Wydawca: Psychoskok Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 373 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Operacja Kustosz - Jolanta Maria Kaleta


Operacja Kustosz to powieść sensacyjna, w której Autorka sięgnęła po solidną garść faktów z przeszłości – tej dawnej, z czasów II wojny światowej, jak i tej ostatniej, z 1989 roku, kiedy to w Polsce toczyły się obrady Okrągłego Stołu. Sam tytuł sugeruje, i słusznie, że motorem wydarzeń jest operacja służb specjalnych o kryptonimie ‘Kustosz’, której celem było odnalezienie złota, dzieł sztuki i innych tzw. skarbów ukrytych przez nazistów na terenie Dolnego Śląska, w ostatnich miesiącach II wojny światowej.

Fabuła wciąga od samego początku, a książkę czyta się szybko, z niekłamaną przyjemnością, chcąc jak najprędzej poznać ciąg dalszy wydarzeń. Wraz z bohaterami Czytelnik przeszukuje podziemia zrujnowanych pałaców, penetruje ciemne jaskinie, bunkry, kazamaty srebrno-górskiej twierdzy, szpera w magazynach enerdowskich ministerstw, prowadzi skomplikowane pertraktacje z podejrzanymi typkami, a nawet płynie statkiem na bałtycką wyspę Hiddensee.

Mocną stroną powieści jest nie tylko wartka akcja i dobrze skonstruowana intryga, ale także postaci głównych bohaterów. Każdy z nich ma własną przeszłość, która go ukształtowała, ulega zwykłym ludzkim namiętnościom, ponosi koszty błędnych decyzji. Ponieważ gra toczy się o najwyższą stawkę dochodzi do zbrodni, zdrady, oszustwa, ale także narodzin gorącej, prawdziwej miłości.

Książki Jolanty Marii Kalety objęte są patronatem medialnym serwisu TuWroclaw.com

Opinie o ebooku Operacja Kustosz - Jolanta Maria Kaleta

Fragment ebooka Operacja Kustosz - Jolanta Maria Kaleta

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2012
Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2012
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Wydawnictwo Psychoskok
Projekt okładki: Anna Pereświet-Sołtan (pracownia@klimaciarnia.pl)
ISBN:978-83-63548-40-7
Wydawnictwo Psychoskok
ul. Chopina 9, pok. 23 , 62-507 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

http://wydawnictwo.psychoskok.pl

http://ebooki123.pl

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Jolanta Maria Kaleta

OPERACJA „KUSTOSZ”

Wydawnictwo Psychoskok 2013
Konin

GENERALNE GUBERNATORSTWO, Kraków

sierpień 1944, styczeń 1945

 Przez otwarte okna Sali Pod Ptakami na Zamku Wawelskim wlewało się sierpniowe, upalne powietrze. Siedzący za długim prezydialnym stołem, otoczonym dużą ilością krzeseł, szef kancelarii Generalnego Gubernatorstwa, dr Max Meidinger, dyskretnie obcierał śnieżnobiałą chusteczką spocone czoło. Jego wzrok co chwilę zatrzymywał się na barokowym kabinecie ozdobionym widokami Rzymu, dając mu złudne wrażenie, że znajduje się w całkiem innym miejscu, znacznie bardziej oddalonym od Armii Czerwonej stacjonującej tuż za Wisłą. Po przeciwnej stronie siedział doradca ‘Króla Frank–Reichu’ Wilhelm von Palezieux. Czas oczekiwania skracał sobie oglądaniem wspaniałego stropu ozdobionego ptakami oraz plafonami Dolabelli. Obydwaj panowie doskonale wiedzieli co będzie przedmiotem zwołanej na godziny południowe narady. Kilkakrotne spotkania gubernatora Hansa Franka z Guntherem Grundmannem miały miejsce także w ich towarzystwie. Od pewnego czasu w rozmowach tych uczestniczył także gauleiter Dolnego Śląska Karl Hanke.

 Temat nie był palący, ale za to ogromnej wagi. Rozważanie, zwłaszcza publiczne, o możliwości przegrania wojny uważano za sianie nastrojów defetystycznych, za co groziła kula w łeb, lecz w ścisłym gronie przyjaciół rozmowy o zbliżającym się końcu były na porządku dziennym. Poruszano w nich zwłaszcza istotny problem zabezpieczenia sobie przyzwoitego poziomu życia ‘na po wojnie’. Myśl, że trzeba będzie ponieść jakiekolwiek jej konsekwencje nikomu nie przychodziła do głowy. Planowali wspólnie, ale z pewnością każdy czynił też jakieś kroki na własną rękę. Tak na wszelki wypadek. 

 Punktualnie o godzinie trzynastej piękne, intarsjowane drzwi otworzyły się i do sali wkroczył Hans Frank. Brunatny mundur Reichsleitera, ozdobiony złoto-czerwonymi naszywkami na kołnierzu, leżał na jego dobrze zbudowanej sylwetce nienagannie. Czerwona opaska z czarną swastyką w białym polu na lewym ramieniu i wysokie oficerskie buty dopełniały całości. Przywitał oczekujących go towarzyszy krótkim i ledwie słyszalnym ‘Heil Hitler’. Od czasu, gdy popadł w niełaskę u Wodza i groziła mu nawet utrata stanowiska Generalnego Gubernatora, mścił się w taki właśnie sposób. Meidinger i Palezieux zerwali się z miejsc i również niezbyt głośno odpowiedzieli, podnosząc leniwie prawe ramię w faszystowskim pozdrowieniu.

 - Siadajcie panowie! – polecił stanowczym tonem, zasiadając na prezydialnym miejscu, w zdobionym zabytkowym fotelu, który w czasach dla niego szczęśliwszych gościł na sobie królewskie pośladki Jagiellonów – Sytuacja na froncie przedstawia się następująco:

Linia frontu, mówiąc jak najkrócej, przebiega od Bałtyku, wzdłuż Niemna, Narwi i Wisły. Plan obrony opracowany przez generała Guderiana zakłada obronę terenów na zachód od tej linii, w miejscach istniejących umocnień miast-twierdz. W obszarze nas interesującym najbardziej, czyli w rejonie Krakowa, takie obiekty nie istnieją. Mówiąc szczerze panowie, a jesteśmy przecież w gronie przyjaciół, co zobowiązuje do szczerości, szanse na utrzymanie wyznaczonej linii frontu, a tym bardziej na zwycięstwo w tej wojnie, są znikome. W tej sytuacji należałoby się zastanowić jaki plan działań mamy przyjąć my – urzędnicy cywilni. Swoją propozycję przedstawiłem na ostatnim naszym spotkaniu. A dziś trzeba podjąć decyzję. Jaka jest panów opinia?

 - Koncepcja zarysowana przez pana gubernatora wydaje się być najbardziej roztropna. Zresztą w tym kierunku zostały już poczynione pewne kroki – odezwał się dr Palezieux, doradca do spraw sztuki, otwierając leżący przed nim na stole sporych rozmiarów notatnik.

 - Tak… Proszę referować – zezwolił gubernator i rozparł się wygodnie w fotelu. Zimny, stalowy wzrok zatopił w twarzy swego intendenta.

 - Otrzymałem od dr Grundmanna wykaz 80 obiektów na terenie Dolnego Śląska, gdzie przygotowano już odpowiednie pomieszczenia zdolne przyjąć wybrane przez pana gubernatora i pana gauleitera, Karla Hanke, dzieła sztuki – wyjaśniał. 

 - Ile osób o tym wie? – oczy Franka delikatnie zwęziły się, jak u zwierzęcia szykującego się do skoku na swoją ofiarę.

 - Niewiele. Oprócz nas oczywiście Karl Hanke, a cały dokument jest zaszyfrowany. Proszę łaskawie spojrzeć… - Palezieux wstał i położył przed gubernatorem kilka stron dokumentu.

 Gubernator zaledwie spojrzał na kartki papieru zapisane dziwnym szeregiem liter i cyfr. On przecież na szyfrowaniu się nie znał. Nie było jednak potrzeby tego podkreślać. Pochwalił zatem krótko:

 - No… perfekt… Proszę to schować - zdecydowanym ruchem odsunął od siebie zaszyfrowane kartki papieru. - A które miejsce wybraliście panowie jako numer jeden? – spytał patrząc to na jednego, to na drugiego spośród mężczyzn siedzących za stołem.

 - Pałac w Sichowie, koło Jawora… - zaczął Meidinger, ale Frank mu przerwał:

 - Własność Manfreda von Richthoffena… W ostateczności okazał się prawdziwym patriotą.

 - Tak jest! – potwierdził skwapliwie Meidinger. – Od jakiegoś czasu przebywa tam współpracujący z nami doktor Eduard Kneisel…

 - Konserwator zabytków z Wiednia… - Frank znowu przerwał doktorowi, dając dowód doskonałego rozeznania wśród najwyższych urzędników III Rzeszy.

