy. – Kocham cię nad niebo.

– Cześć, szkrabie – odpowiedział Mark. – Kocham cię nad niebo i gwiazdy. – Posłał jej całusa, z zakłopotaniem wzruszył ramionami do Jade, otworzył auto i szybko zajął miejsce za kierownicą.

– Sympatyczny ten twój tata – zauważyła Jade, kiedy Mark odjechał spod domu.

– Tak – potwierdziła Poppy zdecydowanym kiwnięciem głowy. – Mama mówi, że czasem wychodzi mu to bokiem, ale sama nie wiem, co to znaczy.

– Że łatwo można go wykorzystać – wyjaśniła Jade ze znaczącym uśmiechem.

2. Mark

Drapiąc się po nieogolonym policzku, Mark wpadł do biura, gdzie czekał na niego nadkomisarz Edwards, wymownie spoglądający na zegarek.

– Problemy w domu, co? – zauważył cierpko.

Mark podążył za wzrokiem szefa i dopiero wtedy się przekonał, jak bardzo jego koszula ucierpiała podczas akcji z kotem i niezbyt eleganckiej wspinaczki na furtkę do ogrodu sąsiadki. Jakby wygląd detektywa miał jakiekolwiek znaczenie, gdy w grę wchodzi zaginione dziecko.

– Pożar u sąsiadki – wyjaśnił, kierując się prosto do swojego gabinetu, gdzie w szafce trzymał czyste koszule przeznaczone na sytuacje awaryjne; tych zaś bywało sporo, zwłaszcza po przyjściu na świat małej Evie.

Sierżant Lisa Moyes ruszyła za nim.

– Wprowadzisz mnie w sprawę? – poprosił, rzucając kurtkę na krzesło. Zaczął rozpinać koszulę.

– Dziewczynka została uprowadzona z własnego domu. O ile założymy, że w ogóle doszło do porwania.

– Czyli skąd?

– Farley, niedaleko granicy z Herefordshire.

Jakieś trzydzieści kilometrów od nas, uświadomił sobie Mark. Boże, to mogło być jedno z naszych dzieci.

– Wieczorem rodzice świętowali – ciągnęła Lisa. – Impreza urodzinowa żony. Trochę się popsuła, kiedy mężuś postanowił zaskoczyć solenizantkę, posuwając jedną z młodszych uczestniczek przyjęcia.

Mark uniósł brew.

– Miły gość.

– Bardzo. W dodatku zrobił to na małżeńskim łożu. – Lisa uśmiechnęła się beznamiętnie.

Mark pokiwał głową, zdjął koszulę i sięgnął po czystą.

– Kiedy zauważyli, że dziewczynka zniknęła?

– Dziś rano. – Lisa westchnęła. – Matka weszła do jej pokoju i zastała puste łóżko. Sprawdzili dom i ogród, po czym zadzwonili do nas.

To dawało szerokie ramy czasowe. Mark westchnął.

– Zakładam, że się pokłócili po tej urodzinowej niespodziance.

– I to na całego, jeśli wierzyć mieszkańcom sąsiednich domów. Skakali sobie do gardeł przez pół nocy. Potem mąż się ulotnił, a żona zaległa na kanapie z butelką i zasnęła. Standard.

Nie jest zatem wykluczone, że dziewczynka wymknęła się z domu, szukając ucieczki przed kolejną z prawdopodobnie wielu kłótni rodziców, założywszy, że mąż lubił pieprzyć się z kim popadnie.

Mark, gdy był mały, postępował podobnie jak to zaginione dziecko. Przerażała go świadomość, że krzyki są jedynie wstępem do agresji ojca. Gdziekolwiek się ukrył, w jakikolwiek kąt zdołał się wcisnąć, sukinsyn i tak zawsze go znajdował. Mark bał się ciemności, wyobrażał sobie czające się w mroku zombi i wampiry, mimo to czuł się znacznie bezpieczniejszy, wędrując nocą ulicami, niż pozostając w domu.

– Przeszukaliśmy wszystkie prawdopodobne kryjówki. Ponownie sprawdziliśmy dom i ogród, a także okoliczne posesje i pobliskie łąki – ciągnęła Lisa. – Udało nam się skontaktować z siostrą matki, która twierdzi, że przed wyjściem z imprezy uchyliła drzwi do pokoju dziecka i zajrzała do środka. Potwierdza, że Daisy leżała w swoim łóżku.

Daisy. Jego myśli natychmiast pobiegły ku Poppy. Wyobraził ją sobie przerażoną w łapach jakiegoś obrzydliwego indywiduum i poczuł, jak skręca mu się żołądek.

– Mundurowi chodzą od drzwi do drzwi i rozmawiają z ludźmi. Zwróciliśmy się z prośbą o wykaz miejscowych przestępców seksualnych – powiedziała Lisa, przytrzymując Markowi drzwi, kiedy ten wychodził z gabinetu, dopinając koszulę.

Ruszyli do centrum koordynacyjnego.

– Jest coś jeszcze – dodała. – Może to ma znaczenie, a może nie ma, ale moim zdaniem sprawia, że warto przyjrzeć się bliżej ojcu.

