Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opiekunka do dzieci - Elisabeth Herrmann

Wszystko wskazuje na to, że adwokat Joachim Vernau odniesie życiowy sukces i zrobi wspaniałą karierę. Ma poślubić Sigrun Zernikow, a tym samym nie tylko wejść do berlińskich wyższych sfer, lecz także zostać partnerem w renomowanej kancelarii adwokackiej ojca Sigrun, Utza. Podczas planowanego przyjęcia zaręczynowego ma zostać wprowadzony do rodziny. Kiedy jednak niespodziewanie pojawia się Ukrainka, która prosi go o zdobycie podpisu Utza na spisanym cyrylicą dokumencie, na fasadzie uczciwości nobliwej rodziny pojawia się pierwsza rysa. Utz ma bowiem swoim podpisem poświadczyć, że jego rodzina podczas drugiej wojny światowej zatrudniała jako opiekunkę do dziecka robotnicę przymusową, dzięki czemu ta mogłaby teraz otrzymać odszkodowanie. Utz wszystkiemu zaprzecza, drze na strzępy i wyrzuca dokument. Zdarzenie to szybko zostałoby zapomniane, jednak ciało Ukrainki niedługo później zostaje wydobyte z Landwehrkanal. Chociaż Vernau przeczuwa, że w ten sposób naraża swoją świetlaną przyszłość w rodzinie, zaczyna zadawać niewygodne pytania. Historia ukraińskiej robotnicy przymusowej wydaje się bowiem być prawdziwa, a Joachim znajduje jednoznaczne ślady nadzwyczaj lukratywnego handlu dziełami sztuki, które zostały zagrabione nazistów…

Jej pisarstwo jest na najwyższym poziomie!
"Deutschlandradio Kultur"

Polityczny kryminał o wysokich walorach literackich. Świetna lektura.
Andrea Fischer, "Der Tagesspiegel"

Elisabeth Herrmann jest niekoronowaną królową kryminału. 
"Myself"

Elisabeth Herrmann urodziła się w Marburgu w 1959 roku. Wiele lat pracowała jako dziennikarka w telewizji RBB. Jej powieści są bardzo popularne i często służą za scenariusze filmowe. Autorka otrzymała nagrodę Radio Bremen Crime oraz niemiecką nagrodę Crime Fiction 2012. Mieszka z córką w Berlinie.

Opinie o ebooku Opiekunka do dzieci - Elisabeth Herrmann

Fragment ebooka Opiekunka do dzieci - Elisabeth Herrmann

Tytuł oryginału

Das Kindermädchen

First published in 2005

Copyright © Wilhelm Goldmann Verlag,

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH,

München, Germany

All rights reserved

Projekt okładki

Wojciech Wawoczny

Zdjęcie na okładce

© OksanaAriskina/Shutterstock.com;

Reinhold Leitner/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Jan Koźbiel

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-449-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Shirin

Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt

lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt;

a większość z nich to trud i marność:

bo szybko mijają, my zaś odlatujemy.

Biblia, Psalm 90, 10

Samoloty.

Drżącymi rękami próbuje przymocować czarny papier w miejscu, gdzie odkleił się od okna. Wycie syren oznajmia przybycie jeźdźców Apokalipsy. Przenikający ciemność huk na razie jest ledwie wyczuwalny, ale zbliża się. Być może lecą w kierunku Neukölln. A może celem jest Spandau. Albo Köpenick. Być może jednak tym razem także Grunewald, ta ulica i ten dom. Gdzie też może być teraz Olga? Nie myśleć o tym. Byle tylko o tym nie myśleć. Cała nadzieja w wosku.

Gasi świecę i zanurza palec w gorącej cieczy. Rozsmarowuje ją na drewnianej ramie i znów próbuje szczelnie zaciemnić okno. Dźwięk syren napełnia przerażeniem ciało, które reaguje już tylko na jeden impuls: uciekać, ukryć się, szukać schronienia. Modlić się.

Bo tysiąc lat w Twoich oczach jest jak jeden dzień. Naucz nas, Panie, liczyć dni nasze. Ty dla nas byłeś ucieczką, z pokolenia na pokolenie.

– Paula?

Drzwiczki prowadzące do pawlacza nad piecem uchylają się. W świetle świecy majaczy zlękniona twarz dziecka.

– Paula!

Chłopiec żwawo wdrapuje się do ciasnego schowka, który nawet dla niego jest zbyt niski, żeby mógł w nim stanąć.

– Powinieneś spać.

Uśmiecha się, widząc jego twarz pod zmierzwionymi włosami. Chłopiec odstawia świecę, na czworakach wchodzi do pawlacza i zajmuje miejsce koło niej.

– Co tu robisz?

– Robię na drutach.

