Wydawca: Ole Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Opętana - Niki Valentine

Komu masz zaufać, gdy nie możesz już ufać samej sobie?

Życie Emmy zawsze było ciężkie, więc teraz, gdy została przyjęta do prestiżowej szkoły muzycznej, ma zamiar się wyróżniać. Jednak w jej życie wkraczają z impetem niesamowicie szykowne bliźniaczki, pewna siebie Sophie i cicha Matilde. Fundują jej szampana, zapraszają na przyjęcia i oczekują, że Emma poświęci im całą swoją uwagę.

Kiedy nieśmiała Matilde popełnia samobójstwo, jej identycznie wyglądająca siostra Sophie, rozkwita. Emmie zaczynają się przydarzać osobliwe rzeczy: ma zaniki pamięci, budzi się w zaskakujących miejscach, nękają ją dziwaczne sny. Coś albo ktoś pożera jej umysł. Przerażona Emma zaczyna wątpić we wszystko i we wszystkich ludzi, którzy ją otaczają. Nie dowierza zwłaszcza pięknej Sophie…

Czy Emma traci zmysły, czy traci samą siebie?

Opinie o ebooku Opętana - Niki Valentine

Fragment ebooka Opętana - Niki Valentine

Niki Va­len­ti­ne

Opętana

Tłuma­cze­nie: Ro­man Pa­le­wicz

Tytuł ory­gi­nału: Po­sses­sed

First pu­bli­shed in Gre­at Bri­ta­in in 2012 by Sphe­re

Co­py­ri­ght © Ni­co­la Va­len­ti­ne 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.,

War­sza­wa 2014

All ri­ghts re­se­rved

Wszyst­kie opi­sa­ne w książce po­sta­ci i wy­da­rze­nia, poza oso­ba­mi po­wszech­nie zna­ny­mi, są fik­cyj­ne i wszel­kie po­do­bieństwo do praw­dzi­wych osób, żyjących bądź zmarłych, jest całko­wi­cie przy­pad­ko­we.

Ko­or­dy­na­cja pro­jek­tu: Agen­cja Wy­daw­ni­cza Sy­ner­gy

Tłuma­cze­nie: Ro­man Pa­le­wicz

Kon­sul­ta­cja: Aga­ta Me­is­sner

Re­dak­cja: Elżbie­ta Me­is­sner

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Gre­la-To­kar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okładki: © Zhe­ni­key­ev / Istock­pho­to.com

Skład i łama­nie: Open. Agen­cja wy­daw­ni­czo-re­kla­mo­wa R. Wal­czyński

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-444-3

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Po­dzięko­wa­nia

W sposób szczególny dziękuję Lu­igie­mu Bo­no­mie­mu, Cath Bur­ke, Tha­lii Proc­tor i wszyst­kim oso­bom z fir­my Lit­tle, Brown. A także Cha­do­wi, ma­mie, ta­cie, De­bo­rah, Pau­lo­wi, Ada­mo­wi, Da­niel­le i Na­ta­lie, jak również całej mo­jej ro­dzi­nie, za słowa zachęty i za­dzi­wiające wspar­cie, na które za­wsze mogę li­czyć. Dziękuję też moim ko­le­gom pi­sa­rzom, a zwłasz­cza Ri­char­do­wi Pil­gri­mo­wi oraz Ma­rii Al­len. I wresz­cie wiel­kie dzięki dla mo­ich stu­dentów z uni­wer­sy­te­tu w Not­tin­gham, którzy mnie in­spi­rują i dys­cy­pli­nują.

Dla Cha­da, mo­je­go uro­cze­go męża

Roz­dział 1

Emma sie­działa na łóżku. Trwało to już od go­dzi­ny, odkąd wyszła jej mat­ka. Była jak spa­ra­liżowa­na. Wie­działa, że po­win­na wyjść z po­ko­ju i spróbować po­znać paru in­nych stu­dentów, zacząć nowe życie, ale nie po­tra­fiła się do tego zmu­sić. Wciąż pa­trzyła przez wy­pielęgno­wa­ne ogro­dy uni­wer­sy­tec­kie na bu­dy­nek, w którym miała spędzać większość cza­su. Kon­ser­wa­to­rium. Ta na­zwa roz­brzmie­wała szep­tem w jej głowie, ale gmach spoglądał na nią śle­py­mi ocza­mi okien i szcze­rzył czarną paszczę drzwi. Czuła się tak, jak­by mógł ją połknąć, całko­wi­cie pochłonąć. Jeżeli tyl­ko nie będzie ostrożna.

Kie­dy Emma przy­była tu po raz pierw­szy, na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną, wy­obrażała so­bie to miej­sce jako ra­dos­ny za­mek, a uni­wer­sy­tet jako coś w ro­dza­ju szkoły z in­ter­na­tem, tyle tyl­ko, że stu­den­ci mie­li kon­ta w ban­ku i znacz­nie więcej wol­ności. Po­nie­waż uczęszczała do państwo­wej szkoły w Man­che­ste­rze, szkoła z in­ter­na­tem wy­da­wała się jej czymś ro­man­tycz­nym, czymś jak­by wziętym z po­wieści, pełnej uczt o północy i meczów ho­ke­ja. A te­raz sie­działa tu­taj i była nie­co mądrzej­sza. Czuła, jak to jest być poza do­mem, w całko­wi­tej sa­mot­ności. Nig­dy wcześniej nie zda­wała so­bie spra­wy, jak bez­piecz­ne było życie pośród ro­dzi­ny.

Te­raz, patrząc na kon­ser­wa­to­rium, po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, że nig­dy nie uzna tego miej­sca za przy­ja­zne. Gmach wzno­sił się na szczy­cie wzgórza, spo­ry kawałek od bu­dynków miesz­kal­nych. Nie­bo było ciem­ne od chmur, rzu­cających na nie­go cie­nie. Prawdę mówiąc, z tymi dwie­ma wieżami od północy i wiel­ki­mi pa­no­ra­micz­ny­mi okna­mi przy­po­mi­nał bar­dziej oka­załe do­mo­stwo niż za­mek. Nad głównym ho­lem wzno­siła się sre­brzy­sto­zie­lo­na kopuła, po­mniej­szo­na ko­pia tej, która wieńczy ka­tedrę św. Pawła. Jak się do­wie­działa pod­czas roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, jej dokładna re­pli­ka. Do główne­go wejścia pro­wa­dziły scho­dy. Ich ka­mie­nie były sza­re i wie­ko­we, przy­wo­dziły na myśl go­tyc­kie kościoły, które tak po­do­bały się Em­mie w Paryżu, kie­dy po­je­chała tam z mamą w na­grodę za do­sko­nałe oce­ny w szko­le. Te­raz wy­da­wało się, że od tam­tych wa­ka­cji minęły wie­ki. Emma czuła się tak, jak­by przeszła przez jakiś por­tal do in­ne­go świa­ta. W książkach, które tak się roz­po­czy­nały, w tym in­nym świe­cie za­wsze czaiło się zło. Ma­gicz­ny nóż, nik­czem­na królowa ze swo­im ra­chatłukum – w wy­obraźni Emmy błąkały się ta­kie rze­czy. Ale ona nie wie­rzyła w te non­sen­sy. Wolała be­le­try­stykę dla do­rosłych. Nie za­mie­rzała po­zwo­lić na to, żeby tam­te hi­sto­ryj­ki prze­ra­ziły ją te­raz.

Pomyślała o tym, żeby wyjąć ze­ga­rek i spraw­dzić, która go­dzi­na, ale wciąż nie po­tra­fiła na­wet drgnąć. Wie­działa, że musi się wy­rwać z tego odrętwie­nia, lecz nie wie­działa jak. I wte­dy roz­legło się pu­ka­nie do drzwi. Ten dźwięk jak­by zdjął z niej urok, bo Emma stwier­dziła na­gle, że może się po­ru­szać. Wstała.

Otwo­rzyła drzwi. Do po­ko­ju zaj­rzała wy­so­ka i smukła dziew­czy­na. Miała nie­omal kru­czo­czar­ne włosy, a jej oczy były in­ten­syw­nie nie­bie­skie. Tak nie­bie­skie, że wy­da­wały się płonąć ul­tra­fio­le­tem. Roz­ta­czała aurę niepo­ko­ju. Emma pomyślała, że nie po­win­na dać się prze­stra­szyć. To nie leżało w jej sty­lu.

– Cześć – po­wie­działa dziew­czy­na, wyciągając rękę. Miała cha­rak­te­ry­stycz­ny ak­cent, który Em­mie ko­ja­rzył się z łaj­da­ka­mi z filmów o Ja­me­sie Bon­dzie.

Przez mo­ment Emma pa­trzyła na dłoń, jak gdy­by nie wie­działa, co ona ozna­cza, ale za­pa­no­wała nad sobą i uścisnęła ją.

– Cześć – po­wie­działa. – Je­stem Emma Rus­sel.

– Tak. – Oczy dziew­czy­ny skrzyły się szel­mow­sko. Emma była w sta­nie so­bie wy­obra­zić, że wygłupia się z nią w kla­sie albo roz­ra­bia na uli­cy, pu­kając do drzwi i ucie­kając, tak jak kie­dyś ze swoją ku­zynką. – Wiem, kim je­steś. Wi­działam, jak grasz w Bir­ming­ham.

– Och. – Emma wciąż nie mogła się przy­zwy­czaić do ta­kich re­ak­cji. – Jak się na­zy­wasz? – za­py­tała. To py­ta­nie spra­wiło, że po­czuła się na­gle bar­dzo młoda, jak dzie­ciak z pod­stawówki.