 - Tak jest! – służbiście przytaknął Meidinger. – Otrzymałem od niego pismo, że pracuje nad przygotowaniem solidnych, a zarazem tajnych skrytek na nasze najcenniejsze eksponaty.

 - Bardzo dobrze! – pochwalił gubernator. – Nie ma na co czekać, panowie! Te czerwone wszy miały czelność dotrzeć aż tutaj! - uderzył otwartą dłonią o lśniący blat stołu, dając wyraz swemu najwyższemu oburzeniu, aż podskoczyły leżące na nim pióra i ołówki.

 - Wobec tego już dziś wydam polecenie załadowania skrzyń do wagonów. Są już przygotowane… - Palezieux spojrzał pytająco na swego pryncypała. – Według listy numer jeden?

 - Oczywiście, drogi Max! – wzrok gubernatora spoczął na dr Meidingerze - Proszę udać się do SS-Obersgruppenfuehrera Friedricha Krugera i ustalić warunki ochrony transportu… A ty Willi – gubernator zwrócił się do Palezieuxa - jeszcze zostań na chwilę.

 - Tak jest! – wykrzyknął Meidinger, zerwał się zza stołu i służbiście stuknął obcasami.

Gdy gubernator i Palezieux zostali sami, Frank otworzył drzwiczki kabinetu ozdobione widokiem Coloseum, wyjął butelkę Martela i dwa kryształowe kieliszki. Usiadł obok Palezieuxa i nalał do nich złocistego płynu.

 - Zrobiłem sobie spory zapasik… - zaczął rozmowę, podziwiając pod światło barwę alkoholu. - Czy w Neuhaus już wszystko gotowe? Można wysłać transport? – spytał po chwili z nosem utkwionym nad kieliszkiem.

 - W zasadzie gotowe – odparł. - Już nawet część mebli i urządzeń biurowych została przewieziona. Pfaffenrot może działać – relacjonował Palezieux, delektując się smakiem koniaku.

 - Jak planujesz przewieść… te… trzy… wiesz – gubernator spytał na koniec rozmowy o najcenniejszą część swoich zbiorów.

 - Nie martw się, Hans – po przyjacielsku, lecz z należnym szacunkiem, dotknął przedramienia swego pryncypała. - Pojadą do Sichowa, do specjalnej skrytki – z uśmiechem zadowolenia podniósł kieliszek do góry. - Prosit! – dodał po sekundzie.

Nie miał najmniejszego zamiaru zdradzać, że odnośnie najcenniejszego obrazu w kolekcji Franka ma własne plany. Jemu przecież też się coś należało za lata wiernej służby.

 - Prosit! – odpowiedział gubernator i panowie stuknęli się kieliszkami.

 Kilka godzin później Hans Frank stał w Sali Kolumnowej i przyglądał się dwóm obrazom wiszącym obok siebie. Jeden z nich przedstawiał młodego mężczyznę, a w zasadzie chłopca o pięknych długich włosach brązowego koloru, siedzącego w niedbałej pozie przy stole. Na drugim, urodziwa młoda kobieta trzymała na rękach zwierzątko przypominające łasicę. Obydwie postaci uwidocznione na obrazach tworzyły piękną parę. Gubernator chwilę kontemplował ich urodę, trzymając ręce w kieszeniach bryczesów, lekko kołysząc się na stopach, po czym przejechał dłonią po włosach, przywołując do porządku kilka niesfornych kosmyków. Miał dopiero 44 lata, ale zakola z roku na rok powiększały się, podobnie drugi podbródek. To dodawało mu lat. Zdjął obraz młodzieńca ze ściany i przeszedł piętro wyżej do swojego prywatnego gabinetu. Tam wyciągnął go z ram, włożył do leżącego na biurku aluminiowego etui, zamknął je na kluczyk i wsunął do skórzanej walizki. Z ogromnej szafy gdańskiej wyjął identyczny obraz, wsunął w puste ramy i wrócił do Sali Kolumnowej. Wiernie oddająca oryginał kopia zawisła na jego miejscu. 

 Gubernator zwykłym dla siebie, szybkim krokiem zszedł na dół do kancelarii i telefonicznie zawezwał do siebie Helmuta Pfaffenrota. Adiutant, wchodząc stuknął obcasami i podniósł rękę w nazistowskim pozdrowieniu.

 - Coś nowego z Warszawy? – zapytał znużony upałem Frank.

 - Melduję posłusznie, że mam złe wiadomości! – oznajmił adiutant, po raz kolejny stukając obcasami.

 - Tak? – lekko zdziwionym głosem spytał gubernator. Cóż jeszcze złego mogło się przytrafić na kilka miesięcy przed ostateczną klęską? – pomyślał.

 - Pół godziny temu w Warszawie wybuchło powstanie - relacjonował adiutant. - Przed minutą otrzymałem meldunek.

Gubernator teatralnym gestem uderzył pięścią w stół i zaklął:

 - Do jasnej cholery! Jeszcze tego brakowało…

 W myślach uznał jednak, że to wydarzenie będzie sprzyjało jego planom. Zwiąże siły Rosjan, a jemu da czas na ewakuację. W chaosie walk na froncie i tłumieniu powstania łatwiej będzie realizować własne plany. Ze swoich myśli nie zamierzał jednak zwierzać się adiutantowi, toteż oznajmił pewnym siebie, jak zwykle, tonem:

 - To sprawa wojska! Poradzą sobie. Zmielą przez maszynkę do mięsa te polskie śmieci!

 - Tak jest! – stuknął obcasami Pfaffenrot.

 Gubernator spojrzał na niego z dezaprobatą. Ileż to razy powtarzał, żeby nie trzaskać bezmyślnie buciorami. Adiutant skonfundowany opuścił wzrok.

 - Transport do dr Weiss już gotowy? – gubernator zmienił całkowicie temat spokojnym, pozbawionym emocji głosem.

 - Tak jest! – w porę pohamował odruch stukania obcasami, jedynie wyprężył sylwetkę.

 - Co wysyłamy?

 - Tym razem niewiele. 19 dywanów i 15 skrzyń, głównie z biblioteki i wyposażenie biura – wyliczył z pamięci.

Hans Frank pokiwał głową z aprobatą.

 - Dziękuję. To wszystko – oznajmił, patrząc gdzieś przed siebie. - Odmaszerować!

 - Tak jest! Heil Hitler! – wykrzyknął Pfaffenrot i energicznie podniósł ramię do góry. Pamiętał, żeby nie stuknąć obcasami.

 Gubernator wrócił do swojego prywatnego gabinetu na piętrze, usiadł przy biurku i wziął do ręki leżący tam od wczoraj list. Nadawcą był Gerhard Hauptman z Jagniątkowa. Pisarz, noblista, a prywatnie jego dobry znajomy. Frank sądził nawet, że przyjaciel, ale kto tam mógł wiedzieć, co siedziało w głowie tego ponad osiemdziesięcioletniego staruszka. Pytał o możliwość wygrania wojny przez Rosjan i zagarnięcia przez nich Dolnego Śląska.

 - Co on taki strachliwy? – pomyślał Frank. – Za takie głupie pytanie grozi kulka w łeb!

 Zdawał sobie jednak sprawę, że klęska Niemiec jest nieuchronna, ale był dość mocno przekonany, że ‘czerwoni’ na tereny Dolnego Śląska nie wejdą i ziemie te pozostaną przy Rzeszy. W najgorszym wypadku, może Rosjanie przetoczą się przez Wrocław i przekroczą Odrę, ale później wycofają się i oni, Niemcy, tu wrócą. Do tego jednak czasu muszą schować to, co było najcenniejsze, żeby nie wpadło w ‘łapy czerwonej hołoty’, jak nazywał Rosjan przy każdej okazji. Możliwość zagarnięcia przez nich Dolnego Śląska na stałe wydawała się nieprawdopodobna, nie tylko jemu. Grundmann był tego samego zdania i gauleiter Karl Hanke także.

 Poza tym, po wojnie trzeba będzie jakoś żyć. Na lukratywne stanowisko w nowych władzach Frank raczej nie mógł liczyć, więc musiał zadbać sam o przyszłość swoją i najbliższych. Przyzwyczajony wraz z rodziną do ogromnego luksusu i nieograniczonej władzy, już nie wyobrażał sobie życia na poziomie urzędnika, nawet wysokiej rangi. Tutaj, w Krakowie, był przecież królem. Nie tylko on, każdy z nich miał upatrzone miejsca, schowki, w znacznej mierze już zapełnione bezcennymi dziełami sztuki, złotem, numizmatami, porcelaną, starodrukami, a nawet meblami.

 Wyjął z szuflady biurka swój dziennik, który prowadził nieprzerwanie od października 1939 roku. Jeszcze do połowy 1943 roku zwykł mawiać, że „…ten jedyny w swoim rodzaju dokument będzie po wsze czasy świadectwem, z jaką powagą przystąpiłem do powierzonego mi zadania…”. Nie przyszło mu do głowy, że będzie również świadectwem jego zbrodni.

