Wydawca: Kurhaus Publishing Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 137 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Operacja Snowden - Edward Lucas

Napięcia polityczne na Ukrainie, które z wielką siłą dały znać o sobie na przełomie 2013 i 2014 roku, a następnie międzynarodowy konflikt wokół kwestii przyszłości Ukrainy, niemoc Zachodu wobec rosyjskiej aneksji Krymu i nieprzewidywalność Władimira Putina rzuciły nowe światło na sprawę Edwarda Snowdena. Ten młody informatyk, pracownik najbardziej prestiżowych amerykańskich instytucji zajmujących się bezpieczeństwem – CIA oraz Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, ujawnił w 2013 roku tysiące poufnych rządowych dokumentów, z których świat dowiedział się m.in. jak administracja Baracka Obamy inwigiluje internautów. Edward Lucas zagląda za kulisy tej, jak to nazywa, najbardziej kompromitującej historii amerykańskich służb specjalnych i argumentuje, że Snowden jest rosyjskim szpiegiem. „Operacja Snowden” odbiła się szerokim echem wśród czytelników i komentatorów życia politycznego na całym świecie. Jej tezom Snowden gorliwie zaprzecza w wywiadach dla największych światowych gazet.

Opinie o ebooku Operacja Snowden - Edward Lucas

Fragment ebooka Operacja Snowden - Edward Lucas

OPERACJA ‌SNOWDEN

Kulisy największej ‌katastrofy zachodniego ‌wywiadu

Edward ‌Lucas

Tytuł oryginału: The Snowden ‌Operation.

Copyright © 2014 ‌Edward Lucas

All rights ‌reserved.

First ‌published ‌as ‌an e-book ‌in ‌2014

No ‌part ‌of ‌this book may ‌be used or ‌reproduced in any ‌manner ‌whatsoever without written permission ‌from the Publisher ‌except ‌in ‌the case of ‌brief ‌quotations embodied in critical ‌articles and ‌reviews

Pierwsze wydanie opublikowano jako ‌e-book wroku 2014.

Prawa autorskie ‌zastrzeżone © 2014 Edward ‌Lucas

Bez udzielonego ‌napiśmie pozwolenia ‌Wydawcy nie ‌wolno wykorzystywać ani reprodukować ‌żadnej ‌części niniejszej książki, zwyjątkiem ‌krótkich cytatów ‌umieszczonych ‌wartykułach ocharakterze ‌krytycznym lub wrecenzjach.

Wyrażone ‌wtej ‌książce poglądy sąwyłącznie ‌poglądami autora.

Linki ‌zamieszczone wprzypisach ‌dostępne sątakże nastronie: ‌www.edwardlucas.com/breach

Wydanie ‌polskie: Kurhaus Publishing Kurhaus ‌Media sp. zo.o. sp.k. ‌Prawa ‌dotłumaczenia © Kurhaus Publishing ‌Kurhaus Media sp. zo.o. ‌sp.k.

Redaktor prowadzący: Katarzyna Kozłowska

Tłumaczenie: ‌Mariusz Kukliński

Redakcja: Ewdokia ‌Cydejko

Korekta: Elżbieta Lipińska, El-Kor

Projekt ‌okładki: Dariusz Krupa Opracowanie ‌typograficzne iłamanie: Marek Wójcik

Zdjęcie ‌Władimira Putina naokładce: ‌© ‌Didier Bauweraerts/Van Parys ‌Media/Corbis/Fotochannels. Zdjęcie ‌Edwarda Snowdena ‌naokładce: © ‌EAST ‌NEWS.

ISBN: 978-83-63993-36-8

Kurhaus Publishing Kurhaus ‌Media sp. zo.o. ‌sp.k.

02‒676 ‌Warszawa, ul. Postępu 15C, ‌IV p.

Dział ‌sprzedaży:kontakt@kurhauspublishing.com, tel. 22 ‌325 34 71

Edward Lucasjest ‌starszym redaktorem ‌w ‌tygodniku „The Economist”. Wcześniej, ‌jako ‌korespondent ‌zagraniczny, ‌przez 30 lat zajmował się sprawami Rosji i Europy Środkowej. Napisał m.in. opublikowaną w roku 2012 książkę Deception (w wydaniu polskim Podstęp, Warszawa, Kurhaus, 2014, przeł. Mariusz Kukliński), w której opisał operacje wywiadowcze w stosunkach Wschód – Zachód, oraz, w roku 2008, inną książkę, The New Cold War (w wydaniu polskim Nowa zimna wojna, Poznań, Dom Wydawniczy Rebis, 2008, przeł. Jarosław Stawski), w której ostrzegł przed zagrożeniem, jakie stanowi Rosja pod rządami Władimira Putina. Jest on honorowym członkiem Centrum ds. Analizy Polityki Europejskiej – Center for European Policy Analysis z siedzibą w Waszyngtonie. Mieszka w Londynie i jest żonaty z pisarką Cristiną Odone. Ćwierka na Twitterze jako @edwardlucas.

