100 osób interesuje się tą książką

Opis

Zaczynało się zawsze tak samo.

– Operator 36, w czym mogę pomóc?

Dalsza część rozmowy za każdym razem była wielką niewiadomą. Czy operatora czeka dziesięć minut wysłuchiwania wyzwisk od pijanego mężczyzny? A może właśnie dzwoni zrozpaczona matka, której dziecko odchodzi w jej ramionach? Lub po drugiej stronie jest samobójca, który za moment targnie się na swoje życie?

Roman Klasa przez prawie sześć lat pracował w Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Gdańsku jako operator numeru alarmowego 112. Nigdy nie widział swoich rozmówców, jednak często to właśnie od niego zależał ich dalszy los.

Książka „Operator 112. Relacja z centrum ratowania życia” to poruszająca i szokująca opowieść człowieka, który przez lata był uczestnikiem ludzkich dramatów. Autor wspomina proces rekrutacji do CPR, przywołuje najciekawsze przypadki zgłoszeń na numer 112 i przedstawia realia pracy ludzi, którzy nie są zauważani, mimo że każdego dnia biorą na siebie ogromną odpowiedzialność za ludzkie życie i zdrowie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 200

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 0 min

Lektor: Czyta: Tomasz Sobczak

Popularność


Wstęp

Od 2013 roku pracowałem w Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Gdańsku jako operator numeru alarmowego 112. Odbierałem zgłoszenia. Porody, pobicia, zabójstwa, gwałty, kradzieże, rozboje i wiele innych. Zwolniłem się w trakcie pisania tej książki. Chciałbym w niej szczerze i dobitnie opowiedzieć o kulisach pracy operatora, ale również o powodach mojej rezygnacji. O tym, jak dziesiątki tysięcy odebranych zgłoszeń wpłynęły na mnie i na moje życie. Jak zmieniły moje podejście do społeczeństwa, do służb i do ludzi, którzy niosą pomoc. Pragnę opowiedzieć o tym, jak dyżury dające satysfakcję i poczucie, że robi się coś naprawdę ważnego, zmieniły się w dyżury, które trudno znieść.

Mam naturę obserwatora. Lubię przyglądać się ludziom, analizować ich zachowanie w różnych okolicznościach, zgłębiać podejmowane przez nich decyzje. Praca operatora numeru alarmowego 112, którą zajmowałem się przez prawie sześć lat, dała mi do tego mnóstwo okazji. Mój dobry znajomy powiedział kiedyś: „Jesteś typem człowieka, który zamiast spoglądać na zgrabną kobietę, gdy ta wchodzi do baru, patrzy, jak reagują na nią inni”. I chyba coś w tym jest. Lubię odkrywać naturę ludzką od strony, która na co dzień gdzieś nam umyka lub którą staramy się za wszelką cenę ukryć. Dlatego ta książka to nie tylko relacja z pracy operatora numeru 112, ale przede wszystkim opowieść o nas, ludziach, i o naszej codzienności. O polityce, edukacji, trudach i urokach rodzicielstwa i o naszej kruchej psychice.

Znam wasze grzechy i grzeszki, chociaż nie chodzę za wami krok w krok. Nie jestem też wyimaginowanym wszechmocnym bytem, którego w większości miejsc na Ziemi nazywa się Bogiem. Jestem jednym z was – tak samo przeciętny, z podobnymi grzeszkami. Mogliście minąć mnie na ulicy i nawet nie zauważyć. To dlatego, że na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniam. Wiem o was jednak więcej, niż chcielibyście mi powiedzieć. Znam wasze ciemne strony. Wiem o waszych problemach, zdradach, oszustwach i osobistych tragediach. O wszystkim tym, co wolelibyście ukryć, ale nie możecie. Wiem, jak brudne i niemoralne jest społeczeństwo. I jak wielki jest deficyt empatii, troski, miłości oraz zwykłych, dobrych międzyludzkich relacji.

