Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 319 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Operacja „Dunaj” - Jacek Kondracki, Robert Urbański

Koniec lata 1968 roku, Czechosłowacja. W reakcji na Praską Wiosnę armie państw Układu Warszawskiego ruszają w kierunku Pragi, aby zdławić bunt i zapobiec jego rozprzestrzenianiu się na pozostałych członków socjalistycznej wspólnoty. Podczas chaotycznie przeprowadzanej operacji jeden z polskich czołgów gubi się wśród bezdroży i trafia do sielankowego czeskiego miasteczka. Manewrując na wąskich uliczkach, przebija ścianę jednego z domów, a załoga czołgu trafia do niewielkiej karczmy, pełnej gości. Konfrontacja zdezorientowanych najeźdźców z przerażonymi biesiadnikami prowadzi do zaskakujących skutków. Tymczasem śladem zaginionych żołnierzy wyruszają dwie grupy pościgowe – para polskich oficerów i załoga radzieckiego czołgu. Operacja „Dunaj” to powieść, która czerpie z najlepszych tradycji literatury czeskiej. Humor, dosadność i liryzm współistnieją w niej wyjątkowo zgodnie. Filmowa wersja Operacji „Dunaj” według scenariusza autorów książki i w reżyserii Jacka Głomba wejdzie do kin latem 2009 roku. Na ekranie zobaczymy m.in. Macieja Stuhra, Zbigniewa Zamachowskiego, a także samego Jiříego Menzla.

Opinie o ebooku Operacja „Dunaj” - Jacek Kondracki, Robert Urbański

Fragment ebooka Operacja „Dunaj” - Jacek Kondracki, Robert Urbański

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Idę, wrócę — O nic nie pytaj dziś. Przyjdę, nie zasmucę, Powiem, po com musiał iść!

Bronisław Brok, Jerzy Wasowski,Po ten kwiat czerwony(1968)

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

I

Wielkie czasy wymagają wielkich ludzi. Istnieją bohaterowie nieznani, skromni, bez sławy i historii Napoleona. Analiza ich charakteru zaćmiłaby jednak sławę nawet Aleksandra Macedońskiego.

Jaroslav Hasek,Przygody dobrego wojaka Szwejka(przeł. P. Hulka-Laskowski)

Ciemności jeszcze przez chwilę kryły ziemię i cisza otulała mroczne sosny oraz kapryśną leśną drogę, która — jak mawiał legendarny w całej dywizji pułkownik Paliczuk — „prosta jak strzała wiła się między drzewami”. Po chwili jednostajnie zacharczał czterosuwowy radziecki silnik, światła i cienie zatańczyły nierówno na gałęziach. Ktoś nadjeżdżał z gęstej, sierpniowej nocy, z wojenną determinacją parł przez mrok i głuszę, brawurowo ślizgał się po wykrotach. Wreszcie spomiędzy szpaleru sosen wykolebał się zgniłozielony wojskowy gaz 69, chluba dwu produkcyjnych kolektywów — w Gorkim i w Uljanowsku; pojazd ściął ryzykownie zakręt, plunął mokrą ziemią spod kół, o włos minął zabójcze pnie na skraju lasu i pomknął dalej.

„Jak bym się, kurwa, zabił, tobym, kurwa, nie dojechał!”, pomyślało się kierowcy w galowym oficerskim mundurze. Uczepił się jeszcze mocniej rozdygotanej kierownicy; tak zakotwiczony i niejako miotany epileptycznym szałem skierował auto przez koleiny ku widocznym już w perspektywie nocy stalowym wrotom.

Gazik zahamował z hydraulicznym jękiem; stał, parując, przed pstrokatą od zakazów, nakazów i kategorycznych pouczeń bramą koszar Ludowego Wojska Polskiego. Drzwi terenówki otworzyły się i ze środka wygramolił się niskopienny, przysadzisty czterdziestokilkulatek — sewrski wzorzec kur-dupla. Jeszcze przez chwilę synkopował desperacko całym ciałem — jakby chciał wytrząsnąć z siebie wspomnienie morderczej jazdy. Świeżo wyfasowany mundur kapitana wojsk pancernych leżał na nim jak skóra na kiełbasie zwyczajnej; gdzieniegdzie opinał go ściśle i przytłaczająco, były jednak miejsca, których nawet lekkie nakłucie spowodować mogło gwałtowne wytryśnięcie kapitana spod uniformu. Oficer odzyskał w końcu koordynację ruchową i ruszył szybko do bramy, przeskakując kałuże. W kieszeni niósł dwie koperty. Pierwsza zawierała nominację na wyższy stopień oficerski, i ta przyjemnie grzała jego serce. „Dopiero co, kurwa, ledwie generałowie Kufel, Żyto i Baryła własnoręcznie podawali mi rękę”, myślał z satysfakcją. Druga koperta, opatrzona złowieszczym nadrukiemTajne specjalnego znaczenia,adresowana była do dowódcy kompanii czołgów — ta dla odmiany wypalała piętno w mężnej duszy kapitana, od kilku godzin znał bowiem, w ogólnym zarysie, jej groźną zawartość. Teraz jednak energicznie pociągnął za wiszący przy bramie, jak w zakrystii, dzwonek. Odczekał chwilę, nerwowo zerkając w stronę nieodległej wartowni, potem zaniepokojony zupełnym brakiem odzewu zadzwonił ponownie. Jakiś ptak obudził się i wrzasnął szyderczo. Z ochrypłego radia przypłynęły do uszu kapitana słowa piosenki:

Żołnierz dziewczynie nie skłamie, Chociaż nie wszystko jej powie…

Otwarte okno wartowni jednocześnie słało ku niemu odgłos donośnego chrapania w nieokreślonej tonacji. To chrypienie i chrapanie definitywnie zaburzyło wewnętrzną równowagę oficera — tym dotkliwiej ugodziły go profetyczne, jakby na nim osobiście żerujące wersy pieśni:

Wstęgą szos, miedzą pól złoconych, Krętą ścieżką poprzez las…

– To ja, kapitan Grążel! — wrzasnął, bezsilnie łomocąc bramą.

– Otwierać, kurwa żeż wasza mać! Ochujeliśta wszystkie?!

***

Kilka godzin wcześniej, wręczający kopertę z kapitańską nominacją generał aprobująco zionął zapachem bułgarskich spirytualiów i swojskiej wody kolońskiej „Przemysławka”.

– No i widzicie, że my was tego… — wysapał na świeżo upieczonego kapitana. Pogłaskał się odruchowo po generalskim wężyku i dwu gwiazdkach, którymi upstrzone miał naramienniki, potem zniżył się do Grążlowego ucha. — A Ceśka, no to tam, jak tam…? No bo my — generał kontynuował, nie czekając na odpowiedź — my, to wiecie, ją bardzo…

„Wiem, kurwa…”, zadzwoniło w mózgu wojaka. Jakaś swobodniejsza myśl poszybowała ku niegdysiejszym poligonom, ale Grążel czym prędzej myśl tę namierzył, otoczył i zlikwidował.

Generał półobrócił się w stronę wiszącej na ścianie mapy i znacząco postukał paluchem w jej południową flankę.

– No to tera wyskoczymy na pilznera. — Poklepał małego rycerza po kapitańskich epoletach. — Żeby nam, jak to mówią, lufa nie zardzewiała — dorzucił familiarnie.

W tym momencie rozedrgana błogość nominata oraz podstępny dygot w obliczu nadchodzących nieuchronnie zdarzeń po raz pierwszy zlały się Grążlowi w jeden słodko-gorzki konglomerat.

„Jak raz na koniec nas chuje dołączyły”, przebiegło przez skołataną głowę kapitana, gdy pomyślał o zadaniu bojowym, które w ostatniej chwili spadło na jego 3. Kompanię.

