Operacja Casablanca - Witold Dworakowski - ebook
NOWOŚĆ

Operacja Casablanca ebook

Witold Dworakowski

4,8

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Andrzej Woźniak cenił swoją pracę przede wszystkim za bezpieczeństwo. Analiza materiałów źródłowych w poszukiwaniu zaginionych skarbów była emocjonująca, a jednocześnie nie niosła ze sobą żadnego ryzyka. Całe ryzyko brał na siebie Sidney Wolf, jego przyjaciel i agent terenowy zajmujący się weryfikacją przypuszczeń Woźniaka.

Najnowsza sprawa, choć zapowiadała się banalnie, łamie dotychczasowe schematy współpracy. Pojawiają się tajemnice, których nie należy zgłębiać. Czy istnieje przeklęte złoto Indian? Czy nuklearne paliwo sprzed pięciuset lat to autentyk, czy falsyfikat? Czy mityczne państwo przetrwało swój upadek, a może go sfingowało?

Woźniak i Wolf odkryją prawdę lub zginą próbując ją odkryć!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 678

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0

Popularność




Prolog

Galeon wyglądał jak statek widmo, jeden z tych, którymi straszą tawerniane opowieści. Po pokładzie nie snuły się co prawda żadne zjawy czy demoniczne istoty, ludzi jednak też brakowało. Po zniszczeniach widać było, że jednostka przeszła przez piekło. Spoglądając na przechylony w przód, zbyt głęboko zanurzony kadłub, na dwa ocalałe maszty i powiewające na nich strzępy żagli, konkwistador Ignatio Mendez nie mógł się pozbyć złychprzeczuć.

Ale pokusa była silniejsza. Jeśli galeon wracał z Nowego Świata, to na pewno po brzegi wypełniały go łupy zdobyte na Indianach. Jeśli coś stało się załodze, należało jej pomóc. Jeśli zginęła – dowiedzieć się dlaczego, a przy okazji rozszabrować, co sięda.

Gdy kapitan „Madrida” zarządził utworzenie oddziału zwiadowczego, Mendez pierwszy wyrwał się na ochotnika. Wnet dołączyło do niego trzech innych konkwistadorów. Listę osobową zamknęła dwójka marynarzy. Wszyscy cieszyli się na urozmaicenie półtoramiesięcznej monotonii, na jaką byli skazali w swej podróży to Ameryki. Nie przyszło im do głowy, że będą żałować tej decyzji do końcażycia.

Czyli jeszcze przez trzydni.

Galeon nazywał się „Santa Margaret” i z bliska wyglądał jeszcze gorzej. Brak desek w burtach. Połamany reling. Pozrywane liny i część want. Krzywo wiszące reje. Przechodząc z szalupy na pokład, zwiadowcy obawiali się, że lada moment coś spadnie im nagłowy.

Pomijając szum oceanu i trzeszczenie kadłuba, panowała cisza. Żadnych odgłosów napraw. Żadnych rozmów ani śmiechów. Żadnych kroków. Zupełnie jakby cała załoga uciekła. Znikła. Albo umarła co domarynarza.

Mendez podzielił zwiadowców na dwie grupy. Dwóch konkwistadorów i marynarz ruszyli na poszukiwania kapitana i dziennika okrętowego. Ignatio dowodził drugą grupą. Ruszyli pod pokład. Jeśli trafią na żywe dusze, będzie dobrze. Jeśli na nieprzebrane bogactwa w ładowni – dużo, dużo lepiej. Co prawda wówczas załoga „Santa Margaret” będzie stanowić pewien problem, ale przecież można ponegocjować. Na przykład za pomocą boni.

Wyglądało jednak na to, że negocjacje nie będą potrzebne. Na pokładzie działowym Ignatio znalazł trupa.

Ściślej rzecz ujmując, wyczuł go, będąc jeszcze na zejściówce. Kwaśny smród rzygowin, charakterystyczny odór szczyn i niemytego ciała… Ręce, twarz i pierś denata pokrywało coś, co przypominało objawy dżumy: połacie strupów i gnijącego mięsa, spomiędzy których jeszcze niedawno musiała wypływać ropa.

Nieopodal leżały dwa kolejne ciała. Z identycznymi wykwitami choroby. Złe przeczucia uparcie nie chciały zniknąć. Co tu się, do diabła, stało? Mendez ruszył w stronę dzioba, gdzie powinien znaleźć kwatery załogi. I, być może, odpowiedzi.

Im bliżej był celu, tym większy czuł smród. Odór choroby i ludzkich wydzielin wydawał się przesycać drewno, korytarz, cały kadłub. Tak nie cuchnęły nawet statki wyładowane niewolnikami. Na dodatek do poskrzypywań i trzeszczenia „Santa Margaret” dołączyły nowe odgłosy. Pojękiwania. Bełkot. Niskie, cierpiętnicze wycie. Złe przeczucia podążały za zwiadowcami krok wkrok.

Pod kwaterą smród wręcz urywał nos. Drzwi były zamknięte. Mendez naparł na nie raz i drugi, aż puścił zamek. Poprawił kopniakiem. Zatkał nos i wsunął się dośrodka.

Miał wrażenie, że zwymiotuje od tego widoku. Podświadomie spodziewał się jakichś okropieństw. Ale nie ażtakich.

Na stole, na ławach, na kojach i podłodze – dosłownie wszędzie zalegały trupy. Ich skórę pokrywały ciemne plamy, zupełnie jak u ludzi z pokładu działowego, a wiele z tych śladów wyglądało na przypiekane. Czyżby w ten sposób walczyli z chorobą? Odkażając ciało rozpalonymżelazem?

Obok drzwi leżał mężczyzna. Spodnie lepiły mu się do nóg, cuchnące od wymiocin i ekskrementów. Całą twarz miał w czymś, co przypominało liszaje. Z ust ciekła mu ślina. Wodził wokół mętnym wzrokiem. Raz po raz jęczał, mamrotał coś niezrozumiale. Jemu też przeznaczona byłaśmierć.

Mendez zapragnął uciec jak najdalej stąd. Wycofał się z pomieszczenia do dwójki swych towarzyszy. Ładownia, powtarzał w duchu. Ładownia i skarb. Szukaj. Szukaj i uciekaj.

W głębi statku było niewiele lepiej. Mijali klitki, z których buchał smród. Mijali kolejne ofiary zarazy. Ci, którzy jeszcze trzymali się przy życiu, mamrotali półprzytomnie: coś o złocie, o Bogu, o jakiejś klątwie. „Santa Margaret” nie była statkiem-widmo. Byłapiekłem.

A na dodatek przeciekała. Spomiędzy desek burt tryskała woda, na niższych pokładach można było pływać, i zwiadowcy zawahali się, czy nie zawrócić. W końcu jednak dotarli do ładowni, a właściwie tej jej części, której jeszcze nie zalało. I faktycznie znaleźlizłoto.

W ilości, która przekraczała najśmielszewyobrażenia.

Góry lśniących sztab, odlanych jeszcze przed wypłynięciem z portu w Nowym Świecie. Kufry pełne monet. Kielichy wysadzane kamieniami szlachetnymi, wewnątrz których lśniły złote ozdoby i biżuteria. Złote wazy. Złote posążki o twarzach jak z najgorszego snu. Złote naszyjniki. Złote bransolety. Cztery długie tuby barwy srebra, oparte o ścianę pomieszczenia. Fortuna. Ten przeklęty statek wiózł łup, o jakim marzył każdyzdobywca.

Zwiadowcy już, już mieli się rzucić do upychania skarbów po kieszeniach, kiedy nagle Mendez krzyknął, by nikt się nie ruszał. W głębi ładowni dostrzegł trzy ciała. Palce, dłonie i przedramiona miały całkowicie czarne.

Klątwa. Tylko to słowo nasuwało się namyśl.

Tego było już za wiele. Niech kto inny bierze sobie to przeklęte złoto! Zwiadowcy uciekli na główny pokład. Dołączyli do towarzyszy, którzy już czekali w szalupie. Jeden z nich trzymał niewielki zeszyt. Pozostała dwójka przeliczała właśnie złotemonety.

Niebawem „Santa Margaret” stanowiła tylko punkt na horyzoncie. Jedynym świadectwem jej tragedii był dziennik okrętowy zabrany z kwatery martwegokapitana.

***

Andrzej Woźniak wzdrygnął się na wspomnienie tejhistorii.

Wstał zza biurka i się przeciągnął. Na szczęście śmierć marynarzy z „Santa Margaret” była tylko nic nie znaczącym epizodem. Przez następnych pięćset lat nie natrafiono na ślad statku-widmo. Z jednej strony szkoda – wyroby, które zrabowano Indianom i wysłano do Hiszpanii, mogłyby sporo powiedzieć o rzemiośle prekolumbijskich złotników. Logika podpowiadała jednak, że dobrze się stało. W końcu wraz z galeonem przepadła i tajemnicza choroba. Ostatnimi jej ofiarami byli zwiadowcy z „Madrida” – zmarli w straszliwych męczarniach trzy dni popowrocie.

Zagadkę stanowił fakt, że zginęli tylko oni. Pozostali marynarze i konkwistadorzy cieszyli się zdrowiem przez resztę rejsu. Część z nich umarła dopiero później: w amerykańskich puszczach, w walkach z Indianami albo z sobie podobnymi. Nieliczni wrócili do domu w jednym kawałku. Przeważnie biedni jak myszy kościelne, alejednak.

Cóż. Nie na wszystkim da się zarobić, stwierdził w duchu Andrzej. I zaraz skonstatował, że gdy pół roku temu dowiedział się o historii Mendeza, zachowywał się niewiele lepiej. Zwłaszcza gdy dorwał dokumenty z tamtego rejsu. W oczy rzucił mu się wtedy fragment listu kapitana „Madrida” do swoichzwierzchników.

…wedle odnalezionego dziennika, na „Santa Margaret” klątwa została rzucona. Pogańscy bożkowie rozkazali, ażeby każdego grzesznika, co bluźni przeciwko nim, dosięgło cierpienie zarówno w świecie doczesnym, jak też w zaświatach. Cierpienie tak straszliwe, iż nie sposób sobie tego imaginować. Owszem, wedle Kościoła Świętego i logiki wszelakiej jest to zabobon. Ale jakże inaczej wytłumaczyć plagę, jaka opanowała galeon? Plagę, jaka uderzyła w niego tuż po załadunku i wypłynięciu w rejspowrotny?

Woźniak długo śledził ścieżki, którymi na przestrzeni wieków wędrował dziennik „Santa Margaret”. Teraz zeszycisko o pożółkłych kartkach leżało u niego na biurku. Andrzej znów pochylił się nad tekstem. Końcowe wpisy mówiły o rozwoju choroby wśród załogi. Wraz z upływem czasu stawały się one coraz krótsze i bardziej lakoniczne, a kreślone litery mniej czytelne.

Ostatnia notatka nosiła datę piętnastego sierpnia 1537 roku i składała się z jednegozdania.

Boże, dopomóż.

Cztery dni później zjawił się „Madrid”.

Andrzej przetarł oczy i zerknął na zegarek. Trzecia w nocy. A mógłby przysiąc, że jest dopiero wczesny wieczór. Cóż. Przynajmniej nikt mu nie przerywał – ani telefon, ani komunikator internetowy, ani ta stara jędza z mieszkaniaobok.