– Mogę wejść? – Dziew­czy­na nie cze­kała na od­po­wiedź, tyl­ko minęła Emmę, weszła do po­ko­ju i usiadła na łóżku. – O! – po­wie­działa, od­wra­cając się z sze­ro­kim uśmie­chem. Z jej twa­rzy zda­wał się bić blask. – Nie roz­pa­ko­wałaś się jesz­cze.

– Nie – zaśmiała się Emma. Obec­ność no­wej zna­jo­mej wydała się tak pociągająca, że chciała wy­znać jej wszyst­ko, czując, że tam­ta to zro­zu­mie. – Sie­działam, użalałam się nad sobą i pa­trzyłam na bu­dy­nek kon­ser­wa­to­rium.

Dziew­czy­na uśmiechnęła się do niej.

– Mu­siałam się wy­rwać. – Wyciągnęła się na łóżku i spoj­rzała na su­fit, wodząc wzro­kiem po kar­ni­szu i pla­mach. – Moja sio­stra do­pro­wa­dzała mnie do obłędu.

– Wiem, co masz na myśli. W moim domu było tak samo. Wiesz, tyl­ko ja i moja mama, ale ona cza­sem trochę prze­sa­dza. Jest na­do­pie­kuńcza. Ro­zu­miesz? – Emma słyszała swój głos, te twar­de, no­so­we głoski z Północy. Po raz pierw­szy w życiu uświa­do­miła so­bie, jak muszą od­bie­rać ją inni, i nie była tym za­chwy­co­na.

Dziew­czy­na na łóżku wy­da­wała się zmie­sza­na, jak gdy­by nie miała pojęcia o co cho­dzi Em­mie. Od drzwi do­biegł jakiś dźwięk. Emma spoj­rzała w tamtą stronę. Nie zda­wała so­bie spra­wy, że zo­sta­wiła je otwar­te. Przez mo­ment wy­da­wało jej się, że ma przy­wi­dze­nia. W drzwiach stała dru­ga dziew­czy­na, zupełnie iden­tycz­na jak ta, która leżała na łóżku. Emma pa­trzyła to na jedną, to na drugą. Próbowała zo­ba­czyć je obie, aż zakręciło się jej w głowie.

– Szu­kałam cię, So­phie – po­wie­działa dziew­czy­na w drzwiach.

– Po­zna­wałam Emmę. Wiesz, to cu­dow­ne dziec­ko. Wi­działyśmy, jak gra w Bir­ming­ham.

Emma skrzy­wiła się, słysząc sfor­mułowa­nie „cu­dow­ne dziec­ko”. Za­wsze go nie­na­wi­dziła. Czuła, że lu­dzie w jej wie­ku używają go częściej prze­ciw­ko niej, niż aby ją po­chwa­lić.

– Tak, pamiętam – przy­taknęła dziew­czy­na spod drzwi. Jej głos był bez­na­miętny, po­zba­wio­ny en­tu­zja­zmu. Emma czuła wyraźnie, że tkwi w sa­mym środ­ku sprzecz­ki pomiędzy bliźniacz­ka­mi. To było nie­przy­jem­ne.

– To moja sio­stra, Ma­til­de – po­wie­działa So­phie, wska­zując ge­stem drzwi. Sie­działa na łóżku, obej­mując rękoma ko­la­na. Wyglądało na to, że czu­je się jak u sie­bie, jak­by była tu go­spo­dy­nią. Emma nig­dy by się nie odważyła na coś ta­kie­go w cu­dzym po­ko­ju. Żałowała, że nie przy­po­mi­na nie­co bar­dziej tej dziw­nej, pew­nej sie­bie isto­ty.

– Wejdź – Emma za­pro­siła Ma­til­de. Nie była pew­na, czy na­prawdę pra­gnie to­wa­rzy­stwa. Na­wet gdy­by to miało być to­wa­rzy­stwo tych dwu by­strych i pięknych dziew­czyn. Może właśnie nie ta­kich. Wytrąciły ją z równo­wa­gi. Lecz po­tem Ma­til­de się uśmiechnęła i w jej uśmie­chu było praw­dzi­we ciepło. Po­deszła do łóżka i usiadła obok sio­stry, ale na sa­mym skra­ju. Kie­dy uśmiechnęła się po­now­nie, Emma uświa­do­miła so­bie, iż Ma­til­de ocze­ku­je ja­kie­goś po­twier­dze­nia, że w ta­kim sposo­bie sie­dze­nia na łóżku nie ma nic złego.

To było oso­bli­we. Emma wie­le czy­tała na te­mat bliźniąt i oglądała fil­my do­ku­men­tal­ne. Wie­działa, że po­mi­mo iden­tycz­ne­go DNA mają od­mien­ne ce­chy cha­rak­te­ru, ale mimo wszyst­ko, oglądając to na własne oczy, czuła się dziw­nie. Pod­czas gdy wygląd sióstr był oszałamiająco iden­tycz­ny, na­tych­miast wy­czuła różnicę ich oso­bo­wości. Różnicę równie wyraźną, jak ten od­mien­ny sposób sie­dze­nia na łóżku. Choć ak­cent zdra­dzał, że bliźniacz­ki wy­wodzą się z całkiem in­ne­go śro­do­wi­ska niż ona, czuła, że Ma­til­de jest w jakiś sposób do niej po­dob­na. Gdy­by nie So­phie, praw­do­po­dob­nie obie nadal sie­działyby na swo­ich łóżkach, wpa­trując się w cam­pus. Emma zno­wu spoj­rzała w oczy Ma­til­de. Wy­mie­niły uśmiech pełen zro­zu­mie­nia.

– Nudzę się – po­wie­działa So­phie, wyciągając się na łóżku jak kot­ka. – Chodźmy gdzieś. Na obiad, czy coś w tym ro­dza­ju.

– Muszę uważać z moją do­tacją – stwier­dziła bez ogródek Emma. Była tak za­pro­gra­mo­wa­na na tego typu myśle­nie, że te słowa wy­le­ciały z jej ust, za­nim zdążyła je po­wstrzy­mać, za­nim zdążyła pomyśleć, jak mogą za­brzmieć w uszach ta­kich dziew­czyn.

– Do­ta­cja? – powtórzyła So­phie. Wy­po­wie­działa to słowo tak, że wy­da­wało się śmiesz­ne. – Myślałam, że lu­dzie do­sta­wa­li ta­kie rze­czy w la­tach osiem­dzie­siątych. – Par­sknęła śmie­chem i Emma wzdrygnęła się, prze­czu­wając, co będzie da­lej. – Ach, masz sty­pen­dium! No ja­sne, przy ta­kim zabójczym ta­len­cie! Za­po­mniałam! – Wy­da­wała się bar­dzo dum­na z fak­tu, że na to wpadła.

– My możemy zapłacić – po­wie­działa Ma­til­de ci­cho i poważnie. Sku­bała zębami pa­zno­kieć, jak­by miała za­miar od­gryźć jego kawałek. Zmarsz­czyła brwi i cofnęła rękę. – Prawdę mówiąc, na­le­gam.

– No, nie wiem – bąknęła Emma. Roz­pacz­li­wie prag­nęła wyjść z tymi dziew­czy­na­mi i po­znać je, ale wzbra­niała się z po­wo­du stra­chu i po­czu­cia dumy. Już od sa­me­go sie­dze­nia z nimi kręciło jej się w głowie. Pomyślała, że to przy­po­mi­na trochę za­ko­cha­nie. Czuła się za­grożona.

– Nie bądź głupia – po­wie­działa So­phie. – Oczy­wiście, że my płaci­my.

Wstała i to samo zro­biła Ma­til­de, a Emma stwier­dziła, że sięga po to­rebkę. Wyszły obie z po­ko­ju za So­phie, a Emma za­mknęła drzwi.

Odwróciła się do bliźnia­czek, które te­raz wydały jej się obce. Stała na dziw­nym uni­wer­sy­tec­kim ko­ry­ta­rzu, w mieście, o którym nic nie wie­działa. Była prze­rażona, ale czuła też, że za Ma­til­de poszłaby wszędzie. A gdy spoj­rzała na So­phie, wie­działa, że ta dziew­czy­na przy­wykła do ro­bie­nia wszyst­kie­go po swo­je­mu.

Do cen­trum po­je­chały taksówką. So­phie wyjaśniła kie­row­cy, dokąd ma je­chać. Pew­ność sie­bie, z jaką to zro­biła, zdu­miała Emmę. Po­le­ce­nie było bar­dzo kon­kret­ne: bi­stro przy Hen­riet­ta Ave­nue. Naj­wy­raźniej bliźniacz­ki znały już mia­sto.

Bi­stro należało do tych miejsc, które Emma mijała w co bar­dziej ele­ganc­kich dziel­ni­cach Man­che­ste­ru i Sal­ford, za­wsze mając ochotę tam wejść. Ale ich nie było stać na ja­da­nie na mieście. Chy­ba że w święta. Wzdłuż całego fron­tu ciągnęły się podwójne prze­szklo­ne drzwi wy­chodzące na chod­nik. Na zewnątrz nie było sto­lików, ale siedząc przy oknie, lu­dzie czu­li się pra­wie tak jak na uli­cy. Bliźniacz­ki, naj­wy­raźniej przy­zwy­cza­jo­ne do luk­su­su, wpłynęły gładko do środ­ka, na­to­miast Emma za­wa­hała się przy drzwiach. Mimo że nie miała płacić, była wy­stra­szo­na. Czuła się, jak­by wejście do tego lo­ka­lu miało jakoś zmie­nić jej świat. Jak­by to był ro­dzaj próby.