***

Szeregowy kot Florian Sapieżyński, wcielony do armii prawem kaduka i innych patronów socjalistycznej praworządności, w zasadzie powinien mieć w wojsku przesrane. Jako czynny uczestnik tak zwanych wydarzeń marcowych sprzed kilku miesięcy, to znaczy warchoł, rewizjonista i syjonistyczna menda, trafił do 3. Kompanii 7. Batalionu 33. Pułku Zmechanizowanego 13. Dywizji Pancernej LWP celem reedukacji, czyli zgnoje-nia. Tak się jednak złożyło, że 3. Kompania nie miała ostatnio szczególnych osiągnięć w pracy polityczno-wychowawczej. Nikomu to w zasadzie nie przeszkadzało – jednostka stacjonowała na kompletnym zadupiu, w starych poniemieckich koszarach, zapomniana przez Boga i dowództwo, choć i tu, w środku lasu, zawsze mogła się napatoczyć jakaś zabłąkana inspekcja. Co gorsza, ostatni politruk, młody podporucznik Krakowiak, nie stanął na wysokości zadania. Już po krótkim pobycie w jednostce ten oficer polityczny największych nadziei wyraźnie podupadł moralnie i zdrowotnie. Wraz z nieodłącznym kompanem, porucznikiem Jakubczakiem, zamykali się wieczorami w kantynie, skąd dobiegał niedwuznaczny brzęk szkieł i wycie szlagierów. Rankami podporucznik leżał na wyrku z twarzą barwy maskująco zielonej, tuląc do piersi kubeł z wodą. O żadnej robocie polityczno-wychowawczej nie mogło być mowy.

Prawdziwe nieszczęście nadeszło jednak 22 lipca. W Dzień Manifestu wydano w Izbie Pamięci uroczystą kolację. Wygłaszano krótkie przemówienia i motywujące toasty – „no to po lufie i wpieriod…”. Panowała atmosfera niczym niezmąconego, spirytualnego patriotyzmu; nic nie zapowiadało katastrofy. Delirium dopadło Krakowiaka tuż przed capstrzykiem, zaraz po sałatce śledziowej. Zerwał się nagle od stołu, jakby zamierzał oddać honory wojskowe całej zgromadzonej kadrze, przeciągnął palcami po potylicy i intensywnie przyglądając się wszystkim naraz oraz każdemu z osobna, zupełnie obcym głosem zadał pytanie bez związku:

– Któren tu cwel nalał mi na głowę?!

Zanim nadbiegli sanitariusze, podporucznik wytłukł część zastawy, przewrócił pamiątkowy stół i za pomocą widelca naruszył cielesność kilku osób, w tym wiecznego porucznika Grążla, a także weterana kadry podoficerskiej starszego sierżanta Edwarda Kotwicza. Zdążył również znieważyć słownie nie tylko wyższych stopniem oficerów 3. Kompanii i w ogóle całej dywizji, ale generalnie wszystkie dowódcze gremia sił sojuszniczych Układu Warszawskiego. Zelżył rząd kierowany przez premiera Józefa Cyrankiewicza oraz partię z towarzyszem Władysławem Gomułką na czele; nie popuścił nawet nowemu Przewodniczącemu Rady Państwa, marszałkowi Marianowi Spychalskiemu. Po dłuższej szamotaninie, osaczony przez oprawców w białych kitlach i zielonych mundurach, nieszczęsny Krakowiak opadł z sił i zaszlochał żałośliwie, powtarzając w kółko zapamiętaną poetycką frazę: „Mamo, powiedz mi, dlaczego?” Z tymi słowami wywleczono go brutalnie z Izby Pamięci i z pamięci 3. Kompanii.

W tych okolicznościach zaszczyt i obowiązek politycznej indoktrynacji żołnierzy wziął w swoje ręce dowódca jednostki. A były to ręce frontowe, żelazne i politycznie nieugięte, a zarazem delikatne i czułe — zwłaszcza w stosunku do młodszej kadry. Palec dowódcy wskazał nieomylnie na Floriana.

– Wy, Sapieżyński, nadepnęliście socjalizmowi na odcisk — powiedziała siła dowódcza – …i socjalizm mógłby was za to zajebać! A on was tylko lekko kopnął w dupę. I ja wam gwarantuję, Sapieżyński, że wy się za tą dobroć socjalistycznej Ojczyźnie odwdzięczycie.

Tym właśnie sposobem były student filologii polskiej i niepohamowany żarłok został mianowany redaktorem „Trybuny Żołnierza Ludowego” — kompanijnej gazetki ściennej. Pochylał się teraz pracowicie nad jej niedokończoną płachtą — choć może bardziej nad dwiema pajdami chleba umieszczonymi symetrycznie na dwóch rogach „Trybuny”. Pomiędzy pajdą obłożoną salcesonem a pajdą z pasztetową — obie z garnirem korniszonów — rozpościerał się cały bojowy wszechświat. Walały się tam zdjęcia polskich i radzieckich towarzyszy broni, zawsze w kordialnej komitywie. Pałkowniki lornetowali przedpole ramię w ramię z pułkownikami, generałmajory poklepywali po plecach generałów. Ręka ministra generała Jaruzelskiego ugrzęzła w monstrualnej łapie marszałka Iwana Ignatiewicza Jakubowskiego — a jednak generał spoglądał mu w oczy z ufnością, jak przylepny jelonek w omszałego, wypasionego bawołu. Wszystko to spinał i ogarniał przyklejony wyżej napis:Wygramy wojnę o pokój! Socjalizm naszym celem!Obok, po sąsiedzku, stłoczyły się inne fotografie — armaty, haubice i czołgi wypinały się drapieżnie ku nieznanym celom, a prości żołnierze, uzbrojeni w różne rodzaje broni automatycznej, składali się do strzału. W tych partiach gazetki Florian przyklejał właśnie ostatnie literki, które układały mu się w hasło:Żołnierzu socjalistycznej ojczyzny, zawsze trafiaj pierwszym pociskiem do celu!Zachichotał złośliwie, sięgając po zasłużoną kanapkę. Znad leżącej na podłodze płachty blisko było do gabloty na ścianie korytarza, gdzie zawisnąć miał owoc redaktorskiego trudu. A jeszcze bliżej do drzwi Izby Pamięci, zza których nadciągały kuszące odgłosy — skrzypienia, szurania, śmiechy i pojękiwania.

– Tera ja wierzchem… wio ogierze! — zdawał się rozkazywać za drzwiami głęboki, ale jakby damski baryton.

– Teraz nie chcę — opędzał się tenor, z pewnością mężczyzna.

– Musisz! — uciął pierwszy głos. — Kochasz mnie?!

Florian przełykał nerwowo kęs za kęsem, czując, że pot skrapla mu się na łysiejących zakolach, a okulary w grubych rogowych oprawkach — zaparowują. Rozejrzał się czujnie po korytarzu. Wiedział, że to, co zaraz zrobi, będzie pogwałceniem przyzwoitości i niepisanej umowy z dowódcą, ale dziurka od klucza w drzwiach przyciągała go jak magnes. Oblizał palce z pasztetowej — żeby zdobyć dostęp do niej oraz do salcesonu musiał poświęcić enerdowski zegarek Ruhla — i ruszył na palcach ku drzwiom. Zajrzał…

Początkowo widział ciemność; potem w obramowaniu dziurki od klucza, w poświacie błyszczącego zza okna księżyca, zaczął dostrzegać cząstkę wyposażenia Izby Pamięci — fragmenty obrazów olejnych ilustrujących szlak bojowy i braterstwo broni, kontury rzeźb, w tym popiersie generała Waltera z zarzuconą na bohaterski tors damską spódnicą koloru khaki, gdzieś w tle zamajaczył drewniany kosynier naturalnej wielkości, z oficerskim butem nasadzonym na kosę. Nagle w głębi pomieszczenia zapaliła się lampka i na przeciwległą ścianę, wypłynęły chińskie cienie pary w namiętnych zapasach.

– Zgaś. Nie świeć po oczach — jęknął tenor.