Otworzył okno i odetchnął ciężkim od spalin powietrzem. Wpatrzył się w światła okolicznych kamienic, wsłuchał w wycie syren karetek i radiowozów. Wrocław. Nie znosił tego miasta. Marzył, by stąd uciec i zaszyć się gdzieś w tropikach, na drugim końcu świata, z dala od wszystkich problemów. Na razie jednak nie widział na toszans.

Zastanowił się, gdzie może spoczywać „Santa Margaret”. Załoga „Madrida” niedokładnie określiła jej pozycję – około dwustu pięćdziesięciu mil na północny zachód od wyspy Abaco na Bahamach. Zlokalizowanie galeonu byłoby koszmarnie trudne, tym bardziej że przed zatonięciem mógł jeszcze długo dryfować zprądem.

Ale podjęcie poszukiwań kusiło. W ładowniach wraku zalegała przecież olbrzymia ilość złota i indiańskich precjozów. Woźniak znał paru archeologów, którzy sprzedaliby własną matkę, byleby tylko zbadać podobne znalezisko. I nie tylko zbadać. Niejednokrotnie słyszał pogłoski o tajemniczych zaginięciach artefaktów i równie tajemniczych sumach, jakie w tym samym czasie pojawiały się na kontach pewnychnaukowców.

Uśmiechnął się ironicznie. Gdyby mu się poszczęściło, nie musiałby pracować w księgowości podrzędnej firmy. Niestety, sprzedaż dziennika nie przyniosłaby mu bogactwa. Zapiski nie przedstawiały żadnej wartości. Chyba tylko dlatego zeszyt nie trafił do kolekcji jakiegoś zbieraczaantyków.

Wszedł do łazienki, starając się nie patrzeć w lustro. Nie lubił swojego widoku: ani okrągłej twarzy, ani pełnych policzków, ani oczu barwy chłodnego błękitu, ani wiecznie najeżonych blond włosów. Zwłaszcza włosów – nigdy nie mógł dojść z nimi do ładu. No i nadwaga od stresu i braku ruchu. I jeszcze ta zarwana noc. Minus dziesięć do wyglądu. Należałoby rozwiesić wszędzie kartki z napisem „Andrzej, cholera, weź się w końcu za siebie!” – ale Woźniak nie miał tylepapieru.

Ciekawe, co porabia Sidney, pomyślał. Prawie skakał z radości, kiedy dostał ostatnią znaną pozycję galeonu, ale chyba już się znudził tymi poszukiwaniami. W sumie nie byłoby to nic zaskakującego. Morze zabrało sobie ten cholerny skarb, trzyma i nie odda. A cała wyprawa tego wariatanie…

Nagle rozdzwoniła siękomórka.

Andrzej zazgrzytał zębami. Serio? O tej porze? Kto, do cholery, i co on sobie, psiakrew, myśli? Lada chwila obudzi tę wariatkę z sąsiedztwa i zacznie się łomotanie w ścianę. Przypadł do telefonu. Odebrał, nawet nie patrząc, kto dzwoni.

– Czy to nie może poczekać do rana? – jęknął w mikrofon. – Jest środeknocy!

– Andrzej, znaleźliśmyją.

Znieruchomiał zaskoczony. Znał tengłos.

– Sid… Sidney? – wykrztusił. – Co powiedziałeś? Coznaleźliście?

– „Santa Margaret”. Zawartość ładowni. Furęzłota.

Niemożliwe, pomyślał Woźniak. Niesamowite. Ten skurczybyk znowuwygrał!

W tej samej chwili, zgodnie z przewidywaniami, sąsiadka zaczęła łomotać w ścianę. Zignorowałją.

– Nie ruszaj się stamtąd – rzucił do słuchawki. – Cholera, siedź na miejscu, już do ciebielecę!

– Tak sobie patrzę na dystans między Wrocławiem a Miami i mam wrażenie, że trochę sobie poczekam – zaśmiał sięSidney.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi! Zanim cokolwiek sprzedasz, chcę to obejrzeć. Iskatalogować.

– Skatalogować? Litości, jesteś historykiem-amatorem, nie archeologiem. Po co cito?

– Jeśli ta fura złota zawiera choć jeden obiekt o szczególnej wartości historycznej, oddam go pod lupę specjalistów. To mój pieprzony obowiązek, jasne? Nie dopuszczę, żeby trafił do sejfu jakiegoś bogatego drania, któremu sprzedasz ten towar. Zresztą, co cię to obchodzi? To ja ci powiedziałem, że ten statek w ogóle istnieje. Coś mi się za tonależy.

Chwila ciszy wystarczyła za odpowiedź. Pewnie puścił cynk w Internecie i do tej pory dostał zamówienie na cały skarb. Typowe.

– Jak będziesz się pakował, weź ze sobą dziennik okrętowy „Margaret” – powiedziałSidney.

– Po co? Na niego też znalazłeśkupca?

Prychnięcie.

– Odkryłem coś szalenie ciekawego – odparł. Z jego głosu nagle zniknęła caławesołość.

– O? Niby jak bardzoszalenie?

– Tak szalenie, że wyszło poza skalę. Wiem, co zabiło marynarzy.

Woźniak uniósł brwi. Tego się nie spodziewał. To gonitwa za skarbem nie przyćmiła mu resztywątków?

– Amianowicie?

– Później – rzucił Sidney. – Na miejscu. To nie jest temat na telefon, Andy. Ale mogę ci powiedzieć jedno: jeśli mam rację, a dziennik nie kłamie, właśnie natknęliśmy się na tajemnicę o gigantycznymkalibrze.

Rozłączył się.

Niedługo później sąsiadka przestałahałasować.

Woźniak podrapał się po głowie. Sid, cholera, o co ci chodzi? – pomyślał, wędrując wzdłuż ścian pokoju. Odkrycie? Wielka tajemnica? Czyżby wrak „Santa Margaret” skrywał coś więcej niż sam skarb? Dlaczego Sidney dał znać o znalezisku w środku nocy i zdradził takniewiele?

Istniała tylko jedna droga do odpowiedzi. Andrzej wpadł do sypialni, włączył monitor komputera i wyszukał w Internecie połączenia lotnicze doMiami.

Rozdział 1

Znalezisko

Woźniak padał z nóg. Latał czasem za granicę, ale ten dystans to była już przesada. Wciskanie się do ciasnego samolotu. Dwanaście potwornie nudnych godzin, spędzonych na wierceniu się w fotelu i podziwianiu widoków. Zmiana klimatu – z chłodnego Wrocławia prosto do sześciomilionowej metropolii, gdzie każdy metr kwadratowy asfaltu skwierczał od upału, a powietrze wibrowało od huku samochodów i łomotu urządzeń klimatyzacyjnych. Najgorsza była jednak zmiana strefy czasowej. Zegar biologiczny domagał się popołudniowej drzemki, a tutaj ledwo wybiładziesiąta.

Jazzowa muzyka, sącząca się z radia taksówki, potęgowałasenność.

Przeciągnął się na tylnej kanapie. Za oknami migały wieżowce i chodniki, ciągnęły się sznury zaparkowanych wozów. Gdzieniegdzie dostrzegał skwery i palmowe drzewa, wyrastające rzędami po bokach szosy. Nie zwracał na nie jakiejś szczególnej uwagi. Przyleciał tu w innymcelu.

Od czasu nocnej rozmowy minęły trzy dni, podczas których uporał się z nawałem pilnych i mniej pilnych spraw. Nie miał pojęcia, kiedy wróci do Polski – za tydzień, miesiąc, może za pół roku, w zależności od tego, co odkrył jego przyjaciel. Przez lata znajomości zdążył się przekonać, że Sidney Wolf to człowiek, który potrafi zaskakiwać. Nie zawsze pozytywnie, alejednak.

Jedyną wiadomością, jaką dostał po tamtej wymianie zdań, był e-mail o treści: „Miami, Dodge Island, port towarowy, terminal 1, dok 110”. W załączeniu znajdowało się kilkanaście fotografii. Przedstawiały złotą biżuterię, naczynia i posążki bóstw, które na pewno pochodziły z czasów, gdy Kolumb biegał po rodzinnym mieście z innymi zasmarkanymidzieciakami.

Woźniak nie popierał łowców skarbów. Mieli w zwyczaju iść na noże z instytucjami ochrony zabytków, za to handel precjozami na czarnym rynku przychodził im zdumiewająco łatwo. Sidney Wolf zachowywał balans między jednym a drugim podejściem. Złoty Środek można by uznać za jego czwarte imię – zaraz po Wariacie i ŚliskimSidzie.

Taksówka jechała teraz po moście łączącym wybrzeże z Dodge Island. Dało się stąd dostrzec dużą część Miami: rozpartego wzdłuż wybrzeża molocha, który napierał na niebo dziesiątkami klockowatych wieżowców. Andrzej nigdy nie przepadał za tego typu zabudową. Wśród zawrotnie wysokich wież, błyszczących odbitym światłem nad potokami samochodów, czuł się tak żałośnie drobny – w przeciwieństwie do Sidneya, dla którego było to środowiskonaturalne.

Mieszkał w Stanach od urodzenia. Był potomkiem imigrantów, którzy tuż przed drugą wojną światową wyjechali z Polski. Po przodkach odziedziczył żyłkę do interesów, logistyki i zawierania kontaktów – firmę Wolf Search Limited zbudował sam od podstaw i sprawił, że z miejsca zaczęła przynosić zyski. „Casablanca” stanowiła najlepsze świadectwo tegosukcesu.

– …środa, dwudziesty trzeci maja dwa tysiące osiemnastego roku – rozległo się w głośnikach taksówki. – Dwanaście osób zginęło w ataku na tankowiec „PanArabia”, należący do firmy Saudi Aramco. Wszystkie ofiary to członkowie załogi tankowca i wynajęta przez nich ochrona. Somalijscy piraci przeprowadzili zmasowany ostrzał i usiłowali dokonać abordażu. Zostali odparci. Teraz ściga ich okręt francuskiej Marynarki Wojennej „La Fayette”. Przebieg operacji możecie państwo śledzić na naszej stronieinternetowej…

– Piraci, niech ich ciężka cholera weźmie – mruknął taksówkarz, barczysty facet o łysej głowie. – Ile to jeszcze potrwa, powie mi pan? Te porwania tankowców, gazowców, wszystkiego, co pływa po tych cholernych morzach. Ceny skaczą przez to jak szalone. Wybić ich to za mało. Ich trzeba powiesić i pokazywać publicznie we wszystkichportach.

Właśnie, piraci – westchnął w duchu Andrzej. Takie ISIS, tylko na morzu. To głównie z ich powodu unikał eskapad Sidneya. Nie miał zamiaru dać się zastrzelić przy pierwszym lepszymabordażu.

– Gdyby NATO nie spieprzyło ataku na Somalię, może by ich powiesili – odparł po angielsku, uśmiechając się ironicznie. – Byłoby w tym coś z ducha minionychepok.

– Nie za szyję powiesili. Zajaja.

