Opactwo - Luis Zueco - ebook
lub
Opis

Historyczny thriller osadzony w fascynującej średniowiecznej scenerii, pomiędzy murami jednego z najbardziej imponujących średniowiecznych klasztorów w Hiszpanii.

Opactwo Santa Maria de Veruela aspirowało do tego, by być niebiańskim miastem, wiernym odzwierciedleniem królestwa nieba, ale prawda jest taka, że zamieszkiwali je zwykli śmiertelnicy. Jego mury świadczyły o ambicjach, zdradzie i zemście. A także miłości, seksie i... śmierci.

W magicznych i tajemniczych krainach Moncayo znajduje się jeden z najpiękniejszych klasztorów cysterskich na świecie. W XIV wieku jest to scena krwawej wojny między koronami Kastylii i Aragonii.Gdy przybywa młody Bizen, z misją by odzyskać szczątki, które leżą w jednym z jego grobowców rozpoczyna się krwawa intryga ...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 571


Tłumaczyła Magdalena Pabisiak

Warszawa 2019

© Copyright for the Polish edition by Fabuła Fraza

© Copyright for the Polish translation by Magdalena Pabisiak, 2019

Projekt graficzny i skład: DM QUADRO

Redakcja: Dariusz Wilczak

Korekta: Alicja Kobel

Fabuła Fraza Sp. z o.o.

www.fabulafraza.pl

[email protected]

ISBN: 978-83-65411-35-8

Primera edición: mayo de 2018

© 2018, Luis Zueco

© 2018, Penguin Random House Grupo Editorial, S.A. U.

Travessera de Gràcia, 47-49. 08021 Barcelona

Penguin Random House Grupo Editorial apoya la protección del copyright.

El copyright estimula la creatividad, defiende la diversidad en el ámbito de las ideas y el conocimiento, promueve la libre expresión y favorece una cultura viva. Gracias por comprar una edición autorizada de este libro y por respetar las leyes del copyright al no reproducir, escanear ni distribuir ninguna parte de esta obra por ningún medio sin permiso. Al hacerlo está respaldando a los autores y permitiendo que PRHGE continúe publicando libros para todos los lectores.

ISBN: 978-84-666-6312-0

Depósito legal: B-5.750-2018

Compuesto en Infillibres, S. L.

Impreso en Rodesa

Villatuerta (Navarra)

BS 6 3 1 2 0

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Panu wód, mojemu ojcu

          L.Z.

Pani

Wstęp

Od czasów starożytnych uznawana za magiczną, niemal świętą, góra Moncayo wyznaczała w połowie XIV wieku granicę pomiędzy królestwami Kastylii, Nawarry i Aragonii. Jedna z jej dolin została wybrana przez zakon cystersów na miejsce budowy jednego z najznaczniejszych sanktuariów zakonu: opactwa Santa María de Veruela.

Ów gród, otoczony warownymi murami, wkrótce zaczął wytwarzać wszystko, czego potrzebował do samodzielnego funkcjonowania, co nadało mu cechy potężnego i skutecznego systemu gospodarczego. Jego mieszkańcy zamieniali niewykorzystane dotąd ziemie w pola uprawne, hodowali trzodę, zakładali kopalnie, młyny i kuźnie, czerpiąc zyski z tej działalności.

Choć jednak opactwo Santa María de Veruela miało w zamyśle przypominać niebiańskie miasto, być wiernym odwzorowaniem królestwa niebieskiego, to przecież mieszkali w nim zwykli śmiertelnicy, którzy co noc odwracali twarze od tego, co boskie, ulegając swoim niskim pasjom. Mury tego klasztoru bywały świadkami historii ambicji, zdrady i zemsty. Jak również miłości, seksu i... śmierci.

Dramatis personae Postacie historyczne

Opat Sancho Marcilla Muñoz, opat klasztoru Santa María de Veruela od 1362 do 1383 roku; jego nagrobek zachował się w południowej ścianie sali kapitulnej.

Bertrand du Guesclin, słynny rycerz bretoński w służbie króla Francji Karola V. Wódz tzw. białych kompanii, został wysłany, aby wspierać Henryka II Trastámara przeciw Piotrowi I Okrutnemu. Odzyskał ziemie na granicy aragońskiej i otrzymał godność hrabiego Borja.

Książę Walii, Edward Woodstock, syn pierworodny i dziedzic króla Anglii Edwarda III i ojciec króla Ryszarda II angielskiego. Znany jako Czarny Książę, wybitny dowódca wojskowy, zasłynął zwycięstwami nad silami francuskimi w bitwach pod Crécy i Poitiers.

Infant Alfonso, syn pierworodny i dziedzic króla Aragonii Jakuba I; śmierć infanta (w wieku trzydziestu ośmiu lat) poprzedziła zgon ojca; został pochowany w opactwie Veruela, niezgodnie z zapisem w testamencie, w którym wybrał na miejsce swojego pochówku zakon kaznodziejów w Huesce.

Hugh Hastings, rycerz angielski, uczestnik bitwy pod Ariñez (w języku baskijskim Inglesmendi).

Mnisi z opactwa Santa María de Veruela

Przeor Antón, prawa ręka opata, zarządza opactwem pod jego nieobecność i ma nadzór nad wszystkim, co dotyczy życia w klasztorze.

Dziekan Estéban, odpowiedzialny za cellarium (klasztorny spichlerz oraz magazyn), za produkcję płodów rolnych, wina i takich specjałów, jak oliwa.

Dziekan Adolfo, najstarszy z mnichów, który poznał ostatnich ośmiu opatów w Verueli.

Brat Cipriano, furtian, jeden z braci obarczonych największą odpowiedzialnością; sypia w celi ulokowanej w bramie prowadzącej do klasztoru.

Brat Julian, znany powszechnie jako pan wód; pod jego pieczą znajdują się wszystkie ciągi wodne, rowy nawadniające, wąwozy, zbiorniki oraz rzeki na rozległych ziemiach należących do opactwa.

Brat Timoteo to architekt kongregacji; dogląda wszystkich budowli.

Brat Saturio odpowiada za uprawę ziół leczniczych, rozsadnik i zbiór nasion; troszczy się o uprawy we wszystkich folwarkach opactwa.

Brat Ramiro jest aptekarzem Verueli; ma własną izbę, w której gromadzi specyfiki, księgi i instrumenty potrzebne w swojej sztuce; kuruje chorych.

Brat Bartolomé, poza odpowiedzialnością za kostnicę klasztorną, jest pomocnikiem dziekanów i przeora.

Brat Rogelio to mnich, który zajmuje się domem gościnnym, przeznaczonym dla cudzoziemców odwiedzających opactwo.

Brat Hugo, najmłodszy członek kongregacji, któremu nie przydzielono jeszcze konkretnej funkcji w opactwie; najwięcej czasu spędza w bibliotece.

Brat świecki (oblat) Octavio był odpowiedzialny za cellarium; obecnie wykonuje prace ciesielskie i pomaga dziekanowi Estebánowi.

Brat Prudencio (oblat) ma pod pieczą pomieszczenia i potrzeby świeckich członków zakonu.

Brat Isidoro (oblat) jest głównym pomocnikiem architekta.

Postacie świeckie

Bizén de Ayerbe, pomocnik notariusza królewskiego z Saragossy; towarzyszy swojemu mistrzowi w celu odzyskania szczątków infanta Alfonsa na rozkaz króla Piotra IV Aragońskiego.

Marta i Elena to dwie siostry z folwarku należącego do opactwa w Verueli.

Atilano i Jednooki, poddani opactwa, należą do straży, której zadaniem jest obrona murów warownych.

GODZINY KANONICZNE

Każda doba w klasztorze cysterskim była rozplanowana według tak zwanych godzin kanonicznych, które ustalono odpowiednio do wschodów i zachodów słońca. Te, które tu podajemy, odpowiadają porom właściwym dla października 1363 roku, w którym rozgrywają się wydarzenia przedstawione w powieści.

Matutinum: przed świtem, około godziny 1.30.

Lauda: około godziny 3 w nocy.

Prima: o wschodzie słońca, około godziny 6.

Tercja: trzecia godzina po wschodzie słońca, około godziny 9.

Seksta: o 12 w południe.

Nona: około godziny 14.

Nieszpory: po zachodzie słońca, około godziny 18.

Kompleta: przed odpoczynkiem nocnym, ok. godz. 20.30.

Tego ranka powietrze zastygło w bezruchu, nie odczuwało się najlżejszego powiewu. Gęsta, mroźna mgła rozwijała się nad ziemią jak płachta, wnikając ostrą sierścią w każdą szczelinę. Chłód tego dnia był nasycony wilgocią, najgorsza odmiana zimna. Antonio Martínez de Peira, szczelnie opatulony w długi, wełniany płaszcz, daremnie się trudził, aby opanować drżenie. Palce miał tak skostniałe, że z trudem utrzymywał w dłoniach wodze. Zdawało się, że samo piekło zamarzło, a ta mgła jest lodowatym tchnieniem, dobywającym się z najgłębszych czeluści otchłani. Był przekonany, że ta diabelska niepogoda to kara boska za wojnę, jaką chrześcijańscy królowie toczyli między sobą od lat, zbyt wielu lat.

Sprawował urząd notariusza generalnego na wszelkie ziemie i dominia króla Aragonii, aczkolwiek sam nie pochodził z tego królestwa. Urodził się na wybrzeżu, w Bilbao, świeżo założonym mieście, które jednak przyszło mu opuścić w dzieciństwie. Antonio Martínez de Peira, zwany przez wszystkich po prostu don Antonio, należał do tych ludzi, których wieku nie dałoby się określić, choćby człowiek przyglądał się cały dzień. Zawsze milczący, zawsze obserwujący w skupieniu wszystko, co było w zasięgu wzroku. Jego oczy wpijały się w każdy przedmiot czy szczegół, który zwrócił jego uwagę, jego uszy otwierały się na wszelkie rozmowy, nawet te z pozoru banalne.

Don Antonio zwykł był przyjmować wszelkie zlecenia, nie tak jak większość notariuszy, którzy nieradzi oddalali się od najludniejszych miast królestwa. I choć doszły do jego uszu budzące obawę historie, jakie opowiadano o ziemiach, do których właśnie się udawał, zgodził się wyruszyć w tę podróż. Był człowiekiem pragmatycznym i zawsze z powątpiewaniem podchodził do wszelkich legend i niesamowitych opowieści, ponieważ miał z tego rodzaju przekazami spore doświadczenie i wiedział, że za taką gadaniną najczęściej kryje się fałsz oraz interesowność z jednej strony, a z drugiej ciemnota i że te niesamowite zdarzenia to na ogół nic innego, jak skomplikowany splot różnych okoliczności.

Traktował zatem z należytym dystansem wszystko, co ludzie opowiadali o tej górze wznoszącej się nad wielką rzeką Ebro, dokładnie na granicy między trzema dużymi chrześcijańskimi królestwami na południe od Pirenejów.

Orszak don Antonia poruszał się pod eskortą ośmiu zbrojnych, a dowodził nimi Ramiro de Aguilera, wytrawny rycerz, który zadawał niewiele pytań, a do tego jedyny śmiałek, jaki zdecydował się chronić podróżnych w drodze na te rubieże. Znalezienie takiego notariusza jak on też nie było rzeczą łatwą. Bracia z zakonu kaznodziejskiego w Huesca zapłacili mu sporą sumę za podjęcie się tego zadania. Ze spotkania, jakie z nimi odbył, don Antonio wywnioskował, że zakonnicy już od dawna pragną, aby ta wyprawa doszła do skutku i długo czekali na sprzyjające okoliczności, te zaś najwidoczniej właśnie zaistniały, choć nie wiedział dokładnie, w czym rzecz.

