26 osób interesuje się tą książką

Opis

Coś gorszego niż Arumianie przybyło do miasta...

Departament Obrony przysłał swoich ludzi. Jeśli tylko dowiedzą się, co potrafi Daemon i że jesteśmy połączeni, już jest po mnie. Podobnie jak i po nim. I jeszcze jest ten nowy chłopak w szkole, który ma własną tajemnicę. Wie, co mi się przydarzyło i może pomóc, ale żeby to zrobić, muszę okłamać Daemona i trzymać się od niego z daleka. Jakby to było w ogóle możliwe.

Ale wtedy wszystko się zmienia...

Widziałam kogoś, kto nie powinien żyć. I muszę o tym powiedzieć Daemonowi, chociaż wiem, że nie zaprzestanie poszukiwań, dopóki nie dotrze do prawdy. Co stało się z jego bratem? Kto go zdradził? I czego chce Departament Obrony od nich i ode mnie?

Nikt nie jest tym, na kogo wygląda. I nie każdy wyjdzie żywy z pajęczyny kłamstw...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Z dedykacją dla wszystkich miłośników książek i wszystkich

blogerów na świecie – tych młodszych i tych starszych.

Rozdział 1

Minęło dziesięć sekund, odkąd Daemon Black zajął swoje miejsce i dźgnął mnie w plecy długopisem. Całe dziesięć sekund. Odwróciłam się na krześle i wciągnęłam jego niepowtarzalny, świeży zapach kojarzący się z otwartą przestrzenią.

Daemon cofnął rękę i lekko popukał się niebieskim zamknięciem długopisu w usta. Usta, z którymi byłam tak dobrze zaznajomiona.

– Dzień dobry, Kotek.

Zmusiłam się, by spojrzeć mu w oczy. Były w żywym, zielonym kolorze, jak łodyga świeżo ściętej róży.

– Dzień dobry, Daemonie.

Gdy przechylił głowę, niesforne, ciemne włosy opadły na jego czoło.

– Nie zapomnij, że mamy plany na dziś wieczór.

– Tak, wiem. Nie mogę się doczekać – powiedziałam sucho.

Daemon pochylił się, a ciemny sweter rozciągnął się na jego szerokich ramionach. Przechylił ławkę ku podłodze. Usłyszałam ciche westchnięcia moich przyjaciółek, Carissy i Lesy. Wszyscy w klasie nam się przyglądali. Jeden kącik jego ust uniósł się ku górze, jakby śmiał się w środku.

Przeciągająca się cisza stała się trudna do zniesienia.

– No co?

– Musimy popracować nad twoim znakiem – powiedział tak cicho, że tylko ja mogłam go usłyszeć. I dzięki Bogu. Nie miałam zamiaru wyjaśniać reszcie populacji, czym był znak. Och, no wiecie, to po prostu rodzaj osadu, który przylega do ludzi i rozświetla ich jak bożonarodzeniową choinkę, a potem stają się celem dla rasy złych kosmitów. Chcecie trochę?

Nie-e.

Podniosłam swój długopis. Myślałam, żeby też dźgnąć Daemona.

– Jasne, tyle to się sama domyśliłam.

– Mam genialny pomysł, jak to możemy zrobić.

Wiem, jaki „genialny” pomysł. Ja. On. Obściskiwanie. Uśmiechnęłam się. Jego zielone oczy zapłonęły.

– Podoba ci się? – wymruczał, patrząc na moje usta.

Niezdrowa ilość podniecenia sprawiła, że moje ciało prawie zaczęło się trząść. Nagle sobie przypomniałam, że jego zainteresowanie miało więcej wspólnego z efektem działania jego kosmicznych, dziwnych sztuczek niż ze mną samą. Odkąd Daemon uleczył mnie po walce z Arumianinem, byliśmy ze sobą połączeni. Dla niego to wystarczało, by zacząć związek, dla mnie – nie.

To nie było prawdziwe.

Pragnęłam tego, co mieli moi rodzice. Dozgonnej miłości. Potężnej. Prawdziwej. Pokręcona kosmiczna więź mi nie odpowiadała.

– Nie w tym życiu, facet – powiedziałam w końcu.

– Opór jest bezcelowy, Kotek.

– A twój urok bezskuteczny.

– Zobaczymy.

Przewróciłam oczami i usiadłam przodem do klasy. Daemon to ciacho, ale był uparty jak osioł, co dyskredytowało tę część o ciachu. Czasami. Ale nie zawsze.

Nasz wiekowy nauczyciel od trygonometrii przyczłapał do klasy. Wyciągnął gruby stos papierów, czekając na ostatni dzwonek.

Daemon znowu dźgnął mnie długopisem.

Zacisnęłam dłonie w pięści. W pierwszej chwili chciałam go zignorować, ale wiedziałam, że będzie mnie dalej zaczepiał. Odwróciłam się i spojrzałam na niego.

– Czego?

Poruszył się tak szybko jak atakująca kobra. Z uśmiechem, od którego w moim brzuchu działy się dziwne rzeczy, pogładził palcami mój policzek.

Popatrzyłam na niego.

– Po szkole.

Do głowy zaczęły mi przychodzić szalone pomysły, ale ja już nie grałam w jego grę. Obróciłam się. Oprę się moim hormonom… chociaż przy nikim innym aż tak źle ze mną nie było.

Dostałam niewielkiego tiku pod lewym okiem, za co całkowicie winiłam Daemona.

W czasie lunchu czułam się, jakby mi ktoś przyłożył obuchem w głowę. Stały hałas w kafeterii, zapach środków do czyszczenia i przypalonego jedzenia sprawiały, że miałam ochotę uciec.

– Będziesz to jadła? – Dee Black wskazała na mój nietknięty serek wiejski i ananasa.

Pokręciłam głową i podsunęłam jej tacę, bo mnie skręcało w żołądku.

– Mogłabyś pożreć całą drużynę futbolową. – Lesa obserwowała Dee z błyskiem zazdrości w ciemnych oczach. Miała rację. Raz widziałam, jak Dee pożera całe wielkie opakowanie oreo za jednym razem. – Jak ty to robisz?

Dee wzruszyła delikatnie ramionami.

– Chyba mam szybki metabolizm.

– Co robiłyście w weekend? – zapytała Carissa, wycierając okulary brzegiem bluzki. – Ja wypełniałam podania do college’u.

– Cały weekend obmacywaliśmy się z Chadem. – Lesa wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Obie dziewczyny spojrzały na mnie i na Dee, czekając na odpowiedź.

Co miałam im powiedzieć? Że zabiłam psychopatycznego kosmitę i prawie umarłam?

– Wyszłyśmy na miasto i oglądałyśmy głupie filmy – odpowiedziała Dee, uśmiechając się do mnie lekko. Założyła błyszczące, czarne fale za ucho. – Nuda.

Lesa parsknęła.

– Wy dwie robicie tylko nudne rzeczy.

Zaczęłam się uśmiechać, ale poczułam ciepłe mrowienie na karku. Już nie słyszałam rozmowy dziewczyn, a kilka sekund później Daemon opadł na siedzenie po mojej lewej stronie. Postawił przede mną plastikowy kubek z truskawkowym smoothie – moim ulubionym. Byłam zaskoczona tym, że w ogóle otrzymywałam prezenty od Daemona, a tym bardziej – trafione. Moje palce musnęły jego, gdy wzięłam napój, a prąd zatańczył na mojej skórze.

Szarpnęłam rękę do tyłu i upiłam łyk. Pycha. Może mój brzuch się lepiej od tego poczuje. Mogę chyba nawet przywyknąć do tego obdarowującego mnie Daemona. To lepsze niż Daemon dupek.

– Dziękuję.

Uśmiechnął się w odpowiedzi.

– A gdzie są nasze?

Daemon się zaśmiał.

– Jestem na usługach tylko jednej osoby.

Moje policzki się zaczerwieniły. Odchyliłam się na krześle.

– Nie usługujesz mi w żaden sposób.

Pochylił się. I tyle po dystansie, który uzyskałam.

– Jeszcze nie.

