Opactwo stu grzechów - Marcello Simoni - ebook
Opis

Mistrz włoskiego thrillera historycznego powraca z pierwszą część trylogii "Codex Millenarius"! Sierpień 1346 roku. Ocalały po bitewnej klęsce waleczny Maynard de Rocheblanche wchodzi w posiadanie pewnego pergaminu. W owym zagadkowym tekście jest mowa o cennej relikwii, Lapis exilii. Wielu, w tym ambitny kardynał Awinionu i książę Karol Luksemburski, marzący o koronacji na cesarza, usiłuje go zdobyć. Aby bezcenny dokument nie wpadł w niepowołane ręce, Maynard będzie zmuszony uciekać. Najpierw uda się do Reims, do siostry Eudeline, przełożonej klasztoru świętej Balsamii, następnie do opactwa w Pomposie. Właśnie tam szczęśliwie natknie się na opata Andreę oraz młodego malarza Gualtiera de’ Bruni, którzy pomogą mu odkryć prawdę na temat relikwii. Jedynym człowiekiem znającym jej tajemnicę jest pewien mnich, który wydarł ją z niedostępnego klasztoru Mont-Fleur…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

L’abbazia dei cento peccati

Copyright © 2014 Newton Compton editori s.r.l.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Rysunki na stronach: © Marcello Simoni

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Anna Just, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-076-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Giorgii, która zechciała podążyć za mną po ścieżkach tej przygody

OPACTWO STU GRZECHÓW(SIERPIEŃ 1346 – KWIECIEŃ 1347)

Pycha oddala od Boga,

Zawiść od bliźniego,

Gniew od nas samych.

HUGON OD ŚWIĘTEGO WIKTORA, De quinque septenis, II

Pod koniec marca w roku Pańskim 1345 planety Saturn, Jowisz i Mars weszły w koniunkcję między piętnastym a siedemnastym stopniem znaku Wodnika, prowokując wydarzenie astronomiczne, które rozpaliło serca i umysły ówczesnych uczonych. Niełatwo ustalić, w jakim stopniu ruchy ciał niebieskich wpłynęły na ludzkie losy, w istocie jednak w ciągu następnych lat na Europę spadły wojna, głód i zaraza. Cały Zachód stał się teatrem tańca śmierci, który obudził strach przed apokalipsą.

Nawet takie plagi nie uśmierzyły pragnienia prawdy, piękna i wielkich ideałów. Właśnie w tym strasznym czasie w pewnym opactwie wzniesionym niedaleko morza narodził się jeden z najbardziej fascynujących cyklów malarskich średniowiecza. Historia ta jest historią mężczyzn i kobiet, którzy uczestniczyli w jego powstaniu.

PROLOG

PUSZCZE FERRARY, NA SKRAJU PRZEDMIEŚCIA ŚWIĘTEGO JERZEGO

12 KWIETNIA 1333 ROKU

Trzej mężczyźni spotkali się po zachodzie słońca w wielkiej tajemnicy. Dwaj z nich przybyli konno razem, podążając wzdłuż rzeki Pad, aż nieomal się zgubili w labiryncie dolin i mokradeł. Zaczekali wśród drzew, czujni na każdy hałas dobiegający z ciemności. Podobieństwo rysów, jasnej skóry i płowych włosów świadczyło o ich bliskim pokrewieństwie. Starszy miał tak głębokie spojrzenie, że można by go dostrzec nawet w ogniu bitwy. Obu osłaniały starannie wycyzelowane zbroje i kolczugi, oznaki wysokiego rodu, podobnie jak rzędy ich wierzchowców.

Trzeci mężczyzna, również na koniu, dołączył do nich nieco później. Odziany był w płaszcz, miał kapelusz kardynalski, ale żelazne rękawice, zaciśnięte na wodzach, pozwalały się domyślać obecności kirysu pod szatami.

– Wasza Królewska Mość, Wasza Wysokość – rzekł, przystanąwszy pod koroną wysokiego wiązu – cóż za zaszczyt.

– W końcu go dostąpiliście – burknął młodzieniec, podobnie jak on posługując się doskonałą francuszczyzną. Nie skończył jeszcze siedemnastu lat, z jego oblicza biły żarliwość i porywczość. – Wystarczyła chwila zwłoki, monsinior, a już byście nas nie zastali.

Znajdujący się obok mężczyzna uciszył go gestem ręki.

– Wybaczcie mojemu synowi, Eminencjo. Mimo licznych cnót brak mu umiejętności powściągania języka.

– Cóż, książę będzie musiał się nauczyć – odparł kardynał znacząco. – Przynajmniej od dzisiejszej nocy.

– Zatem go znaleźliście? – zapytał zbrojny, ściszając głos.

– Zmierzał do Ferrary – przytaknął purpurat. – Moi żołnierze pojmali go pod murami, kiedy szykowali się do oblężenia. Łut szczęścia.

– Nie wezwaliście nas tu zatem na darmo – uradował się młodzieniec. – Powiedzcież, Eminencjo, czy już… przemówił?

– Wątpicie w to?

Nie dodawszy nic więcej, kardynał skinął dłonią i ruszył truchtem między drzewa. Przedarł się przez plątaninę cieni wśród odgłosów wydawanych przez puchacze i inne nocne zwierzęta, aż dotarł na polanę zajętą przez zbrojnych i machiny oblężnicze. Pośrodku na trawie leżał zupełnie nagi mężczyzna, oświetlony przez pochodnie. Cała trójka podeszła bliżej, aby mu się lepiej przyjrzeć. Sądząc po obszernej tonsurze, był to mnich. Spoczywał w nienaturalnej pozycji: rozkrzyżowany, ręce i nogi miał przywiązane linami do czterech koni. Wierzchowce stały nieruchomo, sznury nie były naciągnięte, ale twarz nieszczęśnika nadal wykrzywiał grymas niewysłowionego cierpienia. Łokcie i kolana, podobnie jak łopatki i nadgarstki, miał spuchnięte i posiniaczone od rozciągania ponad ludzką wytrzymałość.

Kardynał zsiadł z konia i zbliżył się do mnicha.

– Ojciec Facio di Malaspina, uciekinier od trzech lat. – Nie zwracał się do niego, ale do towarzyszących mu dwóch mężczyzn w zbrojach. Zdjął kapelusz, odsłaniając gęstą siwą grzywę, i przesunął dłonią po twarzy. Uśmiechał się. – Uciekinier, ponieważ ukrył coś równie rzadkiego, jak cennego. Kiedy go jednak pojmano, nie miał tego przy sobie.

Na te słowa mnichem wstrząsnął gwałtowny dreszcz i wyrwał mu się okrzyk pełen nienawiści.

– Bądźcie przeklęci! – Spróbował się podnieść, lecz ścięgna i mięśnie nie były już w stanie go utrzymać. – Przeklęci wy i wszystkie psy z Awinionu! – syknął. Po czym zamknął powieki wyczerpany.

– Nie rozumiem – wtrącił zbrojny, wymieniając spojrzenia z synem. – Skoro nie miał nic przy sobie…

– Schował to – wyjaśnił kardynał – w pobliskim kościele parafialnym. – Wstał i otrzepał płaszcz z kilku źdźbeł trawy. – Wysłałem zaufanych ludzi, żeby to odzyskali. Oto powód mojego spóźnienia. Już powinni być z powrotem.

Rzeczywiście, wkrótce z gęstych zarośli wyłoniło się pięć zakapturzonych cieni i stanęło w blasku księżyca. Osoby te miały na sobie nabijane ćwiekami brygantyny i szerokie czarne płaszcze. Wyższy przechadzał się pośrodku z niewielką szkatułką przyciśniętą do piersi. Ukląkłszy przed prałatem, wręczył mu ją bez słowa.

Kardynał wpatrywał się przez chwilę w puzderko, niemal zalękniony, wreszcie nie mogąc pohamować niecierpliwości, otworzył je. Wewnątrz znajdowały się trzy przedmioty.

– Dominus meus et Deus meus – wyszeptał drżącym głosem, po czym przeżegnał się i z najwyższym szacunkiem pokazał zawartość obydwu szlachcicom. Przyglądał się z uwagą ich osłupiałym minom, czekając, aż się odezwą, a ponieważ milczeli, postanowił nie zważać na wzruszenie i działać. – Ja zatrzymam kielich, a książę będzie sprawował pieczę nad ostrzem włóczni – oznajmił, ważąc słowa. – Co do Waszej Królewskiej Mości – chwycił trzeci przedmiot leżący w szkatułce i obejrzał go w świetle pochodni. Był to niewielki zwój pergaminu.

Na jego widok mężczyzna w zbroi przezwyciężył zdumienie i wyrwał mu go z rąk.

– To należy do mnie – odrzekł wyzywająco – a wraz z tym i tajemnica.