Podróżowali konno, szerokim, okrytym bujną roślinnością brzegiem rzeki Ebro aż do miejsca, gdzie wpada do niej Huecha, ostatnia rzeka przed granicą z sąsiednim królestwem Nawarry. Tam skręcili w górę dopływu i dalej jechali doliną przecinającą tereny równinne. Mgła ukrywała ich przed wzrokiem straży zamków panujących nad tym obszarem, jednak notariusz królewski był świadom, że zanim dotrą do miejsca przeznaczenia, czekają ich większe niebezpieczeństwa niż owe twierdze, przyczajone na skalnych szczytach i pagórkach.

Po stolicy królestwa rozniosły się pogłoski, że książę Walii właśnie przekroczył Pireneje z armią liczącą sześć tysięcy najemników, ponad dwa tysiące Akwitańczyków i co najmniej tysiąc Anglików. Wszystko to za przyzwoleniem króla Nawarry, który pragnął zachować pozycję neutralną wobec obydwu sąsiadów, jak gdyby podobny zamysł w ogóle był do wykonania. Monarcha Nawarry postępował, jakby był mu obcy pierwszy aksjomat wszelakiej wojny: kiedy dwa królestwa stają do walki, istnieją tylko wrogowie albo sprzymierzeńcy. Tę regułę można odnieść do każdego konfliktu. Wstrzemięźliwe stosunki są dobre na czas pokoju, a to był czas wojenny.

Książę Walii przybył z wyraźną intencją udzielenia wsparcia odsuniętemu od władzy Piotrowi Okrutnemu, królowi Korony Kastylijskiej, który gotował się do odzyskania tronu. Zanosiło się na bezwzględną rozprawę. Don Antonio miał wątpliwości, czy uda im się sięgnąć po koronę Aragonii. Aż do tej chwili monarcha aragoński popierał uzurpatora kastylijskiego tronu, Enrique de Trastámara, a w Moncayo stacjonowały silne odziały francuskich najemników, które zostały tam osadzone w celu pilnowania granicy. Można było zakładać, że jeśli król uzurpator obieca im w zamian złoto, Francuzi będą gotowi stanąć do walki z księciem Walii. Królestwa Anglii i Francji od dziesięcioleci toczyły między sobą boje; byli już zmęczeni i znużeni walką o ziemie Normandii i Akwitanii, toteż południowe obszary Pirenejów mogły stać się nowym terytorium zmagań. Odnosiło się wrażenie, że w razie potrzeby będą toczyć wojnę choćby i sto lat.

Chociaż nigdy nie wszczynano działań zbrojnych przed Wielkim Postem, Francuzi nie mogli sobie pozwolić na powrót do swoich włości. Pozostali zatem w Moncayo, szukając sposobu na przetrwanie do czasu wznowienia walk w lecie. Jednak fakt, że książę Walii przeprawił się przez Pireneje, zmieniał całą sytuację i nie ulegało wątpliwości, że spowoduje to przyspieszenie rozwoju wydarzeń.

Żaden mieszkaniec królestwa, świadomy tych przesłanek, nie odważyłby się zbliżyć do granicy z Kastylią, ale notariusz królewski zwęszył dobrą okazję tam, gdzie inni dostrzegali jedynie zagrożenie i ryzyko.

Kompania dążyła naprzód brukowanym traktem prowadzącym do wioski zwanej Bulbuente, a należącej do klasztoru, który był celem ich podróży. Garstka chat skupionych wokół zamku ze zrujnowaną wieżą. Jej ściany, sądząc po fragmentach, które dotąd się nie przewróciły, zostały uszkodzone całkiem niedawno. Twierdza nosiła znamiona pożaru, a w murach fortecznych otwierał się wyłom. Mimo żałosnego widoku, jaki teraz przedstawiała, budowla zachowała ślady dawnej potęgi.

– Trzeba się trzymać z daleka – ostrzegł towarzyszy Ramiro de Aguilera, dosiadający potężnego wierzchowca kasztanowej maści – w tych ruinach mogą nas oczekiwać przykre niespodzianki.

Rycerz, który stał na czele całej grupy, nosił na krzepkiej szyi głowę pokaźnych rozmiarów. Na szerokim obliczu połyskiwała para oczu piwnych i głębokich, które rzucały wyzywające spojrzenia, potwierdzając zuchwałą naturę i żołnierską twardość tego człowieka.

Don Antonio umiał błyskawicznie rozpoznawać ludzkie charaktery, nauczył się tego przez długie lata obcowania z zatargami, testamentami, wszelkiego typu spornymi sprawami, które jak żadne inne, ujawniają najgorsze cechy człowiecze. Widział rodziny, które zawzięcie się kłóciły i zrywały wszelkie relacje z powodu paru miedziaków. Rodziców, którzy oddawali siedmioletnie córki o czterdzieści lat od nich starszym mężom w zamian za prawo do spadku. Był nawet przekonany, że to nie natura przyłożyła ręki do niektórych z tych dziwnych zgonów, jakie przyszło mu poświadczać urzędowo, a jedno ze współmałżonków. Szybko zatem się zorientował, że Ramiro de Aguilera jest człowiekiem przezornym, że wie, kiedy należy dobyć miecza, a kiedy schować go do pochwy. I ta świadomość go uspokajała, ponieważ w miarę, jak zagłębiali się w dolinę, narastało poczucie, że ktoś śledzi ich ruchy.

– Myślicie, że w tym zamku mogą być żywi ludzie? – zapytał don Antonio, wskazując w kierunku Bulbuente.

– Nie mam zamiaru się zbliżać ani do tej, ani do żadnej innej fortecy – odrzekł stanowczo Ramiro de Aguilera. – Wszystkie zamki w rejonie Moncayo są zajęte przez Francuzów i zapewniam was, że nie pragniecie się z nimi spotkać, a już na pewno nie z ich kapitanem.

– A to dlaczego?

– Domyślam się, że nie słyszeliście, co mówią o du Guesclinie.

– Nie miałem dotąd przyjemności.

– Przyjemności? To szkarada, jest szkaradny jak diabeł! – wszyscy żołnierze z eskorty parsknęli śmiechem.

– Aż tak?

– Wiedzcie, notariuszu, że jego brzydota jest legendarna. Powiadają, że łeb ma potężny, krótkie nogi, a oczy małe i zapadnięte – zagłębił się w szczegóły Ramiro de Aguilera – o wejrzeniu żywym, a przenikliwym. Zaś nos ma spłaszczony, a nieliczne zęby, jakie mu zostały, biją się o to, który pierwszy mu ucieknie z gęby. Oddajmy mu sprawiedliwość: prawda jest taka, że du Guesclin niewiele łask jest winien naturze.

– Co za nieszczęście – notariusz królewski wyobraził sobie podobny twór boski i pomyślał, że Ramiro de Aguilera musi nieco przesadzać.

– Ale nie dajcie się zwieść, bo du Guesclin jest tak szpetnym mężczyzną, jak wyśmienitym żołnierzem. Obdarzony niewyobrażalną siłą, posługuje się bronią ze szczególną zręcznością, jest twardy, gwałtowny i niepokonany – podsumował całkiem odmiennym tonem. – Król mianował go hrabią miasta Borja, które leży zaledwie o dobę stąd, a jest jednym z najbardziej liczących się w królestwie. Zapewniam was, że nikt nie chciałby się z nim spotkać na placu boju.

Don Antonio słyszał o bezwzględności francuskich najemników, których król wezwał do ochrony granic, z czego wywiązywali się nader skutecznie, ale wojna była dla niego sprawą nieznaną. Nigdy nie miał broni w ręku, pióro i umysł – to był cały jego arsenał.

Notariusz królewski przywołał wówczas swojego pomocnika, Bizéna de Ayerbe. Taki miał zwyczaj, że zawsze brał ze sobą któregoś z uczniów, ponieważ potrzebna mu była pomoc przy sporządzaniu pism i ich przepisywaniu. Don Antonio podobnymi zajęciami już się nie trudnił osobiście, jego czas był zbyt cenny.

Spośród jego uczniów ten nie był najzdolniejszy, nie miał jednak innego wyjścia, jak zadowolić się jego usługami. Powód był dość prosty: pozostali praktykanci odmówili udania się w tę podróż pod różnymi pretekstami: ten miał chorego ojca, tamtemu wypadł ślub w rodzinie, jeszcze inny znalazł najdziwniejszy wykręt: nagły ból kiszek. Szczególny to musiał być ból, skoro go skłonił do odmowy udziału w tak ważnym zleceniu.

Tak czy siak, Bizén de Ayerbe był jego ostatnią nadzieją i ostatnim, do którego się zwrócił.

Każdy by w mig zauważył, że to niedoświadczony młodzian; dbale zgolona broda to nie dosyć, żeby sobie dodać lat, ale przynajmniej był silnej budowy i dobrze jeździł konno.

Notariusz królewski jeszcze nie wyrobił sobie o nim zdania. Owszem, sądził, że ma możliwości, choć odkąd wstąpił do jego służby, don Antonio nigdy nie zauważył, żeby starał się w jakiś sposób ten swój talent wykorzystać. To miała być jego ostatnia szansa, jeśli się nie wywiąże, to go odprawi, bo w każdym mieście królestwa jest skrybów na pęczki.

Kiedy wieża zamku w Bulbuente utonęła we mgle, cała kompania przystanęła przy skromnym, drewnianym moście. Poczynając od tego miejsca, rzeka wsiąkała w ziemię, zanikała.

– Może będzie bezpieczniej podążać korytem rzecznym – zasugerował Ramiro de Aguilera, po czym wydał kilka poleceń swoim ludziom. – Powinno nas zaprowadzić w pobliże klasztoru.

– Cystersi zawsze budują swoje opactwa blisko źródła obfitującego w wodę – uzupełnił brat Jorge. – Ten klasztor nie może być daleko.

Wyschłe łożysko rzeki było pokryte grubą warstwą okrągłych kamieni, po których konie stąpały bez większego wysiłku. Brzegi nie były zbyt zarośnięte, a mgła słała się jeszcze gęściej na dnie rzecznego łożyska.

Dotarli do kolejnego mostu, tym razem kamiennego. W tym miejscu opuścili koryto rzeczne i ruszyli dalej traktem, który prowadził od rzeki w kierunku wschodnim. Po drodze mijali kolejną osadę. I tu widoczne były zgliszcza zamku. W chatach nie palił się ogień i trudno było zgadnąć, czy byli w nich jacyś mieszkańcy, czy też wszyscy stąd uciekli. Nie było innej rady, jak przejechać pod murami, bo tamtędy prowadziła droga. We mgle, która coraz mocniej zagęszczała się nad ziemią, trudno było dojrzeć jeźdźca wysuniętego o dwa kroki naprzód, a co dopiero marzyć o znalezieniu trasy, która pozwoliłaby uniknąć przejazdu obok tej zrujnowanej twierdzy.

Ta placówka miała być ostatnia przed dotarciem do klasztoru. Konie były wyczerpane, droga poczęła się piąć stromo pod górę, a im bardziej się wznosili, tym bardziej wzmagał się nieznośny chłód.

Roślinność się zmieniła, przemierzali teraz zaorane ziemie, miejsce wykarczowanych drzew zajęły pola uprawne. Panowała głucha cisza, ani chrzęstu kamieni, ani szelestu opadającego liścia, powietrze znieruchomiało i ciążyło podróżnym jak ołów. Śmiertelna cisza. Równie dziwaczny i przerażający kształt przybrała mgła, oplatająca ich kłębem, jakby chciała ich spętać, uwięzić. I tak się to skończyło.

To był tylko świst, nikt sobie nie uświadomił, że żaden podmuch wiatru nie przedarłby się przez tę mgłę.