– Och, przestań, Daemon. Ja tu jestem. – Dee zmarszczyła brwi. – Przez ciebie stracę apetyt.

– Jakby to w ogóle było możliwe – odparowała Lesa, przewracając oczami.

Daemon wyciągnął z torby bagietkę. Tylko on mógł wypaść z czwartej lekcji na tyle wcześnie i nie skończyć w kozie. Był aż tak… wyjątkowy. Każda dziewczyna przy stole, poza jego siostrą, się na niego patrzyła. Niektórzy faceci też.

Zaoferował siostrze owsiane ciasteczko.

– Nie mamy jakichś planów do omówienia? – zapytała Carissa. Na jej policzkach dostrzegłam dwie czerwone plamy.

– Tak – powiedziała Dee, uśmiechając się szeroko do Lesy. – Wielkie plany.

Potarłam ręką wilgotne czoło.

– Jakie plany?

– Dee i ja rozmawiałyśmy na angielskim o urządzeniu imprezy za dwa tygodnie w weekend – wtrąciła się Carissa. – Coś…

– Wielkiego – powiedziała Lesa.

– Małego – poprawiła Carissa, mrużąc oczy na przyjaciółkę. – Tylko na kilka osób.

Dee pokiwała głową, a jej zielone oczy błysnęły podekscytowaniem.

– Nasi rodzice wyjeżdżają w piątek z miasteczka, więc pasuje nam idealnie.

Spojrzałam na Daemona. Mrugnął do mnie. Moje głupie serce przyspieszyło.

– To super, że rodzice pozwalają wam urządzić w domu imprezę – powiedziała Carissa. – Moi dostaliby zawału, gdybym chociaż coś takiego zasugerowała.

Dee wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.

– Nasi rodzice są spoko.

Zmusiłam się, by zachować obojętną twarz, ale poczułam ukłucie w sercu. Wierzyłam, że Dee chciała, by jej rodzice byli żywi, pragnęła tego bardziej niż czegokolwiek na świecie. I pewnie Daemon też. Wtedy nie musiałby być nieustannie odpowiedzialny za rodzinę.

Spędzając z nim czas, pojęłam, że większość jego koszmarnego zachowania związana była ze stresem. No i śmiercią jego brata bliźniaka…

Temat imprezy obowiązywał do końca przerwy na lunch. Świetnie się składało, bo moje urodziny przypadały w następną sobotę. A do piątku wiadomość o imprezie obejdzie całą szkołę. W szkole, w której picie na polu kukurydzy było szczytem podekscytowania, nie mogło być mowy, by ta impreza była „mała”. Czy Dee tego nie rozumiała?

– Nie przeszkadza ci to? – wyszeptałam do Daemona.

Wzruszył ramionami.

– Przecież jej nie powstrzymam.

Wiedziałam, że gdyby chciał, to by mógł, a to oznaczało, że nie widział w tym problemu.

– Ciasteczko? – zaoferował, trzymając ciastko wypchane czekoladowymi kawałkami.

Zła na niego czy nie, nie mogłam odmówić.

– Jasne.

Uśmiechnął się kącikiem ust i pochylił się ku mnie, jego usta były tylko centymetry od moich.

– Chodź i weź.

Chodź i weź…? Daemon umieścił połowę ciastka między tymi pełnymi, stworzonymi do pocałunków ustami.

Och, na święte kosmiczne dzieciątka…

Szczęka mi opadła. Kilka dziewczyn przy stole wydało takie dźwięki, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem się nie rozpłynęły pod stołem, ale jakoś nie miałam ochoty sprawdzić.

To ciastko – te usta – były tak blisko.

Moje policzki zapłonęły żarem. Czułam na sobie wzrok wszystkich, a Daemon… dobry Boże, Daemon uniósł brwi, prowokując mnie.

Dee zaczęła się krztusić.

– Chyba zaraz rzygnę.

Ze wstydu chciałam się zapaść pod ziemię. Na co on liczył? Że wezmę ciasteczko z jego ust jak w jakiejś niecenzurowanej wersji Zakochanego Kundla? Szlag, nawet chciałam, ale nie wiedziałam, kogo by to ze mnie zrobiło.

Daemon chwycił ciasteczko. W jego oczach pojawił się błysk, jakby właśnie wygrał jakąś bitwę.

– Czas minął, Kotek.

Nie przestawałam na niego patrzeć.

Przełamał ciastko i oddał mi większą część. Chwyciłam je. Kusiło mnie, żeby rzucić mu nim w twarz, ale to było… ciasteczko z kawałkami czekolady. Zjadłam je. Było pyszne.

Wzięłam jeszcze łyk smoothie. Po moim kręgosłupie przebiegł nieprzyjemny dreszcz, jakbym była obserwowana. Rozejrzałam się po kafeterii. Oczekiwałam, że kosmiczna eksdziewczyna rzuca mi wredne spojrzenie, ale Ash Thompson rozmawiała z innym chłopakiem. Hmm. Czy on był Luksjaninem? Nie było ich wielu w tym samym wieku i wątpiłam, by prześwietna Ash uśmiechała się do ludzkiego chłopaka. Rozejrzałam się dalej.

Pan Garrison stał przy podwójnych drzwiach do biblioteki, ale patrzył na stół idiotów, którzy tworzyli misterny wzór w tłuczonych ziemniakach. Nikt inny nie patrzył dokładnie w naszą stronę.

Pokręciłam głową, czując się głupio, że wariowałam bez powodu. Przecież Arumianie nie zaatakują kafeterii. Może na coś zachorowałam? Moje ręce lekko się trzęsły, gdy sięgnęłam do naszyjnika. Obsydian był zimny przy mojej skórze, co mnie pocieszyło, bo oznaczało bezpieczeństwo. Muszę przestać wariować. Może dlatego czułam się słabo i kręciło mi się w głowie.

I na pewno nie miało to nic wspólnego z chłopakiem obok mnie.

***

Na poczcie czekało na mnie kilka paczek, ale zaledwie pisnęłam na ich widok. Były to kopie od innych blogerów przesyłane do recenzji. A ja stwierdziłam tylko – no dobra… Pewny dowód na to, że dopadła mnie choroba wściekłych krów.

Droga do domu była torturą. Moje ręce były słabe. Myśli skołowane. Przycisnęłam do piersi pocztę i zignorowałam mrowienie na karku, gdy wchodziłam na ganek. Zignorowałam również przeszło metr osiemdziesiąt chłopaka opierającego się o balustradę.

– Nie wróciłaś ze szkoły prosto do domu. – W jego głosie słychać było rozdrażnienie. Zignorowałam nienormalną, superseksowną wersję strażnika porządku i ominęłam go.

Jedną ręką wygrzebałam klucze.

– Jak widzisz, musiałam iść na pocztę. – Otworzyłam drzwi i rzuciłam stos na stół w korytarzu. Oczywiście on już był za mną i nawet nie poczekał na zaproszenie.

– Twoja poczta mogła zaczekać. – Daemon podążył za mną do kuchni. – Co to? Tylko książki?

Wzięłam z lodówki sok pomarańczowy i westchnęłam. Ludzie, którzy nie kochają książek, nie rozumieją tego.

– Tak, to przecież tylko książki.

– Wiem, że pewnie nie ma w pobliżu żadnego Arumianina, ale ostrożności nigdy za wiele. A twój znak sprowadzi ich prosto pod nasze drzwi. Teraz to jest ważniejsze niż twoje książki.

A właśnie, że książki są ważniejsze niż Arumianie. Nalałam sobie szklankę soku, zbyt zmęczona, by użerać się o to z Daemonem. Jeszcze nie opanowaliśmy sztuki grzecznościowej rozmowy.

– Chcesz się napić?

Westchnął.

– Jasne. Mleko?

Wskazałam na lodówkę.

– Częstuj się.

– Ty zaoferowałaś. Nie nalejesz mi?

– Proponowałam sok pomarańczowy – odpowiedziałam, odstawiając szklankę na stół. – Wybrałeś mleko. I bądź cicho. Mama śpi.