Purpurat najwyraźniej zamierzał zaprotestować, zacisnął jednak usta z rezygnacją.

– Niech tak będzie – powiedział przymilnie. – Będzie wasz, dopóki nie zdecydujemy się wyjawić jego istnienia.

– Wszelako, Eminencjo… – sprzeciwił się mężczyzna, nadal ostrożny. – Wybaczcie zuchwałość, ale gdyby przypadkiem coś wam się złego stało albo gdybym nie był w stanie was odnaleźć, jak mógłbym dowieść autentyczności tego dokumentu?

Kardynał westchnął.

– Macie rację, bez mojego świadectwa można by go wziąć za falsyfikat. Pozwólcie mi się chwilę zastanowić. – Wpatrywał się w zwój w milczeniu, następnie pokiwał głową. Po czym wyswobodziwszy dłoń z żelaznej rękawicy, zdjął złoty pierścień, który miał na serdecznym palcu. – To będzie gwarancją mojego słowa – podał mu go. – Tylko strzeżcie się, nie pokazujcie go nikomu, dopóki nie nadejdzie właściwa chwila.

– Chwila, w której ponownie się spotkamy – oświadczył mężczyzna, biorąc pierścień – i staniemy przed obliczem papieża.

CZĘŚĆ PIERWSZAKAMIEŃ BANICJI

1

WZGÓRZE CRÉCY

26 SIERPNIA 1346 ROKU

Maynard znów miał ów sen. Trzej jeźdźcy w zbrojach mknący we wściekłym galopie. Nie sprawiali wrażenia zwykłych śmiertelników. Wokół ich głów unosiły się płomienne aureole, każda w innym kolorze. Pierwsza biała, druga czerwona, trzecia złota. Przemierzali ciemności, ściskając w dłoniach tajemnicze łupy, a ich grzywy tańczyły na wietrze niczym ogony komet.

Nim otworzył oczy, obraz ten nałożył mu się na świeże wspomnienia, toteż Maynard śledził pęd trzech jeźdźców wśród szeregów walczących mężczyzn w triumfie śmierci i przemocy. Następnie usłyszał świst angielskich strzał, przerażone rżenie swego wierzchowca, trzask… I nagle się obudził.

Leżał twarzą do ziemi, z ustami pełnymi błota, w całkowitych ciemnościach. Deszcz bębnił o jego pancerz z głuchym, uporczywym dudnieniem, zmuszając go do wstania. Wówczas Maynard uzmysłowił sobie, że ma unieruchomione nogi, i ogarnęło go przerażenie. Coś ciężkiego przygwoździło mu plecy. W porywie rozpaczy wyciągnął lewe ramię – jedyne, którym był w stanie ruszać – szukając podpory. Chociaż nie mógł nic zobaczyć, poczuł, że dłoń w żelaznej rękawicy uczepiła się jakby powrozów. Zacisnął ją mocniej i jął mozolnie pełzać naprzód. Zbroja była mu zawadą, utrudniała ruchy, nie uniemożliwiała wszakże czołgania się w szlamie do chwili, aż uwolnił również prawe ramię.

Pomyślał więc o zdjęciu hełmu. Przytknął palce do karku i przebierał nimi dopóty, dopóki nie poluzował rzemienia, który mocował go do płaszcza, następnie ściągnął go, drapiąc sobie twarz. W szarej poświacie zmierzchu dostrzegł przedmiot, którego się uchwycił: wodze martwego konia.

Nad nim leżał stos ciał tkwiących w metalowych skorupach, pozostałości po tych, których jeszcze tak niedawno nazywał braćmi broni. Ów makabryczny widok ciągnął się, jak okiem sięgnąć, przez całe pole aż do stóp wzgórza. Jeźdźcy, piechurzy i kusznicy, zmieceni niszczycielskim ciosem kosy, spoczywali w ciszy na ziemi poprzecinanej szkarłatnymi strumykami.

Maynard pokonał wstręt, lecz nadal znosił hańbę, widząc zwłoki tak wielu walecznych towarzyszy rozdziobywane przez kruki. W odruchu gniewu szarpnął się do przodu, wydostał spod sterty przywalających go trupów, po czym przewrócił się na bok, by odetchnąć pełną piersią. Krople deszczu na twarzy dawały mu wrażenie czystości, budziły wspomnienie siostry, Eudeline, która zamknęła się w klasztorze, aby uciec przed chuciami ich ojca. Eudeline, imię blasku. Zapragnął znów ją zobaczyć, przytulić, tak jakby od tego zależało zbawienie jego i całego świata.

Nagły ból w lewej nodze skupił jego uwagę na kolanie, w którym tkwiła strzała. Wtedy przypomniał sobie, że w czasie szarży został ranny, powalony na ziemię i wchłonięty przez bitewny zgiełk. Pochylił się, by obejrzeć ranę, lecz jakiś groźny cień kazał mu odruchowo podnieść prawą dłoń. Chwycił mężczyznę za nadgarstek, w samą porę, by uniknąć ciosu mizerykordii1. Spostrzegł nad sobą angielskiego piechura. Maynard gwałtownie obrócił tułów, poderwał z ziemi grot włóczni i wbił mu go pod szczękę.

Odzyskał oddech, gdy tamten zwalił się martwy.

„Muszę się stąd wydostać”, pomyślał, wspierając się na prawej nodze. Pośliznął się na błocie. Chociaż był zbyt słaby, by iść, poprzysiągł sobie, że nie zostanie w tym miejscu, choćby nawet miał pełzać jak robak. Wiedział już, jaki obrać kierunek. Skoro armia francuska poniosła klęskę, z pewnością wojska Edwarda III i Czarnego Księcia zajęły północne wioski i zachodnią drogę biegnącą wzdłuż rzeki Maye. Jedynym wyjściem było przemieszczanie się na wschód, aż do dawnego szlaku rzymskiego prowadzącego do Amiens, a potem dalej na południe. Niełatwe zadanie dla człowieka, który nie mógł utrzymać się na nogach. Zawsze to jednak lepsze, niż czekać bezczynnie na śmierć.

Zaczął się czołgać, chwytając się wszystkiego, co wpadło mu w ręce. Rozszarpanych ciał, wbitej w ziemię broni, zasuszonych krzewów… Nadawało się wszystko, co pomagało mu przeć naprzód. Potworne zmęczenie zmusiło go wszakże nieprzewidzianie do zatrzymania się. Maynard oparł się plecami o koło na wpół rozwalonego wozu i odczepił naramienniki oraz nałokcice, aby móc swobodnie poruszać ramionami, a na koniec zbadał dłonią ranę nad kolanem. Strzała utkwiła głęboko, toteż byle dotknięcie wywoływało rozdzierające skurcze. Sam nie zdoła jej wyjąć.

Poczuwszy wystarczający przypływ sił, ruszył dalej. Uznał, że dostatecznie odpoczął, by móc iść, kulejąc, mimo to nie wstał. Angielski piechur, który nań napadł, z pewnością nie był jedynym maruderem kręcącym się w okolicy. Zapewne wśród zabitych krążyło mnóstwo innych szakali. Lepiej już czołgać się w błocie, pod płaszczem mgły, która właśnie unosiła się nad ziemią.

Dotarł już do połowy drogi, ale musiał ponownie się zatrzymać. Miał opuchnięte i obolałe ramiona. Zastanawiał się, czy nie pozbyć się kolejnych części zbroi, aby zmniejszyć ciężar, tylko że niemal wszystkie sprzączki przytwierdzające żelazne płyty na jego ciele były rozmieszczone wzdłuż grzbietu. Położył więc prawą dłoń na plecach, nie oczekując zbyt wiele. Tak jak się spodziewał, zdołał jedynie musnąć łopatki. Wyciągnął się zatem wycieńczony i jął się modlić do Boga o powrót sił.

Nie od Boga jednak otrzymał odpowiedź. Usłyszał jęk agonii.

Maynard zdał sobie sprawę, że oparł się o ciało mężczyzny, który jeszcze żył. Poderwał się gwałtownie i spostrzegł, że tamten leży w dziwacznej pozycji, otoczony trupami. Miał rysy typowe dla mieszkańca Północy, jego twarz okalała płomiennoruda broda i nosił okazały pancerz z cyzelowanych płytek. Z uporem trzymał prawą dłoń na rękojeści miecza, lewą zaś ściskał grzywę podziurawionego strzałami wierzchowca, jakby chciał go pognać do natarcia. Ów nieszczęsny wojownik został już wszakże pokonany przez najbardziej bezlitosnego wroga. Z rozdartego ciała pod płytkami pancerza wyzierała biel kości i kłębowisko trzewi podobne do strzępów sztandaru. Jego godzina nadeszła, mimo to Maynard nie był w stanie go okraczyć i posuwać się dalej.

Jakby czytając mu w myślach, mężczyzna wypuścił miecz i złapał go za ramię.