So­phie na­wet tego nie za­uważyła, rozglądając się za sto­li­kiem, ale Ma­til­de odwróciła się. Emma wie­działa, że to Ma­til­de, bo miała na so­bie czer­woną bluzkę, ale pomyślała, że i tak mogłaby się zo­rien­to­wać, cho­ciażby po tym, że na nią za­cze­kała. Ma­til­de cofnęła się i wyciągnęła rękę.

– Chodź – po­wie­działa. – Papa zna właści­cie­la. Tu jest na­prawdę nieźle.

To wy­star­czyło, żeby Emma weszła do środ­ka. So­phie wy­brała sto­lik i wszyst­kie trzy usiadły. Emma ro­zej­rzała się. Sala była wy­so­ka, ozdo­bio­na żyran­do­la­mi. Gdy na nie pa­trzyła, mi­go­tały do niej. Nie mogła uwie­rzyć, że wi­dzi żyran­do­le. To było coś jak z po­wieści Jane Au­sten. Odwróciła się do dziew­czyn i stwier­dziła, że obie się jej przyglądają. Po­czuła się skrępo­wa­na, jak obiekt badań albo zwierzę w zoo. Uświa­do­miła so­bie, że dla bliźnia­czek jest czymś równie eg­zo­tycz­nym, jak każda z nich dla niej.

– Do­brze zna­cie to mia­sto – za­uważyła, żeby prze­rwać mil­cze­nie.

So­phie się uśmiechnęła.

– Nasi ro­dzi­ce miesz­kają na wsi, nie­da­le­ko stąd.

Emma do­strzegła w jej ak­cen­cie inną nutkę, coś, cze­go wcześniej nie usłyszała. To było coś eu­ro­pej­skie­go.

– Je­steście z Fran­cji? – za­py­tała. Te słowa wypłynęły z niej bez­wied­nie i na­tych­miast ich pożałowała. Prze­cież So­phie właśnie jej po­wie­działa, że są stąd.

– Nasi ro­dzi­ce są. To zna­czy my się tam uro­dziłyśmy, ale odkąd pamiętam, miesz­ka­my tu­taj. – To była Ma­til­de. Jej łagod­ny głos niósł Em­mie ra­tu­nek.

So­phie wyglądała na po­iry­to­waną, jak­by Ma­til­de ode­zwała się nie w porę. Lecz ten wy­raz twa­rzy znikł równie szyb­ko, jak się po­ja­wił, i Emma za­sta­na­wiała się, czy jed­nak nie był przy­wi­dze­niem. Uświa­do­miła so­bie, że jesz­cze nie zaj­rzała do menu. Ode­rwała oczy od bliźnia­czek, żeby to w końcu zro­bić. Kie­dy oszołomio­na sie­działa na łóżku, ominął ją posiłek i była bar­dzo głodna. Nie mogła uwie­rzyć, że dała się wytrącić z równo­wa­gi do tego stop­nia. Te­raz, kie­dy sie­działa na plu­szo­wym krześle, w wy­twor­nym bi­stro, obok tych pięknych i oby­tych w świe­cie młodych ko­biet, wy­da­wało się to śmiesz­ne. Spoj­rzała na nie i uśmiechnęła się. Uświa­da­miały jej, jaka oka­zja spo­tkała ją w życiu. Przy­po­mniała so­bie, jak mama opo­wia­dała, że chciała pójść na uni­wer­sy­tet, ale nie miała wspar­cia ro­dziców. Zno­wu po­czuła wdzięczność.

Menu było za­gma­twa­ne. Emma nie zro­zu­miała połowy opisów po­traw. Nie miała pojęcia, co to ta­kie­go car­pac­cio. Po­tra­fiła so­bie przetłuma­czyć, co zna­czy chèvre chaud, ale nie mogła uwie­rzyć, że na­prawdę cho­dzi o gorącą kozę. Była zbyt zakłopo­ta­na, żeby za­py­tać, więc ostrożnie wy­brała mi­seczkę ma­ka­ro­nu. So­phie gry­ma­siła przez chwilę nad listą win i w końcu, kie­dy już skry­ty­ko­wała wszyst­kie wy­mie­nio­ne w kar­cie rocz­ni­ki, wy­brała „znośne” Bor­de­aux. Emma potrąciła świecę. Złapała ją zde­ner­wo­wa­na, w samą porę, by nie pod­pa­lić ob­ru­sa, ale przy tym boleśnie oprys­kała so­bie ręce roz­to­pio­nym wo­skiem. Sta­rała się nie oka­zy­wać, jak cier­pi. Była prze­ko­na­na, że gdy­by zo­stała z So­phie sam na sam, cho­ciażby przez chwilę, pożałowałaby tego. Nie umiała so­bie wy­obra­zić, że z jej stro­ny mogłoby ją spo­tkać co­kol­wiek, prócz po­gar­dy dla nie­wy­ro­bio­nej isto­ty, wy­cho­wa­nej ze skrom­nej pen­sji przez matkę.

– Kto będzie two­im na­uczy­cie­lem for­te­pia­nu, Emmo? – za­py­tała Ma­til­de. Na­wet głos miała nie­co mniej szorst­ki niż So­phie. Był me­lo­dyj­ny i życz­li­wy.

– Pro­fe­sor Wood – od­parła Emma.

Usłyszaw­szy to na­zwi­sko, Ma­til­de się skrzy­wiła. So­phie była nie­obec­na. Ma­chała do kel­nerów i do­py­ty­wała się o wino, które zamówiła za­le­d­wie kil­ka mi­nut wcześ­niej. Po­tem coś się zmie­niło i zno­wu spoj­rzała pro­sto na Emmę.

– To przy­ja­ciel papy. – Słowo „papa” wymówiła w sta­ro­mod­ny sposób, z ak­cen­tem na drugą sy­labę. – Zna­my go od lat.

– I nie lu­bi­cie go? – Emma usłyszała własny pod­szy­ty pa­niką głos. Prze­ko­nała się do Wo­oda pod­czas roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej. Między in­ny­mi z jego po­wo­du wy­brała ten uni­wer­sy­tet. Pro­fe­sor zro­bił na niej wrażenie człowie­ka szcze­re­go i oj­cow­skie­go.

So­phie wydała dziw­ny dźwięk, stłumio­ny śmiech, który za­brzmiał gorz­ko. – Nie­zu­pełnie tak bym to ujęła.

– Cza­sa­mi po­tra­fisz być taką suką, Soph – po­wie­działa Ma­til­de, marszcząc brwi.

At­mos­fe­ra się zwa­rzyła. Emma za­ru­mie­niła się lek­ko. Była zmie­sza­na. Miała wyraźne wrażenie, że So­phie su­ge­ru­je ja­kieś ro­man­tycz­ne powiąza­nia. Z pew­nością nie mogło jej o to cho­dzić. Wood był od Ma­til­de o tyle star­szy. I nie wyglądał na człowie­ka tego typu.

– Opo­wiedz nam, jak na­uczyłaś się grać – po­pro­siła Ma­til­de. – Uwiel­biam ta­kie hi­sto­rie.

Emma uśmiechnęła się z zakłopo­ta­niem. Wy­czu­wała z tonu głosu, że Ma­til­de nie kpi ani nie próbuje za­sta­wić pułapki.

– To było tak daw­no temu, że pra­wie nie pamiętam. Pożyczyłam po pro­stu książkę z bi­blio­te­ki.

– Taki ta­lent – po­wie­działa So­phie. Z jej głosu nie sposób było wy­wnio­sko­wać, czy ma do­bre in­ten­cje.

– Więc jaki jest ten Wood? – za­py­tała z ko­lei Emma, żeby zmie­nić te­mat.

– Naj­lep­szy – od­parła Ma­til­de. – To zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy na­uczy­ciel for­te­pia­nu, ja­kie­go mogłabyś mieć – dodała szyb­ko, a jej po­licz­ki się zaróżowiły.

Na­deszła kel­ner­ka z Bor­de­aux. Była zde­ner­wo­wa­na, gdy po­ka­zy­wała So­phie ety­kietę, ale ta apro­bująco kiwnęła głową i kazała nalać. Emma zakręciła kie­lisz­kiem, tak jak wi­działa w te­le­wi­zji. Pociągnęła łyczek. Wino wydało się jej gorz­kie. Może trze­ba je było po­lu­bić.

– Pew­nie musi ode­tchnąć – po­wie­działa So­phie.

Emma nie miała pojęcia, co to zna­czy, ale domyśliła się, że cho­dzi o wy­mie­sza­nie z po­wie­trzem. Ostrożnie po­sta­wiła kie­li­szek na sto­le i spoj­rzała na bliźniacz­ki, próbując je jakoś rozróżnić. Kie­dy tak na nie pa­trzyła, nie wy­da­wały się iden­tycz­ne jak zwier­cia­dla­ne od­bi­cia. Lu­strza­ne bliźniacz­ki. Kie­dyś już o tym czy­tała. Jed­nak różnice były mi­ni­mal­ne, bo ich twa­rze wy­da­wały się ta­kie sy­me­trycz­ne. Wyglądały na szczęśliwe, do­sko­nałe dziew­czy­ny, ale Emma wy­obra­ziła so­bie, że muszą skry­wać jakiś mrocz­ny se­kret.

A po­tem uśmiechnęła się do sie­bie w du­chu. Prze­czy­tała zbyt wie­le po­wieści Da­ph­ne du Mau­rier. Praw­dzi­we życie tak nie wygląda.