Wymamrotał coś pod nosem i nalał sobie mleka. Przypomniało mi się, jak ostatnio był w moim domu, gdy byliśmy bardzo zajęci. Nasza kłótnia przerodziła się w gorącą sesję obściskiwania rodem z romansów, które czytam. Przez tę potyczkę czasem nie mogę spać w nocy. Oczywiście nie zamierzałam się do tego przyznać.

To było tak intensywne, że kosmiczne sztuczki Daemona wysadziły większość żarówek w domu i usmażyły mi laptop. Naprawdę tęskniłam za moim komputerem i blogiem. Mama obiecała mi nowy sprzęt na urodziny. Już niedługo…

Bawiłam się szklanką, nie patrząc w górę.

– Mogę zadać ci pytanie?

– Zależy – odpowiedział gładko.

– Czy… czujesz coś przy mnie?

– Poza tym, jak czułem się rano, gdy zobaczyłem, jak dobrze wyglądasz w tych dżinsach?

– Daemon. – Westchnęłam, próbując zignorować dziewczynę we mnie, która krzyczała ZAUWAŻYŁ MNIE! – Mówię poważnie.

Zaczął zataczać palcami koła na drewnianym stole.

– Szyja z tyłu mnie mrowi i robi się ciepła. O tym mówisz?

Zerknęłam na niego. Na jego ustach zagrał półuśmiech.

– Tak, też to czujesz?

– Gdy tylko jesteśmy blisko.

– Czy to ci przeszkadza?

– A tobie?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Mrowienie nie było bolesne, lecz po prostu dziwne. Ale przeszkadzało mi to, co ono oznaczało – przeklętą więź, o której nie mieliśmy najmniejszego pojęcia. Nawet nasze serca biły tak samo.

– To może być… efekt uboczny leczenia. – Daemon obserwował mnie znad brzegu szklanki. Założę się, że wyglądałby seksownie nawet z wąsem po mleku. – Dobrze się czujesz?

Nie bardzo.

– Dlaczego?

– Wyglądasz jak zombie.

Gdyby nie okoliczności, ten komentarz rozpętałby wojnę. Zamiast tego odstawiłam tylko w połowie pustą szklankę na stół.

– Chyba coś mnie bierze.

Zmarszczył brwi. Bycie chorym to obcy temat dla Daemona. Luksjanie nie chorowali. Nigdy.

– Co ci jest?

– Nie wiem. Pewnie złapałam kosmiczne zarazki.

Daemon parsknął.

– Wątpliwe. Nie możemy sobie pozwolić na twoją chorobę. Musimy wyjść na zewnątrz i popracować nad zniknięciem znaku. Do tego czasu jesteś…

– Jeśli powiesz „słabością”, to coś ci zrobię. – Dzięki złości zapomniałam o mdłościach. – Chyba udowodniłam już, że nie jestem, szczególnie że to ja odciągęłam Barucka od twojego domu i ja go zabiłam. – Z trudem powstrzymałam się od podniesienia głosu. – To, że jestem człowiekiem, nie oznacza, że jestem słaba.

Oparł się o krzesło i wysoko uniósł brwi.

– Miałem powiedzieć, że jesteś narażona.

– Och. – Zaczerwieniłam się. Ups. – Cóż, ale i tak nie jestem słaba.

W jednej sekundzie Daemon siedział przy stole, a w drugiej był przy mnie na kolanach. Musiał nieco spojrzeć w górę.

– Wiem, że nie jesteś słaba. Udowodniłaś to. A to, co zrobiłaś w ten weekend, gdy podłączyłaś się do naszych mocy… Ciągle nie mogę pojąć, jak to się stało… Ale nie jesteś słaba. Ani trochę.

Hmm… Ciężko było uważać, że my razem to głupi pomysł, kiedy był nawet… miły, i kiedy patrzył na mnie, jakbym była ostatnim kawałkiem czekolady na całym świecie.

No i przypomniało mi się to cholerne ciastko.

Uśmiechnął się kącikiem ust, jakby wiedział, o czym myślę. Nie był to kpiący uśmiech, ale taki prawdziwy. I nagle wstał, górując nade mną.

– Teraz ja muszę udowodnić, że nie jesteś słaba. Zbieraj tyłek. Popracujmy nad tym znakiem.

Jęknęłam.

– Daemon, ja naprawdę nie czuję się dobrze.

– Kat…

– Nie mówię tego specjalnie. Chce mi się rzygać.

Założył muskularne ramiona na piersi, od czego napięła się jego koszulka.

– To niebezpieczne, gdy tak sobie latasz po mieście, świecąc jak latarnia morska. Tak długo, jak masz na sobie znak, nie możesz nigdzie chodzić sama.

Odepchnęłam się od stołu, ignorując karuzelę w żołądku.

– Pójdę się przebrać.

Jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu i zrobił krok w tył.

– Tak szybko się poddajesz?

– Poddaję? – Zaśmiałam się ironicznie. – Po prostu chcę, żebyś jak najszybciej zszedł mi z oczu.

Daemon się roześmiał.

– Wmawiaj to sobie dalej, Kotek.

– Pompuj dalej to swoje ego.

Znalazł się przede mną w mgnieniu oka, blokując mi przejście. Potem się pochylił. Wzrok miał zdeterminowany. Cofnęłam się i złapałam się blatu za plecami.

– Co? – zapytałam.

Pochylił się, kładąc dłonie na moich biodrach. Poczułam na policzku jego ciepły oddech. Spojrzał mi w oczy. Zbliżył się o ułamek centymetra i ustami musnął mój podbródek. Wypuściłam zduszony oddech, a potem zbliżyłam się do niego.

Uderzenie serca, później Daemon cofnął się, rechocząc zadowolony z siebie.

– Jasne… to nie moje ego, Kotek. Uszykuj się.

Jasna cholera!

Pokazałam mu środkowy palec i poszłam na górę. Moja skóra kleiła się i była wstrętna, ale nie miało to nic wspólnego z tym, co się stało. Przebrałam się w dresowe spodnie i ocieplany sweter. Bieganie to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę. Ale nie oczekiwałam, że Daemona zainteresuje moje złe samopoczucie.

On dbał tylko o siebie i siostrę.

To nieprawda, wyszeptał zdradliwy, drażniący głos w mojej głowie. Może miał rację? Daemon uleczył mnie, chociaż mógł zostawić na pewną śmierć. I przecież wtedy usłyszałam jego głos, błagający, bym go nie zostawiała.

W każdym razie musiałam przezwyciężyć mdłości i iść cieszyć się z biegania. Szósty zmysł podpowiadał mi, że dobrze się to nie skończy.

Rozdział 2

Wytrzymałam dwadzieścia minut.

Na nierównym terenie w lesie, przy rześkim, listopadowym powietrzu i z chłopakiem przy boku nie mogłam zwymiotować. Zostawiłam go w połowie drogi do jeziora i szybkim krokiem wróciłam do domu. Daemon wołał za mną kilka razy, ale go zignorowałam. Po minucie od dojścia do łazienki zwymiotowałam – całe to klęczenie przed toaletą, ze łzami płynącymi po policzkach i tak dalej. Było tak źle, że obudziłam mamę.

Wpadła do łazienki i przytrzymała mi włosy.

– Jak długo tak źle się czujesz, kochanie? Kilka godzin, cały dzień czy tylko teraz?

Mama – pielęgniarka w pełnej krasie.

– Cały dzień z przerwami – jęknęłam, opierając głowę o wannę.

Mama zacmokała cicho i przyłożyła dłoń do mojego czoła.

– Kochanie, jesteś rozpalona. – Złapała ręcznik i zmoczyła go. – Powinnam zadzwonić do pracy…

– Nie, nic mi nie jest. – Wzięłam od niej ręcznik i przycisnęłam go do czoła. Chłód był wspaniały. – To tylko grypa. I już się lepiej czuję.

Mama skakała nade mną, dopóki nie weszłam pod prysznic. Ubranie koszulki zajęło mi absurdalną ilość czasu. Gdy wchodziłam pod kołdrę, pokój ciągle wirował. Zamknęłam mocno oczy i poczekałam na powrót mamy.