– Jan… – wyszeptał.

Przyjrzawszy mu się uważnie, Maynard uzmysłowił sobie, że jego niebieskie oczy poruszają się bezładnie, zapatrzone w pustkę.

– Tak macie na imię? – zapytał.

Mężczyzna przytaknął.

– Jan Ślepy – powtórzył pewniejszym głosem. – Przeklęty ten, kto mnie zdradził… – Splunął krwią, a jego ciałem wstrząsnęły skurcze.

Przez chwilę Maynard myślał, że go stracił, tamten jednak otarł podbródek drżącą dłonią i jęknął. Rycerz nie wierzył własnym oczom. Słyszał już to imię, podobnie jak większość wojowników, którzy przybyli do Crécy. Jan Ślepy, powszechnie znany jako Jan I, król Czech, był jednym z najcenniejszych sprzymierzeńców władcy Francji. Uparł się, by ruszyć do ataku, chociaż losy bitwy były już przesądzone, rzucając wyzwanie straszliwym bełtom angielskich łuczników.

– A zatem wyście to…

– A wy, rycerzu? – przerwał mu Jan, czepiając się chciwie życia. – Wyjawcie swe imię…

– Maynard de Rocheblanche – odrzekł rycerz. – Do usług.

– W istocie zamierzam was prosić o przysługę.

Na twarzy Maynarda malował się żal.

– Bóg mi świadkiem, gdybym mógł, zabrałbym was ze sobą. – Wskazał ranę w żebrach. – Obawiam się jednak, że nie jesteście w stanie się ruszyć, szlachetny panie…

– Nie wybawienia pragnę, ale dochowania tajemnicy…

– Jakiej tajemnicy?

Oczy Jana Ślepego spoczęły na Maynardzie, zupełnie jakby odzyskały zdolność widzenia. Następnie mężczyzna wydobył z wnętrza żelaznej rękawicy jakiś przedmiot i wręczył mu go.

Rocheblanche wziął go, nie zadając pytań. Był to drobny zwój pergaminu wsunięty w pierścień.

– Zabierzcie go stąd… Ukryjcie… – wyszeptał król Czech. – I nikomu nie pokazujcie. Nigdy, nikomu… Nawet mojemu synowi.

– Panie, raczcie mówić jaśniej…

Jan Ślepy wygiął się w łuk, przeszyty bólem. Walczył ze skurczami, zaciskając zęby, po gęstej brodzie spływała mu krew.

– Zapamiętajcie to dobrze, albowiem zostałem zdradzony przez tego, kto go chciał… – Zakasłał gwałtownie, po czym wykonał gest, jakby zwracał się do śmierci z prośbą, by zaczekała. – Przeklęty, oślepił mnie trucizną… Tuż przed tym, nim ruszyłem do bitwy…

– Mówcie, Wasza Wysokość, wyjawcie mi jego imię.

Nieszczęsny władca był już u kresu sił. Wsparł głowę na posłaniu z trupów, wznosząc oczy ku ołowianemu niebu.

– Przysięgnijcie, rycerzu… – Jego głos stał się niemal niesłyszalny. – Przysięgnijcie, że będziecie mi posłuszni, proszę was… Zanim dusza opuści moje ciało…

Maynard zachwiał się; chętnie uwolniłby się od zobowiązania i wyrzucił zwój pergaminu. Nie potrafił uchwycić dlaczego, ale czuł, że popełnia właśnie straszny błąd, że podejmuje decyzję, której będzie zawsze żałował. Nie zdołał wszakże uchylić się od poczucia obowiązku. Znajdował się przed obliczem umierającego króla, który odwoływał się właśnie do jego honoru. A w równie posępnych chwilach nic nie upodabniało istot ludzkich do aniołów bardziej niż honor.

Toteż gdy Jan Ślepy wydawał ostatnie tchnienie, Maynard de Rocheblanche przysięgał strzec jego tajemnicy.

2

Deszcz zamienił się w czarną i gęstą ulewę. Maynard był zmuszony oddalić się w pośpiechu od martwego Jana Ślepego i poszukać schronienia pod niewielkim wzniesieniem, aby nie utonąć w błocie. Ciemności pochłonęły pole bitwy z taką prędkością, że stracił wszelkie rozeznanie, lęk przed utratą przytomności i obudzeniem się na ziemi zajętej przez wroga nie pozwalał mu jednak się zatrzymać. Rocheblanche ukrył zwój wraz z pierścieniem pod żelazną płytą osłaniającą tors i ruszył, ślizgając się, ku czemuś, co – miał nadzieję – było jego wybawieniem. Nakazał sobie posuwać się w linii prostej, mając niemal pewność, że podąża na wschód. Spowalniał go przeraźliwy ból w lewej nodze. Utrudnił mu zwłaszcza przeskoczenie fosy, lecz kiedy mu się to udało, Maynard zmierzał dalej po dywanie mokrej trawy, korzystając wreszcie z możliwości schowania się pod drzewami. Znalazłszy się z dala od teatru walk, podążał naprzód dopóty, dopóki nie dotknął rękami kamienia brukowego, wyżłobionego przez wozy. Wówczas uzmysłowił sobie, że dotarł do dawnego rzymskiego szlaku, i zemdlał z wyczerpania.

Na chwilę obudziło go nużące kołysanie. Znajdował się na krytym wozie, a obok siedziała okutana płaszczem postać. Wzrok ponownie zaszedł mu mgłą, po czym spowiła go ciemność.

Odzyskawszy zmysły, usłyszał gdzieś w głowie głos Jana Ślepego. Był dzień, wóz przestał się poruszać. Maynard usiłował się podnieść, przeszywający ból w kolanie wszakże mu na to nie pozwolił. Postanowił więc doczołgać się do krawędzi wozu, aby usiąść i wyjrzeć na zewnątrz. Deszcz przestał padać. Wpatrywały się weń dwie osoby opatulone w płaszcze. Chłopiec i niewiasta. Przycupnęli na skraju drogi przy ogniu. Niewiasta mieszała coś w kociołku.

Zanim Maynard zdążył się odezwać, po jego prawej stronie pojawił się jakiś mężczyzna i podał mu manierkę. Rycerz podziękował skinieniem głowy i wypił jej zawartość. Czuł się osłabiony, oszołomiony. Przytłumiony odrętwieniem ból w lewej nodze stał się znośniejszy.

– Macie szczęście, messer – rzekł mężczyzna. – Gdyby nie sokoli wzrok mojego syna, zostalibyście na deszczu.

– Zawdzięczam wam życie. – Rycerz oddał manierkę i przyjrzał mu się uważniej. Jego wybawca był łysy i krępy, odziany w długi zielony płaszcz z kapturem. Wydawał się zbyt wymuskany jak na chłopa albo prostego rzemieślnika. – Nazywam się Maynard de Rocheblanche i potrafię się odwdzięczyć za waszą dobroć.

– Ja jestem Jérôme Bataille, a to – wskazał na niewiastę i chłopca – moja żona, Marie, i syn, Nicolas. Wyruszyliśmy z Brugii, aby dotrzeć do Paryża. Po drodze usłyszeliśmy o starciu wojsk i wieść ta zmusiła nas do podróżowania również w nocy, aby nie wpaść w wir walki.

– Lepiej byście uczynili, udając się jeszcze dalej na południe, i to prędko – poradził Maynard, posępniejąc. – Ocalałem ze starcia, o którym wspomnieliście, i wierzcie mi, wkrótce na te ziemie najadą Anglicy.

Młody Nicolas wpatrywał się weń z podziwem.

– Powiedzcie no, messer, jesteście rycerzem króla Francji?

– Owszem, i jestem zmuszony prosić was o pomoc. – Uderzył pięścią w okrywającą go zbroję. – Musicie mi pomóc zdjąć całe to żelastwo – następnie wskazał na strzałę, która utkwiła mu nad kolanem – i to także.

Po krótkim wahaniu Jérôme skinął głową i wraz z synem wdrapał się na wóz. Postępując zgodnie ze wskazówkami Maynarda, zabrał się do odczepiania od pendentu estoka i pasa ze sztyletem, po czym rozpiął kolejno płytki pancerza. Najpierw uwolnił ramiona, potem tors. Kiedy przyszła kolej na zdjęcie napierśnika, wywołało to deszcz grudek błota, wśród których znalazł się należący do króla Czech zwój.

Wówczas rycerz powstrzymał go gestem ręki, podniósł pergamin i go oczyścił. Arkusz był brudny, lecz nadal w dobrym stanie. To samo dawało się powiedzieć o otaczającym go pierścieniu. Pierścieniu z czystego złota. Maynard obrócił go w palcach, przyjrzał się koszyczkowi i rozpoznał kościelny herb.

Pośrodku na czerwonym tle widniał srebrny lew. Trudno było ustalić ród. Obecność kapelusza u góry oraz chwastów po bokach wskazywała, że jest to herb kardynalski.