Wysiadł przy jednym z pomostów, przy których cumowały transatlantyki i wielkie wycieczkowce. Rząd statków ciągnął się wzdłuż nabrzeża jak miniaturowe miasto. Długie i wysokie jednostki o burtach poznaczonych setkami okien przypominały smukłe wieżowce, którym ktoś kazał się położyć, pływać i przynosić krociowezyski.

Dodge Island dzieliła się na dwie części. W pierwszej, turystycznej, ludzie krzątali się między statkami a nabrzeżem, rozglądali się, robili zdjęcia, szukali taksówek… Niektórzy siedzieli na walizkach w oczekiwaniu na rejs, inni lekkim krokiem schodzili z trapów. Harmider był tylko trochę mniejszy niż w mieście i Andrzeja znów zaczęła boleć głowa.

Zarzucił na ramię plecak, poprawił ciemne okulary, wygładził koszulę. Ruszył w stronę tej mniej zatłoczonej częściportu.

Wrócił pamięcią do historii „Santa Margaret”. Zbudowana na potrzeby szybkiego transportu towarów przez Atlantyk, w swój ostatni rejs wypłynęła drugiego sierpnia 1537 roku. Według notatek kapitana Vincenta de Castillo od chwili załadunku załogę prześladował pech. W knajpianej burdzie zginął dowódca oddziału konkwistadorów, którzy wracali do Hiszpanii w chwale i z wypchanymi sakwami. Tej samej nocy zabito pierwszego oficera – jego ciało znalazło się dopiero późnym popołudniem. Morderstwo wyglądało na zemstę, tym bardziej że oficer miał na pieńku z miejscowympółświatkiem.

Cztery dni po wypłynięciu galeon natknął się na wyspę, której nie było na żadnych mapach. Należało ją zająć w imieniu króla Hiszpanii, a następnie zbadać i ewentualnie ograbić. Tym ostatnim mieli się zająć konkwistadorzy – ich doświadczenie w rabowaniu tubylców robiłowrażenie.

Na lądzie nie znaleźli żywej duszy. Odkryli za to cośdziwnego.

Tuż przed linią dżungli wznosił się ołtarz. Na drewnianym rusztowaniu, otoczone dzidami i zeschniętym zielskiem, spoczywały cztery długie, srebrne tuby. Całą ich powierzchnię pokrywały tajemnicze inskrypcje podobne do tych, jakie spotykało się w świątyniach Nowego Świata. Obok konstrukcji Hiszpanie znaleźli jedenaście ludzkich szkieletów. Doszli do wniosku, że wyspa jest miejscem jakiegoś makabrycznego kultu, i postanowili zakończyć ten proceder. Rozebrali ołtarz i spalili rusztowanie, zaś broń i metalowe tuby zabrali na statek w celu późniejszejsprzedaży.

Już wtedy po „Santa Margaret” krążyły plotki, jakoby wieziony przez nią ładunek był przeklęty. Ponoć to przez niego zginął pierwszy oficer i szef zdobywców. Gdy statek opuścił tajemniczą wyspę, sytuacja się nie poprawiła. Dwa dni później z masztu spadł majtek i złamał sobie kark. Część załogi zaczęła chorować. Marynarze skarżyli się na ogólne osłabienie i dezorientację, drgawki i wymioty, krwawą biegunkę. Zaraza rozprzestrzeniła się w błyskawicznym tempie. Nie oszczędziłanikogo.

Pedro, Indianin wcielony do załogi galeonu, w kółko powtarzał, że złoto z ładowni jest obłożone starożytną klątwą. Śmiałkowie, którzy przywłaszczali sobie własność bogów, mieli umrzeć w straszliwych męczarniach. Sytuacja zdawała się potwierdzać te rewelacje. Wzrosła liczba wypadków; marynarze byli coraz mniej chętni do pracy. Wkrótce większość z nich opadła z sił. Ropiejące rany i czarne plamy masowo atakowały ichciała.

W takim stanie zaskoczył ich sztorm. Garstka najsilniejszych wilków morskich przeprowadziła galeon przez to piekło, ale potem i oni się poddali. „Santa Margaret” dryfowała z prądem niczym statek-widmo, coraz bardziej nabierającwody.

„Boże, dopomóż” – napisał przed śmiercią kapitan de Castillo. Jak na ironię tym razem to indiańskie bóstwa były górą. Andrzej prawie współczuł ofiaromklątwy.

Uśmiechnął się krzywo. Jaka klątwa? Marynarze zaczęli chorować zaraz po opuszczeniu wyspy z ołtarzem, zatem nie było wątpliwości co do przyczyny epidemii. Konkwistadorzy zawlekli na statek jakąś miejscową zarazę. Ot i całatajemnica.

Teraz Sidney Wolf dobrał się do wraku. Po pięciu stuleciach „przeklęty” ładunek zmieniłwłaściciela.

Andrzeja dobiegł warkot silników. Szybko dostrzegł sznur ciężarówek, sunący miedzy wzgórzami kontenerów.

– Ciekawe, co wieziecie – mruknął pod nosem, odprowadzając je wzrokiem. Minęły bramki bez zatrzymywania i pomknęły drogą w osi wyspy, ku szosie. Wkrótce znikły Woźniakowi zwidoku.

Towarowy rejon Dodge Island w niczym nie przypominał części turystycznej. Wśród kontenerów i palet krzątali się robotnicy w zabrudzonych drelichach, co chwila klnąc, pokrzykując i poganiając się nawzajem. Przy nabrzeżu cumowały statki towarowe, głównie kontenerowce. Po prawej Andrzej zlokalizował ten, któregoszukał.

„Casablanca”. Sidneyowe narzędzie do robieniapieniędzy.

Miała długość ponad siedemdziesięciu metrów i szerokość około dziesięciu. Jej pokład opadał schodkowo w kierunku rufy. Wzdłuż burt ciągnęły się wysięgniki, do których umocowane były rozmaite urządzenia badawcze: cylindryczna echosonda, podwodny robot poszukiwawczy i jego mniejszy kuzyn służący do eksploracji dna i znalezisk… Na tyłach „Casablanki” stała miniaturowa łódź podwodna. Wolf używał jej, by z bliska przyjrzeć się odkrytymwrakom.

Właściciel całej tej imprezy czekał u szczytu trapu i machał przyjacielowi napowitanie.

Wyglądał prawie tak samo jak dziesięć lat temu, gdy spotkali się po raz pierwszy. Rondo kowbojskiego kapelusza rzucało cień na jego pociągłą twarz, ale blizna na lewym policzku i tak była widoczna. Białą marynarkę przerzucił przez ramię, jedną rękę wepchnął w kieszeń spodni. Stał tak do czasu, aż Andrzej uścisnął mudłoń.

– Witaj, zbóju – rzucił Woźniak. – Gdziezłoto?

– Też się cieszę, że cię widzę, grubasie – odparł z uśmiechem Wolf. Klepnął towarzysza w plecy i ruszyli w stronęnadbudówki.

– Złośliwy jakzawsze.

– A ty jesteś zgryźliwy jak zawsze. Nie mów, że moja wiadomość rozwaliła jakieś twoje ważne plany… Co tak na mniepatrzysz?

Płynnie mówił po polsku, aczkolwiek wymowa niektórych słów wołała o pomstę do nieba – to też nie bardzo się zmieniło przez ostatnią dekadę. Czasem Woźniak miał wrażenie, że jego przyjaciel robi tospecjalnie.

– Już ty dobrze wiesz, dlaczego, Sid.

Wolf oparł się o ścianę nadbudówki i wbił wzrok w port. Ściągnął kapelusz, odsłaniając krótko ścięte czarne włosy, i zakręcił nim napalcu.

– Minąłeś się ze swoim złotem… No co? Nie rób takiej miny! Przepraszam, okej?

– Sid. Psiakrew. Ściągnąłeś mnie do obejrzenia pustejładowni?

– „Casablanca” to nie muzeum, a mnie goniły terminy! Słuchaj, porobiliśmy od cholery zdjęć, filmów i holosymulacji. Wszystko jest w bazie danych, zaraz dam ci dostęp. Nie będzieszzawiedziony.

Andrzej zerknął na niego z ukosa. Przypomniał sobie konwój ciężarówek nadjeżdżający od strony „Casablanki”. Westchnął zrezygnacją.

– Dlaczego mnie to niedziwi…

Przekroczyli próg nadbudówki, skręcili w odnogę korytarza i po spiralnej klatce schodowej zeszli na niższy poziom. Mijali rzędy drzwi, za którymi mieściły się magazyny, składy narzędzi i części zamiennych. Lampy dawały światło o ciepłej barwie. Za ciągami rur rysowały sięcienie.

– Co słychać tak poza tym? – zapytał narazAndrzej.

– Starabieda.

– Nie możesz mówić „stara bieda”. Raz, że nie jesteś w Polsce. Dwa: ty i bieda? Bądźmy poważni. – Woźniak wyszczerzył się bezczelnie. – Silv namiejscu?

Sidney spojrzał na przyjacielapodejrzliwie.

– Jak to ona – rzekł ostrożnie. – Zatęskniłeś zawredotą?

– Wredotą? – powtórzył Andrzej jak echo. – Jak możesz tak mówić oswojej…

– Ona mówi o mnie gorzej. – Teraz to Wolf się uśmiechnął. – Takie charaktery. Dlatego między nami gra. Cieszysz się z takiejodpowiedzi?

– Tylko trochę mniej, niż gdybyś w końcu się szarpnął na pierścionek. Najwyższy czas, Sid. Poradorosnąć.

– Śmiałe słowa jak na wiecznego kawalera – rzucił Wolf i nie czekając na kontrę, zmienił temat: – Słyszałeś o tej akcji na Oceanie Indyjskim? Piraci z wizytą na saudyjskim tankowcu. Wymiana ognia jak nawojnie.

– Obiło mi się o uszy – odparł Andrzej obojętnie. – Francuzi już ich gonią. I mam nadzieję, że rozniosą nakawałki.

– Właśnie o tę sprawę chodzi. Jest nowe info. Koniecpościgu.

– Ico?

– I Francuzi dostali łomot. „La Fayette” poważnie oberwał, a piraciuciekli.

Andrzej westchnął ponownie. Cała ta chora sytuacja po prostu nie mieściła się wgłowie.

– Nie boisz się, że ty będziesz następny? – zapytał. – Zapuszczasz się na najgorsze zadupia. Nie zawijasz do portu tygodniami. Wozisz w ładowniach diablo cenne przedmioty. Chyba tylko cudem nikt cię jeszcze nie okradł i niezatopił.

Wolf podrapał się po bliźnie na policzku. Odruch niemalżebezwarunkowy.

– Ostatnio paru próbowało. Teraz szukają zębów po drugiej stronie kontynentu. Wiedziałeś, że ISIS też się bawi wpiractwo?

– Myślałem, że to plotki. Co imzrobiłeś?

– Ja? Nic. – Sidney zrobił minę niewiniątka. – Ale komando Hassana podjęło wyzwanie. Tylko potem ciężko było domyćpokład.

Przeszli przez kolejną gródź i znaleźli się w obszernym gabinecie. Przy ścianie po prawej stał regał; półki uginały się pod ciężarem segregatorów, książek i pudeł z elektronicznymi nośnikami danych. Przez bulaj w lewej ścianie widać było port. Pośrodku pomieszczenia stało biurko, na nim zaś szklana piramida, klawiatura i trackball. Andrzej zagwizdał z podziwem na widok stanowiskakomputerowego.