Dla Johnny’ego, Hugona i Izzy

Słownik/Uczestnicy wydarzeń

Jacob Appelbaum Haker, cyberlibertarianin (zwolennik wolności w internecie), ekspert w dziedzinie kryptografii. Mieszka w Berlinie.

Glenn Greenwald Bloger i dziennikarz, były prawnik procesowy, zaciekły krytyk wykroczeń popełnianych przez rząd Stanów Zjednoczonych i amerykańskie korporacje. Mieszka w Brazylii.

Laura Poitras Spadkobierczyni fortuny, była szefowa kuchni, laureatka nagród filmowych. Mieszka w Berlinie.

Edward Snowden Były podwykonawca NSA, który zebrał być może nawet 1,7 mln dokumentów i uciekł do Rosji.

CIA Amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (Central Intelligence Agency). Odpowiada za prowadzenie wywiadu opartego na źródłach osobowych. Mieści się w Langley w stanie Wirginia.

NSA Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Agency). Odpowiada za gromadzenie danych z zakresu wywiadu radioelektronicznego. Mieści się w Fort Meade w stanie Maryland.

GCHQ Centrala Łączności Rządowej (Government Communications Headquarters) – brytyjski odpowiednik NSA. Mieści się w Cheltenham.

FISA Ustanowiony na mocy ustawy o inwigilacji wywiadów zagranicznych z roku 1978 (Foreign Intelligence Surveillance Act). Nadzoruje wydawanie nakazów upoważniających do gromadzenia informacji wywiadowczych na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Metadane Szczegóły dotyczące wydarzenia łącznościowego, które nie zawierają jednak treści przekazywanej informacji. W przypadku listu będzie to np. znajdujący się na kopercie adres, pod jaki jest on wysyłany, informacja o nadawcy (jeśli została podana), o znaczku, a także dane zawarte na odcisku stempla pocztowego. W przypadku połączenia przez telefon komórkowy mogą to być lokalizacja aparatu, wybrany numer i czas połączenia. W przypadku korespondencji przesyłanej pocztą elektroniczną może to być rozmiar przesyłanego pliku, data, adresat oraz szczegóły dotyczące nadawcy, np. sposób, w jaki łączy się on z internetem, oraz rodzaj używanego przezeń oprogramowania i komputera.

Wprowadzenie

Edwardowi Snowdenowi można było pozazdrościć życia, jakie wiódł. Miał pracę, którą większość ludzi uznałaby za jedną z najlepszych na świecie – zajmował dobrze opłacane stanowisko w amerykańskim aparacie wywiadowczym. Po pobycie na atrakcyjnej placówce zagranicznej z ramienia CIA pracował jako podwykonawca dla jej siostrzanej agencji – NSA, aż wreszcie trafił do firmy doradczej Booz Allen Hamilton, do jej oddziału na Hawajach. Rozczarowany tym, co widział, postanowił podnieść alarm. Poświęcając swoją karierę i ryzykując utratę wolności, nawiązał kontakt z myślącymi podobnie jak on działaczami i przekazał im eksplozywne dowody ilustrujące postępowanie agencji wywiadowczych – amerykańskich i tych, które działają w państwach będących sojusznikami Stanów Zjednoczonych. Dokumenty, które zabrał i które zostały później opublikowane na całym świecie, wykazują niezbicie, że NSA i pokrewne jej instytucje szpiegujące metodami elektronicznymi, głównie brytyjska GCHQ, masowo zbierały szczegóły kontaktów osób prywatnych na skalę, jakiej dotąd nie znano. Pokazują, jak owe agencje zmusiły firmy internetowe do przekazania danych o ich klientach i jak złamały lub osłabiły zabezpieczenia łączności internetowej. Wykazują również, że Ameryka szpiegowała inne kraje, w tym te, które są jej sprzymierzeńcami.

Zarzuty karne przeciwko Snowdenowi mogą go posłać na dziesiątki lat do więzienia. Schronienie znalazł w Rosji, co – jak twierdzi – jest wynikiem decyzji podjętych przez władze amerykańskie, które unieważniły jego paszport, chcą go pozbawić możliwości podróżowania i ubiegają się o jego ekstradycję. Rozpętana przez niego debata jest jego największym triumfem, może powstrzymać koszmarny cyfrowy panoptykon1, w którym nieustanny nadzór prowadzony przez organy rządowe zniszczy sferę prywatną człowieka, wolność i sprawiedliwość. Poparcia udzielają mu niektóre z najważniejszych organizacji medialnych na świecie, takie jak np. „New York Times”, który wzywa rząd Stanów Zjednoczonych do zaoferowania mu amnestii. Dla jego zwolenników jest godnym kandydatem do wyróżnienia go nie tylko tytułem Człowieka Roku2, ale wręcz Człowieka Dziesięciolecia, który ujawnił łgarstwa i sekrety.