Rocheblanche odłożył pierścień i poprosił swych wybawców, aby uwolnili go także z dolnej części zbroi. Spieszno mu było odsłonić lewą nogę i obejrzeć ranę.

– Powiedzcież, mistrzu Jérôme – zapytał tymczasem – z czego żyjecie?

– Wytwarzam arrasy, messer – odparł mężczyzna, oglądając sprzączki, które zostały mu do odpięcia – i chciałbym, żeby mój syn przejął po mnie to rzemiosło w mieście zamożniejszym niż gród, w którym dorastałem. – Nagle zamilkł i wskazał miejsce, w którym utkwiła strzała. – Do licha, ugodzono was dokładnie w szczelinę między nabiodrnikiem a nagolenicą, co za pech.

– Wielu moich towarzyszy spotkał dużo gorszy los – odparował z goryczą Maynard. – Zachowajcie ostrożność, zdejmując te części – poprosił – noga mocno mnie boli.

– Zdaje się, że jak dotąd się nie skarżyliście – zażartował tkacz arrasów.

Rycerz pozwolił sobie na westchnienie ulgi, gdy tylko wyswobodzono go ze zbroi. Nosił pod nią dublet i nogawice, które były całkowicie przemoczone, on jednak nie zaprzątał sobie tym głowy. Możliwość poruszania się bez ograniczenia, jakim był pancerz, dawała mu poczucie lekkości.

Jérôme pochylił się nad raną.

– Nie mogę zrobić nic więcej, przykro mi – mruknął, naradziwszy się z synem. – Gdybym odważył się wydobyć strzałę, mógłbym wyrządzić jeszcze więcej szkód…

– Nie trwóżcie się, pokażę wam. – Maynard widział wielokrotnie, jak opatruje się podobne rany, toteż mając do dyspozycji dwóch pomocników, był pewien, że zdoła ją wyleczyć. Wydobył sztylet i rozciął nogawicę aż do kolana, odsłaniając zaczerwienioną i posiniaczoną kończynę. Sam jej widok wzmógł jego cierpienie. Czerwień przechodziła w ciemną barwę, przywodząc myśl o gangrenie. – Róbcie, co powiem – ciągnął, ukrywając niepokój. – Musicie wyjąć strzałę zdecydowanym ruchem, na mój znak, a potem obmyć ranę winem lub octem. Poza tym – podał Nicolasowi sztylet – przyżegniecie tym.

– Nie byłoby lepiej poszukać pomocy? – zapytał z wahaniem tkacz arrasów. – Maruderzy, którzy uciekli od Edwarda III, pewnie są niezbyt daleko. Musi być wśród nich jakiś cyrulik, który potrafiłby was uzdrowić.

Słowa te tchnęły w rycerza niespodziewaną nadzieję na dołączenie do towarzyszy. Prawdopodobnie król Filip VI wycofał się na południe, ku Fontaine bądź Amiens, aby doprowadzić w bezpieczne miejsce to, co pozostało z jego armii, i przystąpić do kontrnatarcia. Powinien spróbować do niego dołączyć. Tylko że rana nie mogła czekać…

– Gdybym zwlekał jeszcze jeden dzień, naraziłbym się na utratę nogi… Z drugiej strony jestem zbyt słaby, żebym zdołał się sam wyleczyć. – Zmarszczył brwi, przybierając niemal groźną minę. – Dlatego musicie mi pomóc. Teraz.

Wkrótce wszystko było gotowe. Żona Jérôme’a uszykowała czarkę z octem i strzępy płótna do owijania, tymczasem Nicolas włożył sztylet do żaru.

Rycerz przywołał ojca i syna.

– Gdybym został ugodzony w udo albo w łydkę – wyjaśnił – poprosiłbym was o wepchnięcie strzały tak, aby wydobyć ją z przeciwnej strony, wtedy wystarczyłoby ją uciąć i wysunąć… Niestety, nie możemy postąpić w ten sposób. Grot dotyka kości, nie ma innego wyjścia, jak ją wyszarpnąć…

Nicolas już miał się wtrącić, lecz zamilkł.

– …wyszarpnąć z całej siły, bez wahania – ciągnął Maynard. – Będzie bardzo bolało, ciało zostanie rozerwane, nie wolno wam jednak przestać. A następnie obmyjecie ranę.

Jérôme zacisnął palce wokół strzały, niezbyt przekonany.

– No cóż, nie traćmy czasu. – Był zlany potem, drżał, zupełnie jakby miał ją wydobyć z własnej nogi.

– Chwileczkę – powstrzymał go rycerz. – Przedtem muszę was prosić o jeszcze jedną przysługę. Czynię to teraz, w razie gdybym z bólu stracił przytomność.

– Słucham, messer.

– Jeśli po drodze natkniecie się na ślady wojska francuskiego, proszę, byście doprowadzili mnie do moich towarzyszy broni.

Tkacz arrasów spojrzał nań niepewnie.

– Czy nie narażę własnej rodziny?

– Przeciwnie, jak już mówiłem, otrzymacie nagrodę.

– Niech będzie.

– A zatem odwagi – zachęcił Maynard. – Do dzieła!

Upewniwszy się, że Nicolas całkowicie unieruchomił nogę, Jérôme mocniej zacisnął palce i wyszarpnął strzałę.

Maynard poderwał się z szeroko otwartymi oczami i wydał przeraźliwy okrzyk, wyrażający ból i złość, strach i upokorzenie. Okrzyk, który niósł się daleko w noc. Po czym runął na plecy z czołem zroszonym potem, walcząc z cierpieniem, podczas gdy zamoczone w occie pasy płótna zaczęły palić ranę.

– Strzała jest nietknięta – rozległ się głos chłopca.

Jérôme dodał:

– Zmyj krew…

– Tu masz nóż…

– Trzymaj go mocno!

– Teraz! Teraz!

Na koniec dało się słyszeć skwierczenie żaru, żelazo przyżegające ciało.

Maynard ponownie krzyknął.

Okrutny męski śmiech wbił mu się w pamięć niczym daga. I znów ból, wreszcie obraz ojca leżącego na Eudeline.

Wściekłość przywróciła mu zmysły.

Wyrwawszy się z odrętwienia, Maynard przyjrzał się fragmentom zbroi ułożonym u swego boku, po czym powróciło pewne wspomnienie. Osłoniętych żelazem rycerzy, nacierających na piechurów odzianych w proste kolczugi. Poczuł się jak tchórz.

Następnie zdał sobie sprawę, że wóz znów ruszył. Naprzeciw siedział Nicolas.

– Jak się miewacie, messer? – zapytał chłopiec, podsuwając mu czarkę.

Rocheblanche wziął jedzenie, odstawił je jednak, nawet nie kosztując. Noga sprawiała wrażenie bardziej opuchniętej niż wcześniej. Ból także się wzmógł.

– Przeżyję – odrzekł z gestem wdzięczności.

Nicolas podążył za jego wzrokiem, skierowanym ponownie ku zbroi.

– Wyczyściłem ją – oznajmił.

– Dzielny z was młodzieniec. – Rycerz roztarł obolałe ramiona. – Długo byłem nieprzytomny?

– Pół dnia. Opatrzywszy was, czym prędzej ruszyliśmy w drogę.

Maynard skinął głową, nie bardzo wiedząc, co dodać. Powodem skrępowania nie była wyłącznie rana ani ostatnie wydarzenia. Zrodziło się ono w duszy. Wtedy przypomniał sobie, że śnił o ojcu.

– To żytnia polewka, ugotowała ją moja matka – wyjaśnił Nicolas, wskazując czarkę. – Pomoże wam odzyskać siły.

Rycerz już miał odpowiedzieć, ale dobiegł go krzyk Jérôme’a z drugiej strony wozu:

– Obóz wojskowy! Messer, zbudźcie się! Odnaleźliśmy ich!

3

Obóz niedobitków spod Crécy rozciągał się wokół starego, dobrze widocznego z drogi kościoła. Nie ogradzały go palisada ani fosy, jedyną ochronę stanowiła spora ilość straży.

Maynard zaczekał, aż wóz się zatrzyma, po czym poprosił Nicolasa, aby pomógł mu zejść. Musiał się uczepić jego ramienia i utrzymać równowagę, wspierając się na prawej nodze, mimo to poczuł się silniejszy na duchu. Nareszcie stał na własnych nogach i mógł spoglądać na wszystkich z pozycji stojącej. Jérôme, śledząc jego ruchy kątem oka, zeskoczył z kozła, nakazał żonie, by czekała z lejcami w garści, i szybko go dogonił. Zatrzymało go dwóch żołnierzy.

– Zamiast nękać tego poczciwego człowieka – wtrącił natychmiast rycerz – chodźcie mi pomóc.