– Nie wymiękaj, nie bądź zachodnioniemieckim żołdakiem! — zażądał baryton. — Bo powiem Grążlowi…

– Nie wydolę, znowu?

– Wydolisz, chabeto rewizjonistyczna — ona przełamała linię obrony. — Galop, gaalop… gaaalop!

Zanim szkła w okularach Floriana zasnuły się mgłą, zdołał jeszcze dostrzec na ścianie potężniejący cień amazonki ujeżdżającej swego nietypowego rumaka — ku ponownemu spełnieniu.

***

Po zmroku żółtawe kafelki koszarowej toalety zrumieniło światło żarówek, nadając wnętrzu nieomal przytulny charakter. Otwarte drzwi kabin odsłaniały żmudnie szorowany przez nowe roczniki osprzęt defekacyjny, kryjąc zarazem na rewersach mikropoematy w rodzaju: „jeszcze chwila jeszcze chwila i już pujde do cywila” czy też „byłem w czołgu przez dwa lata lufa mi stwardniała jestem pewien dziewczyno że mnie bedziesz chciała”, a nawet „precz z”, którego adresat ulegał tylokrotnemu przeryciu, że był już niemożliwy do odszyfrowania.

Za jedynymi zamkniętymi drzwiami siedział ogolony na pałę szeregowy — prawdziwy szczawik o twarzy niewinnej, rozjaśnionej dużymi, zdumionymi oczami. Nie wykorzystywał tego miejsca zgodnie z przeznaczeniem: był w mundurowych spodniach, na kolanach trzymał otwarty bladoniebie-ski zeszyt szkolny 32-kartkowy z papieru klasy III. Jak dotąd zdołał sklecić pół strony. Po starannie nakreślonym początku, kolejne słowa coraz bardziej przechylały się na burtę, bazgrane w rosnącym zapamiętaniu:

Drogi Janku. Już drugi raz piszę do Ciebie, jak młody pancerny do starszego kolegi i do bohatera…

Tamten list, co mi nie odpisałeś, on może zaginął na poczcie. Dlatego jeszcze raz się przedstawiam krótko: też mam na imię Janek (Jan), chociaż mnie wołają Jasiu, i bym chciał być takim żołnierzem jak Ty. Ale to łatwo powiedzieć, nie? Przecież faszyści już dawno pobici, jest socjalizm i pokój, i bohaterem to niełatwo zostać. Chyba żeby na naszą Ojczyznę napadł jakiś wróg, co nie daj Boże!

Utkwiwszy spojrzenie w roju ciem, komarów i muszek, tańczących wokół klosza, Jasiu ogryzał koniec ołówka. Niełatwo pisać taki list…

Do wojska przyszedłem niedawno, ale się dużo już nauczyłem. Jak mówi mój wujek, sierżant Kotwicz Edward, najlepiej na świecie być polskim żołnierzem.

Przez głowę Jasia przemknęły wydarzenia ostatnich tygodni: poligonowe biegi po wykrotach, ćwiczenia w masce gazowej, strzelanie do tarczy, z nosem w błotnistej mazi, alarmy bojowe — ostatnio co rusz — szkolenia i apele, składanie i rozkładanie broni krótkiej i maszynowej, oliwienie oręża, wielogodzinne czyszczenie klozetów i cudzych butów, niezliczone kuksańce, blachy, muki, parole, karczycha i kopniaki… „Trochę tu dokuczają”, pomyślał; poczuł nagłe ściskanie w gardle i mróz na karku. Ale bohaterowi na pewno nie będzie się skarżył! W końcu to bohater, z prawdziwej wojny!

Jasiowi przypomniały się opowieści o lejtnancie Parchomience z książkiWierni przysiędze.Znalazł ją w szufladzie taty, której mamusia nigdy nie sprzątała, podobnie jak całego tatusiowego pokoju, odkąd piętnaście lat temu zabrakło jego mieszkańca. Jasiu przeczytał tę książkę już kilka razy, chociaż miała ponad trzysta pięćdziesiąt stron i niewiele ilustracji. Znał na pamięć historie o tym, jak Eugeniusz Parchomienko niósł na plecach rannego dowódcę dziesięć kilometrów z pola walki do obozu, brał do niewoli faszystów, odbijał sztandary, wyskakiwał z płonących kutrów torpedowych w lodowate otchłanie Morza Łaptiewów. „Tajemnica moich sukcesów bojowych jest prosta — opowiadał. — Należy tylko przestrzegać regulaminu i znać zwyczaje wroga”. Jasiu podziwiał odważnego czerwonoarmistę o wiele bardziej niż Indian i kowbojów — książki o nich pożyczał z biblioteki, ta jedna była tatusia, więc teraz jego własna.

„Eugeniusz Parchomienko poległ śmiercią walecznych w walce o wolność i niepodległość socjalistycznej ojczyzny, wysadzając most, na który wjechał oddział wrogiej artylerii. Jego imieniem nazwano jedną z ulic osiedla, na którym mieszkał przed wstąpieniem do armii, szkołę siedmioletnią i drużynę pionierów. Literaci piszą o nim książki”… Tatuś na pewno pękłby z dumy, gdyby tak wybuchła wojna i Jasiu bohatersko na niej poległ, a wtedy ich ulicę, jedyną we wsi, która się niby nazywa Główna, ale nikt tak na nią nie mówi, nazwano by „ulicą Jasia Jamroży”. Albo nie, lepiej „Jana Jamroży”. I ktoś napisałby o nim wiersz dla dzieci, żeby się uczyły w szkole i recytowały na apelach w Dniu Zwycięstwa: „Jamroży Jan, Jasiu Jamroży / Za naszą Polskę głowę położył…"

***

Romek, Romcio, Romciu, Romuś, Romulek, Romeczek,raz nawetRomuchna…Kobiety spieszczały i rozpieszczały Romana Kwaśnego od czasu, gdy młodzieńczy trądzik wyblakł mu na twarzy, a w jego miejsce wypełzły, a potem sfioletowiały pierwsze zagony twardego, witalnego zarostu. Nie był urodziwy, nie był nawet wysoki, miał wyłupiaste oczy i pocił się ponad miarę. Jednak coś w jego postawie, zapachu, lepkim, animalnym spojrzeniu sprawiało, że panny, mężatki i wdowy rozkminiały się przy nim całkowicie, miękły i wilgotniały. Romek czerpał z tej damskiej przypadłości pełnymi garściami, zagarniał zakazany owoc i rwał, jak świeże wiśnie. Jako kierowca zatrudniony w Kombinacie Miedziowym krążył po szerokim świecie — między Legnicą, Lubinem a Polkowicami, siejąc zamęt w sercach i mrocznych zaułkach kobiecych ciał. Niestety każdy drut ma dwa końce, nawet miedziany… Gwałtowne i zachłanne uczucie Stasi ucapiło Romka podczas potańcówki w remizie strażackiej. Stasia przenudzała wakacje u babci w Brenniku, poszła do remizy z pustej ciekawości; tam, na parkiecie, ujrzała jego. Romek od razu wyłowił jej cielęce, chabrookie spojrzenie i w mgnieniu oka zarzucił hak z przynętą — cisnął w jej kierunku swój najbielszy, porażająco niewinny uśmiech. Już podczas pierwszego tańca wiedział, że ten soczysty, zalotnie podrygujący w rytmie cza-cza tyłeczek zakołysze się potem na siedzeniu żuka… I stało się, tak jak przewidział, nawet kilka razy z rzędu. Nikt na tej ziemi nie wie jednak wszystkiego. Romek na przykład nawet nie przypuszczał, jak gorący rozniecił w Stasi płomień i że właśnie w trakcie miłosnego obijania nogami tapicerki został jedynym i najbardziej upragnionym kandydatem na męża dziewczęcia. Nie wiedział, co gorsza, że ojciec niedoszłej Panny Młodej, pułkownik Ludowego Wojska Polskiego Henryk Zygmunt Paliczuk, w sprawie zamążpójścia córki ma z gruntu odmienne zdanie.