– Masz tu swój telefon i trochę wody. – Położyła wszystko na stole obok mnie. – Otwórz. – Uniosłam z trudem jedną powiekę i zobaczyłam termometr przy twarzy. Posłusznie otworzyłam usta. – Zobaczymy, czy zostaniesz w domu, ale to zależy od twojej temperatury – powiedziała. – To pewnie tylko grypa, ale…

– Mmm – jęknęłam.

Posłała mi łagodne spojrzenie i poczekała, aż termometr zapika.

– Trzydzieści osiem stopni. Weź to. – Podała mi dwie tabletki. Połknęłam je bez pytania. – Temperatura nie jest zła, ale chcę, żebyś została w łóżku i odpoczęła. Przed dziesiątą zadzwonię do ciebie i sprawdzę, okay?

Pokiwałam głową i zakopałam się w pościeli. Sen był wszystkim, czego mi było trzeba. Mama znowu przyłożyła zimny okład do mojego czoła. Zamknęłam oczy, prawie pewna, że nadchodzi faza pierwsza zombie-infekcji.

Do mojej głowy wkradła się dziwna mgła. Spałam cały czas, ale obudziłam się, gdy mama przed wyjściem do pracy sprawdzała, jak się czuję, a potem znowu po północy. Koszulkę miałam wilgotną, przyklejoną do gorącej skóry. Chciałam zrzucić przykrycie, ale zauważyłam, że już zepchnęłam je na drugą stronę pokoju, na biurko.

Czoło miałam mokre od zimnego potu. Usiadłam. Moje walące serce słyszałam aż w głowie, ciężkie i nierówne. Dwa uderzenia serca naraz, najwyraźniej. Skórę miałam napiętą wokół mięśni, była gorąca i szczypała. Gdy wstałam, pokój zawirował.

Było mi przeraźliwie gorąco, paliłam się od środka. Miałam wrażenie, jakby wnętrzności roztopiły się na papkę. Moje myśli były nieskładne, jak niekończący się ciąg nonsensów. Wiedziałam tylko, że muszę się ochłodzić.

Drzwi w korytarzu otworzyły się, przyzywając mnie. Nie wiedziałam, dokąd idę, ale zataczałam się korytarzem aż do schodów. Wyjściowe drzwi obiecywały ulgę. Na zewnątrz jest chłodno. Więc i mi będzie chłodno.

Ale to nie wystarczyło.

Stałam na ganku, a wiatr owiewał moje mokre włosy i koszulkę. Intensywne jasne gwiazdy pokrywały niebo. Opuściłam wzrok, a drzewa przy drodze zaczęły zmieniać kolory. Żółte. Złote. Czerwone. A potem zrobiły się tylko brązowe.

Dotarło do mnie, że śnię.

Zeszłam z ganku w oszołomieniu. Kawałki żwiru przyklejały mi się do stóp. Światło księżyca oświetlało mi drogę. Kilka razy czułam, jakby świat wywrócił się do góry nogami, ale nie przestawałam iść.

Dojście do jeziora nie zajęło mi dużo czasu. Przy jasnym świetle księżyca onyksowoczarna woda falowała. Ruszyłam do przodu, ale zatrzymałam się, gdy moje palce zetknęły się z luźnym piaskiem. Na skórze poczułam szczypiący żar. Rozpalający. Piekący.

– Kat?

Odwróciłam się powoli, by zobaczyć zjawę. Światło księżyca prześlizgiwało się po jego twarzy w mroku i odbijało się w szeroko otwartych jasnych oczach.

Nie mógł być prawdziwy.

– Co ty tu robisz, Kotek? – zapytał Daemon.

Był niewyraźny. A Daemon nigdy nie był niewyraźny. Czasami zamazany z powodu prędkości, ale nigdy niewyraźny.

– Musiałam… musiałam się ochłodzić.

Zrozumienie pojawiło się na jego twarzy.

– Nie waż się wchodzić do tego jeziora.

Cofnęłam się. Woda już sięgała kolan.

– Dlaczego?

– Dlaczego? – Ruszył do przodu. – Jest za zimno. Kotek, nie każ mi tam po ciebie wchodzić.

Głowa mi pulsowała. Komórki mózgowe zdecydowanie się stopiły. Zanurzyłam się. Zimna woda uśmierzała rozpaloną skórę. Obmyła moją głowę, kradnąc oddech i ogień. Żar zelżał, prawie zniknął. Mogłabym zostać tu na zawsze. Może zostanę.

Silne ramiona otoczyły mnie i wyciągnęły na powierzchnię. Poczułam na skórze chłodny wiatr, ale płuca ciągle paliły. Łykałam głęboko powietrze, mając nadzieję, że to ugasi płomienie. Daemon wyciągnął mnie szybko z błogosławionej wody. W jednej sekundzie byłam w wodzie, a w drugiej stałam na brzegu.

– Co jest z tobą nie tak? – zapytał. Chwycił mnie za ramiona i lekko potrząsnął. – Postradałaś rozum?

– Przestań. – Odepchnęłam go słabo. – Gorąca jestem.

Jego intensywny wzrok zlustrował moje ciało.

– Tak, jesteś gorąca. Ta cała mokra, biała bluzka… to działa, Kotek, ale pływanie w listopadzie o północy? To trochę zbyt śmiałe, nie sądzisz?

Jego słowa nie miały sensu. Ulga się skończyła, a moja skóra znowu paliła. Uwolniłam się od niego i ruszyłam do jeziora.

Nie zrobiłam nawet dwóch kroków, bo ponownie mnie objął i obrócił.

– Kat, nie możesz wejść do jeziora. Jest za zimno. Będziesz chora. – Odgarnął włosy przyklejone do mojego policzka. – Szlag. Bardziej chora niż teraz. Jesteś rozpalona.

Moje myśli lekko się rozjaśniły. Wsparłam się na nim, opierając policzek o jego pierś. Pachniał tak cudownie. Jak przyprawy i mężczyzna.

– Nie pragnę cię.

– Uch, teraz nie jest dobry moment na tę rozmowę.

To tylko sen. Westchnęłam i otoczyłam ramionami jego twardą talię.

– Ale cię pragnę.

Daemon objął mnie ciaśniej.

– Wiem, Kotek. Nikogo nie oszukasz. Chodź.

Pozwoliłam opaść ramionom bezwładnie po bokach.

– Nie… nie czuję się dobrze.

– Kat. – Odsunął się. Złapał mnie za policzki i uniósł moją głowę. – Kat, spójrz na mnie.

A nie patrzyłam? Moje nogi się poddały. A potem nie było nic. Żadnego Daemona. Żadnych myśli. Żadnego ognia. Żadnej Katy.

***

Wszystko było takie mętne, chaotyczne. Ciepłe dłonie trzymały włosy z dala od mojej twarzy. Palce gładziły mój policzek. Głęboki głos mówił do mnie w melodyjnym i miękkim języku. Był jak piosenka, ale… piękniejszy i bardziej kojący. Zatopiłam się na trochę w tym dźwięku.

Słyszałam głosy.

Raz myślałam, że słyszę Dee. „Nie możesz. To tylko wzmocni znak”.

Ktoś mną poruszył. Mokre ubrania zniknęły. Coś ciepłego i miękkiego przesunęło się po mojej skórze. Próbowałam mówić do głosów wokół mnie i może to zrobiłam. Nie byłam pewna.

W którymś momencie otoczyła mnie chmura i gdzieś poniosła. Czułam pod policzkiem bicie serca, usypiające mnie. Potem głos odszedł, a chłodne ręce zastąpiły ciepłe. Zobaczyłam jasne światło. Usłyszałam więcej głosów. Mama? Mama brzmiała na zmartwioną. Z kimś… rozmawiała. Z kimś, kogo nie rozpoznawałam. On miał zimne dłonie. Coś uszczypnęło mnie w ramię. Tępy ból promieniował aż do palców. Więcej ściszonych głosów, a potem nie słyszałam już nic.