Nagle znikąd wychynęły cienie, jak dzikie zwierzęta. Konie dostrzegły je pierwsze, spłoszyły się i zakwiczały, jak wieprze w przeddzień świniobicia. Krzyk dobiegający z końca formacji potwierdził, że wpadli w pułapkę, ale wówczas było już za późno na ucieczkę.

Jeden z żołnierzy stanowiących tylną straż kolumny padł na ziemię. Jego towarzysz musiał go wyminąć, żeby jego koń nie stratował leżącego, ale kiedy chciał się przekonać, co z tamtym, coś z całej siły szarpnęło go za nogę i zrzuciło z siodła. Próbował się podnieść, lecz poczuł dłoń przyłożoną do czoła, po czym z przeraźliwym dźwiękiem prześlizgnęło się po jego szyi ostrze, przecinając ją z końca w koniec.

– To zasadzka! Musimy się rozproszyć! – huknął Ramiro de Aguilera.

Rycerz dobył miecza, szukając, z kim go skrzyżować. Otaczający ich napastnicy przypominali widma. Tylko wrzaski bólu jego ludzi i rżenie koni dowodziły ich obecności, kimkolwiek byli.

Ramiro de Aguilera krzepko uchwycił oręż i skupił wzrok na błyszczącym punkcie po prawej. Ledwie mógł cokolwiek dojrzeć, toteż wyrównał oddech, żeby uważnie wsłuchać się w dźwięki dokoła. Należało tylko wyczekać sposobnego momentu i ten przyszedł. Uprzedził go lekki trzask. Co sił zamachnął się mieczem na prawo.

Krew zbryzgała mu całą twarz i ryk bólu zawibrował w uszach.

Oczy miał zachlapane, potrząsnął głową, żeby je oczyścić z krwi przeciwnika.

Wówczas kolejny nieprzyjaciel zaszedł go z tyłu. Nie mając czasu, żeby się obrócić, wygiął dłoń w przegubie i poprowadził miecz pod pachą prosto w szyję postaci, która już wznosiła maczugę nad jego głową. Zaraz potem obrócił się w prawo i kolejnym ciosem zwalił tamtego pod kopyta własnego wierzchowca.

Nie mógł tak stać i czekać, popędził konia i ruszył naprzód, gotów poćwiartować każdego, kto mu stanie na drodze. Nagle zamajaczyły przed nim dwie ciemne postaci. Już uniósł ramię, żeby uderzyć mieczem, kiedy... znieruchomiał, rozpoznawszy przerażone twarze królewskiego notariusza i jego ucznia.

– Na miłość boską! Co robicie? Ruszajcie stąd! – popędził ich konie. – Uchodźcie!

– Dokąd? – rzucił roztrzęsiony notariusz królewski.

– Naprzód, klasztor jest tuż, prędzej! – ponaglał ich rozpaczliwie.

Don Antonio i jego pomocnik spięli konie i wnet zniknęli we mgle. Ramiro de Aguilera zrobił zwrot i właśnie wtedy czyjaś kopia powaliła pod nim wierzchowca.

Don Antonio z uczniem puścili się cwałem w bezkres nocy, przekonani, że jakiekolwiek inne miejsce na ziemi jest lepsze od tej zasadzki. W rozpaczliwej ucieczce prowadził ich strach. Ich konie przesadziły powalone drzewo i przebiegły między dwoma pniami, które dzieliła tak nikła odległość, że jeźdźcy niemal otarli się o nie barkami. Widać dzielne zwierzęta też czuły, że jedynie ucieczka może im ocalić życie, bo zamiast okazywać lęk wobec przeszkód, omijały je tak zręcznie, jakby ich wzrok był zdolny przebić gęstą mgłę. A jednak... Don Antonio zahaczył w pędzie o jakąś gałąź i omal nie runął z konia. Odniósł tylko płytką ranę w policzek, za to jego wierzchowiec galopował dalej, dając jeźdźcowi do zrozumienia, że odtąd ma zamiar radzić sobie bez jego pomocy.

Kiedy notariusz doszedł do siebie po uderzeniu, obrócił głowę, żeby się upewnić, czy jego uczeń wciąż za nim podąża i tak też było. Konie były wycieńczone, a oni zagubieni. Don Antonio dał znak, żeby zwolnić tempa. Rozejrzał się wokół. Byli we mgle, w lesie.

Nie wiedział, w którą stronę się zwrócić, ale czuł, że nie powinni się zatrzymywać. I wtedy pojawił się przed nimi jakiś stwór. Coś jakby centaur, jakie opisano w bestiariuszach: pół koń, a pół człowiek, zbrojny w kuszę, z której do nich mierzył.

– Jesteśmy ludźmi króla Aragonii – zawołał. – Nie strzelaj, okaż nam litość!

Ten cień nie znał litości, bełt przeszył mglistą noc.

DZIEŃ PIERWSZY
1Matutinum

Klasztor Santa María de Veruela,28 października roku 1366

Brat Saturio jako pierwszy zbudził się na dźwięk mechanicznego zegara. Sypiał we wspólnej izbie z pozostałymi mnichami, tylko opat miał własną komnatę. Łóżka zakonników były proste: zwykła drewniana rama, na której leżał siennik wypchany słomą. Obok posłania sędziwego mnicha stało łóżko jednego z najmłodszych i podobny układ powtarzał się dalej. Wszyscy spali odziani i przepasani, żeby móc niezwłocznie się poderwać na matutinum, nabożeństwo odprawiane po północy.

Tego dnia ciężko mu było się przebudzić. Czuł się jakiś oszołomiony, jakby przyduszony po głębokim śnie. Nie spał tak mocno, odkąd sięgał pamięcią. Ale choć przytomniał dłużej niż zwykle, spojrzawszy na innych braci, stwierdził, że jeszcze się przeciągają, a ten i ów dotąd nie podniósł się z posłania.

Brat Saturio trudnił się ogrodnictwem. Cerę miał ciemną, nos wydatny i poruszał się powoli, a to nie z powodu zmęczenia, tylko nawyku związanego z wykonywanym zajęciem. Po tylu latach poświęconych troskliwej opiece nad każdą ze swoich roślin, wybieraniu pędów na nowe szczepy, zbieraniu nasion, które gromadził jak skarby, przemienił się w człowieka cierpliwego. Upływ czasu oraz surowa reguła świętego Benedykta, jaką rządziło się życie w klasztorze, uspokoiły w nim niegdyś buntowniczego i obdarzonego energią ducha.

Był dumny ze swojej pracy u boku dziekana Estébana. We dwóch zdołali ulepszyć winne szczepy na ziemiach należących do klasztoru, co, zdaniem mnichów, przyniosło znakomite wyniki. Nawet sam opat zachwycał się tym nowym winem wytwarzanym ze szczepu garnacha, jaki uprawiali w swoich winnicach.

Ale mimo że tak długi czas przeżył u stóp Moncayo, Saturio nie do końca pogodził się z klasztornym żywotem. Bezwzględnie posłuszny regule milczenia, przemierzał długie galerie zdobione owymi misternie rzeźbionymi kapitelami. Posty i ćwiczenia, utrzymujące w ryzach ciało, które w pierwszych latach wydawały mu się tak nieznośne, teraz pozwalały mu się cieszyć niezmiernymi dobrodziejstwami. A jednak były inne sprawy, z którymi dotąd nie potrafił się pogodzić.

Lubił wcześnie wstawać i schodzić do kościoła niemal bez światła, ponieważ białawe ściany klasztoru Veruela czyniły wówczas wrażenie, jakby żyły własnym życiem. Ciszę zakłócały przeróżne przerywane odgłosy, właściwe dla tego rodzaju budowli. Pogwizdywanie wiatru przenikało przez otwory okienne, skrzypienie stropów, trzeszczenie drzwi, wreszcie różnorodność wszelkich owadów, krążących pod sklepieniami, po sieniach, korytarzach, piwnicach i przejściach. To miejsce ukrywało w sobie niezliczone zakamarki i pomieszczenia. Brat Saturio często zadawał sobie pytanie, czy podobna budowla nie jest potwarzą dla Boga, czy wysokie, kamienne sklepienia wieńczące kościół nie są aby dowodem pychy w oczach Stworzyciela.

Czy człowiek nie powinien być skromny? Prawdziwy chrześcijanin nie potrzebuje tej całej wystawności. Samo słowo Boże powinno mu wystarczyć. Po co budować tak wyrafinowane świątynie? Po co gromadzić tyle bogactw? Kiedy Jezus chodził po ziemi, nie dbał o nie wcale.

Takie wątpliwości trapiły go przez lata żywota w Verueli, ale nie ośmielił się nimi z nikim podzielić, bo zdawało się, że te ściany mają oczy i uszy.

Wstał i podszedł do okienka, które wpuszczało nieco powietrza do wspólnego dormitorium.

„Dziś mgła też się nie podniesie”, pomyślał.

Pozbawiony ciepła derki, którą się okrywał, uczuł chłód. Klasztor był wrośnięty w górną partię doliny, leżał w górach, nieprzyjaznych zimową porą. Śnieg i lodowaty wicher były mu zwykłymi towarzyszami. Co innego mgła.

„Nie znam drugiej, równie nienawistnej rzeczy”, powtórzył sobie w myśli.

I nie brakowało w tym racji. Każdy dzień, który upływał bez widoku słońca, potęgował wilgoć i chłód przenikający do kości. Temperatura nie zmieniała się przez całą dobę, najmniejszy promyk słońca nie przebijał się przez powłokę spowijającą całą dolinę, która w taki czas trwała w martwocie, jak zaklęta w kamień.

Postąpił w stronę schodów. U końca dormitorium pochylił się ku miejscu, gdzie zwykł sypiać brat Bartolomé, ten, którego chrapanie zaburzało obowiązujący braci zakonnych nakaz milczenia. Zdziwił się, widząc, że ten, jako jedyny, dotąd leży na posłaniu.

Odziany w biały habit, z czarnym szkaplerzem zakonu cystersów na szyi, otworzył wąskie drzwi i ruszył w dół schodami wiodącymi do świątyni. Używano tego przejścia jedynie w porach modłów przypadających na nocne godziny, aby nie tracić czasu na wstawanie i nie spóźnić się na nabożeństwa, tak jak teraz, na matutinum.

Stopnie były wysokie i pokonywał je z trudem przy tak słabym świetle. Sam dotyk schodów sprawiał, że chłód wnikał przez stopy w całe ciało, jak tryskająca z podłoża ciecz. O tak wczesnej porze kościół był ogromną lodownią zatopioną w całkowitych ciemnościach. Zaledwie można było dostrzec inskrypcje, tak liczne na kamiennych ścianach, pobielonych i poprzecinanych czerwonawymi smugami, przypominającymi linie łączenia ciosów.

Przeszedł obok zegara mechanicznego, najnowszego, kosztownego nabytku klasztoru. Urządzenie miało kształt pięknie pomalowanej, brzuchatej beczki z drewna, w której wnętrzu kryły się różne przekładnie, kółka i walce. Przemyślność tego mechanizmu fascynowała wszystkich mnichów, bo potrafił wybijać godziny tak za dnia, jak i nocą. Trzeba go było tylko regulować codziennie o wschodzie słońca, bo miał zwyczaj się opóźniać o jakąś minutę u końca dnia.

Usłyszał za plecami czyjeś kroki.

– Zapalcie świece – nakazał przeor Antón, który był nierad, ilekroć ktoś go wyprzedzał w przybyciu na nabożeństwo.

Brat Saturio skinął głową. Przeor był zakonnikiem tchnącym spokojem, poważanym i cieszącym się wielkim mirem wśród mnichów.