Jeden ze zbrojnych podbiegł do niego i chwycił za kołnierz.

– Kimże jesteście, by odzywać się z taką hardością?

Maynard strząsnął dłoń tamtego lekceważącym gestem.

– Krew i błoto na moim odzieniu powinny mówić same za siebie – odparł z wysoko podniesioną głową. – Jestem rycerzem Jego Królewskiej Mości i panem na Rocheblanche, żądam przyjęcia mnie w tym obozie, abym mógł się przyłączyć do równych sobie milites.

– Wybaczcie wahanie – powiedział strażnik – ale w tym opłakanym stanie można by was wziąć za wieśniaka.

– Nicolas – krzyknął zniecierpliwiony rycerz – pokażcie no temu osłu mój miecz, żeby mógł zobaczyć herb rodowy na rękojeści.

Młodzieniec spełnił polecenie. Po chwili żołnierzowi nie pozostało nic innego, jak tylko zgiąć się w ukłonie.

– Proszę o wybaczenie, Wasza Wielmożność – wybąkał – skąd mogłem wiedzieć…

Maynard nawet nie raczył nań spojrzeć. Zwrócił się do tkacza arrasów, wreszcie uwolnionego od kłopotu:

– Mistrzu Jérôme, tu nasze drogi się rozchodzą. Zanim się jednak pożegnamy, chciałbym coś do pisania.

– Mam pióro i inkaust – odrzekł mężczyzna, zdziwiony tym osobliwym żądaniem – ale jedyny pergamin, jakim dysponuję, to skóra bydlęca, na której zapisuję rachunki…

– Nie domagam się aż tyle, wystarczy mi jakakolwiek tkanina.

Coraz bardziej zmieszany tkacz arrasów poszperał w rzeczach na wozie i wrócił z kawałkiem konopnego płótna o wystarczająco gęstym splocie, żeby dało się na nim pisać. Zanurzywszy pióro w inkauście, Rocheblanche skreślił na nim kilka wierszy, a następnie złożył podpis.

– W ten sposób spłacam dług. – Podał mu płótno. – Mam nadzieję, że to wystarczy.

Mężczyzna przeczytał tekst.

– Nie pojmuję…

Maynard popatrzył na niego z rozbawieniem.

– Czyż nie mówiliście, że jedziecie do Paryża?

– Owszem, to prawda.

– Cóż, znalezienie gościny w pobliżu Cité kosztowałoby was dużo wysiłku i tyleż samo pieniędzy. Pozwoliłem sobie zatem polecić was memu wielebnemu wujowi, Antoine’owi Tempierowi, przeorowi kościoła Świętego Dionizego. Gdy dotrzecie do Paryża, udajcie się do niego i pokażcie mu to płótno. Możecie być pewni, że znajdzie wam godziwe lokum, gdzie będziecie mogli zamieszkać i poświęcić się swemu rzemiosłu.

– Messer, to zbyt wielka szczodrość… – podziękował wzruszony Jérôme.

– To nic w porównaniu z waszą szczodrością – odrzekł rycerz. – Każdy inny zostawiłby mnie w deszczu przy drodze i pozwolił umrzeć. Wy natomiast zaopiekowaliście się mną i ocaliliście od pewnej śmierci. Zyskaliście mój szacunek i przyjaźń – poklepał go po ramieniu. – Jeśli któregoś dnia nieszczęśliwym zrządzeniem losu doznacie krzywdy, zawsze możecie na mnie liczyć.

Skinąwszy mu na pożegnanie, Maynard zwrócił się do młodszego strażnika.

– Podajcie mi ramię, żebym mógł iść wyprostowany – rozkazał surowym tonem. Po czym wbił wzrok w zuchwalca, który wcześniej chwycił go za kołnierz. – Wy zaś weźcie z wozu części mojej zbroi i zanieście do kwatery. Zadbajcie, żeby była wygodna, bo inaczej każę was wychłostać!

Kiedy Maynard mógł wreszcie wyciągnąć się na posłaniu, wóz Jérôme’a Bataille’a był już daleko. Rycerz znalazł kwaterę pod namiotem przy kościele, przyzwoite lokum z dala od ciekawskich oczu. Polecił pachołkowi, aby przyniósł mu balię z wodą, i umył się z jego pomocą, po czym wyjął monetę z sakiewki, którą nadal miał u pasa, i mu ją rzucił.

– Znajdź mi coś do jedzenia i jakieś odzienie w dobrym stanie – polecił.

Chłopiec złapał monetę w locie, skinął głową i skłoniwszy się, opuścił namiot. Po niedługim czasie wrócił, niosąc starannie złożone szaty i glinianą miseczkę.

Czekając, Rocheblanche poświęcił całą uwagę swojej nodze. Oczyścił ranę wilgotnym gałganem, obmywając skórę wokół śladu po przyżeganiu, aby sobie nieco ulżyć. Opuchlizna zmalała, ból wszakże nie osłabł. Mimo to Maynard się nie uskarżał, w gruncie rzeczy cieszył się, że wyszedł niemal bez szwanku z piekła Crécy. Zważywszy, że waleczni mężowie padali jak muchy na jego oczach, nasunęło mu się pytanie, czy przeżył dzięki zwykłemu łutowi szczęścia, czy w określonym celu. Pomyślał, że tajemnica króla Czech uchowała się wyłącznie dzięki niemu. Niepokoiło go to. Jan Ślepy nie poprzestał na powierzeniu mu pieczy nad pewnym przedmiotem. Wyjawił mu także zdradę, być może zrodzoną w szeregach królewskiego wojska. Maynard zastanawiał się, czy przysięga milczenia pozwala mu na zatajenie tego przed władcą.

W tej właśnie chwili pachołek podał mu dublet z szerokimi rękawami i najlepszej jakości nogawice. Rocheblanche spodziewał się czegoś skromniejszego, toteż spojrzał nań zawiedziony.

– Skąd je wziąłeś?

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Ukradłem – przyznał, chichocząc, i postawił czarkę pełną jakiejś wodnistej polewki obok posłania.

Rycerz odział się bez słowa. Chociaż odpoczął, nadal czuł się słaby. Dygotał z gorączki i nie miał żadnej ochoty na jedzenie, zmusił się jednak, by wychłeptać zupę w nadziei na rychłe odzyskanie sił. W końcu wyjął kolejną monetę i pokazał młodzieńcowi.

– Jeśli będziesz umiał odpowiedzieć na moje pytania, dostaniesz i tę – obiecał, obracając ją w palcach. – Jego Królewska Mość znajduje się w tym obozie, prawda?

– Tak, messer. Przebywa w rozwalonym kościele.

– Wiesz, czy już zdążył zwołać naradę wojenną?

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– W takim razie musisz zasięgnąć języka – oświadczył rycerz. – Dowiedz się także, czy Jego Królewska Mość może udzielić posłuchania. Idź!

Odprawił pachołka, a gdy został sam, zajął się następną kwestią. Wziąwszy do ręki niewielki zwój, który powierzył mu Jan Ślepy, zsunął kardynalski pierścień. Nikomu go nie pokazujcie… Nawet mojemu synowi… „Tak też uczynię”, pomyślał rycerz, chciał jednak zgłębić tajemnicę zdrady Jana Luksemburskiego.

Zwój pergaminu był niedużych rozmiarów, bez trudu dało się go więc ukryć w dłoni. Zawierał lakoniczny tekst, skreślony po łacinie.

Missam ut molam ab angelo in mare

est Lapis exilii situs in Monte floris

nostra salute clausus in vetusta crypta

sub caelo historiis mire depicto

a meridie Sancti Savini in villa Cerisii.

Maynard zmarszczył czoło, nie mogąc zrozumieć. Nie znaczenie słów mu umykało, lecz pojęcia, do których się odnosiły. Wyglądało to jak zagadka, podobna do tych, które skrybowie zostawiają niekiedy na marginesach przepisywanych ksiąg. Usiłował odnaleźć sens, tłumacząc cichym głosem.

Niczym kamień młyński rzucony do morza przez anioła

jest kamień banicji umieszczony w górze kwiatu

dla naszego zbawienia zamknięty w starej krypcie

pod niebem pomalowanym w zachwycające historie

na południe od świętego Sabina w miasteczku Cerisier.

