Opactwo stu oszustw - Marcello Simoni - ebook
Opis

Znakomite zwieńczenie bestsellerowej włoskiej trylogii „Codex Millenarius” Ferrara, zima 1349 roku. Przez pobliskie bory maszeruje niepokojący orszak zakapturzonych postaci, napawając przerażeniem każdego, kto ma to nieszczęście, by się na nią natknąć. Krążą słuchy o satanistycznych obrzędach i znakach zwiastujących Apokalipsę, a niektórzy upatrują w tym przebiegły spisek. Należy do nich nieustraszony rycerz Maynard de Rocheblanche, który chcąc odkryć prawdę, przy wsparciu Świętej Inkwizycji rozpoczyna dochodzenie. Przedsięwzięcie to okaże się jednak trudniejsze, niż przypuszczał, albowiem wielu prałatów bardziej od rozwiązania zagadki interesują jego sekrety. Maynard okazuje się strażnikiem największej tajemnicy chrześcijaństwa, legendarnej relikwii przypisywanej Jezusowi, Lapis exilii. Lecz tym razem, pozbawiony pomocy ze strony opata Pomposy, aby się bronić i ujawnić otaczającą go intrygę, będzie mógł liczyć wyłącznie na swoją siostrę Eudeline... „Intrygujące postaci, klasztorna sceneria i tempo akcji zdecydowanie dorównujące Dumasowi i Salgariemu. To wszystko składa się na sukces Marcella Simoniego”. La Lettura „Jeśli podobali się wam Walter Scott, Władca Pierścieni i poemat Ludovica Ariosta, oto ich następca”. Corriere della Sera

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

L’abbazia dei cento inganni

Copyright © 2016 Newton Compton editori s.r.l.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Kamila Majewska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-604-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie.

Ewangelia wg św. Łukasza 10, 231

OPACTWO STU OSZUSTW(STYCZEŃ 1349 – MARZEC 1351)

PROLOG

BORY FERRARY

7 STYCZNIA 1349 ROKU, NOC

Łowca wilków przemierzał powoli bezkres śniegu pośród pni wierzb i dębów. Księżyc stał jeszcze wysoko, brzask lśnił srebrzyście między niebem a pobielonymi koronami drzew. Przyświecając sobie uniesioną pochodnią, zostawił z tyłu brzegi rzeki i ze wzrokiem wbitym w ziemię w poszukiwaniu śladów podążył na północ. Wykonywał tę profesję od dziecka, zrazu z ojcem, potem sam, nie mając nikogo, kto dotrzymałby mu towarzystwa. Darzył zresztą nienawiścią rodzaj ludzki, a jeszcze bardziej psy, te niegodziwe zwierzaki, podporządkowane swym panom. Czuł się swobodnie wyłącznie w lesie, jedynym miejscu, gdzie jego kudłata broda i mrukliwe usposobienie nie wywoływały ani pogardy, ani śmiechu.

Przystanął, by wsłuchać się w daleki skowyt, ze sztyletem gotowym do użycia pod futrzanym płaszczem. Nie dobył go. Chociaż dźwięk ów przypominał diabelski chichot, dobrze wiedział, że musi zachować całkowite milczenie. To właśnie stamtąd wyłaniali się najbardziej nikczemni drapieżcy.

„A niechaj nadejdą”, pomyślał znienacka. Wędrował przez ziemię usianą potrzaskami i wnykami, których dokładne położenie znał tylko on. Gdyby zjawiła się choćby i największa bestia, jaką można sobie wyobrazić, potrafiłby ją skłonić, by postawiła łapy tam, gdzie trzeba, i… wziąłby piękny odwet! Od ponad tygodnia w jego pułapki nie złapał się ani jeden wilk. Pomimo mrozu, za którego sprawą stawały się coraz bardziej wygłodniałe i skłonne zapuszczać się coraz bliżej ludzkich siedlisk, te łotry co noc nabierały większego sprytu.

Podczas gdy skowyt cichł zagłuszany wiatrem, łowca zaczął sprawdzać po kolei wszystkie potrzaski, wymieniając przynęty tam, gdzie należało, na świeże okrawki mięsa. Zachował najponętniejsze kawałki, aby nadziać je na potężne haki przymocowane do pnia kasztanowca, po czym podążył ku łagodnej nizinie, gdzie poprzedniego dnia pozostawił resztki zatrutej kozy. Był zmuszony położyć je z dala od ścieżek, gdzie miałyby do nich dostęp wyłącznie dzikie zwierzęta, albowiem herba luparia zabija nie tylko bestie, ale każdego, kto w okresie głodu skusiłby się na w połowie przegniłą padlinę.

Ujrzawszy zatem, że ścierwo zmieniło miejsce, nie wyobrażał sobie, że to sprawka człowieka. Odkrył je w odległości dwudziestu kroków, pod krzakiem jałowca. Sądząc po śladach, jakiś wilk zaciągnął je aż tutaj i w połowie pożarł, a następnie się oddalił. Łowca szedł za jego tropami na śniegu w nadziei, że to samica. Za samice płacili więcej. Zwłaszcza za ciężarne. Przyjrzawszy się kałuży krwi pod stopami, ruszył naprzód z obnażonym sztyletem, skierowanym ostrzem w dół, przypominającym długi kieł gotów wbić się w ciało. Może bestia ciągle żyje, dogorywa, lecz zamiaruje się bronić.

Kolejne szkarłatne ślady zawiodły go tam, gdzie zarośla gęstniały, aż ku korzeniom wysokiego drzewa.

Wilk leżał tam na boku. Wychudzony, z sierścią pocętkowaną świerzbem i z pyskiem powalanym krwią, która wyciekła mu w bolesnych torsjach.

Łowca schował sztylet do pochwy z westchnieniem zawodu. Nie wiedziałby, co począć z tak lichym futrem. Mimo to pochylił się nad truchłem zwierzęcia, aby sprawdzić jego płeć, gdy wtem jego uwagę przykuło niespodziewanie drganie świateł.

Przycupnął za pniem drzewa i wbił wzrok w zbliżające się między drzewami postacie. Habity, płaszcze i długie kaptury, latarenki, by rozświetlić szarugę. Najwyżej piętnaście osób, najprawdopodobniej wszystkie nieuzbrojone, im wszakże były bliżej, tym większy zdejmował go lęk. Zgasił pochodnię, aby go nie dostrzeżono, i szpiegował dalej.

Podobna do korowodu upiorów procesja podążała po śnieżnym kobiercu, aż dotarła do miejsca, w którym splecione gałęzie krzewów tworzyły coś w rodzaju łuku i otwierały przejście w mroku.

Nie ów widok jednak zatrwożył łowcę.

Zdławił nagle okrzyk, wziął nogi za pas i pognał ku murom miasta, którego tak mocno nienawidził, wszystko to zaś uczynił za sprawą tego, kogo ujrzał na czele zgrai obcych.

Niewiasty na grzbiecie bestii.

Bestii, która nie powinna w ogóle istnieć, chyba że w najciemniejszych otchłaniach piekła.

CZĘŚĆ PIERWSZAŁUK ŚWIATŁA

1

OPACTWO MATKI BOSKIEJ W POMPOSIE

10 STYCZNIA

Młody Gualtiero wpatrywał się to w sklepienie apsydy, to we freski na ścianie. Wokół Chrystusa Pantokratora gromadził się korowód świętych, aniołów i błogosławionych, wtapiając się w łuk, który stawał się bramą do wieczności. W ciągu ostatnich lat często fantazjował, jak ująć ów temat, zmieniając w umyśle porządek obrazów, barwy, a nawet grę światła i cienia w dążeniu do doskonałości. W końcu musiał się pogodzić z tym, że uczynił to ktoś inny.

Jego wzrok spoczął więc nie bez goryczy na brodatym mężczyźnie na rusztowaniu, cyzelującym właśnie ostatnie szczegóły za pomocą pędzla z popielicy. Akurat w tej chwili dokonywał poprawek na skrzydłach archanioła Michała, który ważył ludzkie dusze. Gualtiero był oczarowany. W kilka dni dowiedział się od mistrza Vitalego de Equis więcej niż od ojca przez całe życie pielgrzymek i wreszcie uzmysławiał sobie, jakiego rodzaju malarzem chce zostać.

Z braku współpracowników Vitale zgodził się go przyjąć na pomocnika pod warunkiem, że nie podzieli się z nim zapłatą od opata. Zajęcie polegało z grubsza na przygotowywaniu pigmentów, nakładaniu zaprawy i przesuwaniu ciężkich przedmiotów, Gualtiero skrzętnie notował wszakże w pamięci, w jaki sposób magister pintor potrafi nadać piękno twarzom i tchnąć życie w postaci. Wystrzegał się jednak zadawania pytań, albowiem znał niechęć rzemieślników do wyjawiania swoich tajemnic. Zwłaszcza że doszły go słuchy o łatwości, z jaką mistrz de Equis zamieniał pędzel na sztylet, którym nauczył się podobno władać w szeregach uzbrojonych obywateli z bolońskiej dzielnicy Porta Stiera.