Zaintrygowany, wskazuje na liczne paczki gazy opatrunkowej. Jedna jest otwarta, akurat przerabiała białą nić na rękaw, kiedy zawyły syreny.

– To zabronione. Muszę to zgłosić.

Śmieje się i gładzi go ręką po włosach. Przed dwoma laty, kiedy trafiła do tego domu, słysząc te słowa, zamarłaby z przerażenia. Był to czas, kiedy w ogóle jej nie szanował, a jedyne słowa, jakie do niej kierował, były rozkazami. Brakuje mu ojca. Matka nie ma czasu, by się o niego troszczyć. Często przebywa poza domem. Czasami przyprowadza mężczyzn, wtedy ona próbuje odwrócić uwagę chłopca.

Chłopczyk nienawidził jej za to, ponieważ wiedział, co robi jego matka. Nienawidził jej do czasu, aż dostał gorączki i niemal nic mu nie pomagało. Już tylko wilgotne okłady i chłodna dłoń na czole. Jej dłoń, a nie matki. Kiedy przyszedł kryzys, położyła się przy nim i mocno go przytuliła.

Nie odszedł. Od tej pory jest jej synem. Teraz ona ma czternaście lat, a on jedenaście, tysiąc dni stało się mrocznym dniem. Panie, kiedy on wreszcie minie?

– Ostatnia zima była mroźna.

Podciąga rękaw jego piżamy i sprawdza długość ręki.

– Tym razem nie powinieneś marznąć.

– Nadlatują – powiedział.

Oboje wpatrują się w zaciemnione okno. Ona odkłada robótkę i przyciąga go do siebie. On natychmiast wtula się w jej ramiona. Robi to tylko wtedy, kiedy nadlatują bombowce. Kiedy jest ciemno i matki nie ma w domu. Nie jest delikatnym dzieckiem. Czasami ją szczypie albo lekko boksuje. W ten sposób okazuje, że ją lubi.

– Maj prawie już minął – powiedział.

Przytakuje mu. Wie, o czym ludzie szeptali. Ma dobry słuch. Nikt nie pokazuje po sobie strachu, ale Niemcy stali się poważni. Najwyraźniej należy lada moment spodziewać się inwazji.

Nie wie dokładnie, co to ta inwazja. Chyba jakiś wyzwalacz od dawna oczekiwanej zemsty, za pomocą której chce się ukarać wroga. Terror bombardowań jest z każdym dniem coraz gorszy. Zaciemnienie sprawia, że ludzie robią się nerwowi i posępni. Chłopiec opowiada szeptem o przewadze powietrznej, jak gdyby wiedział, jak bardzo karygodne jest już samo choćby pomyślenie tych słów. Inwazja wszystko zmieni. Tak jak burza najpierw jest nieprzyjemna, a później oczyszcza powietrze. Wpuścimy ich, mówi chłopiec, poczują się pewnie, a wtedy ich zniszczymy.

Dźwięk syren brzmi przeszywająco i niedwuznacznie. Paula nie rozumie, dlaczego przynajmniej chłopczyk nie może schronić się w piwnicy. Dlaczego baronowa jednego dnia pozwala, a innego zabrania. Dźwięk syren jest dzisiaj inny. Nie wie, czy to tylko krew, która szumi jej w uszach, czy wiatr między drzewami w ogrodzie, czy może samoloty rzeczywiście wracają.

Panie, spraw, żeby poleciały gdzie indziej. Zaiste, Twój gniew nas niszczy, trwoży nas Twe oburzenie, kończymy nasze lata jak westchnienie. Ześlij ogień do piekła, z którego się wydostał, ale nie tutaj, nie tutaj, Panie. Powróć o Panie, dokądże jeszcze…? I bądź litościwy dla sług Twoich!

– Daj spokój z tymi modlitwami! Jeśli wkrótce coś się nie stanie, w tym roku znów będzie dla nas za późno.

Za późno na pokój, o zwycięstwie nikt już nie mówi. Tylko chłopiec w nie wierzy. Dzieci i szaleńcy.

– Musimy złapać oddech, żeby znów silniej uderzyć na wschodzie.

– Tak, tak.

– I wreszcie wprowadzić do akcji broń odwetową. Wraz z inwazją wszystko się zmieni. Najpierw ich wpuścimy, a następnie… – Mówiąc to, chłopiec przeciąga palcem po swoim gardle. Jej ręka wyskakuje do przodu i zatrzymuje go.

– Nie – mówi dziewczyna.

Piekarz z Roseneck stracił swój status zwolnionego ze służby wojskowej i znów musiał włożyć mundur. Podczas pierwszej wojny światowej został ranny, a ponadto jest z rocznika 1884.

– Przecież już mnie nie wezmą – mówił.

Teraz jest na Krymie. Powiedziała nam o tym jego żona. Krzepka, ufna kobieta. Ukradkiem osuszyła oczy fartuszkiem. Czy wszyscy są głusi i ślepi?