Powyżej przedstawiłem ogólnie podzielane poglądy na co ważniejsze fakty związane ze Snowdenem. Ta książka zawiera nieco inną ich interpretację. Snowden i jego stronnicy są w najlepszym razie pożytecznymi idiotami (jest to zwrot używany na określenie naiwnych ludzi z Zachodu, którzy swoimi działaniami bezwiednie pomagali Związkowi Radzieckiemu w latach zimnej wojny). W najgorszym zaś razie są aktywnymi kolaborantami współdziałającymi z wrogami mojego kraju i jego sojuszników. Wszelkie dobro, jakie mogli uczynić, niweczą wyrządzone przez nich szkody. Kradzieży tajnych dokumentów i ich opublikowania nie powinno się uważać za jakąś szlachetną krucjatę. Jest to działanie lekkomyślne i narcystyczne, które aż nazbyt łatwo wpisuje się w kierowane przez Rosję i wymierzone przeciwko Zachodowi wyrafinowane działania będące elementem wojny wywiadowczej i informacyjnej.

Dotychczas środki przekazu reagowały kombinacją łatwowierności w stosunku do obozu Snowdena i cynizmu wobec kręgów oficjalnych. Nie przedstawiły jednak rozleglejszego obrazu. Zbyt wiele komentarzy skupiało się na ujawnionych przez niego nadużyciach (głównie zresztą domniemanych, nie dowiedzionych). Za mało uwagi natomiast zwrócono na poczynione szkody dla naszego bezpieczeństwa. Niewiele osób postawiło trudne pytania: jak gromadzono owe informacje i jak doszło do tego, że się je publikuje. W postępowaniu Snowdena i innych osób jest wiele alarmujących i nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Celem tej niewielkiej książeczki jest sprostowanie owej perspektywy. Mam nadzieję, że zachęci ona innych do podążenia wskazanymi tu tropami i zadania trudnych pytań.

*

Podstawą krytycznego podejścia do sprawy Snowdena są pewne spostrzeżenia i nasuwające się wnioski. Jeśli spojrzeć na nią bez emocji, bez chorobliwego podniecenia, jakie towarzyszy ujawnieniu tajemnic, bez mitów oraz paranoi, jakie stanowią tło znaczącej części dyskusji o inwigilacji i masowym gromadzeniu informacji elektronicznych, fakty nie przemawiają na korzyść heroicznej interpretacji postępowania Snowdena. Wskazują raczej na coś bardziej złowieszczego.

Zwolennicy Snowdena, którzy udzielają mu największego poparcia, wychodzą z założenia, że Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i kraje będące ich sojusznikami w swojej polityce zagranicznej i w sprawach wewnętrznych zachowywały się tak nagannie, że po prostu zasługują na to, aby je ukarać. W bardziej umiarkowanej wersji pogląd ten sprowadza się do stwierdzenia, iż wykradzenie im pewnych informacji jest uzasadnione nawet z patriotycznego punktu widzenia, bo przywołać do porządku agencje wywiadowcze, które wyrwały się spod kontroli, i zmusić ich władze polityczne do objęcia ich odpowiednim nadzorem można jedynie, stosując brutalny szok. Wydaje się jednak, że żaden z tych obozów nie uświadamia sobie, iż szkody te są na rękę wrogom Zachodu.

Zagrożenia przybierają pięć postaci. 1. Osłabiają więzi Stanów Zjednoczonych z Europą i innymi sojusznikami. 2. Nadwerężają stosunki w dziedzinie bezpieczeństwa łączące owych sojuszników, zwłaszcza europejskich. 3. Podważają zaufanie opinii publicznej. 4. Podrywają prestiż Zachodu w oczach reszty świata. 5. Paraliżują jego operacje wywiadowcze.

Gdyby Władimir Putin zechciał sporządzić dla swoich urzędników listę zadań do wykonania, to byłaby ona bardzo podobna. Wszystkie one mają dla Kremla priorytetowe znaczenie i w istocie w tej materii nic się nie zmieniło od lat zimnej wojny. Do poddania działalności Snowdena i osób z nim związanych wnikliwej i krytycznej analizie powinno wystarczyć proste pytanie: cui bono? Kto odnosi korzyści z ujawnionych przez ostatnie pół roku przecieków?

Pewien aspekt tej sprawy wciąż pozostaje mało zbadany3. Jednym z tego powodów jest to, że podzielana przez społeczeństwo wizja szpiegostwa jest powierzchowna i otaczana splendorem. Pożywką dla niej są filmy dreszczowce nakręcane w Hollywood oraz powieści szpiegowskie. Zrozumienie tego, co agencje wywiadowcze faktycznie czynią, jest o wiele mniej powszechne. Ludzie nie rozumieją też będącego sednem dyplomacji tajnego i często cynicznego dobijania targu. Ignorancja w tej dziedzinie może być zdrowa, gdy jednak sprawy te wychodzą na jaw, ludzie są zszokowani.