 Pod datą 1 sierpnia 1944 roku polecił sekretarzowi zapisać „…narada, w której uczestniczył dr Palezieux i dr Meidinger, w sprawie zabezpieczenia niemieckiego dorobku kulturowego przed czerwoną zarazą…”. Sekretarz precyzyjnie opisał troskę swego pryncypała i jego współpracowników o los bezcennych zbiorów, jak gubernator osobiście musiał się ciężko napracować i ile wysiłku poświęcił dla dobra narodu niemieckiego. Dopiero na samym końcu dopisał krótką informację o wybuchu powstania w Warszawie.

 Dwa dni później z dworca kolejowego ruszył pociąg, którego trzy wagony wypełnione były ‘towarem’ należącym do gubernatora. Setki żołnierzy osłaniały ten drogocenny transport, który po kilkunastu godzinach dotarł na Dolny Śląsk, do Jawora. Tam przeładowano go na ciężarówki - meblowozy należące do firmy transportowej, od kilku miesięcy współpracującej z gubernatorem. Po godzinie stanęły na podjeździe pałacu w Sichowie. Oczekiwane przez konserwatora zabytków dr Eduarda Kneisela.

 Kilka miesięcy później, w mroźny styczniowy poranek 1945 roku gubernator, po odprawie swoich pracowników na Wawelu, wsiadł do najnowszego modelu Mercedesa i w licznej asyście samochodów wojskowych ruszył do Sichowa. Większość osobistego bagażu jechała w oddzielnych samochodach. Było tego dość dużo, bo przecież gromadka dzieci i żona, rozmiłowana w zbytku i luksusie, potrzebowała w podróży wielu niezbędnych przedmiotów. Do bagażnika Mercedesa kazał wrzucić także skórzaną walizkę stojącą od pewnego czasu w gabinecie na piętrze.

 Początkowo podróż odbywała się przy akompaniamencie niedalekiej rosyjskiej artylerii, ale Sichów przywitał ich prawdziwie wiejskim spokojem. Siedziba Richthoffena w białej scenerii, obsypana skrzącym się w słońcu śniegiem, bardziej sprawiała wrażenie bajkowego pałacu niż twierdzy mającej bronić dzieł sztuki ukrytych w jej wnętrzu.

 Od rana następnego dnia gubernator osobiście przeprowadził selekcję zgromadzonych w pałacu dokumentów. Część została wrzucona na płonący pośrodku dziedzińca stos. Pozostałe złożono do skrzyń i zapakowano na samochody ciężarowe. Pod czujnym okiem Hansa Franka pakowano też do skrzyń dzieła sztuki do dalszego transportu. Dr Kneisel przygotował dla nich skrytki w pałacu w Morawie, gdzie czekali już współpracownicy gubernatora: dr Schuler, dr Kneiser i Palni. Pozostałe miano wysłać do Świerzawy i do pałacu Schaffgotschów w Cieplicach.

 Pakowanie i przepakowywanie zgromadzonych obrazów, mebli, albumów, wyrobów artystycznych, pochłaniało mnóstwo czasu i wysiłku, gdyż wyjazd wyznaczono na 23 stycznia. W niedzielę wszystkim należał się odpoczynek. Lecz nie Hansowi Frankowi. Zaraz po śniadaniu wsiadł do swojego Mercedesa, rozparł się wygodnie na tylnym siedzeniu, a kierowca otrzymał rozkaz zawiezienia go do Jagniątkowa, do willi Gerharda Hauptmana. Po godzinie czy dwóch jazdy Mercedes zatrzymał się na podjeździe uroczego pałacyku, nazwanego przez noblistę „Polnym Kamieniem”. Wizyta nie była jedynie kurtuazyjna czy sentymentalna. Hauptman znany był nie tylko ze swoich utworów, za które zresztą otrzymał nagrodę Nobla, ale także z zamiłowania do pięknych przedmiotów. Od lat gromadził obrazy, rzeźby, monety i inne dzieła sztuki, zamieniając z czasem dom w muzeum.

 Wiadomym też było, że jego twórczość dość często była tłumaczona w Związku Radzieckim i cieszyła się sympatią wśród wysokich dygnitarzy. Było pewne, że pozwolą pozostać leciwemu staruszkowi w jego pałacyku i tam dokonać żywota. W najgorszym razie ewakuują go wraz z całym jego dobytkiem. Gubernator planował to wykorzystać. Kto jak kto, ale on dobrze wiedział, że całego majątku nie należy ukrywać w jednym miejscu, lecz przynajmniej w kilku. Im większy majątek, tym więcej schowków. Prawdopodobieństwo odkrycia wszystkich jest w zasadzie równe zeru.

 Szczupły i niewysoki staruszek, z aureolą siwych włosów na głowie przywitał swego gościa w saloniku, siedząc na przepięknym, biedermeierowskim fotelu przysuniętym w pobliże ogromnego, marmurowego kominka. Styczeń 1945 roku był wyjątkowo mroźny.

 - Witaj, drogi przyjacielu – odezwał się drżącym głosem wyciągając pokrytą starczymi plamami dłoń w stronę swego gościa.

 - Jakże miło znowu wejść w progi tej świątyni dusz! – serdecznie wołał już od progu gubernator.

 - Jak pan sądzi, drogi Hans, czy Rosjanie tu dotrą? - w jego głosie łatwo było wyczuć nutkę niepokoju.

 - Być może, być może… Ale proszę się nie obawiać! – uspokajał go.

 Usiadł w fotelu, tuż przy pisarzu i delikatnie, po przyjacielsku poklepał go po ręce – Noblisty nie ośmielą się ruszyć.

 - A jeżeli?- staruszek nie dawał za wygraną.

 - To może jednak, drogi przyjacielu, pozwoli pan, że pomogę w ewakuacji? – zaofiarował się - Gauleiter też przecież już proponował swoją pomoc, czyż nie?

 - Tak, tak… Ale przecież moich wspaniałych polichromii z hallu nie da się zabrać… - jęknął zrezygnowany.

 - Tego, to nie – potwierdził zdecydowanie. - Natomiast pozostałe zbiory jak najbardziej. Proszę dysponować!

 - Nie, nie… Dziękuję… Zostanę… - bąkał zagubiony - Może nie będzie tak tragicznie… – staruszek zapatrzył się w ogień i myślami gdzieś już się oddalił.

 Po kilku minutach ciszy, przerywanej jedynie trzaskaniem płonących w kominku polan, gubernator zdecydował się wyjawić, z czym przyjechał.

 - Skoro taka decyzja drogi panie Gerhardzie, to ja ją uszanuję, ale mam prośbę – zawiesił głos czekając na reakcję pisarza.

 - Ależ oczywiście! Jak tylko mogę pomóc… W tym ciężkim dla nas okresie… musimy trzymać się razem – ożywił się i spojrzał na swego wysoko postawionego gościa oczyma w znacznej mierze zakrytymi kataraktą.

 Gubernator zbliżył swoje mięsiste usta do ucha pisarza i wyszeptał:

 - Mam wyjątkowo dla mnie cenny obraz i obawiam się, że mogę go stracić…. jak Rosjanie do niego dotrą. To tak jak z pańską polichromią – dodał już głośno. - Nie umiałbym bez niego żyć!

 - Ale cóż ja mogę? – szczerze zdumiał się staruszek.

 - Gdy będzie wisiał pomiędzy pańskimi obrazami to nikt go nie ruszy. A w razie ewakuacji to pojedzie z panem…

 - Rozumiem… - poklepał życzliwie gubernatora po ramieniu. - Bardzo chętnie pomogę, drogi Hansie, bardzo chętnie… - Hauptman uśmiechnął się życzliwie, w pełni rozumiejąc miłość kolekcjonera do najcenniejszego obiektu zbioru.

 - Spotkamy się zapewne już po wojnie. To długo nie potrwa… - powiedział pewnym siebie głosem gubernator.

 - Tak… Tak… Do zobaczenia po wojnie… - pisarz kiwał głową ze zrozumieniem. - Oby jeszcze w moim domu!

 23 stycznia kawalkada samochodów eskortujących Mercedesa z Hansem Frankiem, rozpartym na tylnym, obitym skórą siedzeniu, opuściła Dolny Śląsk i przez Drezno dotarła do majątku Schoberhof koło Neuhaus. Swego pryncypała oczekiwał adiutant Helmut Pfaffenrot oraz dr Palezieux, przybyły z trzema obrazami z Sali Kolumnowej na Wawelu.

 Ponad trzy miesiące później, podczas pięknego majowego poranka 1945 roku były gubernator Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank został wyprowadzony ze swojej okazałej willi i w towarzystwie żołnierzy amerykańskich przewieziony do Norymbergii w charakterze oskarżonego. W tajnym schowku odkryto dwa cenne obrazy wywiezione z Wawelu. Jeden autorstwa Leonarda da Vinci, a drugi Rembrandta. Trzeciego obrazu, arcydzieła Rafaela, w domu Hansa Franka nie znaleziono.