Rosjanie są już w Rumunii, Generalnym Gubernatorstwie, krok od Węgier i Słowacji. Wystarczy posłuchać meldunków Wehrmachtu, żeby się domyślić, jak to wszystko się skończy. Raptem pół godziny temu informowano, że obszar Rzeszy jest wolny od wrogów. A teraz to.

– Tym razem nadlatują od strony Poczdamu – szepnął.

Powietrze zaczyna drgać.

Można tylko mieć nadzieję, że Olga ma tam okop. Olga jest taka delikatna i smukła, a ona obiecała przecież jej matce, że będzie na nią uważać, Olga jest w końcu pół roku młodsza, to jeszcze niemal dziecko, które teraz zajmuje się całym gospodarstwem, jednak nie za bardzo daje sobie z tym radę. Ale przynajmniej podobno jest miły, ten chłop, u którego pracuje. Mają tam też kościół. Tylko ewangelicki, ale może uczestniczyć w mszach świętych.

– Nadlatują tutaj!

Panie, Ty dla nas byłeś ucieczką z pokolenia na pokolenie. Z roku na rok siejesz ludzi, jak trawę, co rośnie, rankiem kwitnie i jest zielona, wieczorem więdnie i usycha…

– Przestań! Przestań!

Rozdziela jej złożone do modlitwy dłonie i zdziera karton z okna. Wtedy ona natychmiast zdmuchuje świecę. Tańczące światła opadają z kruczoczarnego nieba i oświetlają ogród niczym fajerwerki. Bożonarodzeniowe choinki.

– Ależ to piękne!

Z rozmarzeniem patrzy przez okienko wielkości kartonu na buty ku górze, gdzie zguba w rozbłyskach sunie prosto na nich. Huk staje się coraz głośniejszy, aż w końcu pojawiają się niczym olbrzymie, czarne szerszenie.

Wycofuje się. Otwiera usta i chce coś powiedzieć. W tym momencie detonacja niemal rozrywa jej błony bębenkowe w uszach. Ściany drżą i pochylają się w jej stronę. Spadają na nią pył i bryły gruzu.

– Wychodź! – krzyczy i sama siebie nie słyszy. W największym pośpiechu schodzi z łóżka w pawlaczu, zeskakuje do kuchni i pomaga wydostać się chłopcu. Czuje rozbite szkło pod stopami, biegnąc do okna, które nie ma już szyb. Pochyla się i wygląda na ulicę. Przez gęstą chmurę pyłu dostrzega języki ognia. Musiało uderzyć dwa domy dalej, na rogu.

Ziemia znów zaczyna drżeć.

– Jest ich coraz więcej! – krzyczy chłopiec.

Łapie go za rękę i biegnie z nim przez sień. Dom wydaje się nienaruszony, tylko z okien wyleciały wszystkie szyby.

Następny bombowiec leci tak nisko, że niemal muska dachy. Być może właśnie spada, dokładnie tutaj, i zamieni wszystko w morze płomieni.

Wbiegają do wielkiej klatki schodowej i biegną po stopniach w dół, do chwili, aż wyrastają przed nimi drzwi do piwnicy. Są zamknięte. Coś wyje. Okropny dźwięk, czegoś tak przerażającego jeszcze nie słyszała. Jakby w niebie rozpętało się piekło. Jest coraz głośniej i głośniej, obejmuje drżącego chłopca, przyciska go do siebie i kuli się, robi się tak mała, jak to tylko możliwe, prawie niewidzialna, wtedy przychodzi nieprawdopodobne uderzenie.

Dom chwieje się i trzeszczy w posadach, ale trzyma się. To porządny dom, mocny i solidny. Może sporo wytrzymać. Ale z pewnością nie przetrzyma, jeśli zostanie ponownie trafiony.

– Nie damy rady dostać się do środka – mówi chłopiec, szczękając zębami. Kuca na ziemi. Na jego dziecięcej twarzy strach maluje się bladością. Patrzy na nią wytrzeszczonymi oczami. Ona zna to spojrzenie, wygląda zawsze tak samo, gdy ogarnia go przerażenie.

– Musisz.

Biegnie do małego pomieszczenia obok drzwi wejściowych, w którym stoją miotły, wiadra i narzędzia ogrodowe. Wraca z siekierą. Odsuwa chłopca na bok i bierze zamach.

Wokół niej świat się wali. Bombowce lecą na północ, przypuszczalnie tym razem odwiedzą dzielnice Moabit i Wedding. To, co spada tutaj, to tylko zwiastun. Jedynie mały przedsmak tego, z czym tam przyjdzie zmierzyć się ludziom. Wysoko na niebie znów rozlega się wycie. Ona uderza, jeszcze raz i jeszcze raz, w końcu przechodzi przez drzwi, które nagle otwierają się do środka. Ciągnie chłopca za sobą, oboje spadają ze schodów i w tym momencie następuje uderzenie.