Mijając w mroku skrzyżowanie naw, brat ogrodnik poczuł, jak ciężar tej ogromnej świątyni przygniata mu barki, jakby się nagle przeistoczył w atlasa. Przełknął ślinę, z wysiłkiem wciągając w płuca lodowate powietrze. Ruszył dalej drobnym krokiem, minął po prawej zakrystię, a po lewej drzwi prowadzące do klauzury i dotarł do początku ambitu, gdzie podczas wielkich uroczystości – jak na przykład w zbliżający się dzień Wszystkich Świętych – wystawiane były drogocenne relikwie znajdujące się w posiadaniu klasztoru, prawdziwy skarb Verueli.

Kiedy znalazł się w pobliżu ołtarza, owionęła go jakaś dziwna woń i pomyślał, że po nabożeństwie trzeba będzie poszukać źródła tego fetoru. Bywało, że któryś z kotów, jakie trzymali do pilnowania ogrodu, wślizgnął się do świątyni i zostawiał w niej resztki upolowanej zdobyczy albo odchody i brat Saturio czym prędzej sprzątał te nieczystości. A że to on zajmował się tymi zwierzakami – miał osiem kotów pod opieką – każdy z nich reagował na swoje imię i wszystkie były mu zazwyczaj posłuszne. Jeden tylko się buntował, biały, niebieskooki Nube. Ale mnich najbardziej sobie cenił burasa, który się wabił Caco i nie przepuścił żadnemu gryzoniowi, próbującemu się dostać do składu nasion, a jednocześnie był największym pieszczochem, co zawsze miauczeniem upominał się o pieszczoty. Mnich nadał mu imię pochodzące z legendy, jaka zachowała się w Moncayo. Ponoć tysiące lat temu zjawił się na tych ziemiach starożytny heros zwany Herkulesem i napotkał olbrzyma imieniem Caco, który okpił przybysza i wykradł mu stado bydła.

Do brata Saturia dołączył inny mnich, mężczyzna o krzaczastych brwiach, włosach białych jak śnieg, nieco otyły i przygarbiony. To był brat Timoteo, ten spośród zakonników, który odpowiadał za prace budowlane w licznych posiadłościach Verueli, poczynając od zabudowań gospodarczych, poprzez zamki i pałace, a na kościołach kończąc. W kongregacji nazywano go architektem i najczęściej można go było oglądać zajętego kreśleniem planów budynków na pergaminie, wykonującego pomiary przy użyciu dziwacznych aparatów, jakie wynajdował w księgach zgromadzonych w klasztornym skryptorium, albo też zawiadującego pracami na ziemiach należących do zakonu. Był niemal głuchy, mówili, że za sprawą upadku z rusztowania, kiedy pracował w Rzymie, zanim przybył do Verueli.

– Zapalę świece – powiedział brat Saturio, spragniony odrobiny światła w mrokach kościelnego wnętrza.

– Co mówicie? – Timoteo podszedł bliżej, żeby go lepiej słyszeć.

– Że zapalę świece – powtórzył brat Saturio, przyzwyczajony do tego, że trzeba mówić z bliska, a często wielokrotnie powtarzać słowa.

Brat ogrodnik przesunął się o parę kroków w lewo, macając dłońmi kamienną ścianę, póki jego palce nie natrafiły na górną półkę stołu, gdzie leżały krzemienne odłupki. Uderzył jednym o drugi nad zamocowaną obok głownią. Ta zajęła się ogniem za drugą próbą. Od jej płomienia mnich zapalił świece oświetlające schody, żeby ułatwić schodzenie pozostałym braciom. Następnie wrócił ze świeczką w dłoni do miejsca, gdzie stał architekt, żeby zapalić jeszcze parę świateł u wejścia do klauzury.

Płomyk w jego dłoniach przypominał samotną gwiazdkę, do której pośród mrocznej nocy po kolei dołączały się następne. Podczas matutinum nie oświetlano całej świątyni, tylko via sacra, czyli odcinek prezbiterium, gdzie było odprawiane nabożeństwo. Tam właśnie zapalił dwie wielkie świece ustawione w pobliżu świętych ksiąg i we dwóch oczekiwali przybycia pozostałych zakonników.

Bracia schodzili do kościoła jeden po drugim, w całkowitym milczeniu, ze zmęczeniem rysującym się twarzy, i wolnymi krokami podążali ku prezbiterium. Kiedy wszyscy członkowie kongregacji się zebrali, wznieśli głosy, napełniając śpiewem bezkres kościoła Santa Maria de Veruela, który zadawał się ożywać, ilekroć śpiewali, jakby ten kamień był zdolny chłonąć wibracje ich głosów.

Kiedy przeor zakończył modły, wszyscy mnisi powstali jednocześnie. On sam zgasił dwie wielkie świece u wejścia do chóru, by następnie poprowadzić cały pochód przez via sacra w głównej nawie ku drzwiom do klauzury, a dwaj inni zakonnicy, Saturio i Timoteo, stali w gotowości, by je otworzyć. Ledwie je uchylili, wpadł do świątyni kot, Caco, i obrzucił ich obojętnym spojrzeniem.

– Co tu robi ten zwierzak? – rzucił ostro zagniewany brat Julian, wyróżniający się spośród innych szczególną drażliwością. – Nie wolno mu wchodzić do klasztoru.

Dziekan Estéban podszedł, żeby go złapać, ale zwierzę go wyminęło, korzystając z faktu, że okrągły brzuch mocno ograniczał ruchliwość ścigającego, i czmychnęło ku skrzyżowaniu naw.

– Łapać go! – zawołał przeor.

Wówczas cała gromada zakonników puściła się w pościg. Kot przebiegł pod habitem architekta, zwinnie wyminął brata Ramira, aptekarza, po czym przystanął naprzeciw najmłodszego z zakonników, miauknął i wycofał się między dwa wielkie lichtarze. Wówczas bracia Saturio i Timoteo z obu stron zastąpili mu drogę. Caco tylko się im przyjrzał, a kiedy gotowali się, by go pochwycić, zmylił ich dwoma szybkimi ruchami z lewa na prawo i umknął do prezbiterium pod osłoną ciemności, królującej w tej części ogromnej świątyni.

– Nic nie widać – poskarżył się architekt, bardziej nawykły do wznoszenia sklepień kościelnych niż do gonitwy pod nimi.

– Trzeba znaleźć to zwierzę – inny zakonnik usiłował wyśledzić kota w mrokach.

– Caco ma więcej sprytu niż wy wszyscy razem wzięci – zaśmiewał się tymczasem dziekan Adolfo, najstarszy z braci, który wsparty na lasce dobrze się bawił tą sceną. – No dalej, biegiem! – zachęcał resztę mnichów.

– Bracie Adolfie – przeor rzucił mu karcące spojrzenie.

Mnisi, podkasawszy białe habity, bez powodzenia poszukiwali diabelskiego kota. Gdy tak ze świecznikami w rękach myszkowali między licznymi grobowcami i ołtarzami w bocznych nawach, świątynia rozkołysała się morzem cieni.

Tylko najmłodszy z zakonników stał nieruchomo w ambicie.

– Hugo, a czemuż tu tkwicie, jakbyście wrośli w ziemię? – napomniał go brat Saturio. – Powinniście być pierwszym w pościgu za tym kotem z piekła rodem. No, jazda!

Ale mnich się nie poruszył.

Przeor Antón dostrzegł, że młodzieniec wbija wzrok w jakiś punkt. Przyglądał się przez chwilę cherlawemu braciszkowi z ogoloną głową, gdy tymczasem reszta zakonników bezskutecznie uganiała się za burym kotem. Przeor dostrzegł jakiś niepokój na jego twarzy. Podszedł bliżej.

– W czym rzecz, bracie Hugo?

– Tam – wyciągnął rękę w stronę ołtarza.

Przeor zwrócił oczy we wskazanym kierunku i zrobił parę kroków, podążając za spojrzeniem młodego cystersa. Na posadzce majaczył w mroku jakiś kształt.

– Co to jest? – przeor wytężył wzrok. – Dajcie tu więcej światła!

Jeden z zakonników podszedł ze świecą.

– Jest światło. Tu się zaszyło to kocisko?

– Nie wiem – odrzekł przeor z głębokim westchnieniem.

Ani przeor, ani jego towarzysz nie zbliżyli się do tego miejsca, zrobił to brat Timoteo, który wreszcie nadszedł z kolejną świecą w ręku i zatrzymał się niewielkiej odległości od ołtarza. Zbliżył światło i nagle się przeżegnał, cofnął o krok i spojrzał na mnichów. W jego oczach malowało się przerażenie.

– Co to jest? – przeor był zatroskany, na dodatek nie widział wyraźnie na taką odległość.

– On nas nie słyszy – przypomniał brat Bartolomé, wskazując na uszy.

– Timoteo! – krzyknął głośniej. – Z każdym dniem bardziej głuchy...

Brat Timoteo ukląkł bez słowa.

– Co też robicie? – przeor skierował się do niego. – Bracie, dlaczego...? Panno święta! – on również się przeżegnał.

– Co się stało, przeorze? – dziekan Estéban dołączył do nich pospiesznie. – O co chodzi? – nalegał, nie doczekawszy się odpowiedzi.

– Tam leży człowiek – i przeor wskazał nieruchome ciało spoczywające na kamiennej posadzce. – Martwy!

***

Słońce jeszcze nie wstało, kiedy Atilano przeciął ogród, mijając grządki rozsadnika, a potem plantację szczepów winnych w obrębie murów klasztornych i zbliżył się do wschodniego skrzydła. Musieli się pospieszyć, bo do świtu zostało niewiele. Jego kompan, Jednooki, wychynął zza kuźni. Pchał przed sobą wózek, na którym spoczywał jakiś pękaty tobół. Jednooki był chuderlawy, o wiele lżejszy od swojego towarzysza i ruchy miał zdecydowane. Szybko dotarł do rogu, gdzie czekał na niego Atilano.

– Widział cię ktoś?

– Nie, Atilano, było pusto, dokładnie tak, jak nam powiedział – odrzekł, przeciągając ostatnią sylabę.

– Idziemy – Atilano chwycił wózek i pchnął go energicznie, a Jednooki go wyprzedził i podbiegł do muru.

– Gdzie ten oblat? – spytał Atilano.

– Też się zastanawiam.

– Tutaj jestem – brat Prudencio stanął przed nimi. – Czemu się tak guzdraliście?

– Nie było tak łatwo – odrzekł Jednooki.

– Ty nic, tylko się użalasz. No, naprzód, bo jeszcze nas ktoś zobaczy.

Właśnie w tym momencie dał się słyszeć jakiś głos przypominający wycie wilka.

– Boże święty! – Jednooki wsunął rękę pod opończę i wygiął szyję, żeby spojrzeć na kawałek pergaminu przyszyty do wewnętrznej strony okrycia, ucałował go trzykrotnie i wymamrotał coś w rodzaju modlitwy.

– Jednooki, do cholery! Daj spokój tym głupotom – warknął na niego Atilano.

– To nie żadne głupoty.

– Przyłapią nas. Na co wy czekacie? – oblat był zdenerwowany i nieustannie rozglądał się na boki.

Obydwaj mężczyźni przeszli przez bramę w murze, którą im otworzył.

– Wyniesiecie się stąd wreszcie? – nalegał brat Prudencio.

– Za grosz nie mam do niego zaufania – mruknął Jednooki.

– Ani ja.

– My to zawsze musimy mieć pecha – Jednooki wzruszył ramionami. – Ty przynajmniej możesz się pocieszać, że jednooki na ciebie spojrzał, ale ja... – wskazał palcem brakujące oko.

– No i znowu te zabobony – Atilano zamachnął się, jakby chciał go uderzyć w twarz. – Naprawdę nie wiem, dlaczego się z tobą zadaję.

– Bo wszyscy inni mają cię gdzieś.