– Dostrzegacie jakieś niedociągnięcia? – zapytał znienacka.

Patrząc, jak schodzi z rusztowania, młodzieniec miał wrażenie, że tamten zachęca go do wygłoszenia pochwał. Rozłożył ręce z uśmiechem.

– Nie widzę żadnego – po czym zabrał się do oglądania dolnej części fresku, poświęconej żywotowi Świętego Eustachego, obrońcy przed zarazą. Po wstępnym wahaniu opat Andrea postanowił tchnąć weń więcej życia, aby przeciwstawił się potwornościom czarnej śmierci, która nadal zbierała swe żniwo na ziemiach Emilii i Romanii. Wszelako widok świętego na koniu w miejscu modlitwy budził zdziwienie. Eustachy tkwił wyprostowany w siodle przed jeleniem z krzyżem w porożu, z buńczuczną miną, którą podkreślał siedzący mu na lewym ramieniu sokół. Vitale nie zdołał ukryć podobieństwa do miniatury wykonanej przed wieloma miesiącami przez Gualtiera, którego z kolei napawało to dumą.

– A co teraz zrobicie, mistrzu?

Przed udzieleniem odpowiedzi de Equis omiótł wzrokiem długie ściany nawy pokryte starymi freskami, które zdążyły już wyblaknąć. Wymagały renowacji, lecz opactwo nie dysponowało wystarczającymi funduszami na zlecenie podobnych robót, ani tym bardziej na opłacenie dzieła ex novo.

– Wrócę do Bolonii – oznajmił, gładząc się po brodzie palcami powalanymi farbą. – Muszę czuwać nad pracownią i mam obowiązki do wypełnienia.

– Zastanawiam się zatem, czy przypadkiem… – odważył się zacząć młodzieniec.

Vitale uciszył go gestem ręki.

– Mój panie, doprawdy sądzicie, że tego nie zauważyłem? Czaicie się z tym pytaniem już od naszego pierwszego spotkania. – Zmierzył go wzrokiem ze szczerym żalem. – Wyglądacie na zdolnego, tylko że ja już mam terminatora. Nawet wielu. Nie mówiąc o tym, żeście za starzy, aby zostać uczniem.

– Ale przecież mam doświadczenie! – sprzeciwił się poczerwieniały na twarzy Gualtiero. – Mój ojciec był mistrzem malarskim. Nim wyzionął ducha, przekazał mi całą swą wiedzę.

– Tak czy inaczej, musielibyście zaczynać od początku. Mam własne metody i wymagam ich respektowania.

Młodzieniec zacisnął pięści. Upierał się nie z powodu zuchwałości, popychała go ku temu konieczność znalezienia profesji, która pozwoliłaby mu utrzymać siebie i ukochaną. Bez względu jednak na to, jak bardzo wytężał umysł, nie znajdował innego rozwiązania niż spożytkowanie własnego talentu.

– Macie słuszność, wkrótce skończę dwadzieścia lat – przyznał. – Mimo to podejmę się najbardziej urągających zadań, byleby was zadowolić.

De Equis zawahał się, zanim wszakże zdołał odpowiedzieć, odwrócił się w stronę klasztornego portalu. Odrzwia otwarły się z głośnym skrzypieniem, wpuszczając jakąś zakapturzoną postać.

Przybysz czym prędzej zamknął je z powrotem, uciszając świst wiatru. Ruszył wzdłuż nawy, strząsając śnieg z opończy przykrywającej czarny habit. W ślad za nim podążał kulawy chart.

– Wielebny opacie – przywitał go z ukłonem malarz.

Ojciec Andrea nie zaprzątał nim sobie głowy, tylko zdjął kaptur, aby lepiej przyjrzeć się freskowi w apsydzie. Regularne odwiedziny za każdym razem wprawiały go w większe zadowolenie. Wszelako nigdy jeszcze nie wydawał się równie ukontentowany jak teraz. Skinął głową, omiatając spojrzeniem poważne oblicze Chrystusa i rozanielone uśmiechy korowodu, potem, poniżej, czterech ewangelistów przy pulpitach, wreszcie sceny z żywota Świętego Eustachego. Na koniec wpatrzył się w mnicha klęczącego przed Pantokratorem i Matką Boską Anielską. Znajdował się niemal na uboczu, jako jedyny pozbawiony był aureoli, szeroka tonsura i twarz bez zarostu dodawały mu rozbrajającej prostoty.

– Nie chciałbym, żeby współbracia, widząc mój wizerunek namalowany pośród licznych świętych, dopatrzyli się u mnie nadmiernej pychy – skwitował.

– Wasza nieobecność na malowidle byłaby błędem – wyjaśnił z szacunkiem mistrz malarski. – W końcu to wy jesteście zleceniodawcą tego dzieła.

– Byłbym nim naprawdę – wykręcił się opat – gdyby floreny, którymi wam płacę, pochodziły z mojej kieszeni.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Pewien francuski rycerz, doszły mnie słuchy…

Andrea pominął kwestię zagadkowym uśmiechem, po czym wskazał ręką fresk.

– Zasłużyliście na moje uznanie, mistrzu de Equis. Cała nawa odzyskała splendor.

– Schlebiacie mi, Wasza Wielebność. Zresztą color est lux.

– Słusznie prawicie, albowiem znajdujemy się w benedyktyńskim klasztorze – zadrwił zakonnik. – Gdybyśmy się znajdowali w zakonie cystersów, oskarżono by nas o próżność. – Odczekał na potakujące skinienie ze strony rzemieślnika, po czym zwrócił się do Gualtiera. Widząc, że się nad czymś głowi, zmarszczył czoło. – Czyżbym zjawił się nie w porę?

– Ależ skąd. – De Equis wzruszył ramionami. – Mimo że wasz miniaturzysta…

– Nie jestem już miniaturzystą – sprostował młodzieniec, nagle przerywając milczenie.

– Moglibyście powrócić do tego zajęcia – podsunął pełen nadziei opat. – Wasze iluminacje na pergaminie to takie same dzieła sztuki jak freski mistrza Vitalego pokrywające apsydę.

Gualtiero nie pozostawał nieczuły na pochwały, dostrzegł wszakże w jego słowach jakąś nieszczerość.

– Jestem wam wdzięczny – rzekł, spuszczając nieco głowę – nie miejcie mi jednak za złe, że podążę śladami ojca.

Andrea drgnął.

– Waszego… ojca? – wyrwało mu się.

Młodzieniec zmierzył go spojrzeniem najpierw podejrzliwie, potem z niechęcią.

– Owszem, mojego ojca! – wykrzyknął. Chociaż wyjawił prawdziwą tożsamość rodziców tylko jednej osobie, zaufanemu przyjacielowi, nie był aż tak łatwowierny, by wykluczyć możliwość, że inni też znają ową niebezpieczną tajemnicę. Nigdy by wszak nie przypuszczał, że należy do nich opat z Pomposy. – Człowieka, który się mną opiekował od maleńkości: mistrza Sigismonda de’ Bruniego, niesprawiedliwie powieszonego. Jużeście o nim zapomnieli?

– Jak mówiłem – wtrącił Vitale, zupełnie niezorientowany, co się dzieje – nie mogę uczynić go moim terminatorem, ponieważ…

– I cóż stąd? – utyskiwał Gualtiero, wylewając na niego całe oburzenie. – Polećcie mnie jakiemuś równemu wam mistrzowi!

De Equis cofnął się z nerwowym śmiechem.

– Hardy ten nasz de’ Bruni.

– Raczej oczarowany – sprostował wielebny Andrea, który tymczasem najwyraźniej zapomniał o niezbyt fortunnej odpowiedzi. Okrążył młodzieńca z pochmurną miną, jakby chciał czytać mu w myślach. – Chociaż przedstawił swoje racje, nie zdradził dotąd prawdziwej przyczyny, dla której zamierza zdobyć zawód.

Gualtiero skrzyżował ramiona na piersi.

– Wybaczcie, ale to moja sprawa.

– Nikt w to nie wątpi, synku – naciskał opat. – Nie chciałbym jednak, żebyście z powodu kłopotu z ożenkiem zmarnowali swoją przyszłość.

Słysząc, że został osądzony aż tak pochopnie, młodzieniec o mało nie stracił nad sobą panowania. Tylko chęć uniknięcia nieprzyjemnych następstw skłoniła go, by przykrył grymas wściekłości wymuszonym uśmieszkiem.

– Doskonale wiecie, jak bardzo was szanuję, abbas. Wszelako minął czas, kiedyście decydowali za mnie.

– Jeśli w przeszłości sobie na to pozwoliłem – bronił się zakonnik – uczyniłem to, aby chronić was przed pułapkami świata i przed jeszcze groźniejszymi pułapkami waszej porywczej natury. A teraz… Teraz… To szaleństwo z powodu jakiejś dzierlatki!