Dalsze komplikacje wynikają z tego, że gdy się ma do czynienia z tajnymi, a zatem niedającymi się sprawdzić, informacjami ujawnianymi przez informatorów, którzy dążą do osiągania własnych celów politycznych, uprawianie odpowiedzialnego dziennikarstwa jest niemal niemożliwe. Większość dokumentów, które wyciekły, to przezrocza, wykorzystywane zapewne do prezentacji w zainteresowanych instytucjach. Co one jednak przedstawiają? Czy są to operacje i możliwości techniczne jedynie planowane, od dawna zarzucone, czy realizowane obecnie? Jaki mają zasięg? Jacy ludzie, jakie obiekty są ich celem? Co się znajduje na przezroczach wcześniejszych i późniejszych? Dla jakich przygotowano je widzów? Jakie zgłoszono zastrzeżenia lub jakie zadano pytania? Tego rodzaju informacja o kontekście sporu ma zasadnicze znaczenie. W każdej innej formie dziennikarstwa dokument, który stał się przedmiotem wycieku, jest badany właśnie pod kątem tego rodzaju powiązań i znaków wskazujących na jego wagę. Na pytania wynikające z rewelacji Snowdena nie udziela się odpowiedzi. Najważniejszych pytań zresztą wcale się nie zadaje.

Trzecim czynnikiem powodującym pozytywną reakcję na Snowdena jest autentyczne zaniepokojenie sposobem, w jaki wielkie możliwości przetwarzania danych i ich przechowywania w postaci cyfrowej wpływają na sferę prywatną człowieka i anonimowość (oraz ich postrzeganie), które od dawna uważaliśmy za coś oczywistego. Termin „masowa inwigilacja” może wprowadzać w błąd, ale rozpala w społeczeństwie emocje.

Oficjalne repliki na rewelacje Snowdena były mało przekonujące. Biały Dom obwiniał NSA za dopuszczenie do wycieku dokumentów. Jego reakcje na zarzuty Snowdena zdawały się nie dość energiczne, a przy tym lakoniczne i wyraźnie motywowane poczuciem obowiązku, nie zaś wewnętrznym przekonaniem. Sojusznicy Stanów Zjednoczonych gotowali się ze złości, jednak większość z nich milczała. Służby bezpieczeństwa i agencje wywiadowcze w krajach demokratycznych nie są przygotowane do sytuacji, w której mają dawać sobie radę ze środkami przekazu niemającymi charakteru specjalistycznego. Uważają (i słusznie), że zachowanie tajemnicy jest ważniejsze od sprostowania wprowadzającej w błąd opowieści. Jeśli wyjaśnią, dlaczego ujawniony dokument nie oznacza tego, co rzekomo znaczy, może to spowodować, że ujawniona zostanie kolejna tajemnica, być może nawet cenniejsza dla przeciwnika. Przedstawienie przez agencje ich racji jest ponadto utrudnione przez atmosferę, jaką stwarzają przecieki, oraz pamięć o wcześniejszym zwodzeniu społeczeństwa, kłamliwej przesadzie i niedokładności w takich na przykład sprawach, jak irackie programy budowy arsenału jądrowego. Morale ich personelu zostało osłabione, a w obliczu głębokiej i żrącej nieufności co do autentyczności jakichkolwiek informacji pochodzących ze źródeł wywiadowczych, przekonywanie, że nie dopuściły się one nadużyć, nie ma, jak się zdaje, wielkiej wagi.

Ta książka nie jest rezultatem zadowolenia z istniejącego stanu rzeczy. Nie gloryfikuje ona ani brytyjskich, ani sojuszniczych agencji wywiadowczych, czy to za ich reakcję na rewelacje Snowdena, czy to za ich działalność w poprzednich latach. Znaczną część mojej kariery zawodowej spędziłem na tropieniu tajemnic urzędowych (zarówno w państwach o ustroju demokratycznym, jak i tych, w których panowały rządy niedemokratyczne) i, znajdując je, odczuwałem satysfakcję. Moje działania kilkakrotnie spowodowały wszczęcie oficjalnego dochodzenia w celu ustalenia źródła przecieku, w szczególności w NATO, gdy stałem się pierwszym dziennikarzem, który ujawnił, że sojusz ten zgodził się wreszcie przygotować plany obrony nowych członków na wypadek kryzysu4. W swojej wcześniejszej książce, Podstęp, ujawniłem, że wywiad niemiecki – Bundesnachrichtendienst (BND) – prowadził operacje szpiegowskie w Estonii, opisałem też katastrofalne operacje prowadzone przez wywiad brytyjski w krajach bałtyckich w latach 40. i 50. minionego wieku. W każdym z tych przypadków uznałem, że interes społeczny był ważniejszy od oszczędzenia kłopotów politykom i urzędnikom. Urzędowym wyjaśnieniom nie ufam instynktownie. Konieczność zachowania tajemnicy, na którą zwykle powołują się pracownicy służb bezpieczeństwa i wywiadu, gdy zostają przyparci do muru, jest bezustannie nadużywana. Oczywiście tajemnica jest w ich pracy konieczna, ułatwia jednak również ukrywanie niekompetencji, korupcji i zdrady.