– Jak śmiesz! – oburzył się tamten – Ja jestem Atilano, już niedługo się stąd wyniosę, będę wojował na Morzu Śródziemnym, poznają mnie na Sardynii, Sycylii i w Atenach.

– A na razie jesteś za stróża relikwii w święta i znają cię w czterech zagrodach o rzut kamieniem od klasztoru.

– Jeszcze przyjdzie mój czas – odburknął Atilano, zaciskając pięści.

– Owszem, ale jak szybko nie zaczniesz, to osiwiejesz, a miecz ci posłuży do podpierania się, zamiast laski – docinał mu Jednooki.

– Co ty pleciesz! Wkrótce obrócę miecz przeciw niewiernym i heretykom.

– Tak, przeciw zającom i królikom – syknął ledwie dosłyszalnie Jednooki.

– Można wiedzieć, co tam mruczysz pod nosem?

– A nic, że pragnąłbym zostać waszym giermkiem, panie, kiedy wyruszycie na rozprawę z niewiernymi na oślim grzbiecie – i wybuchnął śmiechem.

– Ty wiejski gburze! – i znów złożył się do ciosu. – A po co, twoim zdaniem, to robimy? To, co zarobię, starczy na najlepszą kolczugę, tarczę i konia.

– Dużo tego będzie, no nie, Atilano?

– Co ty o tym możesz wiedzieć...

– Tyle samo co ty, bo jesteśmy sąsiadami od urodzenia.

– Dosyć ględzenia, czasu nie mamy.

Obaj mężczyźni pchali wózek po miękkim podłożu. Nagle usłyszeli jakiś hałas.

– Co to było? – Jednooki powiódł spłoszonym wzrokiem wokół siebie. – Ktoś tam jest, nakryli nas!

– Zamkniesz ty się wreszcie? Jak się będziesz tak wydzierał, to jasne, że nas nakryją – zawyrokował Atilano. – Skręć do rowu, wszystko mam robić za ciebie?

Znów usłyszeli hałas.

– Szybciej! – ponaglał go Atilano.

– Przeklęty los... Ostatni raz cię posłuchałem.

Z bliska dobiegł jakiś skowyt i Jednooki znów sięgnął po swój kawałek pergaminu i ucałował żarliwie.

– Co ty wyprawiasz, gamoniu?

– To nocne zjawy...

– Nie pleć bzdur!

– Tak, to upiory.

– Gdyby tak było, to już by było po nas. No patrz, to jakiś człowiek wrzeszczy pod bramą klasztoru.

– O tej porze? To nie może wróżyć nic dobrego... – i znów zanurzył dłoń w fałdach opończy.

– Zamknij się wreszcie, Jednooki – mruknął Atilano. – Przestań biadolić i pchaj mocniej, bo musimy to zawieźć do młyna.

2Oblat

Człowiek leżący na posadzce kościoła był zwrócony twarzą ku ziemi. Okrywał go brunatny habit, jakie nosili świeccy członkowie zakonu. Brat Timoteo przykucnął i, nie bez chwili wahania, ujął jego głowę w dłonie i delikatnie przekręcił. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Przeżegnał się, a potem wyprostował, kładąc dłoń na sercu.

Trup miał otwarte oczy i skupione spojrzenie, jakby przyglądał się mnichowi. Z długiego cięcia na jego szyi wciąż jeszcze broczyła świeża krew, jak z gardła zarżniętego wieprza w świniobicie. U końca rany tkwił sztylet, za pomocą którego zadano mu śmiertelne cięcie.

– To jest... – brat Timoteo ledwie mógł się zdobyć, by wymówić to imię – to jeden z oblatów, Octavio!

Mnisi pospiesznie się przeżegnali, a przeor postąpił w kierunku zmarłego i nakreślił w powietrzu znak krzyża.

– Ale jak to możliwe? Kto mógł mu to zrobić?

Wszyscy obecni przybliżyli się trwożnie, przerażeni tak okropnym odkryciem.

– Bracie Ramiro, jesteście aptekarzem, proszę was, żebyście go zbadali – polecił przeor.

Aptekarz ujął go za prawą rękę i stwierdził, że jest sztywna. Potem rozchylił habit, żeby się przekonać, czy nie ma więcej ran, ale napotkał tylko nagą skórę, bladą i zimną. Ponownie spojrzał na rozwarte oczy zmarłego, położył dłoń na twarzy nieboszczyka i opuścił mu powieki.

– Przeorze, nikt nie może się dostać do kościoła nocą, jego tu być nie powinno, jest oblatem ... Drzwi dla świeckich braci są zamknięte dla wszystkich! – wtrącił się dziekan Estéban.

– Wiem, zachowajmy spokój – przeor dał znak milczenia wszystkim członkom kongregacji. – Kto z nas pierwszy zszedł na jutrznię?

– Ja, przeorze – odpowiedział brat Saturio. – Wy sami widzieliście, jak schodzę po schodach.

– Nikogo więcej nie było, kiedy weszliście do kościoła.

– Nie.

– Jesteście pewni? – nalegał przeor.

– No cóż, było mało światła... – wyjaśnił brat Saturio. – Ale ja nikogo nie widziałem.

Brat Timoteo trwał na klęczkach przy zmarłym, wciąż poruszony tym, co się wydarzyło. Jeden z zakonników stanął za nim. Był wysoki, miał kasztanowe, proste włosy, ostry jak nóż nos, żywe spojrzenie, a policzki zapadnięte pod kośćmi jarzmowymi. Położył prawą dłoń na ramieniu klęczącego i zabrał głos.

– Możliwe, że ten, który dopuścił się tej zbrodni, jest teraz pośród tych ścian.

Brat Timoteo obrócił się w jego stronę i wskazał na swoje ucho.

– Mówię, że ten, który go zabił, może ciągle tu być – powtórzył mnich za jego plecami, żeby być lepiej słyszanym.

– Bracie Rogelio, nie wiemy, co właściwie się zdarzyło – zaprotestował przeor z wielkim spokojem.

– Naturalnie, ale ten człowiek ma sztylet wbity w szyję... Powinniśmy coś przedsięwziąć, natychmiast!

Przeor się nie odezwał, obrócił się tylko i zlustrował zakonników spojrzeniem.

– Sprawdźcie wszystkie wejścia: drzwi dla braci świeckich, dla wiernych, do zakrystii, do kostnicy, z której jest wyjście na cmentarz, a także wejście na dzwonnicę – rozkazał. – Przyjrzyjcie się dobrze każdym drzwiom.

Mnisi w białych habitach usłuchali polecenia bez sarkania i nawet architekt dołączył się do tej inspekcji. Tylko brat Rogelio pozostał przy boku przeora.

– Nie powinniśmy wyciągać pochopnych wniosków.

– Naturalnie, przeorze. Ale ja nie potrafię pojąć... – brat Rogelio był wyraźnie zaskoczony – co robił oblat w świątyni w środku nocy?

– Wyjaśnimy to.

– Nasi bracia świeccy mają własne dormitorium z osobnym przejściem do kościoła, którym udają się na modlitwy do swojego chóru. Ale to my zamykamy drzwi od wewnątrz.

– Nie potrzebujecie mi zdawać sprawy z tego, co sam wiem doskonale.

– Jeśli wszystkie drzwi były zamknięte kiedy go znaleźliśmy, to w jaki sposób wytłumaczymy to, co się wydarzyło?

– Nie uprzedzajmy wydarzeń, zawiła jest ścieżka prowadząca do prawdy.

– Przeorze – podszedł do nich najmłodszy z braci – drzwi zakrystii są zamknięte.

– Dziękuję wam, bracie Hugo.

Przeor trwał w ciszy i zadumie. Nagle spostrzegł, że najstarszy z mnichów wspina się po schodach prowadzących do dormitorium.

– Dokąd to się wybieracie, bracie Adolfo?

– Za grubszą potrzebą.

– Właśnie teraz?

– W moim wieku to prawie cud, człowiek nie może grymasić, kiedy nadchodzi ta chwila.

Przeor powstrzymał się od uwag, spuścił wzrok i spoglądał, jak wokół gromadzą się zakonnicy ze zbolałym wyrazem twarzy, ogarnięci nastrojem duszącego przygnębienia.

– Wszystkie drzwi są porządnie zamknięte – stwierdził dziekan Estéban. – Sprawdziliśmy wejście dla braci świeckich, drzwi od cmentarza i portal od strony fasady. Nikt nie mógł tu wejść ani się stąd wydostać.

– W takim razie przeszukamy całą świątynię, piędź po piędzi, i nie zaprzestaniemy poszukiwań, dopóki się nie wyjaśni, co tu zaszło dziś w nocy.

Przeor podszedł do miejsca, gdzie leżało ciało. Uważnie przyjrzał się scenerii zabójstwa, krwi, pozycji zabitego oraz sztyletowi wbitemu w szyję ofiary. Narzędzie zbrodni zwróciło jego szczególną uwagę: to był złoty sztylet, drogocenna broń, jaką niełatwo zdobyć. Zwłaszcza komuś o statusie Octavia, zwykłego oblata.

Ci zakonnicy świeccy byli najmłodszymi członkami bractwa. Trudnili się pracami fizycznymi i zajmowali różnymi sprawami świeckimi, co pozwalało duchownym poświęcać się liturgii godzin oraz studiom. Brunatny kolor habitu odróżniał ich od mnichów, którzy ubierali się na biało. Mieli swoją własną sypialnię, refektarz i osobny chór w sąsiedztwie głównego wejścia do świątyni.

Przeor podniósł oczy ku figurze Madonny w głównym ołtarzu. Ona jedyna była świadkiem tego, co tu zaszło.

Tymczasem pozostali zakonnicy kończyli przeczesywanie kościoła. Jeden po drugim przyłączali się do kręgu skupionego naprzeciw ołtarza. Było ich dziesięciu, wszyscy w białych habitach z długimi rękawami, bardzo obszernych, ułożonych w pionowe fałdy. Stroju dopełniały szkaplerze z czarnego płótna.

– Nikogo prócz nas nie ma w kościele – orzekł dziekan Estéban.

– Sprawdziliście dokładnie?

– Tak – odpowiedział bezzwłocznie – przepatrzyliśmy wszystkie kąty. Drzwi są zamknięte, a zakrystia, dzwonnica i kostnica są puste.

– W jaki sposób wymknął się zatem człowiek, który zamordował naszego brata? – zapytał przeor. – I jak on oraz nieboszczyk zdołali dostać się do kościoła?

– Do kościoła można wejść tylko z naszego dormitorium, schodami – zauważył ojciec Adolfo, który właśnie powrócił.

Obecni w świątyni mnisi przybrali ponury wyraz twarzy, ten i ów się przeżegnał, a inni złożyli dłonie na piersi, jakby te słowa przeszyły ich bólem.

– Ależ, bracie Adolfo... – przeor obrócił się ku niemu, skonsternowany. – Co chcecie przez to powiedzieć?

– To, co słyszycie. Myślę, że bardzo jasno to ująłem – powiedział starzec z przekonaniem.

I właśnie w tym momencie rozległo się stukanie do drzwi dla oblatów, nie dając przeorowi czasu na odpowiedź. Bracia spojrzeli po sobie spłoszeni.

– Może zabójca czegoś tu zapomniał, prawda? – mruknął leciwy mnich.

– Miarkujcie się, na Boga! – napomniał go brat Julian.

Znów ktoś zastukał do drzwi.

– Ja otworzę – powiedział dziekan Estéban i podążył nawą leżącą po prawej stronie ołtarza, którą nazywano nawą epistoły, w kierunku chóru braci świeckich, gdzie znajdowały się drzwi łączące kościół z sypialnią oblatów.

– Kto to taki? – zapytał, doszedłszy do drzwi klauzury.