Roz­dział 2

Obu­dziw­szy się, Emma po­czuła su­chość w ustach i pul­so­wa­nie w głowie. Prze­sunęła języ­kiem po zębach i stwier­dziła, że są lep­kie. Nie mogła so­bie przy­po­mnieć, czy umyła je przed pójściem do łóżka. Z całą pew­nością za­po­mniała o wyjęciu szkieł kon­tak­to­wych, bo kie­dy mru­gała, wszyst­ko było trochę za­mglo­ne. Po­przed­nie­go wie­czo­ru zno­wu spe­dzała czas w mieście z bliźniacz­ka­mi. Sta­wało się to po­wo­li zwy­cza­jem.

Kil­ka ostat­nich go­dzin tej wy­pra­wy mogła uznać w naj­lep­szym ra­zie za mgli­ste. Pamiętała, że je­chała taksówką i miała mdłości. Nie rzu­ciła pa­wia, albo tak jej się przy­najm­niej wy­da­wało. Gdy usiadła na łóżku, z tru­dem trzy­mała w pio­nie głowę. Bała się, że zwy­mio­tu­je, więc wzięła kil­ka głębo­kich od­dechów. Po kil­ku chwi­lach nud­ności ustąpiły. Spoj­rzała na ra­dio z ze­ga­rem. Wyświe­tlacz po­ka­zy­wał jakąś przy­pad­kową go­dzinę i migał, dając znać, że nie zo­stał jesz­cze usta­wio­ny. Pamiętała, że wal­czyła z nim przed pójściem spać. Usiłowała doj­rzeć wyświe­tla­ne cy­fry, ale nie mogła, więc się pod­dała i padła na łóżko, za­ci­skając zęby, bo cały pokój wi­ro­wał. Ze­ga­rek leżał na to­a­let­ce. Emma sięgnęła po nie­go. Była za pięć szósta. Obu­dziła się wcześnie, po­mi­mo za­rwa­nej nocy. Miała przed sobą pierw­szy dzień wykładów. Z ka­cem i w oku­la­rach. Wes­tchnęła i po­tarła so­bie skro­nie.

Usiłując wstać, oparła się na łóżku. Pokój był maleńki i od prysz­ni­ca dzie­liło ją tyl­ko kil­ka kroków. To była jed­na z rze­czy, które ze­psuły jej nastrój, kie­dy zja­wiła się tu po raz pierw­szy. Nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, że będzie miesz­kać w tym miej­scu przez cały rok. Kie­dy składała po­da­nie o przy­dział kwa­te­ry, brzmiało to tak cu­dow­nie: jed­no­oso­bo­wy pokój z łazienką i kąci­kiem do na­uki. W opi­sie nie wspo­mnia­no, że aby ko­rzy­stać z biur­ka, trze­ba było sie­dzieć na łóżku, a łazien­ka była w za­sa­dzie szafą z za­mon­to­waną w środ­ku to­a­letą i prysz­ni­cem. Emma weszła do tej cia­snej prze­strze­ni, ale nie za­mknęła drzwi. Per­spek­ty­wa za­mknięcia w tym miej­scu przy­pra­wiała ją o atak klau­stro­fo­bii. Zaciągnęła ko­tarę prysz­ni­ca i odkręciła wodę, która spa­dała na jej głowę i spływała po cie­le, przy­nosząc swo­im ciepłem trochę ulgi.

Kie­dy już się wy­tarła i ubrała, umyw­szy wcześniej zęby i wyjąwszy so­czew­ki kon­tak­to­we, spoj­rzała na swoją twarz w lu­strze. Jej skóra była su­cha i zie­mi­sta. Oku­la­ry, które miała ze sobą, sta­no­wiły awa­ryjną parę i nie było jej w nich ład­nie. Przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy nie założyć po­now­nie so­cze­wek, ale za bar­dzo bolały ją oczy. Skąd wziął się ten cha­os? To wca­le nie był jej styl. To wszyst­ko wpro­wa­dziły do jej życia bliźniacz­ki, ze swo­imi kosz­tow­ny­mi gu­sta­mi, kar­ta­mi kre­dy­to­wy­mi i całym tym szam­pa­nem. Emma po­tra­fiła to jakość znieść. W ciągu dni prze­zna­czo­nych na ad­ap­tację na uczel­ni zda­rzały się gor­sze rze­czy niż szam­pan i cha­os. A bliźniacz­ki były tego war­te. Zwłasz­cza Ma­til­de.

Rzecz nie w tym, że Emma nie lubiła So­phie, nie­wie­le było osób, które lubiła bar­dziej. Tyle tyl­ko, że z Ma­til­de było in­a­czej. Cich­sza z sióstr częściej zo­sta­wała z tyłu, żeby iść obok Emmy. Za­wsze pierw­sza sięgała po sztućce, żeby wska­zać jej od­po­wied­ni wi­de­lec albo nóż. Wyjaśniała to, cze­go Emma nie ro­zu­miała. Z So­phie po pro­stu się przy­jaźniła, ale to z Ma­til­de łączyło ją coś głębsze­go. Jak gdy­by to Emma była drugą bliźniaczką, a nie So­phie. Emma za­sta­na­wiała się, co by pomyślała So­phie, gdy­by wie­działa, że chodzą jej po głowie ta­kie myśli.

Sala wykłado­wa była już w połowie pełna, kie­dy Emma tam do­tarła. Ro­zej­rzała się, szu­kając bliźnia­czek. Sie­działy z chłopa­kiem, którego dotąd nie po­znała. A w każdym ra­zie, jeśli po­znała, to go nie za­pa­miętała, co z pew­nością było możliwe, zważyw­szy na ilość al­ko­ho­lu wy­pi­te­go w ciągu mi­nio­ne­go ty­go­dnia. Ale ta­kie pi­cie było nor­mal­ne w tym wstępnym, ad­ap­ta­cyj­nym okre­sie. Wszy­scy to ro­bi­li. Emma mówiła so­bie, że przy­sto­pu­je później, gdy roz­poczną się wykłady.

Czy­li dzi­siaj. Przy­ci­skając do pier­si no­tat­nik, próbowała się do­stać do przy­ja­ciółek. Stanęła na końcu rzędu i za­sta­na­wiała się, jak zwrócić ich uwagę. Uniosła rękę i po­ma­chała, ale żadna z dziew­czyn tego nie za­uważyła. Stała i pa­trzyła na nie, lecz jej nie do­strze­gały. Były pochłonięte roz­mową z chłopa­kiem. Emma za­uważyła, że to przy­stoj­ny nie­bie­sko­oki blon­dyn, roz­ta­czający wokół sie­bie aurę człowie­ka uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go. Coś, co na­uczyła się już roz­po­zna­wać. Do­strzegła też od razu, że jest bliźniacz­ka­mi ocza­ro­wa­ny. Nie. Spoj­rzała raz jesz­cze. Po­do­bała mu się Ma­til­de. So­phie ge­sty­ku­lo­wała i mio­tała się przy każdym wy­po­wia­da­nym słowie. Emma roz­po­znała jej sios­trę po powściągli­wości. Zwier­cia­dla­nym prze­ci­wieństwie So­phie. Chłopak nie spusz­czał z Ma­til­de oczu. A ona unios­ła wzrok, za­uważyła Emmę i jak­by się roz­pro­mie­niła.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa Emma do dziew­czy­ny siedzącej na końcu rzędu, która niechętnie wstała i prze­sunęła swo­je tor­by. Było to iry­tujące, ale Emma pa­trzyła na So­phie, która stro­fo­wała Ma­til­de spoj­rze­niem. Po­tem jej wzrok złagod­niał i obie bliźniacz­ki uśmiechnęły się pro­mien­nie. So­phie sie­działa bliżej. Wstała i pocałowała Emmę, naj­pierw w je­den po­li­czek, później w dru­gi, pre­zen­tując nie­na­gan­ne ma­nie­ry i oby­cie.

– To jest Hen­ry – Ma­til­de przed­sta­wiła chłopa­ka.

Hen­ry uśmiechnął się. Wy­da­wał, się trochę nieśmiały.

– Cześć – po­wie­dział. Wyglądał jak­by nie bar­dzo wie­dział, co zro­bić z rękami. Sia­dając obok, Emma po­czuła, że prze­cho­dzi ją dreszcz. Ale chłopak należał już do Ma­til­de, była o tym prze­ko­na­na i nie za­mie­rzała robić z sie­bie idiot­ki.

– Hen­ry miesz­ka w two­im ko­ry­ta­rzu – wyjaśniła jej So­phie. – O kil­ka po­koi od cie­bie. Czy to nie za­baw­ne, że się nie po­zna­liśmy? Aż do dzi­siej­sze­go ran­ka.

– Tak – przy­znała Emma. – Za­baw­ne.

Po­czuła się jak echo albo cień. W obec­ności bliźnia­czek często tak się czuła.

So­pran wzniósł się pod samo skle­pie­nie sali re­ci­ta­lo­wej. Emma była tak po­ru­szo­na jego pięknem, że prze­stała grać. To Ma­til­de śpie­wała Ave Ma­ria Schu­ber­ta. Choć była to tyl­ko próba, urok głosu młodej ko­bie­ty przy­ciąg­nął do sali kil­ka osób, które nie były związane z tym przed­sięwzięciem.

Ma­til­de prze­rwała śpiew. Zapłonęła in­ten­syw­nym ru­mieńcem, od­wra­cając się od lu­dzi, którzy na nią pa­trzy­li. Spoj­rzała w oczy Emmy i uśmiechnęły się do sie­bie. Emmę cie­szyła ta bli­skość. Dzięki próbom spędzały ze sobą mnóstwo cza­su. So­phie nie śpie­wała w chórze, a kie­dy Emma za­py­tała ją dla­cze­go, wy­kpiła ją, mówiąc, że to za­ba­wy dla dzie­ci. Emma wciąż nie mogła się przy­zwy­czaić do tego, że bliźniacz­ki są tak od­mien­ne, choć prze­cież były do sie­bie ta­kie po­dob­ne.