– Nie może to być! Nadal żywicie nadzieję, że uczynicie ze mnie mnicha?

Ojciec Andrea odwrócił wzrok.

– Nie o tym zamierzam z wami mówić. Mam dla was propozycję i liczę, że wystarczy wam zdrowego rozsądku, aby ją rozważyć…

Zanim zakonnik zdążył dodać coś jeszcze, rozległo się przenikliwe rżenie. Wszyscy trzej mężczyźni natychmiast umilkli i nadstawili uszu, aby wyłowić dobiegające z zewnątrz dźwięki. Najwyraźniej do opactwa przybyła właśnie gromada wędrowców.

Rozsierdzony tym nagłym najazdem Andrea przemierzył wielkimi krokami pokrytą mozaiką posadzkę, a dotarłszy do narteksu, otworzył na oścież skrzydła portalu. Jego oczom ukazały się otulony śniegiem dziedziniec i arkady krużganka, odcinające się na tle szarego nieba. Nieopodal dwaj posłańcy ściągali cugle wierzchowców, aby zwolniły bieg.

– Co was tu sprowadza, panowie? – wrzasnął, żeby przekrzyczeć świst wiatru.

– Biskup – odparł jeden z nich. – Przysłał nas, aby zasięgnąć języka o pewnym rycerzu, Maynardzie de Rocheblanche’u.

– Rocheblanche?

– Czy nadal chroni się w tych murach? – zapytał drugi.

– Owszem, ale… – Andrea rozejrzał się wokół zakłopotany. – Teraz go nie ma… Jest w puszczy, na polowaniu.

Ten, który odezwał się pierwszy, zaklął siarczyście.

– Niech ktoś natychmiast po niego pojedzie. Nie możemy czekać.

– Ja pojadę!

Opat odwrócił się mocno zdziwiony i ujrzał Gualtiera.

– Wiem, gdzie znaleźć messer Maynarda – oznajmił młodzieniec i pospiesznie ruszył ku wyjściu. – Proszę o pozwolenie wzięcia jednego z koni opactwa.

Zakonnik już miał odmówić, lecz zatrwożone miny posłańców kazały mu udzielić zgody.

– Weźcie Rufusa, jest najszybszy – westchnął z rezygnacją. – Tylko bądźcie ostrożni!

Chłopiec obrócił się na pięcie i poszedł w kierunku stajni.

Andrea śledził go kątem oka, dopóki nie zniknął na tle bieli śniegu, po czym ponownie wpił wzrok w wysłanników biskupa.

– A zatem – powiedział, odzyskawszy stanowczość – czego chcecie od Rocheblanche’a?

2

Kopyta Rufusa niemal bezszelestnie zagłębiały się w śniegu. Pochylony w siodle Gualtiero ściskał kurczowo wodze, mrużąc oczy przed białymi drobinkami przywiewanymi przez wiatr. Miał na sobie prostą wełnianą tunikę, kaptur i skórzane buty, był wszakże tak bardzo wstrząśnięty, że nie zwracał uwagi na szczypiący mróz. Popędził konia piętą, wydając okrzyk wściekłości. Jak ten stary mnich śmiał? Jak śmiał wypowiadać się o uczuciach, których nie zna? Jeszcze słowo, a wywrzeszczałby mu to w twarz, nie bacząc, jak bliski był mu w trudnych chwilach. Po prawdzie strata rodziców stanowiła dla niego jedynie początek niepowodzeń, które sprawiły, że stał się tak mało wrażliwy na owego milczącego Boga, jakże odmiennego od tego na kościelnych freskach. Niechże zatem wielebny Andrea daruje sobie te kazania!

Galopował z zawrotną szybkością po białej ścieżce, wiodącej wśród szkieletów drzew, wyobrażając sobie, że odpiera każde oszustwo i cierpienie, jakie zwichrowały mu życie. Przed oczami przepływał mu korowód przezroczystych obliczy; jedne należały do rzeczywistych postaci, inne do przerażających potworów. „Do diabła!”, zaklął.

Szarpnął wodze i wpadł w krzaki jeżyn, następnie raptownie skręcił w lewo, na coraz węższą drogę. Tutaj warstwa śniegu była grubsza, toteż musiał zmniejszyć tempo. „Nic to”, pomyślał. I tak już dotarł do miejsca, w którym messer Maynard zwykł się zatrzymywać. Tysiąc razy słyszał o opuszczonym cmentarzysku pośród borów, gdzie – jak twierdził – oddychało się dawnym powietrzem.

Ledwie się tam znalazł, pojął znaczenie tych słów. Zwolnił i jął się posuwać przez polanę usianą płytami nagrobnymi, czując się jak intruz. Niecałe dziesięć grobowców, kamieni wygładzonych przez czas. Zdaniem ojca Andrei należały do Longobardów, ariańskich wojowników poległych w zamierzchłej bitwie.

Podążał dalej aż do miejsca, gdzie drzewa zaczęły gęstnieć, i rozpoznał przywiązanego do pnia karego Rocheblanche’a. Zeskoczył z siodła, pogładził Rufusa i przycupnął przy resztkach małego ogniska. Rycerz zapewne przybył tu przed świtem, a następnie pieszo zanurzył się w zarośla. Nie sposób było określić, kiedy wróci ani gdzie się właśnie podziewał.

Z drugiej strony młodzieniec nie miał nic przeciwko czekaniu. Musiał podjąć trudną decyzję i potrzebował czasu do namysłu. Usiadł na ziemi, odgarnął cienką warstwę śniegu z ogniska i użył krzesiwa, aby podsycić płomień. Nie wiedział, czego chcą od Maynarda wysłannicy biskupa. W przeszłości stosunki między rycerzem a Jego Ekscelencją Guidem di Baisiem nie były najlepsze, ale gdy wtrącił się markiz Ferrary, stały się wręcz niebezpieczne. Nie owe wspomnienia jednak przysparzały mu zmartwień.

Ciągle miał przed oczami instynktowną reakcję opata Andrei. „Waszego ojca?” Przez chwilę wydawało mu się, że dostrzega w jego oczach strach. A przecież… Czy to możliwe, żeby wiedział? Istniało ogromne niebezpieczeństwo i jeśli prawda wyjdzie na jaw…

Wtem z krzaków wyłonił się mężczyzna w czerni. Rosły, o potężnych barach, nosił przewieszony przez ramię łuk i skórzaną sakwę. Zbliżył się do ognia z powitalnym gestem, po czym rozchylił płaszcz i położył na ziemi sieć, w której znajdowała się drobna dziczyzna.

– Przyjacielu – przemówił donośnym głosem – czymże frasuje się wielebny Andrea?

Gualtiero skinął mu na powitanie.

– Kto mówi, że się frasuje?

Mężczyzna wskazał przecudnego gniadosza uwiązanego obok karego.

– Gdyby tak nie było, nigdy by nie pozwolił wam przyjechać aż tutaj na Rufusie.

– Kwestia ta nie dotyczy ojca Andrei, lecz was – sprostował młodzieniec. – Oczekują was w opactwie.

– Kto taki?

– Dwaj wysłannicy biskupa.

Rocheblanche zmarszczył czoło.

– Czy przedstawili swe zamiary?

– Nie zdołałem usłyszeć. Czym prędzej ruszyłem po was.

– Dwaj wysłannicy, powiadacie… Uzbrojeni?

– Nie bardziej niż zwykli missi dominici.

Rycerz usiadł obok niego i wyciągnął ręce do ognia.

– Pozwólmy im poczekać.

– Rozsierdzicie ich – zaoponował Gualtiero.

– Odrobina wrzenia pomoże im pokonać mróz – zakpił Maynard, posyłając mu przenikliwe spojrzenie. – A teraz wytłumaczcie mi, dlaczegoście przyjechali sami, zamiast wysłać pachołka. Czyżbyście nie pracowali nad freskiem?

– Fresk jest ukończony. – Młodzieniec się zasępił. – A mistrz Vitale de Equis nie chce mnie na terminatora.

Rocheblanche wzruszył ramionami.

– Jestem pewien, że istnieją inne pracownie godne waszego talentu.

– Nie tak jak jego, messer. Gdybyście widzieli, jak on maluje! Jak potrafi tchnąć życie w twarze!

– Może chcecie, żebym mu pogroził? – zapytał mężczyzna z chytrym uśmiechem.

– Nie dworujcie sobie ze mnie. – Gualtiero zerwał się na równe nogi. – Wiecie aż nadto dobrze, co mną kieruje.

Maynard przyglądał się, jak przechadza się w tę i z powrotem coraz bardziej strapiony.

– Zgodziwszy się oddać wam rękę mojej wychowanicy, nigdy nie spodziewałbym się, że wpadniecie w popłoch. W każdym razie nie rozpaczajcie, jesteście wystarczająco bystrzy i roztropni. Musicie jedynie okazać cierpliwość.