Mark spojrzał na nią – i już wiedział, że mu się to nie spodoba.

– Mów.

– Młoda kobieta, z którą facet został nakryty in flagranti, była naprawdę młoda. Trzy dni wcześniej przekroczyła próg pełnoletniości.

Mark zacisnął zęby.

– Kanalia – wycedził. – Sprawdź, czy jest na liście przestępców seksualnych, i zabezpiecz jego komputer i telefon. Jeśli nie będzie chciał ich przekazać, aresztuj go.

– Robi się. A skoro mowa o kanaliach…

Mark powiódł za jej niewzruszonym spojrzeniem i zobaczył toczącego się w ich stronę sierżanta Cummingsa z obleśnym uśmieszkiem na ustach.

– Przeszkodziłem w czymś? – Cummings popatrzył na Lisę, a potem na Marka, który w pośpiechu chował koszulę w spodnie.

– Spadaj, Cummings. – Mark zmierzył go lekceważącym wzrokiem i wyminął, po to tylko, by zaraz natknąć się na Edwardsa o znękanym obliczu.

– Jakiś problem? – rzucił nadkomisarz.

No tak. Nawet dziś, lata po tym, jak Mark pokazał Cummingsowi, co myśli na temat molestowania koleżanek z pracy, Edwards nie przepuścił okazji do wypomnienia Markowi jego „porywczości”.

– Jeśli o mnie chodzi, to żaden – zapewnił Mark.

– To dobrze – odparł Edwards. – Sierżant Cummings będzie współpracował z tobą przy tej sprawie. Ze względu na jej powagę sugeruję odłożyć na bok prywatne niesnaski i skupić się na odnalezieniu dziewczynki. Jasne?

– Tak jest.

Mark nie wyobrażał sobie, żeby mogło być inaczej. Każdą chwilę spędzoną na czczej rozmowie uważał za zmarnowaną. Należy potraktować tę sprawę priorytetowo. Bez względu na powód, dla którego Daisy postanowiła wymknąć się z domu w marcową noc, kiedy temperatury wahają się w okolicach siedmiu stopni Celsjusza, groziła jej śmierć z wyziębienia. Dlatego należało działać szybko.

3. Jade

Z powodu pękniętej rury w szkole Poppy skończyła lekcje wcześniej. Idąc u boku Jade, opowiadała jej z przejęciem o nauczycielce, która zemdlała podczas porannego apelu. Melissa poszła przodem i postawiła torby z zakupami na blacie wyspy kuchennej.

– Słyszeliśmy, jak dyrektorka mówiła, że to dlatego, że pani będzie miała dzidziusia – paplała Poppy, wdrapując się na stołek. – Ale nie było żadnego dzidziusia.

Jade i Melissa wymieniły rozbawione spojrzenia.

– Najwyraźniej dzidziuś nie był jeszcze gotowy, żeby przyjść na świat – wytłumaczyła małej Jade, podnosząc ją i sadzając bezpiecznie na stołku.

Poppy pokiwała w zamyśleniu głową.

– Tak jak szczeniaczki Herkules?

– Herkules się oszczenił?

– Tak – potwierdziła Poppy, obojętnie wzruszając ramionami i jednocześnie zaglądając do jednej z toreb. – Herkules to dziewczynka, tylko tatusiowi się pomyliło.

– Aha. – Jade otworzyła szeroko oczy, na co Melissa wybuchnęła śmiechem.

– Przyniósł do domu niewłaściwego szczeniaczka – podsunęła wyjaśnienie i zwracając się do Jade, dodała bezgłośnie: – Ze schroniska.

Jade ze zrozumieniem pokiwała głową. Pewnie postanowili wziąć psa z przytułku dla zwierząt, ale musieli zmienić decyzję w ostatniej chwili, bo ten, którego wybrali, zdechł albo okazał się agresywny. I Mark dokonał szybkiej zamiany. Cudowny człowiek. Poppy nie zdaje sobie sprawy, jakie ma szczęście, że wychowuje ją ktoś taki, darzący ją prawdziwą ojcowską miłością.

– A tymczasem Poppy zdążyła już wybrać imię, prawda, kochanie? – powiedziała Melissa, odbierając córeczce jajka, które lada moment mogły skończyć jako jajecznica na podłodze.

– Tak. – Poppy sięgnęła do torby i wyjęła opakowanie ciastek („Byle bez mleka i jego przetworów”, zaznaczyła w sklepie Melissa). – Nazwałam go Herkules, bo miał duże łapy i tata powiedział, że jak urośnie, będzie wielki i silny – wyjaśniła Poppy. – Ale szczeniaczki Herkules wcale nie były silne, prawda, mamusiu?

– Nie, kochanie. – Melissa uśmiechnęła się smutno i odgarnęła córeczce zbyt długą grzywkę z czoła.

– Były tycie. – Poppy pokazała kciukiem i palcem wskazującym.

– O rety. Biedactwa. Pewnie nie były jeszcze gotowe do przyjścia na świat. – Jade pochyliła się, żeby przytulić dziewczynkę.