Opisując sprawę Snowdena, wychodzę z założenia, że przejrzystość życia publicznego i swobody, jakimi cieszą się dziennikarze, nie mogą brać góry nad wszelkimi innymi względami. Istnieją tajemnice tak drażliwe, że nawet dziennikarze nie powinni ich ujawniać (a napotykałem również takie sekrety). Dziennikarze mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, jak drażliwe są sekrety, które posiedli. Czynniki oficjalne muszą mieć w zanadrzu jakiś środek (np. brytyjski system D-notice), który pozwala doradzać środkom przekazu oraz informować kolegia kierujące danymi tytułami prasowymi, jak ograniczyć szkody wynikające z ujawnienia tajemnic. Dziennikarze mają obowiązki wobec swoich czytelników, ale są także obywatelami. Ich bezpieczeństwo i komfort życia oraz egzystencja ich współobywateli zależą od właściwego funkcjonowania państwa i nie wolno im myśleć, że dzieje się to automatycznie.

Zdrowa rywalizacja między urzędnikami, którzy chcą strzec tajemnic, a dziennikarzami, którzy usiłują je odkryć, jest znamieniem demokracji. Jeśli w zawodach tych wygrywa moja strona, może to się łączyć z naruszeniem obowiązującego prawa, czy to hipotetycznym, czy prawdziwym, to zaś z kolei może narazić dziennikarzy i ich informatorów na niebezpieczeństwo, że staną przed sądem. Jest to niejako część ich ryzyka zawodowego. Broniąc się przed zarzutem naruszenia tajemnicy, dziennikarz, który chce powołać się na to, że działał w interesie społecznym, musi być gotów do przedstawienia w razie potrzeby swoich argumentów przed sędzią i ławą przysięgłych. Jeśli zostanie skazany, może mieć nadzieję, że zostanie ułaskawiony dzięki naciskom politycznym bądź też, że rację przyzna mu historia. My, dziennikarze, nie jesteśmy objęci bezwarunkowym, ustawowym immunitetem i nie powinniśmy mieć takiego immunitetu. Nikt nas nie wybierał. Popełniamy błędy, a jeśli są one poważne, wskazujące na lekkomyślność lub złe intencje, powinniśmy się spodziewać, że poniesiemy tego konsekwencje. Krótko mówiąc, w rywalizacji między prawdą a tajemnicą obie te strony powinny uwzględniać perspektywę szerszej odpowiedzialności. Nie każdy przypadek naruszenia tajemnicy urzędowej zasługuje na postawienie dziennikarza i jego informatora w stan oskarżenia i nie każda tajemnica urzędowa zasługuje na ujawnienie.

Niektóre zarzuty wytaczane przeciwko obozowi zwolenników Snowdena są niezbyt mądre. Jeśli dziennikarze usiłują ujawnić popełniane przez państwo wykroczenia, nie jest to nielojalność. Nie ma też nic złego w tym, że zarabiają na swoich odkryciach. Sprawni dziennikarze o wielkich umiejętnościach i posiadający sprawdzone źródła, uzyskują cenne informacje, a jeśli potrafią je w dodatku dobrze przeanalizować i wyjaśnić, zasługują na dobre zarobki. Zarzuty wobec obozu Snowdena – naiwność, narcyzm, popędliwość i współudział w zdradzie – są wystarczająco poważne i nie ma potrzeby dodawać do nich jeszcze korupcji.

Trzeba też powiedzieć, że niepokój o przyszłość naszej sfery prywatnej w epoce nieograniczonych możliwości przechowywania informacji elektronicznych, potężnych algorytmów i nadzwyczajnych możliwości ich przetwarzania, nie jest pozbawiony podstaw. O tym, jaką ewolucję muszą przejść nasze obyczaje i postawy, aby dostosować się do szybkich zmian urządzeń, jakimi posługujemy się na co dzień, szczegółowo opowiada moja następna książka – Cyberphobia. Mówiąc krótko, twierdzę w niej, że o ile mamy powody, by się niepokoić, o tyle powodu, by wpadać w panikę, nie mamy. W przeszłości, reagując na pojawianie się nowych technologii, a także związanych z nimi korzyści i zagrożeń, społeczeństwo po prostu ewoluowało. W przyszłości także będzie ewoluować. Znajdziemy nowe sposoby postępowania, podobnie jak znaleźliśmy je, gdy pojawiły się aparaty fotograficzne, samochody, komputery i komputery osobiste. Będziemy musieli zmienić niektóre ustawy i stworzyć nowe instytucje. Będzie to niewygodne dla wszystkich, ale jest to wyzwanie, któremu można sprostać.