Młodzieniec podszedł do jednej z tablic i musnął ją niepewnym gestem.

– Obawiam się, że to nie takie proste – szepnął.

Rycerz spoważniał i jął się znów wpatrywać w płomień.

– No cóż – rzekł – zdecydujecie się wreszcie wyjawić prawdziwy powód waszej wizyty?

Gualtiero zastanawiał się, czy odpowiadając szczerze, wykaże się rozwagą. Gnał tutaj wiedziony chwilowym porywem, teraz jednak wątpił, czy Francuz zdoła mu pomóc. Wszelako doskonale zdawał sobie sprawę, że zbyt mocno rozbudził jego ciekawość, by teraz nabrać wody w usta. Po krótkim milczeniu przytaknął.

– Odkryłem groźbę.

– W czym rzecz?

– Chodzi o moje korzenie.

Rocheblanche skinął na znak, że pojmuje. Jego dłonie, nadal wyciągnięte w stronę ognia, złożyły się jak do modlitwy, po czym się otwarły, jakby uwalniając myśl.

– Sporo o was dumałem – wyznał. – Ciągle nie potrafię uwierzyć, że wasza matka należała do rodu Estów i że poślubiła malarza wyłącznie po to, by was chronić. Szlachetny gest godny podziwu.

Młodzieniec uchwycił w tych słowach poczucie braterstwa, które niemal go rozrzewniło. Dzielił z tym człowiekiem wiele niebezpieczeństw i tajemnic, nigdy wszakże nie czuł się mu równy. Górę wzięło jednak wspomnienie matki, które przeniosło go do tamtego dnia, gdy odnalazł ją w Awinionie wycieńczoną z powodu zarazy. Musiał przełknąć łzy.

– Została zmuszona do takiego postępku. Musiała ukryć przed światem, że jestem synem Passerina de’ Bonacossiego, seniora Mantui, zamordowanego przez Gonzagów. Gdyby jego wrogowie…

– Grożono wam? – przerwał mu z niepokojem Maynard.

– Nie, messer. Jednakże dziś rano przez chwilę miałem wrażenie, że ojciec Andrea zna moją tajemnicę.

– Jeżeli podejrzewacie, że to ja mu powiedziałem…

– Gdzieżby – pospieszył wyjaśnić Gualtiero. Coś innego wzbudzało jego obawy. – Na łożu śmierci matka wspomniała o jakimś prałacie, który ją zdradził. Dzisiaj zaś, patrząc wielebnemu Andrei w oczy, zadałem sobie pytanie, czy ów człowiek mógł przekazać komuś innemu to, co o niej wiedział.

Francuz nadal siedział przy ognisku i nie uzewnętrzniał żadnych uczuć. Dobył sztyletu i posłużył się nim do ucięcia kilku pasków wysuszonego mięsa. Podał jeden z nich towarzyszowi.

– Macie jakieś dowody na potwierdzenie waszych słów?

– Jedynie przeczucie. Ale przysięgam na Boga, wystarczyło, że powiedziałem „mój ojciec”, a opat drgnął.

– Zatem, o ile dobrze zrozumiałem, przypuszczacie, że odczytał słowa „mój ojciec” jako odniesienie do Passerina de’ Bonacossiego, a nie do Sigismonda de’ Bruniego.

– Właśnie.

– A teraz przyszliście do mnie, abym potwierdził wasze obawy.

Gualtiero ugryzł kawałek mięsa i skinął głową.

Rocheblanche westchnął. „Z pewnością nie potrafię działać cudów”, zdawał się mówić. Wszelako jego źrenice wpatrywały się w ostrze sztyletu, jakby szukały odpowiedzi.

– Co wiecie o prałacie, który zdradził waszą matkę?

– Był biskupem Ferrary.

– Guido di Baisio?

– Jego poprzednik – sprostował młodzieniec. – Monsignore Guido da Cappello, ten, który oskarżył ród Estów o herezję.

Słysząc to, Maynard dał znak, że nie chce wiedzieć więcej. Wstał, zebrał dziczyznę i przytroczył do siodła karego. Gualtiero zawsze zazdrościł mu wojowniczej postawy, teraz wszakże płonął z niecierpliwości, by poznać jego zdanie. Spoglądał, jak Francuz wsuwa stopę w strzemię i dosiada konia, lękał się jednak, że odjedzie bez słowa.

W końcu mężczyzna w czarnym płaszczu przytaknął.

– W gruncie rzeczy słuszne jest przypuszczenie, że dawny biskup przekazał nowemu tajemnicę waszej matki. Jeśli w dodatku weźmiemy pod uwagę ostatnią komitywę ojca Andrei z Jego Ekscelencją Guidem di Baisiem…

– Przyznajecie mi więc rację! – wykrzyknął młodzieniec.

– Za wcześnie na takie stwierdzenie – ostudził go Rocheblanche. – Niepokój mnicha to jeszcze nie dowód na prawdziwość hipotezy. Trzeba będzie zasięgnąć języka, poszukać wskazówek – wyjaśnił, po czym uśmiechnął się z goryczą. – Lecz jeśli na koniec wasze podejrzenia okażą się uzasadnione…

– Zastanawiałem się nad tym – wyznał Gualtiero, wskakując na grzbiet Rufusa. – Będę musiał uciekać i zostawić Isabeau. – Skrył grymas pod fałdami kaptura. – Nie chcę jej narażać z mojego powodu.

– Nie tylko Isabeau znajdzie się w niebezpieczeństwie – przestrzegł go Francuz, nagle ściszając głos. – Dotyczy to także waszej największej tajemnicy. Właściwie naszej tajemnicy.

– Macie na myśli… Och! – Młodzieniec uderzył się dłonią w czoło. – Gdyby mnie schwytano i zmuszono do mówienia…

– Hola, jeszcze nie czas, żeby wpadać w czarną rozpacz. – Maynard popędził wierzchowca. – Teraz za mną! Jedźmy się przekonać, co mają do powiedzenia wysłannicy biskupa.

3

Gdy dotarli do opactwa, obaj posłańcy zdążyli już odjechać.

– Spieszno im było do Ferrary – wyjaśnił ojciec Andrea, przyjąwszy Rocheblanche’a w swej pracowni, w Palatium Abbatis.

Rycerz usiadł naprzeciw niego na krześle otoczonym stosami ksiąg. Rozmowa z Gualtierem ciągle nie dawała mu spokoju, co było zgodne z jego milczącą naturą. Wolał nie trwożyć dodatkowo młodzieńca, chociaż wiedział, że okoliczności mogą się okazać poważniejsze, niż je przedstawił. Po powrocie do Pomposy skierował go do stajni, nie wspomniawszy o więzach łączących biskupa z monsignore Bertrandem du Pougetem. Maynard czekał z drżeniem na chwilę, gdy będzie musiał się zmierzyć z groźnym kardynałem, lękał się wszakże następstw jego przybycia do Ferrary. Gdyby Bertrand du Pouget wziął udział w grze miejscowych możnowładców, za sprawą tajemnic staliby się oni jedynie pionkami na jego oszukańczej szachownicy.

Do rzeczywistości przywrócił go widok ojca Andrei, który podsuwał mu właśnie zwój pergaminu. Francuz chwycił dokument i przyjrzał się uważnie biskupiemu herbowi, odciśniętemu w woskowej pieczęci.

– Przed wyjazdem – oznajmił opat – posłańcy polecili mi wam to oddać.

Rycerz zerknął nań spod oka.

– Wspomnieli coś o zawartości?

– Ledwie półsłówkiem. Podobno w zamian za pewną przysługę monsignore Guido di Baisio przyrzeka pomóc wam wkraść się z powrotem w łaski markiza.

– Bardzo w to wątpię. – Maynard skrzywił się drwiąco. – Gdyby tylko nadarzyła się sposobność, markiz Obizzo zabiłby mnie gołymi rękami. – Zważył w dłoni zwój, nie mając najmniejszej ochoty go otwierać. – Nic poza tym? – zapytał.

– Nic, co zdołałbym pojąć – odparł dość zagadkowo Andrea. – Gdy tylko zapewniłem, że osobiście dostarczę wam wiadomość, obaj mężczyźni czym prędzej się oddalili. Jakby ogarnął ich strach.

– Strach – powtórzył Rocheblanche, instynktownie się wzdrygając. Słowo to wzbudzało w nim wstręt, podobnie jak sposób, w jaki zdawało się ono znaczyć każdą istotną chwilę jego życia. Przemożny wpływ, jaki wywierało na rodzaj ludzki, budził w nim wstręt. Rycerz zacisnął palce na poręczach krzesła, po czym wstał, dając do zrozumienia, że chce zmienić temat. – Doszły mnie słuchy, że fresk został ukończony.

Andrea nadal siedział, z dłońmi splecionymi na pulpicie, niemile zaskoczony jego gestem.

– Wyłącznie dzięki waszej hojności, messer.