Jedyna zrozumiała wskazówka znajdowała się w ostatnim wersie, w którym była mowa o słynnym kościele Świętego Sabina w Vienne, wzniesionym niedaleko Poitiers, w pobliżu miejsca dawniej znanego jako miasteczko Cerisier. Poza tym w tekście widniała wzmianka na temat tajemniczego Lapis exilii, „kamienia banicji”, ukrytego w krypcie „dla naszego zbawienia”, czyli zbawienia rodzaju ludzkiego. Aluzja do kamienia młyńskiego i anioła, podobnie jak do pomalowanego nieba, stanowiła prawdziwy dylemat. Największa zagadka, która zdaniem Maynarda pozwoliłaby na poprawne odczytanie tekstu, zawierała się wszakże w słowach in monte floris. „W górze kwiatu”. Z pewnością chodziło o wzniesienie, szczyt albo wzgórze. Właśnie tam musiała się znajdować vetusta crypta, w której zamknięty był kamień banicji. Rycerz nie potrafił sobie wyobrazić, jaki nieodgadniony skarb mógłby się kryć w tym miejscu. Tak czy inaczej, Jan Ślepy kazał mu przysiąc, że go nie wyjawi. Nie może o nim powiedzieć nawet królowi Filipowi VI.

Spostrzegłszy przed wejściem postać mężczyzny, czym prędzej zwinął pergamin i schował wraz z pierścieniem za plecami.

Pachołek powitał go zadowolonym uśmieszkiem.

– Król udziela posłuchań – oznajmił, gdy tylko pozwolono mu mówić – ale nie zwołał jeszcze narady wojennej.

– A kiedy zamierza to uczynić? – zapytał rycerz.

– Nie wiadomo, messer.

– Jesteś pewien, że dobrze zrozumiałeś?

Chłopiec skinął potakująco głową.

– Zdradził mi to jeden z jego paziów.

Maynard rozważał jego słowa, po czym kiwnął głową.

– Pomóż mi wstać, żywo – wyciągnął rękę do pachołka.

– Messer, na waszym miejscu bym odpoczął. Nie wyglądacie dobrze.

– Później odpocznę. Teraz muszę się rozmówić z Jego Królewską Mością w dosyć delikatnej kwestii.

4

W zakrystii opuszczonego kościoła wypełnionej przenikającym przez biforium światłem rozmawiało dwóch mężczyzn. Wyższym z nich był król Filip VI Walezjusz. Nadal miał na sobie zbroję i błękitny płaszcz ze złotymi liliami Francji, gestykulował, jakby zaraz miał wpaść w gniew. Stojący przed nim arystokrata, który zachowywał się spokojniej, nosił wytworną ciemną opończę, podkreślającą jego jasną cerę i rude włosy. Maynard próbował sobie przypomnieć, gdzie już go widział, chociaż akurat w tej chwili jego największym zmartwieniem było utrzymanie godnej postawy w obliczu władcy. W tym celu zrezygnował ze wsparcia pachołka, zaopatrując się w kij, aby móc chodzić wyprostowany i nie nadwerężać lewej nogi. Niełatwe zadanie, zwłaszcza że musiał pokonać schody kościoła.

Na widok pogrążonego w rozmowie monarchy pomyślał, żeby się wycofać i spotkać z nim później. Uzmysłowił sobie jednak, że go dostrzeżono.

– Wasza Królewska Mość – rzekł, kłaniając się niezdarnie – proszę o posłuchanie.

– Rocheblanche – Walezjusz skinął nań, by się zbliżył – sądziliśmy, żeście polegli w bitwie.

– Cudem ocalałem, sire.

Monarcha zmierzył go od stóp do głów.

– Co was przywiodło przed nasze oblicze z poranioną nogą?

– Grobowa wieść. Widzę jednak, że jesteście zajęci, nie chciałbym przeszkadzać.

– Bez obaw. – Filip VI wskazał ręką towarzyszącego mu mężczyznę. – To jest szlachetny Karol, hrabia Luksemburga. Syn króla Czech. Możecie mówić swobodnie w jego obecności.

Maynard przyjrzał się uważnie twarzy mężczyzny o płowych włosach i cofnął się bezwiednie. Nawet mojemu synowi, przestrzegł Jan Ślepy. Karol Luksemburski był podobny do ojca, brakowało mu wszakże jego dumy i jego regularnych rysów. Miał zbyt duży nos, łysiejące czoło i za mocno wystające kości policzkowe. Czujność Maynarda wzbudziły jego niebieskie wytrzeszczone oczy.

– A więc, Rocheblanche? – przynaglał Walezjusz, zniecierpliwiony jego wahaniem. – Jaką wiadomość nam przynosicie?

Rycerz ciągle wpatrywał się w księcia Karola, zdjęty nieoczekiwanym uczuciem skrępowania.

– Jan I Luksemburski nie żyje – spuścił głowę na znak żałoby.

Filip VI splótł ręce na piersiach.

– Jesteście pewni, messer? O ile nam wiadomo, wpadł w ręce Anglików.

– Niestety, bardziej niż pewny – przytaknął Maynard. – Natknąłem się na jego udręczone ciało, kiedy wyczołgiwałem się z pola bitwy.

– Był już trupem? – zapytał Karol, nie okazując żadnych uczuć.

Nim rycerz zdążył odpowiedzieć, doznał wrażenia, że książę przesuwa się poza padający snop światła, zupełnie jakby się chował.

– Jeszcze nie, Wasza Wysokość.

– Przemówił do was?

– Ledwie parę słów – skłamał Maynard – akurat tyle, żeby polecić własną duszę Bogu. – Coś w intonacji, z jaką tamten zadał pytanie, wzmogło jego czujność.

– Doprawdy? – Twarz Karola znikała właśnie w cieniu. – Mój szlachetny ojciec był człowiekiem skrywającym wiele tajemnic; to dziwne, że przed śmiercią nie wyjawił żadnej z nich.

Rocheblanche wzruszył ramionami. Chociaż wyraźnie go korciło, żeby powtórzyć słowa Jana Ślepego, jakieś przeczucie kazało mu milczeć. A jeśli w istocie ma przed sobą przywódcę spisku?

Książę przytknął pięść do podbródka, marszcząc czoło.

– Tymczasem, jak powiadacie, wyzionął ducha, modląc się – ciągnął zadumany. – Jak pospolity człowiek.

– Jak waleczny wojownik – sprostował Maynard, zwracając się do króla Francji, aby przerwać nieledwie podstępną rozmowę. – Waleczny mąż, z którego wszyscy powinniśmy brać przykład.

– Czyżby to był przytyk do naszego odwrotu? – odparował Walezjusz urażony.

– Miałem na myśli jedynie lekcję odwagi, Wasza Królewska Mość.

– Odwaga nie jest równoznaczna ze strategicznym sprytem – skwitował monarcha. – I jak mniemam, sam Karol Luksemburski jest gotów przyznać, że jego szlachetny rodzic poświęcił się dla głupiej brawury.

– Nie dla głupiej brawury. – Maynard poczerwieniał, słysząc, jak umniejsza się cnoty, w których dorastał. – Lecz aby poprowadzić ludzi do natarcia.

Filip VI pokręcił głową.

– Powiódł ich na rzeź, chociaż kości już zostały rzucone. Wystawił jazdę na atak łuczników Edwarda Trzeciego.

– Wiem o tym doskonale, tylko że…

– A wiecie także, ilu poległo, Rocheblanche? – krzyknął Walezjusz, nie posiadając się z oburzenia. – Ponad cztery tysiące! Cztery tysiące rycerzy takich jak wy! Anglicy zdziesiątkowali naszą szlachtę.

Maynard spuścił wzrok bardziej z szacunku dla poległych towarzyszy niż ze strachu przed monarchą.

– Nie doceniliśmy łuczników, to prawda – przyznał przez zaciśnięte zęby. – Ale następnym razem…

– Nie będzie następnego razu – przerwał mu Filip VI. – Przynajmniej nie w najbliższej przyszłości.

Rycerza ogarnęło zdumienie.

– Chyba nie chcecie czekać, aż Edward Trzeci i Czarny Książę ruszą na Paryż!

– Ich celem nie jest Paryż, lecz Calais.

– I pozwolicie, żeby je oblegali?

– Nie mamy wyboru.

Maynard westchnął z głębokim rozczarowaniem. Nie zamierzał krytykować strategii, lecz beztroskę, z jaką go uciszono.

– Skoro jest tak, jak powiadacie, sire, oznacza to, że pod Crécy przegraliśmy coś o wiele ważniejszego niż bitwę.

– Rocheblanche! – przywołał go do porządku Walezjusz. – Wasz ojciec nigdy nie pozwoliłby sobie na takie zuchwalstwo w stosunku do nas.

„Mój ojciec był zwierzęciem”, pomyślał rycerz. Nim zdążył odpowiedzieć, pochwycił szybkie spojrzenie Karola, rzucone na pokryty rdzą świecznik, za którym dostrzegł przemykającą w cieniu czarną postać. Jedna chwila i postać rozpłynęła się w mroku. Maynard pomyślał, czy nie powiadomić o tym monarchy, lecz ugryzł się w język.

– Proszę o wybaczenie – oświadczył jednak, udając zakłopotanie. – Nie zamierzałem nikomu uchybić, lecz jedynie wyrazić swoje własne zdanie.