Nie było dnia czy nocy, ale coś pomiędzy. Moje ciało pochłaniał ogień. Potem wróciły chłodne ręce i wyciągnęły moją rękę spod kołdry. Gdy znowu poczułam uszczypnięcie na skórze, mamy już nie słyszałam. Poczułam żar płynący żyłami. Sapnęłam i wygięłam plecy w łuk, a dziwny krzyk opuścił moje ciało. Wszystko mnie paliło. Ogień palił mnie dziesięć razy mocniej niż przedtem i wiedziałam, że umieram. Muszę…

A potem poczułam w żyłach chłód, jak powiew zimowego powietrza. Poruszał się szybko, gasząc płomienie i zostawiając po sobie ślad lodu. Ręce przysunęły się do mojej szyi i pociągnęły za coś. Łańcuszek… mój naszyjnik? Ręce zniknęły, ale czułam szumiący obsydian, wibrujący nade mną. Potem zapadłam w sen, który trwał chyba wieczność. Nie byłam pewna, czy się obudzę.

***

Spędziłam w szpitalu cztery dni i nie pamiętałam żadnego z nich. Wiedziałam tylko to, że w środę obudziłam się na niewygodnym łóżku wpatrzona w biały sufit i czułam się dobrze. Nawet świetnie. Mama była przy mnie. Cały czwartek spędziłam, jęcząc każdemu, kto przeszedł przez moje drzwi, że chcę do domu. Widocznie miałam ciężką grypę, ale to nic poważnego.

Teraz mama obserwowała mnie podkrążonymi oczami, a ja opróżniłam szklankę soku pomarańczowego z naszej lodówki. Miała na sobie dżinsy i sweter. Dziwnie było ją oglądać bez fartucha.

– Kochanie, jesteś pewna, że czujesz się wystarczająco dobrze, by iść do szkoły? Możesz zrobić sobie jeszcze dzień wolnego i iść na lekcje w poniedziałek.

Pokręciłam głową. Po trzech dniach już miałam masę pracy domowej od Dee, którą mi wczoraj podrzuciła.

– Nic mi nie jest.

– Kochanie, byłaś w szpitalu. Wstrzymaj się jeszcze.

Umyłam szklankę.

– Naprawdę czuję się dobrze.

– Wiem, że tak myślisz. – Poprawiła mi sweter, który najwyraźniej źle zapięłam. – Will – doktor Michaels – cię wypisał, ale przestraszyłaś mnie. Nigdy nie byłaś taka chora. Może zadzwonię do niego i zbada cię jeszcze, zanim zacznie swoją zmianę?

Co dziwne, mama zwracała się do mojego doktora po imieniu. Ich znajomość musiała się zacieśnić, a mnie to ominęło. Złapałam plecak i się zatrzymałam.

– Mamo?

– Tak?

– W poniedziałek wróciłaś do domu w środku nocy, tak? Zanim skończyła się twoja zmiana? – Gdy pokręciła głową, byłam jeszcze bardziej zdezorientowana. – To jak trafiłam do szpitala?

– Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – Przyłożyła dłoń do mojego czoła. – Nie masz gorączki, ale… Twój przyjaciel cię przyprowadził do szpitala.

– Mój przyjaciel?

– Tak, Daemon. Ale zastanawia mnie, skąd wiedział o trzeciej nad ranem, że jesteś chora. – Zmrużyła oczy. – Właściwie to jestem bardzo ciekawa.

O cholera.

– Ja też.

Rozdział 3

Chyba po raz pierwszy w życiu nie mogłam się doczekać trygonometrii. Skąd, u diabła, Daemon wiedział, że byłam chora? Sen, który miałam o jeziorze, nie mógł być prawdziwy. Nie ma mowy. Jeśli był… to ja chyba… Nie wiedziałam, co zrobię, ale byłam pewna, że rozpalone policzki będą miały w tym swój udział.

Lesa pojawiła się w klasie pierwsza.

– Jejku! Wróciłaś! Jak się czujesz? Lepiej?

– Tak, mam się świetnie. – Wróciłam wzrokiem do drzwi. Kilka sekund później pojawiła się Carissa.

Przechodząc obok mnie, pociągnęła mnie za kosmyk włosów.

– Cieszę się, że już ci lepiej. Wszyscy się martwiliśmy. Zwłaszcza gdy wpadliśmy do ciebie z wizytą, a ty nie byłaś sobą.

Zastanowiłam się, co mogłam przy nich robić, ale nie potrafiłam sobie nic przypomnieć.

– Chcę w ogóle wiedzieć?

Lesa zachichotała i wyciągnęła podręcznik.

– Sporo mamrotałaś. I ciągle kogoś wołałaś.

O nie.

– Tak?

Carissa ściszyła głos z wyraźnym współczuciem.

– Wołałaś Daemona.

Ukryłam twarz w dłoniach i jęknęłam.

– O Boże.

Lesa zachichotała.

– To było nawet słodkie.

Minutę przed ostatnim dzwonkiem poczułam znajome ciepło na karku i spojrzałam w górę. Daemon wszedł do klasy dumnym krokiem. Bez książki, jak zawsze. Miał zeszyt, ale wątpię, by w nim pisał. Zaczynałam myśleć, że nasz nauczyciel od trygonometrii jest kosmitą, bo niby jakim cudem Daemonowi uchodziło na sucho całkowite nicnierobienie?

Minął mnie, prawie na mnie nie patrząc.

Odwróciłam się na krześle.

– Muszę z tobą porozmawiać.

Opadł na krzesło.

– Okay.

– Na osobności – wyszeptałam.

Oparł się o krzesło. Jego twarz ani drgnęła.

– Spotkajmy się podczas lunchu w bibliotece. Nikt tam nie chodzi. No wiesz, te wszystkie książki i tak dalej.

Skrzywiłam się, a potem obróciłam twarzą do tablicy. Jakieś pięć sekund później poczułam dźgnięcie długopisem w plecy. Odetchnęłam głęboko, żeby się uspokoić, i odwróciłam się. Daemon przechylił ławkę ku podłodze. Dzieliły nas tylko centymetry.

– Tak?

Uśmiechnął się szeroko.

– Wyglądasz lepiej niż ostatnim razem, gdy cię widziałem.

– Dzięki – burknęłam.

Przesunął po mnie wzrokiem. Wiedziałam, że patrzy na znak.

– Wiesz co?

Przechyliłam głowę na bok w oczekiwaniu.

– Nie świecisz się – wyszeptał.

Zaskoczona, poczułam, jak opada mi szczęka. W poniedziałek świeciłam się jak dyskotekowa kula, a teraz nie miałam znaku?

– Tak w ogóle?

Daemon przytaknął.

Nauczyciel zaczął lekcję, więc obróciłam się, ale nie słuchałam. Mój mózg zatrzymał się na informacji, że już się nie świeciłam. Powinnam być… nie, ja byłam zachwycona, ale ta tajemnicza więź przecież dalej istniała. Myślałam, że zniknie wraz ze znakiem. Nadzieja matką głupich.

Po lekcji poprosiłam dziewczyny, by przekazały Dee, że spóźnię się na lunch. A odkąd podsłuchały część rozmowy, Carissa nieustannie chichotała, a Lesa zaczęła fantazjować o zrobieniu TEGO w bibliotece. Nawet nie chciałam o tym słyszeć. Ani myśleć. Ale jednak myślałam, bo tak łatwo było sobie wyobrazić Daemona w tej sytuacji.

Jakoś minęły mi poranne zajęcia. Pan Garrison rzucił mi na biologii swoje zwykłe nieufne spojrzenie, a potem jego oczy rozszerzyły się w zdumieniu. Był jakimś nieoficjalnym opiekunem Luksjan żyjących poza kolonią kosmitów. Nieświecąca się wersja mnie przyciągała uwagę tak samo jak świecąca. Ale pewnie miało to więcej wspólnego z tym, że ja o nich wiedziałam, a on nie był zbyt szczęśliwy z tego powodu.

Gdy poszedł po projektor, drzwi się otworzyły i do klasy wszedł chłopak w koszulce vintage, która mi się od razu spodobała. Przez klasę przetoczył się pomruk, gdy obcy podszedł do pana Garrisona z kartką.

Najwidoczniej był nowym uczniem. Jego brązowe włosy w artystycznym nieładzie wyglądały, jakby celowo je tak ułożył. Był nawet przystojny z tą złotą skórą i pewnym siebie uśmiechem.