Rycerz udał, że nie słyszał pochlebstwa.

– Chętnie bym go zobaczył. Teraz.

– A co z wiadomością od biskupa?

– Zaczeka.

Po chwili przemierzyli klasztorną nawę, kierując się ku apsydzie. Maynard zerknął ukradkiem na gromadkę zakonników oglądających dzieło mistrza Vitalego de Equis, po czym sam zabrał się do podziwiania. Uderzyła go mnogość obrazów, z których każdy odznaczał się odrębnymi cechami i kunsztownością, rozmieszczonych na w gruncie rzeczy niezbyt dużej przestrzeni. Natychmiast pojął, dlaczego Gualtiero pragnął zostać uczniem tego rzemieślnika.

– Moje floreny zostały dobrze wydane – stwierdził.

– Cały klasztor jest wam wdzięczny – odparł ojciec Andrea, śledząc wyraz jego twarzy.

– To ja jestem wam wdzięczny za otrzymaną gościnę i opiekę – rzekł Rocheblanche, po czym położył mu dłoń na ramieniu i poprowadził go pod łuk nawy, aby nikt ich nie usłyszał. – Mogę sobie tylko wyobrazić, jakim poświęceniem było dla was udzielenie schronienia obcemu, który wszedł w zatarg z panem tych włości.

Opat pokręcił głową z rozdrażnieniem.

– Obizzo d’Este jest wikariuszem papieskim i markizem Ferrary, ale z pewnością nie może dyktować praw za murami Pomposy.

Rycerz poczuł pokusę, by go ostrzec: „Nie dajcie się zwieść”. Jego celem była wszakże zupełnie inna kwestia.

– Niemniej jednak – dodał – wykazaliście się odwagą, przeciwstawiając się jego władzy. I nie tylko jego.

– Jeśli macie na myśli biskupa… – zawahał się Andrea.

– Wiem, że jesteście w tej chwili w doskonałej komitywie.

– Nie ma żadnych powodów do dumy. Jego Ekscelencja sprzyja mi wyłącznie dlatego, że zapewniłem mu schronienie na czas zarazy.

– I oto wyjaśnienie waszych ciągłych wizyt w Ferrarze – skwitował Maynard z odrobiną złośliwości. – O ile wiem, raz w tygodniu.

Rozsierdzony jego tonem opat cofnął się o krok.

– Szpiegujecie mnie, Rocheblanche?

Gdyby Francuz spotkał się z takim gestem podczas walki, zastanowiłby się nad sztychem, choćby poprzedzonym fintą. Uśmiechnął się.

– Ograniczam się do uważnego patrzenia. Czyżby to był grzech?

– Nie macie się czego obawiać ze strony Guida di Baisia – oburzył się Andrea – w istocie ta wiadomość… – Wskazał zwój w rękach Maynarda, po czym z miejsca ugryzł się w język.

– Znacie zatem jej treść – prowokował go Rocheblanche, nie przestając drwić.

– Wiadomo mi jedynie, że Jego Ekscelencja zamierza wam pomóc – bronił się zakonnik, skrywając zakłopotanie.

– W jakim celu?

– Sami go zapytajcie, na miły Bóg! – zagrzmiał, unosząc pięści. Szmer w oddali przypomniał obydwu o obecności mnichów, każąc ściszyć głos i wycofać się jeszcze bardziej w cień.

– Można wiedzieć, jaki jest powód tak wielkiej podejrzliwości? – ciągnął Andrea. – To również dzięki mnie zdołaliście ustrzec tajemnicę Codex Millenarius oraz poszukiwanych przez was relikwii. Myślicie, że zapomniałem? Nie, messer! Po prostu uszanowałem waszą powściągliwość, nawet wówczas, gdy wmieszaliście w to młodego Gualtiera. Nigdy nawet was nie zapytałem, dlaczegoście go wysłali wiele miesięcy temu do Francji, chociaż zdawałem sobie sprawę, że narażaliście jego życie.

– Gualtiero jest mężczyzną, sam dokonał wyboru – odparł Maynard, opuszczając kąciki ust. – Pomyślcie raczej o was. Zaczynam domniemywać, że za pomocą tych wymówek usprawiedliwiacie się z powodu czegoś, o czym jeszcze nie wiem.

Zakonnik spojrzał nań z oburzeniem.

– Wytworny sposób nazwania mnie kłamcą.

– Nie dostrzegam w was żadnego łgarstwa, lecz pragnienie, by kierować życiem każdego, kto znajdzie się blisko was. A jako że jest to cecha powszechna u wielu duchownych, nadal oczekuję od was czegoś więcej.

Co powiedziawszy, Rocheblanche odwrócił się i przełamał pieczęć listu. Był to gest podyktowany raczej gniewem niż ciekawością. Gniewem, który musiał powściągnąć, aby ocalić tymczasową spokojną egzystencję. Przyszło mu zresztą na myśl, że gdyby opat wiedział o korzeniach Gualtiera, nie zdradziłby się z tym, odpowiadając na pytanie zadane wprost. Należało działać przebiegle, a przede wszystkim ze spokojem. Rozwinął pergamin, zgniatając go palcami, i przeczytał jego krótką zawartość.

– Ależ… – wyjąkał – co to… znaczy?

– Aż tak niespodziewana wiadomość? – zapytał zaciekawiony Andrea.

Maynard schował list pod płaszczem.

– Sam nie wiem – odrzekł. – Podane są jedynie dzień i miejsce spotkania.

– Czyli?

– Jutrzejszej nocy w Ferrarze. Pod konwentem Świętego Dominika.

4

FERRARA, DZIELNICA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA

11 STYCZNIA

– Wasza broń, messer.

– Mam tylko sztylet.

Zignorowawszy odpowiedź, zbrojny dokładnie przeszukał Maynarda; nie pominął nawet wnętrza butów z cholewami i kieszeni ukrytych pod podszewką płaszcza. Rycerz tymczasem przyglądał się smudze śniegu i błota ciągnącej się wzdłuż ulicy Powodzi i ginącej w mroku nocy. Powtarzał sobie, że nie ma powodu do obaw, mimo to nieustannie szukał wzrokiem wszelkich możliwych dróg ucieczki. Tylko głupiec przekroczyłby próg konwentu braci kaznodziejów z lekkim sercem, zwłaszcza jeśli ów konwent stanowił siedzibę Świętej Inkwizycji. Teraz to już nie miało wielkiego znaczenia. Wkrótce zapuści się w meandry Świętego Dominika całkowicie bezbronny, w dodatku z własnej woli. Zaufawszy zwykłemu listowi.

Ostatnie spojrzenie na dzwonnicę Świętej Justyny – chętnie uciekłby właśnie w tym kierunku – i otrzymał pozwolenie na wejście do konwentu.

– Czekają na was, messer.

Młody frater poprowadził go w blasku świecy przez główną nawę, po czym zagłębili się w ciąg krużganków. Rocheblanche oparł się pokusie wypytania zakonnika o powód, dla którego go tutaj wezwano, i podążał z wysoko uniesioną głową, aby stawić czoło coraz bardziej gęstniejącym cieniom, zdającym się pochylać nad nim niczym cisi ławnicy. Pomyślał, że z pewnością nie byłby pierwszy, gdyby zniknął nocą w ten sposób, pokornie i bez śladu.

Konwers kluczył, sprawiając, że tracił orientację, aż przystanął przed tak niskim wejściem, że rycerz musiał się pochylić, aby się przedostać. Ledwie to uczynił, usłyszał trzask zamykających się za nim drzwi.

Pogładził pustą pochwę sztyletu i rozejrzał się po izbie. Ciemne, pozbawione okien wnętrze rozjaśniały nieliczne świece, w większości rozmieszczone u stóp olbrzymiego krucyfiksu wiszącego na ścianie. Pod krzyżem, za prostokątnym stołem, siedziało dwóch mężczyzn. Maynard od razu rozpoznał starszego z nich.

– Wasza Ekscelencjo – powitał go z ukłonem.

Guido di Baisio skinął nań, by się zbliżył.

Rocheblanche dopiero wtedy dostrzegł obecność dwóch zbrojnych w kolczugach, stojących w rogach izby. Tkwiąc nieruchomo, wyglądali, jakby czekali na byle pretekst, by dobyć mieczy. Francuz nie wątpił jednak ani przez chwilę, że najbardziej zagraża mu człowiek siedzący obok biskupa. Sądząc po białym szkaplerzu i czarnej kapie, był to dominikanin, miał wychudzoną i pożółkłą twarz i zwinne ciało, z którego dało się dojrzeć tylko smukłe palce. Lecz oczy… Och, te oczy! Na ich widok cofnęłaby się nawet najdziksza bestia. Maynard wpatrzył się w nie bez wahania, dostrzegając w nich nienawiść, która obejmowała zapewne większą część rodzaju ludzkiego.

– Nie byłem pewien, messer – odchrząknął wielebny Guido – czy zgodzicie się przybyć.