Rzuca się na niego i czeka. On leży pod nią, ze strachu, nie może złapać tchu, ale ona wciąż na nim leży i czeka.

Nic się nie dzieje. Huk słabnie, samoloty odlatują. Bogu dzięki, że zlitował się nad biednymi duszami.

Otwiera oczy. Powoli wstaje i otrzepuje kurz z koszuli nocnej. Także chłopiec podnosi się, kaszląc. Oboje spoglądają przez piwniczne okienko na ogród. A raczej na to, co z niego zostało.

Bomba tkwi między rzędami kartofli. Kilkutonowy potwór. Ciemny, dymiący, kryjący w swoim zaokrąglonym brzuchu śmierć.

Nie wie, jak długo może tak tkwić. Nie może odwrócić wzroku od potwora, jednocześnie boi się go sprowokować. Naraz dociera do niej potworność tej łaski, że mogą patrzeć na bombę i nie giną.

Chłopiec wspina się na umywalnię i wygląda na zewnątrz.

– A to dopiero. Zapalnik nie zadziałał.

Ona podchodzi do pieca i trzęsącymi się rękami sięga po zapałki, które zawsze leżą koło drewna. Zapala świecę i rozgląda się dookoła.

Dzisiaj piwnica była zamknięta. Tylko baronowa wie dlaczego. Pewnego razu, kiedy nie mogła spać, usłyszała samochód z uruchomionym silnikiem. Ukradkiem podeszła do okna i ostrożnie zerknęła zza zasłon. Nikogo nie było widać. Jednak po chwili z domu wyszła postać, a ona pośpiesznie się odsunęła.

– To Tommies, Brytyjczycy – powiedział chłopiec i pokiwał głową. Zeskoczył na podłogę i stanął obok Pauli. – Co to jest?

W rogu piwnicy przed regałami z marmoladą i kompotami stoją liczne skrzynie i dwa duże przedmioty przykryte plandekami.

Bierze świecę i podchodzi do nich.

– Zostaw je – mówi dziewczyna. – Nie wolno ci.

Jednak on już odrzucił jedną z płacht.

– Eee. – W głosie dało się wyczuć rozczarowanie. – To tylko obraz.

Przykrywa go z powrotem. Potem oboje siadają na podłodze i czekają na odwołanie alarmu. Kiedy w końcu nadchodzi, milcząc, wracają na górę.

Przed jego pokojem jeszcze raz kładzie rękę na jego ramieniu. Na więcej już sobie teraz nie pozwala.

Chłopiec pochyla głowę i łagodnie uderza ją czołem w brzuch.

– Czy zginęlibyśmy, gdyby bomba eksplodowała?

Ona chwyta go pod brodę, unosi jego twarz w swoją stronę i oświetla ją blaskiem świecy.

– Nie – mówi. – Mury piwnicy są o wiele za grube.

On przytakuje, jakby uwierzył.

Rozdział 1

Zawsze się spóźniałem na pogrzeby.

Żałobnicy akurat opuszczali kaplicę Cmentarza Leśnego w Dahlem. Sigrun pojawiła się jako jedna z ostatnich i rzuciła lustrujące spojrzenie w kierunku wyjścia. Wystąpiłem kilka kroków naprzód, zauważyła mnie i dyskretnie na mnie skinęła.

– To nie było miłe z twojej strony.

Rozgniewana wciągnęła mnie do kaplicy. Z przodu, przy trumnie, stała rodzina zmarłego. Ciężki zapach lilii mieszał się z wonią palących się świec.

– Przecież prawie w ogóle go nie znałem – szepnąłem.

– Ja też nie – odpowiedziała. – Ale on był ostatnim przyjacielem mojej babci.

Odciągnęła mnie na bok, bo z półcienia wyłonił się jeden z tragarzy niosących trumnę i podniósł dużą poduszkę. Idąc miarowym krokiem, minął nas, niosąc ją przed sobą. Na aksamicie coś mieniło się wszystkimi kolorami.

– To jego ordery – szepnęła Sigrun. – Upchnęli tu nawet odznakę honorowego krwiodawcy.

Chodziło o Lehnsfeldów, którzy dziś składali do grobu patriarchę rodziny, Abla von Lehnsfelda, zmarłego w dziewięćdziesiątym pierwszym roku ziemskiego żywota, wielokrotnie odznaczanego oficera Wehrmachtu, współzałożyciela Republiki Federalnej Niemiec, wielbiciela sztuki i szczodrego dobroczyńcę. Na zewnątrz, zwróceni do nas plecami, jego bezpośredni potomek Abraham i jego syn Aaron rozmawiali ściszonym głosem z pastorem. Żona Abrahama Verena stała obok nich, jak zawsze milcząc.