– Nikt was o nie nie pytał. – Filip VI wcale nie zamierzał się uspokoić. – Niech wam się nie wydaje, że tanio się wykpicie, messer.

Właśnie wtedy do rozmowy wtrącił się Karol Luksemburski.

– Sire – rzekł pojednawczym tonem – może wasz rycerz potrzebuje jedynie odpoczynku. – Stanął naprzeciwko Maynarda ze słodką miną. – Zwróciliście uwagę na jego bladość? Nie tylko kondycja fizyczna, ale także rana w nodze musiała zakłócić jego zdolność rozumowania.

– Tak czy inaczej, zuchwalstwo należy ukarać – odburknął monarcha.

– Uczyńcie dla mnie wyjątek – nalegał książę. – Ten człowiek przyniósł wieści o moim ojcu. Ponure wieści, niestety, wszelako jestem jego dłużnikiem.

Po chwili milczenia Walezjusz skinął głową.

– Rocheblanche, podziękujcie szlachetnemu Karolowi za jego wspaniałomyślność. – I dodał zniecierpliwiony: – Odprawiamy was z rozkazem powrotu na wasze ziemie, jak tylko wydobrzejecie. Nigdy więcej nie ośmielajcie się uchybić swojemu władcy.

Wsparty na kiju Maynard zgiął się w ukłonie. Podniósłszy wzrok, spostrzegł szyderczy uśmiech Karola Luksemburskiego i zdał sobie sprawę, że tamten wpatruje się weń z chciwą podejrzliwością inkwizytora.

Pojął wówczas, że nie zdołał wywieść go w pole.

I że ma w nim potężnego wroga.

5

Dotarcie do drzwi kościoła okazało się nie lada wyczynem. Nie z powodu trudności z chodzeniem, lecz za sprawą ciężaru, jaki Maynard poczuł w sercu. Był pewien, że Karol Luksemburski stanął w jego obronie, aby połączyć go ze sobą węzłem współwiny. Współwiny łączącej nieprzyjaciół. I chociaż rycerz nie wiedział, w jakim stopniu jest on zamieszany w śmierć Jana Ślepego, czuł, że musi mieć się przed tym człowiekiem na baczności. Podejrzewał, że tamten zwietrzył jego kłamstwo i że w taki czy inny sposób postara się odkryć, co przed nim ukrywa.

Przystanął pośrodku głównej nawy, jakby chciał poprosić o radę Chrystusa na krzyżu, widniejącego na ołtarzu. Przyglądał się, jak jego wyrzeźbiona w drewnie postać lśni w świetle pozbawionego witraży okna. Przybity gwoździami Chrystus był chudy i żylasty, miał ogromne oczy w kształcie migdałów. Rycerz otworzył usta, by odmówić modlitwę, ich widok tak go jednak zafascynował, że nie zdołał wyrazić myśli. Ból w ciele i umyśle. Te oczy nie mówiły o niczym innym. Tak jakby chciały go chronić, otoczyć aurą pokoju. Maynard wpatrywał się w nie, nie poddając się wzruszeniu. Czuł wyrzuty sumienia z powodu wszystkich tych istnień, które pozbawił życia. A potem wystarczył jeden krok w tył, ku łukowi portalu, i czar prysł. Znów był sam przed olbrzymią tajemnicą.

Znajdował się już w połowie schodów wiodących do kościoła, gdy dostrzegł mężczyznę w zbroi, który podbiegł, aby mu pomóc. Maynard szorstko odmówił, po czym zrobiło mu się przykro i zamierzał przeprosić. Wówczas rozpoznał przyjazną twarz.

– Robert de Vermandois – rzekł – cieszę się, widząc, żeście cali i zdrowi.

– Ja również, Rocheblanche. – Ciemnowłosy i potężnej budowy Robert de Vermandois był pikardyjskim baronem, który popadł w niełaskę, lecz ciągle żywił wojownicze przywiązanie do honoru. – Wczoraj w bitwie bałem się o was.

– Kusiłem los, przyznaję.

– Przynajmniej nie okryliście się hańbą – odparł szlachcic z posępną miną. – Walczyłem na zachodniej flance, wśród hord piechurów, kiedy dostałem rozkaz wycięcia w pień naszych własnych najemników, żeby nie dokonali odwrotu.

– Macie na myśli kuszników? – chciał wiedzieć Maynard, który kuśtykając, kierował się do swego namiotu.

Robert ruszył za nim, pokrzykując i wymachując potężnymi dłońmi.

– Owszem, oddziały genueńskie.

Rycerz skinął głową na znak, że pojmuje, powstrzymał się jednak od odpowiedzi. Filip VI kazał rekrutować piętnaście tysięcy genueńskich kuszników jako wsparcie dla jazdy i trudno się dziwić, że ci nieszczęśnicy okazali w boju niezdecydowanie. Dotarłszy pod Crécy po ponad sześciu godzinach marszu, zostali zmuszeni do natarcia bez możliwości odpoczynku. Vermandois wyrwał go z zadumy:

– Pociemnieliście na twarzy, Rocheblanche. Otrzymaliście złe wieści?

Maynard zbył go zagadkowym uśmiechem.

– Pragnąłem zamienić słowo z Jego Królewską Mością sam na sam – odrzekł tylko – ale nie okazano mi takich względów.

Pikardyjski baron wzruszył ramionami.

– Od kiedy ponieśliśmy klęskę, Walezjusz bezustannie naradza się z tym całym Karolem Luksemburskim.

Rycerza zaciekawiła nuta pogardy w jego głosie.

– Znacie go? – zapytał.

– Nie tak jak ojca – odparł Robert. – Karol to człowiek skryty, wiecznie otoczony księżmi i religijny do granic fanatyzmu. Nie wiem o nim nic więcej oprócz tego, że jest tchórzem.

– Co przez to rozumiecie?

– Wiadomo na pewno, że wczoraj wycofał się z bitwy jeszcze przed decydującym starciem.

Maynard przytaknął z uwagą, wieść ta potwierdzała jego podejrzenia. Nawet jeśli nie stanowiła dowodu zdrady, porzucenie ojca na polu bitwy nie świadczyło dobrze o dostojnym Karolu. Nagle był zmuszony przystanąć z powodu ostrego bólu w kolanie, a poprosiwszy barona, by nań zaczekał, uzmysłowił sobie, że minął swój namiot. Dotarł do granic obozu, gdzie kwaterowali niżsi rangą żołnierze i konie.

– Zmusiłem was do dłuższej przechadzki, niż należało – usprawiedliwił się Robert, wskazując stajnie – ale potrzebuję nowego wierzchowca. A skoro w Crécy przeżyło więcej koni niż ludzi, chciałbym zasięgnąć waszej rady.

– Nie tłumaczcie się, przyjacielu. – Nie zważając na ból, Rocheblanche wsparł się na kiju i ruszył dalej wyprostowany. – Będę bardzo rad, korzystając ze sposobności, jako że i ja zostałem zmuszony do poruszania się pieszo. – W rzeczywistości czuł, że słabnie coraz bardziej i chce się położyć, nie znosił jednak, kiedy traktowano go jak niedołężnego.

Znalazłszy stajennego, wsunęli mu parę monet, aby móc wybrać spośród najlepszych egzemplarzy pozbawionych właścicieli, i zaczęli się rozglądać. Rzecz nie polegała wyłącznie na tym, by określić, czy koń jest zdrowy i silny, ale czy ma odpowiedni temperament. W zaciętej bitwie rumak może stracić odwagę i spłoszyć się przy najmniejszym zagrożeniu. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, Maynard starannie ocenił każde zwierzę – ruchy jego źrenic, łba i kopyt – aż wybrał noszącego się dumnie karego i dostatecznie potężną klacz do dźwigania ciężkiej zbroi. Wzrok barona Vermandois przyciągnął natomiast wytworny biały koń.

Odebrawszy niezbędne końskie rzędy, oddalili się z wodzami wierzchowców w dłoniach.

– Wejdźcie do mojego namiotu – zaprosił zadowolony z wyboru Pikardyjczyk. – Ten gagatek, mój giermek, zdobył skądś okowitę, a Bóg jeden wie, jak nie znoszę pić w samotności… Rocheblanche, słuchacie mnie?

Z ust Maynarda wydobył się jedynie jakiś nieartykułowany dźwięk. Wzrok zaszedł mu mgłą, dając złudzenie brodzenia w oślepiającej bieli. Nagle rycerz nie był w stanie rozróżnić, gdzie stawia stopy, zdjęty więc trwogą, uczepił się wodzy karego, aby zachować równowagę. Coraz bardziej osłabiony, runął jednak na ziemię.

Mokry gałgan ześliznął się z czoła. Czyjaś prędka dłoń podniosła go i położyła z powrotem na miejsce.

– Mówiłem, messer, że źle wyglądacie.