– Prudencio i Isidoro.

W kręgu zakonników rozległ się cichy pomruk.

– W jakim celu przychodzą do kościoła o tej porze? Nie wiedzą, że jest bardzo wcześnie? – szepnął brat Rogelio do przeora.

– Nie wiem – odrzekł ten, rozkładając ręce.

– Co robimy, przeorze? – zapytał brat Timoteo.

– Otwórzcie im – nakazał przeor Antón. – Może oni coś wiedzą.

Zdjęli rygle z wejścia i brat Prudencio pierwszy stanął w drzwiach. Był brunetem o pospolitych rysach twarzy, w której jedyną cechą charakterystyczną była wysunięta żuchwa. Za nim wkroczył drugi konwers, zwalisty Isidoro. Miał kolosalną postać, przy której wszyscy inni wyglądali jak miniatury ludzi. Obydwaj byli odziani w brunatne habity.

– Zbliżcie się – polecił przeor.

– Czy coś się stało? – zapytał Prudencio, który, czując na sobie spojrzenia wszystkich braci, z lękiem podszedł do przeora i uklęknął przed nim.

– Wstańcie. Po co przyszliście do kościoła o tej porze? Jest za wcześnie, przecież o tej godzinie nie wolno wam się modlić w świątyni.

– Wiem, przeorze, prosimy o wybaczenie. Usłyszeliśmy głosy i to nas zdziwiło. Pomyśleliśmy, że może coś się wydarzyło.

– Co miało się wydarzyć?

– Nie wiem. Ostatnio bracia są tacy niespokojni – odrzekł Prudencio. – Niektórzy mówią, że widzieli w nocy jakiś cień błąkający się wokół klasztoru.

– A cóż to za brednie?

– Wiem, wiem – Prudencio opuścił głowę. – Ale są bardzo czujni, zbliża się Noc Dusz Pokutujących... I rozumiecie...

– Dosyć! Nie chcę więcej tego słuchać, mamy teraz pilniejsze sprawy – rzekł i westchnął. – Gdzie jest wasz brat Octavio? – zapytał.

– Nie widziałem go, wstając z łóżka.

– A kiedy ostatnio go widziałeś?

– Myślę, że w porze komplety, podczas matutinum się modliłem – wyjaśnił Prudencio łamiącym się głosem, unikając spojrzeń pozostałych mnichów i zbity z tropu sposobem, w jaki go traktowało zgromadzenie. – Mam iść po niego?

– Nie ma takiej potrzeby – przeor przeniósł wzrok na Isidora. – A wy, widzieliście dziś Octavia? – zapytał.

Gigantyczny oblat przecząco potrząsnął głową.

– Jesteście pewni, że go nie widzieliście? – nalegał tamten.

Isidoro ponowił przeczący gest. Pytania przeora wzbudzały w nim lęk, choć był tak olbrzymi.

– Czy brat Octavio zachowywał się ostatnio jakoś dziwnie?

– Nie, ja w każdym razie nie zauważyłem, wiadomo, że ciągle jest zajęty jakąś pracą – odpowiedział Prudencio.

I zapadła cisza.

– Czy stało się coś złego, przeorze? – zapytał rwącym się głosem.

– Bóg widzi wszystko, kłamstwo w Jego domu to jeden z najcięższych grzechów, jakie człowiek może popełnić, ale zabójstwo to przewina zasługująca na wieczne potępienie! – wtrącił się brat Julian.

– Dlaczego zwracacie się do mnie w te słowa?

– Tej nocy zdarzyło się coś potwornego. Wasz brat Octavio nie żyje – i wskazał prawą ręką ciało leżące na posadzce kościoła.

Obaj bracia świeccy zwrócili oczy we wskazanym kierunku. Wyglądało na to, że z początku nie pojęli, o co chodzi. Prudencio postąpił parę kroków naprzód w zastygłym kręgu mnichów i ujrzawszy zmarłego, osunął się na klęczki. Za to na obliczu Isidora widok nieruchomego ciała nie wywołał żadnej zmiany.

– To Octavio! – zawołał przerażony Prudencio.

– Obawiam się, że wzrok was nie myli – potwierdził przeor. – Co się tu zdarzyło?

– Ja... Nie wiem...

– Co tu robił Octavio w środku nocy? – nalegał przeor. – Kto go zabił? Spaliście w jednej izbie, musicie znać prawdę.

– Wyznajcie swoje winy lub będziecie się smażyć w ogniu wieczystym! – przerwał najbardziej nerwowy ze wszystkich zakonników, brat Julian.

– Nie wiem... Ja nic nie wiem, przysięgam wam – wykrztusił wśród łkania Prudencio.

– Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu potrafi wybaczać. Ale żeby uzyskać wybaczenie, musicie się ukorzyć i wyznać grzech. Kto zabił Octavia? Czy wy to uczyniliście, Prudencio? – spytał przeor, wymawiając z naciskiem każde słowo.

– Nie, panie. Ja nie zrobiłem nic złego, to nie ja.

– Kłamiecie! – padło oskarżenie.

– Bracie Julianie, powstrzymajcie się od wydawania sądów, czy to jasne?

– Jestem niewinny, klnę się Bogiem, przysięgam na Najświętszą Panienkę i na świętych apostołów. Uwierzcie mi, ja go nie zabiłem – powtarzał oblat przez łzy.

– Jeśli prawdą jest, co mówicie, to kto się dopuścił tej zbrodni?

– Przysięgam, że nie wiem! Przysięgam!

– A wy? – zwrócił się do Izydora. – Też nic nie wiecie?

– Nie, nie – powtórzył tamten, podnosząc dłonie do swojej małej głowy, jakby sobie chciał zasłonić uszy.

Również on ukląkł na posadzce u stóp przeora, który nie potrafił ustać w spokoju i ciągle tarł dłonie. Za jego plecami duchowni trwali w milczeniu, wzburzeni tym, co rozgrywało się przed ich oczyma.

Przeor po raz kolejny przyjrzał się oblatom i potrząsnął głową. Obrócił się ku członkom zgromadzenia i wpatrzył się w ich oblicza.

– W jaki sposób Octavio mógł się dostać do kościoła?

– Zło wniknęło do klasztoru wcześniej, niż oczekiwaliśmy – wycedził zgrzybiały ojciec Adolfo. – Zostały cztery dni, a zły już przysłał pierwszego ze swoich – i spojrzał im w oczy. – Jesteśmy w niebezpieczeństwie, wszyscy! To dopiero początek.

– Nie powinniśmy posuwać się do tak niebezpiecznych stwierdzeń – przeor panował nad nerwami.

– Veruela uległa zepsuciu, klasztor ze wszech stron pyszni się zbytkiem, a biedni ludzie cierpią głód. Na Boga! Skoro już nie zawstydzają was te wszystkie marności, zapłaczcie przynajmniej nad tak wielkim marnotrawstwem pieniędzy.

– Bracie Adolfie! Nie zamierzam tolerować tych insynuacji – odezwał się przeor tonem niecierpiącym sprzeciwu.

– Jaką rację bytu mają w naszych salach te wszystkie pokraczne stwory, tyle ozdób o wydumanych kształtach i tyle kunsztownych wynaturzeń? – ciągnął starzec. – Te wyuzdane małpy, straszne lwy, potworne centaury, te sceny i maszkarony ze zwierzęcymi ciałami i ludzkimi obliczami?

W owej chwili od drzwi łączących kościół z klauzurą dobiegł kolejny hałas.

– A któż to taki może się dobijać o tej godzinie? – zdumiał się dziekan Estéban, spoglądając na przeora.

Znów rozległo się łomotanie do głównych drzwi kościoła.

– Powinniście sprawdzić, kto zacz – rzekł z uśmiechem na twarzy sędziwy Adolfo ku ogólnemu zaskoczeniu. – Być może tym razem to rzeczywiście morderca.

– Adolfo! To nie jest odpowiednia chwila na wasze kpiny, zginął jeden z naszych braci – zgromił go przeor.

– Wiem o tym. Wiadomo mi również, że zgodnie z naszą regułą mistrz jest odpowiedzialny za wszystkie występki swoich uczniów, zaś Pan, ustami swojego proroka, ostrzega pasterzy, że własną krwią przyjdzie im płacić rachunki za tych, co umarli w grzechu. I dlatego sądzę, że niezwłocznie powinniśmy się udać na rozmowę z opatem.

– Bracie Adolfie, opat jest cierpiący, dobrze o tym wiecie.

– A wy sprawujecie władzę pod jego nieobecność. Czy może się zdobyć się na odwagę, żeby karcić innych ten, kto sam ma się za nieskazitelnego?

– Zważcie na to, co mówicie...

– Czy to być może, żeby jasność świata przemieniła się w mrok? Żeby ci, którzy własnym życiem winni wytyczać ścieżkę cnoty – ciągnął starzec – przemienili się w ślepców, prowadzących inne ślepe ofiary pychy, jaka bije z ich czynów?

– Uspokójcie się – dziekan Estéban próbował załagodzić sytuację. – Już dosyć mamy kłopotów. Musimy otworzyć wejście dla wiernych i przekonać się, kto się tak uporczywie dobija do kościoła.

– Dobrze, zostańcie wszyscy na miejscach – przeor Antón wystąpił naprzód. – A wy chodźcie ze mną, bracie Hugo – rzekł, wybierając spośród zgromadzonych najmłodszego mnicha, któremu jeszcze nie puścił się zarost na twarzy.

Ten, zaskoczony, podniósł głowę i po chwili zwłoki ruszył za przeorem, który podążył w kierunku nawy bocznej, nie omieszkawszy wcześniej wydać ostatniego, precyzyjnego polecenia.

– Niech nikt się nie rusza z miejsca i nie zbliża do zmarłego.

Brat Hugo niepewnie szedł za przeorem, w którego postawie widoczna była niezłomna determinacja. Jego wyprostowana, wysoka sylwetka kontrastowała z postawą młodego zakonnika, który szedł przygarbiony i trwożny.

Głośne uderzenia w drzwi znów rozniosły się po świątyni.

– Kto tam? – zapytał przeor.

– Brat Cipriano – rozległa się odpowiedź z drugiej strony.

– O co chodzi? Dlaczego opuściliście bramę klasztorną?

– Zjawił się przybysz, który domaga się, żebyście go przyjęli.

– O tej porze? Otwórzcie – rozkazał przeor.

Brat Hugo spojrzał na niego niepewnie.

– Kazałem otwierać, na co jeszcze czekacie?

3Notariusz królewski

Młody zakonnik natychmiast wypełnił polecenie. Sztaba, choć ciężka, przesunęła się w otworze ściany, w której były zamocowane klocki służące za prowadnice, żeby łatwiej się poruszała. Odblokował rygiel i uchylił skrzydło drzwi. Po drugiej stronie ukazał się mnich w białym habicie, a u jego boku mężczyzna niewyglądający na duchownego, wysmukły, ze starannie przystrzyżoną brodą i przenikliwym wejrzeniem.

– Bracie Cipriano, w czym rzecz? Zostawiliście furtę bez dozoru?

– Wybaczcie, ojcze przeorze – odpowiedział mnich. – To przez wzgląd na przybysza, który przed chwilą dotarł do klasztoru i powiada, że przynosi wiadomości wielkiej wagi.

– Kim jesteście?

– Zwą mnie Bizén de Ayerbe i jestem notariuszem królewskim.

– Notariusz królewski w Verueli, o tak wczesnej godzinie... – przeor zlustrował go spojrzeniem od stóp do głów. – Tuszę, że sprowadza was jakaś istotna sprawa.

– Nie mylicie się – odrzekł Bizén, nadając swemu głosowi uroczysty ton. – Jestem notariuszem jego królewskiej mości Piotra IV z Aragonii.