– Od początku. – To była Jo­an­na, stu­dent­ka trze­cie­go roku, która or­ga­ni­zo­wała ten kon­cert. Wy­da­wała się lek­ko po­iry­to­wa­na fak­tem, że wszy­scy za­mie­rają, słysząc głos Ma­til­de, ale zda­niem Emmy po­win­na się z tego cie­szyć. Ona sama mogłaby jej słuchać przez cały dzień.

Jo­an­na podała rytm i Emma zno­wu zaczęła grać. Jed­nym okiem pa­trzyła w nuty, a dru­gim na przy­ja­ciółkę. Ma­til­de miała na so­bie nie­zo­bo­wiązujący strój – dżinsy i T-shirt – ale dzięki nie­mu wyglądała jesz­cze piękniej. Kie­dy miała się włączyć ze śpie­wem, Emma po­czuła, że wszy­scy wstrzy­ma­li od­dech. Ma­til­de roz­poczęła, wy­do­by­wając z sie­bie mu­zykę. Dźwięki Ave Ma­ria przepłynęły przez salę jak duch. Emma po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, że taki głos na­wie­dza ją i prześla­du­je.

Po próbie z Ma­til­de Emma po­czuła na­tchnie­nie do gra­nia własnych utworów. Całe to życie to­wa­rzy­skie spra­wiło, że za­nie­dbała ostat­nio ćwi­cze­nia, przez co czuła się, jak­by bra­ko­wało jej cze­goś niezbędne­go do życia – je­dze­nia, pi­cia, a może na­wet od­dy­cha­nia.

Za­siadłszy przy for­te­pia­nie, po­czuła jed­nak w so­bie pustkę. Ude­rzała w akor­dy, po­tem w przy­pad­ko­we gru­py kla­wi­szy i miała wrażenie, że te dru­gie są bar­dziej prze­ko­nujące. Obec­ność Hen­ry’ego na sali w jakiś sposób ją nie­po­koiła. Nie bar­dzo wie­działa dla­cze­go. Spoglądała to tu, to tam, i waliła w kla­wia­turę. Było to bar­dzo sa­tys­fak­cjo­nujące, tym bar­dziej, że tak źle brzmiało. Czuła się, jak­by tłukła szkło, jak­by nisz­czyła coś piękne­go.

Coś musnęło jej twarz. Coś w ro­dza­ju szep­tu.

– Cześć – roz­legł się głos w jej uchu.

Odwróciła się gwałtow­nie i po­czuła, że tra­ci od­dech. Miała przed sobą jedną z bliźnia­czek, ich nosy pra­wie się do­ty­kały. Pa­trzyła na dziew­czynę, próbując roz­po­znać, czy to So­phie, czy Ma­til­de. To było znacz­nie trud­niej­sze, kie­dy miała przed sobą tyl­ko jedną z nich. Po­tem uświa­do­miła so­bie, że bez względu na to, która to, mu­siała tu być przez jakiś czas. Mu­siała słyszeć te bzdu­ry, które wy­gry­wało cu­dow­ne dziec­ko. Emma po­czuła, że palą ją po­licz­ki.

– Bar­dzo in­te­re­sująca mu­zy­ka. – Ton głosu był twar­dy. By­najm­niej nie przy­ja­zny. Ma­til­de nig­dy by się tak do niej nie ode­zwała, co uzmysłowiło Em­mie, że roz­ma­wia z So­phie.

– Od­re­ago­wuję tyl­ko stres – po­wie­działa, ale i tak mu­siała się odwrócić od gniew­ne­go spoj­rze­nia So­phie. Spuściła wzrok na kla­wia­turę.

– Widzę. – Głos był ten sam. Niełatwy do zin­ter­pre­to­wa­nia, ale z pew­nością nieżycz­li­wy.

Emma nie od­po­wie­działa. Nie miała od­wa­gi. Bała się, że zro­bi z sie­bie jesz­cze większą idiotkę. Za­mknęła kla­wia­turę i odwróciła się.

– Współcze­sny jazz, co? – usiłowała zażar­to­wać, ale jej głos był słaby, wy­mu­szo­ny i próba się nie po­wiodła.

So­phie nie próbowała na­wet uda­wać, że ją to bawi. Emma miała wrażenie, że spoj­rze­nie tam­tej prze­pa­li jej kark, choć była odwrócona i nie miała pojęcia, czy So­phie na nią pa­trzy. Zno­wu po­czuła na szyi jej od­dech. Palący jak pieprz. To ciepło przy­pra­wiło ją o dreszcz.

– Po­win­naś wie­dzieć – syknęła So­phie. – Między mną a moją siostrą nie ma ni­cze­go. – W jej głosie nie było żad­nej dwu­znacz­ności. Tyl­ko groźba. – Ni­cze­go – powtórzyła, jak­by chciała po­sta­wić kropkę.

Emma chciała się odwrócić i spoj­rzeć So­phie w twarz, chciała za­kwe­stio­no­wać jej słowa, ale nie mogła się po­ru­szyć. Uświa­do­miła so­bie, że pra­wie nie zna tej dziew­czy­ny. Ale prze­cież nie próbowała wejść pomiędzy bliźniacz­ki. Były jej przy­ja­ciółkami.

– Wi­działam was tam­te­go dnia, kie­dy wyszłyście ra­zem. Myślałyście, że śpię, ale nie spałam.

Po­wie­trze prze­szył trzask za­my­ka­nych drzwi i Emma zno­wu mogła od­dy­chać. So­phie odeszła.

Emma myślała o jej słowach. Nie miała pojęcia, że za­no­si się na coś ta­kie­go. Za­zwy­czaj do­brze od­czy­ty­wała in­ten­cje lu­dzi, więc świa­do­mość, że tym ra­zem się po­my­liła, prze­szyła ją lek­kim chłodem. Byłoby szko­da, gdy­by So­phie stała się za­zdro­sna i prze­wrażli­wio­na. Emma mu­siała przy­znać, że chciałaby częściej wi­dy­wać się tyl­ko z Ma­til­de. Ale na­prawdę lubiła obie bliźniacz­ki. Nie chciała re­zy­gno­wać ze spędza­nia cza­su z którąkol­wiek z nich.

I wte­dy przyszło jej do głowy jed­no słowo, coś, co z pew­nością mu­siało być przy­czyną całej masy kłopotów. Hen­ry. So­phie wca­le nie za­mie­rzała go lubić, w każdym ra­zie nie te­raz, gdy od­kryła, że woli on Ma­til­de.

Później, kie­dy bliźniacz­ki za­brały ją do wi­niar­ni w mieście, Emma nie mogła do­strzec w So­phie na­wet śladu wcześniej­szej złości. Zaczęła się za­sta­na­wiać, czy nie wymyśliła so­bie tej całej po­tycz­ki. Stały przy wy­so­kim sto­li­ku, gawędząc i pijąc szam­pa­na, który prze­stał już być dla Emmy nowością, i nie była na­wet pew­na, czy w ogóle go lubi. Wy­da­wał się jej kwaśny, a bąbel­ki piekły ją w język.

So­phie była jak zwy­kle ożywio­na. Opo­wia­dała ze swadą o jed­nej z wykładow­czyń. Cho­dziło o uko­chaną pro­fe­sor Mar­gie, pro­mo­torkę Emmy. Wyróżniała się tym, że stu­den­ci zwra­ca­li się do niej po imie­niu. Lu­dzie z in­nych wy­działów podśmie­wa­li się z dość ar­cha­icz­ne­go zwy­cza­ju trzy­ma­nia się na­zwisk pa­nującego wśród stu­dentów mu­zy­ki, ale w kon­ser­wa­to­rium tak po pro­stu było.

– Nikt na­prawdę nie może być aż tak miły – roz­poczęła So­phie. Po­tem zaczęła snuć wokół Mar­gie opo­wieść, za­mie­niając ją w wiedźmę, która pożera dzie­ci. Ciągnęła, wywołując wśród ota­czających ją dziew­czyn ka­ska­dy śmie­chu. Od tego re­cho­ta­nia Emmę bolały po­licz­ki. W końcu po­czuła w brzu­chu skurcz i mu­siała wziąć kil­ka głębo­kich od­dechów, żeby się uspo­koić.

Po chwi­li mo­no­log So­phie prze­stał jej się wy­da­wać śmiesz­ny. Po­mi­mo żar­to­bli­we­go tonu, było w nim coś ja­do­wi­te­go. Emma po­czuła pe­wien dy­stans, jak gdy­by ob­ser­wo­wała tę scenę gdzieś z góry. Za­sta­na­wiała się, czy ten wcześniej­szy in­cy­dent ma na to jakiś wpływ. Ma­til­de do­strzegła jej nie­pokój i po­deszła bliżej.

– Wszyst­ko gra? – za­py­tała. Emma do­strzegła, że So­phie rzu­ciła w ich stronę spoj­rze­nie. Kiwnęła po­ta­kująco, ale po­tem po­biegła do to­a­le­ty.

Spoj­rzała na swo­je od­bi­cie i spry­skała so­bie wodą twarz. Była trochę pi­ja­na. W lu­strze po­ja­wiła się inna dziew­czy­na z ich roku, Han­nah, która właśnie stanęła w drzwiach. Uśmiechnęła się do Emmy.

– Cześć – po­wie­działa.

Emma odwróciła się do niej. Znała ją z chóru, ale nig­dy dotąd nie roz­ma­wiały. Próbowała od­po­wie­dzieć uśmie­chem.

– Hej – po­wi­tała ją.