– Sporo nad tym myślałem – wyznał Francuz – aż w końcu przypomniałem sobie, że mam wobec was dług wdzięczności. Niegrzecznie byłoby odmówić.

– Szlachetny na wskroś.

– Mam nadzieję, że nie okażę się na wskroś głupcem.

– Jeśli lękacie się zagrożenia, możecie być spokojni – pocieszył go biskup. – To nie dotyczy was. – Zerknął na dominikanina, jakby domagał się w milczeniu większej klarowności.

Czekając na wyjaśnienia, Rocheblanche skrzyżował ramiona na piersi.

– Jakie zagrożenie macie na myśli?

Guido di Baisio zwlekał, dopóki nie uzyskał pospiesznego przyzwolenia ze strony fratra, wreszcie westchnął.

– Niewiele jest do powiedzenia. Jedyny świadek był oszczędny w zeznaniach.

– Świadek?

– Łowca wilków – dodał biskup. – Zwie się Silvano, pochodzi z burgus Focomorto. Twierdzi, jakoby przed kilkoma dniami w puszczy pod Ferrarą zauważył procesję… gentes maleficae.

Maynard podszedł tak blisko, że niemal dotknął krawędzi stołu.

– Mówcie jaśniej, Ekscelencjo.

Guido wykrzywił wargi. W ciągu ostatnich miesięcy nieźle się postarzał, a na jego obliczu znać było nadal ślady jeśli nawet nie niedostatku, to bez wątpienia wielkiej trwogi, właściwej komuś, kto uciekł przed pomorem. Osoba mniej obeznana zdziwiłaby się, widząc biskupa po nocy prowadzącego rozmowę, która wprawiała go w wyraźne zakłopotanie. Lecz nie ten, kto znał jego upodobanie do intryg.

– Po prawdzie – rzekł – łowca użył mniej dokładnych słów. Bredził coś o odzianych na czarno ludziach w kapturach niosących pochodnie i latarenki… Podążających za czymś niewypowiedzianym.

– Miałem w życiu aż nadto do czynienia z niewypowiedzianymi rzeczami. Ale o ile dobrze rozumiem, mówicie o czymś nadprzyrodzonym.

– Owszem, tak jest w istocie.

– Jesteście pewni? – dociekał Rocheblanche. – Wasz łowca mógł natrafić na korowód czarnych pokutników albo biczowników. Po zarazie bardzo ich przybyło, okupują zarówno przedmieścia, jak i contado.

Biskup pokręcił przecząco głową.

– Chodzi o orszak Diany – oznajmił z jawną pogardą. – Czy kiedykolwiek o tym słyszeliście, messer? Złe niewiasty wraz ze swymi sukubami błąkają się po lasach, wznosząc błagania do pogańskiej bogini. Która nie jest niczym innym jak diabłem.

Na twarzy Maynarda pojawił się uśmieszek pełen niedowierzania.

– Gdybyście wy, kapłani, bez przerwy o nim nie wspominali, sam diabeł zwątpiłby we własne istnienie.

– Powściągnijcie język, bezwstydniku! – wybuchnął dominikanin, aż tkwiący w rogach izby zbrojni podskoczyli. Miał przenikliwy głos, który onieśmielał jeszcze bardziej niż wzrok. – Macie czelność naigrawać się ze świętych dogmatów i słów prałata? Już za samo to bluźnierstwo powinienem przybić wam język do drewnianej kłody!

– Okażcie szacunek, Rocheblanche – wtrącił wyrozumiale Guido. – Stoicie przed obliczem ojca Lamberta da Cingoli, jednego z najznamienitszych i budzących największy lęk braci w Lombardii i Marchii Genueńskiej.

– Inkwizytorem Ferrary? – zapytał Maynard.

– Już nie – odparł biskup. – Obecnie jest przeorem konwentu w Bolonii. Ostatnie wydarzenia wymagały wszakże jego niezwłocznego stawiennictwa.

Rycerz wpatrywał się w dominikanina rozdarty między ciekawością a rozdrażnieniem.

– Mojego pojawienia się także. – Nie zdołał się powstrzymać. – Co ono ma wspólnego z tym wszystkim?

– Po kolei, messer. – Baisio ściszył głos, jakby szykował się do zdradzenia tajemnicy. – Pojawienie się orszaku Diany to ostatnia z ciemnych przepowiedni, które ciążą nad Ferrarą. Ostatnio uchwycono w tych murach znaki. Niepokojące znaki.

– Zatem to dziwne, że nie słyszałem o nich na ulicy – zauważył Rocheblanche.

– To dlatego, że wszystko wyciszono – wyjaśnił biskup, a jego twarz spochmurniała. – Musicie wiedzieć, że w ciągu ostatnich miesięcy znaleziono ropuchy przyczepione do skrzydeł drzwi i okien. Martwe ropuchy, przybite gwoździami… razem z arkuszami pergaminu.

– Gdyby nie arkusze pergaminu, można by to uznać za dziecięcy wybryk. Zawierały jakieś przesłanie?

– Zawsze to samo: Pro bono malum.

Widząc rosnące zakłopotanie biskupa Guida, Maynard przypuszczał, że jest coś jeszcze. Skądinąd zdawał sobie doskonale sprawę, że w pewnych okolicznościach już sam ów czyn wystarczy, by spłonąć na stosie. Pro bono malum, powtórzył w myślach. Sprawiało wrażenie ludowego przysłowia, tyle że w niezrozumiałej łacinie, która mogła znaczyć wszystko i nic.

– Sądzicie, że to…

– Klątwa – wtrącił brat Lamberto da Cingoli ze ściągniętą twarzą, która wyglądała jak odciśnięta w wosku. – Klątwa zainspirowana określonym wersem Apokalipsy. „I ujrzałem wychodzące z paszczy Smoka i z paszczy Bestii, i z ust Fałszywego Proroka trzy duchy nieczyste jakby ropuchy”2. – Następnie splótł palce pod brodą, niemal zadowolony. – Brzmi znajomo, messer? Opisuje szatańską trójcę, która ma pogrążyć świat w żałobie przed trąbami sądu.

– Słyszałem ją już, owszem – odparł Francuz. – Ale skąd możecie mieć pewność, że istnieje jakikolwiek związek?

– Proste – zabrał się do objaśniania Guido, unosząc otwarte dłonie. – Za sprawą tego, co łowca wilków ujrzał na czele orszaku Diany.

– Cóż takiego?

– Przysięga, że widział niewiastę na grzbiecie bestii, lecz nie była to zwyczajna bestia. Miała baranie rogi i skórę pokrytą łuskami. Pojmujecie? To ona! Trzecia diabelska istota wymieniona w urywku Apokalipsy. To bluźnierczy kozioł, Fałszywy Prorok, który przybył, żeby zawlec nas wszystkich do piekła!

Maynard dostatecznie rozumiał się na piekle, by nie dać się zastraszyć. Wiedział jednak również dosyć na temat nadprzyrodzonych wizji, toteż choć zachował kamienną twarz, pozornie nie dowierzając, z pewnością nie potraktował lekko tych słów. Sam zresztą gotów był przysiąc, że widział we śnie trzech jeźdźców w aureolach, przybyłych, aby obwieścić koniec świata. Wydarzyło się to na polu bitwy pod Crécy, w morzu krwi i błota, od tamtej pory jego zapatrywanie uległo większej zmianie, niż kiedykolwiek by przypuszczał.

– Zakładając, że owa bestia naprawdę istnieje – przemówił – czym dałoby się uzasadnić moje działanie?

– Za chwilę się dowiecie – obiecał Guido di Baisio. – Gdy tylko przysięgniecie dochować milczenia co do miejsca, gdzie znaleziono ropuchy wraz z pergaminem.

Rycerz skłonił głowę i położył dłoń na piersi.

– Macie moje słowo, wielebni ojcowie.

Brat Lamberto przytaknął z zadowoleniem.

– Otóż – oznajmił – ropuchy były trzy i znaleziono je przybite do drzwi Pałacu Signorii. Ostatnią przed komnatą sypialną markiza Obizza III d’Este.

5

FERRARA, KLASZTOR ŚWIĘTEGO ANTONIEGO

Czwarta śnieżka rozbiła się o kraty dormitorium w mroku nocy. Czekając na odpowiedź, Gualtiero przycupnął za klasztornym płotem, w dobrze ukrytym miejscu, i w blasku księżyca wpatrywał się w drewnianą kratę, przez którą zakonnice spoglądały na świat. Nie potrafił uwierzyć, że można przywyknąć do tego rodzaju życia, w całkowitym odosobnieniu i na łasce cudzych decyzji. Przez krótki czas doświadczył tego na własnej skórze, pracując w skryptorium w Pomposie, kiedy jednakowe dni monotonnie mijały jeden po drugim, w rytmie klasztornych zwyczajów. Wytrzymał tylko dzięki pragnieniu, by zobaczyć matkę, i podsuwanym przez wyobraźnię scenom, które przelewał na pergaminowe kodeksy w kolejnych miniaturach.