Potem, kiedy się Romek wszystkiego dowiedział, było już za późno. I nie pomogło tak dotąd skuteczne, chociaż kosztowne — dwa litry jarzębiaku i pół świni — zaświadczenie lekarza z WKU o czasowej niezdolności do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Nic nie dała interwencja zwierzchników Romka, uwypuklająca zapał i głębokie zaangażowanie młodego pracownika, który znał wszechstronnie żonę jednego z wicedyrektorów. Dwa lata do odsłużenia w najbardziej zapyziałym garnizonie całego rejonu — oto wypadkowa złego rozpoznania terenu, potęgi dziewczęcego uczucia i determinacji ojca pułkownika.

***

Najpierw coś przejmująco sapało, aż wreszcie sponad krawędzi płotu zaczął się wyłaniać Grążel. Wspinał się z zaciekłością Szerpy, ugotowany od straszliwego wysiłku. Masywne, czerwonoceglane ogrodzenie okalało koszary 3. Kompanii jak pokraczna karykatura Chińskiego Muru. Żołnierze służby zasadniczej przeskakiwali czasem tamtędy, żeby wygrać zakład o paczkę giewontów, poopalać się nad rzeczką albo nazbierać grzybów — po flaszkę i na dupy było za daleko. Dla nich była to przygoda, dla Grążla Himalaje prawdziwe. Zdobył wreszcie szczyt i przez chwilę kołysał się rozpaczliwie na płocie. Dyszał, posapywał i rzęził, aż nagle ogarnęło go uczucie, że ktoś patrzy na niego z wysokości. Zadarł głowę.

Gorejące żółtopomarańczowe ślepia łypały na niego hipnotycznie z korony drzewa. Rozległo się przerażające puchanie, a po chwili złowieszcze kłapanie dziobem. Kapitan zachwiał się, jak ugodzony pociskiem, i z okrzykiem przerażenia stoczył się na stronę koszar, prosto w kępę jałowców. Na moment wszystko znieruchomiało, potem mały wojownik wyłonił się z chaszczy, kulejący, w wytytłanym mundurze, z rozerwaną paskudnie nogawką. Nabiegłe krwią oczy oficera automatycznie zwróciły się w stronę wartowni; sięgnął do kabury po pistolet.

– No to, kurwa, ja wam teraz zrobię pobudkę! — warknął i ruszył.

Okno wartowni osłonięte było brudną, częściowo naderwaną firanką w dawno unieważnionym kolorze. W półmroku gęstym od zapachów uważny obserwator mógłby dojrzeć stół zasypany świeżo zebranymi grzybami i pośrodku blatu wojskowy hełm, również pełen grzybów. Obok spomiędzy kapeluszy wyłaniał się pistolet maszynowy AK 47. Podgrzybki, maślaki, kurki i nadobne borowiki piętrzyły się na parapecie, podłodze, grającym radiu. Także na dwóch krzesłach, które zestawione ze sobą stanowiły posłanie dla jakiegoś strudzonego chrapiącego żołnierza służby wartowniczej. Spał dźwięcznym snem sprawiedliwego; jego ogólnowojskowe nogi w dziurawych, przydziałowych skarpetach opatulone były jak pledem kapeluszami koźlarzy — białawych, czerwonych i różowiejących. Na oparciu krzesła wisiał drugi kałasznikow, z koźla-kiem dębowym wetkniętym w lufę.

Grążel widział ten zagrzybiony obraz fragmentarycznie, chociaż wspinał się na palcach i lekko podskakiwał przy oknie, z lekka oczadziały bijącą ze środka wartowni wonią lasu.

Po ten kwiat, po ten kwiat czerwony Skoro przyszedł na to czas…

Grupa skifflowa No To Co wychrypiała do ostatniej nuty swoje liryczne przesłanie; w tym samym momencie kapitan Grążel załomotał pistoletem w szybę i parapet.

– Otwierać, skurwysyny! — ryknął. Alarm jest, alarm!

Skarpety na krześle poruszyły się niemrawo.

– Czego drzesz mordę, bucu. Tu ludzie śpią… — zajęczał ktoś ze środka.

– Ja ci dam — śpią! Ja ci dam — ludzie!! — kapitan rozujadał się jak kundel na postronku. — Jak się odzywacie do dowódcy, kiedy ja mówię?!

– Co za ja? Pan Bóg? — prychnął tamten.

– Żebyś wiedział, chujku obwisły. Ja, kapitan Grążel.

Ostatnie słowa zadźwięczały spiżowo, jakby hetmańską buławę cisnął ktoś pod stopy, na marmurową posadzkę, więc powtórzył, by jeszcze raz to padło:

– Ja — kapitan Grążel!

Wartownik siadł wreszcie i spozierał na Grążla jak na nocną marę.

– O, owatel porucznik — zdziwił się.

– Kapitan, widzisz, ciulu — kapitan! — zapienił się ponownie Grążel. Lufą pistoletu postukał się po pagonach.

– Kapitan nie macha tą giwerą, bo panu wypizdnie…

Dobra rada ubodła oficera.

– Zamknij ryj, kutasie złamany! — wrzasnął. — Dzwoń na alarm i otwieraj bramę!

W głębi pomieszczenia budził się właśnie drugi wartownik; dotąd spał przepastnie, otulony kokonem wojskowego płaszcza, ale porykiwania kapitana wytrąciły go z błogostanu. Usiadł na połówce, przeciągnął się, strącając na podłogę kilka kań czubajek, i wlepił zdumione oczy w przybysza. Spoglądali tak na siebie przez chwilę w milczeniu — jeden siedzący na dwóch krzesłach, drugi w łóżku polowym i trzeci, podrygujący zadzierżyście w przerębli okna.

– Nie zadzwonię, bo nie mam dzwonka — poinformował spokojnie ten pierwszy.

– Coś ty powiedział?! Coo?!… — Grążel zachłysnął się bąblem powietrza.

Wartownik podniósł się w końcu i podreptał do czerwonego przycisku alarmowego umieszczonego na ścianie. Naciskał milczący dzwonek z sadystyczną satysfakcją.

– O to. I to. I to – powtarzał raz po raz. – Wszystko tu, owatelu kapitanie, mamy spierdolone…

Jego współtowarzysz pomyślał, że Grążel wygląda, jakby mu ktoś otwierał parasolkę w dupie, i postanowił go jakoś pocieszyć.

– Pan oficer nabierze sobie grzyba — zagaił, szerokim gestem omiatając pomieszczenie. – Oni faktycznie mało robaczywe są…

***

W niewielkim pokoiku, będącym częścią dawnej stróżówki, która po rozbudowie koszar straciła swe pierwotne przeznaczenie, panował starokawalerski bezład. O skotłowane wyrko opierała się metalowa nocna szafka; służyła za postument radzieckiemu budzikowi marki „Rakieta” i blaszanemu kubkowi z fusami po herbacie ulung. Pod łóżkiem, pośród opakowań po kukułkach i pestek wiśni, z wytartych kapci pełzły wstęgi skarpetek koloru mundurowego. Obtłuczony stolik, kredens z obluzowanymi drzwiczkami, proste krzesło, służące za wieszak dla bluzy z dystynkcjami starszego sierżanta — oto prawie kompletny opis dekoracji nocnego dramatu. Jeszcze wyblakła reprodukcjaSzałuPodkowińskiego na ścianie i czarny od ofiar lep na much, zwisający z papierowego klosza niczym samotna liana. I zapalona mikroskopijna lampka nocna…