Próbujecie to ukryć za maską, za wesołym zdjęciem na Facebooku, za ciekawym albo śmiesznym postem, za dowcipami, które opowiadacie w gronie znajomych. Zgrywacie się, żeby zaimponować ludziom, których tak naprawdę wcale nie lubicie. Jednak w czterech ścianach bardzo często jesteście inni, bo już nie musicie nikogo udawać. Macie problemy. Ich wachlarz jest różnorodny, ale nie zmienia się jedno – gdy potrzebujecie pomocy, dzwonicie do mnie. I chociaż brzmi to jak wstęp do kiczowatego amerykańskiego filmu, to nie jest fikcja. To rzeczywistość.

Ta książka to także moja bezkompromisowa spowiedź. Opowiem wam o pracy operatora, o najcięższych zgłoszeniach i popełnionych błędach. Opiszę rzeczywistość, w której absurd goni absurd – na niewyobrażalną skalę, a ludzie za to odpowiedzialni wszystko sprawnie pudrują i udają, że nie widzą problemu.

Wprowadzenie

Gdy do końca dyżuru zostawały dwie–trzy godziny, myślałem, że już więcej telefonów nie jestem w stanie odebrać. Moja głowa była trzy razy cięższa niż normalnie, wypełniona mnóstwem głosów, wyzwiskami, płaczem, błagalnym wołaniem o pomoc. Jednocześnie miałem wrażenie, że nic w tej głowie nie ma, że nic nie jestem w stanie w niej znaleźć. Nigdy jednak nie miałem czasu, żeby głębiej się nad tym zastanowić, bo znów dzwonił telefon i niezwłocznie trzeba było go odebrać.

Pierwsza formułka, o ile ktoś nie zaczynał od krzyków lub wyzwisk, należała do mnie: „Operator 36, w czym mogę pomóc?”. Co potem? To zawsze była niespodzianka. Nie ma dwóch takich samych zgłoszeń, nigdy nie wiedziałem, kogo usłyszę po drugiej stronie. Bywało, że po dziesięciu minutach rozmowy z pijanym mężczyzną i wysłuchaniu lawiny wyzwisk rozłączałem się, a po kilku sekundach dzwoniła zrozpaczona matka, na której rękach właśnie odchodziło dziecko. Musiałem więc błyskawicznie zdusić w sobie całą złość, zapomnieć o tym, co usłyszałem, i skupić się na jak najefektywniejszej pomocy.

Z czasem robiłem wszystko, żeby wychodząc z pracy, zapomnieć o każdym telefonie – bez wyjątku. Szybko przekonałem się, że dyżur na 112 to nie jest plik w komputerze. Że nie można po prostu kliknąć „usuń” i po sprawie. Próby wymazania z pamięci niektórych kwestii skutkowały tym, że zaczynałem zapominać o sprawach prywatnych. Przyniosło to odwrotny skutek – pamiętałem to, czego chciałem się pozbyć, a zapominałem o rzeczach codziennych.

Podczas spotkań ze znajomymi lub rodziną słyszałem ciągle te same pytania: „Co tam ciekawego na 112?”, „Był jakiś fajny telefon?” albo „Ty znowu taki zmęczony?”. Odpowiadałem tak, jak tego oczekiwali. A że zawsze zdarzyło się coś śmiesznego lub głupiego, śmialiśmy się razem. Co innego miałem powiedzieć? Że samobójca się zabił podczas rozmowy ze mną? Że klatkę obok mojej reanimowali kilkuletnie dziecko? Że w wypadku, o którym nikt nawet nie wspomniał, zginęła cała rodzina? Że nasłuchałem się wyzwisk i pretensji?

Nikt nigdy nie zapytał: „Dajesz radę?”, „Wszystko w porządku?”. A może pytali, tylko tego nie zauważałem. Może po prostu bałem się przyznać, że jestem już tym wszystkim bardzo zmęczony, że mam dość. To w pewnym sensie oznaczałoby porażkę. A może odwrotnie – przyznanie się do słabości byłoby największym zwycięstwem?