– Wygląda na to, że mamy nowego ucznia – powiedział pan Garrison, opuszczając kartkę na biurko. – Blake Saunders z…?

– Kalifornii – podsunął chłopak. – Z Santa Monica.

Rozległo się kilka ochów i achów. Lesa usiadła prosto. Hura! Nie będę już dłużej „tą nową”.

– No dobrze. Blake z Santa Monica. – Pan Garrison obrzucił klasę wzrokiem i zatrzymał się na krześle przy mnie. – Tam będzie twoje miejsce i partnerka. Miłej zabawy.

Zmrużyłam oczy na pana Garrisona. Nie byłam pewna, czy „miłej zabawy” kryło w sobie sprytną obrazę, czy cichą nadzieję, że niekosmiczny chłopak odwróci moją uwagę od tego kosmicznego.

Chłopak udał, że nie widzi ciekawskich spojrzeń, zajął miejsce obok mnie i się uśmiechnął.

– Hej.

– Cześć. Jestem Katy z Florydy. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Teraz znana jako „już nienowa dziewczyna”.

– A, rozumiem. – Spojrzał w stronę pana Garrisona, który rozkładał projektor pośrodku klasy. – Małe miasteczko, niezbyt dużo twarzy, każdy się gapi, tak?

– Masz to jak w banku.

Zaśmiał się miękko.

– To dobrze. Zaczynam myśleć, że coś jest ze mną nie tak. – Wyciągnął zeszyt, a przy tym ruchu jego ręka musnęła moją. Poczułam prąd, który mnie zszokował.

– Przepraszam za to.

– Nie ma sprawy – powiedziałam.

Blake rzucił mi szybki uśmiech, a potem obrócił się twarzą do tablicy. Zaczęłam się bawić moim łańcuszkiem. Zerknęłam szybko na chłopaka. Cóż, przynajmniej będzie na co popatrzeć na biologii. Nie ma w tym nic złego.

***

Daemon nie czekał na mnie przy podwójnych drzwiach do biblioteki. Założyłam torbę na ramię i weszłam do pomieszczenia pachnącego stęchlizną. Młoda bibliotekarka uśmiechnęła się na mój widok. Tył mojej szyi był ciepły, ale Daemona nie było w zasięgu wzroku. Znając go, pewnie chował się gdzieś, żeby nikt nie widział Jego Niesamowitości w bibliotece. Minęłam kilka młodszych dzieciaków jedzących lunch przy stolikach i komputerach, a potem zaczęłam obchodzić salę, aż znalazłam go w najodleglejszym punkcie – kultura Europy Wschodniej. Czyli zupełne odludzie.

– Zastanawiałem się, czy mnie znajdziesz. – Nie ruszył się nawet, by zrobić mi miejsce w tej dziurze dwa na dwa metry.

Rzuciłam torbę pod ścianę i wskoczyłam na ławkę przed nim.

– Zawstydzony, że ktoś cię zobaczy i pomyśli, że potrafisz czytać?

– Mam reputację do utrzymania.

– Wspaniała ta twoja reputacja.

Wyciągnął nogi, więc teraz jego stopy były pod moimi.

– No to o czym chciałaś pogadać? – Jego głos stał się niskim, seksownym szeptem. – Na osobności?

Zadrżałam – i nie miało to nic wspólnego z temperaturą.

– Nie o tym, na co masz nadzieję.

Daemon uśmiechnął się kpiąco.

– Okay. – Złapałam się brzegu ławki. – Skąd w środku nocy wiedziałeś, że byłam chora?

Przez chwilę patrzył na mnie w ciszy.

– Nie pamiętasz?

Jego niesamowity wzrok był zbyt intensywny. Spojrzałam niżej… na jego usta. Zły ruch. Przyjrzałam się mapie Europy nad jego ramieniem. Od razu lepiej.

– Nie. Nie bardzo.

– Cóż, to pewnie przez gorączkę. Byłaś rozpalona.

Spojrzałam mu na moment w oczy.

– Dotykałeś mnie?

– Tak, dotykałem… a ty nie miałaś na sobie dużo ubrań. – Uśmiechnął się, zadowolony z siebie. – I byłaś przemoczona… w białej koszulce. Niezły widok. Naprawdę niezły.

Ciepło wkradło się na moje policzki.

– Jezioro… to nie był sen?

Daemon pokręcił przecząco głową.

– O mój Boże, więc jednak poszłam popływać w jeziorze?

Odepchnął się od ławki i zrobił krok w moją stronę. Znaleźliśmy się w tej samej przestrzeni do oddychania… gdyby on rzeczywiście musiał oddychać.

– Poszłaś. To nie coś, czego oczekiwałbym w poniedziałkową noc, ale nie narzekam. Sporo widziałem.

– Zamknij się – syknęłam.

– Nie wstydź się. – Wyciągnął rękę i pociągnął za rękaw mojego swetra. Trzasnęłam go w dłoń. – Przecież wcześniej widziałem już górną część, a tej dolnej nie zdążyłem się przyjrzeć dokładnie.

Zeskoczyłam prędko z ławki. Moje kłykcie tylko musnęły jego twarz, bo zdążył złapać mnie za rękę. Wow, szybki był. Daemon przyciągnął mnie do swojej piersi i pochylił głowę, a jego oczy błysnęły powstrzymywaną złością.

– Kotek, nie bij mnie. To niemiłe.

– Ty jesteś niemiły. – Próbowałam się wyrwać, ale nie chciał uwolnić mojego nadgarstka. – Puszczaj!

– Nie jestem pewien, czy mogę to zrobić. Muszę się jakoś bronić. – Ale mimo to za chwilę puścił moją rękę.

– Och… i to dlatego możesz mną… poniewierać?

– Poniewierać? – Przysunął się. Dolna część moich pleców zetknęła się z kwadratową ławką. – To nie jest poniewieranie ani nic takiego.

W mojej głowie zatańczyła wizja mnie przyciśniętej do ściany przez Daemona. Poczułam mrowienie w pewnych częściach mojego ciała. Och, niedobry znak.

– Daemon, ktoś nas zobaczy.

– No i? – Podniósł delikatnie moją rękę. – Mi nikt i tak nic nie powie.

Wciągnęłam głęboko powietrze. Czułam na języku jego zapach. Nasze klatki piersiowe się stykały. Ciało mówiło „tak”. Katy mówiła „nie”. Aż tak mnie nie pogięło, chociaż byliśmy już bardzo blisko, a on właśnie wsuwał mi dłoń pod sweter. Nic się nie działo.

– Więc mój znak zniknął. Ale ta głupia więź nie.

– Nie.

Pokręciłam głową, zawiedziona.

– Więc co to oznacza?

– Nie mam pojęcia. – Jego palce były już całkowicie pod moim rękawem, gładząc przedramię. Jego skóra szumiała od elektryczności. To było niesamowite.

– Dlaczego ciągle mnie dotykasz? – zapytałam speszona.

– Bo lubię.

Boże, ja też, ale nie powinnam.

– Daemon…

– Ale wracając do znaku. Wiesz, co to oznacza?

– Nie będę musiała oglądać twojej twarzy poza szkołą?

Jego śmiech poczułam nawet w środku.

– Nie jesteś już dłużej zagrożona.

Jakimś cudem, naprawdę nie wiem jakim, moja ręka znalazła się na jego piersi. Jego serce pracowało szybko i mocno. Jak moje.

– Myślę, że moja odpowiedź bije na głowę twoją.

– Wmawiaj to sobie dalej. – Jego podbródek otarł się o moje włosy, a potem o policzek. Zadrżałam. Iskra przeskoczyła z jego skóry na moją, szumiąc w naładowanym powietrzu wokół nas. – Skoro to ci poprawia samopoczucie, ale oboje wiemy, że to kłamstwo.

– To nie kłamstwo. – Odchyliłam głowę. Na ustach czułam jego ciepły oddech.

– Ciągle będziemy się widywać – wymruczał. – Nawet nie kłam. To cię uszczęśliwia. Powiedziałaś mi, że mnie chcesz.

Moment.