Sigrun zaczęła węszyć w kierunku stojącej na uboczu grupki. Dochodził od niej zapach dymu papierosowego.

– Jednego – szepnęła. – Tylko jednego jedynego.

Rzuciła palenie, ponieważ nie pasowało do wizerunku znów kandydującej zastępczyni burmistrza Berlina i senator odpowiedzialnej za rodziny i sprawy socjalne. Nie przyszło jej to łatwo. Podałem jej cukierka miętowego. Rozwinęła go i włożyła do ust. Przy tym wyszczerzyła do mnie zęby, zbyt radośnie, by można to było uznać za stosowne w czasie pogrzebu.

– Spóźniłeś się.

Utz, mój przyszły teść, podszedł do nas niepostrzeżenie. Uczepił się drugiego ramienia Sigrun i pociągnął ją do konduktu żałobnego. Chcąc nie chcąc puściłem ją.

– Za dużo pracuję.

Wciąż jeszcze byłem na stażu. Nie tylko w jego kancelarii, lecz także w jego rodzinie. Utz głaskał swoją córkę po ręce. Był to serdeczny gest, którym maskował, że go dyskretnie wspiera. Miał ponad siedemdziesiąt lat, mimo to jego wyprostowana sylwetka i wciąż gęsta, choć siwa już czupryna sprawiały, że prezentował się imponująco. Mógłby zostać patriarchą, gdyby coś nie przeszkadzało mu w pełni rozwinąć jego wielkości.

I to coś sunęło teraz prosto na nas: jego matka, babcia Sigrun.

Irene von Zernikow, urodzona jako baronowa von Hollwitz, ustawiła swój wózek inwalidzki na stanowisku. A to oznaczało dla niej: w pierwszym szeregu. Na swoje siwiuteńkie, upięte wysoko włosy narzuciła czarną woalkę. Siedziała wyprostowana jak świeca, jej szczupła postać była otulona czarną wełnianą suknią, do tego miała czarne rękawiczki. Musiała być w podobnym wieku jak zmarły. Mając ponad dziewięćdziesiąt lat, mogłaby sprawiać wrażenie kruchej, gdyby nie ostentacyjny brak zainteresowania ludźmi i tym, co się wokół działo, sprawiający, że otaczała ją aura nietykalności, którą niektórzy mylili z siłą. Z nikim się nie przywitała, nawet z synem. Tylko Sigrun została zaszczycona nikłym skinieniem. Mnie niemalże przejechała wózkiem po czubkach butów.

– To niesamowite, jak ona to znosi – szepnęła Sigrun. – Abel był ostatni ze starej gwardii. Teraz nie ma już nikogo, kto dzieliłby z nią wspomnienia.

Za wózkiem baronowej stał, w niezwykły sposób niewidoczny, Walter. Był służącym do wszystkiego w tym osobliwym domu, do którego wdarłem się poprzez Sigrun. Jego ojciec pracował na kolei, dlatego miał w zwyczaju, w tych nielicznych sytuacjach, kiedy pytano go o zdanie, mówić zawsze to samo: „Pociąg jedzie po torach i nie opuszcza ich”.

Zresztą nie pytano go o opinię zbyt często.

Baronowa uniosła lewy palec wskazujący. Wystarczyło, żeby Walter zaczął łagodnie popychać wózek. Kondukt żałobny ruszył. Utz i Sigrun pochylili głowy. Zrobiłem to samo, ale kątem oka dostrzegłem jakieś poruszenie.

Na skraju drogi przystanęła stara kobieta. Uważnie przyglądała się konduktowi, jakby kogoś w nim szukała. Wyglądała na biedną i nie na miejscu, zwłaszcza na tle pochodu szczęśliwych spadkobierców. Był to cmentarz dla prominentów, jeden z najlepszych adresów, jeśli ktoś przykładał do tego wagę. Dlatego większe pogrzeby przyciągały ciekawskich. Kobieta wycofała się, jakby nie chciała przeszkadzać żałobnikom swoją obecnością.

Kondukt dotarł do grobu na końcu długiego szeregu. Dziesiątki wieńców z malowniczo udrapowanymi szarfami już czekały. Pastor w wielkim skupieniu kartkował swoją Biblię, chociaż wszystko co najważniejsze zostało już powiedziane w kościele. Tak mi się wydawało. Wtedy zobaczyłem orkiestrę dętą i opuściła mnie wszelka nadzieja.

Baronowa też zauważyła muzyków i zareagowała wyjęciem swojego aparatu słuchowego. Oddała urządzenie Walterowi, który schował je, nie mrugnąwszy powieką. Kiedy pracownicy zakładu pogrzebowego powoli opuszczali trumnę z Ablem do grobu, baronowa odchyliła głowę i zasnęła.