 W dniu 16 października 1946 roku wyrokiem Międzynarodowego Trybunału w Norymberdze, były gubernator Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank został powieszony. Jego ostatnie słowa, wypowiedziane na szubienicy, były całkowicie odmienne i sprzeczne z tymi, które wypowiadał przez ostatnie sześć lat, wysyłając na śmierć dziesiątki tysięcy obywateli państwa polskiego, odmawiając im prawa do człowieczeństwa i brzmiały: ‘Chryste, wybacz mi’.

BRESLAU, Dolny Śląsk, zima 1945

 - Drogi Albercie! Rosjanie nigdy nie zdobędą Wrocławia. Prędzej ja go spalę! – przekonywał gauleiter Dolnego Śląska Karl Hanke ministra uzbrojenia Rzeszy Alberta Speera, swojego przyjaciela, oprowadzając go po Ratuszu w styczniu 1945 roku.

 Speer tylko wzruszył ramionami. Było mu całkowicie obojętne, co stanie się z tym miastem, gdyby dostało się w ręce wroga.

 - Od sierpnia Wrocław został ogłoszony twierdzą – relacjonował z dumą gauleiter. – Każda para rąk jest wykorzystywana. Albo do noszenia broni, albo do kopania rowów.

 - A dużo jest tych rąk? – grzecznościowo spytał minister. On już doskonale wiedział, że III Rzeszy nic nie uratuje, nawet ta cała Wunderwaffe.

 Hanke strzepnął niewidoczny pyłek z nienagannie skrojonego, brunatnego munduru gauleitera i odparł patrząc z pychą na swego rozmówcę:

 - W ostatnich miesiącach przybyło prawie czterysta tysięcy. To razem ze stałymi mieszkańcami daje milion osób!

 - No, no… - pokiwał głową z uznaniem. - To nakaz zdeponowania złota, kosztowności i dzieł sztuki w bankach przyniósł zapewne bogate żniwa? – spytał z wyczuwalną kpiną w głosie.

 - Oczywiście! – potwierdził skwapliwie gauleiter. - Wszystko jest w sejfach. Bezpieczne! – dodał tym samym tonem co Speer.

 Speer spojrzał na gauleitera lekko unosząc jedną brew i uśmiechając się porozumiewawczo.

 8 stycznia 1945 roku dwaj partyjni funkcjonariusze NSDAP podlegli Hankemu zjawili się na Wawelu. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami między gauleiterem a gubernatorem Hansem Frankiem mieli odebrać zdeponowany i przechowywany w kopalni w Wieliczce ładunek – dwanaście skrzyń dębowych i dwadzieścia metalowych kaset. Dwie ciężarówki, Opel Blitz i terenowy Kubelwagen, pod eskortą esesmanów wyjechały w drogę powrotną do Wrocławia jeszcze tego samego dnia. Podróż była niezwykle trudna - szosy zasypane śniegiem, zatłoczone uciekającymi cywilami, zablokowane transportami wojskowymi. Dwunastego stycznia konwój dotarł dopiero do Krapkowic. Tam otrzymali wiadomość, że w Kamieniu Śląskim czeka na nich samolot, ale do miasteczka dotarli dopiero szesnastego i samolotu już nie było. Esesmani podjęli decyzję o ukryciu ładunku w pobliskim kamieniołomie, gdyż Armia Czerwona dosłownie deptała im po piętach.

 Na początku marca Hanke nakazał wydobycie tych skrzyń i kaset, wysyłając po nie śmigłowiec Flettner Koliber z porucznikiem SS Gerttnerem i dwójką tych samych funkcjonariuszy partyjnych, którzy ukryli w styczniu ładunek. Czwartego marca samolot wylądował na skrzyżowaniu dróg, nieopodal wsi Otmice. Mieszkańców zagoniono do wydobycia kaset, ale do samolotu zmieściło się ich tylko osiem. Pozostałe musiały pozostać w ukryciu. W samolocie zabrakło też miejsca dla jednego z funkcjonariuszy NASDAP. Podzielił los wieśniaków – został zastrzelony.

 Karl Hanke od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę, że Rosjanie nie tylko dojdą do Odry, ale także ją przekroczą. I zapewne pójdą dalej. Klęska Rzeszy była nieunikniona i należało zabezpieczyć się na przyszłość. Prowadził długie konsultacje ze swoim konserwatorem zabytków, doktorem Guntherem Grundmannem. Ich rezultatem było przygotowanie dziesiątek skrytek na najcenniejsze zbiory, te państwowe i te prywatne, na terenie Dolnego Śląska. Hanke nie miał najmniejszych wątpliwości, że tereny te pozostaną przy państwie niemieckim. Należało tylko przeczekać rosyjską nawałnicę. Bałagan i zamieszanie, spowodowane wojną, stwarzały doskonałą okazję do pozyskania części majątku gromadzonego od lat w składnicach dzieł sztuki III Rzeszy. Miał on zapewnić dostanie życie po wojnie. Grundmann spakował do skrzyń zbiory Wrocławskiego Ratusza, Śląskiego Muzeum Sztuki, Archiwum Państwowego i oddane w depozyt zbiory prywatne. Część z nich miała znaleźć schronienie w osobistych skrytkach gauleitera.

 Wydanie rozkazu ewakuacji ludności cywilnej, niezdolnej do noszenia broni, w dniu 19 stycznia spotęgowało chaos. I chyba o to chodziło. W tym samym dniu ruszył konwój ciężarówek wiozący zawartość sejfów bankowych – sztaby złota, srebrne i złote monety, biżuterię, pieniądze i dzieła sztuki. Całe złoto Wrocławia. Kierunek ewakuacji i cel podróży znało bardzo wąskie grono osób. Zadbał o to osobiście gauleiter. Miał w tych działaniach spore doświadczenie.

 Od kilku miesięcy wywoził ciężarówkami do swojego majątku pod Mieroszowem skrzynie z dziełami sztuki, złotem, porcelaną i srebrem. Jego zaufani ludzie przygotowali tunele pod fabryką żaluzji i tkalnią należących do Hankego. Po ich zapełnieniu wejście wysadzono w powietrze. Drugi prywatny konwój został wysłany za radą Grundmanna do pałaców w Morawie, Karpnikach i Książu. Konserwator przygotował też skrytki w nieczynnych kopalniach i sztolniach.

 Pozostał do rozwiązania najpoważniejszy problem. Jak wydostać się z krwawiącej, płonącej twierdzy? Generał von Ahlfen, komendant, nie potrafił zaproponować dobrego rozwiązania, a nawet wyraził zaniepokojenie, czy uda się wygrać wojnę i poddał w wątpliwość obronę miasta za wszelką cenę. Patrząc bezczelnie w oczy gauleitera, powiedział:

 - Proponuję honorowe samobójstwo. To przyjęte roz…

Ale wściekły Hanke mu przerwał:

 - Ja jestem zbyt młody i mam po co żyć!

 Nietrafiona propozycja kosztowała generała utratę stanowiska. Komendantem twierdzy został generał Niehoff. Miał do swojej dyspozycji dokumenty żołnierzy, ich spisy i nieśmiertelniki.

 - Mogę zaproponować książeczkę wojskową kaprala Heinza Mayera z Wehrmachtu.

 - Zbyt duże ryzyko! Żołnierze mnie znają i może któremuś przyjść do durnego łba wydać mnie Rosjanom – oznajmił zdenerwowany gauleiter.

 - To może położy się pan do lazaretu wojskowego, z obandażowaną głową – zaproponował generał.

 Hanke spojrzał na niego z błyskiem wściekłości w oczach i syknął:

 - Już pan zapomniał, co my robiliśmy z rannymi w szpitalach? Zwłaszcza w Rosji?!

 Zapadła kłopotliwa cisza, którą przerwał Niehoff:

 - Mam do dyspozycji jednego Storcha z pilotem, sierżantem Jagerem. Proponuję go wykorzystać.

 - To brzmi rozsądnie, tyle że lotnisko już zostało zbombardowane – odparł Hanke.

 - Ale lądowisko powstałe w miejsce dzielnicy akademickiej jest już odpowiednio przygotowane, a w ostateczności może on wystartować z placu przy stadionie olimpijskim – wyjaśnił Niehoff.

 Wyburzenie budynków i wywiezienie gruzu kosztowało życie kilkunastu tysięcy niemieckich mieszkańców Wrocławia, ale to dla gauleitera nie miało najmniejszego znaczenia. Rankiem szóstego maja 1945 roku, w mundurze podoficera SS wystartował samolotem typu Storch. Awaria zmusiła go do lądowania i podjęcia próby pieszego przedostania się na zachód. Dotarł do Czech, gdzie został złapany przez partyzantów.