– Kiedy?

– Nad jeziorem. – Pochylił głowę. Powinnam się odsunąć. Jego usta wygięły się w znaczącym uśmiechu. Puścił mój nadgarstek. – Powiedziałaś, że mnie pragniesz.

Obie moje dłonie były na jego piersi. Miały własny rozum. Nie biorę za nie odpowiedzialności.

– Miałam gorączkę. Nie wiedziałam, co mówię.

– Nieważne, Kotek. – Daemon złapał mnie za biodra i z niepokojącą łatwością uniósł na brzeg ławki.

Mój oddech stał się krótki i urywany.

– Ty nic nie wiesz.

– Aha. Martwiłem się o ciebie – przyznał, wsuwając się pomiędzy moje nogi. – Wołałaś mnie ciągle, a ja odpowiadałem, ale wydawało mi się, że nawet nie słyszałaś.

O czym my rozmawialiśmy, tak w ogóle? Moje dłonie były teraz na jego brzuchu. Pod swetrem czułam twarde mięśnie. Przesunęłam dłonie na jego boki z zamiarem odepchnięcia. Zamiast tego przyciągnęłam go do siebie.

– Wow, naprawdę musiało być ze mną źle.

Zanim zdołałam odpowiedzieć czy przyjąć do wiadomości fakt, że moja choroba go przestraszyła, nasze usta się spotkały. Mój mózg się wyłączył, gdy zatopiłam palce w jego ciele i… o Boże, jego głębokie pocałunki napierały na moje usta. Zacisnął ręce na mojej talii i przyciągnął do siebie.

Daemon całował mnie jak człowiek spragniony wody, biorący długie, pozbawione oddechu łyki. Chwycił zębami moją dolną wargę i odchylił się tylko po to, by wrócić po więcej. Wirowały we mnie uderzające do głowy emocje. Nie chciałam tego, bo to tylko ta dziwna więź między nami. Wmawiałam to sobie, nawet gdy objęłam go za szyję. Jego ręce znalazły się pod moim ubraniem. Było tak, jakby sięgnął w głąb mnie, rozgrzewał każdą komórkę ciała ciepłem swojej skóry.

Przez dotykanie go, całowanie czułam się, jakbym znowu miała gorączkę. Płonęłam. Moje ciało parzyło. Świat płonął. Iskry leciały. Jęknąłem przy jego ustach.

I usłyszałam TRZASK!

Zapach spalonego plastiku wypełnił klitkę. Odsunęliśmy się od siebie, oddychając ciężko. Ponad jego ramieniem zobaczyłam dym unoszący się nad przedpotopowym monitorem. Dobry Boże, czy to się będzie działo za każdym razem, gdy się pocałujemy?

I co ja, u diabła, robię? Postanowiłam, że nie pozwolę, by znowu do tego doszło, a to oznaczało żadnego całowania… czy dotykania. To, jak mnie od początku traktował, ciągle bolało. Poczułam ból i zawstydzenie.

Popchnęłam go. Mocno. Daemon odpuścił. Patrzył na mnie jak na kogoś, kto kopnął jego szczeniaczka na środku ulicy. Odwróciłam wzrok i wytarłam ręką usta. Nie zadziałało. Ciągle czułam go wszędzie.

– Boże, nawet mi się to nie podoba… całowanie z tobą.

Daemon się wyprostował.

– Pozwolę się nie zgodzić. I myślę, że ten komputer mnie poprze.

Posłałam mu wściekłe spojrzenie.

– To… to się nigdy więcej nie stanie.

– I myślę, że to samo mówiłaś ostatnim razem – przypomniał mi. Gdy zobaczył moją minę, westchnął. – Kat, to ci się podoba – tak jak mi. Po co kłamać?

– Bo to nie jest prawdziwe – powiedziałam. – Wcześniej mnie nie chciałeś.

– Właśnie, że…

– Nawet się nie waż zaprzeczyć, bo traktowałeś mnie jak antychrysta. Nie możesz tego wymazać głupią więzią. – Odetchnęłam głęboko. Czułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. – Naprawdę mnie zraniłeś. Pewnie nawet o tym nie wiesz. Upokorzyłeś mnie przy całej stołówce!

Daemon odwrócił wzrok i przeczesał palcami włosy. Na jego szczęce drgnął mięsień.

– Wiem. Przepraszam… za to, jak cię wcześniej traktowałem, Kat.

Popatrzyłam na niego zszokowana. Daemon nigdy nie przeprasza. Przenigdy. Może naprawdę… Pokręciłam głową. Przeprosiny nie wystarczą.

– Nawet teraz chowamy się w bibliotece, jakbyś nie chciał, by ludzie wiedzieli, że tamtego dnia wyszedłeś na dupka i popełniłeś błąd. I ma mi to teraz nie przeszkadzać?

Jego oczy się rozszerzyły.

– Kat…

– Nie twierdzę, że nie możemy być przyjaciółmi, bo nie mam nic przeciwko. Lubię cię bar… – Zamilkłam, zanim powiedziałam za dużo. – Słuchaj, to się nie stało. Będę winić powikłania po grypie czy zombie, które zjadły mi mózg.

Zmarszczył brwi.

– Co?

– Nie chcę tego z tobą. – Zaczęłam się odwracać, ale złapał mnie za rękę. Spojrzałam na niego. – Daemon…

Popatrzył mi prosto w oczy.

– Jesteś koszmarną kłamczuchą. Chcesz tego tak bardzo jak ja.

Otworzyłam usta, ale brakło mi słów.

– Chcesz tego tak bardzo, jak iść na spotkanie SBA tej zimy.

Oniemiałam.

– Nawet nie wiesz, co to jest SBA!

– Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich, a spotkania odbywają się zimą – powiedział i uśmiechnął się z dumą. – Widziałem post, którego wstawiłaś na bloga, zanim zachorowałaś. Masz obsesję na punkcie tego stowarzyszenia. I chyba napisałaś, że oddasz nawet swojego pierworodnego, żeby tam pójść.

No tak, coś takiego powiedziałam.

Oczy Daemona zabłysnęły.

– A teraz, wracając do tematu pragnienia mnie…

Pokręciłam głową oniemiała.

– Ty naprawdę mnie pragniesz.

Wzięłam głęboki oddech, walcząc ze złością i… rozbawieniem.

– Jesteś zbyt pewny siebie.

– Jestem wystarczająco pewny siebie, by się o to założyć.

– Nie mówisz poważnie.

Uśmiechnął się szeroko.

– Założę się, że jeszcze przed Nowym Rokiem przyznasz, że jesteś we mnie szaleńczo, głęboko, nieodwracalnie…

– Wow. Może jeszcze jeden przysłówek? – Moje policzki zapłonęły.

– Może nieodparcie?

Przewróciłam oczami i wymamrotałam:

– Jestem zaskoczona, że wiesz, co to przysłówek.

– Nie rozpraszaj mnie, Kotek. Wracając do zakładu – do Nowego Roku przyznasz, że jesteś we mnie szaleńczo, głęboko, nieodwracalnie i nieodparcie zakochana.

Oszołomiona zadławiłam się śmiechem.

– I śnisz o mnie. – Puścił mnie i skrzyżował ramiona na piersi, unosząc jedną brew. – Założę się, że do tego też się przyznasz. Pewnie nawet pokażesz mi swój zeszyt zapisany moim imieniem otoczonym serduszkami…

– Och, na miłość boską…

Daemon mrugnął do mnie.

– To zaczynamy.

Obróciłam się, złapałam plecak i wybiegłam, zostawiając go samego w tej klitce, zanim zrobiłabym coś szalonego. Jak zapomnienie o zdrowym rozsądku i rzucenie mu się w ramiona, udając, że wszystko, co zrobił i powiedział przez ostatnie miesiące, nie zostawiło w moim sercu otwartej rany. Bo on tylko udaje, prawda?

Nie zwolniłam, dopóki nie stanęłam przed swoją szafką po drugiej stronie szkoły. Sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam teczkę pełną głupich materiałów na sztukę. Co za przeklęty dzień. Byłam skołowana przez połowę zajęć, obściskiwałam się z Daemonem i wysadziliśmy kolejny komputer. Powinnam była zostać w domu!