Utz spuścił wzrok i złożył dłonie. Pastor podszedł do grobu i chrząknął. Zaczął się ostatni akt długiego życia.

Rozdział 2

I jak było?

Każdy wchodzący do kancelarii musiał przejść obok Connie. Miała swoje biuro na pierwszym piętrze po lewej, tuż przy drzwiach. Dzisiaj była ubrana w różową kurtkę marki Escada, którą wylicytowała za osiem euro w serwisie eBay.

– Jak to na pogrzebach – odpowiedziałem. Lubiłem Connie.

Wiedziała o tym i uśmiechnęła się szerzej. Taki jej osobisty odruch. Panna na wydaniu, wyższa klasa zarobkowa.

– Jeszcze nigdy na żadnym nie byłam – powiedziała. – Wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie umarł ktoś, kogo znałam.

– A Abel von Lehnsfeld?

– Nie znałam go. Nie tak naprawdę, tak mi się wydaje. Poza tym był stary.

Wybiórcza zdolność percepcji. Pochyliłem się nad jej biurkiem i postukałem w kalendarz z terminami.

– Pamiętaj o otwarciu testamentu. Jutro o piętnastej.

– Czy Aaron też przyjdzie?

Kawaler, zdolny do zawarcia małżeństwa, najwyższa klasa zarobkowa, zwłaszcza po śmierci dziadka.

– Specjalnie postarałam się o jego ulubione ciastka. Wafelki z kremem czekoladowym. Chcesz spróbować?

Wysunęła szufladę, w której zgromadziła pół tuzina opakowań. Przypuszczalnie wszystkie z nadzieją, że pewnego dnia nakarmi nimi Aarona.

– Nie, dziękuję – powiedziałem. – Poczta? Telefony?

Wstała i przesunęła się nieco za blisko mnie.

– Poczta tak, telefony tylko jeden. Od twojej matki. Chce wiedzieć, co z Reinickendorfem.

Nie miałem czasu, żeby zająć się teraz matką i wybrać się z nią do dzielnicy Reinickendorf. Wcześniej, kiedy moja kancelaria znajdowała się w jednopokojowym mieszkaniu w Kreuzbergu i miałem mało, bardzo mało do roboty, nie był to żaden problem. Teraz miałem jednak bardzo, bardzo dużo pracy. Pracowałem tak intensywnie, że popołudnie przy brydżu wliczało się w roczny wymiar urlopu i nie było mowy o więcej niż jednym pogrzebie na kwartał. Ale tego moja matka nie rozumiała.

W drodze do biura kiwnąłem głową Hogersandowi, odpowiadającemu za ubezpieczenia i offshore trusts, i Meinerzowi od kontaktów z londyńskimi kancelariami doradztwa podatkowego. Byli ode mnie o dwadzieścia lat starsi, mądrzy, wstrzemięźliwi w wypowiedziach, stanowili kombinację figur ojca i przestępcy dżentelmena, jakiej życzyłbym sobie dla obsługi majątku od dziesięciu milionów w górę.

Wyszedł mi naprzeciw Harry Baumgarten. Kiedy już niemal się ze mną zderzył, zmarszczył czoło i spojrzał na mnie z powagą.

– Jak było? – spytał pośpiesznie. W wypadku Harry’ego wszystko musiało toczyć się w przyśpieszonym tempie. Rozmowy, procesy, kariera.

– Tak jak to zwykle bywa na pogrzebach – odpowiedziałem.

Harry szybko kiwnął głową.

– Otwarcie testamentu. Jutro będziesz przy tym – rzucił.

Zacisnął wargi. Byłem kłodą rzuconą mu pod nogi. Gdyby nie ja, jutro to on brałby w tym udział. Gdyby nie ja, może za kilka lat zostałby partnerem Utza. Przypuszczałem, że Harry zbyt długo u nas nie zostanie.

– No tak, zajrzyj zatem do mojego biura. Dlaczego miałbym sam odwalać całą robotę?

Poszedł przodem i otworzył szeroko drzwi do swojego gabinetu. Był urządzony podobnie jak inne pomieszczenia na pierwszym piętrze: kwadratowy, obłożony drewnem, z pięknym obrazem olejnym na ścianie za biurkiem, świetną kopią impresjonistycznego dzieła ukazującego staw z nenufarami.

Harry dołożył kilka teczek do sterty i przekazał mi ją.

– Poleć Georgowi, żeby zrobił kopie, i dołącz je. Jest tu kilka drażliwych spraw.

– Drażliwych?

Niewzruszony dołożył mi do stosu kolejne teczki.

– Lehnsfeld jest zawsze drażliwy.

Zadzwonił telefon. Harry odebrał i z kwaśną miną przekazał mi słuchawkę. To była Connie.

– Mógłbyś tu przyjść? – zapytała. – Znów ktoś stoi w ogrodzie.