Kanciapę wypełniało chrapanie. Półleżąc na wielkiej podusze, żołnierz nie wypuszczał z dłoni tomiku wiernego „Tygrysa”. Jedynie drobny grymas twarzy zdradzał, że sen zaburzały mu gastryczne dolegliwości — na kolację znowu dali śledzie. Zakłuło w lewym boku, przewrócił się na prawy, a tu niespodzianie kujnęło mocniej. „I żeby śledzik jakiś cóś po japońsku, no w śmietanie, a tu śledzisko pierdzielone, w jakiej szambi one to macerujom?” Na wydętym brzuchu spać nie był w stanie, na wznak nie potrafił: z partyzanckiej przeszłości wyniósł przekonanie, że to pozycja najmniej bezpieczna. Spróbował raz jeszcze na lewym, podkładając łokieć pod głowę. Kłucie jakby zelżało; przeleżał w błogim bezruchu kilka minut, ale sen nie zdążył wrócić, bo z zewnątrz dobiegły dziwne odgłosy. Coś stukało i trzepotało, dudniło i chrobotało, w powietrzu niosło się stłumione gulgotanie. Sierżant z wściekłością odrzucił kołdrę, czerwonawą od pieczątek „33 pułk zmech. 13 dyw. panc”; usiadł z kwaśną miną, świadom, że krótko spał. Mimo to poczuł się rześko, sprężyście stanął na nogi i z młodzieńczą werwą wciągnął spodnie. „Mój pierzasty oddział. Moje skrzydlate szczęścia” — przebiegło mu przez głowę, gdy zamykał drzwi. Dziwne, mógłby przysiąc, że kładł się dobrze po zmroku, a wokół trwał słoneczny dzień. Gołąbki się tłuką i chcą latać… Sypnął pszenicy i przysunął się do krat, żeby obejrzeć z bliska swoich podopiecznych. Ptaki wchodziły na siebie i przepychały się z gniewnym gruchaniem do rozsypanego ziarna. Uśmiechnął się, widząc, jakie są okazałe i zadziorne, z jaką energią najmniejsze brodawczaki świętokrzyskie tłuką dziobkami masywne rzymskie olbrzymy albo przepędzają w kąt krągłe rysie polskie. Kielecki temperament… Otworzył drzwiczki gołębnika. Gołębie kolejno prysnęły pod samo niebo, zbiły się w stadko i z imponującą zwinnością zatoczyły koło na nieboskłonie. Trzymały się blisko siebie, połyskując w słońcu niczym eskadra miniaturowych myśliwców. Kiedy zawróciły, szczęśliwy hodowca przeraźliwie gwizdnął i zaczął wymachiwać uwiązaną na drągu kolorową szmatą. „Lećta, moje zuchy, lećta i z góry nasrajta na te całe koszary”…

Kiedy ptaki jak ożaglowane okręty bujały się w powietrzu, wzrok żołnierza bezwiednie powędrował ku innej stronie nieba. Daleko na nieskalanym błękicie unosił się balon z gondolą. Za nią rozwijał się w przestrzeni trójbarwny płat materii. Kolory – biały i czerwony, wraz z dzielącym je błękitnym trójkątem, tworzyły płynącą po niebie flagę. „Dziwne to jakieś…”, zastanowił się i poczuł ciszę, błogość i spokój, rozlewające mu się po kościach. „Kojfnąłem, czy jak?…” — pomyślał łagodnie, bez żadnej trwogi.

Leniwą słodycz przypuszczeń przerwało znajome furkotanie. Malutkie myśliwce nawróciły, otarły się o gołębnik i znów śmignęły w stronę słońca. Sierżant podniósł dłoń, ale nie zdążył: przed oczami rozsypały mu się czarne płatki, jakby na rozświetlonym firmamencie zrodził się nagle rój ciemnych gwiazd. Plamki urosły i jakby się rozczapierzyły, tak że wyraźnie dostrzegł, że to… A niech ich, kurna ich mać!… Smoluchy o zakrzywionych dziobach i potężnych szponach uderzyły z bezlitosnym impetem w gołębie stadko. Zakłębiło się, zakotłowało, fontanna piór rozprysła w powietrzu. Sierżant krzyknął, chciał coś zrobić, cokolwiek. W szufladzie nocnej szafki leży tetetka: chwycić, wystrzelić w skurnysynów cały magazynek. „Ale zanim dobiegnę, będzie po wsiem!” – nogi zaczęły nagle tak ciążyć, całe ciało zaczęło tak ciążyć… Nie mógł oderwać wzroku od tragedii. Czarne ptaszyska unosiły w szponach pokrwawione gołębie strzępy, martwe główki kiwały się żałobnie na wietrze. Przez łzy dojrzał na łbach morderców coś jakby krwawe czapki. Czerwone berety… „To komandosi, kurna ich mać, komandosi… Dorwę was, szmaciarze, bolki z Bolesławca! Zobaczycie!!! I jeszcze rechoczą, gnoje. Też mi śmiech, jakby kto pudło ze schodów zrzucił”… Sierżant Kotwicz zamknął zapłakane oczy, a kiedy je później otworzył, było ciemno.

***

Cieszę się, że tu ze mną wujek też służy…

„Zawsze był dla mnie jak tatuś”, westchnął Jasiu nad poliniowaną kartką. Był, ale ostatnio… Kiedy koledzy z izby zerwali Jasia z łóżka, żeby go napchać flakami od śledzi, wujek udawał, że o niczym nie wie, chociaż miał wtedy dyżur w budynku. A może naprawdę nie słyszał i nie widział? Może już stępił mu się słuch i wzrok osłabł? Po tylu latach służby nie byłoby to nic nadzwyczajnego.

To wujek Edward załatwił, żebym był tam gdzie on. Cieszę się, bo to jednostka zasłużona, i ona ma wielkiego patrona, i to jest czołg T-34, nasza sławna Biedroneczka. Zawsze na święto wojska się ją myje takimi wielkimi szczotami, a w ogóle ją każdy musi w czasie służby chociaż raz pogłaskać w lufę…

Biedroneczka — nazwana tak od upstrzonego śladami wrogich pocisków pancerza lub po prostu od namalowanej tam bożej krówki — stała pośrodku koszar 33. Pułku Zmechanizowanego w dumnym otoczeniu klombów róż białych i czerwonych. „Oto czołg, który nigdy nie ugiął się w boju” — mówili wszyscy, a ona wystawiała prewencyjnie rzeczoną lufę w kierunku zachodnim. Jej legenda mogła śmiało konkurować z opowieścią o lejtenancie Parchomience. Jasiu znał ją z ust starszego sierżanta Kotwicza Edwarda, który w cywilu był bratem jego mamusi.

Zawsze na święta wujek przestawał na chwilę czuwać nad bezpieczeństwem ojczyzny i z przepustką w kieszeni przyjeżdżał ostatnim pekaesem do rodzinnej wioski Jasia. Za oknem śnieg, w piecu aż szumiało, na choince błyszczały zawinięte w barwny celofan cukierki i jabłka, z kuchni płynęły zapachy karpia, barszczu i kapusty. Mamusia dostawiała do stołu wielkie tatusiowe krzesło, którego wujek ceremonialnie dosiadał. Ćmiąc kolejne połówki papierosa w szklanej lufce, słuchał Jasiowych opowieści o szkole i domu, udzielał dobrych rad, przewracał z upiornym szelestem stronice „Zielonego Sztandaru”, pozwalał się obstawiać siostrzanymi smakołykami, a po ich spożyciu dawał się pokonać senności — słowem, zachowywał się jak niemal każda głowa rodziny.