Han­nah weszła do jed­nej z ka­bin. Emma próbowała wyjść z to­a­le­ty, ale ogarnęło ją coś w ro­dza­ju tej pa­ni­ki, którą po­czuła pierw­sze­go wie­czo­ru na uni­wer­sy­te­cie. Gdy­by nie bliźniacz­ki, mogłaby popaść w nią zno­wu.

Za­szu­miała spusz­cza­na woda i Han­nah po­deszła do sąsied­niej umy­wal­ki. Myjąc ręce, zno­wu uśmiechnęła się w lu­strze do Emmy. Po­pra­wiła włosy. Miała w so­bie trochę tej ty­po­wej dla wyższych klas pew­ności sie­bie, którą Emma po­dzi­wiała u sióstr. Nie błysz­czała tak jak one, ale i tak dało się to do­strzec.

Han­nah spraw­dziła, czy ma szminkę i kredkę do oczu, ale nie po­pra­wiła ma­ki­jażu. Spoj­rzała na Emmę.

– Znałaś bliźniacz­ki, za­nim tu przy­je­chałaś? – za­py­tała.

– Nie – od­parła za­sko­czo­na Emma, unosząc oczy znad umy­wal­ki. – Po­znałam je pierw­sze­go dnia.

Wyglądało na to, że Han­nah nie ocze­ki­wała ta­kiej od­po­wie­dzi.

– To dziw­ne – po­wie­działa.

– Co masz na myśli?

Han­nah pa­trzyła na nią przez chwilę, jak gdy­by się za­sta­na­wiała, czy ma wy­ja­wić ten se­kret, czy nie. Emma pomyślała, że ni­cze­go się nie do­wie.

– Tyl­ko to, że cho­dziłam z nimi do szkoły – wyjaśniła wresz­cie Han­nah. – Za­zwy­czaj nie do­pusz­czają tak lu­dzi do sie­bie.

Emma nie miała pojęcia, o co jej cho­dzi.

– Jak­byś była jedną z nich – dodała Han­nah, kręcąc głową. Wy­po­wie­działa te słowa tak, że za­brzmiały ab­sur­dal­nie. Raz jesz­cze od­garnęła włosy i uśmiechnęła się do sie­bie. – Cu­dow­ne dziec­ko. Lu­dzie tak o to­bie mówią. Wie­działaś?

– Słyszałam o tym – przy­znała Emma, wzru­szając ra­mio­na­mi.

– Nie mówią tego z sym­pa­tią.

Nie prze­sta­wała się uśmie­chać, szczerząc swe piękne zęby. Emma prze­czu­wała, że musi wie­le ukry­wać. Nig­dy by nie pomyślała, że ktoś tak czy­sty, wyglądający tak zdro­wo, może być do tego stop­nia złośliwy. Choć już kie­dyś tego doświad­czyła.

– Za­zdrość to strasz­na rzecz – po­wie­działa kąśli­wie, tra­fiając w czuły punkt. Uśmiech zniknął z twa­rzy Han­nah.

– Nikt by się z tobą nie za­da­wał, gdy­by nie bliźniacz­ki – stwier­dziła. Jej głos był bez­na­miętny i nie­przy­jem­ny.

Emma nie od­pa­ro­wała tego cio­su. Odwróciła się i chwiej­nym kro­kiem wróciła do baru. Mu­siała pić zbyt szyb­ko, bo te­raz czuła, jak al­ko­hol ude­rza jej do głowy. Spoj­rzała z od­da­li na grupkę stu­dentów, za­sta­na­wiając się, czy Han­nah miała rację. Po­dej­rze­wała, że za­pew­ne było w tym trochę praw­dy. Być może na sku­tek wy­pi­tych drinków, a może cze­goś in­ne­go, wydało jej się, że So­phie i Ma­til­de od­stają od resz­ty. Były wyższe i oczy­wiście bar­dzo piękne z tą swoją nie­na­ganną cerą i ul­tra­fio­le­to­wy­mi ocza­mi. So­phie nadal za­ba­wiała to­wa­rzy­stwo. Pa­trzy­li na nią pra­wie wszy­scy. Pra­wie wszy­scy. So­phie nie wi­działa, nie do­strzegła jesz­cze, że Ma­til­de jest trochę nie­obec­na. Po­dob­nie jak Hen­ry. Tych dwo­je wpa­try­wało się tyl­ko w sie­bie.

Emma zo­ba­czyła, jak Hen­ry uj­mu­je dłoń Ma­til­de. Wi­działa, jak po­chy­la się ku niej, a ona się nie od­su­wa. Do­strzegła, że ich usta przy­wie­rają do sie­bie.

Ten pocałunek nie trwał długo. Gdy tyl­ko ich war­gi się ze­tknęły, So­phie drgnęła i znie­ru­cho­miała. Umilkła i odwróciła się, patrząc na Hen­ry’ego i Ma­til­de, którzy tego nie za­uważyli. Emma wstrzy­mała od­dech. Wi­działa obie bliźniacz­ki i chłopa­ka pomiędzy nimi. Zo­ba­czyła, jak uśmiech So­phie gaśnie, a jej oczy zwężają się w szpar­ki. Do­strzegła pęknięcie pomiędzy sio­stra­mi, usłyszała trzask, jak­by ude­rzył pio­run. Po­czuła jego za­pach, po­dob­ny do spa­le­ni­zny.

Roz­dział 3

Przed występem chóru wszy­scy ze­bra­li się w po­ko­ju So­phie na drin­ka. Emma sie­działa, trzy­mając szklankę whi­sky, którą jej po­da­no. Był to je­dy­ny napój, jaki bliźniacz­ki miały u sie­bie. Po­da­wały go bez lodu i wody, w wy­so­kich szklan­kach. Emma pomyślała, że to nie­co pre­ten­sjo­nal­ne.

Ma­til­de mil­czała. Emma oba­wiała się, że przy­ja­ciółka nie będzie się do­brze czuła w światłach ram­py. Hen­ry też wyglądał na zmar­twio­ne­go. Wciąż się do­py­ty­wał, czy do­brze się czu­je i czy może coś dla niej zro­bić. Ma­til­de sączyła swo­je­go drin­ka nie­co swo­bod­niej niż Emma, na­to­miast So­phie wy­chy­lała szkla­neczkę za szkla­neczką. Nie wy­da­wała się za bar­dzo pi­ja­na, ale może dla­te­go, że piła tak szyb­ko i połowa al­ko­ho­lu nie zaczęła jesz­cze działać.

Prze­szli całą czwórką do sali re­ci­ta­lo­wej. So­phie cmoknęła na pożegna­nie siostrę i przy­ja­ciółkę. Hen­ry po­ma­chał nie­zgrab­nie Em­mie, po czym odwrócił się do Ma­til­de. Pocałowa­li się czu­le. Po­tem Ma­til­de i Emma weszły za ku­li­sy. Cie­szyły się, że zo­stają same. Emma lubiła te chwi­le, ale zo­sta­wiając So­phie i Hen­ry’ego, po­czuła w środ­ku jakiś ucisk. Może to była tre­ma przed występem.

Z gar­de­ro­by za sceną słyszała stro­je­nie in­stru­mentów smycz­ko­wych. Te skrzy­piące dźwięki i por­ta­men­ta wy­sta­wiały jej ner­wy na próbę. Roz­bie­rając się, za­cisnęła zęby i próbowała się odprężyć. Usłyszała pierw­sze dźwięki or­kie­stry, w chwilę po­tem włączył się chór. Roz­pięła torbę i wyjęła suk­nię – ciem­no­nie­bieską, je­dwa­bistą, długą i prostą. To była ślicz­na suk­nia, ta sama, którą miała na so­bie pod­czas swo­je­go pierw­szego dużego kon­cer­tu, gdy miała czter­naście lat. Te­raz, ile­kroć miała ją założyć, wstrzy­my­wała od­dech, z oba­wy, że nie będzie pa­so­wała. Za­sta­na­wiała się, ile cza­su mi­nie, za­nim lu­dzie z kon­ser­wa­to­rium za­uważą, że za każdym ra­zem ma na so­bie ten sam strój.

Ma­til­de uśmiechnęła się do Emmy.

– Zapnę cię, jeśli ty mnie za­pniesz – po­wie­działa.

Emma wsunęła się w suk­nię i po­zwo­liła jej opaść do ko­stek. Po­czuła ulgę, kie­dy Ma­til­de pod­ciągnęła su­wak, a za­mek zapiął się bez tru­du. Kon­takt z przy­ja­ciółką przy­pra­wił ją o dreszcz.

Ma­til­de roz­pięła po­kro­wiec swo­jej suk­ni i ma­te­riał wylał się na zewnątrz. Był olśnie­wający, ciem­no­czer­wo­ny, na­szy­wa­ny ce­ki­na­mi. Bliźniacz­ka założyła suk­nię, a Emma zapięła jej za­mek. Ma­til­de spraw­dziła, jak wygląda. Po­pra­wiła włosy i ze­brała z rzęs nad­miar ma­sca­ry. Emma cofnęła się i spoj­rzała na przy­ja­ciółkę.

– Wyglądasz za­chwy­cająco – stwier­dziła.

Ma­til­de roz­pro­mie­niła się. Przeszła prze­mianę i była go­to­wa do występu. Odwróciła się do Emmy i pocałowała ją w po­li­czek.

– Połama­nia nóg – po­wie­działa.

Emma kiwnęła głową.

– To­bie też.

Nie cier­piała tego życze­nia. Za­wsze się oba­wiała, że na­prawdę może się spełnić.

Stojąc za ku­li­sa­mi, Emma spraw­dzała nuty. Ob­se­syj­nie do­ty­kała brzegów kar­tek. Chór zbliżał się do końca ostat­nie­go utwo­ru. Smycz­ki cichły, do­chodząc do finałowe­go dźwięku.