Turystom i ciekawskim nieustannie zdarzało się zbłądzić do ogrodu. Willa Zernikowów należała do nielicznych, które przetrwały bez uszczerbku szał modernizacyjny lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku.

Zbudowana w 1896 roku jako jedna z pierwszych dużych posiadłości nowo utworzonej kolonii Grunewald, stała w mającym dwa tysiące metrów kwadratowych parku, który zapewne raczej z braku zainteresowania niż troski nigdy nie został zmieniony i dlatego z czasem sam stał się zabytkiem. Spacerowicze i turyści zwiedzający dawną kolonię willową chętnie się tu zatrzymywali. I tak pewnego spokojnego popołudnia, stojąc przy otwartym oknie, donośnym głosem umierającego z zawiści objaśniacza historii miasta zostałem poinformowany, że domy te, jak cała dzielnica zresztą, powstały w wyniku jednej z największych spekulacji gruntami epoki wilhelmińskiej.

Willa była stara, pochłaniała olbrzymie środki, pieniądze wyciekały przez spękania i zardzewiałe rury, ulatywały przez kominy i nieustannie nieszczelny dach. Nigdy w życiu dobrowolnie bym się do niej nie wprowadził. Zarówno w kontekście rodzinnym, jak i urbanistycznym było się tu zawsze wystawionym jak na tacy. W końcu było to nie tylko miejsce pracy. Mieszkaliśmy też tutaj.

Nieczęsto mieliśmy nieproszonych gości, ale stawali się coraz bardziej bezczelni. Nie powstrzymywała ich ani zamknięta brama, ani wysokie żywopłoty, ani kute secesyjne ogrodzenie.

Jednak kobieta, która skradała się przez ogród, nie była nim zainteresowana. Nie chodziło jej o park, stanęła bowiem przed jednym z okien biura i starała się zajrzeć do środka. Ruszyłem w jej kierunku i kiedy się odezwałem, wystraszona odwróciła się gwałtownie. Była drobna, bardzo stara i wyglądała na bardzo biedną.

– Pożałujsta – powiedziała i przycisnęła do piersi ciemną plastikową torebkę. – Szukam Utza.

Zdumiony zatrzymałem się.

– Pana von Zernikowa?

Przytaknęła.

– Czy jest tutaj?

Mówienie po niemiecku sprawiało jej trudność.

– Czego pani chce od niego?

Poszperała w swojej torebce i wyjęła kartkę, którą mi podała. Była to wielokrotnie złożona kartka papieru, kopia maszynowa, jakich u nas, w epoce komputerów, nikt od dawna już nie używał. Dokument był spisany cyrylicą.

– Co to jest?

– Zaświadczenie – powiedziała kobieta. – Musi je podpisać.

– Przypuszczam, że raczej tego nie zrobi. O co chodzi?

Z powrotem poskładałem kartkę i podałem ją kobiecie. Jednak nie chciała jej przyjąć.

– O Natalię – wyszeptała. Była zdenerwowana. – Natalię Czeredniczenkową. To ważne.

– Dlaczego?

Uśmiechnęła się, eksponując cztery osamotnione przednie zęby.

– To sprawa między Utzem i Natalią.

Znałem niewielu ludzi, którzy zwracaliby się do Utza po imieniu. Stara Rosjanka była ostatnią, po której bym się tego spodziewał.

– Proszę mu to dać – poprosiła mnie. – To ważne.

– Potrzebuje pan pomocy, panie Vernau?

Na rogu stał Walter. Miał jeszcze na głowie czarny kapelusz z pogrzebu, a więc także baronowa musiała dopiero co wrócić.

– Nie – odpowiedziałem. – Pani właśnie nas opuszcza.

Podałem jej rękę i odprowadziłem do ogrodowej furtki. Zatrzymała się nagle.

– Czy mogłabym… zobaczyć dom?

Popatrzyłem w stronę drzwi wejściowych. Walter stał niczym Cerber, z rękami splecionymi przy piersi, i z dezaprobatą obserwował nieproszonego gościa.

– Tylko rzucę okiem – powiedziała. – Chciałabym o nim opowiedzieć Natalii.

Puściłem tajemniczą przyjezdną i skinąłem na Waltera. Niechętnie odsunął się na bok. Kobieta weszła do holu i z uwagą rozejrzała się dookoła. Tak jakby chciała z fotograficzną precyzją zapisać wszystkie szczegóły w swojej pamięci. Ciężkie kryształowe żyrandole, szerokie schody, stare dywany. Wielkie obrazy z pejzażami na jedwabnych tapetach, secesyjne okna. Następnie jej wzrok spoczął na monitorze systemu nadzoru. Zaczęła wycofywać się do drzwi.

– Dziękuję – powiedziała. – Rzeczywiście jest tak piękny, jak zawsze opowiadała Natalia.