Podczas jednej z takich Wigilii dziewięcioletni Jasiu zwrócił uwagę mamy i wujka niezwykłym zachowaniem. To zamyślał się nad talerzem, nie trafiając łyżką do ust, to znów wlepiał wzrok w sierżanta, jakby chciał mu coś powiedzieć. I faktycznie, zagadnięty, wyznał, że chce pokazać wujkowi swoją ulubioną książkę. Kotwicz łaskawie zezwolił, po czym stropił się nieco, gdy w jego ręce trafiło ponad trzystupięćdziesięciostronicowe tomisko, prawdziwe monstrum w porównaniu z ulubionymi przezeń „Tygrysami”. „Jasieńku, przeczytałeś toto”? „Oczywiście. Już drugi raz. Bym chciał wujka prosić, żeby też przeczytał. Przecież tam są bohaterowie z wojny, jak wujek.” Sierżant nie znalazł w sobie dość skromności, by zaprzeczyć Jasiowemu wyznaniu wiary. Wziął książkę, wstał z krzesła i mruknąwszy, że bierze ją na próbę ogniową, zamknął się w klozetce. Mamusia dołożyła Jasiowi kapusty z grochem, ale chłopak nie mógł się skupić na jedzeniu. Z przybytku dobiegły ich bowiem niedźwiedzie pomruki, jakby wujek toczył jakąś batalię; Jasiu chciał wierzyć, że nie były to kłopoty z lekturą. Pomruki przeszły w parskanie, to z kolei w rodzaj czkawki, a wreszcie w gargantuiczny rechot, od którego zatrzęsło się całe mieszkanie. Kiedy wujek wrócił do stołu, był czerwony jak radziecki sztandar. Ocierając łzy z oczu i ślinę z kącików ust, rzucił książkę na stół i osunął się na swój tron.

„Jasieńku, to ładne bajeczki, naprawdę ci, kurna, dziękuję. Dawno mi nic tak dobrze nie przepchało kiszków, lepiej niż tabletki na przeczyszczenie”. Chłopiec spojrzał na wujka wzrokiem konającej sarny. Czuł, żeWierni przysiędzenie spodobali się tak, jak to zakładał, mając nadzieję, że wujek znał lejtnan-ta Parchomienkę i mógłby jakoś dopełnić książkową relację.

Tymczasem sierżant wetknął kolejną połówkę sporta do luf-ki, podpalił i wypuściwszy chmurę mlecznego dymu w strumień światła nad stołem, pokrzepiająco klepnął Jasia w ramię. „Chcesz bohaterskiej historii? To posłuchaj o Biedroneczce”. Rozsiadł się, wsadził lufkę w kącik ust i przymknąwszy oczy, splótł serdelkowate palce na brzuchu.

„To było, jak żeśmy mieli odbijać Wyżny Komarnik w Czechosłowacji, żeby dojść do rzeki, bo w tym miejscu było płyciej. Załoga nasza to byłem ja, Staszek, znaczy się twój tatuś, Heniek Paliczuk, co potem został pułkownikiem, i Czesiek Grążel, co był wtenczas jeszcze zupełnym szczylem i gówno umiał” — tu wujek przerwał, żeby zwilżyć gardło kieliszkiem czegoś pokrzepiającego. „Łajzy szwabskie się kryły po dziurach, co je tam wyryli jak w serze — a w każdej po pancerfauście… W jednym miejscu we środku wioski, na górce, wyrąbali se dziurę w ścianie i stamtąd nap… znaczy się pruły, kurna, z cekaemów, całe gniazdo. Nie szło ani z działa przydzwonić, bo taki nasyp zasłaniał, ani podejść, bo przed tą ścianą z cekaemami ni ździebełka, żeby się schować, normalnie pustynia. Dlatego Szwabiska paru naszych sięgły, jak się próbowali podczołgać. A jak czołgiem Ruscy ruszyli, to Szwab z pancerfausta pier… dziu, granatem ciepnął i dupa”. W tym miejscu pod ciśnieniem wspomnień narrator, mimo ostrzegawczych spojrzeń i chrząknięć mamusi, wyzwolił się z pęt autocenzury. „Dowódcy siedzą i się naradzają, co i jak, a tu z nagła — bang — fiu — pierdut! Moździerz, kurna… znaczy namierzają nas z tej górki! Jezu, kur… kur… wam mówię — tak się cóś rozdarł Czesiek — dupę nam urwią!… I któryś — nie pamiętam kto, albo Stasiu, albo ja, mówi nagle: A sraj na tych Szwabów, rozpieprzymy karaluchy w pizdu! Siadajcie, chłopaki. A my, wiecie, kurna, mleko we łbie, siadamy i sru. Bez osłony żadnej, nic. Heniek mówi do Staszka: Chcesz, Stasiu, to cała rura na skurwysynów! Ta jes, kapitanie, mówi, i jedziemy. Jedziemy chwilę, jedziemy, wszystko, kurna, mam gotowe do strzału, cicho jak w dupie, a tu nagle jak nie jebutnie! Zara się zrobiło z boku gorąco jak w piecu i Paliczuk wrzeszczy: Ma nas, skurwysyn, żeśmy się zapalili! I widać, że mu się fajczą łachy. Lej na to! — krzyczy mu Grążel i znowuż ładuje mi do lufy, bo już raz dupnąłem. Szybko, szybko, Czesiek wrzeszczy „już”, ja nastawiam na szkopa, a Paliczuk — „ognia!” Dymu w cholerę, prujemy dalej, Heniek się pali, ale się przyciska do ścian, żeby się zagasić, ze mnie pot leci, aż na oczy już, kurna, nie widzę, dym jak w wędzarni, śmierdzi gumą spaloną i kablami, Czesiek jęczy, że mu na rękę stanąłem i nie może ładować, a to nie była prawda, bo już, kurna, Szwab serią pociągnął, odbiło się trochę o czołg i zadzwoniło, ale też wpadło, bo Heniek uchylił właz, kretyn jeden. Cześka trafiło w te łapę, krew się leje, on jęczy i tą krwią smaruje wszystkich, nagle znowu z boku w nas coś przypierdala, aż mi świeczki w oczach dęba stają i myślę, no nie wytrzymam, widzę, że Heniu cały we krwi do Cześka krzyczy: Wyskakiwać! I Heniek od razu wyskoczył i się pokaturlał na bok, nic mu się nie stało; potem Czesiek i też nawet nic, tylko wpadł w krowie placki, a ja pytam — a ty co, Stasiu? A on: Wypierdalaj, Edziu! No to skaczę i też gdzieś przycupuję, dymu jak w kominie, ciągle te Szwaby terkoczą, a tu Stasiu też wyskakuje, puszcza naszą maszynę, a ona, kurna, jedzie dalej! Pruje, jakbyśmy tam byli, Szkop wali z cekaemów, ale to się tylko odbija od niej jak muchy od konia i w końcu jak nie pieprznie w tą ścianę! Tak ją nastawił ten twój ojciec skubany! Wpier… niczyła się do połowy normalnie w ścianę i nic się jej nie stało, a ze Szwabów się zrobiła mokra plama, no i z moździerza też… I wszyscy potem mówili, że nasz czołg walczy nawet bez załogi. Jak nam dawali medal, to jeszcze specjalny dla czołgu zrobili, dla naszej Biedroneczki, i marszałek, ten, no, Lola-Żemierski, sam jej przyczepiał. Tylko z Czesia chłopaki jajcy robili, że na miętkie zlądował"…

Wujek Edek otarł przedramieniem pot z czoła, zapuścił sępie spojrzenie swych źrenic w otchłań wspomnień i do końca wieczoru w milczeniu popijał gorzałkę. Jasiu zaś czuł, jak łomocze mu serce i pulsują skronie, jakby on sam brał udział w tej bitwie i bohaterskimi rękami tatusia nakierowywał czołg na odwiecznego wroga Polski i Polaków.

***

„Oślipłem z rozpaczy”, pomyślał sierżant. Zorientował się w końcu, że leży na własnym wyrku, w swojej kanciapie; lampka nocna mrugała. Zemdlał? Na cały dzień? Usłyszał jeszcze wyraźniejsze łomotanie w okno. „Gołąbki?” — usiadł tak szybko, aż zabębniło mu w skroniach. Wydobył zdrętwiałą rękę spod poduszki i podniósł dłoń do czoła. Spocone. „Kurna, to mi się naśniło. Ale kto tam tak dudni?”

– Edek, kurwa, obudź się!