Ten rozległy temat pojawia się również w niniejszej książce. Podobnie jak my wszyscy z nowymi możliwościami, słabościami i ograniczeniami borykają się również agencje wywiadowcze. Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która w sposób godny podziwu zabrania dokonywania arbitralnych rewizji i konfiskat, nie napisano z myślą o epoce cyfrowej, która umożliwia gromadzenie i szybkie rozpowszechnianie wielkich ilości informacji na dystans i przez wiele osób. W orzeczeniu Sądu Najwyższego w sprawie Smith przeciwko stanowi Maryland z roku 1979, które stwierdza, że wykręcane numery telefoniczne nie podlegają ochronie jako informacja prywatna, nie przewidziano, iż władze będą w stanie gromadzić wielkie ilości takiego materiału i przeszukiwać go automatycznie. Gdy metadanych (czas, długotrwałość i numer docelowy) jest wystarczająco wiele i gdy są one umieszczone we właściwym kontekście, mogą powiedzieć więcej niż sama treść rozmowy, zwłaszcza że o ile podsłuchanie rozmowy wymaga zezwolenia, o tyle do zdobycia metadanych nie jest ono potrzebne. W sytuacji, gdy strumień danych wielokrotnie przekracza granice poszczególnych krajów, niepraktyczne i przestarzałe jest też dzielenie obywateli – jak czyni to prawo Stanów Zjednoczonych – na własnych, którzy podlegają konstytucyjnej ochronie, i cudzoziemców, na których można polować bez ograniczeń. Nowe problemy i dylematy rodzi również fakt, że trzeba polegać na operatorach rozmaitych witryn internetowych oraz spółkach telekomunikacyjnych (ale i stosować wobec nich naciski), a osłabienie standardów kryptografii na użytek obrotu gospodarczego bądź też odnajdowanie jej mankamentów i ignorowanie ich może wprawdzie przynieść natychmiastowe korzyści z punktu widzenia gromadzenia danych wywiadowczych, jednak − gdy już zostaną ujawnione − spowoduje raczej strategiczne straty, podsycając nieufność wobec Stanów Zjednoczonych jako strażnika standardów bezpieczeństwa w skali ogólnoświatowej.

W chwili, gdy piszę tę książkę, w Stanach Zjednoczonych trwa formułowanie i przedstawianie pozwów, które niewątpliwie trafią w ostateczności do Sądu Najwyższego. Wrą spory polityczne. Nad tym, jak Stany Zjednoczone i inne kraje powinny kierować swoimi agencjami bezpieczeństwa i wywiadu w epoce cyfrowej, deliberowała prezydencka grupa ds. przeglądu technik wywiadowczych i łącznościowych (niektóre z przedstawionych przez nią zaleceń są sensowne, inne natomiast – moim zdaniem – nie dadzą się wdrożyć, a mogą nawet być niebezpieczne5). W Stanach Zjednoczonych i w innych krajach demokratycznych swoje zdanie w ostatecznym rozrachunku wyrażą też wyborcy. Szanse na wprowadzenie zmian, jakich domagają się Snowden i jego stronnicy, wyglądają na nikłe. Wydaje się, że wyborcy nie życzą sobie, aby dla zapewnienia tego, iżby nigdy i nigdzie nie dochodziło do naruszenia ich sfery prywatnej, niweczyć istniejące możliwości uzyskiwania informacji wywiadowczych lub wywracać do góry nogami zbiór obowiązujących ustaw.

W istocie wydaje się, że opinia publiczna w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych w ogólnych zarysach zgadza się z poglądem, iż ujawnianie tajemnic państwowych szkodzi bezpieczeństwu kraju. Chociaż pewna będąca w mniejszości część środowisk medialnych i opiniotwórczych jest nadzwyczaj zaniepokojona tym, co uważa za zbyt długie ręce agencji wywiadu i bezpieczeństwa – do czego przyczynił się też bardzo przychylny sposób przedstawiania tych spraw w mediach – wygląda na to, że społeczeństwo nie podziela tych obaw. Na przykład w Wielkiej Brytanii 42 proc. osób, które spytano o te kwestie w sondażu przeprowadzonym w roku 2013, odpowiedziało, że uprawnienia służb bezpieczeństwa są mniej więcej takie, jakie być powinny. Dalszych 22 proc. uznało, że powinny być większe6.

NSA i związane z nią organizacje są ogromne. Próbować oddzielić informacje wymieniane przez terrorystów i innych wrogów od niewinnych danych przesyłanych przez niewinnych Amerykanów nie jest łatwo i niekiedy zdarza się coś, do czego nie powinno dojść. W przypadku skandalu znanego pod nazwą Loveint odkryto, że grupka urzędników z NSA nadużyła swoich stanowisk do inwigilowania prywatnego życia osób na świeczniku. Ukarano ich w trybie dyscyplinarnym, chociaż moim zdaniem powinni zostać wyrzuceni z pracy i postawieni przed sądem. Skorumpowani i szukający korzyści dla samych siebie funkcjonariusze wywiadu są równie dużym, a może nawet większym zagrożeniem dla naszych swobód, jak skorumpowani i szukający korzyści policjanci czy sędziowie. Takich osób może być niewiele, ale nie jest to powód do usypiania naszej czujności.