Melissa wskazała brodą drzwi, za którymi mała Evie nadal smacznie spała w aucie.

– Nie potrafiły oddychać – odparła Poppy z westchnieniem, któremu towarzyszył dreszcz.

Melissa zawahała się przed wyjściem.

Jade uśmiechnęła się i dała jej znak, żeby się nie przejmowała.

– Na pewno zrobiło ci się smutno – zwróciła się do Poppy, kiedy Melissa wyszła po dziecko, o którym na chwilę zapomniała.

– Tak. Ale nie płakałam dużo, bo nie chciałam, żeby Herkules była smutna.

– Jesteś bardzo taktowną dorosłą małą dziewczynką. Imponujesz mi – powiedziała Jade. – Herkules ma szczęście, że jesteś jej przyjaciółką. Też bym chciała mieć taką przyjaciółkę.

– Ale przecież masz. Mnie – odparła z powagą Poppy.

Jade spojrzała w wielkie, ozdobione długimi ciemnymi rzęsami brązowe oczy małej – takie same jak jej ojca – i poczuła ukłucie w sercu.

Wzięła się w garść i ułożyła usta w uśmiech.

– Wobec tego ja również mam szczęście. Obiecuję, że pozostaniemy przyjaciółkami. Jeszcze nie wiem, gdzie będę mieszkała, ale jak tylko coś znajdę, natychmiast się odezwę. Umowa stoi?

Poppy zmarszczyła brwi.

– Ale po co masz szukać? Tutaj możesz zostać – stwierdziła, rozkładając ręce, żeby objąć przestwór gustownie urządzonej kuchni, która choć wielka, sprawiała wrażenie przytulnej i swojskiej, nie tylko dzięki przyczepionym do lodówki rysunkom dzieci i zamocowanym na ścianach kolorowym miarkom wzrostu. Jade jej nie znosiła.

– Na zawsze? – Jade parsknęła pobłażliwym śmiechem. – Wątpię, żeby twoja mama się z tego ucieszyła.

– Ucieszy się – zapewniła ją Poppy, stanowczo kiwając głową. – Mamusia mówi, że powinniśmy się dzielić z przyjaciółmi i pomagać tym, którym się gorzej podwozi.

– Powodzi – poprawiła ją Jade. – Chciałabym – przyznała niepewnie. – Zobaczymy, jak się ułoży, dobrze? Jeśli twoja mama powie, że chce, abym została, wtedy się zastanowię.

– Na pewno powie – odparła Poppy z przekonaniem, wyciągając ręce, żeby Jade pomogła jej zejść. – Powiem, że chcę, żebyś została, bo jesteś moją najlepsiejszą przyjaciółką.

– Ale dopiero wtedy, kiedy mama sama o tym wspomni, dobrze? – Jade podniosła małą, obróciła się z nią i postawiła ją na podłodze. – Nie chcemy, żeby pomyślała, że się zmówiłyśmy, prawda? – dodała, widząc konsternację dziewczynki.

Poppy ponuro pokręciła głową.

– Nie. Pani Winters mówi, że to okrutne, kiedy się na kogoś zmawiamy w szkole.

– No właśnie. – Jade się uśmiechnęła. – Mądra kobieta ta twoja nauczycielka. A ty jesteś mądrą dziewczynką, bo jej słuchasz. To nic przyjemnego, kiedy inni ci dokuczają, zapewniam cię.

Poppy spojrzała na nią oczami zasnutymi troską.

– Tobie też dokuczają?

– Nie – odparła Jade. – Ale kiedyś, gdy byłam mała, czasem dokuczali, aż płakałam.

Poppy zrobiła zaniepokojoną minę.

– Nie pozwolę, żeby ktoś ci dokuczał – oświadczyła, unosząc wysoko brodę.

– Ani ja tobie. – Jade odgarnęła jej włosy z czoła. – Będziemy się sobą opiekowały, dobrze?

– Zgoda – potwierdziła zachwycona Poppy. – Chcesz zobaczyć mój pokój?

Jade wyciągnęła do niej rękę.

– Z największą ochotą.

Poppy ufnie podała jej swoją drobną dłoń.

– Jest troszkę bałaganu. I trzeba zmienić wodę Nemo – zaszczebiotała, gdy ruszyły korytarzem. – I Baby Annabell miała posprzątać swoje zabawki, ale zapomniała. Nie powiesz mamusi, prawda?

– Nie pisnę ani słowa – zobowiązała się Jade.

– A ja o twoim sekretnym zapasie czekolady – szepnęła Poppy.

Jade odpowiedziała jej porozumiewawczym uśmiechem.

– Umowa stoi.

Przekonaj do siebie dziecko, a przekonasz jego rodziców, pomyślała zadowolona, że udało jej się przeciągnąć małą na swoją stronę. Naszło ją lekkie poczucie winy po tym, jak pochłonęła całą tabliczkę czekolady na oczach Poppy, kiedy jej matka poszła z Evie do pomieszczenia z przewijakiem dla niemowląt.

4. Melissa