– Czemu zawdzięczamy waszą wizytę w naszym klasztorze?

– Moi ludzie zostali napadnięci o parę mil stąd. Jestem jedynym, który uszedł z życiem.

– Szczerze nad tym ubolewam – odrzekł przeor. – Jesteśmy na ziemiach granicznych, połowa zamków znajduje się w rękach Kastylijczyków. A te, które pozostały dotychczas w posiadaniu waszego króla, są obecnie pod pieczą tego francuskiego najemnika, Bertranda du Guesclin. Nasz ukochany król mianował go hrabią Borja, istna zgroza!

– Zgroza? – powtórzył notariusz królewski.

– Owszem, ponieważ to właśnie pierwszy pan na Borja dokonał donacji tych ziem na rzecz klasztoru, ponad dwa wieki temu. Szczątki jego i jego rodziny spoczywają w naszym kościele. Gdyby był świadom tak wielkiej zniewagi... Wstałby z grobu!

– Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie – rzekł Bizén.

– A dokąd zdążaliście, kiedy na was napadnięto?

– Zmierzaliśmy właśnie tutaj, do Verueli, przeorze. Już was o tym powiadomił brat furtian. Przybywam z posłaniem do waszego opata.

– Pokażcie mi pismo.

– Powtarzam, że jest adresowane do opata klasztoru Santa María de Veruela – Bizén de Ayerbe złożył prawicę na torbie podróżnej. – Ma je przeczytać wasz opat we własnej osobie, taki jest królewski rozkaz.

– Wiecie zapewne, że król nie ma władzy w tych murach – zauważył brat furtian stojący obok przybysza.

– A papież? Ponieważ wraz z nim wiozę dwie bulle papieskie.

– Niezwykła to pora na odwiedziny emisariusza królewskiego i papieskiego w naszym klasztorze – powiedział przeor.

– Bywa czasem, że nie można czekać stosownej pory.

– To prawda – przeor zwrócił się do przybysza w odmienny sposób. – Kto was napadł, notariuszu?

– Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie. Nie widziałem ich twarzy.

– Jaką się posługiwali mową?

– Okoliczności nie sprzyjały rozmowie...

– Mieli jakiś sztandar? – nalegał przeor.

– Żadnego.

– No proszę, można by myśleć, że zaatakował was oddział widm – rzekł po cichu brat furtian. – Napastnicy bez głosu, bez twarzy, bez znaku...

– Gdybyśmy zdołali dostrzec, że się zbliżają...

– Posłuchajcie, powiem wam szczerze, że chwila, w której się zjawiliście, jest niefortunna – powiadomił go przeor. – Poza tym opat nie może przyjmować nikogo. Jeśli te dokumenty są tak ważne, jak mówicie, powierzcie mi je, a ja je przekażę, kiedy to będzie możliwe. To wszystko, co w obecnej sytuacji mogę dla was zrobić.

Bizén opuścił wzrok i westchnął głęboko.

– Jesteście notariuszem królewskim? – dobiegł głos z wnętrza kościoła. – Przybywacie zatem w samą porę.

– To nie jest właściwy czas, bracie Adolfo – napomniał go przeor ściszonym głosem.

– Co rzekliście? – Bizén postąpił o krok w głąb świątyni.

– Miało tu miejsce straszne, nieszczęśliwe zdarzenie, mości notariuszu – odpowiedział starzec wsparty na lasce, potakując głową.

– Bracie Adolfo... – przeor tracił panowanie nad sobą. – Ani słowa więcej.

– A zatem to prawda – Bizén nie ukrywał zaskoczenia. – Co takiego się zdarzyło?

– Sami chcielibyśmy się dowiedzieć... – wysapał sędziwy mnich.

– Ojcze przeorze, czas mi wracać do furty – przerwał brat Cipriano. – Czy to jakaś poważna sprawa?

– Obawiam się, że tak. Ale wracajcie na miejsce. Tego jeszcze teraz brakowało, żeby brama została niestrzeżona.

– Tak uczynię.

– Muszę się widzieć z opatem. Pół tuzina ludzi straciło życie po to, abym ja zdołał się tu dostać – przypomniał przybysz.

– Jedną chwilę – i rzucił okiem ku ołtarzowi, gdzie reszta mnichów toczyła cichą rozmowę. – Wejdźcie. A wy, Hugo, zamknijcie drzwi.

Przeor przyjrzał się Bizénowi de Ayerbe, po czym lekko się skłonił.

– Pozostańcie tutaj z bratem Hugo, wrócę po was najszybciej, jak to będzie możliwe.

– Mam tu czekać na stojąco? W kościele?

– Na razie tak – odparł przeor. – Bracie Adolfo, podejdźmy do ołtarza.

Tak uczynili. Powrócili do nawy bocznej, w której znajdował się ciąg ołtarzy poświęconych rozlicznym świętym i rzędem stały grobowce z przedstawionymi w pozycji leżącej figurami spoczywających tam osobistości.

– Bracie Rogelio, czy ci dwaj oblaci wyznali coś więcej? – zapytał szybko.

– Nie – odrzekł zakonnik.

– Wy – zwrócił się przeor do dwójki podejrzanych, którzy w kornej postawie przebywali przed głównym ołtarzem – upartym wypieraniem się winy nie uzyskacie nic, poza pogorszeniem własnego przerażającego czynu w oczach Boga – przestrzegł ich. – Wyznajcie winy, a On okaże wam miłosierdzie.

– Przysięgam wam na Najświętszą Panienkę, że nie mam z tą zbrodnią nic wspólnego – zajęczał Prudencio z obliczem skąpanym we łzach.

– Posuwacie się do krzywoprzysięstwa?

– Nie, tylko ja... Nic nie zrobiłem – mężczyzna zanosił się łkaniem jak dziecko. – To szczera prawda, jestem niewinny. Pomóżcie nam – błagał Prudencio, spoglądając w oczy Bizéna.

– Nie możemy ich w ten sposób oskarżyć, ojcze przeorze – zwrócił uwagę brat Rogelio. – Nie mamy żadnych dowodów winy tych oblatów.

– Kto zatem, waszym zdaniem, wszedł do kościoła i dopuścił się tej zbrodni?

– Zło mieszka między nami, bracia – rozległ się głos sędziwego Adolfa, wywołując wyraz zaskoczenia na wszystkich twarzach. – Opuściło swoje pieczary na szczytach gór, a teraz jak wąż wije się po dolinie. Napotkało wyłom w naszych murach, przeniknęło do wnętrza i wyleguje się pomiędzy nami.

– On się czołgał po ziemi – przerwał tę perorę brat Timoteo, który również przysunął się do miejsca, w którym spoczywało ciało. – Na posadzce widać smugę krwi.

Na te słowa inni mnisi podeszli, żeby popatrzyć. Brat Timoteo pochylił się ze świecą i oświetlił spory odcinek posadzki, na którym widoczne były plamy krwi. Bracia podążyli owym krwawym szlakiem, a widząc, skąd bierze początek, zamarli z przerażenia.

– Matko święta! – zawołał brat Julian.

Ślad doprowadził ich do prostokątnego grobowca ulokowanego w najważniejszym, najgodniejszym miejscu w świątyni: naprzeciw głównego ołtarza. Kiedy bracia to pojęli, rozległy się pomruki, jakieś stłumione szepty wypowiadane między zębami.

– Czyj to grobowiec? – zapytał brat ogrodnik.

– Infanta, dziedzica tronu – odrzekł sędziwy Adolfo.

W tej samej chwili od drzwi w głębi kościoła zbliżył się do nich inny oblat w towarzystwie brata Hugo i notariusza.

– Co to znowu? Co tutaj robicie? – zapytał przeor. – Ten cudzoziemiec powinien oczekiwać w miejscu, które mu wskazałem.

– Ojcze przeorze – nowo przybyły zakonnik zbliżył się i wyszeptał mu do ucha – Opat życzy sobie widzieć się z wami i z bratem aptekarzem.

– Teraz?

– Tak, niezwłocznie. Wie, że coś się wydarzyło i jest zaniepokojony – odrzekł mnich.

– Jak mogło to dotrzeć do jego uszu? – przeor nerwowo potarł dłonie. – No dobrze, bracie Ramiro, udajmy się do opata.

– Chce również zobaczyć się z przybyszem – dodał posłaniec.

– Trudno w to uwierzyć – żachnął się przeor.

– Polecenie było jasne.

– Ale jakim sposobem opat mógł się dowiedzieć o jego obecności?

– Nie wiem, ojcze przeorze. Wiem tylko, że polecił, żebyście go przyprowadzili – odrzekł oblat.

4Sala opata

Dwaj bracia powiedli Bizéna de Ayerbe klasztornymi galeriami. Tego ranka mgła nie dozwoliła, by słoneczne promienie rozświetliły obszerny wirydarz w całym jego przepychu. Ale nawet w takich warunkach notariusz królewski sięgał wzrokiem pomiędzy zwieńczone rozetami ostrołuki, pod którymi skrywały się biforia, pary bliźniaczych okienek, również o ostrym szczycie, udekorowanym niewielką, ażurową rozetą.

Nad ich głowami wznosiło się sklepienie żebrowe rozpostarte na ostrołukowych łękach wspartych na konsolach zdobionych misterną snycerką w kamieniu. Dominowały tam motywy roślinne, choć trafiały się również rzeźby figuralne. Łuki, jak i cały zespół architektoniczny były tak pomyślane, by przyciągać wzrok urzekającą grą świateł, która hipnotyzowała umysł i powodowała lube doznanie ociężałości, jakiego doświadczamy we śnie. Tylko echo kroków towarzyszących mu zakonników przywoływało Bizéna de Ayerbe do rzeczywistości, gdy zapuszczał się wzrokiem w prześwity łuków, za którymi, u krawędzi dachu, widoczne były gargulce przeznaczone do odprowadzania wody deszczowej, o kształtach fantastycznych i potwornych.

Przemierzywszy całą galerię, dotarli do wejścia znajdującego się w najodleglejszej części klauzury. Brat Ramiro otworzył drzwi i Bizén wszedł wraz z zakonnikami do środka. Pierwszym doznaniem, jakie powitało go we wnętrzu, był intensywny odór śmierci. Po obu stronach wejścia stały wysokie półki, posadzkę pokrywały dywany tkane w geometryczne wzory, zaś kobierce na ścianach i wytworne meble dopełniały wystroju komnaty. Sala nie przypominała celi w zakonie cystersów, raczej wykwintną komnatę jakiegoś pałacu w Barcelonie czy Saragossie. W głębi znajdowało się łoże z baldachimem, zdobnym przejrzystymi draperiami, a świece, płonące w wysokich lichtarzach po obu jego stronach, rozjaśniały to miejsce łagodnym, przyćmionym blaskiem.

Przeor ruszył naprzód, przeżegnał się i skłonił u stóp łoża. Aptekarz zrobił to samo, po czym odsunął się na stronę i dał Bizénowi znak, żeby do nich dołączył. Opatem klasztoru był don Sancho Marcilla Muñoz, drugi syn jednego z najważniejszych dostojników królewskich. Już niemal od dziesięciu lat zarządzał losami klasztoru Santa María de Veruela, choć wcale nie był tak stary, jak mógłby wskazywać jego wygląd. Twarz miał obrzmiałą, z wielkimi workami pod oczyma, które pozostawały przymknięte. Okalały ją cienkie, jasne włosy i kłaki źle przyciętej brody oraz biaława skóra podbródka, usiana ciemnymi plamami i wielkimi krostami.

Bizéna poruszył widok opata w tak godnym pożałowania stanie, spod oka przyjrzał się mnichom i dostrzegł ich kamienne oblicza.

– Wybaczcie, że was niepokoję, ojcze – przemówił przeor zaskakująco drżącym głosem. – Jak się czujecie?