Ma­til­de wkro­czyła na scenę z pro­mien­nym uśmie­chem. W świe­tle re­flek­torów ce­ki­ny na jej suk­ni połyski­wały jak gwiaz­dy. Emma za­po­mniała, po co tu przyszła. Po­tem zo­rien­to­wała się, gdzie jest, i pod­biegła do for­te­pia­nu. Rozłożyła nuty na pul­pi­cie i za­siadła do in­stru­men­tu. Wziąwszy głęboki od­dech, zaczęła grać.

Głos Ma­til­de po­szy­bo­wał po­nad głowa­mi pu­blicz­ności, która wpa­try­wała się w nie­biańską istotę na sce­nie. Słysząc jej śpiew, Emma mu­siała się moc­no kon­cen­tro­wać, żeby nie za­po­mi­nać, że ma grać. Ro­zu­miała te­raz, dla­cze­go lu­dzie w tym sa­mym to­nie mówią o aniołach i o so­pra­nach. Mu­zy­ka Schu­ber­ta do tej mo­dli­twy była piękna sama w so­bie, ale Emma nig­dy nie słyszała jej zaśpie­wa­nej w ten sposób.

– Sądzisz, że ze sobą zo­staną i się po­biorą? – So­phie leżała na brzu­chu na łóżku Emmy i ma­chając no­ga­mi, przeglądała jej ko­lekcję płyt CD. – Nie masz ni­cze­go, co nie jest kla­sycz­ne? – Oba py­ta­nia zadała tym sa­mym to­nem, jak gdy­by oba były dla niej równie ważne, choć Emma znała ją na tyle, by wie­dzieć, że tak nie jest.

– Nie i nie. Nie sądzę.

So­phie odwróciła się i spoj­rzała na Emmę z napiętym wy­ra­zem twa­rzy. Wyglądała tak, jak­by próbowała roz­strzygnąć, która od­po­wiedź cze­go do­ty­czy. Po­tem się roz­po­go­dziła. Uśmiech wy­parł napięcie, jak­by go tam nig­dy nie było.

Emma nig­dy nie wie­rzyła do końca temu, co po­ja­wiało się na twa­rzy So­phie. Nie czuła się do tego zdol­na, w każdym ra­zie od tam­te­go po­ran­ka w sali prób, gdy za­cho­wała się tak dziw­nie. Mimo to bar­dzo lubiła So­phie, osobę cha­ry­zma­tyczną i dziką. Bliźniacz­ki były jej naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami. Tyle tyl­ko, że nie po­tra­fiła przy­wyknąć do myśli, że nic ich obu nie dzie­li. Wciąż szu­kała ja­kichś pęknięć, zwłasz­cza po stro­nie So­phie. Wyglądało jed­nak na to, że jeśli na­wet były tam ja­kieś szcze­li­ny, to za­du­rze­nie Ma­til­de w Hen­rym naj­wy­raźniej zdołało je za­skle­pić.

– Nie po­biorą się – po­wie­działa Emma. Pa­trzyła, jak So­phie wer­tu­je jej płyty i czuła kluchę w żołądku. Zbie­rała tę mu­zykę przez całe życie, to było coś więcej niż tyl­ko ko­lek­cja płyt, to było coś niezbędne­go do życia, nie czuła więc za­chwy­tu, widząc pal­ce So­phie prze­rzu­cające pudełka oraz miny, ja­kie przy tym robiła. Znaczną część z tego miała też w kom­pu­te­rze, ale nie o to cho­dzi. Lubiła fi­zycz­ność tych krążków, ich okładki, za­miesz­czo­ne w środ­ku nuty; do­bie­rała je bar­dzo sta­ran­nie.

Obec­ność So­phie w po­ko­ju de­ner­wo­wała ją. Nie miała pojęcia, jak ta­kie ta­nie pamiątki wyglądają w oczach wy­ra­fi­no­wa­nej przy­ja­ciółki. So­phie po­tra­fiła wy­bie­rać wino i znała się na kre­acjach mod­nych pro­jek­tantów. A każda z rze­czy Emmy miała swoją hi­sto­rię, była tu z ja­kie­goś po­wo­du, jak choćby ten kawałek muru ber­lińskie­go, który jej mama odłupała własnoręcznie, kie­dy była w Niem­czech, żeby zo­ba­czyć, jak go burzą. Emma wie­działa, że lek­ce­ważący sto­su­nek So­phie do tych przed­miotów spra­wi jej ból, obniży ich war­tość i znisz­czy je na za­wsze.

So­phie przewróciła się na ple­cy, spoglądając w su­fit. Emma ob­ser­wo­wała ją i nie po raz pierw­szy żałowała, że nie po­tra­fi czuć się we własnej skórze tak do­brze jak ona. Na początek mogłaby po­czuć się do­brze we własnym po­ko­ju. Była prze­ko­na­na, że każdy po­stron­ny widz mu­siałby pomyśleć, że to pokój So­phie, a Emma jest tu tyl­ko gościem.

– Boże, mam na­dzieję, że się nie po­biorą – po­wie­działa So­phie. – To by było męczące. W su­mie nie mam nic prze­ciw­ko Hen­ry’emu, ale on jest troszkę nud­ny.

Emma wzru­szyła ra­mio­na­mi. Nie bar­dzo znała tego chłopa­ka, ale wy­da­wał się do­brym kum­plem. Cza­sa­mi ją rozśmie­szał. Nie na­zwałaby go nud­nym, no chy­ba że w porówna­niu z bliźniacz­ka­mi.

– Tak – przy­znała. – Jest trochę nie­cie­ka­wy.

Twarz So­phie zajaśniała. Ucie­szyło ją to po­twier­dze­nie.

– Chodźmy ich po­szu­kać – za­pro­po­no­wała. – Jeżeli uda nam się wyciągnąć ich z po­koi, za­brać gdzieś i upić, to może on nie będzie taki okrop­nie nud­ny. I może Ma­til­de też sta­nie się zno­wu bar­dziej za­baw­na.

Usłyszaw­szy ten po­mysł, Emma zno­wu po­czuła ucisk w żołądku. Nie wie­rzyła, że So­phie cho­dzi o roz­rywkę albo o to, żeby le­piej po­znać chłopa­ka swo­jej sio­stry.

– Do­brze – po­wie­działa. Z wnętrza głowy jej głos za­brzmiał jak pisk, ale So­phie ze­sko­czyła z łóżka pełna en­tu­zja­zmu, ob­da­rzając ją pro­mien­nym uśmie­chem. Emma pomyślała, że to coś w ro­dza­ju ochłapu z pańskie­go stołu i wca­le nie była za­do­wo­lo­na z ciepła, ja­kim napełnił ją ten uśmiech.

Stojąc przed drzwia­mi Ma­til­de, Emma po­czuła, że jej brzuch kur­czy się jesz­cze bar­dziej. Pa­trzyła, jak So­phie puka.

– Może nie po­win­nyśmy… – Jej głos za­marł przed końcem zda­nia.

– Nie wygłupiaj się – zbesz­tała ją So­phie. – To moja sio­stra. – Zupełnie jak­by uważała, że ten fakt uspra­wie­dli­wia wszyst­ko, co robi.

W drzwiach po­ja­wiła się sen­na Ma­til­de. Miała zmierz­wio­ne włosy i lek­ko zaróżowioną twarz, jak gdy­by całowa­no ją zbyt wie­le razy.

– Hej – po­wie­działa. Wyglądała jak pi­ja­na, ale Emma była nie­omal pew­na, że to ra­czej sku­tek miłości niż al­ko­ho­lu.

Nie cze­kając na za­pro­sze­nie, So­phie wpadła do środ­ka. Emma po­zo­stała na zewnątrz, zaglądając przez ramię Ma­til­de do po­ko­ju. Przy­ja­ciółka otwo­rzyła drzwi sze­rzej, za­pra­szającym ge­stem, więc z wa­ha­niem weszła do środ­ka. Hen­ry sie­dział na łóżku, w szor­tach i T-shir­cie. Wy­da­wał się trochę zakłopo­ta­ny tym najściem, ale So­phie albo tego nie za­uważyła, albo było jej to obojętne, bo wyciągnęła się tuż przy nim. Uśmiechnęła się do nie­go sze­ro­ko, w ten swój uważny sposób, dzięki któremu miało się wrażenie, że jest się je­dyną osobą w jej po­bliżu. Ma­til­de też z po­wro­tem usiadła na łóżku, a Emma usa­do­wiła się obok, w fo­te­lu.

Cich­sza z bliźnia­czek uśmiechnęła się do niej. Nie wyglądała na zde­ner­wo­waną, ale Emma i tak czuła się win­na.

– Słyszałaś? – za­py­tała Ma­til­de. – Wpi­sa­no mnie do kla­sy mi­strzow­skiej. U Do­mi­ni­que Bo­uto­na.

– To fan­ta­stycz­nie. – Emma usiłowała po­wie­dzieć to z en­tu­zja­zmem, ale idea kla­sy mi­strzow­skiej prze­rażała ją. Nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, że występuje przed całą grupą tyl­ko po to, żeby po­tem jej grę ro­ze­rwa­no na strzępy. Wie­działa, że kie­dyś będzie mu­siała przez to przejść, ale po­dob­nie jak w przy­pad­ku śmier­ci, wolała o tym nie myśleć, dopóki nie będzie to ko­niecz­ne. – Bo­uton jest naj­lep­szy.

– Tak, za­dzi­wiający. Cho­ciaż muszę przy­znać, że się tego boję – wy­znała Ma­til­de.