– Holomonitor? – spytał, patrząc na piramidę. – Myślałem, że takie zabawki kosztująfortunę.

– Ostatnio wymieniłem trochę sprzętu. – Sidney ruszył kulką trackballa i monitor ożył. Wewnątrz czworościanu pojawiła się trójwymiarowa projekcja „Casablanki”. Obraz wideo, generowany przez cztery projektory, był rzutowany na przezroczyste ściany urządzenia. Wyraźne detale, poprawnie odwzorowane kolory… Odnosiło się wrażenie, że w gabinecie zawisła miniaturowa kopiastatku.

Wolf zakręcił trackballem, przebiegł palcami po klawiaturze. Model zniknął, zastąpiony holograficznymizdjęciami.

Gdyby nie bariera ścian piramidy, Andrzej wziąłby projekcję za prawdziwy posążek. Zawsze imponował mu kunszt, z jakim prekolumbijscy złotnicy tworzyli swoje wyroby. Zastanowił się, jaką cenę uzyskałaby figurka na czarnymrynku.

– Ile tego masz? – zapytał.

– Siedem katalogów po kilkaset holofotografii i filmów, w tym szczegółowe zdjęcia wraku „Santa Margaret”. Będziesz miał coprzeglądać.

– Substytut.

– Zupełnie jak twoja wypłata. Sprawdzałeś konto, zanimpoleciałeś?

– Ech ty… – westchnął ciężko Andrzej. – Tak. Sprawdzałem. I chyba tylko dlatego nie szukasz zębów na Hawajach. Niechaj klątwa nałożona na ten skarb spadnie na nowego właściciela, a szczury zjedzą jego gnijące wnętrzności! A ty, który rozkopujesz groby i plądrujeszwraki…

– Uważaj, bo wykraczesz – zaśmiał się Sidney. – Ale skoro już przy tym jesteśmy, mam do ciebiepytanie.

– Wal.

– Jak myślisz, co zabiło marynarzy? Klątwa ładunku? Sabotaż? Cośinnego?

– Zdecydowanie jakieś choróbsko. Złapali je jeszcze w porcie albo, co bardziej prawdopodobne, po lądowaniu na wyspie z ołtarzem. Konkwistadorzy znaleźli trupy, pamiętasz? To pewnie szczątki tubylców, których zabił ten sammikrob.

– A jeślinie?

– Chyba nie wierzysz w klątwę pogańskich bóstw? – Woźniak nachylił się nad hologramem. – No chyba że ukradkiem wymiotujesz, a pod ubraniem ukrywasz ropiejące plamy… Chciałbym zobaczyć wrak. Możesz gowyświetlić?

– W centrum operacyjnym mam lepszy monitor. Chodźmy.

Wyszli z gabinetu i innym korytarzem ruszyli w stronęrufy.

Teraz znajdowali się w sekcji z kwaterami mieszkalnymi. Mijali rzędy drzwi. Zza niektórych dochodziły echa rozmów i śmiechy. Załoga „Casablanki” zawsze liczyła czterdzieści kilka osób: mechaników, techników robotów głębinowych, medyków, kucharzy, a nawet komando najemników do ochrony. Najwyraźniej spora część załogi wzięła sobie wolne. Reszta rozrywała się we własnym gronie bądź siedziała wInternecie.

Sidney zapukał do drzwi jednej z kabin. Odpowiedziało mu metaliczne echo i nicwięcej.

– Pewnie siedzi przed ekranem i przegląda zdjęcia skarbu – uznał.

– Ktotaki?

– Nasz nowy nabytek, specjalistka od starożytnych języków. Pół roku temu próbowała się wprosić do mojego zespołu. Po prostu nie miałem serca jejodmówić.

– Ładny chociaż ten nabytek? Głupie pytanie, oczywiście, że ładny. Pewnie właśnie uroda cię skusiła, co?

Wolf parsknąłśmiechem.

– Nie uroda, tylko zobowiązania. Miałem u jej ojca pewien dług i wypadało go w końcu spłacić. Oraz: tak, jest dośćładna.

– Jest taki przesąd, że kobieta na pokładzie równa się nieszczęściu – stwierdził prowokacyjnieAndrzej.

– Wyszło mi, że dostaniesz dwanaście ciosów w zęby, po jednym od każdej. – Sidney pstryknął palcami. – Nie, czekaj, czternaście. Bestyjkę i Silv liczymypodwójnie.

– Będę miał nauwadze.

– Miej. Oszczędzisz nadentyście.

– To kiedyślub?

– Albo i nie oszczędzisz. – Wolf uśmiechnął sięwrednie.

Andrzej aż sięskrzywił.

– No co? – rzucił, rozkładając ręce. – Sid, serio. Normalny związek nie zrujnuje ci życia. Nie zatopi statku. Myślałeś kiedyś, co o tym wszystkim pomyśli Agnes? No? Przyjdzie kiedyś do was i zacznie zadawać kłopotliwe pytania. Na przykład takie: „Dlaczego wujka Andy’ego znam lepiej niż własnegoojca?”

Sidney wciągnął powietrze w płuca. Powoli. Teraz chybazabolało.

– Po pierwsze – rzekł z irytacją – ona tak nie mówi. Po drugie: załatwiamy papierologię. Stopniowo. Zajmij sobie głowę czym innym, dobrze ci radzę. Na przykład twoją seksistowską teorią o damskim nośniku katastrof. Jak to zgrasz z faktem, że „Madridem” nie płynęła żadnakobieta?

Andrzej spojrzał z ukosa naprzyjaciela.

– Wirusom wszystko jedno, kogo infekują.

– Więc jak wytłumaczysz los marynarzy? Tych, co robili zwiad na „Santa Margaret”? Zmarli z objawami tej samej choroby co ludzie z „Margaret”. Skoro nasz wirus położył całą załogę galeonu, dlaczego nie zainfekował wszystkich na drugiej jednostce? „Madrid” szczęśliwie dopłynął do Ameryki. Choroba zaatakowała tylko tych, którzy stanęli na przeklętych deskach przeklętego statku i weszli w kontakt z przeklętymładunkiem.

Woźniak wzruszyłramionami.

– A bo ja wiem? Nie jestem biologiem. Ale jeśli nie choroba, to pasożyty. Wniknęły w ciała marynarzy i wywołały ogólnoustrojowy szok, który zakończył się zgonem. Albo zabiła ich jakaś toksyna, z którą tylko oni mieli styczność. Istnieje sporo możliwych rozwiązań, ale jeśli ty masz pewność co do klątwy, to proszę bardzo, wykrzycz to na cały świat. Naprawdę ściągnąłeś mnie tylko po to, żebym cięwyśmiał?

Sidney klepnął przyjaciela wplecy.

Po spiralnej klatce schodowej wspięli się na wyższy poziom. Weszli do centrum operacyjnego: dużego pomieszczenia z mnóstwem monitorów i pulpitów sterowniczych, które podczas poszukiwań stawało się sercem „Casablanki”. Ściany były zastawione stanowiskami komputerowymi. Na części konsol dało się dostrzec dżojstiki, dźwignie i skomplikowane czytniki.

Pośrodku pomieszczenia wznosił się stelaż. Owinięty wężowiskiem kabli, stabilizował kolejny holoekran: przezroczystą piramidę o szerokości trzechmetrów.

– Nie zastanawiałeś się może nad ozdobieniem tej salki hieroglifami? – spytał Andrzej, uśmiechając sięszeroko.

– Możekiedyś.

– Tylko nie nawieźcie mi tu piasku, bo zabiję – wtrącił po polsku ktośtrzeci.

Dopiero teraz Woźniak spostrzegł, że nie są sami. Od jednego ze stanowisk wstała kobieta. Była smukła i niewysoka, brązowe włosy opadały jej do ramion. Ściągnęła z nosa okulary i uśmiechnęła się. To był naprawdę uroczy uśmiech – nic dziwnego, że Sidney dał się na niegozłapać.

– Justyna Sznajder – przedstawił ją Wolf. – Odwaliła kawał dobrej roboty przy badaniach naszegoznaleziska.

Uścisnęła Andrzejowidłoń.

– Założę się, że stworzymy świetny zespół – powiedziała.

Woźniak uniósłbrew.

– Zespół? – Zerknął na przyjaciela z ukosa. – O czym jeszcze mi niepowiedziałeś?

– O tym za chwilę. – Wolf wybrał kombinację klawiszy na jednym z pulpitów. – Na raziewrak.

Kilka sekund później pośrodku pomieszczenia zawisła „SantaMargaret”.

W niczym nie przypominała dumnego galeonu, jakim była przed laty. Z oceanicznego dna, na podobieństwo żeber zdechłego zwierzęcia, sterczały wręgi i resztki burt. Z pozostałości pokładu wystawał kikut masztu. Bukszpryt gdzieś zniknął, strzaskany galion pokrywała warstwa glonów i morskich organizmów. Podobne narośle były zresztą wszędzie: w każdej szczelinie między deskami, na fragmentach podłóg i ścian, na schodach i drzwiach, wschowkach…

– Tak wyglądała, kiedy wysłaliśmy do niej „Jeźdźca” – powiedziała Justyna. – „Jeździec” to nasz robot do eksploracji wraków. Na podstawie fotografii, filmów, warunków środowiskowych, rozkładu prądów oceanicznych i innych parametrów program analityczny zmontował tę projekcję. Rewelacyjny przewodnik po znalezisku. Symulacje mogą z dużym prawdopodobieństwem określić, w którym miejscu zatonęła „Margaret”, jak daleko zniósł ją prąd, pod jakim kątem uderzyła w dno. Wystarczy wybrać odpowiednią warstwędanych.

– A teraz skupmy się na przeklętym ładunku – rzekł Sidney. Rejon ładowni powiększył się iwyostrzył.

Andrzej rozmyślał nad celem tej szopki. Wolf nie zwykł owijać w bawełnę. Jeśli coś znalazł, informował o tym. Jeśli chciał się pochwalić, robił to, ale nie ściągał w tym celu ludzi z drugiego końca świata. O co mu, do diabła, chodziło?

Obok kadru wyświetliło się okno z filmem, który nagrały kamery „Jeźdźca”, gdy ten wpływał coraz głębiej w trzewia wraku. Promienie reflektorów ślizgały się po rozrzuconych sprzętach, wyrastających z warstwy mułu, kamieni i podwodnego zielska. Resztki zydli, sztućce, klamry pasków i coś, co kiedyś mogło pełnić funkcję butów… Woźniak poczuł dreszcze. Choć od śmierci załogi minęło prawie pięćset lat, tragedia wciążporażała.

Robot wpłynął do ładowni. Boczne ściany nie przetrwały, ale ładunek był na miejscu. Mimo upływu lat indiańskie rękodzieło wciąż robiło wrażenie. Andrzej zazgrzytał zębami na myśl, że konkwistadorzy przetopili na sztaby większość zrabowanychprecjozów.

Raptem dostrzegł coś jeszcze. Na skraju ładowni, na wpół zakopane w piachu, dostrzegł cztery długie walce. Omiecione snopem światła, połyskiwałymetalicznie.

– Zupełnie o nich zapomniałem – powiedział Woźniak. – Podczas międzylądowania konkwistadorzy rozebrali jakiś ołtarz, a jego najcenniejsze elementy zabrali nastatek.