Niedawny wigor bezpowrotnie przeminął. Sierżant Kotwicz Edward wyplątał się z posłania i odsunął buraczkowe zasłony. Zerkał pomiędzy gacie i skarpetki, suszące się na rozpiętym sznurze niczym kod flagowy; za oknem rozpoznał skrzywioną facjatę Grążla.

– Zbieraj kotów do przysięgi! — wydzierał się tamten zza szyby. — Za dziesięć minut pod sztandarem, pełny stan…

– Teraz, kurna? — burknął, otwierając okno. — Co, pali się?!

– Gorzej, kurwa. Awansowali mnie… — zaśpiewał Grążel głosem, w którym panika mieszała się z niekłamaną satysfakcją.

– No nie, kurna… — jęknął Edek. Różne klocki poukładały mu się w zaspanej mózgownicy i wszystko razem zadzwoniło na alarm.

– Zaczyna się?! — sierżant Kotwicz rzucił retoryczne pytanie i uchwycił się dyndającej na sznurku bielizny.

– No widzisz, kurwa — odparł filozoficznie Grążel. — Migiem, goń!

Edek machinalnie podniósł dwa palce do skroni, ale oficer już na niego nie patrzył. Odbiegł parę metrów i wtedy odwrócił się, jakby sobie coś przypomniał.

– A dowódca gdzie, Edziu? — zapytał ze źle udawaną beztroską.

– Jak, gdzie?… Na kwaterze przecież. U was — obruszył się Kotwicz.

– Byłem, nie ma. Myślisz, że znowu?… — stęknął kapitan.

– No nie… nie wiem…

– Kurwa! — syknął Grążel i ręka opadła mu na kaburę.

– No… Tylko nie machaj pukawką, Czesiu… — Sierżant zastygł z parą skarpetek w ręku.

– Odpierdol się. Całe wojsko na plac! — zakomenderował kapitan. Potem odbiegł w stronę głównego budynku koszar, który mrugał światłami okien niczym gigantyczny, wielooki robak.

***

Wnętrze toalety nagle pociemniało, żarówka nad głową Jasia przygasła, żeby znów się rozjarzyć, może nawet mocniej. Z dziedzińca dał się słyszeć jakiś głos — chyba oficera Grążla; ktoś biegł, pokrzykując alarmująco. Tupot buciorów brzmiał wśród nocnej ciszy jak wojenny bęben. Jasiu z wolna wyrywał się z krainy marzeń. Znowu ćwiczenia?

Ale jednego to nie rozumiem. Wszyscy się tu ostatnio tak zawściekają, jakby szło na jaką wojnę…

Ołówek zawisł nad krzywo nanizanymi literkami.

Ale chyba tak tylko straszą, co?

***

Teraz Romek dopinał guziki kapralskiej bluzy mundurowej, mądrzejszy o zupełnie nowe doświadczenia. W cywilu wydawało mu się, że przejrzał kobiety na wylot i potrafi im sprostać. Światła za oknem Izby Pamięci mrugały ironicznie i alarmowo, a on wyobraził sobie, że ta wojskowa megiera po drugiej stronie stołu — takiej kochanki jeszcze nigdy nie miał — wepchnęła go do kotła z brudnym sortem mundurowym i siedzi okrakiem na pokrywce. I poczuł, że musi się z tego gara wydostać, bo go doszczętnie wygotują, wyżmą i wykrochmalą.

– Ty i ja, Czesławo, my… – zaczął, nie odwracając się jeszcze, bo raźniej mu było mówić plecami – ja dużo o nas myślałem. Gdyby to się dało, to ja… przecież wiesz, znasz mnie… bym wszystko. Ale te cholery… – tu stropił się, bo uznał, że tonacja nie jest dostatecznie podniosła. – Ale ten świat cholerny, oni nam nie pozwolą! Taka, wisz ty, ściana nas rozdziela… – teraz już jechał jak po maśle. – Tyle szarż, twój mąż, ZMS1 i ta, no, Podstawowa Organizacja Partyjna… Ja w dole, a ty na górze! Żeż w mordę – przepaść.

„Tu przerwał, lecz róg trzymał…” i dla podbicia efektu odwrócił się wreszcie. Od razu się zorientował, że nie wszystkie strzały ugrzęzły w tarczy, więc postanowił dobić bestię.

– Najchętniej, Czesławo, tobym załadował do lufy burzący, obrócił wieżyczkę…

„Znów serduszko moje złamane, oplute” — załomotało w głowie kapitan Czesławy Grążel w tym samym momencie, gdy jej usta słały już wiarołomnemu kapralowi gorzkie pytanie:

– Ty Romuś, gównozjadzie, chcesz mnie rzucić, tak…?

Jej dorodna, bujnością dojrzałych owoców rozkwitła cielesność zakołysała się ostrzegawczo; falochron oficerskiego munduru okazał się zbyt wątłym kagańcem dla niepodległej piersi. Niedopięte guziki munduru wystrzeliły pod palcami Grążlowej — orzełki rozprysnęły się po całym pomieszczeniu — sztorm nadchodził nieubłaganie.

– Na tym stole marszałek Koniew posuwał lejtnant Furce-wą, wiele razy… — dłoń pani kapitan prześliznęła się po fornirze wielkiego, antycznego stołu, który jeszcze przed chwilą był areną ich zmysłowego szału. — Historię miałeś pod dupą, Romuś, i co?! Nic ci nigdzie nie piknęło, nawet sumienie?

Ruszyła w jego stronę, jakby chciała go porwać do tańca; on odstępował.

– Popatrz ty mnie w oczy, chłopczyku, nie zezuj! Bo ja ciebie widzę jak na strzelnicy…

Uciekał z oczami i z całą resztą; druga strona stołu wydała mu się bezpieczną przystanią – niesłusznie.

– Ja chciałam ci przychylić kompanijnego nieba… miałbyś jak w puchu – parła do konfrontacji. – Ale ni ma chuja we wsi, Romuś! Niczego do lufy nie załadujesz, bo ja cię zara zgnoję, ty glizdo imperialistyczna!

Słowa i czyny sprzęgły się wreszcie w jeden węzeł i Grążlowa skoczyła z pazurami na Romka, a on wiał dookoła historycznego mebla z duszą omdlałą i sercem na ramieniu.

– Czesławo, Czesiu, ja proszę, błagam… – zaskomlał żałośnie, miotając się to w prawo, to w lewo. – Uspokój się, perełko… przecież alarm jest.

– To i co? Tera co noc alarm jest.

– Ale ten jest inny. Czuję to… – Włożył w to zapewnienie całą głębię swej samczej perswazyjności i na chwilę osiągnął zamierzony cel; Grążlowa zatrzymała się w pół kroku. Romek ruszył w podskokach do wyjścia.

– Gdzie leziesz, wróć! – krzyknęła.

– Muszę… – wybełkotał, odsuwając krzesło, którym oszań-cowane były drzwi. Histerycznie szarpał się z łańcuchem. Nacisnął klamkę i…

Zerknął na korytarz, w tym samym momencie czyjaś ręka wepchnęła go z powrotem do Izby Pamięci. Romek zatrzasnął drzwi i przerażony, przylgnął do nich plecami.

– Już nie musisz? — spytała słodko i jadowicie.

– Grą… Grążel tu idzie! — wyjąkał.

– Czesiu?