 Szedł w grupie jeńców wojennych prowadzonych przez czterech Czechów. Kiedy zbliżyli się do torów kolejowych, konwój stanął, aby przepuścić nadjeżdżający pociąg. Hanke postawił wszystko na jedną kartę. Gdy rozpędzona lokomotywa była dwa, trzy metry od nich, skoczył przez tory na drugą stronę. Ryzyko było ogromne, ale dawało tę pewność, że żaden Czech nie pójdzie w jego ślady. Biegł w kierunku lasu. W pewnym momencie poczuł przeszywający ból w łydce i po chwili drugi, w ramieniu. Dosięgły go kule celnie wystrzelone przez Czecha, pomiędzy jadącymi dość wolno wagonami. Upadł i próbował się czołgać. Strach znieczulał ból. Po minucie czy dwóch Czech dogonił go. Silnym kopniakiem przewrócił na plecy i spojrzał w oczy. Widząc w nich paniczny strach i błaganie o litość, z całych sił uderzył kolbą prosto w twarz gauleitera. Krew trysnęła jak z fontanny i z ust Hankego wydobył się ryk bólu. Czech uderzył jeszcze raz. W czoło. Mózg pomieszany z krwią wypłynął z rozłupanej jak skorupa orzecha czaszki i zabarwił świeżą, jasną zieleń trawy na różowo. Wszechmocny i bezwzględny gauleiter odpowiedzialny za śmierć dziesiątek tysięcy własnych współobywateli i zrównanie 600 - tysięcznego miasta z ziemią, zakończył swój żywot. Tajemnicę ukrycia ‘złota Wrocławia’ i tysięcy dzieł sztuki zabrał ze sobą do piekła.

WROCŁAW, Biuro Paszportowe WUSW, ul. Podwale

15 marca 1989 rok

 Niewielki, wąski korytarzyk wypełniony był ludźmi do granic możliwości. Jedyne trzy krzesła zajęły starsze panie, dla których z pewnością długie oczekiwanie na swoją kolej było zbyt męczące. Nawet kilka lat temu nie wystarczały dla mniejszej ilości petentów. W pozbawionym okien pomieszczeniu panował zaduch nie do wytrzymania, ale nikt nie odważył się czekać na zewnątrz. Mógł przecież przegapić swoją kolej.

 Od trzech miesięcy nie tylko wzrosło zainteresowanie otrzymaniem paszportu, bo takowe było zawsze, lecz władze uelastyczniły znacznie swoje stanowisko i coraz częściej naczelnik Wydziału Paszportowego na podaniu stawiał pieczątkę ’zgoda’. Lotem błyskawicy obiegła miasto informacja o nowych przepisach paszportowych wydanych przez Rakowskiego na koniec 1988 roku i ilość złożonych podań przerosła możliwości urzędników. Dlatego trzeba było stać długo w kolejce. Jak po wszystko zresztą.

 Redaktor Wiktor Wolański stał cierpliwie, oparty o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Znał w tym urzędzie każdy kąt. Od lat składał podanie o paszport i zawsze, niezmiennie otrzymywał odpowiedź odmowną. Z bardzo prostej przyczyny. Starał się o paszport na Zachód. Za ‘żelazną kurtynę’. Nie miał zamiaru jechać na wycieczkę z Orbisem ani do jakiejkolwiek cioci z wizytą. Ani tym bardziej do pracy ‘na czarno’ w charakterze murarza czy kelnera, przy całym szacunku dla tych zawodów. Nie zajmował się też handlem, a w zasadzie przemytem, bo to, co można było przewieźć legalnie nie dawało należytego zarobku. On chciał wyjechać do RFN jako dziennikarz, w poszukiwaniu materiału do pracy. A wobec tego typu obywateli ludowa ojczyzna miała własne plany.

 Każdorazowo więc funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa takiego petenta jak on prosił do swego gabinetu na rozmowę. Nie tylko wypytywał o cel podróży, ale także składał propozycję, która była w pewnym sensie ‘nie do odrzucenia’. My wydamy wam paszport, ale wy podpiszecie deklarację współpracy ze służbami. Przeszkolimy was, obywatelu i jak będziecie przydatni to ojczyzna się wam odwdzięczy. Posłuchacie, co mówią inni dziennikarze, koledzy po fachu albo co sądzą o naszych władzach tamte władze, ale tak prywatnie, nieoficjalnie, wgryziecie się w środowisko emigracyjne, rozpracujecie kilka problemów. Rozumiecie o czym mówię, prawda?

 Jakaś część pragnących paszportu mówiła sobie w duchu, że podpisać to można wszystko, nawet cyrograf, a donosić potem niekoniecznie. Machali ręką, niech tam będzie i współpraca. Często otrzymywali tajemniczo brzmiący pseudonim, który mile łechtał ich potrzebę bycia kimś więcej niż zwykłym Józkiem czy Bronkiem. Agent wywiadu, a może kontrwywiadu – to brzmiało dumnie. Liczyli też na mniejszą lub większą gratyfikację finansową wypłacaną w dewizach. Przeliczona na złotówki po kursie czarnorynkowym dawała niezłą sumkę. Dostawali paszport i kariera często stawała przed nimi otworem.

 Nie wszyscy jednak chcieli ją zrobić za wszelką czy za każdą cenę. Do takich zaliczał się redaktor Wolański. Gdy tylko składał podanie o paszport, prosił go porucznik SB do siebie na rozmowę, proponował, on odmawiał, naczelnik wtedy stawiał pieczątkę ‘odmowa’. I tak trwało przez kilka ładnych lat. Nie zrobił więc kariery ani w stołecznej prasie ani w warszawskiej telewizji. Pisał swoje artykuły z zakresu II wojny światowej, albo z historii sztuki czy nawet turystyki do Słowa Polskiego. A od kilku miesięcy mógł realizować własny program w lokalnej, wrocławskiej telewizji. W wolnych chwilach z przyjaciółmi chodził po Karkonoszach i Tatrach, zapuszczał się w niedostępne jaskinie Jury Krakowsko - Częstochowskiej, zbierał materiały do planowanej książki, której temat trzymany był w ścisłej tajemnicy.

 Trzy miesiące temu, czyli w styczniu, złożył po raz kolejny podanie o paszport. Właśnie weszły w życie nowe przepisy, według których każdy obywatel, o ile nie był na ‘czarnej liście’ władz mógł wyrobić sobie paszport i nawet zatrzymać go w domu. Przez dziesięć lat. Im dłużej, tym wyższa opłata.

 - Panie redaktorze Wolański – protekcjonalnym tonem odezwał się młody porucznik Wydziału Paszportowego WUSW we Wrocławiu, gdy tylko Wiktor przekroczył próg jego pokoju – wie pan tak samo dobrze jak ja, że dopóki nie podpisze pan tej deklaracji, to paszportu na Zachód pan nie otrzyma.

 Mówiąc te słowa otworzył teczkę, w której zgromadzone były wszystkie poprzednie podania, odmowy i odwołania Wolańskiego. Na wierzchu leżało to jego ostatnie. W prawym górnym rogu widniała pieczątka ‘zgoda’. Ale tego redaktor, siedzący na zbyt małym jak na jego wzrost krzesełku, nie mógł dostrzec.

 - Nie podpisałem tego świstka przez tyle lat, więc z pewnością nie zrobię tego teraz, kiedy Rakowski zmienił przepisy paszportowe – odparł usiłując wygodnie ułożyć swoje długie nogi w niewielkiej przestrzeni między krzesłem a biurkiem porucznika – a paszport należy mi się jak psu zupa.

 - A to ciekawe… O czym pan mówi? – udał, że nie wie o co chodzi i usiłował swemu chytremu spojrzeniu nadać niewinny wyraz.

 A przecież wiedzieli już wszyscy. Władza służb specjalnych od kilku miesięcy, choć nieformalnie, to jednak została ograniczona. Zwłaszcza w zakresie wydawania paszportów. Po kraju chodziły plotki, a nawet powtarzane głośno i bez lęku informacje, że rząd czyli komuniści chcą się dogadać z opozycją czyli Solidarnością. Ponoć właśnie po to zwołano obrady potocznie zwane ‘okrągłym stołem’. Sukcesywnie, od likwidacji stanu wojennego, a zwłaszcza od czasu, gdy w Moskwie na Kremlu zasiadł Gorbaczow, słabość tych pierwszych coraz bardziej rzucała się w oczy. Jeżeli nie mieli w ręku konkretnych zarzutów wobec petenta wydawali paszport. Pod warunkiem, że miał dewizy na koncie w banku. W grudniu 1988 roku premier wydał nowe rozporządzenie pozwalające każdemu wydać paszport, o ile za niego zapłaci. Na to liczył Wiktor Wolański. Tym bardziej, że i tuba propagandowa PZPR-u, „Radiokomitet” zaczęła przyciągać do programów, początkowo tylko radiowych, a od jakiegoś czasu i telewizyjnych, dziennikarzy nie skompromitowanych sianiem tak zwanej propagandy sukcesu PRL-u. Aby zrobić dobry program od czasu do czasu musieli wyjechać za granicę. Aby ‘zebrać informacje w celu realizacji materiału’, jak to się nazywało w fachowym żargonie.