Sidney skinąłgłową.

– Zgadza się. Mamy powody sądzić, że to właśnie te walce ściągnęły na „Santa Margaret” śmiertelnązarazę.

Robot oczyścił znalezisko. Całą powierzchnię artefaktu pokrywało indiańskiepismo.

– „Virakocza przeklął głupców. Virakocza przeklął bluźnierców. Virakocza zesłał zarazę na zabójców, ażeby w życiu i po życiu cierpieli nieopisane męki. Niech ropa, ból i robaki wypełnią ich plugawe trzewia” – wyrecytowała Sznajder. – Tak brzmi ta część inskrypcji, którą zdołałamprzetłumaczyć.

– Czyli jednak klątwa? – zamyślił się Andrzej. – Niemożliwe. Może tubylcy w to wierzyli, ale…

– Pozwól, że dołożę do układanki jeszcze jedną rzecz – przerwał Wolf. – Patrz na wskazania czujników „Jeźdźca”.

To mówiąc, wywołał obok hologramu okno z wykresami, histogramami i macierzami danych. Część odczytów była szczególnie intrygująca. Według nich, wszystkie cztery walce emitowały słabe promieniowanie radioaktywne. Woźniak spojrzał pytająco na Sidneya. Potem na Justynę. I znów naWolfa.

– Więc co to niby jest, rad? – zapytał z irytacją. – Indianie prekolumbijscy i materiały rozszczepialne? Co oni mieli na tej wyspie, kopalnię?

– Nie rad, tylko uran – poprawił Wolf. Podobnie jak podczas tamtej rozmowy telefonicznej, teraz też z jego głosu zniknęła wesołość. – Wydobyliśmy te walce. Otworzyliśmy je, przebadaliśmy i wypieprzyliśmy z powrotem na dno. Nie chciałem trzymać cholerstwa dłużej niżpotrzeba.

Andrzej powoli pokiwał głową. Indianie w jakiś sposób zdobyli uran i na samotnej wyspie wznieśli radioaktywny ołtarz. Konkwistadorzy przejęli jego najbardziej niebezpieczną część, po czym zmarli z powodu promieniowania alfa, beta i gamma. Powolna, niezbyt elegancka śmierć. W pewnym sensie porównanie do klątwy byłouzasadnione.

Jasne jak słońce. Albo i nie. Woźniak jeszcze nie skończył zpytaniami.

– Złoto – rzucił. – Jaki stopieńnapromieniowania?

– Teraz? Nie bardziej niż skorupa ziemska – odparł Sidney – chociaż jeszcze pół wieku wstecz nikt by tego nie ruszał bez ekranów antyradiacyjnych. Jest bezpieczne, ale i tak się cieszę, że draństwosprzedałem.

– Cholernieryzykowałeś.

– Już nigdy tego nie powtórzę, wierzmi.

Akurat, westchnął w duchu Andrzej. Prędzej piekło zamarznie, niż ty przestaniesz grać z losem w rosyjskąruletkę.

– Wychodzi na to, że galeon miał naprawdę nieziemskiego pecha – stwierdził. – Trafić na tak wyrafinowane urządzenie dozabijania…

– Mylisz się – przerwała muSznajder.

– Bo?

Zastukała w klawiaturę konsoli. W miejscu wraku pojawił się hologram jednego z walców. Obiekt ustawił się pionowo i zawirował powoli wokół własnej osi. Raptem pokrył się liniami działowymi i rozwarstwił na dwa płaszcze: zewnętrzny i wewnętrzny. Ten pierwszy z pewnością wyszedł spod indiańskiej ręki – wskazywał na to rodzaj metalu i sposób jego obróbki. Ale najważniejsza okazała się warstwa numerdwa.

Cieńsza i bardziej delikatna, i na niej znajdowały się napisy. Czcionka była jednak wyraźniejsza, większa, bardziej znajoma. Uderzająco podobna do pisma, jakiego używano przed setkami lat. WEuropie.

Andrzej przetarł oczy. Teoria, którą przed chwilą zbudował, zaczęła się niebezpieczniechwiać.

Wewnętrzny płaszcz skrywał uranowy pręt z grafitowymi cylindrami na obu jego końcach. Obok obrazu widniały wyniki symulacji komputerowej. Program zanalizował skład izotopowy znaleziska. Na podstawie czasu połowicznego rozpadu wyliczył przybliżony wiek pręta i dawkę promieniowania, jaką w 1537 roku wchłonęła załogagaleonu.

Trzydzieści sześć grejów. Żadne naturalne źródło promieniowania nie było aż takmocne.

– Poddaję się – mruknął Woźniak. – Po prostu mi powiedzcie, co to jest. I skąd się tu, do diabła, wzięło.

Wolf i Sznajder wymienilispojrzenia.

– Pierwsza część pytania jest prosta – rzekł Sidney. – Znalezisko to nic innego jak pręt paliwowy. Taki sam jak te, których używano do zasilania pierwszych reaktorów atomowych. Kiedy przechwycili go konkwistadorzy, był prawie całkiem zużyty, przez co walił promieniowaniem na potęgę. To ich zabiło: ostra odmiana chorobypopromiennej.

– Paliwojądrowe?!

– Zgadza się – przyznała Justyna. – Czterysta pięć lat przed uruchomieniem pierwszegoreaktora.

Wolf mówił, że trafił na trop wielkiej tajemnicy. Miał rację. Jak zacofani Indianie znaleźli sposób na obróbkę i wykorzystanieuranu?!

Istniała co prawda jedna jedyna możliwość, która wyglądała w miarę sensownie, ale na razie Andrzej wolał się wstrzymać ze spekulacjami. Usiadł na pierwszym z brzegu fotelu i wbił wzrok w hologram. To odkrycie mogło obalić od groma teorii na temat historii obu Ameryk. Mogło zmienić sposób myślenia na temat starożytnych cywilizacji – a jednocześnie niosło ze sobązagrożenie.

– To co robimy? – zapytał. – Publikujemy informację? Czy nic nie mówimy? Ostrzegam: jeden zły ruch i światek archeologów uznaje nas za wariatów. Zwłaszcza że wyrzuciliściepręty.

Sidney uśmiechnął sięszeroko.

– Trzecia możliwość: drążymy dalej. Dlatego cię tu ściągnąłem, Andy. Nie chcieliśmy angażować ludzi z zewnątrz. Twoja wiedza historyczna przyda się nam wposzukiwaniach.

– W poszukiwaniachczego?

– A jak myślisz? W poszukiwaniach prawdziwych twórców tych prętów! Ktoś je zaprojektował. Ktoś je zbudował. Ktoś dysponował technologią, która na to pozwalała, i ten ktoś zdołał ją ukryć przed światem na pół tysiąca lat. Zresztą nie wiesz jeszcze wszystkiego. Justyna, powiedzmu.

Sznajder znów przywołała na usta ten swój uroczyuśmiech.

– Namierzyliśmy wyspę, gdzie znaleźli te pręty. Jutro wypływamy szukać źródła ichpochodzenia.

Rozdział 2

Miasto czy grobowiec?

Początkowo Woźniak nie miał zamiaru wchodzić w to przedsięwzięcie. Bał się piratów oraz możliwości, że zastosowane na „Casablance” środki ostrożności nie wystarczą i za dzień lub dwa skończy jako trup na dnie oceanu. Z drugiej jednak strony nie mógł tak po prostu zrezygnować z wyprawy – nie wybaczyłby sobie tego do końcażycia.

Więc wyruszył. Z duszą na ramieniu i dziennikiem „Santa Margaret” w plecaku, u boku czterdziestu pięciu innych załogantów „Casablanki”. Statek płynął teraz wśród wysp archipelagu Bahamów. Jak na razie horyzont był wolny od jakichkolwiek wrogich jednostek. Dobryznak?

Czy cisza przedburzą?

Andrzej czytał kiedyś historię „Frankfurtu” – niemieckiej jednostki, która na przełomie sierpnia i września 1939 roku prowadziła tu badania oceanograficzne. Pewnej nocy zniknęła. Mieszkańcy okolicznych wysp mówili o serii rozbłysków i gromów, jakie miały wtedy miejsce. Podobno to Amerykanie nakryli „Frankfurt” na jakiejś nielegalnej operacji militarnej i zakończyli ją za pomocą błyskawicznego ciosu. Oby „Casablanca” nie skończyłapodobnie.

Woźniak podziwiał załogę za spokój ducha. Może nie panikowali dlatego, że każdy miał co robić – a może przez to, że każdy był mniejszym bądź większym przekaźnikiem plotek. Andrzej nie wsłuchiwał się w nie jakoś specjalnie. Gdyby jednak miał sporządzić listę hitowych tematów, uwzględniłby rychły ślub Jess Dwiggins i Artiego Langa, alkoholowe ekscesy Dana Gordona, małą wojnę na linii kambuz-ambulatorium i horrendalne premie najemników. No i jęki dochodzące okazyjnie z kajuty kapitańskiej, okraszone komentarzami w stylu „córka już jest, to terazsyn”.

Zagrożenie piratami nie weszłoby nawet do drugiejdziesiątki.

A tymczasem Andrzeja nosiło od burty do burty, od pokładu do pokładu. Gdybyż chociaż znał więcej osób niż tę garstkę, którą pamiętał z wizyty „Casablanki” w Gdyni… Rotacja załogi była jednak spora. Zresztą z kim i o czym miałby gadać? Z Kelly o kuracjach medycznych? Z Wiewiórowskim o silnikach? Do Gordona nie zbliżał się z definicji, bo nie znosił dziwaka. Snuł się więc tylko i rozmyślał o paliwie jądrowym z szesnastego wieku. Tak jakteraz.

Stojąc na dziobie statku i patrząc, jak niebo barwi się na karmazynowo, wrócił pamięcią do prezentacji Wolfa. Od tamtego czasu minął tydzień, ale odnosił wrażenie, że sensacje zostały ujawnione ledwie przed paroma godzinami.

– Wyspa nazywa się Eleuthera – powiedział wtedy Sidney. – Oczywiście nie ma szans, żebyśmy znaleźli tam cokolwiek na temat budowniczych Ołtarza Śmierci. Pręty to jedyny wytwór rozwiniętej technologii, jaki tamodkryto.

– Ołtarz Śmierci? – Woźniak parsknął śmiechem. – Nie było innejnazwy?

Wolf wyszczerzyłzęby.

– Do Świątyni Zagłady są chyba prawa autorskie? W każdym razie nie mamy czego szukać na Eleutherze. Domyślamy się jednak, że tubylcy musieli znaleźć pręty gdzieś w rejonie wyspy. Transport na duże odległości nie wchodzi w grę – choroba popromienna wybiłaby tragarzy co dosztuki.

Andrzej wpatrywał się w hologram, w płaszcz otulający uranowy rdzeń pręta. Kolumny znaków ciągnęły się od góry do dołu, w kilku miejscach widniały skomplikowane symbole, całość zaś składała się na przedziwny język. W ogólnym zarysie przypominał łacinę, był jednak prostszy i bardziej intuicyjny. Żeby go rozgryźć w pełni, należało zdobyć większą próbkę tekstu. Resztę załatwią algorytmy lingwistyczne. Wtedy na pewno wyjdzie, co, kto ikiedy.

Na razie skupił się więc na indiańskichinskrypcjach.

– Virakocza – mruknął. – Według południowoamerykańskich legend był stwórcą świata i ludzkości. Przybył ze wschodu na skrzydlatej łodzi i pod postacią brodatego starca nauczał południowych Indian. Gdy przekazał im całą swoją wiedzę, odpłynął. Indianie wierzyli, że kiedyś powróci, by kontynuować swoje rządy. Między innymi z tego powodu upadło imperium Inków. Konkwistadorzy Pizarra zostali wzięci za boskich wysłanników i tylko dlatego nie zginęli na dzieńdobry.

– Najwyraźniej Virakocza nie był tak dobrotliwy, jak powiadają – wtrąciła Justyna, uśmiechając się ironicznie. – Podejrzewam, że wyspa była swego rodzaju więzieniem. Zsyłano na nią przestępców, żeby skończyli tak, jak głoszą inskrypcje. Sam ołtarz mógłby pełnić rolę duchowego kanału, poprzez który Virakocza przesyłał zabójczą moc. Choroba radiacyjna… Okropność.

– Zresztą to nie jedyny przypadek – dodałWolf.

Woźniak uniósłbrwi.

– Istniało więcejołtarzy?

– Nie. Więcej radioaktywnychznalezisk.

Zastukał w klawiaturę i na holomonitorze pojawiła się mapa Atlantyku. W kilkunastu miejscach migotały czerwone punkty i powiązane z nimi charakterystyki statków. Sidney wybrał jedną znotatek.

– Październik tysiąc pięćset siedemdziesiątego dziewiątego. Galeon „Dolores” ogarnia pożar. Jego zalążek znajdował się w ładowni, gdzie spoczywał „gorący metal”: dziwny obiekt odkryty na brzegu pewnej wyspy. Załoga zaczyna mieć na ciele czarne plamy, częśćumiera.

Wybrał następnyopis.

– Lipiec tysiąc siedemset osiemnastego. Tajemnicza choroba marynarzy, którzy przez kilka tygodni przebywali na jednej z karaibskich wysp. Umiera czterech, reszta żyje jeszcze przez trzy miesiące. I następny incydent: grudzień tysiąc osiemset ósmego. Francuski okręt liniowy „Robespierre” wpada na skały po tym, jak sternik stracił przytomność. Znaleziono przy nim złoty wisior z kamieniem, na którym ponoć ciążyła śmiertelna klątwa. Maj tysiąc dziewięćset szesnastego. Marynarze z amerykańskiego okrętu USS „Victory” zapadają na białaczkę. Kilka miesięcy wcześniej u wybrzeży Bermudów zetknęli się z metalową płytą pokrytą dziwnymiznakami.

– Oczywiście wszyscy się zgadzamy, że znaleziska pochodzą z tego samego źródła? – zapytałAndrzej.

– Jasne.

– Im później je znajdowano, tym łagodniejszy był przebieg choroby – stwierdził Woźniak. – Co nam tomówi?

– Zużyte paliwo jądrowe potrzebuje pięciuset-sześciuset lat, żeby przestać stanowić zagrożenie. Napromieniowane przedmioty – też coś kołotego.

– Zmniejsz proszępowiększenie.

Przyjrzał się mapie. Punkty leżały nie tylko na Atlantyku. Ocean Spokojny i Indyjski, morza przybrzeżne południowej Azji… Archipelagi Oceanii i Hawajów, Malwiny… Świat był pocętkowany miejscami, gdzie w różnych okresach znaleziono radioaktywne obiekty. Jakaś blacha. Talizmany. Mechanizmy o nieznanym przeznaczeniu. Fragmenty cewek. Większość przedmiotów została wyrzucona na brzeg przez sztormowefale.

Od czasów Kolumba Europejczycy zapuszczali się coraz dalej od domu. Nigdy jednak nie natrafili na cywilizację zdolną do wykorzystywania energii jądrowej. Nasuwał się więc jeden wniosek: twórcy prętów byli aktywni przed wielkimi odkryciamigeograficznymi.

– Zastanawia mnie jedna rzecz – powiedział Woźniak. – Według tej mapy twórcy prętów opanowali kawał świata. Dlaczego nie ma na ich temat żadnych wzmianek historycznych? Mam dobrą pamięć. Czytałem w życiu masę niedorzecznych ksiąg i zapisków, nawet manuskrypt Wojnicza. Nie kojarzę niczego, co mogłoby się łączyć z naszym tajemniczymludem.

Polecił zrobić zbliżenie na Bahamy i wskazał palcem Eleutherę. Oprócz prętów w jej okolicy odkryto kilka innych, aczkolwiek dużo mniejszych i mniej śmiercionośnychobiektów.

– Ciekawe… Sid, skąd masz tę bazędanych?

Tamten uśmiechnął sięnieznacznie.

– Kupiłem za grube pieniądze. U wiarygodnego i sprawdzonego źródła. Fantastyczna inwestycja. Pomyśl, ile załóg zmarło wskutek promieniowania! Ile statków przez to zatonęło! Ile skarbów leży gdzieś tam, nadnie!

– Nie o to pytałem, ty hienocmentarna!

Andrzej nienawidził tej gorszej części przyjaciela. Owszem, te statki zaginęły. Niektóre rzeczywiście przewoziły skarby. Ale, na Boga, na ich pokładach zostały ciała ludzi! Te wraki były grobowcami, a nie żerowiskami dlaszabrowników!

– „Wilku cmentarny” jak już! – zjeżył sięWolf.

– Może powiem jaśniej – rzucił ostro Woźniak. – Ktoś zbadał ogromną ilość archiwów i zebrał te dane. Ktoś naniósł je na mapę, ale czy dobrowolnie wystawił na sprzedaż? To gorący towar, Sid. Chcę wiedzieć, na czymstoimy.

– Na twardym gruncie. Źródło jest dobre i dane są dobre, niech cię o to głowa nie boli. Nie musisz się o nicmartwić.

Nie chciał powiedzieć nic więcej, a przy każdej kolejnej próbie poruszenia tematu bezczelnie zaczynał mówić o czymś innym bądź po prostu ignorował pytania. Andrzej postanowił jednak, że jeszcze wróci do sprawy. Jeśli nie teraz, topóźniej.

Zastanawiał się, jak daleko od Eleuthery spoczywa źródło szczątków. W głębi Atlantyku? Czy raczej gdzieś między wyspami Abaco, Andros i NewProvidence?

Po trzech dniach rejsu rozpoczęło się przeszukiwaniedna.

Woźniak oparł się o reling. Z kubkiem niecukrzonej herbaty w ręku powiódł wzrokiem po ramieniu wysięgnika. Z jego końca zwisał kabel komunikacyjny łączący się kilometr niżej z „Duchem”. Robot przeczesywał otoczenie za pomocą sonaru, kamer oraz wysoko specjalistycznych czujników bliskiego i dalekiego zasięgu. Strumienie danych mknęły światłowodem wprost do centrum operacyjnego. Tam garstka ludzi non stop ślęczała przed monitorami, czekając nasensacje.

I tak od czterech dni. Przeraźliwie nudna robota. Jak na razie „Duch” znalazł niewiele. Dwie stare kotwice, wręgi, blaszane talerze i sztućce. Paski od spodni. Kalosze. Drobne metaloweszczątki.

I fragment działapiratów.

O incydencie było swego czasu dość głośno. Pewnego dnia na Bahamach pojawił się drobnicowiec, który zaczął się trudnić napadami na statki wycieczkowe. Kiedy natrafił na amerykański okręt, zaczął strzelać i rzucił się do ucieczki. Nie zatrzymał się nawet wtedy, gdy eksplozja pocisku rakietowego oderwała mu z pokładu kawał wspomnianegodziała.

Koniec końców Amerykanie zatopili pirata. Od tamtej pory okolica była regularnie patrolowana przez US Navy; nawet teraz Andrzej widział na horyzoncie jeden z ich krążowników. Miał przy tym poważne wątpliwości, czy okręt zdąży z odsieczą w razie ataku. Niewiele pocieszały go też zapewnieniaWolfa.

„Jak już pewnie zauważyłeś, na statku jest rozstawiony oddział najemników, całe osiemnaście osób” – powiedział na samym początku rejsu. „Oprócz nich mamy trochę poukrywanych cekaemów i moździerzy, no i przede wszystkim wyrzutnię torped w zbiorniku balastowym. Napastnicy nie zdążą się nawet zorientować, co ichtrafiło”.

Woźniak modlił się, żeby tak rzeczywiście było.

– O, tu jesteś! – Justyna wyłoniła się z nadbudówki i nim Andrzej się spostrzegł, już stała przy nim. Pod pachą trzymała tablet. Na ekranie widniały inskrypcje z prętapaliwowego.

– Myślałam, że wciąż ślęczysz nad archiwum ze skarbami „Margaret” – dodała.

– A ja myślałem, że siedzisz w centrum operacyjnym i razem ze Stanleyem podziwiaszdno.

Wzruszyłaramionami.

– Jak coś znajdą, to zawołają. Tutaj mam lepszewidoki.

W oddali widać było Eleutherę otoczoną świetlnymi refleksami na powierzchni wody. Zachód słońca barwił ją na karmazynowo. Woźniak powiódł po niej wzrokiem, następnie wpatrzył się w towarzyszkę. Ona zaś znów obdarzyła go tym swoim uroczymuśmiechem.

– Skąd się tu wzięłaś? – zapytał w pewnej chwili. – Na „Casablance”, u boku tegowariata?

– Wariat ci nieopowiedział?

– Chcę usłyszeć twoją wersję. Historyk szuka w wielu źródłach. Nawet historyk-amator.

– Sid inaczej o tobie mówi. – Justyna mrugnęła porozumiewawczo. – Od lat robił interesy z moim ojcem. Kiedyś konkurencja wyprosiła go z pewnego wraku, a na pożegnanie solidnie poturbowała „Casablankę”. Statek wymagał remontu, a Sid jechał na oparach pieniędzy, więc poprosił nas o pożyczkę. Potem spłacił całą należność, ale dług wdzięczności pozostał. Teraz przyszła pora na spłatę, więc otojestem.

– I nie boisz się piratów? To znaczy wiem, Hassan i jego komando tanio skóry nie sprzedadzą. Ale po drodze ktoś może oberwać. Przypuszczalnie ja alboty.

Odłożyła tablet napodłogę.

– Raczej ty. Udowodnić ci, że „słaba kobieta” to tylko pieprzonyoksymoron?

Andrzej cofnął sięnieznacznie.

– Poczekaj, nie…

Zapóźno.

Nie podejrzewał jej o taką szybkość. W jednej chwili łapała go za nadgarstek. W drugiej – przerzucała przez ramię. W trzeciej leżał rozkrzyżowany na pokładzie i krzywił się od bólu pleców. Sznajder stanęła nad nim i wyszczerzyła bezczelniezęby.

– W razie ataku jesteś pierwszy do odstrzału – stwierdziła zrozbawieniem.

– Ale nowość. Powiedz coś, czego niewiem.

Wstał powoli i zażenowany oparł się o reling. Powalony przez kobietę. Przez kobietę! Kątem oka dostrzegł kilka osób obserwujących całe zajście. Hanson i Yantar nie byli wprawdzie gadułami, ale Dan Gordon, który właśnie znikał w nadbudówce, pewnie zaraz zacznie opowiadać po całym statku i przekręcać fakty. Załoga będzie miała niezłyubaw.

Z Sidneyem naczele.

Pięknie.

– Stawiam pół wypłaty, że każdy twój przeciwnik skończy tak jak ja – stwierdził kwaśnoWoźniak.

– Taki z ciebie optymista? Nie radzę. – Usiadła na pokładzie i wziąwszy na kolana tablet, zaczęła biegać palcami po dotykowym ekranie. Obok głównego arkusza z inskrypcjami wyświetliło się okno statusu programówtłumaczących.

– Od kiedy na studiach lingwistycznych uczą rzucaćludźmi?

– To niebezpieczne czasy – uśmiechnęła się Justyna. – Zwłaszcza dla takich, co tułają się po świecie u boku Wolfa. Jeśli nie umiesz machać pięścią i mieczem, kończysz jako ofiarapiratów.

Woźniak uniósłbrwi.

– Dobrze słyszałem? Machaćmieczem?!

– Zanim wyjechałam z Gdańska na dobre, liznęłam podstawy szermierki. Szkoda, że nie mam pod bokiem jakiejś szabli, pokazałabym ci parę sztuczek… Słuchaj, Sid trzyma w kajucie katanę i wakizashi. Skoczysz ponie?

Pokręcił głową. Miał poważne obawy, że po kolejnej demonstracji zostanie bezręki.

Raptem z tabletu wydobył się sygnał przychodzącej wiadomości. Na ekranie pojawiła się twarzWolfa.

– Justyna? Przekaż Andrzejowi, że współczuję mu z powodupleców.

– A ty przekaż Gordonowi, żeby mi nie wchodził w drogę – powiedział Woźniak lodowatym tonem. – Czegochcesz?

– Zaprosić was do centrum operacyjnego. Chyba cośznaleźliśmy.

Andrzej i Justyna wymienili spojrzenia. A potem zerwali się z miejsca i popędzili w stronęrufy.

Na fordeku krążownika stały dwie osoby. Nie odrywały wzroku od „Casablanki”.

– Piękna jednostka – powiedział Ian Robertson, odejmując od oczu lornetkę. – Wolf ma gust. Szkoda, że podczas abordażu Lake jąpodziurawi.

– Te romantyczne bzdury naprawdę mnie nie obchodzą. „Casablanca” zastopowała silniki i wygląda na to, że zostanie tu na dłużej. Taka szansa może się nie powtórzyć. Kiedyatak?

Robertson zerknął przez ramię na towarzyszącą mu kobietę. Była wysoka i szczupła, rude włosy miała spięte w koński ogon. Stała oparta o ścianę nadbudówki, z rękami wepchniętymi w kieszenie kurtki, i spoglądała na niego zezniecierpliwieniem.

– Chyba się nie wahasz? – dodała ze złośliwymuśmiechem.

– Ja się nie waham. Ja analizuję sytuację. Jeśli zanadto się pospieszymy, cały plan pójdzie wcholerę.

– Jeśli nie ruszymy z miejsca, ktoś nas przyłapie i wtedy też plan pójdzie w cholerę. Wybieraj.

– Cierpliwości, Raxter. Cierpliwości.

– Byle nie za dużo – odparłakwaśno.

Wściekła jak zawsze, pomyślał z dezaprobatą Robertson, wpatrując się w ostre rysy jej twarzy. Spróbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek była zadowolona. Na myśl przyszła mu jedynie sytuacja sprzed dwóch tygodni, gdy Raxter przesłuchiwała więźnia w Pokoju Zwierzeń. Nie był to przyjemnywidok.

– Chyba nie muszę przypominać, z czyjej winy ich śledzimy? – dodałostro.

Z rozbawieniem zaobserwował, jak na ułamek sekundy kobieta traci pewność siebie. Drgnięcie powieki, mały krok do tyłu. Mięśnie napinające się jak do walki, czujne spojrzenie. Robertson uśmiechnął się ironicznie. Na ciebie, Rito, jeszcze przyjdzie kolej – pomyślał. Na razie to Sidney Wolf jest na szczycie listy osób do odstrzelenia. Tak, to zdecydowanie jedno z tych zagrożeń, które trzeba niezwłocznie usunąć. Dla bezpieczeństwa Zodiaka i naswszystkich.

Robertson zastanowił się, czy zwyciężyłby z Wolfem w walce jeden na jeden. Był od niego co prawda niższy i bardziej krępy, ale równie wysportowany. Dobrze strzelał, nieźle posługiwał się też bronią białą. Początki łysiny i zmarszczki na czole nadawały mu wygląd podstarzałego biznesmena, jednak konfrontacja na pewno rozwiałabywątpliwości.

Zobaczymy, czy będzie na to czas, pomyślał.

– Powiadom Lake’a, że chcę się z nim widzieć – rzekł po chwili. Podniósł do oczu lornetkę i wpatrzył się w „Casablankę”. – I przekaż, że jego ludzie mogą już szykowaćabordaż.

Rita miała rację. W końcu nadeszła idealna okazja i grzechem byłoby jej nie wykorzystać. Cała operacja, wynik wpadki sprzed trzech miesięcy, wreszcie chyliła się kukońcowi.

Kobieta niedbalezasalutowała.

– Tak jest, kapitanie.

Wysięgnik obrócił się i nad wodą zawisł „Jeździec”: długi na dwa metry robot głębinowy, przypominający wielkie pudło. W wewnętrznych skrytkach tkwił wszelki sprzęt, jaki mógł się przydać do przeczesywania wraków, między innymi zestaw skomplikowanych manipulatorów i kamery wysokiej rozdzielczości. W kilku miejscach tkwiły pędniki strumieniowe. Z odczepialnego złącza na grzbiecie wyrastała lina – łącząca robota z „Casablanką” smycz z zatopionym wewnątrz przekaźnikiem radiowym, światłowodem i liniązasilania.

Zabuczały silniki wyciągarki i „Jeździec” zniknął w wodzie. Woźniak obserwował przez chwilę spienioną toń, po czym zrobił w tył zwrot i wkroczył do centrum operacyjnego. Justyna już tam na niego czekała – a wraz z nią kilka innych osób liczących na jakieś wieści.

Andrzej skinął głową na Eryka Singera, głównego operatora robotów głębinowych. „On tylko wygląda jak programista” – przedstawił go Wolf podczas wieczorku zapoznawczego w wigilię wypłynięcia w morze. Co innego sugerowały czarne włosy spięte w kucyk, wąskie druciane okulary i kozia bródka do spółki ze spraną koszulką i jeansami. Kiedy jednak się odzywał, daleko mu było do komputerowego slangu. Zaś gdy głośniki zagrzmiały muzyką, porwał w tan inną charakterystyczną osobę: Bestyjkę. Z nią Andrzej poznał się dopieropóźniej.

Teraz mężczyzna mruknął coś Woźniakowi w odpowiedzi, nie odrywając rąk od panelu dotykowego swojego pulpitu. Czujniki konsoli sczytywały ruchy jego dłoni i tłumaczyły je na rozkazy dla „Ducha”. Singer ze skupieniem wpatrywał się w monitor, w obrazy z kamer i dane zczujników.

Dwa stanowiska dalej siedziała Bestyjka. Tak naprawdę nazywała się Monica Valdez, ale pseudonim idealnie odzwierciedlał jej charakterek. Gdy uśmiechała się wrednie po jakiejś sarkastycznej uwadze, błyskała idealnie równymi, białymi zębami. Gdy tańczyła, jej spięte w koński ogon czarne włosy były jak bicz. Śniada cera zaś sugerowała, że wewnątrz tego ciała płonieogień.

Szczególnie gdy patrzyła na Singera. Wolf żartował, że załoga już dawno przestała pytać „czy oni?” i teraz robi zakłady o „kiedy” i rodzajpierścionka.

Podobnie jak Eryk, również Bestyjka odpowiadała za sterowanie robotami, ale prowadzenie „Jeźdźca” było dużo trudniejszą sztuką. Za chwilę to ona miała przejąć pałeczkę w eksploracji. Wolf zaganiał ją do roboty zawsze wtedy, gdy „Duch” napotykał coś wartegoprzeszukania.

Wewnątrz piramidy holomonitora widniała mapa dna. Wzbogacały ją zestawienia danych z kamer, echosond i wszelkiego rodzaju czujników, w tym rozkład widma promieniowaniaelektromagnetycznego.

Pośrodku projekcji tkwił odnaleziony obiekt. Według skanerów „Ducha”, składał się z co najmniej dwóch części: wierzchniego dysku o średnicy około dwustu metrów oraz walca o dużo większej średnicy i znacznej wysokości. Struktura zbudowana była z metalu. Obrośnięta koralowcami i glonami, wbita w dno pod łagodnym kątem, czekała na odkrycie Bóg wie ileczasu.

Co więcej, emitowała słabe promieniowanieradioaktywne.

– Co to jest? – zapytał Woźniak, zaglądając Singerowi przez ramię. Na monitorze jego konsoli nie dostrzegł wiele, jedynie jakąś pionowąpłaszczyznę.

– Podejrzewamy, że trafiliśmy na miasto zasilane reaktorem atomowym – odparł pospiesznie operator. – Spoczywa w tym miejscu od seteklat.

Andrzej ponownie wpatrzył się w hologram. Zmarszczyłbrwi.

– Dosyć małe jak namiasto.

– Większość konstrukcji leży głębiej. Tylko pomyśl, jakie tajemnice się tam kryją! – powiedział Singer z fascynacją w głosie. – Pomyśl o geniuszu twórców tegowszystkiego!

– Tylko się nie popłacz ze szczęścia – rzuciła do niego Bestyjka. Uśmiechnęła się jadowicie na widok obrażonej miny więcej-niż-kolegi, po czym wróciła do swojego zajęcia. „Jeździec” opadł już na głębokość kilometra. Za kilka chwil miał dołączyć do drugiego robota i ruszyć z oględzinamiznaleziska.

W pomieszczeniu zbierało się coraz więcej ludzi. Artie Lang i Jess z sekcji informatycznej, czyli statkowe papużki-nierozłączki. Novak od silników. Nawet ten brodaty drań Gordon. Woźniak obiecał sobie, że w wolnej chwili wygarnie mu to iowo.

– …odkąd go obserwujemy, nie zmieniłpozycji.

– Ciekawe – stwierdził Sidney. – Od kiedy zasada nieoznaczoności Heisenberga działa też nastatki?

Oho, pomyślał Woźniak. Coś się dzieje. I nie chodzi tu owrak.

Odwrócił się nieznacznie, akurat tyle, by rozeznać się w sytuacji. W świetle wejścia stał Sidney z towarzyszem. I to nie bylejakim.

Hassan al-Jamail był nowym szefem bezpieczeństwa „Casablanki”. Wyglądał trochę jak żołnierz od Saddama Husajna: śniada cera, gęste wąsy, czarne kręcone włosy wystające spod beretu. Przez ramię przewiesił karabin i wydawało się, że bez wahania rozwali każdego wroga. Minę miał jednak nietęgą. Zaniepokojony? W sytuacji, gdy jego najemnicy nawet teraz czatowali nadachach?

– Wygląda jakby na coś czekał – dodał Hassan. – Albo nakogoś.

– Podwoić czujność – mruknął Wolf. – To nie jest dobry moment na cholerny napad cholernych piratów. Wracaj do chłopaków, melduj o wszystkim. I przekaż Steve’owi, żeby zapuścił skan okolicy. Nie życzę sobie żadnychniespodzianek.

Hassan zasalutował, zrobił w tył zwrot i odmaszerował. Większy służbista niż jego poprzednik, pomyślał Andrzej. Ciekawe uzupełnienie po rzeźni sprzed półtora roku. Skąd tyś go wytrzasnął, Sid?

Głośno zaśrzucił:

– Co tak długo? Myślałem, że znajdę cię tu z twarzą w monitorze. Co siędzieje?

– Nic – Wolf uśmiechnął się łobuzersko. – Singer, melduj! Cowygrzebałeś?

Operator „Ducha” skinął głową, po czym wskazał naholomonitor.

– Metalowa czapa na głębokości kilometra. Przyjrzyjcie się tejczęści.

Stuknął w klawiaturę i jeden z fragmentów obiektu uległ powiększeniu. Kontury się wyostrzyły, tekstury zwiększyły rozdzielczość. W środku pomieszczenia zawisła pionowa ściana. Większość jej powierzchni porastały małże i glony, gdzieniegdzie widać było skorupiaki i ryby. Spory fragment pozostawał jednak czysty. Łaciński napis, który był tam wytłoczony, ciągle dawał sięodczytać.

„PaństwoUrland”.

Aha, pomyślał Woźniak. Państwo. Na dnie oceanu. Nawet nie miasto jak „BioShock” przykazał… A może jednak? Diabli wiedzieli, co kryło się w środku. W każdym razie wypadało przyjąć teorię Singera o podwodnym mieście jako wiążącą. Przynajmniej narazie.

Andrzej podrapał się po głowie. Urland… Dlaczego nigdy nie słyszał tej nazwy? Jeśli wiek glonów został określony poprawnie, a obiekt wraz z napisem to nie relikt jakiegoś supertajnego projektu Amerykanów, rodziła się seria bardzo ciekawych pytań. Z jednym zasadniczym naczele.

Dlaczego państwo, które mogło pochwalić się takim osiągnięciem, nie zostawiło po sobie nawet wzmianki? Nie chciało? Czy raczej niemogło?

– Mam teorię – rzucił Singer. – Atlantyda.

Sidney parsknąłśmiechem.

– Wierzę w wiele mitów, ale terazprzesadziłeś.

– O? – zjeżył się Singer. – A jakież to mity, panieszefie?

– Eldorado. Starożytne UFO. Tajni naziści z Argentyny. Zadowolony? Tak? To nie rozwadniaj już dyskusji. Z danych „Ducha” wynika, że warstwa żyjątek i innego badziewia na kadłubie ma jakieś pięćset lat. Pięćset kontra jedenaście tysięcy, bo tyle, bazując na Platonie, minęło od zagłady Atlantydy. Poza tym to była wyspa albo kontynent. A nasze znalezisko nie wygląda ani na jedno, ani nadrugie.

– I co z tego? – nie poddawał się Singer. – Teraz króluje hipoteza, że cywilizacja Atlantydy nie zamieszkiwała jednego lądu. Mówi się raczej o federacji miast-państw, rozsianych po całym świecie. To była cywilizacja, która żeglowała aż po same krańce mórz. Jak dla mnie to wszystko bardzo pasuje do radioaktywnych śmieci poUrland.

– Jak dla mnie bazujesz na badaniach pseudoarcheologów i szalonych mitomanów – wtrącił Woźniak. Przyjrzał się napisowi. – To łacińskie pismo, Eryk, nie greckie. Chyba że twoja teoria uwzględnia podróże w czasie. Pomniejsz proszę obraz. – Obszedł holomonitor i wskazał inną część dysku. – Tu jest nieregularność. To wygląda tak, jakby ktoś odgryzł stąd kęs metalu, a wyrwę zamaskował zielskiem i naroślami. Co jest głębiej? Sprawdzaliście jużto?

Singer wzruszyłramionami.

– Jeszcze nie. „Duch” to zwiad na sznurku, a nie pieprzona przecinarka. I nie bywa w stu miejscach naraz. Bestyjko?

– Czekaj – mruknęła Valdez, nie odrywając wzroku od ekranu. Wodziła palcami po konsoli jak pianistka po klawiszach fortepianu. – Jestem przy dnie. Przesuwam się do tego miejsca… Hm, to rzeczywiście może być ciekawe. Szykuję manipulatory. Hamuję. Zobaczmy, co tojest.

Robot przemknął przez obszar pełen muld i zapadlisk i zbliżył się do ściany miasta. Zaczął ją oczyszczać za pomocą dział ultradźwiękowych. W wodę wystrzeliły chmury pełne szczątków i sproszkowanych wapiennychpancerzyków.

– To trochę potrwa – zastrzegłaBestyjka.

– Poczekamy – rzekł Andrzej i skinął na przyjaciela. Gdy tamten zrobił zdziwioną minę, Woźniak po prostu szarpnął go za kurtkę i wyprowadził na zewnątrznadbudówki.

Sidney westchnął ciężko i oparł się o reling. Spojrzał z niechęcią natowarzysza.

– Nie wiesz, kiedy przestać drążyć, co?

– Moja cechagatunkowa.

– Ja ci naprawdę powiedziałem wszystko, o czym powinieneświedzieć.

– Akurat! Słyszałem waszą rozmowę z Hassanem. Mówiłeś, że ktoś nas śledzi.

– A. – Wolf się zmieszał. – O tochodzi.

– Od kiedy pościg za „Casablanką” to coś, o czym nie powinienemwiedzieć?

– Nie chciałem ci zawracaćgłowy.

– Gdybyś wiedział, że to tajni hitlerowcy z Argentyny, też byś siedziałcicho?

– Andy, ja…

– Kto to jest i czemu to robi? – warknął Woźniak. – Gadaj.

Sidney westchnął zrezygnacją.

– Ogon mamy od dwóch dni. – Wskazał brodą przestrzeń za burtą. W oddali rysowała się ciemna sylwetka jednostki pływającej. – Krążownik rakietowy typu „Ticonderoga”. Długość sto siedemdziesiąt trzy metry, szerokość siedemnaście, zanurzenie dziesięć, prędkość maksymalna trzydzieści jeden węzłów. Z tego, co wiem, Amerykanie mają na stanie jakieś dwadzieścia jednostek tej klasy i często zdarza się, że patrolują nimi te wody. Zwłaszcza po incydencie z pirackimdrobnicowcem.

– Podpadłeś im czymś? Popsułeś jakąś operację i teraz sięmszczą?

– Nigdy nie narzekali na realizację zleceń. Ergo: wątpię.

– A starzy znajomi zCIA?

– Bardzowątpię.

– A… Oni?

– Andy, proszę cię! – syknął Wolf. – Tutaj? Pod samym nosem Stanów? Zresztą co ty sobie myślisz? Że przejęli „Ticonderogę” i przeszło to bez echa? Zwłaszcza bez echa u nas? Wsystemie?

– No to co w takim razie? – wycedził Andrzej. – Zwiad? Manewry?

Sidney wzruszyłramionami.

– Może i manewry. Nie wiem. Ale to by tłumaczyło, czemu ma wyłączony AIS… Wiesz, automatyczny system namierzania. Może dlatego draństwo nie odpowiada na próby nawiązania kontaktu. Może za sterem siedzi jakiś komandor Dupek, jeden z tych komandorów Dupków, co nie cierpią kontaktu zcywilami.

– Wciąż nie lubisz wojska, co? – zauważyłAndrzej.

– W takim samym stopniu co Onych i konkurencji. Ze wskazaniem naOnych.

– Mina Hassana sugerowała jakąś grubsząaferę.

– Gdybyś przeszedł tyle co on, też byś rozpatrywał same czarnescenariusze.

– Ja zawsze rozpatruję czarne scenariusze. Kogo obstawiasz tam, na pokładzie? Hitlerowców czypiratów?

– Masz już obsesję z tymi hitlerowcami – skrzywił się Wolf. – Obstawiam porwanie przez piratów. Myślisz, że dlaczego nasze chłopaki warują na dachach? Podobną sytuację miałem w zeszłym roku. Piracki transportowiec najpierw nas śledził, potem zaczął strzelać, a w końcu jego załoga rzuciła się do abordażu. Ani jeden z tych sukinsynów nie został przy życiu. Ani jeden. Hassan i dwóch jego ludzi co prawda dostało kulkę, ale sięwylizali.

Woźniakprychnął.

– Tam transportowiec, tu okręt wojenny. Widziszróżnicę?

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Damy radę. I mówi się „okręt”. „Okręt wojenny” tooksymoron.

– Chyba tautologia – skwitował Andrzej, uśmiechając sięjadowicie.

– Może i tautologia. Co z tego? Odwracasz kotaogonem.

– Odwrócić to ty możesz „Casablankę”. Nie lepiej stąd zwiać i wrócićpóźniej?

– Tak, a wtedy oni nas zaczną gonić, przeświadczeni, że coś znaleźliśmy! Genialne! – warknął Sidney i przejechał sobie palcem po szyi. – Zostajemy tutaj. Jesteśmy za blisko, żeby się wycofać. Jak się zrobi groźnie, to uciekniemy, ale na dobrą sprawę nie wiemy nawet, ile jest zagrożenia w tym zagrożeniu. Gdybym trząsł portkami przed każdą podejrzaną jednostką, dawno zmieniłbymbranżę.

– To zagrożenie może ci wpakować rakietę w śródokręcie. Już za chwilę. Liczysz się ztym?

– I tak, i nie. Załóżmy, że wiedzą, że gonimy za skarbem, i oni też się na ten skarb zasadzili. Najbardziej opłaca im się poczekać, aż go wydobędziemy. Gdyby na dzień dobry przywitali nas rakietą, musieliby potem wydłubywać nasz ładunek z każdej kupy piachu nadnie.

– Aha. Czyli tak wygląda gwarancja, że cię nie zabiją. Wróć – że na razie cię nie zabiją. Podziwiam twójspokój.

Wolf machnąłręką.

– To jak balans na linie, a ja jestem w tym najlepszy. To znaczy my. – Mrugnąłporozumiewawczo.

– Tylko nie próbuj mnie znowunama…

– Niesamowite! – dobiegł ich nagle głosSingera.

Andrzej jak na rozkaz ruszył do centrum kontrolnego. Czas dokończyć pokaz, pomyślał. Jednak zanim wszedł do środka, zerknął przez ramię na horyzont. Na tle zachodzącego słońca rysowała się sylwetkakrążownika.

„Jeździec” pozbył się części śmieci. Teraz szczegóły wklęśniętego rejonu znaleziska stały się na tyle wyraźne, że można było już wyciągać wnioski. Kiedy Wolf i Woźniak ujrzeli obraz z kamer robota, nie pozostało im nic innego, jak zawtórowaćErykowi.

Oczyszczony fragment wyglądał tak, jakby rozerwała go eksplozja. Valdez odsłoniła wystrzępione i