Wszelako teraz zaczynał wątpić w słuszność własnych wyborów. Rezygnacja z zostania mnichem pozbawiła go łask ojca Andrei, a co za tym idzie, gościny w opactwie Pomposy. Łatwo było mówić Rocheblanche’owi, żeby uzbroił się w cierpliwość! Cóż on wiedział o troskach zwykłych ludzi? Ponadto przekonanie, że znalazł się w centrum groźnego spisku, napełniało go trwogą przed niepewnym losem.

Otulił się peleryną przed mrozem, zgarnął odrobinę śniegu, ubił go w dłoniach i rzucił w kratę dormitorium. Niepotrzebnie się łudził. Już podjął decyzję, lecz na myśl, że ma ją jej obwieścić, czuł ściskanie w żołądku.

Właśnie zamierzał odejść, gdy wtem przez otwory w kracie spostrzegł migotanie świecy. Wyłoniwszy się znad płotu, patrzył, jak światełko przemieszcza się od okna do okna aż do biforium, przez które Isabeau zwykła wymykać się z klasztoru.

Nie musiał długo czekać, by wychyliła się i uczepiła dostatecznie mocnej gałęzi drzewa, która ją utrzyma. Zakonny habit wcale nie przeszkadzał jej poruszać się zwinnie niczym kot. Albo lepiej, niczym wędrowny aktor, jakim był jej ojciec. Gualtiero przyglądał się oczarowany jej akrobacjom, lękając się, że w każdej chwili może spaść. Opuścił więc czym prędzej swą kryjówkę i przybiegł jej z pomocą.

Ledwie znalazła się w jego ramionach, wyswobodziła się z chytrym uśmieszkiem.

– Zamierzałeś pobudzić wszystkie siostry? – skarciła go złośliwie. – Usłyszałam cię już za drugim razem.

– Przecież nie mogłem tego wiedzieć – usprawiedliwił się Gualtiero.

Isabeau roztarła ramiona, wpatrując się w śniegową pierzynę przykrywającą całą wysepkę Świętego Antoniego. W ciemności jej twarz przybrała dziki, niemal drapieżny wyraz.

– Ukryjmy się – podsunął, wycofując się w stronę nędznej chaty obok stajni.

Dziewczyna go powstrzymała.

– Matka przełożona coś podejrzewa, lepiej pójść gdzie indziej. Znam jedno miejsce…

Gualtiero pogładził ją po twarzy i pokręcił przecząco głową.

– Nie zabawię długo.

– Co to znaczy?

– Że przyszedłem tylko po to, aby ci coś powiedzieć.

– Napawasz mnie strachem.

– Nie masz powodów, żeby się bać. Tobie nic nie grozi. Natomiast ja…

– Co ty?

Młodzieniec spuścił wzrok. Wskazał jakiś punkt w oddali, na skraju krużganka, dotarłszy zaś do niego, oparł się plecami o kolumnę.

– Muszę wyjechać – wyznał. – Sam.

Przerażona chwyciła go za szaty.

– A co z tym wszystkim, co mi przyrzekłeś?

– Bóg jeden wie, jak bardzo tego pragnę. – Przytulił ją. – Jednak nie mogę. Nie teraz, gdy pojawiła się ta nowa zgryzota…

Dziewczyna przycisnęła twarz do jego piersi w oczekiwaniu, aż dokończy zdanie. Zatrwożona wszakże jego niespodziewanym milczeniem, spojrzała mu w oczy.

– Jaka zgryzota?

Gualtiero westchnął. Długo się zastanawiał, jak jej to powiedzieć, a teraz musiał to uczynić w pośpiechu, co wszystko utrudniało. Dumał przez chwilę, szukając właściwych słów, wreszcie oznajmił:

– Obawiam się, że ktoś odkrył prawdę o moim pochodzeniu, ktoś z najbliższego nam otoczenia, i że z czasem może to wykorzystać, aby wydobyć ode mnie tajemnice.

– Tajemnice, które dzielisz z Maynardem?

– Te także, owszem.

– Zatem Lapis exilii.

Skinął potakująco głową. Po raz ostatni wypowiedział te słowa przy Rocheblanche’u, wyznając, co odkrył w dalekim klasztorze w Mont-Fleur. Gdyby taka tajemnica dotarła do uszu człowieka władzy, zbrodnie i oszustwa jęłyby się plenić niczym klątwa.

– Mogliby skrzywdzić również ciebie, gdyby tylko wiedzieli…

Isabeau uciszyła go i cofnęła się gwałtownie, jakby ją znieważył. Nadal wpatrywała się w ciemność, ze splecionymi ramionami, w końcu stłumiła przypływ gniewu i zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.

– Nigdy nie domagałam się od ciebie, abyś mi wyjawił, co takiego odkryłeś we Francji ani kim naprawdę była twoja matka, ani jakie ustalenia wiążą cię z Maynardem – wykrzyknęła. – A to dlatego, że miłuję ciebie, nie twoje imię czy też dążenia! Chcę być z tobą i nic nie zniweczy tego pragnienia.

– A jeżeli coś ci się stanie? – odparował Gualtiero, walcząc z pokusą, by przyznać jej rację. – Nie – upierał się – nie pozwolę na to! Nigdy nie mógłbym się na to zgodzić.

– Uważasz, że jestem aż tak krucha? – zapytała zbuntowana, z wyniosłym uśmiechem. – Potrafię stawić czoło niebezpieczeństwu! Doskonale wiesz, w jakim stanie znalazł mnie Maynard, kiedy podał mi pomocną dłoń.

– Intrygi, o których mówię, to co innego – usiłował wyjaśnić, nakazując jej ściszyć głos. – Nie da się ich zwalczyć zwykłą odwagą ani mieczem. Musisz zachować cierpliwość, zaczekać, aż sam się z nimi uporam, i dopiero wtedy…

Tylko że Isabeau wcale nie zamierzała go posłuchać.

– Ja w tym zamknięciu nie dotrwam! – zawołała. – Czuję, że się duszę, rozumiesz? Zniosłam już dość, wiedząc, że jesteś daleko, i bojąc się, że cię więcej nie zobaczę. Wyobrażasz sobie, co to oznaczało? Nie żądaj tego ode mnie po raz kolejny, proszę!

Gualtiero podniósł wzrok i spostrzegł jakieś postaci poruszające się za drewnianymi klasztornymi kratami. Zakonnice szpiegowały, próbując łapczywie wyłowić okruchy cudzego życia, również cierpienia, byle tylko wypełnić pustkę własnej egzystencji. Nagle usłyszał niewieści głos wołający „Isabeau!” i uzmysłowił sobie, że nie ma już czasu. Chwycił dziewczynę za ramiona i złożył pocałunek na jej czole, potem na wargach.

– Muszę to uczynić, Isabeau. Ponieważ cię miłuję.

– Kłamca!

– Wiesz, że nie kłamię – odparł z naciskiem. Wsunął jej w dłonie pomięty arkusz i popatrzył na nią tak łagodnie, jak tylko potrafił. – Błagam, żebyś zrozumiała. Błagam cię… Miej ufność!

Dziewczyna odepchnęła go z wściekłością, po czym skradła mu kolejny pocałunek.

– Isabeau! – zawołał ktoś ponownie, na granicy gniewu.

– Teraz idź – szepnął młodzieniec. – Wracaj, bo cię ukarzą.

– Do diabła z ich karami! – wykrzyknęła, ocierając łzę. – Powiedz przynajmniej, dokąd się udasz. Powiedz, jeśli naprawdę mnie miłujesz.

Gualtiero pokręcił głową.

– Gdybym to uczynił, podążyłabyś za mną. – Skinął jej na pożegnanie pogrążony w żalu i obrócił się na pięcie.

– I tak za tobą pojadę! – odparła, patrząc, jak się oddala w stronę drewnianego mostu łączącego wyspę ze stałym lądem.

Stała na drżących nogach, poczerwieniała na twarzy, z zaciśniętymi pięściami. Nagle zerwała niewidzialne łańcuchy, które nie pozwalały jej się ruszyć, i chciała pognać za nim, lecz poczuła, że ktoś łapie ją za ramię. Przeorysza osobiście wyszła w noc, aby sprowadzić ją z powrotem do klasztoru.

– Puśćcie mnie! – Isabeau wyrwała się i runęła w śnieg. Nadal wpatrywała się w niknącą w oddali postać młodzieńca. – Słyszałeś? – zawołała. – Ucieknę, przysięgam, i cię odnajdę!

On nawet się nie obejrzał.

Zanim ją odciągnięto, dziewczyna zdała sobie sprawę, że zgubiła arkusz, który jej zostawił. Wyswobodziła się z uścisku przeoryszy, podniosła go, a kiedy nań popatrzyła, poczuła przypływ wzruszenia.