 - Panie poruczniku! – Wolański westchnął ciężko. - Po tylu latach naszej ‘paszportowej’ znajomości mógłby pan nie traktować mnie jak nierozgarnięte dziecko…. – poprosił zniesmaczony i spojrzał na funkcjonariusza z politowaniem. - Wszyscy już wiedzą o nowych przepisach, a pan je poznał jako pierwszy, więc….

 - No, panie redaktorze! – przerwał mu ze śmiechem. - Pan się nie zna na żartach… Ha, ha, ha – usiłował obrócić wszystko w żart, lecz w głębi duszy chyba liczył, że zdesperowany Wolański w końcu się złamie i podpisze deklaracje współpracy. – Oczywiście, że jest ten przepis, ale naczelnik nadal ma prawo nie dać zgody, gdy są ku temu ważne przyczyny.

 - Odmowa bycia konfidentem z pewnością nie jest tą ważną przyczyną – podniósł głos o ton wyżej – a wyjazd jest konieczny ze względu na moją pracę. Zbieram informacje do nowego programu i Prezes Radiokomitetu będzie niezadowolony z takiego sposobu potraktowania swego pracownika.

 Jednocześnie uważnie obserwował twarz funkcjonariusza, czy tak na wyrost rzucona groźba, bez żadnego umocowania w faktach, wywrze na nim jakiekolwiek wrażenie. Porucznik jeszcze raz usiłował całą rozmowę obrócić w żart, śmiał się jak pensjonarka, sznurując usta, aby ukryć zażółcone przez nikotynę zęby.

 - A pańskie zaangażowanie w Solidarności? To pryszcz? – spytał znienacka.

 - Tu się z panem po raz pierwszy zgodzę – to pryszcz – stwierdził dobitnie Wolański - Z tą Solidarnością rząd siedzi właśnie przy jednym stole i jej popieranie przestało być grzechem, więc…

 Porucznik zamachał rękoma, odganiając się od słów redaktora jak od uciążliwej osy i sięgnął po stojak z pieczątkami.

 - Robię to tylko ze względu na pana, panie redaktorze – oznajmił w końcu. – Pański program w naszej wrocławskiej telewizji o tajemnicach Dolnego Śląska uwielbia moja żona. Wie pan w jaki sposób baba jest w stanie ukarać męża, gdy uzna, że coś jest jego winą?

 - Wiem, dlatego jestem już po rozwodzie – odrzekł już spokojniejszy. – Odstawi od stołu albo od łóżka.

 - Otóż to, otóż to… - zachichotał lubieżnie, mając pewno na myśli ten drugi rodzaj zemsty, odstawienie od łóżka – A jak pan nie nakręci ciągu dalszego tajemnicy kompleksu Riese z powodu braku paszportu to wolę nawet nie myśleć co mnie czeka.

 Przystawił pieczątki we wszystkich właściwych miejscach. Wiedział, że i tak musiałby to zrobić. Gdyby rzeczywiście jeszcze na dodatek interweniował Prezes Radiokomitetu, to mógłby się pożegnać z służbą. Ale sumienie miał czyste, bo podjął próbę zwerbowania znanego we Wrocławiu dziennikarza.

 - Za miesiąc paszport powinien być do odbioru. Na jak długo? – spytał oschle. 

 - Na dziesięć lat. Nie będę ryzykował, że coś wam się odwidzi…

 Opuścił biuro bez podziękowania. W końcu nikt mu żadnej łaski nie zrobił. Szybkim krokiem zmierzał w stronę przystanku ‘7’ na Powstańców Śląskich. Miał nadzieję, że jeszcze zastanie w Ośrodku redaktor naczelną wrocławskiej telewizji. 

 Po zimie nie zostało już nawet śladu. Topniejący śnieg odsłonił podgniłą, brunatną trawę na skwerkach, drzewa nadal straszyły bezlistnymi kikutami gałęzi, ale wiosnę czuło się już w powietrzu. Być może za sprawą ptaków, które wróciły z ciepłych krajów w rodzinne strony i uwijały się wśród krzaków i koron drzew, naprawiając stare lub budując nowe gniazda. A wszędobylskie wróble awanturowały się nawet na środku chodnika, gdy natrafiły na interesującą i praktyczną gałązkę czy słomkę. Słońce coraz śmielej ogrzewało miejskie powietrze, nadając mu charakterystyczny wiosenny zapach. 

 Redaktor Wolański wyciągnął zatem z szafy swoją ulubioną kurtkę, o militarnym fasonie, w kolorze khaki. Poszerzała w ramionach jego wysoką i szczupłą sylwetkę. Chyba zaspokajała też podświadomie pragnienie sprzed lat bycia korespondentem wojennym, na wzór znanych europejskich dziennikarzy. System, w którym przyszło mu żyć takiej kategorii dziennikarstwa nie przewidywał. Dawno nie strzyżone włosy płowego koloru, który niektórzy określali jako mysi, rozwiewał lekki wietrzyk. Co odważniejsze młode dziewczyny oglądały się za nim. Być może rozpoznawały go ze szklanego ekranu. Nie zawsze to dostrzegał. Zaabsorbowany swoimi sprawami zapominał o całym świecie. Nawet o dziewczynach. No, chyba, że któraś była naprawdę ładna…

 Naczelna siedziała w swoim gabinecie za biurkiem i zakreślała coś w rozłożonym przed sobą tekście. Gdy wszedł spojrzała na niego zza okularów, które błyskawicznym ruchem zdjęła i wrzuciła do szuflady.

 - Witam pana, panie Witku! – zawołała uradowana z jej tylko wiadomego powodu – Dobrze, że pan do mnie zajrzał. Mamy do pomówienia.

 Pochylił się nad wyciągniętą do siebie dłonią i szarmancko, aczkolwiek symbolicznie cmoknął. Pani redaktor Bogumiła Piątkowska była, jak to się mówi potocznie, ryczącą czterdziestką, choć zapewne do tej magicznej liczby trzeba by dorzucić rok czy dwa. Ale trzymała się świetnie. Żaden siwy włosek nie miał prawa wychylić się spomiędzy rozjaśnionych na blond loków, staranny dość mocny makijaż, eleganckie perfumy, ciuchy już nie z komisu, lecz z Peweksu albo przywiezione zza granicy. Eleganckie i modne. Ona ‘od zawsze’ miała paszport więc mogła zakupy robić nawet w Paryżu. Nikt i tak nie wnikał, czy przedtem cokolwiek podpisała czy nie. Choć dokumenty z SB nigdy nie wyciekały na zewnątrz, to i tak wszyscy wiedzieli za jakie zasługi otrzymywało się stanowisko. Patrzyła na redaktora Wolańskiego z nieukrywanym apetytem. Prawie oblizywała ze smakiem na czerwono uszminkowane wargi.

 Usiadł na kanapie, a ona rozsiadła się tuż obok niego, zakładając nogę na nogę. Zatrzymał na dłużej spojrzenie na jej gładkich i jeszcze bardzo ponętnych kolanach. Wiedziała doskonale, że jej atutem były zgrabne nogi i umiała to wykorzystać. Wąska, krótka spódnica odsłaniała wszystko, co warte było pokazania. Zaciągnęła się dymem papierosa trzymanym w wypielęgnowanych, aczkolwiek brzydkich palcach, krótkich i grubych.

 - Czy musi pan w kolejnym odcinku swojego programu sięgać do tego całego Michała Willmanna? Przecież to Niemiec… - spytała takim tonem jakby miała pretensje, że ją zdradza z koleżanką.

 - Niemiec, ale przede wszystkim Ślązak – poprawił – I tworzył właśnie tu na Dolnym Śląsku, który teraz należy do Polski.

 - No właśnie – przytaknęła skwapliwie – więc powinien pan poszukać jakiegoś polskiego malarza i nim się zainteresować. - Uśmiechnął się dyskretnie. 

 - Nadal mamy zacierać wszelkie ślady pobytu na tych ziemiach ludzi, którzy byli innej niż polska narodowości? – spytał z niedowierzaniem. - Pani Bogusiu… Czasy, w których co rusz pisano i mówiono, że ‘we Wrocławiu nawet kamienie mówią po polsku’ już się właśnie kończą. Na naszych oczach.

 - No to niech pan sobie weźmie na warsztat tego całego Wlastimila Hofmana – zaproponowała, kokieteryjnie poprawiając spadający na czoło loczek – To Czech chyba, czy coś koło tego, a także tworzył na Dolnym Śląsku.

 - Przyjdzie czas i na niego – odparł z wyrozumiałym uśmiechem. – Ale teraz już najwyższy czas odszukać zaginione dzieła Willmana. Są znacznie cenniejsze. Nawet pod względem materialnym. To śląski Rembrant. Nie mówiąc już, jaki wpływ na poprawę naszego wizerunku w oczach zachodniej Europy będzie miała nasza postawa. Przecież pani widzi w jakim kierunku idą zmiany. Dam głowę, że nie minie rok, a zaczniemy mówić o przystąpieniu Polski do NATO i wspólnoty europejskiej.