Abstrahując od wykroczeń pojedynczych osób, jest jasne, że ręce NSA są również zbyt długie. W orzeczeniu wydanym przez FISA ujawniono, iż od roku 2011 w agencji tej niesłusznie przeczytano około 56 tysięcy e-maili obywateli Stanów Zjednoczonych. Trzeba jednak przede wszystkim zauważyć, że jest to wykaz popełnionych błędów, które zarejestrowała i zgłosiła sama NSA, trudno więc mówić, że systematycznie zaciera ślady bądź nadużywa swoich uprawnień w sposób zamierzony. Poza tym w porównaniu z łączną liczbą przesyłanych e-maili sięgającą miliardów takich przypadków jest niezwykle mało. W innym miejscu FISA negatywnie oceniła również zakres gromadzenia przez NSA metadanych, sposób, w jaki uzyskuje ona do nich dostęp, oraz szczebel, na jakim ubiega się o zezwolenie na ich pozyskiwanie7. Gdy jednak się czyta (otępiająco długie) orzeczenia owego sądu, jasne jest, że system ten funkcjonuje mniej więcej tak, jak powinien. Owszem, NSA popełnia błędy, ale również je zgłasza. Sąd dopatruje się w jej działalności niedociągnięć i krytykuje je niekiedy w bardzo ostrych słowach. Procedury się zmieniają. Mechanizm gwarantujący utrzymanie równowagi politycznej działa więc mniej więcej tak, jak planowali jego twórcy.

Jeśli wynikiem rewelacji Snowdena ma być wykazanie, że agencje wywiadowcze i ich pracownicy popełniają błędy lub że w swoich działaniach dochodzą do kresu nałożonych na nie ograniczeń ­– politycznych, sądowych oraz ustawowych – i niekiedy popadają z tego tytułu w konflikt prawny, to biorąc pod uwagę rozmiary wyrządzonych szkód, należy uznać, że jest to korzyść doprawdy rozczarowująca. Nawet najżarliwsi obrońcy tych instytucji nigdy nie twierdzili, że zawsze postępują one słusznie. Jak wszystkie administracje rządowe również NSA nosi cechy aparatu biurokratycznego, marnotrawnego i egoistycznego, bardziej zależy jej na ekspansji niż na pomniejszaniu swoich rozmiarów. Zdecydowanie popieram ustanowienie w sądzie FISA instytucji „obrońcy publicznego” (nawiasem mówiąc, stanowisko takie istnieje w NSA)8. Osoba taka powinna mieć certyfikat bezpieczeństwa, aby mieć dostęp do tajnych informacji, ale powinna mieć również taką pozycję, aby móc oponować przeciwko wnioskom agencji o udzielenie im pozwolenia na zdobywanie informacji w sposób naruszający prawa osób będących na ich celowniku. Zgodnie z regułami obowiązującymi obecnie przedstawiają one swoje argumenty sędziom, w procesie tym jednak nie ma miejsca dla człowieka, który poszedłby na totalną konfrontację i powiedział: nie. Rozleglejszy charakter mógłby mieć też proces powoływania sędziów, co obecnie leży w gestii prezesa Sądu Najwyższego.

Jasne jest, że przekazywanie informacji przez cudzoziemców NSA uważa za teren swobodnych łowów, co faktycznie jest zgodne z prawem międzynarodowym. Jak wykażę poniżej, szpiegowanie przez cudzoziemców w jakimś kraju jest nielegalne z natury rzeczy, ale to powszechna praktyka. Prawo międzynarodowe wprawdzie ma coś do powiedzenia o ochronie danych osobowych, ale różne są tego definicje. Czy adresy IP identyfikujące punkt, w którym użytkownik komputera uzyskuje dostęp do internetu, są częścią danych osobowych? UE mówi, że tak. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł natomiast, że nie. Istotniejsze znaczenie może jednak mieć to, że jak zauważył jeden z byłych brytyjskich szefów szpiegów Nigel Inkster9, „jest jasne, że większość przeszukiwanych przez NSA danych pochodzących spoza Stanów Zjednoczonych została w rzeczywistości dostarczona – w ramach programu współpracy w zwalczaniu terroryzmu – przez służby wywiadowcze tych krajów, za zgodą ich rządów”.

Biorąc to wszystko pod uwagę, należy stwierdzić, że we wszystkich krajach społeczeństwa potrzebują lepszych sposobów na odrzucenie szkodliwych wniosków, jakie można by wyciągnąć z automatycznej analizy informacji elektronicznych. Byłoby niedopuszczalne, gdyby np. niewinny nie-Amerykanin został nieodwołalnie umieszczony na liście osób niemogących korzystać z linii lotniczych albo został pozbawiony konta bankowego tylko dlatego, że jest pobożnym muzułmaninem, który studiuje chemię i lubi samoloty.

Chociaż takie obawy słyszy się ze wszystkich stron, zwłaszcza dotyczące tego, jak tego rodzaju możliwości mogłyby zostać nadużyte w przyszłości, to zważywszy na furorę, jaką zrobiły przecieki Snowdena, przykłady sytuacji, gdy sprawy przybrały faktycznie zły obrót, są niezwykle rzadkie. Snowden twierdził, że:

Ja sam, siedząc przy moim biurku, gdybym tylko miał osobisty adres ich poczty elektronicznej, mógłbym podsłuchać każdego, poczynając od ciebie lub twojego księgowego, a kończąc na sędzim sądu federalnego, a nawet prezydencie10.