– No! Twój mąż…

***

Korytarz z wolna ożywał. Żołnierze nadbiegali z różnych zakamarków koszar, wpadali na siebie, rozpychali się i z cichym przekleństwem gnali dalej. Również tutaj alarmowe światło gasło i zapalało się, powiększając chaos i bezhołowie. Środkiem tego bajzlu kroczył, powarkując, kapitan Grążel; niósł głowę wysoko i świeżym kapitańskim dostojeństwem torował sobie drogę wśród ciżby. Zdążył zajrzeć na oficerską kwaterę, nie znalazł, kogo szukał, i domyślił się, że jego połowica znowu doszkala młodą kadrę… Potem nogi same poniosły go w miejsce uświęcone tradycją. Idąc prosto na kota sterczącego przed Izbą Pamięci, niejasno zauważył dziwny incydent — na chwilę ręka szeregowego zniknęła gdzieś za plecami, a potem gmerała z tyłu, jakby w zamkniętych drzwiach. Następnie żołnierz ów, „okularnik jakiś pierdolony i przerośnięty, z metr siedemdziesiąt pięć, byczysko”, podniósł z podłogi płachtę papieru i tak uzbrojony zrobił krok w kierunku kapitana. Płachta opadła na oficera jak całun, odcinając go od bodźców zewnętrznych; dreptał w miejscu pomiędzy rozłożonymi na podłodze zdjęciami, literkami, papierami, oślepiony jak Jurand ze Spychowa, aż wreszcie wyrwał się z matni…

– Zejdźcie z drogi, kutafonie jeden, co mi tu na twarz szmatę kładziecie?! – wydarł się. – Ja do dowódcy!

– Melduję… – rozpoczął Florian – panie poru…

– …Kapi…

– Obywatelu kapitanie, to jest gazetka ścienna.

– Na fujarę to sobie jak raz wciągnijcie, żołnierzu. Odmaszerować! – zawrzasnął Grążel.

Poczucie elementarnej solidarności i chęć zaoszczędzenia wszystkim upokorzeń pchnęły Floriana Sapieżyńskiego ku jeszcze jednej desperackiej próbie.

– Ale towarzysz Gomułka… – wybąkał, nie bez nuty ironii.

– Co… – warknął oficer.

– Przykleił się panu kapitanowi, od tyłu…

Grążel bezskutecznie próbował zajrzeć sobie na plecy.

– Zdejmijcie ze mnie to gówno! – zapiał. Skierował zgęstniałe spojrzenie na twarz szeregowego i wysyczał mu prosto w lekko drżący podbródek: – I paszoł won! Bo ci jajka odstrzelę… ty zdrajco.

„On wie…”, zdążył pomyśleć Florian, gdy kapitan odsunął go energicznie i stanął u wrót Izby. Sylwetka Grążla skurczyła się najpierw, potem nabrał powietrza po wręby, wypuścił, nabrał.

„Człowiek pompka…”, przyszło jeszcze do głowy redaktorowi gazetki, zanim wycofał się na z góry upatrzone pozycje.

A Grążel odczekał jeszcze kilka sekund i zastukał — dość niemrawo i dyskretnie.

– To ja, Czesiu, otwórz. Wiem, że tam jesteś… — mówił aksamitnym głosem. Wsłuchał się w ciszę; coś po tamtej stronie zachrobotało i znowu ucichło. Ręka kapitana powoli uniosła się do wysokiej klamki…

– No, Czesiu… znam cię jak zły szeląg — ciągle jeszcze trzymał się w karbach. — Ja do ciebie jako do dowódcy.

Nareszcie, ogłuszony zionącą z Izby Pamięci ciszą, spróbował klamki.

Gdyby tak radzieccy uczeni i wynalazcy — W.A. Fabrikant, Mikołaj G. Basow, Żores Alfierow — na czas uzbroili kapitana Grążla w odpowiedni laser, to po przepaleniu nim przeszkody, tuż za dymiącymi zgliszczami drzwi ujrzałby scenę prawdziwie liryczną: zwaśnieni niedawno kochankowie siedzieli jak dwa gołąbki, kurczowo wczepieni we framugę. Wpatrywali się w klamkę, która poruszała się — najpierw powoli, potem coraz gwałtowniej. Dobiegał ich głos kapitana, który najwyraźniej tracił angielską flegmę:

– Cześka, jestem tak spokojny, że nawet brzydkiego słowa… — bulgotał zza drzwi. — Ale zaczynam się wnerwiać! Powiedz gachowi, że jak się wnerwię, to będę kurewsko wnerwiony!! No dobra… nie chcieliście po dobroci, to ja was z innej mańki… Okurwieńcy!

Zakładnicy Izby Pamięci usłyszeli oddalające się kroki.

Kiedy w dziurce od klucza znów błysnęło oko – tym razem łypiące z Izby na korytarz – jego właściciel, Romek Kwaśny, mógł już tylko zobaczyć bezładną krzątaninę niższych szarż; kapitan Grążel gdzieś przepadł.

Sierżantowi Edkowi Kotwiczowi z kolei zdało się, że właśnie zobaczył Grążla mijającego drzwi żołnierskiej izby. Szedł jakby w niewłaściwą stronę korytarza – tam, za załomem było tylko okno… Edek nie miał jednak czasu na pierdoły, teraz poganiał i opieprzał.

– Raz, dwa, raz, dwa… pryndzy! pryndzy! Ruchy, ruchy, żeby wam się z dupy dymiło!

Sztorcowani przez niego żołnierze służby zasadniczej miotali się po sypialni – skakali po piętrowych pryczach, wyrywali sobie z rąk fragmenty umundurowania; paski, sprzączki, klamry, szlufki – wszystko to skrzypiało, podzwaniało i chrobotało. Wiara klęła i ubierała się na gwałt, niektórzy szweje pełzali po podłodze w pogoni za zbiegłymi butami…

Kto gotów, wybiegał. Edek sterczał przy samych drzwiach; chwycił jednego z biegnących.

– Ty. Jesteś w drużynie z Jasiem Jamrożym? Gdzie on?

Tamten zarechotał nieprzyjemnie.

– W sraczu, panie sierżancie. Okocił się chyba…

W duszy sierżanta wściekle zamrygała czerwona lampka.

– Ty, fala, mądrala — zapienił się. — Wypierdalać na plac w podskokach! Stare wojsko, nowe wojsko, wszyscy się, kurna, zaraz zesracie…

Wypędził z sypialni ostatnich maruderów i zgasił światło.

Już na korytarzu Edek poczuł ożywczy powiew, chłodzący rozpalone czoło. Coś mu kazało spojrzeć za załom korytarza.

Okno przy tylnej, ślepej ścianie Izby Pamięci było otwarte na oścież i przejmująco puste.

Kapitan Czesław Grążel znajdował się w sytuacji dla siebie niecodziennej. Nigdy dotąd nie przejawiał skłonności do uprawiania sportów, tym bardziej do taternictwa i alpinizmu. Fakt, że już drugi raz tej nocy gdzieś się wspinał i przebywał na wysokościach, należy uznać za fatum. Był właśnie pośrodku drogi między oknem w korytarzu a niewielkim balkonem przy Izbie Pamięci; balansował na gzymsie, a dołem ziała przepaść, po dnie której biegli żołnierze — żaden nie podniósł głowy i nie zobaczył przyklejonej do muru sylwetki. Delikatny wietrzyk łagodnie muskał skronie kapitana, a on centymetr za centymetrem, ślimaczo przesuwał się w kierunku celu, starając się zapomnieć o dręczącym go od dzieciństwa lęku wysokości. Już widział zatkniętą na balustradzie flagę, która jawiła mu się teraz jako kres karkołomnej wędrówki… Dotarł do kresu i zacisnął dłoń na drzewcach sztandaru. Równocześnie stopa kapitana znalazła gruntowniejsze oparcie; pod balkonem wisiał solidny transparent z napisem:Przyjaźń polsko-radziecka niezłomnym fundamentem pokoju.Z ręką na fladze i nogą na transparencie poczuł się stabilnie i przypomniał sobie, po co musiał iść. Przybliżył twarz do szyby i zajrzał przez zamknięte okno.

Kapitan Grążlowa i kapral Kwaśny wymykali się właśnie z pułapki – po zdemontowaniu barykady z krzeseł i wygaszeniu lampy, uchylili drzwi Izby. W jasności wdzierającej się z korytarza ich sylwetki zdekonspirowały się częściowo przed wzrokiem podglądacza.

– Widzę was, ciule… A kuku! – wrzasnął Grążel.

Pod