Po takich spotkaniach pomimo ogromnego zmęczenia nie mogłem zasnąć. Oczy podkrążone, przekrwione od wpatrywania się w cztery monitory przez dwanaście godzin. W głowie krzyki, płacz, dźwięk gniecionej blachy, wyzwiska. Próbuję odpocząć, bo za dwa dni kolejny dyżur, ale mam wrażenie, że już nigdy nie nabiorę sił.

Przychodzi przelew – niecałe dwa tysiące złotych. Gdy sprawdzam stan konta, czuję się tak, jakbym dostał w pysk. Powtarzam sobie, że to nic, że przynajmniej robię coś ważnego, że przecież jest jeszcze satysfakcja z tego, że się komuś pomaga. Ale nie, satysfakcji już nie ma. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Zostaję więc z tym śmiesznym wynagrodzeniem sam na sam.

A potem znów przychodzę do pracy, podłączam słuchawki, loguję się do systemu i grzecznie odbieram kolejne zgłoszenia. Coś we mnie krzyczy: „Dawajcie! Wylejcie na mnie całe szambo tego województwa! Wasze problemy są moimi problemami! Nie miejcie litości!”. Nie mają, jakby to słyszeli. Odbieram, słucham, obsługuję. Nasiąkam emocjami, ale gryzę się w język. To podczas dyżurów najbardziej absorbujące zajęcie.

Operator 36, dzień dobry, jaka miejscowość, dziękuję, przekazuję, do widzenia. Rozłączam się i pytam sam siebie, czy warto. Warto?

Część I. Przed pracą

Indywidualista nienawidzący ludzi

„Nienawidzę, gdy ktoś próbuje mi coś narzucać i tłumaczy mi, co powinienem myśleć, robiąc ze mnie zupełnego kretyna”.

Zacznijmy od tego, że nienawidzę ludzi. Zanim zacząłem pracować na 112, ta nienawiść była znikoma, lecz już po kilku miesiącach „na słuchawce” przedstawiciele mojego gatunku udowodnili mi, że na tę nienawiść zwyczajnie zasługują. Brzydzę się ich wątpliwymi instynktami, ich zachowaniami, hipokryzją, kłamstwami, graniem na naiwności i skrajnym konsumpcjonizmem. Jestem mizantropem, który lubi patrzeć, jak świat płonie. I choć znam kilku wspaniałych i dobrych ludzi – wiem też, że na świecie jest ich sporo – sądzę, że w ogólnym rozrachunku powinno być nam za siebie wstyd.

Takie podejście nawet w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi w dobrym wykonywaniu swoich obowiązków. Nienawiść do ludzi nie oznacza przecież, że chcę z nimi walczyć. Mało tego – uważam, że społeczeństwo jest na tyle głupie i nieuświadomione, że trzeba mu na każdym kroku pomagać, bo samo nie daje sobie rady.

Jestem samotnikiem i indywidualistą. Nie lubię działać w grupie. Wydaje mi się, że wszystko zrobię najlepiej sam, a inni będą mi tylko przeszkadzać. To cecha, z którą trudno żyć, zwłaszcza kiedy jest się w związku. Nie lubię się otwierać, często coś ukrywam i przedstawiam, dopiero gdy jest gotowe. Rzadko też proszę o radę. Wiem, że mojej partnerce bywa przez to ciężko, bo chciałaby czuć, że daje mi wsparcie. Chciałaby mieć pewność, że w razie problemów przyjdę do niej. Tymczasem ja zamykam się w sobie, biję z własnymi myślami i działam sam. Udaję, że jest OK, tylko po to, aby móc w spokoju pomyśleć.

Cierpię na pewnego rodzaju fobię społeczną. Nie przepadam za towarzystwem, nie cierpię tłumów i spotkań. Miałem tak od zawsze. Pewnie wynika to po części z mojej przytłaczająco niskiej samooceny – nigdy nie uważałem się za przystojnego ani towarzyskiego, dlatego będąc wśród ludzi, po prostu się krępowałem. Czułem się przez wszystkich oceniany, z reguły negatywnie. Jedyne, czego nigdy sobie nie ujmowałem, to inteligencja. Nie żebym był wybitnie mądry, ale na pewno ponad przeciętną (chociaż ta przeciętna jest na tyle niska, że być może to żaden wyczyn).