 Użył ostatniego już argumentu. Jeżeli Naczelna się nie zgodzi i nie poprze scenariusza w ‘cenzurze’ to z programu będą nici. A tyle już pracy w niego włożył. Kolejny materiał też był ciężki do przełknięcia i w KW i u cenzora. To niemiecki noblista Gerhard Hauptman. Chyba, że przy ‘okrągłym stole’ podejmą decyzję o wprowadzeniu wolności słowa…

 Choć naczelna mentalnie tkwiła korzeniami głęboko w PRL-u, to jednak doskonale wiedziała skąd wiatr wieje i w którym kierunku. Dla niej pozostanie na stanowisku było priorytetem, a kurczowe trzymanie się wytycznych, choćby z zeszłego roku, mogło temu zaszkodzić. Zmiany następowały tak szybko, że trzeba było kierować się intuicją, a nie przepisami.

 - Jest pan niepoprawnym optymistą – odparła z powątpiewaniem kręcąc głową. – Tak daleko te zmiany nie pójdą – dodała. W jej głosie wyczuł niepokój.

 - O zakład nie pójdę, bo nie wypada ogrywać kobiety i to pięknej – dodał szarmancko, wpatrując się w jej oczy.

 - I co ja mam z panem zrobić? – pytała, uśmiechając się kokieteryjnie. – Poprę ten scenariusz, ale należy mi się za to duża kawa.

 - Z przyjemnością, pani Bogumiło – podniósł do ust jej dłoń i jeszcze raz cmoknął. – Jutro po pracy wpadnę po panią i podjedziemy do Novotelu. Zgoda?

 Pytanie było zbędne. Wszyscy wiedzieli, że redaktor Piątkowska leciała na Wolańskiego jak przysłowiowa pszczoła do miodu i było kwestią czasu kiedy dopnie swego i wciągnie go do łóżka. Niebrzydką i zadbaną szefową niejeden kolega Wiktora z chęcią zaprosiłby ‘na kawę’ i to, co zwykle następowało po niej. On też z pewnością nie miał nic przeciwko temu.

 Zadowolony z wyniku rozmowy poszedł do swojego pokoiku, na drugie piętro. Na biurku od dłuższego czasu leżała teczka, w której od lat gromadził materiały, z których to zapewne kiedyś powstanie program. Albo artykuł prasowy. Być może powieść. Nosiła roboczy tytuł „Piękny Młodzieniec” i miała dotyczyć skomplikowanej historii pewnego obrazu.

 Już jako student historii zainteresował się losami dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej. Zrabowanych i wywiezionych przez uciekających nazistów, rozkradzionych przez ‘trofiejne kamandy’ czy zwykłych szabrowników. Interesował go szczególnie jeden obraz, namalowany przez Rafaela w XVI wieku, na lipowej desce, a nazywany „Portretem Młodzieńca”. Do wybuchu II wojny znajdował się w kolekcji Czartoryskich. Zgromadził na jego temat bardzo dużą wiedzę, lecz ‘młodzieniec’ był nieuchwytny. Paszport, o który się starał był nie tyle potrzebny do sfilmowania kilku dzieł Willmana w jednym z podwiedeńskich obiektów klasztornych, co do spotkania się z osobą, która twierdziła, że w Wels, w małym domu aukcyjnym, będzie wystawiony na sprzedaż obraz, który określono jako ‘prawdopodobne dzieło Sebastiano del Piombo’. Opis zamieszczony w katalogu był zbieżny z „Portretem Młodzieńca”- młody mężczyzna o ciemnych włosach, siedzący przy stole, w tle okno. Obraz niestety nie był sygnowany, podobnie jak dzieło Rafaela.

 Już w XIX wieku pojawiła się koncepcja, że autorem tego dzieła nie był sam renesansowy mistrz, lecz właśnie mniej ceniony del Piombo. Różnica była jedynie w cenie. Oczywiście na korzyść Rafaela. Ale jego obrazu nikt nie ważyłby się wystawić na oficjalnej aukcji. Del Piombę i owszem. Jego dzieła nie znajdowały się na oficjalnej liście zaginionych czy skradzionych dzieł sztuki.

 Obraz z kolekcji Czartoryskich zaginął w 1945 roku, wywieziony z Krakowa, najprawdopodobniej przez Hansa Franka lub jego współpracownika, intendenta na Wawelu Wilhelma Palezieux. Od tamtej pory nikt więcej go nie widział.

 Jednak zanim razem z doktorem Czarkowskim, historykiem sztuki, wybiorą się do Wels, Wolański miał w planach wyprawę do NRD. Na spotkanie z pewną piękną kobietą. Ale ten wyjazd był jego ściśle strzeżoną tajemnicą. Zobowiązano go do absolutnej dyskrecji. Całe szczęście granicę przekraczało się na wkładkę do dowodu osobistego, którą mógł posiadać każdy obywatel.

 Po raz setny przekartkował wszystkie posiadane dokumenty dotyczące obrazu i spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina 17. Musiał odebrać samochód z warsztatu. Kilkuletni Ford Scorpio, świetny egzemplarz, ale od czasu do czasu wymagał ręki fachowca. Pan Mieciu wyregulował silnik jak szwajcarski zegarek i Wiktor mógł z piskiem opon zahamować przed swoim blokiem na Powstańców Śląskich.

 Od roku mieszkał sam. Żona, Magda, była ładną dziewczyną, ale nie stanowili dobranego małżeństwa. On, stale po godzinach, po nocach piszący artykuły do Słowa Polskiego, krążący po kraju w poszukiwaniu ciekawego tematu dał jej zbyt dużo swobody i za bardzo ufał. Któregoś razu, gdy niespodziewanie wrócił dzień wcześniej z Warszawy, z archiwum, zastał ją w sytuacji, którą nie można było nazwać dwuznaczną. Ona była bardzo jednoznaczna, a dla tego faceta, który z jego żoną zabawiał się w łóżku, nawet bardzo niewygodna. Tak sobie w pierwszej chwili głupio pomyślał, że gość się męczy wygięty jak mongolski łuk, zanim do niego dotarło, że ‘męczy’ się z jego żoną, w jego łóżku. Spakowała walizki i wyprowadziła się jeszcze tego samego dnia. Dzieci nie mieli.

 Dopiero, kiedy uporał się ze stertą brudnych naczyń w zlewie, z filiżanką kawy zasiadł wygodnie na fotelu i wyciągnął nogi przed siebie. Sięgnął po telefon. Wykręcając numer miał przed oczyma długie jasne włosy i brązowe oczy kobiety, która była dla niego nieosiągalna.

WROCŁAW, Popowice, 

15 marca 1989 r.

 Dochodziła 19.30, kiedy Marina spojrzała na duży, poniemiecki zegar wiszący na ścianie nad wersalką, odziedziczony po zmarłej babci wiele lat temu, nadal dokładnie wskazywał godziny.

 - Zaraz dziennik… - pomyślała i podeszła do telewizora. Radziecki Rubin nadający w kolorze. Wielkie pudło zajmowało zbyt dużo miejsca w maleńkim pokoju. I do tego drogi był jak cholera. Żeby go kupić musieli obydwoje z Kubą odłożyć kilka jego wojskowych emerytur. Na talon przecież nie mieli żadnych szans, odkąd zostawił służbę w wojsku z powodu stanu wojennego. Dobrze, że przepracowane lata wystarczyły na otrzymanie emerytury.

 Włączyła odbiornik i usiadła w foteliku, obok wersalki. Na ławie postawiła filiżankę z herbatą i zapaliła papierosa. Na ekranie pojawił się sygnał programu informacyjnego albo jak sobie żartowano dezinformacyjnego. Od miesiąca toczyły się tak ważne wydarzenia, że nawet ‘oni’ podawali w miarę prawdziwe ustalenia. Oczywiście te oficjalne, bo od kilku dni mówiło się w zaufanych kręgach, że prowadzą też jakieś tajne rokowania. Ponoć w miejscowości o uroczej nazwie Magdalenka. Nikt jednak nie liczył, że ich treść zostanie ujawniona, zwłaszcza przez dziennik.

 Po raz kolejny mogła zobaczyć sławny już okrągły stół, specjalnie na tę okoliczność zamówiony w fabryce i ustawiony w siedzibie Rady Ministrów, w Pałacu Namiestnikowskim. Kamerzysta pokazał w zbliżeniu Wałęsę i Mazowieckiego, nachylonych do siebie, prowadzących rozmowę. Jednak jej treści nie mogła usłyszeć. Obok nich mignęły brodate twarze Frasyniuka i Geremka. Nieco dłużej na ekranie zagościli uśmiechnięci i zadowoleni z siebie przedstawiciele strony rządowej, Kwaśniewski i Miller. Nie miała pojęcia czym wcześniej ta właśnie dwójka się zajmowała i dlaczego to właśnie im w udziale przypadł zaszczyt uczestniczenia w rozmowach. Bezwiednie uśmiechnęła się na widok Urbana, który nachylony do Kwaśniewskiego o coś pytał.