– Jest cho­ler­nie cu­dow­ny – po­wie­działa So­phie. Jed­nak gdy to mówiła, nie pa­trzyła na po­zo­stałe dwie dziew­czy­ny, tyl­ko na Hen­ry’ego. Emma po­czuła, że wca­le nie można wy­klu­czyć, iż So­phie prze­chy­li się i pocałuje go.

W je­den od­dech później Emma uświa­do­miła so­bie wresz­cie, jaka jest sy­tu­acja. Wi­działa, jak So­phie pa­trzy na Hen­ry’ego i jak Ma­til­de od­sunęła się od nich. Po­czuła się, jak­by uszło z niej po­wie­trze. Oczy­wiście, So­phie nie po­do­bało się to, że Ma­til­de jest z Hen­rym bli­sko i chciała wejść im w drogę, co do tego Emma nie miała wątpli­wości. Tyle tyl­ko, że wcześniej nie wie­działa jesz­cze, w jaki sposób So­phie chce ich po­wstrzy­mać. Te­raz jej stra­te­gia była całkiem oczy­wi­sta.

Emma z tru­dem mogła uwie­rzyć, że nie do­strzegła tego wcześniej.

Tej nocy nie mogła zasnąć. Dręczyło ją to, co zo­ba­czyła – za­cho­wa­nie So­phie wo­bec Hen­ry’ego. No i jesz­cze fakt, że Ma­til­de tak się wy­co­fała. Wyglądało na to, że cich­sza z bliźnia­czek zna swo­je miej­sce i ustąpi sio­strze we wszyst­kim, cze­go ta zażąda. Emma usiadła na łóżku, a po chwi­li wstała.

Okre­sy bez­sen­ności zda­rzały jej się już wcześniej, przed eg­za­mi­na­mi. W połowie wy­padków nie spała właśnie dla­te­go, że oba­wiała się na­wro­tu tego pro­ble­mu. Ale prze­cież nie było po temu po­wo­du. Jej życie było nie­mal do­sko­nałe, przy­jaźniła się z bliźniacz­ka­mi, na­uka for­te­pia­nu szła jej do­brze. Wie­działa, że na całym wy­dzia­le nie ma dziew­czy­ny, która bez wa­ha­nia nie za­mie­niłaby się z nią miej­sca­mi, bez względu na to, co po­wie­działa Han­nah Me­re­dith. Ubrała się i wypiła trochę wody z kra­nu. Po­tem założyła płaszcz i wyszła z po­ko­ju.

Po­wie­trze było rześkie. Emma wi­działa obłok pary z własne­go od­de­chu. Spa­ce­ro­wała po wy­pielęgno­wa­nych ogro­dach. Pomyślała, żeby pójść poćwi­czyć, ale nie była w na­stro­ju, ru­szyła więc ścieżką wokół kon­ser­wa­to­rium, zmie­rzając nad je­zio­ro. Pod­niosła ka­myk i spróbowała puścić kaczkę na wo­dzie. Nig­dy nie była w tym do­bra. Zre­zy­gno­wała i zaczęła ci­skać ka­myki znad głowy, co­raz moc­niej i moc­niej. Po­do­bał jej się plusk, który wy­da­wały, i kręgi na wo­dzie, roz­chodzące się z miejsc, w których w nią wpadły.

I wte­dy usłyszała głosy. Chłopa­ka i dziew­czy­ny. Śmia­li się obo­je. A za­tem nie tyl­ko ona nie spała. Odwróciła się i zo­ba­czyła, że idą w jej stronę. Kie­dy się zbliżyli, stwier­dziła, że to Hen­ry i Ma­til­de. Wy­da­wa­li się pochłonięci sobą, jak za­wsze. Emma uświa­do­miła so­bie, że od­po­wiedź, ja­kiej udzie­liła So­phie na ich te­mat, była kłam­stwem. W rze­czy­wi­stości uważała, że zo­staną ze sobą i po­biorą się. Nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, by mogło być in­a­czej.

Uśmiechnęła się i po­ma­chała im ręką, kie­dy ją mi­ja­li.

– A ty dla­cze­go nie śpisz? – za­py­tał Hen­ry. – Pew­nie się łaj­da­czysz – dodał i odwrócił głowę, żeby pocałować Ma­til­de.

Emma wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Nie mogłam zasnąć – po­wie­działa.

– A my nie chcie­liśmy spać. – W głosie Ma­til­de wy­czu­wało się, że wspo­mi­na coś z przy­jem­nością. – Mar­nie się czułam, więc przez całą noc zwie­dza­liśmy cam­pus. Tu są za­dzi­wiające rze­czy. Byłaś już w la­bi­ryn­cie?

– Nie – bąknęła Emma. Jej nie­pokój na­ra­stał. Do tego stop­nia, że za­czy­nało ją mdlić.

– Po­win­naś pójść, ko­cha­nie – po­ra­dziła Ma­til­de. – To taka fraj­da. – Mrugnęła do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

Emma próbowała od­po­wie­dzieć jej uśmie­chem i wte­dy uświa­do­miła so­bie, co ją tak wzbu­rzyło. Te­raz, kie­dy się nad tym za­sta­no­wiła, wca­le nie była pew­na, że roz­ma­wia właśnie z Ma­til­de.

– Wiesz co? – za­gadnęła bliźniacz­ka, zer­kając na Hen­ry’ego. – Mo­gli­byśmy popływać w je­zio­rze.

– Nie mamy ko­stiumów kąpie­lo­wych – za­opo­no­wał chłopak.

– Wiem. – To słowo za­brzmiało jak wy­strzał z pi­sto­le­tu.

Emma spoglądała to na chłopa­ka, to na bliźniaczkę. Do­strzegła jej za­borczą rękę na jego ple­cach, za­uważyła prze­chy­loną głowę. Te­raz była nie­mal pew­na, że stoi przed nią So­phie. Za­sta­na­wiała się, czy Hen­ry o tym wie.

– Chodź, ko­cha­ny – po­wie­działa dziew­czy­na, biorąc Hen­ry’ego za rękę. ‒ Przejdźmy się na wy­dział pielęgniar­stwa. Może zo­ba­czy­my którąś z tych dziw­nych istot w jej na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku. – Wy­szcze­rzyła się do Emmy. Hen­ry też się nieśmiało uśmiechnął, po czym obo­je ode­szli.

Emma pa­trzyła za nimi. Co mogła zro­bić? Mu­siała się upew­nić, to ja­sne. Ma­til­de zasługi­wała na to, żeby wie­dzieć, co jej robią So­phie i Hen­ry. Emma była prze­ko­na­na, że przy­ja­ciółka po­dziękuje jej za to, na­wet jeżeli mu­siała obu­dzić ją z tego po­wo­du w środ­ku nocy. Odwróciła i ru­szyła w stronę aka­de­mików. Szła szyb­ko, popędza­na po­czu­ciem mi­sji. Mu­siała tam do­trzeć przed po­wro­tem tych dwoj­ga.

Kie­dy szła po scho­dach do po­ko­ju Ma­til­de, ser­ce biło jej szyb­ko. Co po­wie przy­ja­ciółce, jeśli ją tam za­sta­nie? Nie była pew­na, czy znaj­dzie odpo­wiednie słowa, a na­wet od­wagę. A jed­nak coś ją pchało da­lej. Wro­dzo­na zdol­ność odróżnia­nia do­bra od zła. Mo­ral­ny kom­pas, o którym mówiła jej na­uczy­ciel­ka an­giel­skie­go, kie­dy prze­ra­bia­li Zabić droz­da.

W końcu zna­lazła się przed drzwia­mi Ma­til­de. Wy­da­wało jej się, że wy­czu­wa obec­ność przy­ja­ciółki po dru­giej stro­nie, ale nie miała pew­ności. Za­wa­hała się. Jeżeli ktoś otwo­rzy drzwi, to będzie mu­siała być Ma­til­de. Pokój So­phie był na dru­gim końcu ko­ry­ta­rza. Emma wzięła głęboki od­dech i za­pu­kała.

Początko­wo po dru­giej stro­nie pa­no­wała ci­sza i Emma do­znała prze­lot­nej ulgi. Lecz to nie trwało długo. Usłyszała, że ktoś wsta­je z łóżka i na­rzu­ca coś na sie­bie. Po­tem drzwi się otwo­rzyły. Stanęła w nich Ma­til­de, mrużąc za­spa­ne oczy, których ko­lor w półmro­ku ko­ry­ta­rza nie był tak bar­dzo in­ten­syw­ny.

– Bar­dzo prze­pra­szam, że cię budzę – po­wie­działa Emma.

Ma­til­de była zdu­mio­na.

– Czy coś się stało, Ems?

– Prawdę mówiąc, tak. – Emma po­czuła, że sztyw­nie­je jej kark, a usta za­czy­nają się wy­krzy­wiać. Była bli­ska płaczu. – Til­ly, przed chwilą wi­działam So­phie i Hen­ry’ego nad je­zio­rem.

Ma­til­de zmarsz­czyła czoło, ale nie wy­da­wała się za­sko­czo­na. Jak­by to była zła no­wi­na, na którą się cze­ka, na przykład wia­do­mość o śmier­ci krew­ne­go, który od daw­na cho­ro­wał.

– Le­piej wejdź – po­wie­działa rze­czo­wym to­nem. Poszła w stronę swo­je­go łóżka jak lu­na­tycz­ka. Emma po­niekąd li­czyła na to, że Ma­til­de się nie obu­dziła. Bo gdy­by tak było, mogłaby ju­tro uda­wać, że to był tyl­ko zły sen, że nic się nie wy­da­rzyło. Może Emma nie mu­siała łamać ser­ca swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce.