Wydawca: Ole Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Operacja Blackmail - Jenk Saborowski

W Paryżu w centrum miasta zastrzelona zostaje młoda pracownica banku, w Bolonii w zamachu ginie wysokiej rangi manager tej samej instytucji.

Do banku dociera e-mail, w którym szantażyści żądają 500 milionów euro, w przeciwnym razie zginą kolejni z 60 000 pracowników banku w całej Europie. Rozpoczyna się wyścig z czasem…

Znakomity współczesny thriller, osadzony w znanych europejskiemu czytelnikowi kulisach, pełen dobrej, mocnej i szybkiej akcji, z oryginalnymi bohaterami. Atutem powieści jest współczesne, niezmiernie aktualne tło powieści. Większość zwrotów akcji opiera się na najnowszej technologii komputerowej, gadżetach, systemach informatycznych, grach RPG. Fanatycy i użytkownicy znajdą tu znajome kulisy.

Opinie o ebooku Operacja Blackmail - Jenk Saborowski

Fragment ebooka Operacja Blackmail - Jenk Saborowski

Jenk Sa­bo­row­ski

Ope­ra­cja Black­ma­il

Prze­ło­ży­ła Agniesz­ka Ewa Hof­f­mann

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ope­ra­tion Black­ma­il

Co­py­ri­ght © 2011 by Pi­per Ver­lag GmbH, Mün­chen

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2014

All ri­ghts re­se­rved

Tłu­ma­cze­nie: Agniesz­ka Ewa Hof­f­mann

Re­dak­cja: Anna Szy­ma­now­ska

Ko­rek­ta: Anna Ol­szow­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki: © Ro­ber­to A. San­chez / Istock­pho­to.com

Skład i ła­ma­nie: Mar­cin Adam­czyk

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-285-2

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Tyl­ko wte­dy zdo­ła­my ukró­cić w cia­snej prze­strze­ni Eu­ro­py dzia­łal­ność or­ga­ni­za­cji prze­stęp­czych i cał­ko­wi­cie je zwal­czyć, gdy stwo­rzy­my struk­tu­ry po­li­cyj­ne, wy­po­sa­żo­ne w in­stru­men­ty praw­ne umoż­li­wia­ją­ce funk­cjo­no­wa­nie na te­re­nie ca­łej Eu­ro­py.

Dr Hel­mut Kohl, kwie­cień 1997

Do dzi­siaj bli­sko 140 pra­cow­ni­ków Eu­ro­po­lu nie ma żad­nych upraw­nień ope­ra­cyj­nych.

Hi­sto­ria opi­sa­na w tej po­wie­ści jest fik­cyj­na. Wszyst­kie wy­da­rze­nia, oso­by i in­sty­tu­cje są wy­two­rem wy­obraź­ni au­to­ra, a ich zgod­ność z rze­czy­wi­sto­ścią jest przy­pad­ko­wa.

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Pa­ryż, Ave­nue Frie­dland

Dzień 0: pią­tek, 4 stycz­nia, godz. 8.34

Le­onid Mi­ka­nas wy­pu­ścił dym w zim­ne, wil­got­ne po­wie­trze desz­czo­we­go po­ran­ka. Jak zwy­kle zdu­sił zręcz­nie nie­do­pa­łek i usta­wił go pio­no­wo w rząd­ku czter­na­stu po­zo­sta­łych pe­tów w po­piel­nicz­ce. Po­cią­gnął łyk wody z bu­tel­ki, któ­rą przy­niósł ze sobą, by spłu­kać z ję­zy­ka gry­zą­cy smak ty­to­niu. Po­wtór­nie spraw­dził usta­wie­nia ce­low­ni­ka optycz­ne­go, nie spusz­cza­jąc z oka sie­dzi­by re­no­mo­wa­ne­go ban­ku po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy. Cier­pli­wie ob­ser­wo­wał scho­dzą­cych się po­spiesz­nie pra­cow­ni­ków, któ­rzy zni­ka­li w ob­ro­to­wych drzwiach. Skry­wa­li się we wnę­trzu biu­row­ca je­den za dru­gim, jak ogni­wa łań­cusz­ka. Przy­twier­dzo­ny do la­tar­ni strzę­pek ma­te­ria­łu, słu­żą­cy za cho­rą­giew­kę, po­zwo­lił mu osza­co­wać siłę wia­tru; co do cen­ty­me­tra ob­li­czył w gło­wie od­chy­le­nie tra­jek­to­rii lotu po­ci­sku. Choć to nie było ko­niecz­ne, raz jesz­cze na se­kun­dę prze­niósł wzrok na fo­to­gra­fię, przy­pię­tą pi­nez­ką do pa­ra­pe­tu. Ko­bie­ta była ład­na, na zdję­ciu wy­glą­da­ła na od­prę­żo­ną, śmia­ła się, nie­świa­do­ma, że ktoś fo­to­gra­fu­je ją z ukry­cia. Przez ostat­ni ty­dzień jej twarz wry­ła mu się w pa­mięć, gdy przy­pa­try­wał się wie­lu po­dob­nym zdję­ciom. Za­koń­czył przy­go­to­wa­nia i po­czął pły­cej od­dy­chać, aż ru­chy klat­ki pier­sio­wej sta­ły się le­d­wie do­strze­gal­ne. Na ce­low­ni­ku miał wej­ście dla per­so­ne­lu.

To ona. Jego cel. Nie miał wąt­pli­wo­ści. Usta­wi­ła się na koń­cu krót­kiej ko­lej­ki, któ­ra utwo­rzy­ła się przed ob­ro­to­wym wej­ściem. Ko­bie­ta spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by jej się śpie­szy­ło. Zo­sta­ło mu nie­wie­le cza­su. Nit­ko­wy krzy­żyk ce­low­ni­ka po­ru­szył się nie­znacz­nie na sa­mym środ­ku jej po­ty­li­cy. Jak za­wsze gdy miał za­bić, w jego ży­łach wez­bra­ła ad­re­na­li­na.

– Dla cie­bie, Mi­sza – wy­szep­tał le­d­wie sły­szal­nie. Był za­wo­dow­cem. Bez naj­mniej­sze­go wa­ha­nia na­ci­snął spust.

Zo­ba­czył, jak jej gło­wa wsku­tek im­pe­tu po­ci­sku od­ska­ku­je w bok, twarz drga w pa­rok­sy­zmie gwał­tow­nej śmier­ci. Lu­dzie roz­pierz­chli się w pa­ni­ce, cia­ło ko­bie­ty osu­nę­ło się na bruk i skrę­co­ne gro­te­sko­wo znie­ru­cho­mia­ło w po­więk­sza­ją­cej się mo­men­tal­nie czer­wo­nej ka­łu­ży.

Zgod­nie z tym, co mu wpo­jo­no po­nad trzy­dzie­ści lat temu, za­brał łu­skę, roz­ło­żył broń na czę­ści i scho­wał wszyst­ko do nie­po­zor­nej czar­nej pla­sti­ko­wej tor­by. Za­trzy­mał wzrok na po­piel­nicz­ce z pięt­na­sto­ma ster­czą­cy­mi w górę nie­do­pał­ka­mi. Zgod­nie ze swo­im oby­cza­jem, pstryk­nął pal­cem wska­zu­ją­cym w pierw­szy z nich. Pety prze­wró­ci­ły się je­den po dru­gim jak kost­ki do­mi­na. Zle­ce­nie wy­ko­na­ne.

Rozdział 2

Pa­ryż, Bo­ule­vard Haus­smann

Dzień 0: pią­tek, 4 stycz­nia, godz. 8.52

Mar­cel Le­so­il­le sie­dział w Café Frie­dland i huś­ta­jąc się ner­wo­wo na krze­śle z de­spe­ra­cją dzia­bał ły­żecz­ką jaj­ko na mięk­ko. Drę­czy­ło go su­mie­nie. W grun­cie rze­czy już wczo­raj wie­dział, że Lin­da bę­dzie się pie­klić. Jego dziew­czy­na sie­dzia­ła na­prze­ciw­ko i spod przy­mru­żo­nych po­wiek mie­rzy­ła go wście­kłym wzro­kiem. Śnia­da­nia nie tknę­ła. Ro­zu­miał jej złość, ale w koń­cu cho­dzi­ło o jego pa­sję, i Lin­da bę­dzie mu­sia­ła to za­ak­cep­to­wać. Przy­po­mniał so­bie ich ostat­nią kłót­nię sprzed kil­ku ty­go­dni. Jak zwy­kle po­szło o jego za­wo­do­we am­bi­cje. A ra­czej ich brak. Wie­dział, że Lin­da od pół roku cze­ka na jego oświad­czy­ny. Na pier­ścio­nek z ka­mie­niem szla­chet­nym i całą resz­tę. Upo­raj­my się naj­pierw z jed­nym pro­ble­mem, po­tem zo­ba­czy­my da­lej, po­sta­no­wił. Nie po­tra­fił się z nią kłó­cić.

– Po­słu­chaj, Lin­do – zdu­szo­nym gło­sem prze­rwał mil­cze­nie. – Prze­cież to nie jest tak, że te pie­nią­dze prze­pi­łem. Trak­tu­ję to po­waż­nie, w przy­szło­ści chciał­bym za­ra­biać w ten spo­sób na chleb. Dla nas dwoj­ga. A może uwa­żasz, że so­bie nie po­ra­dzę?

Wia­ło od niej co­raz więk­szym chło­dem. Mu­siał zmie­nić tak­ty­kę.

– Poza tym oj­ciec do­ło­ży się tro­chę – ar­gu­men­to­wał.

– Aha. O ile pa­mię­tam, two­je­go ojca nie stać na­wet na nowy gar­ni­tur. Jego hoj­ny dar na pew­no bar­dzo nam po­mo­że.

Do­brze, przy­najm­niej za­czę­ła od­po­wia­dać. Mar­cel po­czuł na­dzie­ję. Mu­siał tyl­ko uwa­żać, żeby nie prze­sa­dzić z ustęp­stwa­mi. Nie za­mie­rzał się dać za­pę­dzić w róg rin­gu bok­ser­skie­go, bo z tym ko­ja­rzył się mu ich zwią­zek.

Lin­da nie­wzru­sze­nie cią­gnę­ła swo­ją ty­ra­dę.

– Po pro­stu nie mogę po­jąć, dla­cze­go się tak upar­łeś. Stu­dent bez gro­sza, któ­re­go nie stać na­wet na dziec­ko, któ­ry po­wi­nien ra­czej sam wspie­rać ro­dzi­ców, niż przyj­mo­wać od nich pie­nią­dze. I ktoś taki ku­pu­je nowy apa­rat za pięć ty­się­cy euro? Czy w tym szpi­ta­lu usu­nę­li ci móż­dżek?

– To był wy­ro­stek, Lin­do. Mój móż­dżek ma się świet­nie – spró­bo­wał za­żar­to­wać. Jego sil­nie za­ry­so­wa­na szczę­ka i uj­mu­ją­cy uśmiech two­rzy­ły kom­bi­na­cję, któ­rej ko­bie­ty zwy­kle nie po­tra­fi­ły się oprzeć. Może choć tak uda mu się osła­bić atak jej gnie­wu. Wy­star­czy­ło brnąć da­lej, prze­cież przed chwi­lą pra­wie uśmiech­nę­ła się z wła­sne­go żar­tu.

– Więc wbi­łeś so­bie do gło­wy, że zo­sta­niesz fo­to­re­por­te­rem, a nie le­ka­rzem? I jak chcesz wy­ży­wić ro­dzi­nę? Ile za­ra­bia taki pa­pa­raz­zo? – py­ta­ła z prze­ką­sem Lin­da.

Mar­cel wy­czuł, że dzie­lą­cy ich mur za­czy­na się kru­szyć. Lin­da lu­bi­ła roz­ma­wiać o pie­nią­dzach, zwłasz­cza gdy szło o fi­nan­se zwią­za­ne z pla­no­wa­nym za­ło­że­niem ro­dzi­ny.

– Cóż – za­czął. – To za­le­ży. Cza­sa­mi, przy odro­bi­nie szczę­ścia, na jed­nym je­dy­nym zdję­ciu moż­na za­ro­bić parę ty­się­cy.

– Co za idio­ta za­pła­ci tyle pie­nię­dzy za jed­ną fot­kę? – fuk­nę­ła.

Kon­flikt jesz­cze nie zo­stał za­że­gna­ny, ale to, że jego dziew­czy­na była płyt­ka, za­czy­na­ło dzia­łać mu na ner­wy. Może rze­czy­wi­ście po­wi­nien ro­zej­rzeć się wśród ko­le­ża­nek ze stu­diów, za­miast da­lej trzy­mać się Lin­dy. Wpraw­dzie wy­glą­da­ła zja­wi­sko­wo, ale nie­wąt­pli­wie była ma­te­ria­list­ką, a w do­dat­ku mia­ła ku­rzy móż­dżek. Wes­tchnął i sku­pił się na jaj­ku. Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło go wy­cie sy­ren. Dla każ­de­go fo­to­re­por­te­ra, na­wet po­cząt­ku­ją­ce­go jak on, sy­re­ny ra­dio­wo­zów, stra­ży po­żar­nej i ka­re­tek po­go­to­wia brzmia­ły ni­czym naj­pięk­niej­sza mu­zy­ka. Tyle że je­śli te­raz wyj­dzie, Lin­dy nie da się już tak ła­two ob­ła­ska­wić. Przez chwi­lę bił się z my­śla­mi, czy jed­nak nie zo­stać, ale nowy apa­rat prze­są­dził o wy­ni­ku wal­ki. Po­spiesz­nie prze­trzą­snął kie­sze­nie i zna­lazł dwa­dzie­ścia euro.

– Prze­pra­szam, mu­szę le­cieć – rzu­cił i po­ca­ło­wał ją prze­lot­nie. Dziew­czy­na znie­ru­cho­mia­ła jak ra­żo­na pio­ru­nem.

– Zwa­rio­wa­łeś. Nie mo­żesz… – za­czę­ła, ale on już się po­de­rwał i po­gnał w ślad za ra­dio­wo­za­mi. Lin­dą bę­dzie się mar­twił póź­niej.

Mar­cel, sma­ga­ny zim­nym desz­czem, biegł za dźwię­kiem sy­ren. Po dro­dze na­li­czył osiem ra­dio­wo­zów i kil­ka ka­re­tek, któ­re ze spo­rą pręd­ko­ścią skrę­ci­ły w Ave­nue Frie­dland. To coś więk­sze­go, po­my­ślał, wy­cią­ga­jąc nową lej­kę M8. Na­resz­cie miał od­po­wied­ni sprzęt, pro­fe­sjo­nal­ny apa­rat z pa­mię­cią cy­fro­wą, zdol­ną po­mie­ścić zdję­cia speł­nia­ją­ce wy­mo­gi czo­ło­wych dzien­ni­ków. Kie­dy do­tarł na Ave­nue Frie­dland, był już nie­źle zdy­sza­ny, a ser­ce wa­li­ło mu jak sza­lo­ne. Cho­ler­ne pa­pie­ro­chy. Na szczę­ście wozy po­li­cyj­ne za­trzy­ma­ły się ja­kieś sto me­trów przed nim, blo­ku­jąc całą sze­ro­kość czte­ro­pa­smów­ki. Zmo­to­ry­zo­wa­ni pa­ry­ża­nie skwi­to­wa­li blo­ka­dę prze­raź­li­wym trą­bie­niem. Mar­cel zwol­nił i przy­ło­żył wi­zjer do oka. Lej­ka nie była sprzę­tem dla żół­to­dzio­bów. Do każ­de­go uję­cia mu­siał na nowo usta­wiać ostrość. Mimo to uwa­żał, że au­to­fo­kus to za­baw­ka dla tu­ry­stów. Po­przed­nie­go wie­czo­ra przez dłu­gie go­dzi­ny ćwi­czył ob­słu­gę apa­ra­tu. Lej­ka to sprzęt, któ­ry wy­so­ko ce­ni­li so­bie za­wo­dow­cy: po­dob­no z cza­sem umie­li sto­pić się z fo­to­gra­fo­wa­nym obiek­tem. Wszyst­kie­go moż­na się na­uczyć, po­cie­szył się Mar­cel. Nie znał jesz­cze wszyst­kich funk­cji apa­ra­tu, poza tym tro­chę trwa­ło, nim się zo­rien­to­wał w sy­tu­acji: ra­dio­wo­zy blo­ko­wa­ły uli­cę tuż przed pa­ry­ską fi­lią Eu­ro­Ban­ku, głów­nej nie­miec­kiej in­sty­tu­cji fi­nan­so­wej. Klik. Z prze­ciw­nej stro­ny też nad­je­cha­ły za­ło­gi in­ter­wen­cyj­ne i oto­czy­ły bu­dy­nek kor­do­nem sił bez­pie­czeń­stwa. Klik. Funk­cjo­na­riusz z opusz­czo­nym wi­zje­rem heł­mu. Jed­nost­ka spe­cjal­na. Klik. An­ty­ter­ro­ry­ści z bro­nią go­to­wą do strza­łu. Klik. Kie­row­cy, któ­rzy wy­sie­dli z sa­mo­cho­dów, by przy­glą­dać się spek­ta­klo­wi. Żywo ge­sty­ku­lu­ją­cy rudy prze­cho­dzień z twa­rzą upstrzo­ną zna­mio­na­mi i pa­pie­ro­sem w ustach. Klik. Ko­bie­ta wy­cią­ga­ją­ca szy­ję, żeby le­piej wi­dzieć, na jej twa­rzy wy­raz czy­ste­go prze­ra­że­nia. Klik. Wo­kół pa­no­wał strasz­li­wy cha­os, do­wód­ca od­dzia­łu jed­nost­ki spe­cjal­nej krzy­czał coś nie­zro­zu­mia­le. Miał po­waż­ną twarz pro­fe­sjo­na­li­sty. Jego wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we po­kry­wał trzy­dnio­wy za­rost. Klik. Co on mó­wił? Mózg Mar­ce­la z kil­ku­se­kun­do­wym opóź­nie­niem prze­two­rzył ja­kieś nie­co­dzien­ne sło­wo. Spa­ni­ko­wa­ny przy­padł za je­den z ra­dio­wo­zów, lą­du­jąc w ka­łu­ży wody: ko­men­dant ostrze­gał lu­dzi przed snaj­pe­rem. Nie tyl­ko Mar­cel usły­szał ostrze­że­nie; obok przy­siadł w kuc­ki po­li­cjant, przez wi­zjer bro­ni au­to­ma­tycz­nej ska­nu­jąc dom po prze­ciw­nej stro­nie. Mar­cel ze stra­chu ob­lał się po­tem. Przy­po­mniał so­bie, po co tu przy­biegł, i wy­cią­gnąw­szy rękę, na oślep strze­lił parę fo­tek znad ma­ski wozu. Klik. Klik. Wziął głę­bo­ki od­dech i przy­warł z ca­łej siły do błot­ni­ka. Sześć­dzie­siąt se­kund póź­niej, któ­re wy­da­ły mu się wiecz­no­ścią, po­li­cja uzna­ła, że bez­po­śred­nie za­gro­że­nie mi­nę­ło. Funk­cjo­na­riu­sze za­czę­li ru­ty­no­wo za­bez­pie­czać te­ren. Mar­cel, sku­lo­ny, prze­kra­dał się wzdłuż ra­dio­wo­zów, chcąc zna­leźć lukę, przez któ­rą mógł­by się prze­drzeć bli­żej wej­ścia do Eu­ro­Ban­ku. Był świę­cie prze­ko­na­ny, że gdzieś tam cze­ka na nie­go sen­sa­cyj­ny mo­tyw. Zna­lazł prze­smyk mię­dzy dwo­ma zde­rza­ka­mi i prze­ci­snął się tam­tę­dy przez ni­ko­go nie­za­trzy­my­wa­ny. Sta­ra­jąc się za­cho­wać mak­sy­mal­ny spo­kój, przy­ło­żył lej­kę do oka i utrwa­lał ob­raz za ob­ra­zem. Przed wej­ściem do ban­ku klę­cza­ło dwóch le­ka­rzy po­go­to­wia, po­chy­lo­nych nad czy­imś mar­twym cia­łem, są­dząc po ubra­niu, ko­bie­ty. Klik. Ob­ró­ci­li ran­ną na ple­cy. Twa­rzy nie było wi­dać. Klik. Ka­łu­ża krwi po­więk­sza­ła się, roz­le­wa­jąc po as­fal­cie jak wino z prze­wró­co­ne­go kie­lisz­ka. W po­wie­trzu uno­sił się me­ta­licz­ny odór. Klik. Le­karz po­krę­cił prze­czą­co gło­wą. Klik. Dru­gi zgo­dził się z nim ski­nie­niem gło­wy. Przy­kry­li cia­ło po­ły­sku­ją­cą zło­tą fo­lią, na­cią­gnę­li ją też na gło­wę. Klik. Klik. Po­li­cjant z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym na ra­mie­niu, w peł­nym bo­jo­wym rynsz­tun­ku, pod­szedł do Mar­ce­la. Klik. Pan­cerz ke­vla­ro­wy na pier­si, ra­mio­nach, pod­udziach. Klik. Za nim po­ja­wi­li się mun­du­ro­wi bez odzie­ży ochron­nej. Klik. Po­li­cjant za­sło­nił mu obiek­tyw ręką i wy­pchnął za rząd ra­dio­wo­zów. Mar­cel obej­rzał się. Klik. Ko­niec ro­bo­ty.

Za ro­giem zwy­mio­to­wał do stu­dzien­ki. Nig­dy przed­tem nie wi­dział tru­pa, lecz choć ko­bie­ta nie żyła za­le­d­wie od kil­ku mi­nut, odór śmier­ci był nie­praw­do­po­dob­ny: krew wy­dzie­la­ła że­la­zi­stą woń, wy­cie­ka­ją­ce pły­ny ustro­jo­we cuch­nę­ły eks­kre­men­ta­mi i octem. Kur­wa mać, za­klął w du­chu i wy­czer­pa­ny osu­nął się po chro­po­wa­tej ścia­nie bu­dyn­ku, któ­ra roz­ora­ła mu ple­cy. Przez parę mi­nut sie­dział na zim­nym chod­ni­ku, wresz­cie ze­brał się na od­wa­gę i za­czął prze­glą­dać zdję­cia na wy­świe­tla­czu cy­frów­ki. Nie­któ­re były nie­ostre. Jed­no uznał za na­praw­dę do­bre: przed­sta­wia­ło po­li­cjan­ta, któ­ry obok nie­go cho­wał się za sa­mo­cho­dem, sfo­to­gra­fo­wa­ne­go z boku i nie­co od dołu, z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym go­to­wym do strza­łu. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się strach, na czo­le per­lił się pot. Mar­cel uzmy­sło­wił so­bie, że drży. Z tru­dem tra­fiał pal­ca­mi w ma­leń­kie przy­ci­ski. Upły­nę­ła wiecz­ność, za­nim uda­ło mu się wy­jąć te­le­fon ko­mór­ko­wy i wy­brać nu­mer za­przy­jaź­nio­ne­go fo­to­edy­to­ra.

– Cześć, Anon. Mam coś dla cie­bie. Pod cen­tra­lą Eu­ro­Ban­ku snaj­per za­strze­lił ko­bie­tę. Mam fot­ki.

– Fot­ki cze­go? – za­py­tał pra­cu­ją­cy w dzia­le foto kum­pel.

– Wszyst­kie­go. Po­li­cji, le­ka­rzy po­go­to­wia, na­wet sa­mej ofia­ry, nim za­kry­li jej gło­wę.

Anon ro­ze­śmiał się per­li­ście.

– Świet­nie, mo­żesz je so­bie po­wie­sić na lo­dów­ce. Pierw­sze zdję­cia do­sta­li­śmy dzie­sięć mi­nut temu, on­li­ne, pro­sto z ko­mór­ki fo­to­gra­fa. Na­czel­ny już zdą­żył po­wy­bie­rać naj­lep­sze. Chłop­cze, je­ste­śmy w Pa­ry­żu, tu jest wię­cej fo­to­gra­fów niż psów. I nie­mal wszy­scy słu­cha­ją po­li­cyj­ne­go ra­dia. Je­śli na­stęp­nym ra­zem strze­lisz fot­kę sa­me­go mor­der­stwa, to może by­ła­by sen­sa­cja. Mu­sisz tro­chę wcze­śniej wsta­wać. Sor­ry, ko­le­go.

– Ja­sne. W po­rząd­ku. Dzię­ki, Anon.

– Okej. Nie chcia­łem cię znie­chę­cać. Za­dzwoń, jak coś bę­dziesz miał.

Mar­cel roz­łą­czył się, roz­cza­ro­wa­ny. Może jed­nak nie było tak ła­two prze­kwa­li­fi­ko­wać się ze stu­den­ta me­dy­cy­ny na fo­to­re­por­te­ra. Mu­siał się jesz­cze spo­ro na­uczyć. A Lin­da bę­dzie wście­kła. Na­praw­dę wście­kła. I nie miał nic, by ją ob­ła­ska­wić. Cho­ciaż, może jed­nak miał, prze­mknę­ło mu przez gło­wę, kie­dy się pod­niósł i na mięk­kich no­gach ru­szył w stro­nę sta­cji me­tra.

Rozdział 3

Pa­ryż, Bo­ule­vard Haus­smann

Dzień 0: pią­tek, 4 stycz­nia, godz. 9.14

Pięć­dzie­siąt me­trów da­lej Do­mi­ni­que La­grand, ad­iu­tant ko­men­dan­ta głów­ne­go po­li­cji, któ­ry jako pierw­szy z kor­pu­su ofi­ce­rów przy­był na miej­sce zbrod­ni, gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc. Ci cho­ler­ni dzien­ni­ka­rze, po­my­ślał. Wresz­cie się wy­nie­śli. Co za pie­przo­ny kosz­mar: ja­kiś wa­riat w bia­ły dzień, na środ­ku tęt­nią­cej ży­ciem uli­cy, kła­dzie tru­pem ko­bie­tę. Śmier­dzą­ca spra­wa. Jego szef, cho­le­ryk, wpad­nie w szał. Do­mi­ni­que mu­siał jak naj­prę­dzej za­pa­no­wać nad sy­tu­acją, co, jak zwy­kle, nie bę­dzie ła­twym za­da­niem. Mimo dwu­dzie­stu ośmiu lat wciąż wy­glą­dał na szcza­wi­ka. Miał kla­tę go­łę­bia, jak ma­wiał jego na­uczy­ciel wu­efu, ja­sne wło­sy i mie­rzył sto sześć­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów. Przy wej­ściu do dys­ko­te­ki mu­siał re­gu­lar­nie oka­zy­wać do­wód. Nie­zbyt do­bre wa­run­ki, by wy­ro­bić so­bie po­słuch w bu­zu­ją­cej te­sto­ste­ro­nem jed­no­st­ce spe­cjal­nej. Ży­cie ja­koś nie­szcze­gól­nie go roz­piesz­cza­ło, mimo to po­tra­fił wie­le znieść, a po­wie­rzo­ne mu za­da­nia wy­ko­ny­wał nie­zwy­kle rze­tel­nie. Na­le­ża­ło naj­pierw ro­ze­znać się w sy­tu­acji. Przy­braw­szy god­ną po­sta­wę, za­gad­nął do­wo­dzą­ce­go ak­cją męż­czy­znę po pięć­dzie­siąt­ce, o ogo­rza­łej twa­rzy z trzy­dnio­wym za­ro­stem, któ­ry pre­zen­to­wał się do­kład­nie tak, jak Do­mi­ni­que sam chciał­by wy­glą­dać. Kie­dy on przez trzy dni się nie go­lił, rzad­ki pu­szek na jego twa­rzy ja­koś nie do­da­wał mu mę­sko­ści. Do­mi­ni­que La­grand był re­ali­stą, za­ufał więc swo­im dys­tynk­cjom na na­ra­mien­ni­kach.

– Wi­tam, ka­pi­ta­nie, może mnie pan za­zna­jo­mić z sy­tu­acją?

Do­wód­ca ko­man­do­sów stał opar­ty non­sza­lanc­ko o po­li­cyj­ny trans­por­ter i za­cią­gał się cy­ga­ret­ką wy­dzie­la­ją­cą swąd pa­lo­nej gumy. Do­świad­czo­ny funk­cjo­na­riusz bez po­śpie­chu otak­so­wał wzro­kiem Do­mi­ni­que’a, jed­nak jego od­po­wiedź wbrew ocze­ki­wa­niom nie wy­pa­dła lek­ce­wa­żą­co.

– Pan jest tym no­wym od Ro­car­da, zga­dza się? – za­py­tał i wy­pluł na zie­mię dro­bin­kę ty­to­niu.

– Zga­dza się – od­parł z wes­tchnie­niem Do­mi­ni­que.

– No cóż, nic pan nie po­ra­dzi na tego ku­ta­fo­na. Po­nie­waż obaj do­brze wie­my, że ten na­dę­ty bu­bek za­raz się tu zja­wi, żeby ob­wie­ścić swo­ją opi­nię pra­sie, nie będę psuł panu piąt­ko­we­go wie­czo­ru.

– Był­bym wiel­ce zo­bo­wią­za­ny – rzekł Do­mi­ni­que i od­prę­żył się nie­co.

– W tej chwi­li wszyst­ko wska­zu­je na to, że za­gro­że­nie mi­nę­ło. Po spraw­cy nie ma śla­du. Ofia­ra, zgod­nie z do­wo­dem oso­bi­stym, na­zy­wa­ła się So­phie Bes­son i była za­trud­nio­na w ban­ku. Wła­śnie szła do pra­cy. Na ra­zie nie mo­że­my po­twier­dzić jej toż­sa­mo­ści. Spraw­ca od­strze­lił jej pół twa­rzy, a z tego, co mó­wił le­karz, po­cisk był dość du­że­go ka­li­bru. Pa­skud­na rana wy­lo­to­wa, ja uwa­żam, że to był ka­ra­bin. Bliż­sze in­for­ma­cje uzy­ska pan od pa­to­lo­ga. Jak mó­wi­łem: zro­bi­li­śmy, co do nas na­le­ża­ło, uli­ca jest za­bez­pie­czo­na. Te­raz pana ko­lej. Coś mi się jed­nak zda­je, że nie­pręd­ko pan dziś wró­ci do cie­peł­ka. Cho­ciaż z ludź­mi Ro­car­da nig­dy nic nie wia­do­mo, po­dob­no przy­tul­ne biu­ro przy­cią­ga was jak świa­tło ćmy – ro­ze­śmiał się i za­pa­lił ko­lej­ną cy­ga­ret­kę. La­grand ką­tem oka do­strzegł nad­jeż­dża­ją­cą srebr­ną li­mu­zy­nę sze­fa.

– Ser­decz­ne dzię­ki, ka­pi­ta­nie, bar­dzo mi pan po­mógł – mruk­nął na po­że­gna­nie. Spo­so­bił się w du­chu na przy­by­cie Jego Wy­so­ko­ści sa­mo­zwań­cze­go kró­la Pa­ry­ża.

Po­tęż­ny sa­mo­chód przy­ha­mo­wał i jesz­cze nim się na do­bre za­trzy­mał, ktoś ener­gicz­nym ru­chem otwo­rzył tyl­ne drzwi. Na miej­sce przy­był ge­ne­rał Ro­card. Jego mun­dur wy­glą­dał tak, jak­by ko­men­dant miał już za sobą co naj­mniej czte­ry go­dzi­ny ofiar­nej służ­by dla Re­pu­bli­ki, ale La­grand przy­pad­kiem wie­dział, że go­spo­dy­ni Ro­car­da zo­sta­ła po­in­stru­owa­na, żeby za­pra­so­wy­wać za­łam­ki w miej­scu zgię­cia ko­lan i łok­ci. Je­steś ta­kim sa­mym pa­ja­cem jak mój sta­ry, po­my­ślał. Wpraw­dzie z wy­glą­du oj­ciec sta­no­wił cał­ko­wi­te prze­ci­wień­stwo ocię­ża­łe­go Ro­car­da, z cha­rak­te­ru jed­nak był nie­zwy­kle po­dob­ny. W dzie­ciń­stwie oj­ciec, za­du­fa­ny w so­bie pe­dant, re­gu­lar­nie do­pro­wa­dzał Do­mi­ni­que’a do ata­ków sza­łu. A kie­dy syn w przy­pły­wie bun­tu po­rzu­cił znie­na­wi­dzo­ne stu­dia praw­ni­cze i wstą­pił do po­li­cji, wpadł w ra­mio­na tak samo na­dę­te­go Ro­car­da.

Do­mi­ni­que po­in­for­mo­wał zwierzch­ni­ka o sy­tu­acji i za­pro­po­no­wał dal­sze kro­ki: za­bez­pie­czyć śla­dy, prze­szu­kać oko­licz­ne miesz­ka­nia, prze­py­tać miesz­kań­ców oraz pra­cow­ni­ków ban­ku.

– Zwa­żyw­szy na spo­dzie­wa­ne za­in­te­re­so­wa­nie me­diów spra­wą, pro­po­no­wał­bym po­wie­rzyć śledz­two ko­mi­sarz Fal­lot. Jest kom­pe­tent­na i nie ukrad­nie panu show na kon­fe­ren­cji pra­so­wej – do­koń­czył z uśmie­chem. Wie­dział, że wzmian­ka o me­diach skło­ni sze­fa do przy­ję­cia jego su­ge­stii. W rze­czy­wi­sto­ści za­pro­po­no­wał Ca­the­ri­ne Fal­lot na kie­ru­ją­cą gru­pą śled­czą, bo nie trak­to­wa­ła go z góry jak wszy­scy inni. Nie­któ­rzy trak­to­wa­li Do­mi­ni­que’a jak nie­do­świad­czo­ne­go szcze­nia­ka tuż przed koń­co­wym eg­za­mi­nem, a prze­cież już daw­no skoń­czył aka­de­mię po­li­cyj­ną, i to z wy­róż­nie­niem. In­tu­icja nie za­wio­dła go jed­nak i tym ra­zem: ge­ne­rał w ca­ło­ści za­apro­bo­wał jego pro­po­zy­cje.

– Kon­fe­ren­cja pra­so­wa o trzy­na­stej – roz­ka­zał jesz­cze Ro­card, za­nim wsiadł do służ­bo­we­go wozu i od­je­chał. On tym­cza­sem mu­siał wdro­żyć w ży­cie in­struk­cje. Do­mi­ni­que La­grand nie mógł wie­dzieć, że na­wet wy­jąt­ko­wo kom­pe­tent­na Ca­the­ri­ne Fal­lot do­pie­ro sie­dem­dzie­siąt dwie go­dzi­ny póź­niej otrzy­ma pierw­szą przy­dat­ną wska­zów­kę co do mo­ty­wu zbrod­ni.

Rozdział 4

Frank­furt nad Me­nem, cen­tra­la Eu­ro­Ban­ku

Dzień 1: po­nie­dzia­łek, 7 stycz­nia, godz. 8.17

W dwóch po­ły­sku­ją­cych błę­ki­tem wie­żach cen­tra­li kon­cer­nu Eu­ro­Bank, gó­ru­ją­cych nad frank­furc­ką me­tro­po­lią, od­bi­ja­ło się po­ran­ne słoń­ce. Wśród człon­ków za­rzą­du ze­bra­nych w sali kon­fe­ren­cyj­nej pa­no­wa­ło nie­uchwyt­ne na­pię­cie. Nikt z obec­nych nie znał przy­czy­ny spo­tka­nia zwo­ła­ne­go w nie­by­wa­łym po­śpie­chu. Oso­bi­sta asy­stent­ka no­we­go pre­ze­sa te­le­fo­nicz­nie po­in­for­mo­wa­ła każ­de­go z nich, że „dok­tor He­in­kel w pil­nej spra­wie ocze­ku­je o 8.30 w po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­nym”. I oto dzie­siąt­ka naj­bar­dziej wpły­wo­wych me­ne­dże­rów ban­ko­wych świa­ta za­sia­dła na trzy­dzie­stym trze­cim pię­trze biu­row­ca, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kie nie­po­myśl­ne wie­ści mo­gły być na tyle na­glą­ce, że ko­niecz­ne było spo­tka­nie o tak wcze­snej po­rze.

Do­kład­nie o ósmej dwa­dzie­ścia otwar­ły się drzwi sali i po­ja­wił się w nich dok­tor Pe­ter He­in­kel. Wo­kół wiel­kie­go sto­łu kon­fe­ren­cyj­ne­go za­le­gła peł­na na­pię­cia ci­sza. Miał na so­bie gra­na­to­wy, szy­ty na mia­rę gar­ni­tur, ko­szu­lę bez naj­mniej­szej fałd­ki i sto­sow­ny kra­wat. He­in­kel, sza­no­wa­ny fa­cho­wiec, w cią­gu ostat­nich mie­się­cy bez więk­szych szkód prze­pro­wa­dził swo­je im­pe­rium przez je­den z naj­cięż­szych kry­zy­sów fi­nan­so­wych w hi­sto­rii ludz­ko­ści. Te­raz jed­nak mu­siał się zmie­rzyć z naj­więk­szym wy­zwa­niem w swo­jej ka­rie­rze. Paul Van­der­list, szef do spraw bez­pie­czeń­stwa, za­mknął za nim cięż­kie, dę­bo­we drzwi.

– Dro­dzy pa­no­wie, w pią­tek in­for­mo­wa­łem o po­peł­nio­nym z zim­ną krwią za­bój­stwie na­szej ko­le­żan­ki So­phie Bes­son. Po­li­cja jak na ra­zie błą­dzi po omac­ku, oba­wiam się jed­nak, że wła­śnie będę mógł za­pre­zen­to­wać pa­nom wy­ja­śnie­nie jej na­głej śmier­ci – oznaj­mił He­in­kel. Krót­kim ski­nie­niem dał znak asy­sten­to­wi, by włą­czył pro­jek­tor.

– Je­ste­śmy szan­ta­żo­wa­ni – oznaj­mił. – Wczo­raj wie­czo­rem otrzy­ma­łem ma­ilem na­stę­pu­ją­cą wia­do­mość.

Na gład­kiej ścia­nie wy­świe­tli­ła się wiel­ka, mie­rzą­ca dwa na dwa me­try, ko­pia e-ma­ila.

Od: sm4l­lv1l­l3_2010@yahoo.com

Do: <Dr. Pe­ter He­in­kel>

Pa­ryż to do­pie­ro po­czą­tek. Bę­dzie­my za­bi­jać pra­cow­ni­ków Wa­sze­go Ban­ku, do­pó­ki nie za­pła­ci­cie nam kwo­ty 500  000 000 euro. Na znak po­twier­dze­nia, do­wol­ne­go dnia o go­dzi­nie 1.30 przez dzie­sięć mi­nut każ­cie włą­czać i wy­łą­czać oświe­tle­nie w cen­tra­li kon­cer­nu we Frank­fur­cie, zgod­nie z na­stę­pu­ją­cym wzor­cem:

27 pię­tro: biu­ra od 27.1001 do 1040 in­ter­wał 30 se­kund

18 pię­tro: biu­ra od 18.2010 do 2080 in­ter­wał 15 se­kund

40 pię­tro: biu­ra od 44.3000 do 3040 in­ter­wał 60 se­kund

22 pię­tro: biu­ra od 22.4050 do 4090 in­ter­wał 120 se­kund

– Po­cząt­ko­wo uzna­łem to za nie­wy­bred­ny żart – wy­ja­śnił He­in­kel. – Ale za­się­gną­łem opi­nii na­sze­go do­rad­cy do spraw bez­pie­czeń­stwa, a on prze­ko­nał mnie, że mu­si­my po­trak­to­wać tę groź­bę po­waż­nie. Paul… – pre­zes prze­ka­zał głos eks­per­to­wi.

Paul Van­der­list, na po­zór uoso­bie­nie spo­ko­ju, pod­niósł się z miej­sca. W czar­nym gar­ni­tu­rze, bia­łej ko­szu­li z czar­nym kra­wa­tem przy­po­mi­nał przed­się­bior­cę po­grze­bo­we­go. Oparł się dłoń­mi o stół.

– Mail na dzie­więć­dzie­siąt pro­cent nie jest fał­szyw­ką. Prze­ma­wia za tym kil­ka prze­sła­nek. Po pierw­sze, kwo­ta jest zbyt wy­so­ka. Nie­groź­ni wa­ria­ci żą­da­ją sum, któ­re zna­ją z hol­ly­wo­odz­kich fil­mów, a te miesz­czą się w za­kre­sie liczb dwu­cy­fro­wych, w mi­lio­nach oczy­wi­ście. Po dru­gie, po­mysł z oświe­tle­niem wież jest wręcz bły­sko­tli­wy. Ko­mu­ni­ka­cja to sła­by punkt każ­de­go szan­ta­żu, ale tu­taj żą­da­nie wy­da­je się do­kład­nie prze­my­śla­ne. Żeby otrzy­mać na­szą wia­do­mość, szan­ta­ży­ści nie mu­szą na­wet prze­by­wać na miej­scu, wy­star­czy jed­na z licz­nych ka­mer in­ter­ne­to­wych, skie­ro­wa­nych na biu­row­ce Frank­fur­tu. Je­stem prze­ko­na­ny, że po­win­ni­śmy po­trak­to­wać to po­waż­nie. Zwłasz­cza je­śli weź­mie­my pod uwa­gę śmierć So­phie Bes­son. Upły­nę­ło zbyt mało cza­su, by w grę wcho­dził ktoś po­da­ją­cy się za szan­ta­ży­stę – za­koń­czył Van­der­list i po­gła­dził się po bro­dzie, któ­ra po­kry­wa­ła jego twarz jak sza­ry dy­wan.

– Za­czy­nam się przy­chy­lać do tej teo­rii – zgo­dził się He­in­kel. – Z dru­giej stro­ny nie mo­że­my ule­gać każ­de­mu szan­ta­żo­wi. Otwo­rzy­li­by­śmy w ten spo­sób drzwi i okna dla nie­zli­czo­nych na­śla­dow­ców. Paul, pan zna się na rze­czy, w koń­cu jest pan by­łym ofi­ce­rem, wła­śnie dla­te­go pana za­trud­ni­li­śmy. Co pan pro­po­nu­je?

– Nie mamy in­ne­go wyj­ścia, mu­si­my ofi­cjal­nie po­wia­do­mić po­li­cję. Stro­na prze­ciw­na oczy­wi­ście zda­je so­bie z tego spra­wę i nie wy­su­wa w tej kwe­stii żad­nych zbęd­nych po­stu­la­tów. Po­in­for­muj­my za­tem od­po­wied­nie wła­dze. Ani jed­no sło­wo nie może prze­nik­nąć do opi­nii pu­blicz­nej. Je­śli do­wie­dzą się o tym me­dia, wśród pra­cow­ni­ków może wy­buch­nąć pa­ni­ka. Mu­si­my temu za­po­biec za wszel­ką cenę.

– I jesz­cze jed­no – uzu­peł­nił He­in­kel. – W żad­nym ra­zie nie za­pła­ci­my. To nie wcho­dzi w ra­chu­bę. Eu­ro­Bank nie po­zwo­li się szan­ta­żo­wać.

Rozdział 5

Lon­dyn, port lot­ni­czy He­ath­row

Dzień 1: po­nie­dzia­łek, 7 stycz­nia, godz. 9.38

Chu­da ko­bie­ta w nie­okre­ślo­nym wie­ku, po­włó­cząc no­ga­mi, szła ze zwie­szo­ny­mi ra­mio­na­mi i po­py­cha­ła wó­zek sprzą­tacz­ki. Po­de­szwy jej te­ni­só­wek przy każ­dym kro­ku skrzy­pia­ły na li­no­leum. Wło­sy za­kry­ła kra­cia­stą chust­ką, żeby dłu­gie ko­smy­ki nie prze­szka­dza­ły jej w czysz­cze­niu musz­li klo­ze­to­wych. Chust­ka za­kry­wa­ła też ma­leń­ką słu­chaw­kę w uchu, któ­ra łą­czy­ła ją z resz­tą świa­ta. Oprócz So­lve­igh Lang po po­ło­żo­nym na ubo­czu ko­ry­ta­rzu krę­ci­ła się tyl­ko garst­ka za­błą­ka­nych pa­sa­że­rów. Ko­ry­tarz biegł na po­zio­mie par­te­ru, łą­czył ze sobą dwa ter­mi­na­le i sta­no­wił jed­ną z ar­te­rii za­opa­trze­nio­wych lot­ni­ska. So­lve­igh za­mie­rza­ła wstrzyk­nąć w nią śmier­tel­ną tru­ci­znę, na­peł­nia­ją­cą nie­po­zor­ną bu­tel­kę ze środ­kiem czysz­czą­cym, opa­trzo­nym ety­kiet­ką „Mr Zinc Spray grey”. Z nie­przy­stęp­ną miną, utrzy­mu­jąc tem­po na tyle po­wol­ne, by zbyt­nią śla­ma­zar­no­ścią nie przy­cią­gnąć ni­czy­jej uwa­gi, skie­ro­wa­ła wó­zek w stro­nę ma­łej, po­śled­niej ślu­zy bez­pie­czeń­stwa, pro­wa­dzą­cej do stre­fy za­mknię­tej. Ślu­za od­gra­dza­ła nie­do­stęp­ne dla pa­sa­że­rów wnętrz­no­ści He­ath­row: ki­lo­me­try trans­por­tu­ją­cych ba­ga­że ta­śmo­cią­gów, mnó­stwo ko­ry­ta­rzy i pod­ziem­nych trak­tów, za­lud­nio­nych nie­wi­dzial­nym dla świa­ta per­so­ne­lem, utrzy­mu­ją­cym port lot­ni­czy przy ży­ciu.

Jak każ­de­go dnia w cią­gu ostat­nich dwóch ty­go­dni So­lve­igh przy­wi­ta­ła się z funk­cjo­na­riu­szem sto­ją­cym na bram­ce i oka­za­ła mu pod­ro­bio­ną le­gi­ty­ma­cję. Peł­nią­cy służ­bę pra­cow­nik ze­wnętrz­nej fir­my ochro­niar­skiej, pło­mien­no­ru­dy Ir­land­czyk z nad­wa­gą, na­zy­wał się Mark Kenw­ri­ght. Już pod­czas wstęp­ne­go te­stu Mark wy­róż­nił się na ko­rzyść; po­spie­szył jej z po­mo­cą, kie­dy od­gry­wa­jąc rolę mło­dej ko­bie­ty z wóz­kiem i nad­mier­ną ilo­ścią ba­ga­żu, zma­ga­ła się z cięż­kim ple­ca­kiem, któ­ry zsu­nął jej się z ra­mie­nia. Ba­nal­ne, ale sku­tecz­ne kry­te­rium wy­bo­ru „współ­pra­cow­ni­ka z wol­nej sto­py”, jak mó­wi­li. Pro­fil psy­cho­lo­gicz­ny funk­cjo­na­riu­sza wska­zy­wał na chęć nie­sie­nia po­mo­cy i otwar­tość na mniej­szo­ści et­nicz­ne. W ten spo­sób wpraw­dzie zy­skał sym­pa­tię So­lve­igh, ale jej przede wszyst­kim cho­dzi­ło o wy­ko­na­nie za­da­nia, nie mia­ła więc opo­rów, by wy­ko­rzy­stać jego uczyn­ność. Ty­dzień temu Mark prze­stał spraw­dzać jej wó­zek. Tym sa­mym roz­mi­nął się z prze­po­wie­dzia­nym przez psy­cho­lo­ga ter­mi­nem o dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Mark nie za­mie­rzał utrud­niać jej ży­cia bar­dziej niż to ko­niecz­ne. Z mi­łym uśmie­chem od­su­nął się na bok i prze­pu­ścił ją przez wy­kry­wacz me­ta­li. Bram­ka mil­cza­ła, po­nie­waż So­lve­igh nie mia­ła przy so­bie żad­nych me­ta­lo­wych przed­mio­tów; na wszel­ki wy­pa­dek zre­zy­gno­wa­ła na­wet z pa­ska. Za ślu­zą zgod­nie z ofi­cjal­nym zle­ce­niem przy­stą­pi­ła do zmy­wa­nia pod­ło­gi. Co ja­kiś czas prze­su­wa­ła wó­zek odro­bi­nę do przo­du i bra­ła się do na­stęp­ne­go od­cin­ka pod­ło­gi ze sztucz­ne­go two­rzy­wa. Wresz­cie znik­nę­ła z za­się­gu wzro­ku ochro­nia­rza. Upo­ra­nie się z tą czę­ścią ko­ry­ta­rza zaj­mo­wa­ło jej do­tych­czas oko­ło dwóch go­dzin. Dłu­żej niż jej po­przed­nicz­ce, ale nie na tyle dłu­go, by wzbu­dzić po­dej­rze­nia Kenw­ri­gh­ta. Do wy­ko­na­nia dzi­siej­szej mi­sji bę­dzie po­trze­bo­wa­ła do­kład­nie dwóch go­dzin i dzie­się­ciu mi­nut. Na­wet je­śli coś wzbu­dzi­ło nie­uf­ność straż­ni­ka, bę­dzie za póź­no. Ostat­ni raz upew­ni­ła się, że nikt za nią nie idzie, i uru­cho­mi­ła sto­per w ze­gar­ku na rękę. Wzię­ła wła­sny ze­ga­rek, dro­gi mę­ski mo­del, ale upar­ła się przy nim, bo to była pa­miąt­ka po dziad­ku, jej amu­let. Mo­gła so­bie po­zwo­lić na tę małą eks­tra­wa­gan­cję – na­le­ża­ła do naj­lep­szych w swym fa­chu. 00.00.10. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech. Czas start.

Rozdział 6

Frank­furt nad Me­nem, cen­tra­la kon­cer­nu Eu­ro­Bank

Dzień 1: po­nie­dzia­łek, 7 stycz­nia, godz. 9.44

Szef bez­pie­czeń­stwa ner­wo­wo krą­żył po po­ło­żo­nym na czter­dzie­stym pię­trze ga­bi­ne­cie, jak ty­grys w klat­ce wę­dru­jąc wzdłuż prze­szklo­nej fa­sa­dy i pró­bo­wał upo­rząd­ko­wać my­śli. Na czo­ło wy­stą­pi­ły mu pierw­sze kro­pel­ki potu. Wie­dział, że za parę mi­nut ko­szu­la przy­klei mu się do cia­ła. Co su­ge­ro­wał He­in­kel, mó­wiąc: „W koń­cu był pan ofi­ce­rem”? To oczy­wi­ste, że prze­ło­że­ni ocze­ki­wa­li od nie­go sa­mo­dziel­no­ści. Nie bę­dzie ła­two się wy­ka­zać. Owszem, słu­żył w woj­sku, na osta­tek w stop­niu ma­jo­ra eli­tar­nej jed­nost­ki KSK. Ale upadł, i to ni­sko. Kie­dy w cza­sie do­wo­dzo­nej przez nie­go ak­cji zgi­nę­ło ośmiu żoł­nie­rzy i czter­dzie­stu cy­wi­lów, jego ży­cie le­gło w gru­zach. Rzu­cił służ­bę, a żona wy­cią­gnę­ła kon­se­kwen­cje, o ja­kich na­po­my­ka­ła od lat. Każ­dej nocy bu­dził się zla­ny po­tem i przy­gnie­cio­ny cię­ża­rem winy. To była jego oso­bi­sta po­raż­ka. Spo­wo­do­wał śmierć nie­win­nych lu­dzi. Nie na woj­nie, ale pod­czas tak zwa­nej mi­sji po­ko­jo­wej. Nig­dy wię­cej nie po­wi­nien przej­mo­wać od­po­wie­dzial­no­ści za ludz­kie ży­cie. Nie on, czło­wiek prze­gra­ny. Mi­nę­ło wie­le lat, za­nim mógł pod­jąć ja­kąś pra­cę. Tyl­ko ko­niecz­ność pła­ce­nia ali­men­tów na rzecz dwój­ki dzie­ci spo­wo­do­wa­ła, że w koń­cu przy­jął po­sa­dę w Eu­ro­Ban­ku. Akta i e-ma­ile za­miast ka­ra­bi­nów i amu­ni­cji. Na tym sta­no­wi­sku miał do­cze­kać sta­ro­ści, dzię­ki nie­mu sfi­nan­so­wać stu­dia dzie­ci. Na­wet te­le­fo­nicz­ne ty­ra­dy mści­wej żony sta­ły się rzad­sze. A te­raz ja­kiś sza­le­niec mor­du­je pra­cow­ni­ków ban­ku. Co miał ro­bić? Spoj­rzał na ko­szu­lę, przez prze­siąk­nię­ty po­tem ma­te­riał prze­świ­ty­wa­ły siwe wło­sy na pier­si. Po­wi­nien wziąć zim­ny prysz­nic. W tym mo­men­cie do drzwi za­pu­ka­ła se­kre­tar­ka, wy­ry­wa­jąc go z za­du­my.

– Przy­szli pa­no­wie z BKA1 – za­po­wie­dzia­ła.

– Do­brze, niech wej­dą – wes­tchnął Paul i za­piął gu­zik ma­ry­nar­ki, by choć pro­wi­zo­rycz­nie za­ma­sko­wać atak potu.

Do środ­ka we­szło trzech męż­czyzn po cy­wil­ne­mu. Przed­sta­wi­li się: dwóch wi­ce­dy­rek­to­rów oraz do­wód­ca SO, czy­li Gru­py do Spraw Prze­stęp­czo­ści Cięż­kiej i Zor­ga­ni­zo­wa­nej. Ten ostat­ni po krót­kim po­wi­ta­niu prze­szedł wprost do rze­czy.

– Pa­nie Van­de­list, to, co zre­la­cjo­no­wał pan uprzed­nio przez te­le­fon, brzmi dość nie­po­ko­ją­co. Czy mógł­by pan bli­żej wpro­wa­dzić nas w sy­tu­ację?

Paul skwa­pli­wie speł­nił ich proś­bę. Może przy­najm­niej oni, jako za­wo­dow­cy wie­dzie­li, jak po­stę­po­wać. Kie­dy skoń­czył mó­wić, wrę­czył każ­de­mu sko­ro­szyt z ak­ta­mi oso­bo­wy­mi So­phie Bes­son i wy­dru­kiem e-ma­ila od szan­ta­ży­sty. Trzech naj­wyż­szych ran­gą po­li­cjan­tów Nie­miec się­gnę­ło bez sło­wa po ko­pie. Po­pro­si­li o pro­jek­tor i wy­ję­li z wa­liz­ki gru­by lap­top. Na wi­dok przed­po­to­po­we­go ru­pie­cia Paul zmarsz­czył czo­ło, ale funk­cjo­na­riusz, nie oglą­da­jąc się na nic, przy­stą­pił do łą­cze­nia sprzę­tu z pro­jek­to­rem. Pau­la ogar­nę­ło złe prze­czu­cie. Na­stęp­ne pięt­na­ście mi­nut zmi­trę­ży­li na pre­zen­ta­cję w Po­wer­Po­in­cie. Una­ocz­ni­li gro­żą­ce ban­ko­wi kon­se­kwen­cje: utwo­rze­nie szta­bu kry­zy­so­we­go, cał­ko­wi­te od­izo­lo­wa­nie ośrod­ka pra­so­we­go, po­wo­ła­nie me­ne­dże­ra kry­zy­so­we­go.

– Są fir­my do­rad­cze, wy­spe­cja­li­zo­wa­ne w tych spra­wach – po­in­for­mo­wał Klaus Sper­ber, pierw­szy z dwóch wi­ce­dy­rek­to­rów BKA.

Kuź­wa, oni na­praw­dę mają fo­lie w Po­wer­Po­in­cie przy­go­to­wa­ne na taki wy­pa­dek. Obłęd, po­my­ślał Paul, ale po­wstrzy­mał się przed wy­po­wie­dze­niem tego na głos. Fo­lie wy­glą­da­ły tak, jak­by skle­ci­ła je ja­kaś se­kre­tar­ka, prze­nie­sio­na za karę do ła­gru. Na nie­ska­zi­tel­nej po­wierzch­ni ekra­nu, w po­miesz­cze­niu na­gra­dza­nym za de­sign, pre­zen­ta­cja wy­da­wa­ła się to­por­na, nie­mal przed­po­to­po­wa. Po­li­cjan­tom jed­nak to naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dza­ło. Z dumą de­mon­stro­wa­li swo­je osią­gnię­cia. Pew­nie rok temu fo­lie były jesz­cze czar­no-bia­łe. Po oczach wa­li­ła ogrom­na czcion­ka, nie­zbęd­na, je­śli uży­wa­ło się pro­jek­to­rów sprzed dzie­się­ciu lat.

Kie­row­nik gru­py SO za­koń­czył swój wy­wód tak:

– Je­śli zdo­ła­my za­pa­no­wać nad sy­tu­acją, ist­nie­ją spo­re szan­se na po­zy­tyw­ne za­koń­cze­nie. Nie­mniej jed­nak nie będę ukry­wał, że szan­ta­żu tego ro­dza­ju jesz­cze nie mie­li­śmy.

– Oczy­wi­ście, wszyst­kie pro­po­zy­cje wdro­ży­my w peł­nym za­kre­sie – obie­cał Paul, ukrad­kiem spraw­dza­jąc dło­nią stan gru­czo­łów po­to­wych. Przy­najm­niej prze­sta­ło się z nie­go lać stru­ga­mi. Może jed­nak ist­nia­ło ja­kieś wyj­ście z tego im­pa­su. W koń­cu w grun­cie rze­czy to Sper­ber i jego ko­le­dzy po­no­si­li te­raz od­po­wie­dzial­ność, praw­da? Ale co tam­ten miał na my­śli, mó­wiąc o „szan­ta­żu tego ro­dza­ju”? Za­py­tał o to wprost, owi­ja­nie w ba­weł­nę było bez­ce­lo­we.

– Cóż – od­chrząk­nął Sper­ber, spo­koj­ny i roz­waż­ny męż­czy­zna o wą­skich ustach i ru­dych wą­sach. – W spra­wach zwią­za­nych z szan­ta­żo­wa­niem firm mamy ogól­nie rzecz bio­rąc wy­so­ki od­se­tek wy­kry­wal­no­ści. Chci­wość to naj­gor­szy mo­tyw prze­stęp­stwa, nie­mal za­wsze po­cią­ga za sobą błę­dy. Na­wią­za­nie kon­tak­tu i prze­ka­za­nie oku­pu to ide­al­ny mo­ment in­ter­wen­cji. Jed­nak w tym wy­pad­ku spraw­cy spra­wia­ją wra­że­nie wy­jąt­ko­wo prze­bie­głych. Po­mysł na ko­mu­ni­ko­wa­nie się za po­mo­cą oświe­tle­nia wie­żow­ców jest za­trwa­ża­ją­co nie­kon­wen­cjo­nal­ny. Po­nad­to mamy tu jesz­cze je­den pro­blem, któ­ry przy­spa­rza mi naj­wię­cej zmar­twień…

Paul za­go­to­wał się w środ­ku. Czy ten fa­cet nie może ga­dać pro­sto z mo­stu? Naj­chęt­niej obił­by mu tę zbla­zo­wa­ną gębę z wą­si­kiem, żeby wresz­cie prze­szedł do rze­czy. Wi­ce­dy­rek­tor Sper­ber cią­gnął da­lej, jak gdy­by nig­dy nic.

– Spra­wę kom­pli­ku­je to, że fir­mę z Nie­miec szan­ta­żu­je się za po­mo­cą za­bój­stwa po­peł­nio­ne­go w Pa­ry­żu. Śledz­two prze­kra­cza­ją­ce gra­ni­ce państw to nad­zwy­czaj­ne wy­zwa­nie, wy­ma­ga­ją­ce sko­or­dy­no­wa­nia pra­cy kra­jo­wych or­ga­nów ści­ga­nia. Ale je­ste­śmy na to przy­go­to­wa­ni, jako wy­słan­nik In­ter­po­lu za­mie­rzam na­tych­miast skon­tak­to­wać się z ko­le­ga­mi w Pa­ry­żu.

– Pro­szę po­wie­dzieć, pa­nie Van­der­list – włą­czył się do­wód­ca SO. – Ilu za­trud­nio­nych li­czy pań­ski bank? Osiem­dzie­siąt ty­się­cy?

– Oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu ty­się­cy na ca­łym świe­cie.

– To mniej niż są­dzi­łem, ale nie­ste­ty wciąż zbyt wie­lu: nie je­ste­śmy w sta­nie zro­bić prak­tycz­nie nic dla bez­pie­czeń­stwa pra­cow­ni­ków. Nie da się efek­tyw­nie chro­nić tylu po­ten­cjal­nych ofiar za­ma­chu. Jak­kol­wiek bru­tal­nie to za­brzmi: jako że w chwi­li obec­nej nie ma stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że mor­der­stwo So­phie Bes­son idzie na kon­to szan­ta­ży­stów, nie po­zo­sta­je nam nic in­ne­go, jak cze­kać, aż ude­rzą po­now­nie. Może to wszyst­ko to tyl­ko okrut­ny zbieg oko­licz­no­ści.

– Sko­ro tak pan uwa­ża… – wes­tchnął z po­wąt­pie­wa­niem Paul. – Za wszel­ką cenę nie mo­że­my do­pu­ścić do wy­bu­chu pa­ni­ki wśród pra­cow­ni­ków. Za­kła­dam, że mogę li­czyć na dys­kre­cję?

– Oczy­wi­ście – za­pew­nił go do­wód­ca SO. – Po­wie­rzy­my spra­wę naj­lep­sze­mu czło­wie­ko­wi, ja­kie­go mamy: kie­ro­wa­nie szta­bem kry­zy­so­wym przej­mie Ulrich Tho­ma. Ma duże do­świad­cze­nia w spra­wach szan­ta­żo­wa­nia przed­się­biorstw, jego kom­pe­ten­cje są nie­pod­wa­żal­ne – oświad­czył, dźwi­ga­jąc się z wy­god­ne­go skó­rza­ne­go fo­te­la. Wy­cią­gnął rękę na po­że­gna­nie i po­pa­trzył Pau­lo­wi pro­sto w oczy. – Zro­bi­my, co w na­szej mocy, pa­nie Van­der­list. Ma pan na to moje sło­wo.

Paul po­czuł, jak kieł­ku­je w nim na­dzie­ja: Ulrich Tho­ma był zna­ną po­sta­cią. Parę lat temu od­niósł wiel­ki suk­ces, roz­wią­zu­jąc spra­wę szan­ta­żu pew­ne­go kon­cer­nu spo­żyw­cze­go. Pa­mię­tał, że hi­sto­ria ta za­koń­czy­ła się po­myśl­nie. Kurs ak­cji kon­cer­nu nie­mal bez szwan­ku po­ko­nał per­tur­ba­cje, a spraw­ców po­sła­no za krat­ki.

– Dzię­ku­ję, że pa­no­wie przy­szli. Li­czę, że pan Tho­ma nie­zwłocz­nie skon­tak­tu­je się ze mną.

Kie­dy funk­cjo­na­riu­sze opu­ści­li biu­ro, Paul opadł na krze­sło i roz­piął ma­ry­nar­kę. Ko­szu­la już nie­mal wy­schła. Tho­ma bę­dzie wie­dział, co ro­bić. Był pro­fe­sjo­na­li­stą. Roz­my­śla­nia prze­rwa­ło mu pu­ka­nie do drzwi. W drzwiach sta­nął Klaus Sper­ber, wi­ce­dy­rek­tor BKA.

– Prze­pra­szam, zo­sta­wi­łem pió­ro – ode­zwał się, ki­wa­jąc gło­wą w stro­nę sto­łu kon­fe­ren­cyj­ne­go, na któ­rym le­ża­ło wiecz­ne pió­ro, za­pew­ne kosz­tow­ne.

– Nic się nie sta­ło – za­pro­sił go do środ­ka Paul.

Sper­ber wło­żył pió­ro do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, ale nie kwa­pił się do wyj­ścia. Sta­nął przed jego biur­kiem.

– Pa­nie Van­der­list, nie by­łem cał­kiem uczci­wy wo­bec pana, ale zro­zu­mie pan, że nie mo­głem przy­znać przed ko­le­ga­mi tego, co chcę panu po­wie­dzieć.

– Do cze­go pan zmie­rza? – za­py­tał Paul, za­nie­po­ko­jo­ny to­nem urzęd­ni­ka. Nie­mal na­tych­miast na czo­ło wy­stą­pi­ły mu kro­pel­ki potu.

– Uka­za­li­śmy współ­pra­cę eu­ro­pej­skich or­ga­nów ści­ga­nia jako po­waż­ne wy­zwa­nie. Praw­da jest taka, że ten szan­taż to kosz­mar dla ca­łej Eu­ro­py i pre­ce­dens dla ini­cja­ty­wy stwo­rze­nia po­nad­pań­stwo­wych or­ga­nów ści­ga­nia. Niem­cy i Wiel­ka Bry­ta­nia sta­ra­ją się o to od po­nad dzie­się­ciu lat. – Za­wie­sił na chwi­lę głos. – Chcę być wo­bec pana szcze­ry: nie je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na ta­kie prze­stęp­stwo. A już naj­mniej In­ter­pol, z jego pię­ciu­set funk­cjo­na­riu­sza­mi, któ­rzy zaj­mu­ją się głów­nie ter­ro­ry­zmem i prze­my­tem nar­ko­ty­ków.

W Pau­lu, po­cząt­ko­wo uskrzy­dlo­nym na­dzie­ją, za­czę­ło na­ra­stać po­czu­cie bez­rad­no­ści. Żo­łą­dek ści­skał mu się co­raz bar­dziej. Za­piął z po­wro­tem ma­ry­nar­kę. To nie­moż­li­we. Unia Eu­ro­pej­ska ist­nia­ła prze­cież od pięt­na­stu lat. Prze­łknął śli­nę.

– Pan mówi po­waż­nie?

– Nie­ste­ty tak – od­parł Sper­ber. – Dziś bez naj­mniej­szej kon­tro­li może pan od­być po­dróż z Hel­si­nek na Sy­cy­lię, ale za­nim skoń­czę wy­peł­niać pa­pie­ry, po­trzeb­ne, by sztur­mem za­jąć miesz­ka­nie w po­łu­dnio­wej Fran­cji, spraw­ca tym­cza­sem wy­bu­du­je so­bie dom na dru­gim krań­cu Eu­ro­py. Na­wet mnie tyl­ko w wy­jąt­ko­wych sy­tu­acjach wol­no prze­kro­czyć gra­ni­cę z bro­nią służ­bo­wą. Taka jest rze­czy­wi­stość, pro­szę pana. Po­li­tycz­na rze­czy­wi­stość, do­dam. Wła­dze po­li­cyj­ne nie­ustan­nie pra­cu­ją nad udo­sko­na­le­niem współ­pra­cy z ko­le­ga­mi za gra­ni­cą. I owszem, mo­że­my wy­ka­zać się pew­ny­mi suk­ce­sa­mi, jed­nak nie­mal wy­łącz­nie w wy­pad­ku ope­ra­cji pla­no­wa­nych z du­żym wy­prze­dze­niem. Szyb­kość nie jest na­szą moc­ną stro­ną w Eu­ro­pie, a aku­rat ona ma za­sad­ni­cze zna­cze­nie w spra­wach szan­ta­żu. Za­pew­niam pana, że zmo­bi­li­zu­je­my wszyst­kie do­stęp­ne siły, otrzy­ma pan wszel­kie wspar­cie, ja­kie tyl­ko bę­dzie moż­li­we.

Paul wpa­try­wał się nie­go z osłu­pie­niem.

– A co, pana zda­niem, po­win­ni­śmy te­raz zro­bić?

– Pro­szę po­słu­chać, pa­nie Van­der­list, nie wol­no mi tego mó­wić i ofi­cjal­nie te sło­wa nig­dy nie pa­dły. Je­stem tak samo prze­ra­żo­ny jak pan. Nie wiem, czy ta spra­wa speł­nia nie­zbęd­ne kry­te­ria, nikt z nas tego nie wie, ale ra­dził­bym zwró­cić się do Urzę­du Kanc­ler­skie­go. Dok­tor He­in­kel nie bę­dzie miał trud­no­ści z do­tar­ciem do pani kanc­lerz.

Paul nie miał po­ję­cia, o co mu cho­dzi.

– A co to da?

– Niech pan nie pyta, tyl­ko zro­bi, co mó­wię. Sam fakt, że panu to po­ra­dzi­łem, może kosz­to­wać mnie sto­łek. Pro­szę mi za­ufać. Uznaj­my, że ta roz­mo­wa nig­dy się nie od­by­ła. Ży­czę szczę­ścia, pa­nie Van­der­list, bę­dzie panu po­trzeb­ne – po­że­gnał się i po raz dru­gi uści­snął mu rękę.

Rozdział 7

Lon­dyn, port lot­ni­czy He­ath­row

Dzień 1: po­nie­dzia­łek, 7 stycz­nia, godz. 9.45

Kie­dy So­lve­igh Lang zna­la­zła się poza za­się­giem wzro­ku straż­ni­ka, ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nie po­miesz­cze­nia ozna­czo­ne­go nu­me­rem 01.20.213, w któ­rym ukry­to dla niej sprzęt. Neu­ro­tok­sy­nę sama prze­szmu­glo­wa­ła w jed­nym z opa­ko­wań po środ­ku czysz­czą­cym, jed­nak w prze­bra­niu sprzą­tacz­ki nie mo­gła­by się swo­bod­nie po­ru­szać po wszyst­kich stre­fach. Zna­la­zł­szy nie­wiel­ki scho­wek, za­mknę­ła za sobą drzwi i za­pa­li­ła świa­tło. We­wnątrz pa­no­wał za­duch, śmier­dzia­ło ku­rzem z za­pcha­ne­go wor­ka do od­ku­rza­cza. Węch był naj­bar­dziej wy­ostrzo­nym zmy­słem So­lve­igh. Wy­ła­wia­ła wszyst­kie za­pa­chy, na­wet te naj­bar­dziej ulot­ne, le­d­wie wy­czu­wal­ne. Nad­wraż­li­we po­wo­nie­nie było jed­no­cze­śnie bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem. Od­ru­cho­wo się­gnę­ła do kie­sze­ni spodni, gdzie trzy­ma­ła mały po­jem­ni­czek z ma­ścią. Roz­glą­da­jąc się po kan­tor­ku, wtar­ła w gór­ną war­gę nie­co prze­zro­czy­stej sub­stan­cji. Men­tol i kam­fo­ra za­bi­ły nie­przy­jem­ny fe­tor, po­jem­ni­czek po­wę­dro­wał z po­wro­tem do kie­sze­ni. Na we­wnętrz­nej stro­nie drzwi zgod­nie z usta­le­nia­mi wi­siał czer­wo­ny kom­bi­ne­zon wraz z kil­ko­ma pro­sty­mi na­rzę­dzia­mi, któ­re mo­gły­by za­alar­mo­wać wy­kry­wacz me­ta­li w ślu­zie. Naj­pierw jed­nak mu­sia­ła za­mel­do­wać się u Eddy’ego; pew­nie już się mar­twił.

– Je­stem w środ­ku – wy­szep­ta­ła, roz­bie­ra­jąc się jed­no­cze­śnie.

– Przy­ją­łem – pa­dła krót­ka od­po­wiedź.

Naj­pierw przy­mo­co­wa­ła do bio­der i ra­mion po­dusz­ki z gąb­ki, któ­re optycz­nie do­da­ły jej do­bre pięt­na­ście kilo. Wpraw­dzie wąt­pli­we, by ktoś ją roz­po­znał, ale drob­na po­stu­ra nie pa­so­wa­ła do jej no­wej roli. Wbi­ła się w pa­skud­ny czer­wo­ny kom­bi­ne­zon, za­ło­ży­ła buty i od­bla­sko­wą ka­mi­zel­kę, po czym opa­sa­ła się pa­skiem z ra­dio­te­le­fo­nem, ja­kich uży­wa­no na lot­ni­sku. Wzię­ła z wóz­ka bu­tel­kę z pły­nem do pod­łóg „Mr Zinc Spray grey” i umie­ści­ła ją w kie­sze­ni na łyd­ce. Bro­ni pal­nej nie mia­ła – He­ath­row aż tak bar­dzo nie uła­twi­ło im za­da­nia – ale prze­cież nie za­mie­rza­ła do ni­ko­go strze­lać. W ra­zie po­trze­by mo­gła po­słu­żyć się cięż­kim klu­czem, któ­ry znaj­do­wał się wśród na­rzę­dzi.

Rzu­ciw­szy ostat­nie kon­tro­l­ne spoj­rze­nie na nowe prze­bra­nie, opu­ści­ła scho­wek i uniesz­ko­dli­wi­ła za­mek za po­mo­cą spe­cjal­ne­go żelu: w cią­gu paru mi­nut gęst­niał na ka­mień. Nikt nie bę­dzie wsz­czy­nał alar­mu z po­wo­du ze­psu­tych drzwi do schow­ka, ale po­rzu­co­ny wó­zek sprzą­tacz­ki to już zu­peł­nie inna spra­wa.

Nie po­włó­czy­ła już no­ga­mi jak oso­ba w po­de­szłym wie­ku; do­sto­so­wa­ła krok do no­wej roli. Ma­sze­ro­wa­ła te­raz pew­nym sie­bie, za­ma­szy­stym kro­kiem. Prze­mie­rzyw­szy ko­lej­ny ko­ry­tarz, otwo­rzy­ła drzwi, za któ­ry­mi znaj­do­wa­ły się ta­śmo­cią­gi. Ude­rzył w nią ogłu­sza­ją­cy ha­łas: ze­wsząd do­bie­gał tur­kot ro­lek i brzęk me­ta­lu, z ja­kim sor­tow­nik po­sy­łał wa­liz­ki do miej­sca prze­zna­cze­nia. Nie zwa­ża­jąc na to, ru­szy­ła pręd­ko w stro­nę ter­mi­na­lu 3 – nie­da­le­ko nie­go znaj­do­wał się jej wła­ści­wy cel. Nikt jej nie za­cze­piał, bo i cze­mu? Kogo z ter­mi­na­lu 1 ob­cho­dził per­so­nel na­ziem­ny z T3? Po czer­wo­nym kom­bi­ne­zo­nie ła­two było od­gad­nąć jej przy­na­leż­ność. Zgod­nie z gra­fi­kiem, któ­ry uda­ło jej się zdo­być w za­ska­ku­ją­co pro­sty spo­sób, ter­mi­na­le czę­sto wy­mie­nia­ły się za­ło­gą, więc obec­ność So­lve­igh Lang ni­ko­go tu nie dzi­wi­ła. Tyl­ko raz w cią­gu pra­wie trzy­ki­lo­me­tro­we­go mar­szu zo­sta­ła po­pro­szo­na o po­moc przez zde­spe­ro­wa­ne­go ko­le­gę, któ­ry usi­ło­wał roz­dzie­lić dwie scze­pio­ne de­ski snow­bo­ar­do­we. Ocho­czo po­spie­szy­ła mu z po­mo­cą, uśmie­cha­jąc się przy­jaź­nie. Fa­cet pach­niał ta­nim dez­odo­ran­tem, któ­ry pew­nie pro­mo­wa­no szum­ną na­zwą „mor­ska bry­za” albo „świe­ża wi­tal­ność”. Mimo nie­prze­wi­dzia­ne­go in­cy­den­tu So­lve­igh mie­ści­ła się w cza­sie. Do­tarł­szy do ter­mi­na­lu 3, otwo­rzy­ła kla­pę wą­skie­go szy­bu i ze­szła o pię­tro ni­żej, do pod­zie­mi pod bu­dyn­kiem. Te­raz bę­dzie cie­ka­wie, po­my­śla­ła So­lve­igh Lang. W tym miej­scu koń­czy­ła się dro­bia­zgo­wo za­pla­no­wa­na część ope­ra­cji. Pla­ny szy­bów za­opa­trze­nio­wych lot­ni­ska pod­le­ga­ły tak ści­słym ry­go­rom taj­no­ści, że Eddy nie zdo­łał ich zdo­być mimo in­ten­syw­nych sta­rań. Za­su­nę­ła za sobą właz i włą­czy­ła la­tar­kę, kie­dy ką­tem oka, na skra­ju pola wi­dze­nia, do­strze­gła roz­my­ty cień. Go­rącz­ko­wo się­gnę­ła po ve­ra­pa­mil. So­lve­igh od wie­lu lat cier­pia­ła na rzad­ką cho­ro­bę. Cie­nie w polu wi­dze­nia były zwia­stu­na­mi świ­dru­ją­ce­go bólu gło­wy i wła­śnie za­czę­ły plą­sać w le­wym oku. Po­łknę­ła ta­blet­kę, osu­nę­ła się po szorst­kiej ścia­nie i znie­ru­cho­mia­ła w kuc­ki. Kla­ste­ro­we bóle gło­wy – brzmia­ła peł­na dia­gno­za, okre­śla­ją­ca przy­pa­dłość, po­ja­wia­ją­cą się znie­nac­ka co parę ty­go­dni. Nie­któ­rzy le­ka­rze twier­dzi­li, że nie­mal pa­to­lo­gicz­ny zmysł po­wo­nie­nia So­lve­igh sta­no­wił kon­se­kwen­cję tej cho­ro­by. Inni – że jej przy­czy­nę. Tak czy in­a­czej, dzię­ki spro­wa­dza­nym ze Sta­nów le­kom, któ­re le­karz prze­pi­sy­wał jej za nie­ma­łe pie­nią­dze, pa­no­wa­ła ja­koś nad cho­ro­bą. Ve­ra­pa­mil sto­so­wa­no pier­wot­nie w scho­rze­niach ser­ca, ale po­ma­gał rów­nież pa­cjen­tom cier­pią­cym na bóle gło­wy, w tym tak­że jej, nie­mal za­wsze. Po­czu­ła z ulgą, jak che­micz­ny młot usu­wa cie­nie. Przez parę mi­nut tkwi­ła jesz­cze nie­ru­cho­mo z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Jesz­cze tyl­ko chwi­lę. W koń­cu mu­sia­ła się po­zbie­rać. Eddy i po­zo­sta­li nie wie­dzie­li o jej ma­łym pro­ble­mie, i tak mia­ło po­zo­stać. Dźwi­gnę­ła się na nogi i wą­skim sno­pem la­tar­ki omio­tła ścia­ny szy­bu, peł­ne prze­wo­dów i rur.

– Punkt 10 – zgło­si­ła. – Co da­lej?

– Zgod­nie z li­stą za­mó­wień firm do­star­cza­ją­cych to­wa­ry i świad­czą­cych usłu­gi dla lot­ni­ska, w two­jej stre­fie jest pu­sto, to zna­czy, że nikt nie po­wi­nien ci prze­szko­dzić. Prze­łą­czam cię do Mu­ra­ta, ma na li­nii Czar­ne­go Niedź­wie­dzia.

Czar­ny Niedź­wiedź był we­wnętrz­nym kryp­to­ni­mem in­ży­nie­ra, któ­ry pro­jek­to­wał sys­tem kli­ma­ty­za­cji lot­ni­ska He­ath­row. Wia­do­mość Eddy’ego ozna­cza­ła, że in­ży­nier szedł na współ­pra­cę, a to do­bry znak. So­lve­igh za­czę­ła się po­cić. Gdzieś w po­bli­żu mu­siał się znaj­do­wać sil­nik na­wie­wu, w szy­bie pa­no­wa­ło nie­mi­ło­sier­ne go­rą­co. Rę­ka­wem kom­bi­ne­zo­nu otar­ła pot z czo­ła.

– Mu­rat, tu So­lve­igh. Da­waj, co tam masz.

Se­kun­dę po­tem usły­sza­ła w słu­chaw­ce drżą­cy głos Czar­ne­go Niedź­wie­dzia. Głos ra­czej mało niedź­wie­dzi, po­my­śla­ła, stro­fu­jąc w du­chu Mu­ra­ta, któ­ry pew­nie przy­ło­żył nie­bo­ra­ko­wi pi­sto­let do skro­ni.

– Sys­te­my… są za­pro­jek­to­wa­ne roz­łącz­nie. – Roz­mów­ca od­chrząk­nął. – Ale jest pani jesz­cze za da­le­ko. Musi pani do­trzeć co naj­mniej do gro­dzi z nu­me­rem T3-AC-0107. Do­pie­ro tam sys­tem awa­ryj­ny prze­bie­ga rów­no­le­gle do sys­te­mu ter­mi­na­lo­we­go.

Klnąc pod no­sem, So­lve­igh brnę­ła na ko­la­nach przez wą­ski ka­nał, za­trzy­my­wa­ła się przy każ­dym wła­zie i spraw­dza­ła czas. Za­czy­na­ło się ro­bić póź­no, po­my­śla­ła, zwłasz­cza je­śli ma się stąd w porę wy­do­stać, i w tym mo­men­cie usły­sza­ła gdzieś za sobą skro­ba­nie me­ta­lu. In­stynk­tow­nie po­ję­ła, że do­ku­men­ty firm ser­wi­so­wych mu­sia­ły być nie­kom­plet­ne. Więc jed­nak prze­pro­wa­dza­no ja­kieś pra­ce na in­sta­la­cji. Była w po­trza­sku. Na ile po­zwa­la­ła na to cia­sno­ta, ob­ró­ci­ła się i wy­cią­gnę­ła klucz z kie­sze­ni kom­bi­ne­zo­nu.

– Eddy, wy­wal Mu­ra­ta z li­nii, mamy pro­blem – wy­szep­ta­ła.

– Jaki? – za­py­tał krót­ko.

– Ktoś tu jest, tuż za mną – wy­dy­sza­ła.

– Zli­kwi­do­wać, tyl­ko po ci­chu – włą­czył się zna­jo­my, spo­koj­ny głos, wy­da­jąc jej pre­cy­zyj­ną in­struk­cję.

Bar­dzo śmiesz­ne, skwi­to­wa­ła w du­chu So­lve­igh. Bro­ni, któ­ra mo­gła na­ro­bić ha­ła­su, i tak ze sobą nie mia­ła. Wci­snę­ła się w róg i wy­łą­czy­ła la­tar­kę. Za­pa­dła kom­plet­na ciem­ność. Nad jej gło­wą ze zgrzy­tem otwo­rzy­ła się kla­pa. Ośle­pi­ło ją na­głe ja­skra­we świa­tło, oczy z tru­dem przy­zwy­cza­ja­ły się do ja­sno­ści. O wie­le gor­szy od świa­tła był za­pach, któ­ry wio­nął jej w noz­drza – od­ra­ża­ją­ca mie­sza­ni­na smro­du sta­re­go potu i nie­my­tych wło­sów. Dzie­sią­ty nerw czasz­ko­wy, któ­re­go na­zwę do­brze zna­ła z po­wo­du nad­wraż­li­wo­ści po­wo­nie­nia, wy­sy­łał sil­ne im­pul­sy do jej prze­ły­ku. Nie zdradź się, So­lve­igh, jesz­cze nie te­raz. Zma­ga­ła się z od­ru­chem wy­miot­nym, aż ne­rvus va­gus wresz­cie po­słu­chał jej roz­ka­zów. Obrzy­dli­wy smród wpraw­dzie się nie ulot­nił, lecz na­wet się na­si­lił, ale wy­dzie­la­ją­cy go fa­cet przy­najm­niej nie na­pa­to­czy się na rzy­ga­ją­cą nie­spo­dzian­kę.

We wła­zie po­ja­wił się but i za­czął po omac­ku szu­kać pierw­sze­go szcze­bla krót­kiej dra­bin­ki na ścia­nie szy­bu. Mu­sia­ła na­tych­miast po­wziąć de­cy­zję. Czy tech­nik był sam? Ra­czej tak – w tle sły­sza­ła ci­chą mu­zy­kę, gra­ło ra­dio. Przy­niósł je ze sobą, by tro­chę ro­ze­rwać się przy pra­cy. So­lve­igh po­sta­no­wi­ła za­ry­zy­ko­wać. Chwy­ci­ła za nogę i po­cią­gnę­ła z ca­łej siły. Za­ata­ko­wa­ny nie zna­lazł opar­cia i ru­nął w dół jak ka­mień. Nie tyl­ko prze­ra­ża­ją­co śmier­dział, ale w do­dat­ku był cięż­ki jak cho­le­ra, po­my­śla­ła, kie­dy jej drob­ne cia­ło przy­gniótł ol­brzy­mi cię­żar męż­czy­zny. Mu­sia­ła za­dzia­łać, za­nim tam­ten od­zy­ska ja­sność my­śle­nia. Po­nie­waż le­żał na niej, nie mia­ła wiel­kie­go wy­bo­ru. Owi­nę­ła ra­mie­niem jego szy­ję i przy­du­si­ła krtań, szep­cząc mu do ucha:

– Je­śli zro­bisz, co mó­wię, nic ci się nie sta­nie. Ani mru-mru, okej?

Wstrzy­ma­ła od­dech, żeby nie czuć odo­ru prze­tłusz­czo­nych wło­sów. Po­nie­waż nie otrzy­ma­ła od­po­wie­dzi, zwięk­szy­ła na­cisk, aż wy­czu­ła le­d­wie uchwyt­ne ski­nie­nie gło­wą. Po­wo­li po­luź­ni­ła uchwyt, by w ra­zie po­trze­by, je­śli­by fa­cet pró­bo­wał wo­łać po­mo­cy, przy­du­sić po­now­nie. Nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło, więc zsu­nę­ła z sie­bie ciel­sko i przy­klę­kła obok. Był gru­by i miał na­la­ną twarz, pa­trzył na So­lve­igh z lę­kiem. Ką­tem oka za­uwa­ży­ła, że nie­po­rad­nie grze­bie w kie­sze­ni spodni.

– Na­wet o tym nie myśl – ostrze­gła go. Bły­ska­wicz­nie za­mie­rzy­ła się klu­czem i jed­nym pre­cy­zyj­nym cio­sem w czo­ło po­sła­ła tech­ni­ka do kra­iny snów. W kie­sze­ni, w któ­rej grze­bał, zna­la­zła te­le­fon ko­mór­ko­wy. Tak jak my­śla­łam, stwier­dzi­ła i spraw­dzi­ła wy­bra­ne ostat­nio nu­me­ry. Ostat­nie po­łą­cze­nie było po­nad go­dzi­nę temu, a za­tem nie zdą­żył ni­ko­go za­alar­mo­wać. Do­brze. Wpraw­dzie go­ścia po­twor­nie bę­dzie bo­lał łeb, ale prze­ży­je. Wła­śnie dla­te­go nie ude­rzy­ła go w skroń – taki cios mógł się źle skoń­czyć. Zwy­kły ból gło­wy nie wy­wo­ły­wał u So­lve­igh na­wet uśmie­chu po­li­to­wa­nia.

Jed­nym spoj­rze­niem na ze­wnątrz upew­ni­ła się, że męż­czy­zna był sam. Jak okiem się­gnąć ani ży­wej du­szy. So­lve­igh ode­tchnę­ła głę­bo­ko i wy­nu­rzy­ła się z otwo­ru, by po­zbie­rać po­zo­sta­wio­ne przez tech­ni­ka na­rzę­dzia, po czym po­now­nie znik­nę­ła w ciem­no­ści szy­bu, za­mknąw­szy za sobą właz. Zwią­za­ła męż­czy­znę jego wła­sny­mi sznu­rów­ka­mi i we­tknę­ła mu w usta kne­bel z ka­wał­ka gąb­ki, a po­tem ru­szy­ła da­lej, by do­koń­czyć mi­sję. Jej mózg za­re­ago­wał od­ru­chem wy­miot­nym na opa­da­ją­ce na­pię­cie. Nę­ka­na przez mdło­ści czoł­ga­ła się da­lej, prze­kli­na­jąc raz po raz swo­ją przy­pa­dłość.

Do­tar­ła do celu trzy­dzie­ści czte­ry mi­nu­ty przed cza­sem. Zo­sta­ło jej do­bre pół go­dzi­ny, nie­zbyt dużo, ale jesz­cze mo­gła zdą­żyć. Pew­ną ręką od­krę­ci­ła na­kręt­kę bu­tel­ki „Mr Zinc Spray grey” i wy­ję­ła z niej nie­du­żą am­puł­kę, opa­trzo­ną czer­wo­ną ety­kiet­ką ostrze­ga­ją­cą przed śmier­tel­nie tru­ją­cą za­war­to­ścią. Do­łą­czo­ny do niej pro­sty ti­mer był wstęp­nie skon­fi­gu­ro­wa­ny. Zgod­nie z in­struk­cją Czar­ne­go Niedź­wie­dzia mi­nia­tu­ro­wym wier­tłem zro­bi­ła otwór w ozna­ko­wa­nej fio­le­to­wym ko­lo­rem rur­ce in­sta­la­cji kli­ma­ty­za­cyj­nej wie­ży kon­tro­li lo­tów i umo­co­wa­ła po­jem­nik tak, by nie był wi­docz­ny z wierz­chu. Na ko­niec ak­ty­wo­wa­ła che­micz­ny ze­gar, któ­ry nie­za­wod­nie za­cznie uwal­niać sub­stan­cję za pół go­dzi­ny, z do­kład­no­ścią do pię­ciu mi­nut. Zo­sta­ło jej dwa­dzie­ścia pięć mi­nut, za­nim wszę­dzie za­pa­nu­je cha­os.

Do­kład­nie dwa­dzie­ścia trzy mi­nu­ty póź­niej So­lve­igh Lang w uni­for­mie ste­war­de­sy li­nii lot­ni­czych Vir­gin Atlan­tic opu­ści­ła ter­mi­nal 3 i ode­tchnę­ła po­wie­trzem prze­sy­co­nym wo­nią pa­li­wa lot­ni­cze­go. Lu­bi­ła ten za­pach, przy­wo­dził jej na myśl obiet­ni­cę da­le­kie­go świa­ta. Jed­nak tego dnia z He­ath­row już nikt nie miał wy­ru­szyć w świat. Z dala od zgieł­ku bu­dyn­ku opar­ła się o be­to­no­wą ba­rier­kę i otwo­rzy­ła pusz­kę coli li­ght. Piła po­spiesz­nie, zim­ny mu­su­ją­cy na­pój koił jej wy­su­szo­ne gar­dło. Za­spo­ko­iw­szy pra­gnie­nie, spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Pora iść. Dzie­więć mi­nut póź­niej wie­ża kon­tro­li lo­tów ogło­si­ła alarm.

Rozdział 8

Am­ster­dam, port lot­ni­czy Schi­phol

Dzień 1: po­nie­dzia­łek, 7 stycz­nia, godz. 14.00

Za­le­d­wie pół­to­rej go­dzi­ny po roz­mo­wie z przed­sta­wi­cie­la­mi BKA Paul Van­der­list le­ciał fir­mo­wym od­rzu­tow­cem Eu­ro­Ban­ku do Am­ster­da­mu. Kie­dy pi­lot po­sa­dził ma­szy­nę na lot­ni­sku Schi­phol, lało jak z ce­bra. Pry­wat­ny sa­mo­lot zo­stał od­pra­wio­ny w osob­nym ter­mi­na­lu, z dala od stre­fy pa­sa­że­rów, dzię­ki cze­mu już po dzie­się­ciu mi­nu­tach Paul mknął czar­ną li­mu­zy­ną w stro­nę śród­mie­ścia. Ze słów szo­fe­ra wy­ni­ka­ło, że po­win­ni do­trzeć pod ad­res w Am­stel Bu­si­ness Park za ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć mi­nut. Pod­czas gdy kie­row­ca, prze­dzie­ra­jąc się przez duży ruch, usi­ło­wał nad­ro­bić tro­chę cza­su, Paul zma­gał się ze wspo­mnie­nia­mi i daw­ny­mi emo­cja­mi. Nie mógł po­zwo­lić, by prze­szłość nad nim za­pa­no­wa­ła. Nie upo­rał się jesz­cze z na­wie­dza­ją­cy­mi go ob­ra­za­mi, ich strzęp­ki wciąż po­ka­zy­wa­ły mu się przed ocza­mi. I nadal prze­śla­do­wa­ły go uciąż­li­we ata­ki potu – ostat­ni tuż przed wy­lą­do­wa­niem. Jed­nak na ogół ja­koś nad sobą pa­no­wał. Mo­bi­li­zo­wa­ło go to, że nie było żad­ne­go in­ne­go roz­wią­za­nia w od­nie­sie­niu do pra­cow­ni­ków Eu­ro­Ban­ku. Gdzie spraw­cy ude­rzą na­stęp­nym ra­zem? Na gieł­dzie w Sztok­hol­mie? Może w ja­kiejś pro­win­cjo­nal­nej fi­lii, gdzieś mię­dzy Chem­nitz a Kau­fbeu­ren? W sa­mych Niem­czech mie­li po­nad 600 od­dzia­łów. Miecz Da­mo­kle­sa wi­siał nad każ­dym pra­cow­ni­kiem ban­ku. Roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na z re­fe­ren­tem pani kanc­lerz na­tchnę­ła Pau­la nową na­dzie­ją. Urzęd­nik wpraw­dzie dość męt­nie roz­wo­dził się na te­mat „moż­li­wej po­mo­cy”, ale w uszach Van­der­li­sta na­wet owe mgli­ste za­pew­nie­nia za­brzmia­ły o wie­le bar­dziej obie­cu­ją­co niż cała roz­mo­wa z pa­na­mi z BKA. Wy­jazd do Am­ster­da­mu otwie­rał przed nim moż­li­wość umknię­cia przed roz­pa­lo­ną at­mos­fe­rą frank­furc­kiej cen­tra­li. A może po pro­stu od­czu­wał ulgę, że może uchy­lić się od od­po­wie­dzial­no­ści? Przed wy­lo­tem po­wie­rzył za­da­nie utwo­rze­nia szta­bu kry­zy­so­we­go swe­mu za­stęp­cy, a tak­że za­an­ga­żo­wał ze­wnętrz­ne­go do­rad­cę, wy­spe­cja­li­zo­wa­ne­go w szan­ta­żach. Czy obar­czył ich zbyt wiel­kim cię­ża­rem? Nie, roz­trop­ny i opa­no­wa­ny Hen­rik o wie­le le­piej od nie­go nada­wał się na sze­fa szta­bu. Paul opadł na obi­te dro­gą skó­rą opar­cie i ode­tchnął głę­bo­ko. Prze­cież ro­bił, co się dało, by za­że­gnać ten kry­zys, czyż nie? „Moż­li­wa po­moc” oka­za­ła się na ra­zie tyl­ko ad­re­sem, któ­ry ku­rier Urzę­du Kanc­ler­skie­go prze­ka­zał mu na lot­ni­sku we Frank­fur­cie. Co się pod nim kry­ło? Dla­cze­go nie­miec­cy po­li­ty­cy ro­bi­li z tego taką ta­jem­ni­cę? Na prze­kór drę­czą­cym go de­mo­nom prze­szło­ści po­czuł, jak bu­dzi się w nim cie­ka­wość.

Kie­dy do­tar­li pod ta­jem­ni­czy ad­res, ka­zał się za­wieźć dwie prze­czni­ce da­lej. Chciał na zim­no wy­ro­bić so­bie ogląd sy­tu­acji. Pie­szo skie­ro­wał się w stro­nę ano­ni­mo­we­go bu­dyn­ku biu­ro­we­go z be­to­nu i szkła. Mógł się znaj­do­wać w do­wol­nym miej­scu na świe­cie: był cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny wy­ra­zu. Tym sa­mym sta­no­wił ide­al­ną przy­kryw­kę dla wszel­kiej dzia­łal­no­ści łą­czą­cej się z ta­jem­ni­cą pań­stwo­wą.

Koń­czy­ła się wła­śnie pora lun­chu; uzbro­je­ni w pa­ra­so­le pra­cow­ni­cy wra­ca­li tłum­nie do biur. Nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Paul przy­pa­try­wał się ta­blicz­kom z na­zwa­mi firm, ale nie zna­lazł nic po­dej­rza­ne­go: ja­kiś nie­wiel­ki bank, fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa, przed­się­bior­stwo z bran­ży IT – zwy­kła mie­sza­ni­na nie naj­lep­szej pod­miej­skiej dziel­ni­cy. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wszedł do chłod­ne­go holu i skie­ro­wał się w stro­nę ma­łe­go, nie­co pod­nisz­czo­ne­go kon­tu­aru w pra­wym rogu.

– Dzień do­bry, na­zy­wam się Van­der­list, je­stem umó­wio­ny z pa­nem He­ege­nem z Lo­ude IT Se­rvi­ces – przed­sta­wił się.

Re­cep­cjo­ni­sta za owal­nym kon­tu­arem nie­dba­łym ge­stem wska­zał na win­dy i mruk­nął:

– Czwar­te pię­tro.

Wy­ćwi­czo­ne woj­sko­wą prze­szło­ścią oko Van­der­li­sta nie dało się zwieść: prze­glą­da­nie ga­ze­ty bez za­in­te­re­so­wa­nia i opry­skli­wa poza sta­no­wi­ły tyl­ko ka­mu­flaż, któ­ry miał od­wró­cić uwa­gę od wy­pu­kło­ści pod ma­ry­nar­ką i mu­sku­lar­nej bu­do­wy. To nie był zwy­kły cieć, tyl­ko ktoś z SAS, może nie­miec­ki żoł­nierz jed­nost­ki płe­two­nur­ków bo­jo­wych, w każ­dym ra­zie były ko­le­ga po fa­chu. Gdy­by jego przed­ra­mię nie było za­kry­te rę­ka­wem, Paul z pew­no­ścią za­uwa­żył­by na nim je­den z ta­tu­aży ty­po­wych dla eli­tar­nych jed­no­stek.

Wsiadł do win­dy ra­zem z ugi­na­ją­cą się pod cię­ża­rem akt czter­dzie­sto­let­nią urzęd­nicz­ką i ku­rie­rem ro­we­ro­wym. Wci­snął przy­cisk czwar­te­go pię­tra. Ku­rier opu­ścił ka­bi­nę na dru­gim pię­trze, za­bie­ra­jąc ze sobą szum za­kłó­ceń ra­dio­te­le­fo­nu. Pod­świe­tlo­ny gu­zik z dzie­wiąt­ką zdra­dził, że ko­bie­ta je­cha­ła wy­żej.

Drzwi win­dy otwo­rzy­ły się z me­ta­licz­nym brzę­kiem na czwar­tym pię­trze i Van­der­list zna­lazł się w ko­ry­ta­rzu bez żad­nych ozdób. Z bia­łych nie­gdyś drzwi, opa­trzo­nych ta­blicz­ką „Lo­ude IT Se­rvi­ces”, ob­ła­zi­ła far­ba. Wzru­szyw­szy ra­mio­na­mi, na­ci­snął dzwo­nek. W od­po­wie­dzi nie­mal na­tych­miast roz­legł się brzę­czyk zam­ka.

W środ­ku rze­ko­ma fir­ma kom­pu­te­ro­wa pro­wa­dzi­ła biu­ro, ja­kich w Am­ster­da­mie mu­sia­ło być mnó­stwo. W re­cep­cji, urzą­dzo­nej w mod­nym w la­tach osiem­dzie­sią­tych po­nad­cza­so­wym sty­lu, tkwi­ła za kon­tu­arem mło­da, ale nie­zbyt ład­na dziew­czy­na. Paul przy­mie­rzał się do spraw­dze­nia, jak po­dzia­ła na nią jego urok oso­bi­sty, kie­dy z ko­ry­ta­rza po pra­wej wy­szła bar­dzo szczu­pła ko­bie­ta oko­ło trzy­dziest­ki, o kasz­ta­no­wych, pół­dłu­gich wło­sach. Mia­ła na so­bie dro­gi, czar­ny, okrop­nie kon­ser­wa­tyw­ny ko­stium i no­si­ła szpil­ki. Na pew­no nie od­sta­wa­ła­by od per­so­ne­lu Eu­ro­Ban­ku. Cho­ciaż może jed­nak tak, po­my­ślał, za­glą­da­jąc jej w oczy.

– Dzień do­bry. Je­stem agent­ka So­lve­igh Lang.

Jej uśmiech był uprze­dza­ją­co uprzej­my i wy­dał mu się nie­sto­sow­ny w tych oko­licz­no­ściach. Naj­bar­dziej jed­nak przy­ku­wa­ły uwa­gę oczy ko­bie­ty. Mia­ły nad­zwy­czaj ja­sny, wręcz nie­sa­mo­wi­ty od­cień sza­re­go błę­ki­tu, kon­tra­stu­ją­cy z ciem­ny­mi wło­sa­mi. Przy­po­mi­na­ły mu oczy wil­ka, z tą róż­ni­cą, że nie spo­glą­da­ły zim­no i z wy­ra­cho­wa­niem, ale z wiel­ką otwar­to­ścią. Był pe­wien, że umia­ły też pa­trzeć in­a­czej.

– Dzień do­bry, pani Lang, na­zy­wam się Paul Van­der­list. Z Eu­ro­Ban­ku.

– Czy mogę się zwra­cać do pana po imie­niu? Pro­szę mi mó­wić So­lve­igh – za­pro­po­no­wa­ła, ści­ska­jąc mu dłoń.

Czy mu się wy­da­wa­ło, czy ona na­praw­dę zmarsz­czy­ła nos? Ra­czej nie, po­my­ślał, w koń­cu prze­stał się już po­cić. Uścisk jej dło­ni był moc­ny, a ona sama, gdy przyj­rzał się jej bli­żej, nie spra­wia­ła już wra­że­nia bar­dzo szczu­płej. Była bar­dzo sil­na i wy­spor­to­wa­na.

– Bar­dzo mi miło, mów mi Paul.

– Pro­szę za mną, cze­ka­ją na nas.

Agent­ka Lang ener­gicz­nym kro­kiem po­ma­sze­ro­wa­ła ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc za­mknię­te drzwi z ma­ły­mi bia­ły­mi ta­blicz­ka­mi. Więk­szość z nich in­for­mo­wa­ła „Biu­ro ob­słu­gi klien­ta”, gdzie­nieg­dzie wid­nia­ło ja­kieś na­zwi­sko i na­pu­szo­ny ty­tuł. Pa­no­wał tu oso­bli­wy, jak na biu­ro, spo­kój, sły­chać było tyl­ko stac­ca­to ich kro­ków na wy­tar­tej twar­dej wy­kła­dzi­nie.

Na koń­cu ko­ry­ta­rza ko­bie­ta otwo­rzy­ła za­ma­szy­ście drzwi do po­zba­wio­nej wszel­kich ozdób sal­ki kon­fe­ren­cyj­nej. Na przy­ku­rzo­nej ta­blicz­ce przy drzwiach wid­niał na­pis „Po­kój kon­fe­ren­cyj­ny 2”.

Te biu­ra nie są praw­dzi­we, za­świ­ta­ło mu w gło­wie. Coś ta­kie­go wi­dział przed­tem wy­łącz­nie na fil­mach szpie­gow­skich. Brad Pitt w chiń­skiej re­stau­ra­cji w Soho. Na za­ple­czu kuch­ni znaj­du­je drzwi, któ­re otwie­ra­ją się wy­łącz­nie po wpi­sa­niu kodu. Brad Pitt wcho­dzi do taj­ne­go ma­ga­zy­nu bro­ni CIA. Czy ja­koś tak. Paul omiótł spoj­rze­niem po­kój i za­dał so­bie py­ta­nie, czy w tym spar­tań­sko urzą­dzo­nym po­miesz­cze­niu też były gdzieś ukry­te taj­ne drzwi. Bzdu­ra, tu nie jest Hol­ly­wo­od, po­my­ślał i po­gła­dził dło­nią siwą bro­dę.

– Nie­zwy­kle rzad­ko go­ści­my u nas ob­cych. Mam na­dzie­ję, że ro­zu­miesz ko­niecz­ność za­sto­so­wa­nia pew­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa – oznaj­mi­ła agent­ka Lang.

– Ależ oczy­wi­ście – od­parł z krzy­wym uśmie­chem.

Agent­ka otwo­rzy­ła ścien­ny pa­nel, za któ­rym kry­ła się kla­wia­tu­ra z sze­re­giem czuj­ni­ków.

– Prze­ka­za­no ci pięt­na­sto­cy­fro­wą kom­bi­na­cję cyfr. Wpisz, pro­szę, ten kod na ter­mi­na­lu, a po­tem prze­pro­wa­dzi­my skan tę­czów­ki. Re­zul­tat po­rów­na­my z da­ny­mi bio­me­trycz­ny­mi, któ­re otrzy­ma­li­śmy z Urzę­du Kanc­ler­skie­go. Mu­si­my się upew­nić, że na­praw­dę je­steś Pau­lem Van­der­li­stem – mru­gnę­ła.

Paul po­stą­pił o krok do przo­du, wy­jął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki wy­druk z ko­dem i wpi­sał nie­skoń­cze­nie dłu­gi ciąg cyfr. Sta­rał się nie mru­gać, kie­dy zie­lon­ka­wy pro­mień ska­no­wał tę­czów­kę jego pra­we­go oka. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wi­ło się po­twier­dze­nie, sło­wo „con­fir­med”.

– A za­tem, pa­nie Van­der­list z Eu­ro­Ban­ku, wi­ta­my w Eu­ro­pe­an Co­un­cil Spe­cial Branch, w skró­cie ECSB – oznaj­mi­ła Lang.

Na dru­gim krań­cu po­miesz­cze­nia bez­gło­śnie roz­su­nę­ła się ścia­na, od­sła­nia­jąc cia­sną win­dę. So­lve­igh i Paul we­szli do po­ma­lo­wa­nej na czar­no ka­bi­ny. Kie­dy drzwi się za­su­nę­ły, wszel­kie dźwię­ki uci­chły, jak­by stłu­mio­ne obi­ciem z gru­bej skó­ry. Po ko­lej­nym ska­nie tę­czów­ki, tym ra­zem jej oka, win­da drgnę­ła.

Rozdział 9

Asti (Pie­mont), Wło­chy

Dzień 1: po­nie­dzia­łek, 7 stycz­nia, godz. 14.54

Dla Le­oni­da Mi­ka­na­sa jaz­da przez góry Pie­mon­tu była przed­sion­kiem pie­kła. Wło­si jeź­dzi­li zbyt szyb­ko na jego gust, a au­to­stra­da była tak po­twor­nie za­tło­czo­na, że za­sta­na­wiał się, czy nad­ło­że­nie dro­gi zwy­kłą szo­są nie by­ło­by bez­piecz­niej­sze. Ale nie, zbyt dłu­go by mu się ze­szło, stwier­dził, przy­po­mi­na­jąc so­bie na­pię­ty plan, któ­ry opra­co­wa­li wspól­nie, on i Mao. Szko­puł nie w tym, że Wło­si byli kiep­ski­mi kie­row­ca­mi, wręcz prze­ciw­nie. Ale kar­ko­łom­ny­mi ma­new­ra­mi wy­prze­dza­nia i szyb­ki­mi zmia­na­mi pasa ru­chu ry­zy­ko­wa­li stłucz­kę, a on nie mógł so­bie te­raz po­zwo­lić na naj­mniej­szy wpis w re­je­strze ubez­pie­czy­cie­la. Dro­bia­zgi są jak ziarn­ka pia­sku w try­bach do­bre­go pla­nu, twier­dził Mao. Chiń­ski part­ner lu­bo­wał się w po­wta­rza­niu sen­ten­cji, czym nie­ustan­nie go de­ner­wo­wał. Le­onid był czło­wie­kiem czy­nu, żoł­nie­rzem, tak­że za­bój­cą. Nie był wca­le ga­du­łą. Raz na­wet za­gro­ził, że je­śli Mao nie prze­sta­nie na okrą­gło cy­to­wać Kon­fu­cju­sza, nie­wy­czer­pa­ne źró­dło swych mą­dro­ści, to mu do­wa­li. Mimo wszyst­ko part­ner oczy­wi­ście miał ra­cję: wje­cha­nie ko­muś w ku­fer, awa­ria na od­lud­nej prze­łę­czy i tym po­dob­ne pa­skud­ne dro­bia­zgi two­rzy­ły ciąg nie­wia­do­mych w ich mi­strzow­skim pla­nie. Ale po­my­śle­li i o tym: w kie­sze­ni Le­onid miał po­nad pięć ty­się­cy euro go­tów­ką na nie­prze­wi­dzia­ne wy­dat­ki: ła­pów­kę dla po­li­cji, szyb­ką kasę za stłucz­kę. Pie­nią­dze są mo­to­rem go­spo­dar­ki, a go­tów­ka ko­pem w ty­łek zwy­kłe­go oby­wa­te­la. Le­onid zży­mał się na sie­bie, że za­pa­mię­tał ko­lej­ny głu­pi tekst. Był jed­nak pro­fe­sjo­na­li­stą i zda­wał so­bie spra­wę, jak waż­ne było do­tar­cie do na­stęp­ne­go celu bez po­zo­sta­wia­nia śla­dów. Z tego po­wo­du już czte­ry razy zmie­niał sa­mo­chód i tego dnia za­mie­rzał jesz­cze raz prze­siąść się do no­we­go. Po­cząt­ko­wo był temu prze­ciw­ny – jesz­cze nig­dy nie sto­so­wał tak prze­sad­nych środ­ków ostroż­no­ści – ale mu­siał przy­znać, że ich wspól­ne przed­się­wzię­cie mia­ło zu­peł­nie inny wy­miar. Na szczę­ście tak­że w aspek­cie fi­nan­so­wym. To mia­ły być ostat­nie za­bój­stwa w jego ka­rie­rze.