– Natalia?

Za nami stał Aaron von Lehnsfeld.

Kobieta szybko odwróciła się w jego stronę. Jej ramiona naprężyły się, spojrzenie wyostrzyło.

– Natalia Czeredniczenkowa. Czy nikt już nie pamięta tego nazwiska? W tym domu?

Zdarzył się pierwszy i moim zdaniem jedyny moment porozumienia między Walterem, Aaronem i mną. Spoglądaliśmy na siebie bezradnie.

– Powinniśmy znać to nazwisko? – zapytałem.

Walter podszedł bliżej.

– Wydaje mi się, że powinna już pani sobie pójść. Zwiedzanie zakończone. Jeśli nie ma pan nic przeciwko, panie Vernau.

Popatrzył na mnie złośliwie, chwycił kobietę za ramię i wyprowadził na zewnątrz. Aaron wbiegał już po schodach na drugie piętro. Miał zatem umówione spotkanie u baronowej i przypuszczalnie zamierzał na gorąco opowiedzieć jej o tej osobliwej wizycie.

– Czego ona chciała? – Walter zdjął zakurzony płaszcz.

Przyjrzałem się niezdecydowanie kartce w mojej ręce, po czym schowałem ją do kieszeni.

– Nie mam pojęcia.

Z góry dało się słyszeć skrzypienie. Cień prześlizgnął się za drzwiami, które cicho się zamknęły.

– Przyjrzę się jej – powiedział Walter i zniknął w swoim królestwie.

Namacać kartkę palcami. Rosjanka była tą kobietą, którą widziałem wcześniej na cmentarzu.

Wieczorem opowiedziałem o niej Sigrun. Staliśmy obok siebie przed lustrem w łazience i szykowaliśmy się do opery; mieliśmy mało czasu, a chcieliśmy jeszcze około siódmej zabrać Utza.

– Może szpieguje dla rosyjskiej mafii, czy nie warto by było się włamać. A ty ją wpuściłeś do środka.

– Tylko do holu.

Obróciła się w moją stronę.

– To wystarczy. Każdy, kto wchodzi do budynku od frontu, od razu sobie myśli, że jesteśmy Rockefellerami.

Wyszczerzyłem się do niej.

– A to nieprawda?

Między brwiami Sigrun pojawiła się zmarszczka.

– Przecież wiesz bardzo dobrze. Wciąż mnie zastanawia, jakim cudem jeszcze nie splajtowaliśmy. Najwyraźniej babunia ma jeszcze jakieś atu w swojej skrzyni z posagiem. Dam znać ochronie. Powinni mieć oczy szeroko otwarte.

Jako senator i zastępczyni burmistrza Sigrun przysługiwał opłacany przez kraj związkowy Berlin samochód z kierowcą i całodobowa ochrona.

– Jutro przychodzą ludzie z „Berliner Tageszeitung” – powiedziała, sięgając po szczoteczkę do zębów. – Weźmiesz w tym udział?

– O której?

– Między trzecią a czwartą.

– Nie da rady… – Szukałem moich spinek do mankietów. – Mam otwarcie testamentu Lehnsfeldów.

Sigrun wypluła resztki pasty do umywalki.

– To dla mnie ważna sprawa.

– A dla twojego ojca jest ważne, żebym był przy otwarciu testamentu. To poważna spuścizna i już teraz są z nią problemy.

– A dla mnie to cholernie ważne wybory i chcę dostać sprawy wewnętrzne.

Stanęła na palcach i zlustrowała swoje lśniąco białe uzębienie.

– Sprawy wewnętrzne – jęknąłem i wyciągnąłem w jej stronę pozbawione spinek do mankietów końce rękawów. – Mówiłem ci już sto razy, tego resortu kobieta nie dostanie. Rodzina, kultura, sądownictwo – nie ma problemu. Jednak spraw wewnętrznych na pewno ci nie oddadzą.

Sigrun wsunęła spinki w otwory mankietów.

– Możliwe. Skoro nie mam wsparcia nawet mojego partnera życiowego…

– A do czego ja ci jestem potrzebny na tych zdjęciach?

– Pokażą, że jestem w stanie godzić karierę polityczną i szczęśliwe życie prywatne.

– A nie wystarczy, że my o tym wiemy? – spytałem ją cicho.

– W tym wypadku nie.

Próbowałem uporać się z krawatem.

– Pięć minut. W międzyczasie. I to tylko kiedy uda się to zaaranżować.

Posłała mi promienny uśmiech.

– O więcej przecież nie proszę.

Chętnie bym ją pocałował, ale nie mieliśmy na to czasu.

– Porsche, jaguar, mercedes?

Zaśmiała się.

– Mercedes. Dziś wieczorem jesteśmy grzeczni.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents
Wstęp
Rozdział 1
Rozdział 2