Na arkuszu widniał sporządzony węglem rysunek dziewczęcej buzi. Dziewczynki niewiele młodszej od niej, lecz o tych samych rysach. Być może piękniejszej i bardziej hardej, niż Isabeau kiedykolwiek myślała o sobie. W taki właśnie sposób postrzegał ją Gualtiero. To znaczy postrzegał kiedyś.

Za pierwszym razem, gdy się spotkali.

Niezbyt daleko, w ciemnym sercu dzielnicy Świętego Mikołaja, Maynard wpatrywał się w demoniczne oczy brata Lamberta da Cingoli. Nadal mu umykało, czy owo spotkanie zarządził on, czy biskup Guido, i w jakim celu. Pewne było tylko jedno: nie powinien im ufać. W istocie jeszcze zanim nauczył się władać mieczem, przekonał się, jak sprytnie ludzie Kościoła potrafią pozorować rozmaite działania dla własnych korzyści.

– Czy ktoś groził markizowi Obizzowi? – zapytał dla jasności.

Ojciec Lamberto uczynił nieokreślony gest.

– Lękamy się o niego, a także o jego męskiego dziedzica.

– Messer Aldobrandina?

Frater przytaknął.

– Jego Ekscelencja twierdzi, że uczyliście chłopca fechtunku.

– Ledwie przez krótki okres – odrzekł zwięźle Maynard, tak aby jego przyjaźń dla panicza nie została użyta jako narzędzie perswazji.

Gdy lekcje fechtunku z młodym Aldobrandinem dobiegły końca, poczuł żal, przede wszystkim dlatego, że odkrył w nim więcej cnót, niż posiadał jego ojciec, i żywił nadzieję, że zdoła je z niego wydobyć. Od owych wspomnień dzieliło go wszakże zbyt wiele nieszczęść. Po raz ostatni widział go z daleka podczas starcia na palio w święto Wniebowzięcia – wydał mu się nader przygnębiony żałobą po śmierci matki.

Korzystając z jego niespodziewanego milczenia, obaj zakonnicy spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Guido sprawiał wrażenie bardziej znużonego i skłonnego prędko zakończyć rozmowę. Pochylił się do przodu i splótł leżące na stole upierścienione palce.

– Cóż, messer – powiedział, zmierzając do końca – chyba pojmujecie powagę okoliczności…

Rycerz ani myślał na tym poprzestać. Zmarszczywszy brwi, postąpił krok naprzód, pragnął się rozeznać we własnym położeniu.

– Czego właściwie ode mnie żądacie?

– Zasięgnięcia języka – odparł sucho brat Lamberto.

Maynard posłał mu krzywy uśmieszek.

– Mam pójść śladem ropuch i wyimaginowanych bestii?

– Darujcie sobie tę pogardę – upomniał go dominikanin. – Istnieją dowody.

– A zatem? Wyślijcie zbrojnych!

– Tu jest potrzebne lwie serce, messer – wtrącił Baisio, po raz kolejny gotów uspokoić nastroje. – Bystry człowiek, który niczego się nie lęka.

– Raczej człowiek, którym moglibyście manipulować – odparował szyderczo Rocheblanche.

– Owszem, to też. – Brat Lamberto uderzył pożółkłymi palcami o pulpit i obaj tkwiący w rogach izby zbrojni znowu podskoczyli. – Popadliście w niełaskę na ferraryjskim dworze, a my ofiarowujemy wam sposobność odzyskania zaufania markiza Obizza w zamian za pewną przysługę. Czy waszym zdaniem to krzywdząca wymiana?

Maynard wzruszył ramionami.

– Odpowiem wam, gdy wyrobię sobie dokładniejszy osąd.

Guido di Baisio uśmiechnął się zadowolony.

– Zgadzacie się więc!

– Czyżbym miał jakiś wybór? – odrzekł rycerz.

– Tak zupełnie szczerze, nie. – Stary biskup podniósł się z krzesła z wyraźną ulgą. – Będziecie pracować razem z bratem Lambertem, przekazując mu wszelkie ustalenia, jakich uda wam się dokonać. A w razie gdybyście potrzebowali pomocnika, w sukurs przyjdzie wam jego zaufany zakonnik. – Po czym wskazał drzwi. – Zapewne jesteście zmęczeni, messer. Już dość późno, a mróz zbyt silny, byście mogli wrócić do Pomposy. Przenocujecie w konwencie Świętego Dominika, w domu gościnnym.

6

Otulony zakonnym płaszczem Lamberto da Cingoli opuścił konwent Świętego Dominika, nic nie powiedziawszy współbraciom. Na pierwszy rzut oka wydawał się w tę mroźną noc w swoim żywiole, chociaż szedł po śniegu w prostych plecionych sandałach, a wewnątrz skrywał głęboki lęk. Kilkakrotnie oglądał się za siebie, zmierzając szybkim krokiem ku miejscu, gdzie zaczynała się dzielnica Boccacanale, po czym skręcił w jakiś zaułek, wiedziony blaskiem zatkniętej u bramy pochodni. Zaklął na widok szczura i przystanął u wrót. Były wykonane z nabijanego ćwiekami drewna i równie solidne jak wieńczący je kamienny łuk. Wpatrywał się w nie przez chwilę z wahaniem, wreszcie wyciągnął swą drobną dłoń i zastukał.

Na dźwięk otwieranego judasza niemal podskoczył. Do kraty przysunął się jakiś mężczyzna, zamknął ją z powrotem i otwarł bramę.

– Jego Wielebność czeka na was – powiedział tylko z francuskim zaśpiewem.

Dominikanin ruszył naprzód bez słowa, skrywając niepokój pod maską utrwaloną przez lata stosów i procesów. To nie niepewność napawała go bojaźnią, lecz myśl, że musi się spotkać z człowiekiem groźniejszym od niego samego.

Dotarłszy na miejsce, znalazł się przed salą oświetloną paleniskiem, które rzucało na ściany diaboliczne blaski. Przed płomieniem przy pulpicie majaczył jakiś cień. Brat Lamberto pozostał na progu, napawając się ciepłem, w oczekiwaniu, aż siedząca bokiem postać przemówi. Pod światło dostrzegał jedynie wspartą na poręczy dłoń i pierścień z lwim herbem na palcu.

– Wasza Eminencjo – szepnął z odrobiną służalczości, która zawstydziła jego samego.

Cień drgnął, pozwalając mu dojrzeć swą purpurową od ognia twarz.

– Wielebny ojciec, nareszcie.

– Dopiero co odprawiłem Maynarda de Rocheblanche’a.

Słysząc to imię, mężczyzna wychylił się zza oparcia i pokazał w pełni swe oblicze. Stary, lecz pełen wigoru purpurat, sądząc po zmarszczkach mimicznych jakby wyciosanych siekierą, najwyraźniej z trudem radził sobie z wewnętrzną udręką.

– Rocheblanche. – Wciągnął przez zęby powietrze. – Zatem zgodził się przybyć.

– Owszem – przytaknął dominikanin – i niczego nie podejrzewa. – Stał przed monsignore Bertrandem du Pougetem powtórnie, choć rozmawiał z nim po raz pierwszy, i z niemałym trudem skrywał bojaźń. Bojaźń, która teraz, za sprawą instynktownego podziwu, była niemal nie do zniesienia. Choćby się wykazał najwyższą gorliwością i zjednał sobie przychylność na obszarze Lombardii i Marchii Genueńskiej, nigdy nie dorównałby wielkością temu awiniońskiemu księciu.

– I cóż? – ponaglił hierarcha. – Czy rycerz wspomniał o czymś, co nas ciekawi?

– Nie. – Brat Lamberto poczuł zadowolenie ze swej stanowczej odpowiedzi. – Rozmowa ani razu nie wykroczyła poza kwestię… ropuch. Pod moim naciskiem Rocheblanche zgodził się zasięgnąć języka.

Du Pouget skinął głową.

– W najbliższych dniach znajdziecie się z nim w wystarczającej komitywie, aby skłonić go do mówienia o czymś innym.

Dominikanina kusiło, by przytaknąć, albowiem pragnął po prostu zakończyć tę kwestię, żywił wszakże zbyt wiele wątpliwości.

– Jeśli pozwolicie, wolałbym się skupić na dochodzeniu i pozostawić to zadanie biskupowi.

Wzrok kardynała dowodził, że z pewnością nie spodziewał się odmowy.

– Guido di Baisio już dość zrobił. Odkrył tajemnicę Rocheblanche’a i powiadomił mnie o tym, zachęcając do przyjazdu do Ferrary. Teraz wasza kolej, ojcze Lamberto, złamać tę tajemnicę.

– Pomimo całego szacunku, jakim was darzę, nie. Wezwano mnie do Ferrary, abym przeprowadził dochodzenie w sprawie herezji i układania się z Szatanem. To właśnie uczynię. Nie zamierzam tracić czasu na to całe… jakże się zowie? To całe… ach, tak! To całe Lapis exilii.