– Jestem słaby – odrzekł człowiek spoczywający w bezruchu na posłaniu.

Aptekarz pospiesznie się doń zbliżył z przeciwnej strony łoża.

– Muszę wam zaaplikować maści, ojcze opacie – pochylił głowę i czekał na kolejny gest przeora, żeby rozpocząć swoją pracę.

– Czy jest z wami przybysz?

– Tak, to notariusz królewski.

– Co się wydarzyło tej nocy, przeorze? – zapytał opat, który, mimo że niezdrów i złożony niemocą w tym wykwintnym łożu pałacowym, zdawał się zachowywać całkowitą jasność umysłu.

– Co was skłania do takiego przypuszczenia, panie?

– Pokój klasztoru został zmącony, jestem opatem i rozumiem mowę tych ścian. Powiedzcie mi, co zaburzyło pokój w kongregacji.

– Ojcze opacie... – przeor rzucił spojrzenie ku wysłannikowi królewskiemu.

– Nie zważajcie na przybysza, mówcie bez ogródek – orzekł ten, który sprawował najwyższą władzę w Verueli. – Chcę, żebyście mi zdali sprawę z tego, co zaszło ostatniej nocy w klasztorze.

– Straszna śmierć, opacie – odrzekł przeor Antón, wspierając dłonie na pościeli. – Jeden z braci świeckich został odnaleziony martwy w kościele podczas matutinum.

– Czy wiadomo, w jaki sposób zmarł ten nieszczęśnik?

– Opacie, to było morderstwo. Poderżnięto mu gardło – odrzekł z wahaniem.

– Boże mój, kto go zamordował?

– Dotąd nie znaleźliśmy winnego.

Opat odkaszlnął.

– Ramiro, pomóż mi się podnieść – aptekarz bardzo ostrożnie uchwycił opata pod pachy i zdołał go usadzić z plecami wspartymi na wezgłowiu.

Bizén de Ayerbe mógł się lepiej przyjrzeć mnichowi siedzącemu w tej pozycji. Oblicze miał opuchnięte, skóra na szyi zwisała w fałdach, jakby w środku była pusta. Długie kosmyki włosów bezładnie opadały na szare oczy, brwi dawno przemieniły się w niewyraźne wspomnienie, skóra pokryła się niezdrową czerwienią.

– Co robił brat świecki we wnętrzu kościoła?

– Staramy się dociec.

– Czyż wszystkie drzwi nie są zamykane na noc? – nalegał opat.

– Tak, ojcze, dlatego też nie wiemy, jak zdołał się tam dostać.

– Sprawdziliście wszystkie drzwi? Przeszukaliście kościół?

– Naturalnie. I nie znaleźliśmy nikogo, a wszystkie drzwi były dobrze zamknięte.

– Ktoś zatem musiał jedne z tych drzwi otworzyć, żeby Octavio mógł się dostać do wnętrza – rzekł opat łamiącym się głosem.

– Wiecie, panie, że można je otworzyć tylko od wewnątrz, dlatego nie potrafimy znaleźć żadnego wyjaśnienia.

– Nie? Ja myślę, że w takich przypadkach najprostsza odpowiedź jest prawdziwa, choćby się wydawała nieprawdopodobna. Któryś z mnichów musiał go wpuścić.

– Ależ, ojcze, to jest niemożliwe, to by oznaczało, że...

– Jeden z zakonników jest mordercą – zawyrokował opat. – Na tym polega nieszczęście. Przeorze, musicie natychmiast wykryć sprawcę i przywrócić Verueli spokój. Zbliża się dzień Wszystkich Świętych, musimy wystawić relikwie i nie możemy być uwikłani w tego rodzaju zdarzenie.

– Uczynię to.

– I zróbcie to co prędzej, znajdźcie odpowiedzialnego za śmierć tego oblata. Każdy z zakonników, bez wyjątku, mógł otworzyć drzwi i zabić tego konwersa.

– Każdy...

– Zamilczcie, przeorze – napomniał go opat. – Rzekłem każdy, każdy z was, w tej liczbie ty, Antón.

Bizén przebiegał tymczasem wzrokiem całe pomieszczenie. Pośród niezliczonych przedmiotów najsilniej przykuł jego uwagę bogato srebrzony kufer, stojący na stole. Podszedł i położył na nim dłoń.

– Jak mogło wam przejść przez myśl, ojcze opacie, że byłbym zdolny dopuścić się takiego okrucieństwa?

– Sprawowanie obowiązków opata to ciężkie brzemię – ozwał się chory wyrozumiałym tonem. – Zawsze starałem się dawać miłosierdziu prymat nad rygorami sprawiedliwości. Byłem ostrożny i choć możliwe, że straciłem z oczu moją własną słabość, próbowałem, by raczej mnie kochali, niż się bali. Nigdy jednak nie wyobrażałem sobie, że w tych murach może zdarzyć się coś tak strasznego.

– Rozumiem was, ale uwierzcie mi, ojcze, nie mam nic wspólnego z tą śmiercią – upierał się przeor.

– Jeden z was zabił świeckiego brata, nie ma innej możliwości – powtórzył opat. – Skoro drzwi były zamknięte, tylko mnich mógł popełnić ten grzech śmiertelny. Niech się do mnie zbliży cudzoziemiec – rzekł i spojrzał na Bizéna.

– Zwą mnie Bizén de Ayerbe – rzekł ów, występując naprzód. – Boleję nad tą nieszczęsną śmiercią i podzielam z wami smutek. A chociaż ubolewam nad tą sytuacją, muszę was poinformować, że mam przy sobie dokumenty, które powinniście co prędzej przeczytać. Wszyscy, którzy eskortowali mnie do tego miejsca, zginęli w zasadzce.

– Podajcie mi te pisma – wskazał je ręką. – Przeorze, zróbcie mi tę łaskę i przeczytajcie mi je, żebym mógł poznać ich treść, mój wzrok nie jest już taki, jak kiedyś.

Bizén wyjął pergaminy z torby i wręczył je przeorowi, który przybliżył je do płomienia jednej ze świec oświetlających pomieszczenie, złamał pieczęć pierwszego pisma i spojrzał na Bizéna niechętnie. Podszedł do opata, żeby na ucho przeczytać mu pismo. Ten uważnie wsłuchiwał się w jego treść. Przeor pokazał mu podpis na dokumentach oraz pieczęć odciśniętą w lace. Opat skinął głową i zamilkł na parę chwil. Wreszcie przeor otworzył dwa kolejne dokumenty i cały ciąg czynności się powtórzył.

– Nalegają na nas, byśmy przekazali szczątki infanta, następcy tronu don Alonsa Aragońskiego, pierworodnego syna króla Jakuba I Zdobywcy, które spoczywają naprzeciw ołtarza w naszej świątyni. Jako uzasadnienie tego polecenia przytacza się testament spisany przez infanta, w którym wyraził wolę, by go pochowano w zakonie braci kaznodziejów w Huesca. W tym celu załączone zostały dwie bulle papieskie oraz edykt króla Piotra IV Aragońskiego.

– Właśnie ta sprawa sprowadziła mnie do Verueli.

– Trzeba wam jednak wiedzieć – ciągnął opat – że te szczątki nigdy nie opuszczą tutejszego klasztoru.

– Ależ ojcze opacie, wszak trzymacie w ręku dwie bulle papieskie oraz edykt królewski – odparł Bizén de Ayerbe.

– To nie ma znaczenia. Nie jesteście pierwszym, który przybywa tu z taką misją, nie będziecie ostatnim. Zakonnicy z Hueski już wcześniej czynili o to starania – wyjaśnił opat obojętnie. – Niemal sto lat minęło, odkąd infant spoczął w tych murach i będzie w nich spoczywał najmniej przez drugie tyle.

– Śmiecie się przeciwstawiać woli królewskiej i papieskiej?

– My tu jedynie mamy na względzie wolę Boga, nikogo poza Nim, czy to pojmujecie? – powiedział opat. – Udzieliliśmy wam schronienia i, jako chrześcijaninowi, jakim jesteście, okazali miłosierdzie; nie zapominajcie o tym.

– Nie powinniście byli tu przyjeżdżać – dodał przeor. – Ci ludzie, którzy byli z wami, zginęli na próżno. Proście o zmiłowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa, bowiem On tylko może odpuścić nam nasze przewiny, jak my odpuszczamy naszym winowajcom – z tymi słowami przeor zwrócił mu dokumenty.

– Wpadliśmy w zasadzkę – próbował tłumaczyć Bizén.

– A czegóż się spodziewaliście? – przeor pokiwał głową. – Wszak żyjemy w czasach wojennych. Królowie Aragonii i Kastylii toczą między sobą walkę jak głupcy. Ściągnęli tu ze sobą Francuzów, Anglików i mieszkańców Nawarry. Od dwóch tygodni mgła nie pozwala nam widzieć słońca, chłód przenika ciało do kości. Kamień przypomina lód, woda krzepnie w strumieniach, cóż sprawia, że zdecydowaliście się wybrać do Moncayo w takiej porze?

– Notariuszu – przemówił znów opat – zważcie, że waszym zamiarem jest otwarcie grobowca i wydarcie zeń szczątków syna królewskiego. Nigdy nie pozwolę na taką profanację – rzekł uroczyście i z mocą. Nie potrzebował podnosić głosu, jego ton zmuszał do posłuchu.

– Ograniczam się do wykonywania rozkazów.

– Zbliżcie się, chcę dokładniej przyjrzeć się waszej twarzy.

Bizén de Ayerbe zawahał się przez chwilę, spojrzał na towarzyszących mu zakonników i wreszcie postąpił po dywanie ku łożu. Żałosny wygląd opata Verueli z tak niewielkiej odległości budził odrazę.

– Znam wasze nazwisko – stwierdził opat. – Zdumiewa mnie to, że potomek rodu Ayerbe zajmuje takie stanowisko. Tuszę, że macie ku temu poważne racje.

– Jestem dumny z tego, że służę jego wysokości, królowi Piotrowi IV.

– O tak, w to nie wątpię – powiedział chrapliwym głosem. – Wasz ojciec dosłużył się tytułów, wojując z mieczem w ręku na Sardynii, wy dla odmiany wojujecie piórem na polu bitewnym ksiąg i rachunków.

– Nie wszyscy z mojego rodzeństwa mogli pójść śladem ojca. Chciałbym parać się wojaczką, jednak...

– Którym z kolei synem jesteście? Czwartym, piątym?

– Czwartym.

– A starsze siostry?

– Mam dwie.

– Rozumiem – opat mówił wolno, ale trudność, z jaką słowa wydostawały się z jego ust, nie umniejszała ich dostojeństwa. – Zakon cystersów jest jednym z najpotężniejszych ramion Kościoła i tego królestwa, wiele pracy poświęciliśmy dla dobra korony i król jest tego świadom. Veruela to nie tylko ta budowla, wokół klasztoru posiadamy wioski, gospodarstwa i rozległe dominia.

– Wierzę, panie – Bizén nie mógł oderwać oczu od ciemnych plam pokrywających szyję opata.

– Nie litujcie się nade mną, zapewniam was, że istnieją rzeczy gorsze od tej choroby. Na przykład ignorancja. Czy zdajecie sobie sprawę, że są różne rodzaje ignorancji? Są takie, które zasługują na wybaczenie, bo czy na przykład wieśniak ponosi winę za to, że nie potrafi czytać i pisać?

– Myślę, że nie ma w tym żadnej jego winy.

– Istotnie, ale są też inne rodzaje, bardziej subtelne, okrutne i trudniejsze do usprawiedliwienia. Jak ignorancja tych, którzy nie wiedzą, że są w błędzie.

– Wybaczcie, ale chyba was nie zrozumiałem.