Sięgnęłam do uchwytu szafki. Drzwiczki się otworzyły, zanim moje palce ich dotknęły. Sapnęłam, odskoczyłam, a teczka upadła na podłogę.

O mój Boże, co się właściwie stało?

To nie mógł być… Moje serce zabiło szaleńczo.

Daemon? On potrafi manipulować obiektami. Dla niego otwarcie szafki to bułka z masłem, bo przecież potrafi wyrywać drzewa z korzeniami. Rozejrzałam się po rzedniejącym tłumie, ale wiedziałam, że go tam nie było. Nie czułam go przez tę niepokojącą, kosmiczną więź. Odsunęłam się od szafki.

– Hej, patrz, jak łazisz – warknął rozdrażniony głos.

Wciągnęłam ostro powietrze i odwróciłam się. Stał za mną Simon Cutters, ściskając wypchany plecak w mięsistej pięści.

– Przepraszam – wychrypiałam, rzucając szafce spojrzenie. Widział, co się stało? Kucnęłam, żeby pozbierać prace, ale mnie uprzedził. Nastąpiła epicka niezręczność, gdy próbowaliśmy pozbierać papiery bez dotykania się nawzajem.

Simon podał mi plik koszmarnych rysunków kwiatów. Nie miałam talentu plastycznego.

– Proszę.

– Dzięki. – Wstałam i wsunęłam teczkę do szafki. Byłam gotowa, by odejść.

– Czekaj. – Chwycił mnie za ramię. – Chciałem z tobą porozmawiać.

Spuściłam wzrok na jego rękę. Ma pięć sekund, zanim mój but z ostrym czubkiem skończy między jego nogami.

Chyba się domyślił, bo mnie puścił i się speszył.

– Chcę tylko przeprosić za wszystko, co stało się w noc balu. Byłem pijany i… i robię głupie rzeczy, gdy wypiję.

Spojrzałam na niego ostro.

– To może powinieneś przestać pić.

– Tak, chyba powinienem. – Przejechał rękę po krótko obciętych włosach. Światło odbiło się w jego niebiesko-złotym zegarku. Coś było wygrawerowane na pasku, ale nie widziałam za dobrze. – W każdym razie, nie chciałem…

– Joł, Simon, co robisz? – Billy Crump, zawodnik o paciorkowych oczach, który widział we mnie tylko cycki, podszedł do Simona. Podążali za nim kumple z drużyny. Billy wyszczerzył się w uśmiechu, gdy utkwił wzrok we mnie. – Hej… co my tu mamy?

Simon otworzył usta, ale uprzedził go inny facet.

– Niech zgadnę. Znowu się do ciebie przystawia?

Kilku chłopaków zachichotało i zaczęli się szturchać łokciami.

Popatrzyłam na Simona.

– Słucham?

Policzki Simona zrobiły się czerwone, gdy Billy wyszedł naprzód i zarzucił mi rękę na ramiona. Zapach jego wody kolońskiej prawie mnie powalił.

– Słuchaj, dziecinko, Simon nie jest tobą zainteresowany.

Jeden chłopak się zaśmiał.

– Jak moja mama zwykła mówić, po co kupować krowę, skoro mleko jest za darmo?

Powoli zaczęła we mnie narastać furia. Co, u diabła, Simon nagadał tym durniom? Strząsnęłam ramię Billy’ego.

– To mleko nie jest za darmo i nawet nie jest na sprzedaż.

– Słyszeliśmy coś innego. – Billy szturchnął pięścią czerwonego na twarzy Simona. – Co nie, Cutters?

Oczy wszystkich kumpli Simona były teraz skupione na nim. Zdławił śmiech i cofnął się, zarzucając plecak na ramię.

– Jasne, ludzie, ale nie jestem zainteresowany drugą szklanką. Próbowałem jej to powiedzieć, ale nie chciała słuchać.

Szczęka mi opadła.

– Ty kłamliwy sukin…

– Co tu się dzieje? – Trener Vincent zawołał z końca korytarza. – Nie powinniście być teraz w klasie, chłopcy?

Rozdzielili się ze śmiechem. Jeden z nich obrócił się i dał mi na migi znać, by do niego zadzwonić, a inny wykonał raczej nieprzyzwoity gest z użyciem dłoni i ust.

Chciałam walnąć w coś pięścią. Ale Simon nie był moim największym problemem. Znowu spojrzałam na szafkę. Żołądek opadł mi do stóp. Sama się otworzyła.

Rozdział 4

Mamy już nie było. Właśnie zaczęła zmianę w Winchester. Miałam nadzieję, że zastanę ją w domu, żeby chwilę porozmawiać i zapomnieć o incydencie z szafką, ale zapomniałam, że jest środa – znana też jako dzień „Nakarm się sama”.

Tępy ból zaczął narastać za moimi oczami, jakbym nadwyrężyła sobie wzrok, ale nie wiem, czy to w ogóle możliwe. Zaczęło się po szkole, po sprawie z szafką i nie zapowiadało się na koniec.

Wrzuciłam do suszarki stos ubrań, zanim zauważyłam, że nie ma już suchych prześcieradeł. Poszłam do szafy z nadzieją, że coś znajdę. Poddałam się i zdecydowałam, że wszystko się polepszy, jeśli napiję się słodkiej herbaty, którą jeszcze rano widziałam w lodówce.

Usłyszałam trzask szkła.

Podskoczyłam i pobiegłam do kuchni, myśląc, że ktoś zbił okno od zewnątrz. Ale przecież nie mieliśmy wielu wizytatorów, chyba że DOD[1] najechał na nasz dom. Na tę myśl moje serce lekko przyspieszyło. Mój wzrok powędrował do blatu nad otwartą szafką. Jedna wysoka szklanka leżała w trzech kawałkach na blacie.

Kap. Kap. Kap.

Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się, niezdolna zlokalizować źródła dźwięku. Pęknięte szkło i kapiąca woda… I wtedy mnie to uderzyło. Mój puls przyspieszył, gdy otworzyłam lodówkę.

Dzbanek herbaty był na drzwiach, ale brązowa ciecz spływała po półkach. Spojrzałam na blat. Chciałam herbaty, co wymagało szklanki i, no cóż, herbaty.

– Niemożliwe – wyszeptałam i się wycofałam. Niemożliwe, że stało się to tylko dlatego, że zachciało mi się pić.

Ale jak inaczej to wyjaśnić? To nie tak, że pod stołem chował się kosmita i poruszał przedmiotami dla zabawy.

Sprawdziłam dla pewności.

To drugi raz tego dnia, gdy coś poruszyło się samo. Dwa przypadki?

Otępiała, złapałam ręcznik i pozbyłam się bałaganu. Przez cały ten czas myślałam o drzwiczkach szafki. Otworzyły się, zanim ich dotknęłam. Ale to nie mogłam być ja. Obcy mieli moc, by robić takie rzeczy. Ja nie. Może miało miejsce jakieś małe trzęsienie ziemi czy coś – małe trzęsienie ziemi, którego celem była tylko szklanka i herbata? Wątpliwe.

Zaczynałam wariować, więc skuliłam się na kanapie z książką. Naprawdę potrzebowałam zająć myśli czymś innym.

Mama nie znosiła, gdy książki walały się wszędzie. Ale tak naprawdę nie były wszędzie. Tylko tam, gdzie ja byłam, czyli na kanapie, fotelu, kuchennym blacie, w pralni i nawet w łazience. Tak by nie było, gdyby zamontowała biblioteczkę aż do sufitu.

Nie potrafiłam się skupić na książce, chociaż bardzo się starałam. Po części była to wina książki. Opowiadała o miłości od pierwszego wejrzenia, zmorze mojej egzystencji. Dziewczyna widzi chłopaka i się zakochuje. Od razu. Bratnie dusze, problemy z oddychaniem, zawstydzenie, miłość od pierwszej rozmowy. Chłopak odpycha dziewczynę z jakiegoś paranormalnego powodu. Dziewczyna ciągle kocha chłopaka. Chłopak w końcu przyznaje się do miłości…