 - Uszatek – przemknęło jej przez myśl na widok dużych i odstających uszu rzecznika strony rządowej.

 Znany stał się ze swojego komentarza dotyczącego aktualnych wydarzeń, jeszcze przed stanem wojennym. ‘Rząd się zawsze wyżywi’ stwierdził, gdy dziennikarz telewizyjny straszył widzów brakiem jedzenia z powodu kolejnego strajku.

 Miała nadzieję, nie ona jedna zresztą, że te obrady jeżeli nie przyniosą całkowitej zmiany ustroju, to chociaż zapoczątkują przemiany w dobrym kierunku. Także te gospodarcze. Miała już serdecznie dość kupowania wszystkiego na kartki, stania w koszmarnie długich kolejkach po to, żeby dostać to, co właśnie było w sprzedaży, a nie to, czego potrzebowała. Ale na ten temat komentator nic nie mówił. Z jego napuszonej i nieskładnej wypowiedzi udało się wyłowić, że obydwie strony zgodziły się na utworzenie drugiej izby Sejmu, czyli Senatu.

 Zrezygnowana machnęła ręką i bez większych nadziei przysłuchiwała się kolejnym informacjom. Opublikowane niedawno w Anglii „Szatańskie wersety” przyniosły nie tylko rozgłos ich autorowi, ale także awanturę polityczną.

 - Ciekawe czy przetłumaczą na polski? – spytała w myślach samą siebie.

 Założyła nogę na nogę i powoli smakowała herbatę. Na targu pojawił się Earl Grey, oczywiście w cenie komercyjnej. W cenie urzędowej co najwyżej mogła kupić ‘Popularną’, o smaku zbutwiałej trawy. Podobnie rzecz się miała z innymi artykułami, jak to mówiono w telewizji, ‘codziennego użytku’. Możliwość wyjazdu na Zachód zaowocowała obfitością towarów na targowiskach. Po cenie znacznie wyższej niż urzędowa.

 Oni mogli sobie pozwolić na takie zakupy. Kuba jako były oficer otrzymał koncesję na prowadzenie agencji detektywistycznej, a to przynosiło niezłe dochody. W każdym razie wyższe niż jej pensja w archiwum. Stać ich było nawet na kupno używanego Poloneza i ‘malucha’ dla niej. Gdy był tylko jeden samochód zawsze dochodziło między nimi do awantur, kto i kiedy może nim jeździć, a przede wszystkim kto ma go zaprowadzić do warsztatu, bo znowu się coś zepsuło. Odkąd były dwa, chociaż z tego powodu nie było kłótni.

 Na szklanym ekranie, po dzienniku, porucznik Borewicz po raz kolejny z wdziękiem rozwiązywał tajemnicę morderstwa i kradzieży. Patrzyła na głównego bohatera i mimo woli porównywała go ze swoim mężem. Detektyw to prawie to samo, co milicjant. Też miał za zadanie odkrywanie kryminalnych i nie tylko zagadek. W jednym byli z pewnością bardzo podobni – obydwoje uganiali się za ‘spódniczkami’. Tylko jak robił to Borewicz, to ją nie bolało.

 Znudzona filmem poszła do łazienki wyłożonej różowymi kafelkami. Nie przepadała za tym kolorem, ale tylko takie ktoś zaoferował do sprzedaży. Puściła wodę do wanny i stojąc przed lustrem rozczesywała długie, sięgające niżej ramion jasne włosy.

- Cholera. A to co? – przysunęła twarz blisko lustra - Zmarszczka! – stwierdziła z przerażeniem, patrząc na wyraźnie rysującą się na skórze, tuż pod okiem, kreseczkę. Tak cienką jakby to był przylepiony włos.

 Niestety. Pod drugim okiem wyraźnie rysowała się identyczna. O włosie nie mogło być mowy. Jednak zmarszczki. I na czole to samo.

 - To dlatego, że za dużo ryczę po nocach… A może to od śmiechu? – próbowała się oszukać.

 Westchnęła ciężko i po chwili stwierdziła już bardziej rzeczowo: 

 - Pora chyba kupować kremy dla dojrzałych kobiet. Trzydzieści pięć lat to nie przelewki.

 Nasunęła spory kosmyk włosów na czoło. Zasłonił tę wstrętną cienką kreskę, a te pod oczami jakby usunęły się w cień.

 - Całkiem nieźle – oceniła własne odbicie w lustrze. Lekko zamglone od gorącej pary, pokazało obraz, być może nie do końca prawdziwy, ale bardziej korzystny.

 Zmoczyła włosy nad umywalką, owinęła ręcznikiem i poszła do sypialni po nożyczki. Decyzje podejmowała bardzo szybko. Czasami zbyt szybko. Tak było ze ślubem. A potem było już za późno. Rozczesała włosy, część nasunęła na czoło i obcięła. Początkowo przedziałek wracał na swoje miejsce, ale kiedy ułożyła włosy suszarką wyszło świetnie. W lustrze zobaczyła kogoś znacznie od siebie młodszego. Grzywka nie tylko zakryła delikatną, poziomą zmarszczkę biegnącą przez całe czoło, ale oczy stały się bardziej wyraziste, a ich brązowy kolor ładnie kontrastował z jasnymi włosami. Zadowolona z dokonanej odmiany, nucąc pod nosem coś w rodzaju ‘szaba-daba-da’, nalała odrobinę płynu kąpielowego do wody i z rozkoszą zanurzyła się w pachnącej pianie. Chwilę słodkiego relaksu zatruwała gorzka myśl, gdzieś tłukąca się na dnie pamięci ‘Gdzie on znowu się włóczy?’

 Dochodziła północ, gdy leżąc w łóżku, na wpół już pogrążona w objęciach Morfeusza, usłyszała szuranie kluczem po zamku w drzwiach wejściowych.

 - Pewno znowu wstawiony… - przemknęło jej przez głowę i boso, w króciutkiej koszuli nocnej, ledwie zakrywającej nagie pośladki, pobiegła otworzyć.

 Za progiem stał jej mąż. Wysoki i szczupły, o czarnych kręconych włosach i zielonych jasnych oczach. Wypisz wymaluj Alain Delon. Wyglądem swoim przyciągał na ulicy spojrzenia dziewczyn i kobiet. Chyba w rewanżu on za każdą ładniejszą się oglądał. Trzymał się futryny, żeby nie upaść. Cieknąca z rozciętego łuku brwiowego krew zdążyła już zakrzepnąć grubą strugą wzdłuż całego policzka. Z nosa jeszcze siąpił cieniutki strumyczek, kapiąc czerwonymi plamkami na szarą, lastrykową posadzkę klatki schodowej. Zapuchnięte prawe oko przypominało kluskę śląską, a rozcięta dolna warga wydrylowaną śliwkę węgierkę. Nowa, kupiona w Peweksie kurtka dżinsowa miała oddarty rękaw. Wisiał smętnie, aż do łokcia, odsłaniając ładnie zarysowany biceps.

 - Kuba… Rany Boskie… - szepnęła, pomagając mu wejść do mieszkania.

 - Ładnie ci w tej grzywce – uśmiechnął się odsłaniając dziurę między zębami po wybitej górnej dwójce.

 Posadziła go na wersalce i pobiegła do łazienki. Po chwili przyniosła miskę z wodą, watę i wodę utlenioną.

 - Gdzie się tak załatwiłeś? – pytała przemywając mu ranę nad okiem. Jednocześnie dyskretnie powąchała jego oddech, ale nie poczuła woni alkoholu.

 - Miał być zdradzający mąż, a okazało się, że jest handlarz dewizami…

 - Ale dlaczego cię pobił?

 - Wziął mnie za tajniaka… Aaa…. co to tak szczypie?! – odepchnął jej rękę ze złością.

 - Nie histeryzuj! To tylko woda utleniona… Masz, sam sobie zrób! – powiedziała wściekła i wcisnęła mu do ręki butelkę. Wtedy dopiero zobaczyła, że ma wybite dwa palce i dość spory obrzęk dłoni.

 - No widzisz… Nie dam rady…. – uśmiechnął się rozbrajająco.

 - To może pojedziemy na pogotowie?

 - Daj spokój! Jutro z rana pojadę do Stasia, na Czerską. Przez noc dam radę.

 - No to nie sycz, tylko daj zdezynfekować, bo rany są zabrudzone – fuknęła na niego uspokojona, że sam, z własnej woli pojedzie do lekarza. - Swoją drogą, to ci cinkciarze już się całkiem rozzuchwalili. Przecież mógł cię zabić… - powiedziała bardziej do siebie niż do niego.

 - To ich końcówka, dlatego płotki są takie nerwowe.

 - Jak to ‘końcówka’? – zdziwiła się.