Maynard obudził się z westchnieniem ulgi we własnej kwaterze. Czuł, że ma rozpalone czoło, noga zaś nieprawdopodobnie spuchła. Spróbował się podnieść, lecz pachołek przycisnął mu dłoń do torsu i zmusił do leżenia. Niezdolny sprzeciwić się owemu prostemu gestowi, rycerz zdał sobie sprawę ze swej słabości. Ogarnął go również silny niepokój, którego przyczyny z początku nie był w stanie określić. Później przypomniał sobie jednak, że przyśniła mu się figura Chrystusa ukrzyżowanego ze starego kościoła, szeroko otwarte powieki, ukazujące czarne oczodoły, z których wypełzały ogromne robaki. Dłoń powstrzymała go po raz drugi.

– Pan na Vermandois przyniósł was tutaj bez czucia – wyjaśnił chłopiec. – Trzymał was na rękach jak niewiastę.

Rycerz usiłował coś powiedzieć, ale całkiem zaschło mu w gardle. Uśmiechnął się nieznacznie.

– Wyobrażam sobie… – szepnął – jak przednią miałeś uciechę…

Śmiech pachołka oddalił jego przerażenie, pozwalając, by ponownie otulił go sen. Spokój.

Dochodził do siebie przez tydzień. Musiał leżeć na posłaniu, dopóki nie odzyskał sił, jednocześnie dochodziły do niego słuchy, że coraz więcej wojska opuszcza obóz. Pragnienie Filipa VI, by prowadzić działania wojenne, rozwiało się, co skłoniło wysokiej rangi rycerzy do powrotu na własne ziemie. Jego Królewska Mość nadal wszakże tkwił w zniszczonym kościele z garstką wiernych. Poleciwszy pachołkowi, aby dowiedział się o ich imiona, Maynard usłyszał, że znajduje się wśród nich także Karol Luksemburski. Nie udało mu się zdobyć więcej wiadomości na jego temat, poza pogłoską, że pilnie oczekują go w Kolonii. Mimo to książę zwlekał z wyjazdem.

Tymczasem odwiedziny Roberta Vermandois stały się coraz częstsze. Przed zwinięciem namiotów pikardyjski baron chciał się upewnić, że Maynard wyzdrowiał. W tym celu oddał go w ręce cyrulika, który dostarczył leczniczych maści, a nawet skromnej ilości laudanum, aby uśmierzyć ból w nodze. Lecz szukał jego towarzystwa przede wszystkim po to, by rozgrywać długie partie szachów, podczas których obaj sączyli okowitę, gawędząc o wszystkim i o niczym. Niebawem rycerz nabrał przekonania, że swoje ozdrowienie zawdzięcza nie tylko medykamentom, ale także obecności owego szorstkiego i dumnego człowieka, pomagającego mu wydobrzeć przede wszystkim na umyśle.

Odkąd opuścił zakrystię, nosił w sobie jakąś gorycz. Obojętność Walezjusza na losy Calais ukazała mu coś więcej niż tylko zwykłe, nieprzyjemne oblicze władcy. W gruncie rzeczy królewskie słowa skrywały smutną prawdę, której wielu nie zdołało wyrazić. Czasy rycerstwa dobiegały końca. Bitwy rycerzy zastępował bardziej rozwinięty rodzaj wojny, w którym ludzkie męstwo liczyło się o wiele mniej niż wybicie wroga. Rocheblanche wspominał o tym Robertowi między jednym ruchem figury a drugim, skarżąc się, że żyją w czasach pozbawionych odwagi i dumy. Wszelako nie był naiwny. Doskonale wiedział, że szlachetne czyny istnieją wyłącznie w recytowanych na turniejach chansons i legendae o świętych wojownikach. Nie był także zakłamany. Jego zdaniem strategie Edwarda III zasługiwały na potępienie w takim samym stopniu jak przemoc, której dopuszczali się francuscy milites. Aczkolwiek zachował wiarę. Wiarę w ideały, którymi karmił się od dziecka. Wiarę, którą na jego oczach podeptał najpierw ojciec, a potem król.

Lecz jeszcze coś innego nie dawało mu spokoju: tekst widniejący na małym pergaminie. Korzystał z każdej chwili samotności, by go zgłębiać w nadziei, że odgadnie jego ukryte znaczenie. Robił to zwłaszcza po zmierzchu, w blasku świecy, gdy złe przeczucia nie pozwalały mu zasnąć.

W ten sposób pewnej nocy, dokonawszy kolejnej z nieskończenie wielu prób, uzmysłowił sobie, że pierwszy wers zagadki podsuwa mu coś znajomego. Anioł, kamień młyński, morze… Musiał już kiedyś słyszeć te słowa, był o tym przekonany, mimo że nie potrafił przypomnieć sobie ani gdzie, ani kiedy. Zniechęcony odłożył na bok pergamin i przyjrzał się herbowi na złotym pierścieniu. „Czy to możliwe, żeby Karol Luksemburski był zamieszany w owe niecne sprawki?”, zapytał w duchu. Jest wiecznie otoczony księżmi, jak zauważył Robert de Vermandois.

Księżmi i… purpuratami.

– Co robicie, messer?

Maynard uniósł świecę i spostrzegł wynurzającego się z mroku pachołka.

– Nie twoja rzecz – wykrzyknął zły na samego siebie, że pozwolił się przyłapać.

– A ten wspaniały pierścień? – rzekł chłopiec, wskazując połyskujący w ciemnościach przedmiot. – Należy do was? Nigdy podobnego nie widziałem.

– Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy – obsztorcował go coraz bardziej rozsierdzony rycerz.

Pachołek skierował się ku wyjściu, udając obrażonego.

– W takim razie nic wam nie powiem o mężczyźnie w czerni.

– Jakim mężczyźnie? – zaciekawił się Maynard, nakazując mu zawrócić.

– Tym, który dopiero co kręcił się koło waszego namiotu. Ledwie mnie zobaczył, zniknął.

Rocheblanche spochmurniał.

– Potrafiłbyś go opisać?

– Było zbyt ciemno, żeby dojrzeć jego twarz – odrzekł młodzieniec. – Miał na sobie czarny płaszcz z kapturem nasuniętym na czoło. Wpadło mi w oko tylko tyle, że był niskiego wzrostu i w dość młodym wieku, bo nie nosił brody.

6

– Musimy jechać – oznajmił Vermandois, wymierzywszy kopniaka wyleniałemu kotu, który się o niego ocierał.

Maynard skinął potakująco głową. Wstał o świcie, by załadować części zbroi na klacz. Tej nocy źle spał, a teraz korzystał z porannego powietrza, aby się rozbudzić i przegnać niepokój. Odkąd pachołek wspomniał o mężczyźnie w czerni, jego myśli wędrowały bezustannie ku postaci ukrywającej się w półmroku zakrystii, siejąc strach przed zasadzką. Istniał jeszcze wszakże inny powód, dla którego nie potrafił czekać z założonymi rękami. Wprawdzie nadal nie znał znaczenia zagadki Lapis exilii, lecz przypomniał sobie w końcu, kiedy słyszał słowa pierwszego wersu pergaminu. Wydarzyło się to pod kamienną arkadą, nad otwartą księgą spoczywającą na pulpicie… W Reims, w klasztorze, w którym przebywała jego siostra, Eudeline.

– Jestem prawie gotów – rzekł do kompana i poklepał go po ramieniu.

– Prędko doszliście do siebie. – Pikardyjczyk przyglądał się z zadowoleniem jego ruchom. – To dobrze, przyjacielu, bo będziemy mogli wyruszyć w drogę z orszakiem Jego Królewskiej Mości.

– Cóż za zaszczyt – stwierdził z przekąsem rycerz, sprawdzając siodło karego. Nadal kulał, ale potrafił już utrzymać się na nogach bez kija.

– Zaszczyt przebywania z kimś, kto ucieka z podkulonym ogonem – warknął Vermandois, po czym podszedł do konia Maynarda i zmierzwił mu grzywę. – Wy także zmierzacie do Paryża?

Zanim Maynard odpowiedział, zacisnął rzemienie mocujące strzemiona.

– Będę się posuwał z orszakiem aż do hrabstwa Beauvais, potem skręcę na wschód.

– Ku Reims, jak mniemam. Wasze ziemie czekają.

– Nie ziemie, lecz bardzo bliska mi osoba.

Pikardyjczyk zmrużył oczy.

– To długa podróż, a wy dopiero co odzyskaliście siły.

– Chyba nie zamierzacie mi matkować – dodał Rocheblanche, pojąwszy w lot jego zamierzenia. – Już dość wam zawdzięczam.

– Po prawdzie, przyjacielu – Robert de Vermandois starał się ukryć zakłopotanie – skorzystałbym z waszego towarzystwa, żeby nacieszyć się odrobiną gościnności. Jak doskonale wiecie, nie posiadam ziem ani rodziny, nie mam więc do czego wracać.