Jestem też pewny, że umiem trzeźwo oceniać sytuację. Tak obiektywnie, jak tylko to możliwe. Pod tym kątem czuję się wyjątkowy i w pewnym sensie inny, wyróżniony. Zawsze patrzyłem z innej niż wszyscy perspektywy, doszukiwałem się ukrytego dna i starałem się zrozumieć drugą stronę. Gdy moi rówieśnicy łykali wszystko bezkrytycznie jak pelikany, ja próbowałem drążyć, analizować. Umiałem odróżnić plotki i domysły od faktów. Wyczuwałem manipulację. Miałem dystans do informacji, zapewnień, obietnic – a w konsekwencji do ludzi. Nigdy nie przyjmowałem czyjejś oceny za własną. Udawało mi się wykreować ją samemu na podstawie zebranych i sprawdzonych informacji.

Odpycham od siebie ludzi, czasem nawet tych bliskich. Trudno zdobyć moje zaufanie i zainteresowanie. W szkole czy w pracy z trudem nawiązywałem koleżeńskie relacje, prawdopodobnie dlatego, że mi na nich nie zależało. Mam tragicznie złą pamięć do imion i twarzy. Trochę tak, jakbym przy pierwszym kontakcie z drugim człowiekiem krzyczał: „Mam gdzieś, jak się nazywasz i jak wyglądasz! Pokaż, co reprezentujesz i kim jesteś!”. Zresztą, umówmy się – ludzie podczas pierwszych kontaktów zwykle udają i kłamią. Chcą zrobić na rozmówcy dobre wrażenie, zaimponować mu, ale też udowodnić samym sobie, że są interesujący. Boją się odrzucenia i krytyki. Dopiero po dłuższym czasie zdejmują maskę i pokazują swoje prawdziwe oblicze. Dlatego na początku do każdego podchodzę z dużym dystansem. Sam sprawdzam, analizuję i oceniam. Czasami już po krótkiej wymianie zdań wiem, że z daną osobą na pewno się nie dogadam, innym razem przeciwnie – pojawia się nić porozumienia i chęć przebywania w jej towarzystwie.

Jestem nonkonformistą do potęgi. Pomyślcie o największym nonkonformiście, jakiego znacie, i pomnóżcie go razy dziesięć. To właśnie ja. Społeczna presja na mnie nie działa, a czasami wręcz mnie rozbawia. Co nie znaczy, że jestem buntownikiem. Wszystkie decyzje, jakie podejmuję, są wypracowane na podstawie moich własnych zasad, uczuć i przekonań. Nie można mi czegoś narzucić, dopóki jest to niezgodne z moim odbiorem danej sprawy. Nie jestem jednak skostniały czy zamknięty na poglądy – te przecież się zmieniają – i potrafię się przyznać do błędu. Zauważyć go i sprostować.

Jestem egoistą – jak każdy. Mimo to uważam siebie za dobrego i pomocnego człowieka. Jestem wyczulony na ludzką krzywdę, o ile nie jest ona spowodowana wyłącznie głupotą. Nikogo nie krzywdzę dla zasady, ale też nie płaszczę się przed każdym poszkodowanym.

Chociaż na bieżąco śledzę wydarzenia polityczne, jestem w dużej mierze apolityczny. Mam sprecyzowane poglądy na większość najważniejszych spraw w naszym kraju, ale jestem wierny tymże poglądom, a nie konkretnej partii. Samą polityką i politykami się brzydzę, bo odkąd pamiętam, na wyścigi manipulują społeczeństwem. Straszą, bo wiedzą, że wystraszonych łatwiej kontrolować, i rozdają, bo każdy woli dostawać, niż tracić. Gdzieś głęboko na dnie chowają to, co powinno być najważniejsze, czyli poglądy i możliwości. Staram się jednak na to nie narzekać, bo przecież jaki lud, taka władza. To my ich wybieramy i utrzymujemy przy życiu politycznym, nikt inny. To my błyskawicznie zapominamy o aferach, a z idiotów i sprzedawczyków robimy narodowych bohaterów.