Twierdzenie to jest szokujące, nie zostało jednakże dowiedzione i zależy od tego, jak interpretować słowo „mógłbym”. Teoretycznie, gdyby na tego rodzaju działania udzielono prawnego mandatu, może to być prawda. Wynikałoby z tego, że zajmujący niskie stanowisko funkcjonariusz NSA może przeszukiwać pocztę elektroniczną w skali światowej, nie obawiając się reprymendy. Fakty są tymczasem takie, że w sytuacji, gdy NSA ma do dyspozycji ponad milion wykradzionych dokumentów, najgorszy przypadek rozmyślnego naruszenia sfery prywatnej jakiejś osoby, czy to w Stanach Zjednoczonych, czy w jakimś innym kraju, jaki zdołał dotychczas znaleźć obóz Snowdena, dotyczy sześciu muzułmańskich radykałów (z których amerykańskie powiązania ma jeden). Zwrócili oni na siebie uwagę NSA z powodu upodobań do internetowej pornografii i szukania kontaktów z małoletnimi dziewczynkami. Zdaje się, że agencja ta rozważała nawet możliwość dokonania w tej sprawie świadomego przecieku informacji, aby w ten sposób zdyskredytować owych muzułmanów, a zwłaszcza podważyć ich rolę w propagowaniu ekstremistycznych i aprobujących stosowanie przemocy odmian islamu11. Inne przezrocze (które faktycznie wskazuje, że NSA ma świadomość, iż jej działania muszą pozostawać w granicach prawa, bez względu na to, jak może być ono irytujące czy niedogodne) dawało do zrozumienia, że pewna niewymieniona z nazwy „restauracja w Teksasie” mogłaby zostać objęta obserwacją, gdyby spotkali się w niej handlarze narkotykami12. Kontekst tego zdania nie stanowił zalecenia, ale ostrzeżenie dla personelu NSA, aby nie powtarzał on błędów popełnionych w programie „Minaret” z lat 60. i 70., w ramach którego bez nakazów sądowych podsłuchiwano m.in. Martina Luthera Kinga i senatora Howarda Bakera13.

Owa opowieść o będących celem operacji NSA muzułmanach (jeśli jest prawdziwa) wzbudza pewne poważne pytania: kto mógł podjąć decyzję o podjęciu takiej oficjalnej kampanii oczerniania? Jak miałaby być ona prowadzona? Jaki poziom graniczącej z przestępstwem uciążliwości wystarcza, aby spowodować takie potraktowanie, i jaką rekompensatę uzyskałyby osoby będące celem takich działań, jeśliby pomówienia te okazały się nieprawdziwe? Owe hipotetyczne pytania przysparzają jednak na razie więcej kłopotów niż sytuacje rzeczywiste.

Ramy prawne zwalczania terroryzmu, włamywania się przez instytucje rządowe do cudzych komputerów, gromadzenia danych i metadanych oraz reguły dotyczące rewidowania osób odbywających podróże międzynarodowe, a także rekwizycja należących do nich rzeczy nie są dziełem ukończonym, a ich niedoskonałość i brak jasności wynikają z tego, że są tworzone niejako w biegu. Owszem, jest to irytujące, to jednak nie to samo, co stanięcie wobec systemu zamkniętego, w którym nie można nic zakwestionować. W wolnym i praworządnym społeczeństwie prawomocność rządów prawa, nadzoru ze strony parlamentu czy Kongresu i innych mechanizmów gwarantujących zachowanie równowagi politycznej nie zależy od tego, czy są one doskonałe. Działalnością NSA i innych agencji kierują szefowie wyłonieni w drodze wyborów, którym z kolei patrzą na ręce prawodawcy i sędziowie. Nadzór ten mógłby być lepszy, ale nie jest on nieważny ani bezużyteczny (tak jak się to dzieje w krajach autorytarnych, na których temat obóz Snowdena tak zastanawiająco milczy). Wyniki tego procesu bywają różnorakie. W dniach, gdy piszę ten tekst, sędzia w dystrykcie Kolumbii orzekł, iż gromadzenie metadanych jest nielegalne. W stanie Nowy Jork natomiast inny sędzia i w odmiennej sprawie wydał werdykt przeciwstawny. Na początku roku 2014 miał się rozpocząć proces z pozwu obywatelki Malezji, która zakwestionowała umieszczenie jej na liście osób objętych zakazem lotu na pokładzie samolotu należącego do komercyjnej linii lotniczej do Stanów Zjednoczonych lub ze Stanów Zjednoczonych do innego kraju14. Sugeruje to, że życie jest skomplikowane, ale nie wskazuje na rozmyślne, jednoznaczne nadużywanie władzy w sposób, który uzasadnia wymówienie przez obywateli posłuszeństwa wobec władz.