Nie cierpię nakazów, zakazów i manipulacji. Nienawidzę, gdy ktoś próbuje mi coś narzucać i tłumaczy mi, co powinienem myśleć, robiąc ze mnie zupełnego kretyna. Zakazy i nakazy oczywiście muszą istnieć, żeby panował chociaż minimalny ład i porządek, ale w ostatnich latach jest ich zdecydowanie za dużo. Na każdym kroku napotykam instrukcje typu „tego nie rób”, „tak jest źle”, „tego nie możesz”, „musisz to”. Powstają one na podstawie dziwnych światowych trendów. Jeśli coś jest modne i uważane za społecznie pożyteczne, to musi być słuszne, a jeśli uważasz inaczej, to jesteś tępiony. Walka o wolność i równość przez nacisk to jakiś smutny, ponury paradoks. Nie wierzę w teorie spiskowe, ale czasami chciałbym, żeby istniała jakaś globalna grupa trzymająca władzę, illuminaci kontrolujący każdą rzecz na świecie. Wszystkie brednie sprowadzałyby się wówczas do głupoty kilku osób, a nie obejmowały całą ludzkość.

Nie wierzę w Boga. Owszem, zostałem ochrzczony, jednak nie miałem wtedy nawet roku, więc trudno mówić o świadomym wyborze. Wierzę w wartości przekazywane przez Kościół, ale samym Kościołem się brzydzę. To instytucja, która żeruje na naiwności, a tego nie toleruję. Wolę wierzyć w rozum niż w książkę napisaną dwa tysiące lat temu. Nie szydzę jednak z wierzących ani ich nie potępiam. Religia jest potrzebna do sprawnego działania społeczeństwa, a jeśli trzeba – do usprawiedliwiania niepowodzeń. Wiara w to, że ktoś nad nami czuwa, jest łatwa i wygodna. Niesie też pozytywny przekaz, wpaja dobroć wobec bliźniego. To akurat z niej wyniosłem – „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. W tym jednym zdaniu można by zamknąć cały system wartości. Gdyby tylko ktoś na co dzień o tym pamiętał.

Lubię prowokować, czasami nawet na przekór własnym przekonaniom, tylko po to, aby zobaczyć reakcje i poznać argumenty. Nigdzie tego nie zapisuję, nie robię notatek, nie stawiam diagnoz. Po prostu chcę mieć pewność, że rozmawiam z człowiekiem inteligentnym. Głupota mnie razi i wyczuwam ją na kilometr. Niezależnie, jakie mamy poglądy i w co wierzymy – trzeba myśleć. Wyrabiać sobie zdanie, analizować, drążyć na własną rękę. Dyskutować, wymieniać się argumentami. Nie obrażać się na drugą stronę, bo ma inne poglądy, tylko próbować zrozumieć, co nią kieruje. Można przekonywać do swoich racji i ideologii, ale nigdy siłą i groźbą, bo to nic innego jak dyktatura.

Ścieżka edukacji

„W trakcie tej czteroletniej przygody wydarzyło się jednak coś, co diametralnie zmieniło moje podejście do nauki i nauczycieli. (…) Była to kropla, która przelała czarę goryczy zgromadzonej od początku mojej edukacji”.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Wstęp
Wprowadzenie
Część I. Przed pracą
Indywidualista nienawidzący ludzi
Ścieżka edukacji
Część II. W pracy
Rekrutacja i szkolenie w CPR
Początki pełne niespodzianek
Realia pracy
Od Gdańska po całe województwo
Problemy Polaków, czyli z czym ludzie ludzie dzwonią na 112?
Telefony, których nie zapomnę
Czarny sierpień
„7 metrów pod ziemią”
Dramat w kilku aktach
Część III. Po pracy
Ostatnie półrocze
Nowa praca
Rzeczywistość na nowo

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: © Krzysztof Rychter

Copyright © 2020 by Roman Klasa

Copyright © 2020 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66611-08-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek